Bigos tygodniowy

Biskupstwo polskie odbyło rzymską wizytę „ad limina apostolorum” u Franciszka i jest bardzo zadowolone. Z siebie i z szefa. Ten bowiem nie opieprzył ich jak święty Michał diabła i podobno głównie życzliwie słuchał. Kto więc wie, czy jak zwykle im się nie upiecze i znów wybrną z kłopotów psim swędem? Żadne to jednak zaskoczenie. Polskie biskupy, to nie biskupi zachodni, przyzwyczajeni do demokracji, prostoduszni często w swoich relacjach z opinią publiczną. Polskie biskupy to kute na cztery nogi stare wygi przyzwyczajone do życia w stylu wielmożów. To cwaniaki jakich mało. Wzięli więc staruszka Franciszka w obroty pochlebstw, wycałowali mu mankiety, nasłodzili, przywieźli dary. Staruszek się rozkleił i dał się uśpić. I nadzieje na to, że im co najmniej zmyje głowy, jeśli nawet nie zmusi do dymisji diabli wzięli.


A propos diabła. Don Jaroslao wykrzyczał, że „sam diabeł nie przeszkodzi nam w osiągnięciu naszych celów”. Jak ktoś powiedział o osławionym zbóju i wichrzycielu Stadnickim: „Mości panowie, inaczej to nie może być, jeno to z diabłem sprawa”.


Bigos był i jest od dziesięcioleci konsekwentnym wyborcą lewicy, niezależnie od takich lub innych krytycznych ocen czy rozczarowań z powodu niektórych poczynań jej polityków. I chyba tylko pod pistoletem przyłożonym do skroni oddałby Bigos głos na Platformę Obywatelską. To stalowe przekonanie Bigosu utrwalił niedawno przed kamerami TVPiS senator PO Klejna Kazimierz, który oświadczył, że jego partia jest przeciwna prawu do aborcji na życzenie do 12 tygodnia ciąży. I mimo że redaktor Klarenbach Adrian dopytywał go odnośnie nie tak dawnego przyjęcia przez PO stanowiska na rzecz takiego rozwiązania prawnego, Klejna uparcie trwał przy aprobacie „kompromisu” z 1993 roku. A przecież Platforma podobno się z nim rozstała pod wpływem protestów społecznych po orzeczeniu trybunaliku pani Przyłębskiej, damy do towarzystwa Don Jaroslao. Ot cała Platforma, zawsze z janusowym obliczem, jednocześnie mówiącym „tak” i „nie”, co trafnie zauważył uczestniczący w dyskusji poseł Lewicy Maciej Gdula.


Lewica stanęła na wysokości zadania, bo jej współprzewodniczący Robert Biedroń przemówił na wielotysięcznej manifestacji na placu Zamkowym w Warszawie w obronie obecności Polski w Unii Europejskiej. A Wanda Traczyk-Stawska nadała trafne przydomki Bąkiewiczowi, „głupiego chłopa” i „chama skończonego”.


„Faszystowskie gówno” zalewające Polskę napiętnował na gali „Nike” Grzegorz Piątek, autor książki o odbudowie Warszawy. „Oszczercami z różnych gówien” i „rodzimej kanalii” odgryzł się Ziemkiewicz Rafał. Czyli „gówno” fruwało w powietrzu, więc lawendą nie zapachniało.


„To do nas przychodzi cały świat i chce od nas pożyczać” – majaczył na jawie Glapiński Adam, prezes NBP w groteskowo triumfalistycznym wystąpieniu na temat potęgi polskiej gospodarki i pieniądza. Glapa unosił się niczym marszałek Rydz – „Śmigły”, wódz „mocarstwa” polskiego, z hasłem „silni, zwarci, gotowi”. Prawił o „cudzie gospodarczym” jakiego Polska nie widziała od czasów pierwszych Piastów. Długo tak na konferencji lewitował, śmieszył, tumanił. 71-letni Glapa szczytował tak, jakby coś wciągał lub cierpiał na zaburzenie mentalne znane w psychiatrii jako tzw. „pseudologia fantastica”. Jeden z widzów „Szkła kontaktowego” poszedł na skróty i wyraził podziw dla skutku, jaki na człowieku mogą wywrzeć „kasa i dupy”. O Funduszu Odbudowy (750 miliardów euro), który Polska może utracić definitywnie po „orzeczeniu” trybunaliku Przyłębskiej Glapa mówił lekceważąco, jakby to była kwota „na waciki”. Czyżby oszalał lub się naćpał? Bigos nie jest za tym, by badaniom psychiatrycznym i innego rodzaju testom poddawać wszystkich polityków, w tym parlamentarzystów. W końcu dlaczego poseł nie miałby prawa być wariatem? Jednak w rękach prezesa NBP leży wartość polskiego pieniądza, a Bigos obawia się, że dziś są to ręce człowieka, który nie jest godny zaufania, najdelikatniej rzecz ujmując.


Uwaga z okazji „dni papieskich”. Niektóre wiewiórki szepczą, że w ściśle strzeżonej przez kościół kat., kupionej za 10 milionów dolarów korespondencji Karola Wojtyły z doktor filozofii Anną Teresą Tymieniecką, Amerykanką polskiego pochodzenia, jest coś więcej niż tylko szumna frazeologia religijna. Jest coś, co może w przyszłości podważyć tytuł Karola Wojtyły do Świętości. Za to może potwierdzić solidną męskość Świętego. Może to bardziej taki Święty jak serialowy Simon Templar, grany przez Rogera Moore.


Ziobrysta Kowalski Janusz, który optuje za modyfikacją „Mazurka Dąbrowskiego” poprzez zmianę kolejności zwrotek tak, by Stefan Czarniecki był przed Bonapartem, nie potrafił bezbłędnie zacytować słów hymnu. Nieuki tak mają – biorą się za tematy, w których są cieniasami.


Skandaliczne zawieszenie przez dyrektorki szkoły za zgodę na uczestnictwo uczniów w „tour de konstytucja”. Dokąd zmierza polska szkoła pod batem Czarnka?


Narracja TVN 24 i Wyborczej w sprawie imigrantów jest nieznośnie czułostkowa, idealistyczna i naiwna. Doprawdy, można i trzeba bronić imigrantów bez tego mdlącego sosu.


Posłowi Sienkiewiczowi Bartłomiejowi, który wahał się, czy należy znacząco podwyższyć mandaty za wykroczenia drogowe, trzeba koniecznie przypomnieć o śmierci 4-latka, zabitego przez pirata drogowego.


Bigos z satysfakcją odnotował wystąpienie w dyskusji, na wizji jednej z telewizji, prezesa Piotra Kusznieruka pod winietą – trybuna.info.

Krótko o tym, jak pociesznie orzeka polski Trybunał, zwany Konstytucyjnym.

Polski, tzw. Trybunał Konstytucyjny kilka dni temu orzekł, że niektóre przepisy Traktatu o Unii Europejskiej nie są zgodne z polską Konstytucją.

Kuriozalne orzeczenie zostało wydalone po kilkukrotnym odraczaniu terminu rozstrzygnięcia w tej sprawie, o co wnioskował do TK premier RP. Mam dużą wyobraźnię, wieszczę więc, że dzień dzisiejszy ma szanse na marne przejście do historii jako data zapoczątkowania ścieżki wyprowadzania Polski z UE – Poleksitu. To co dzieje się w Polsce wokół kwestii praworządności, na co z niekorzyścią dla naszych władz reagują organa UE, w tym unijny Trybunał Sprawiedliwości, ilustruje, na co stać rządy Zjednoczonej Prawicy, z partią Jarosława Kaczyńskiego na czele; jak daleko można się posunąć w podważaniu europejskiego porządku prawnego, na który Polska dobrowolnie przystała wstępując do UE.

Będzie to niewątpliwie miało dalszy, niekorzystny dla nas ciąg, ponieważ w łonie UE nasila się determinacja do przywołania władz Polski do porządku; do wpasowania się naszego kraju w unijne – europejskie – wzorce i standardy pod rygorem bolesnych cięć należnych nam europejskich środków i dotacji, co akurat zdaje się materializować. Trudno nie być zdumionym oczywistym, spodziewanym zresztą, matactwem prawnym klepniętym przez ów pożal się boże trybunał. Daje się przy okazji zauważyć, że od niedawna ważni funkcjonariusze siły rządzącej ślą sygnały, iż Polska świetnie sobie poradzi bez Unii Europejskiej, bez jej miliardowych dotacji – tak u nas jest byczo w gospodarce ! Kto wie, może Polska bez Unii będzie rosła i rozkwitała piękniej niż z Unią. A co !! Ręce i spodnie opadają na takie dictum. Wychodzi na to, że to nie Polska winna się podporządkować standardom zjednoczonej Europy, lecz to Europa winna uznać polską, anty unijną osobliwość polityczną i powinna odwalić się od kaczej demokracji. Zresztą nasi władcy z Unii wcale wyjść nie chcą – nie są politycznymi samobójcami – wolą z niej nieustająco wychodzić, ku uciesze gawiedzi. Sprawa ma swoją temperaturę, na co Bruksela musi zareagować. Chodzi również o to, aby doprowadzić do sytuacji, w której Europejczycy będą mieli nas dosyć i wyproszą Najjaśniejszą RP z Unii, na co coraz bardziej wydaje się zanosić. Nawet jeśli nie tak od razu, ani w ogóle nie wyproszą, będą nas punktować tak, jak punktuje się słabego boksera na politycznym ringu, spychać do narożnika i marginalizować.

Ośmieszać w oczach Europy i świata nas nie muszą, gdyż o to już sami skutecznie zadbaliśmy.

Godność koniokrada

„Do polityki nie idzie się dla pieniędzy”, zadeklarował pan prezes Kaczyński, a potem nakazał radykalnie podnieść pensje polskiej klasie politycznej.

Kiedy media zaczęły krytykować elity PiS za nepotyzm, załatwianie atrakcyjnych posad w spółkach skarbu państwa dla członków rodzin polityków PiS, pan prezes nakazał swej partii uchwalić potępiającą nepotyzm Uchwałę. Uchwalono ją z wielkim medialnym przytupem. Ogłoszono urbi et orbi.
Oczywiście nepotyzm w PiS nie zniknął. Realizacja uchwały utknęła, bo była ona przeznaczona jedynie dla „ciemnego ludu”. Poza tym każdy w Polsce wie, że „salceson to nie wędlina, a szwagier, zięć, kochanka to nie rodzina”.
W zeszłą środę Komitet Polityczny PiS przyjął uchwałę: ”W sprawie przynależności Polski do Unii Europejskiej oraz suwerenności RP”. Uchwała ma przykryć szczere, spontaniczne wypowiedzi najbliższych współpracowników pana prezesa Kaczyńskiego zachęcających obywateli naszego państwa do opuszczenia Unii Europejskiej.
Przekonać polskich euroentuzjastów, którzy stanowią większość w naszym kraju, że kaczyści nie szykują potajemnego polexitu. A przynajmniej oficjalnie tego nie deklarują.
Ale przysłowiowy PieS jest pogrzebany w drugim członie tytułu Uchwały, czyli w „oraz suwerenności RP”. Pan prezes Kaczyński i jego elity traktują Unię Europejska jako ciało obce. Ale bardzo bogate. Wielki bankomat, jeśli patrzą na UE nowocześnie, albo stajnię pełną rumaków. Jeśli nawiązują do swej „sarmackiej” i „husarskiej” wspólnoty.
Pięć lat temu, 6 września 2016 roku, doszło w Krynicy do historycznej, publicznej debaty prezesa Kaczyńskiego z premierem Węgier Orbanem. Rozmawiali o potrzebie „kontrrewolucji” obyczajowej i moralnej w Unii Europejskiej. O wzmocnieniu tam roli „państw narodowych”.
Pod koniec debaty premier Orban zauważył, że w języku węgierski i polskim jest szczególne określenie kogoś do którego ma się zaufanie, szacunek, przekonanie o jego lojalności. Wtedy mówi się, że „z nim można konie kraść”.
I dodał: „Węgrzy bardzo chętnie pójdą z Polakami konie kraść”. Za co otrzymuje oklaski.
Jednocześnie premier Orban wtedy zaznaczył, że Polska i Węgry nie zawsze mają zbieżne interesy, ale nawzajem sobie ufają. To ogromna wartość. „Nawet między braćmi są różnice”, rzekł wtedy pan prezes Kaczyński i, nawiązując do słów Orbana, zadeklarował: „Możemy konie kraść, mamy taką stajnię z napisem Unia Europejska”. Wywołał tym burzę oklasków.
Niezłodziejskie złodziejstwo
Pan prezes Kaczyński zawsze cenił polityków „grających ostro”, w kontrze do głównego nurtu politycznego. O ostrzej grze wiele razy marzył i nieraz już taką grę praktykował. Pogrywa tak przez ostatnie lata z Unią Europejską, faktycznie Unią Polsko – Europejską.
Pogrywając tak zwykle redukuje naszą Unię do brukselskiej administracji. Do tej „stajni z napisem Unia Europejska”, skąd można „konie kraść”. Wtedy swoje cwaniactwo polityczne i kompleksy drugorzędnego polityka zwie górnolotnie „Wstawaniem z kolan” i „Polityką godnościową”.
Pan prezes i jego elity cynicznie wykorzystują polskie poczucia krzywd doznawane od czasu II wojny światowej. Obiecuje wyciśnięcie pieniędzy nie tylko z dawnych, zachodnich, wiarołomnych sojuszników. Także sutych reparacji od Niemiec. A jeśli oni nie zapłacą, to okradniemy im brukselskie stajnie. Z honorem, bo przecież to złodziejstwo nam się zwyczajnie należało.
Na podobnej zasadzie, stałego przypominania krzywdzącego państwo węgierskie traktatu z Trianon z 1918 roku, premier Orban zbudował węgierską wspólnotę skrzywdzonych przez zagraniczne mocarstwa. Od sześciu lat Orban z Kaczyńskim tworzą wspólnotę dumnych koniokradów, okradających potomków krzywdzicieli ich przodków.
Duma i samotność
W efekcie takiej polityki państwo polskie skłócone już jest ze wszystkimi swoimi sąsiadami. Z instytucjami Unii Polsko- Europejskiej i Rady Europy. Do tego krytycznego chóru przyłączyła się też administracja USA, reprezentanci rządu Izraela, a nawet ostatnio i Chiny. Jedynie rząd Węgier wysyła gesty solidarnego poparcia. Słownego. Bo na wspólną,czyli antyrosyjską, energetyczną politykę z Węgrami kaczystowski rząd nie może już liczyć. Bo, jak zadeklarował szef węgierskiego MSZ w tygodniku „Do rzeczy”:
„Polityka zagraniczna, a zwłaszcza energetyczna, musi mieć oparcie w faktach. A obecna rzeczywistość Europy Środkowej jest taka, że trasy dostaw pozwalają na przesyłanie dużych ilości gazu wyłącznie z Rosji. Jeśli nie kupimy rosyjskiego gazu, to nie będziemy mogli ogrzewać naszych domów i dostarczać energii dla naszej gospodarki/…/ Do Amerykanów i wszystkich tych, którzy zarzucają nam działanie sprzeczne z bezpieczeństwem narodowym Węgier, mam pytanie: Gdzie są Stany Zjednoczone, kiedy mówimy o eksploatacji gazu w Europie i budowie nowych sieci przesyłowych? Jeśli Amerykanie potrafią wymienić inny gazociąg, z którego mogę czerpać duże ilości gazu, to jestem gotowy. Takiego jednak nie ma.”
Pan prezes Kaczyński lubi grać ostro. Dlatego pozwala swym intelektualistom; Ryszardowi Terleckiemu i Markowi Suskiemu, na radykalne oceny Unii Europejskiej. Liczy,że podgrzewając napięcie zmusi zachodnich liderów do cofnięcia się. Bo Niemców postraszy się zamknięciem polskiego rynku, USA likwidacją TVN, a pozostałych twardą postawą w sporze z prezydentem Łukaszenką. Co będzie kiedy oni też zechcą „zagrać ostro” i tym razem ukarać bezczelnego „koniokrada”?

Gadzinowski w Toruniu

Zapraszamy wszystkich entuzjastów kina w środę 22 września od godziny 13.00 na pokazy filmów wietnamskich w Centrum Sztuki Współczesnej ul. Wały gen. Sikorskiego 13. Przegląd filmów, zorganizowany w ramach VIII Międzynarodowego Kongresu Azjatyckiego, otworzy redaktor Piotr Gadzinowski, reprezentujący tam Stowarzyszenie Filmowców Polskich. Po projekcjach i w trakcie Kongresu redaktor Gadzinowski będzie do waszej dyspozycji.Odpowie na każde pytanie, strapionych pocieszy, spragnionych napoi nawet.

Walczyć o coś, a nie z kimś

Kiedy w 1975 roku zostawał pierwszym sekretarzem KW w nowoutworzonym województwie zamojskim, miał 46 lat. Nie znał za dobrze miasta ani regionu, ale dał się poznać jako ten gospodarz, który podźwignął z ruiny zamojską starówkę i pokazał ludziom, że Zamojszczyzna wcale nie musi być ubogim krewnym, tylko pięknym kawałkiem Polski. Dziś, 19 lutego, kończy 90 lat. Z LUDWIKIEM MAŹNICKIM rozmawia Jarek Ważny

Zastanawia się Pan czasem nad tym, w jakiej Polsce przyszło Panu żyć, tu i teraz?

– Oczywiście. Polska, wg. mnie ma możliwości dynamicznego rozwoju i zapewniania obywatelom coraz lepszego poziomu życia. To się wiąże z tym, co nowy ustrój odziedziczył po PRL-u, o czym nie można zapominać. Druga rzecz to fakt, że Polska ma cały czas bardzo dobrze wykształcony potencjał ludzki. Trzecia sprawa to znacząca pomoc z Unii Europejskiej.

A dla Pana, która z tych spraw jest najbardziej dojmująca?

– Mówiłem o czynniku ludzkim. Moje pokolenie to ludzie, którzy gdy szli odbudowywać Polskę, nie pytali, ile im za to zapłacą. W późniejszych latach poziom życia wzrastał, i był zależny od zamożności całego kraju. Było więc takie powszechne zainteresowanie całego społeczeństwa, tym, w jakim kierunku kraj zmierza i jak się rozwija. Ludzie, naturalnie nie wszyscy, ale większość Polaków, angażowali się w swoją pracę, walczyli, nie z czymś, ale o coś. I to rodziło ze wszech miar pozytywne skutki w rozwoju społecznym. Życzliwość, pomoc jeden drugiemu, zaangażowanie w sprawy najbliższego otoczenia. Dzisiaj, niestety, takie zachowania są szczątkowe. Panuje skrajny indywidualizm, często obliczony na konkretny zysk beneficjentów tego systemu który mamy.

Tamten system dobry, a ten niedobry?

– To nie tak. Ja często śledzę z uwagą w mediach wypowiedzi dziennikarzy, polityków, uczonych, szczególnie z kręgów ipeenowskich, na temat historii PRL-u. Te oceny najczęściej są z gruntu fałszywe. Oni koncentrują się w swoich sądach na tym, co w PRL-u było złe, a przecież ludzie pamiętają, także to, co było dobre. Pamiętają, jakie tanie były np. książki, bilety do kina, teatru, sanatoria. Pamiętają też, kto to wszystko przejął i co z tym zrobił.

Wraca Pan często do wspomnień z tamtych lat?

– Wspomnienia dają nam siłę. Żyło się wtedy czasami bardzo biednie. Ale, mam wrażenie, że żyło się ciekawiej i weselej, niż dziś. Przy wzajemnie życzliwości. Było więcej koleżeństwa, przyjaźni. To się już oczywiście nie wróci, i niczego złego w tym nie ma, bo wyczekujemy od życia czegoś lepszego. I tak się dzieje, dzięki środkom unijnym, ale i ludzkiej pracy. Ja jednak ciągle oczekuję, kiedy rządzący zapytają obywateli, które potrzeby, ich zdaniem, są najważniejsze do zrealizowania. W ten sposób powstanie optymalny, plan narodowy, którego w myśleniu i polityce mi brakuje. Bez takiej ogólnej wizji, ciągle będziemy walczyć z kimś, sami przeciw sobie, a nie o coś.

Co dzisiaj, w XXI wieku, jest pańskim zdaniem, najważniejszym wyzwaniem dla Polski i rządzących?

– Bez wątpienia ochrona zdrowia. Tutaj, moim zdaniem, kluczowa jest sprawa zaniedbywanej przez lata profilaktyki, a nie tylko obciążania szpitali i przychodni, które w tej chwili są niewydolne. Kolejna rzecz, to sprawa rozwoju nauki. Łożenia nań większych środków. To jest w końcu sprawa pewnego egalitaryzmu w polityce rządu, który by dostrzegał potrzeby tych najmniej docenionych przez obecny system. Pokrzywdzonych transformacją.

Pan, z tego co mi wiadomo, był posłem sprawozdawcą połączonych komisji w sprawie ubezpieczeń społecznych rolników. Dziś niejeden liberał zgrzyta zębami na samo wspomnienie.

– Ja już bezpośrednio po sejmowy wystąpieniu, pamiętam, zwróciłem się wtedy bezpośrednio do premiera ze słowami, że mam nadzieję, że to co uchwalono, to jest niezbędne minimum, co dajemy rolnikom, a premier znajdzie sposoby, żeby to jeszcze powiększyć, żeby wieś zyskała jeszcze więcej…

Polska wieś powinna się obawiać Polexitu?

– Oczywiście. To jest bardzo duże ryzyko i duża obawa. Na tym jednak tle, możliwego wyjścia Polski z Unii, co byłoby katastrofą, powinnyśmy jednak także zabiegać o dobrosąsiedzkie stosunki i korzystać ze współpracy, zarówno ze wschodem jak i z zachodem, bo nie o to chodzi, żebyśmy mieli naokoło wrogów.

Widzi Pan możliwość współpracy gospodarczej UE i Rosji ?

– Od dawna twierdziłem, że te dwa mocarstwa muszą ze sobą ściślej współpracować, bo wyjdzie to z korzyścią, tak dla Europy jak i Rosji. Kochać się nie musimy, ale powinniśmy wrócić do robienia wzajemnych interesów.

W tym roku mija 20 lat od śmierci Edwarda Gierka. Znał Pan Gierka bardzo dobrze. Jak go Pan wspomina, jako człowieka? Co, pańskim zdaniem, było jego największą wygraną?

– To był człowiek z ludu, jeden z nas. Znał bardzo dobrze biedę, bo sam się z tej biedy wydostawał. On rozumiał, jak rozwijać Polskę, ponieważ pracował ciężko na chleb, i na sercu mu leżała prawdziwa pomyślność ojczyzny, rozumiana jako to, żeby ludziom w kraju po prostu lepiej się żyło. Zostawił po sobie setki zakładów pracy, fabryk, elektrowni. Nie zapominał jednak i o kulturze, oświacie, nauce. Według mnie, Gierek, to najbardziej zasłużona dla Polski postać, w powojennej historii naszego kraju.

W 1979 r. wmurowywał Pan na zamojskim rynku tablicę pamiątkową w domu rodzinnym Róży Luksemburg. Trzy lata temu wojewoda lubelski , a dziś minister nauki, Czarnek, kazał tablicę skuć, w ramach walki z reliktami komunizmu. Za parę tygodni obchodzić będziemy 150-lecie urodzin Róży Luksemburg. Tymczasem w jej i Pana Zamościu, miasto odwraca się od niej, jak od wstydliwej choroby.

– To mnie nie dziwi, bo to wszystko wpisuje się w tę politykę, wymazywania historii PRL z historii Polski. To jest po prostu historyczne barbarzyństwo. Jakby pomniki czy tablice mogły zagrażać realnej władzy.

Jakby miał Pan wskazać największe minusy Polski Ludowej i plusy III RP, to co by to było?

– Najbardziej boli mnie to, żeśmy w PRL-u zaniedbali produkcję rynkową dla potrzeb ludności. To wynikało z wielu rzeczy i odbiło się na zaopatrzeniu, na wszystkim pozostałym. Budowaliśmy przemysł ciężki, bo taki trzeba było budować; huty, kopalnie itd., a na rynek produkowaliśmy za mało, za mało żeśmy o ten rynek dbali. W nowej Polsce z kolei podoba mi się to, czegośmy nie załatwili sami. To, że ludzie mogą jeździć, swobodnie przemieszczać się, kupować, co chcą i niczego im nie brakuje. Może oprócz pieniędzy.

Sushi con carne

Nie lękajcie się – że zacytujemy klasyka – Polexit na razie nie wchodzi w rachubę. Oczywiście Kaczyński dąży do niego od zawsze, ale na szczęście mamy koronawirusa. Dzięki niemu państwo rządzone przez PiS jest tak zadłużone, że bardziej się nie da. Z tego powodu nie da się wydrukować kasy na rzecz dla Zjednoczonej Prawicy najważniejszą – dla wsi. Najistotniejsza rzeczą dla Narodu Polskiego nie są bowiem pokazywane przez TVN, żłobki przedszkola, chodniki, czy fontanny zrobione za unijne pieniądze. Dla PiS najważniejsze są bezpośrednie dopłaty dla mieszkańców wsi. To z nich żyje suweren. To za nie co roku, w porze wypłat dopłat chłopstwo wymienia swoje samochody na nowsze.
Co prawda z uprawy roli żyje góra 20 proc. mieszkańców wsi. Ale większość z nich pracuje pośrednio lub bezpośrednio w przedsiębiorstwach rolnych dla których dopłaty unijne to być albo nie być. Mnóstwo mieszkańców wsi ziemi nie uprawia, ale ją dzierżawi, przy okazji dostając „brukselkę”. Gdyby pieniędzy z Unii nie dostali, to to co wywołał Strajk Kobiet byłoby bardzo małym Pikusiem. Bo choć mieszkańcy wsi w większości ziemi nie uprawiają i nic nie hodują, to każdy w szopie, stodole lub innym zabudowaniu gospodarczym ma wiszące na ścianie widły. I jak ktoś chciałby mu zabrać kasę z Unii, to nie zawaha się ich użyć.
Kaczyński et consortes mają tego świadomość, dlatego z Bruksela chcą się dogadać. Bruksela też się chce, bo pd tego zależą miliardy euro na pocovidowe rozruszanie gospodarki. Nikt za praworządność nad Wisłą i brak niezgodę na dotacyjne wzbogacanie się rodziny Orbana, umierać nas Szprewą, Tagiem, czy Loarą, nie będzie. Okaże się więc, że czy praworządność gdzieś występuje, czy nie wypowie się jakieś niezależne od Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego, niepolityczne ciało. Najpewniej Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Ten zaś ma to do siebie, że jak się czymś zajmuje to całymi latami. Gdy zaś coś orzeknie, to jakoby Pytia przemówiła. W orzeczeniu będzie tyle niedomówień, furtek i możliwości interpretacji, że dyskusja nad takim orzeczeniem będzie trwała przez kolejne lata. W tej sytuacji tak Orban jak i Kaczyński nie będą musieli martwić się, że Bruksela zrobi skok na przeznaczoną dla ich domen kasę. Propagandy obu „dyktatorków” odtrąbią zwycięstwo suwerenności na ideologią i wszystko będzie jak było. Czyli niefajnie.

Opowieści o produktach Made in China, że to badziewie się skończyły. Chińskie marki komputerowe czy smartfonowe, to już uznane brandy. Wystarczy popatrzeć na sprzedaż komótek w pierwszych 3 kwartałach tego roku. Prowadzi co prawda koreański Samsung, ale drugie miejsce zajmuje chiński Huawei. Na trzecie miejsce wyszedł Xiaomi, spychając z podium – skądinąd też produkowanego w Chinach – Apple’a z jego Iphonem. Kolejne dwa miejsca zajmują firmy dopiero do nas ze swoimi komórkami wchodzące czyli Oppo i Vivo. Spośród 6 firm, cztery są chińskie. Fachowcy od elektroniki dają im dobre recenzje, uznając, że to sprzęt naprawdę dobry. Europy w tym zestawieniu nie widać. Europa technologicznie zjadać zaczyna własny ogon, licząc nie wiadomo na co.
Tymczasem Chiny idą utartą azjatycką ścieżką. Przecież w latach 50 i 60 świat był zasypany najtańszym badziewiem Made in Japan. Jeszcze w początku lat 70-tych kupowanie samochodów japońskich wiązało się ze sporym ryzykiem. Jednak od połowy tej dekady było coraz zabawniej. Sony i Sanyo zawojowały rynek najlepszych telewizorów, Pioneer podbił rynek audio. A Tojota z początkiem lat 80-tych mogła się już na całym świecie reklamować jako samochód doskonały i niezawodny, bardziej nawet niż auta niemieckie. To wszystko zostało Japończykom do dziś.
Tak samo mieli Koreańczycy. Najpierw mnóstwo taniego byle czego. Kradzione technologie, odtwarzacze jednorazowego użytku i tanie samochody podejrzewane o bycie podróbkami znanych marek. Dziś Korea to wspomniany Samsung, świetny Hyunday i wiele innych powszechnie znanych i cenionych marek.
W połowie lat 80-tych PKB na głowę w Korei i Polsce były takie same. Teraz krewniacy Kima mają per capita 3 razy takie jak my. Ponoć najprężniej rozwijająca się w Europie gospodarka.

Premierem Etiopii jest programista komputerowy Abiy Ahmed Ali. Pan ten jest znany na całym świecie bo rok temu za podpisanie pokoju z Erytreą dostał Pokojowego Nobla. Pan premier jest premierem od 2 lat. Kiedy to zamieszkujące Etiopię plemiona nie będące ludnością z plemienia Tigre, przejęły tam władzę. Ludzie z Tigre rządzili Etiopia wcześniej – od prawie 30 lat.
Pokój z Erytreą, – jak się okazało – był potrzebny dostojnemu laureatowi do przeprowadzenia czystki, polegającej na wywaleniu ludu Tigre ze wszystkich stanowisk. Kiedy jednak czystki kadrowe zamieniły się w etniczne i zaczęły dotyczyć ziemi zamieszkałej przez Tigre, ci się zbuntowali. Teraz pokojowo nastawiony pan premier tłumi powstanie z użyciem lotnictwa, artylerii i czego się da. Efekt jest taki, że już kilkadziesiąt tysięcy ludzi musiało uciekać do Sudanu, gdzie nawet miejscowym się nie przelewa. To pokazuje humanitaryzm całej akcji oraz każe się zastanowić na pokojowymi noblistami.
Taka choćby pani Aung San Suu Kyi dostała Nagrodę w roku 1991, kiedy była biedną, i szykanowaną przez generałów opozycjonistką walczącą o wolność, godność i równość. Od prawie 5 lat pani ta jest jednak premierem Birmy. Birma zaś jest znana głównie za sprawą ludu Rohinja. Muzułmanów mieszkających w północnej Birmie, których systematycznie się eksterminuje i wywala z ex Syjamu na zbitą twarz. Światu to co Birmańczycy robią z Rohinja się nie podoba i o wszystko obwinia panią Aung San Suu Kyi, która z dostojnej noblistki stała się twarzą eksterminacji zahaczającej o zbrodnie przeciwko ludzkości. Obrońcy Aung San Suu Kyi mówią, że nie może ona inaczej bo gdyby postawiła się birmańskim generałom, to demokracji w Birmie zrobiłoby się źle. Pani premier zatem trwa i krzewiąc ideały ludzkości, dla dobra Birmańczyków robi czystkę etniczną.
Barack Obama tez ma pokojowego Nobla. Dostał go zanim cokolwiek zrobił. A potem zrobił wiele. Wojen i potyczek, dzięki którym wojska amerykańskie miały co robić, a cała Północna Afryka w imię ideałów mogła się zacząć nawzajem wymordowywać w wojnach domowych, wywołując przy okazji zjawisko o nazwie Państwo Islamskie.
O pokojowej Matce Teresie propagującej ból i cierpienie, nie ma co wspominać. Najlepiej na tym tle wypada Lech Wałęsa. Jego jedyną przewiną jest pozostawienie po sobie dwóch takich…, z których dziś jest tylko jeden.

Najgorsze jeszcze przed nami

– Rozmawiamy o złamanej poselskiej legitymacji i o tym, co powiedział Kaczyński, a znika nam poważny problem, jakim jest liczba zgonów – mówi prof. Marek Migalski, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Policja użyła gazu i pałek przeciwko protestującym, a także posłom. Posłanka Biejat dostała gazem w twarz, posłance Wielichowskiej złamano legitymację, wicemarszałka Czarzastego popychano, wśród protestujących tajniacy z pałkami. To obrazki bardziej z Białorusi, niż demokratycznego kraju, członka UE.

MAREK MIGALSKI: A jednocześnie to obrazki, do których coraz bardziej się przyzwyczajamy, i to jest chyba najbardziej przerażające. Oglądając wczorajsze obrazki mam dwojakiego rodzaju uczucia.

To, co pani opisuje, co działo się na ulicach, jest nieakceptowalne, a to, że zaczynamy to akceptować, bardzo źle świadczy o kondycji naszego państwa. Jestem jednak w stanie uznać, że to są wypadki przy pracy, które zdarzają się także czasem w krajach zachodnich, potrafię również zrozumieć, że policjant używając gazu nie wiedział, że używa go przeciwko posłance. Oczywiście pałki teleskopowe nie wyglądają najlepiej, ale policja ma prawo od 20 lat do używania tego typu narzędzi do przymusu bezpośredniego, jeśli uznaje, że taka jest konieczność. Mimo tego, co powiedziałem, uważam, że powinniśmy być bardzo uważni, bo tego typu obrazki są niedopuszczalne i trzeba uważać, aby to wszystko nie wymknęło się spod kontroli. Do oceny tego, co stało się w samym Sejmie, już tak dramatycznie bym nie podchodził.

O czym konkretnie pan mówi, bo w Sejmie też się dużo działo? Wicepremier Kaczyński znowu nie wytrzymał, puściły mu nerwy i pokrzykiwał na opozycję, że mają krew na rękach i powinni siedzieć. Dużo groźniejsze było jednak wystąpienie premiera Morawieckiego, które ja odczytałam jako exposé dotyczące polexitu. Przesada?

Dołożę do tego jeszcze trzecią rzecz, która niby jest nieistotna, a mnie najbardziej oburzyła, bo pokazuje, w jakim stanie znalazła się polska demokracja i państwo polskie. To moment, kiedy marszałek Witek ogłasza przerwę i w tym momencie prezes Kaczyński wchodzi na mównicę Sejmu, bez żadnego trybu, ściąga maskę, za którą to poseł Braun był wykluczony kilka godzin wcześniej z obrad, i mówi, co mu ślina na język przyniesie. Rozumiem, że to był tylko epizod, nieistotny obrazek, ale pokazuje, jak w soczewce, czym stało się polskie państwo. Druga osoba w państwie, czyli marszałek Sejmu, ogłasza przerwę, a prezes Kaczyński, prawdziwy przywódca państwa, wchodzi na mównicę, ściąga maseczkę i łamie wszelkie zasady.

Samo przemówienie Kaczyńskiego było kolejnym, kiedy on się po prostu „odpalił”. Mówił, że posłowie opozycji powinni znaleźć się w więzieniach i mają krew na rękach, ale to nic nowego. To, że opozycja według Kaczyńskiego ma krew na rękach, wiemy od dawna, bo była przecież oskarżana o katastrofę smoleńską, że uczestniczyła w zamachu z Rosjanami. To są słowa, obelgi, które już słyszeliśmy po wielokroć. Oczywiście słowa Kaczyńskiego były reakcją na to, co krzyczała opozycja: „będziesz siedzieć”. Choć trzeba też przyznać, że inną wagę mają słowa naczelnika i naszego Breżniewa, a inną opozycji, która jest de facto bezsilna.

Przemówienie Morawieckiego to są znowu słowa, za którymi nie muszą iść czyny, bo rozumiem, że ocena rzeczywistości w sprawie negocjacji to jest osobna kwestia. Zwróciłbym uwagę na to, że rozmawiamy o wydarzeniach z dnia, w którym Polska z 603 zgonami znalazła się na czwartym miejscu na świecie w liczbie dziennych zgonów. To pokazuje dramat, w jakim się znaleźliśmy. Rozmawiamy o złamanej poselskiej legitymacji i o tym, co powiedział Kaczyński, a znika nam poważny problem, jakim jest liczba zgonów. W Polsce umiera dziennie mniej więcej tyle samo osób, co podczas II wojny światowej.

Proszę to wytłumaczyć.

Dla Polaków II wojna światowa trwała ok 2000 dni (od 1 września 1939 do maja 1945 r.), w tym czasie zginęło ok. 2,5 mln Polaków. Mówię Polaków, a nie obywateli polskich, bo połowa z nich to byli Żydzi i mniejszości narodowe. To daje trochę ponad 1000 osób dziennie. Statystyki, które nie są Ministerstwa Zdrowia, ale do których dotarli internauci porównując zgony tydzień do tygodnia z poprzednich lat, pokazują, że w ostatnich tygodniach tych zgonów jest o 1000 więcej, niż w roku ubiegłym i latach poprzednich. Oznacza to, że de facto w Polsce w wyniku COVID bądź chorób, które są nieleczone z powodu koronawirusa, umiera około 1000 Polaków dziennie.
To pokazuje skalę problemów, z którymi państwo polskie powinno się teraz mierzyć, a tego nie robi, ponieważ zajmujemy się tematami, które narzucił nam pan Kaczyński.

Minister Niedzielski mówił z lekkim uśmiechem, że epidemia jest opanowana.

Tego nie potrafię zrozumieć, bo albo on coś wie na temat innego liczenia statystyk, które ma nas uspokoić, albo powiedział coś, co go wysadzi w powietrze w ciągu najbliższych kilku tygodni, bo wszyscy wiemy, że najgorsze jeszcze przed nami. Wchodzimy w grudzień i styczeń, kiedy to jest najwięcej powikłań grypowych i ja kompletnie nie wierzę ministrowi, że widzi światełko w tunelu, i uważam wręcz, że to jest światło nadjeżdżającego pociągu, z którego pan minister nie zdaje sobie sprawy. Inaczej niż samooszukiwaniem się nie jestem w stanie tego wytłumaczyć, chyba że przygotowują całkowity lockdown, bo zamknięcie nas w domach łącznie z zakazem chodzenia do lasu przyniesie krótkotrwałe przyhamowanie epidemii. Z tego, co rząd mówi, nie będzie lockdownu, bo nas na to po prostu nie stać.

Chciałbym zatem wiedzieć, co powoduje ten uśmiech u ministra zdrowia, bo oficjalnie zmarły 603 osoby i byliśmy czwartym krajem na świecie w liczbie zgonów, a nieoficjalnie zmarło pewnie dwa razy więcej.

Wróćmy do wystąpienia premiera. Czy to twarde weto to pozycja negocjacyjna z Unią, czy może pokazuje nam walki wewnątrz obozu rządzącego? Warto pamiętać, że kiedy David Cameron mówił pierwszy raz o referendum brexitowym, to nikt nie traktował tego poważnie, a powodem były rozgrywki wewnątrz Partii Konserwatywnej.

Niestety było dokładnie tak jak pani mówi; rozpisanie referendum brexitowego było częścią rozwiązywania problemów wewnątrzpartyjnych przez Camerona i kompletnie wymknęło się spod kontroli. Tu widzę analogię, bo duża część „polityki europejskiej”, jaką prowadzi PiS, jest częścią wewnętrznych walk czy konieczności obsłużenia pewnych frakcji wewnątrz Zjednoczonej Prawicy.

Kolejna rzecz, która mi się nasuwa, to fakt, że brexit to nie jest tylko wynik decyzji Camerona, a kilkunastu- czy nawet kilkudziesięcioletniej propagandy antyunijnej obecnej zarówno w mediach brytyjskich, jak i oczywiście w Partii Konserwatywnej i w ugrupowaniu Nigela Farage’a. To oznacza, że prawdziwy brexit zaczął się na wiele lat przed referendum głupimi, durnowatymi, zakłamanymi artykułami w prasie brukowej i marudzeniem na Unię Partii Konserwatywnej. Moim zdaniem polexit jest nieświadomie przygotowywany zarówno przez media PiS-owskie, jak i przez dużą część polityków takim właśnie ośmieszaniem Unii, pokazywaniem jej jako naszych wrogów, którzy nastają na naszą suwerenność, chcą handlować naszymi dziećmi na bazarach itd. To bardzo brzemienne w skutkach działania, a polexit może nie przyjdzie jutro czy pojutrze, ale jest coraz bardziej możliwy.

Morawiecki użyje weta?

W dalszym ciągu uważam, że to może być część strategii negocjacyjnej, czyli że mówi się bardzo mocne rzeczy, grozi się wetem, a w efekcie finalnie będą się chcieli dogadać. To jest pierwsza interpretacja, ale jest i druga – oni już zdecydowali, że będzie weto, uznając, że to weto jest dla nich lepsze. Gdyby zaakceptowali mechanizm powiązania praworządności z pieniędzmi, to do końca swojego rządzenia byliby uzależnieni od decyzji innych państw UE. Wolą więc wziąć to, co jest na stole w wypadku weta, bo to nie oznacza, że pieniądze się skończą, choć będą mniejsze, nie będzie nowych programów i inwestycji. Co więcej, niektórzy twierdzą, że przy takim rozwiązaniu dostaniemy nawet więcej pieniędzy, niż byśmy dostali, gdyby nowy budżet był powiązany z praworządnością. Być może oni po prostu chcą wziąć pieniądze, które są pewne i nie będzie trzeba się o nie starać i ryzykować, że nowe projekty będą związane regułą praworządności. Z punktu widzenia PiS-u weto byłoby zrozumiałe, a z punktu widzenia Polski to nie byłoby dobre, ale to też nie będzie straszna katastrofa. To bardzo ryzykowana gra, a jej skutki są niejednoznaczne w ocenie.

Jak ocenia pan stan większości rządzącej? Ostatnio widzieliśmy bunt „zwykłego” posła Kołakowskiego. Czy Kaczyński panuje jeszcze nad Zjednoczoną Prawicą?

Poseł Kołakowski chyba został spacyfikowany, podobnie jak poseł Ardanowski. Przyznam, że posła Kołakowskiego po raz pierwszy zobaczyłem dwa dni temu i to, że on potrafił hasać przez cały dzień i grozić większości sejmowej, jest jednak unikalne i wprawia w dyskomfort prezesa Kaczyńskiego i utrudnia mu rządzenie. Prezes był przyzwyczajony, że wszyscy się go boją i wypełniają rozkazy bez szemrania, a od wyborów parlamentarnych już wiemy, że tak nie jest i nie chodzi tylko o swawolność Ziobry czy Gowina, ale to są również swawole trzeciorzędnych posłów, co zaczyna być ośmielające. Okazało się, że pan Kołakowski wymusił na prezesie spotkanie i to takie, z którego był zadowolony. To może spowodować w umysłach pozostałych posłów ZP herezje, że może i oni byliby w stanie coś wymusić na prezesie. Oczywiście to byłoby niszczące dla prezesa, bo on całą swoją pozycję budował na strachu i gwałceniu godności ludzi, z którymi współpracował.

Tu nagle okazało się, że wstał Ardanowski, który jak równy z równym dyskutuje przez media, negocjuje i ostatecznie, jak widać, dostaje, czego chce, bo przecież sztandarowy projekt Kaczyńskiego, tzw. piątka dla zwierząt, został wycofany. To na pewno jest czynnik rozwibrowujący od wewnątrz rządy Zjednoczonej (podobno) Prawicy.

A zjednoczonej?

To jest na pewno jakiś przełom w tym, jak postrzegaliśmy ZP, bo na pewno jest tam wiele pęknięć i widzą to zarówno ci, którzy stanowią tę rzekomo Zjednoczoną Prawicę, jak i ci, którzy to obserwują. Zjednoczona Prawica jest coraz bardziej prawicowa, a mniej zjednoczona.

Kolejne pół kroku rządu do Polexitu

Julia Przyłębska, jako Trybunał Konstytucyjny zabrania obradować trzem izbom Sądu Najwyższego obradować w sprawie neo-KRS. SN obraduje i uznaje, że sędziowie przez Radę nominowani są nieważni, ale wydane przez nich do tej pory orzeczenia są ważne. PiS, rząd i Trybunał Konstytucyjny orzeczenia Sądu Najwyższego nie przyjmują do wiadomości. Tak wyglądała sekwencja wydarzeń w Polsce.

Dzień później rzecznik Komisji Europejskiej Christian Wigand podczas konferencji prasowej w Brukseli stwierdza, że KE nie ma wątpliwości co do prawomocności Sądu Najwyższego w Polsce. I dodaje, że Komisja Europejska ma takie wątpliwości w odniesieniu do stanowiska i dzisiejszej roli Trybunału Konstytucyjnego. Wigand wprost odniósł się w piątek do kwestii praworządności w Polsce. Mówiąc, że niezbędny jest natychmiastowy dialog w tej kwestii, który musi być „konstruktywny i uczciwy”. Wezwał też w imieniu KE do przywrócenia niezależności i prawomocności Trybunału Konstytucyjnego w Polsce. Bo zdaniem KE prawomocność ta została poważnie podważona, więc nie może on wydawać już „efektywnej konstytucyjnej oceny”. Nie obyło się też, bez przejechania przez rzecznika KE przyjętej przez Sejm głosami posłów PiS „ustawy kagańcowej”
Zapytany jak Komisja zareaguje ws. ustawy dot. dyscyplinowania sędziów, stwierdził:”Komisja nie będzie się wahać podjąć stosownych kroków, jeśli będą niezbędne”. Niemal natychmiast na Twitterze objawił się wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński z wpisem: „W związku z niedopuszczalną wypowiedzią rzecznika KE Christiana Wiganda, na sobotę na godz. 10.00 do MSZ został wezwany szef Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce Marek Prawda”.
Bo otóż-Ministerstwo Spraw Zagranicznych, wezwało Marka Prawdę, szefa przedstawicielstwa KE w Polsce do siedziby resortu. Czyli na dywanik, żeby poinformować go, że Polska jest Polską.
Potem w komunikacie MSZ poinformowało, że spotkanie Marka Prawdy z wiceszefem MSZ Pawłem Jabłońskim trwało ok. 20 minut. A rozmowa dotyczyła stosunku i stanowiska polskiego rządu ws. tez przedstawionych przez rzecznika KE. Wylewniejszy był Prawda.
– Przyjąłem to do wiadomości i przekażę Komisji Europejskiej. Rozmowa była rzeczowa i normalna. Komisja Europejska jest wspólnotą prawa i nie może nie reagować na zagrożenia, jakie wynikają dla sędziów – poinformował.
Przy okazji przedstawiciel Unii stwierdził, że to nie koniec działań Brukseli, bo wkrótce z pytaniem, czy polski rząd wciąż uważa, że nasz kraj jest w Unii Europejskiej, przyjedzie do Warszawy wiceszefowa KE Viera Jourova.

Bigos tygodniowy

Zwłoki Zbigniewa Ziobry. Chodzi o słynne trzy dziwne zwłoki po stronie tak dynamicznej i szybszej od wiatru w ściganiu koszulek z napisem „konstytucja” prokuratury pana Zbyszka. Po pierwsze, mimo złożenia 7 listopada o godz. 8.34 przez mecenasa Giertycha, pełnomocnika Leszka Czarneckiego, doniesienia w prokuraturze dotyczącego propozycji korupcyjnej szefa KNF, urząd ten zajął się sprawą dopiero 13 listopada. Po drugie, ów słynny wyścig Singapur-siedziba KNF w Warszawie między Markiem Chrzanowskim od szumideł, startującym z drugiej półkuli i funkcjonariuszami startującymi z ulicy odległej o silny rzut beretem, został przez funkcjonariuszy przegrany, mimo zdecydowanych forów, jakie mieli w punkcie wyjścia, właśnie z powodu braku polecenia ze strony pana Zbyszka. Zdymisjonowany już Chrzanowski nie tylko dotarł na miejsce jako pierwszy, ustanawiając rekord świata na sto lat co najmniej, ale zdążył jeszcze pobyć w swoim gabinecie około dwóch godzin. Różnie ludzie mówią o tym, co on tam robił. Mnie przychodzi do głowy choćby o takie małe zetknięcie ognika zapalniczki z małą karteczką z zapisanym na niej małym procentem od wielkiej kwoty. A tymczasem w Sejmie PiS zrealizowało plan Zdzisława, czyli ustawę pozwalającą przejmować banki za małą złotówkę. Trzecia zwłoka Ziobry dotyczy postępowania w sprawie nazistów, którzy rok temu w Katowicach powiesili na szubienicach wizerunki grona eurodputowanych. Rok temu. Sprawcy jak na patelni, jak na wspólnym zdjęciu pamiątkowym, przestępstwo oczywiste, ale prokuratura Ziobry jakoś dziwnie nie może się z tym uporać. Natomiast do domu dziennikarza TVN z wcieleniowego reportażu o urodzinach Hitlera weszli w try miga.

 

***

Wycofanie czyli stosunek przerwany. Władza PiS (czyli znów także pan Zbyszek, który ma nie za dobry okres) skończyła brutalny w przebiegu stosunek z instytucjami UE tzw. wycofaniem. Wycofała się mianowicie rakiem z części deformy wymiaru sprawiedliwości, czyli z części ustawy o Sądzie Najwyższym. To była – uwaga – tylko metafora! – jak wycofanie się armii niemieckiej po klęsce pod Stalingradem. Jak finisz „silnych, zwartych, gotowych” w 1939. Przyczyna była tylko jedna. Przelękli się, że opór przed wyrokiem TSUE będzie dla nich politycznie, a w dalszej konsekwencji także finansowo, tak kosztowny, że nie dadzą rady. Uznali, że dalsze przeginanie unijnej pały, może być ryzykowne ponad miarę. Żeby osłabić wrażenie swojej klęski i dla zmniejszenia uczucia upokorzenia wybrali ubranie tego wycofania się w kostium ustawowy. Że to niby wynik ich własnej, suwerennej, niczym nieprzymuszonej woli. Rysio Misio Czarnecki powiedział nawet, że to kolejny sukces władzy. A juści! W tej radości z rejterady PiS należy jednak zachować umiar, bo Izba Dyscyplinarna oraz ta, która zatwierdza wybory pozostaje w ręku PiS, tudzież KRS i TK.

 

***

„Po co nam to było”. Tytuł piosenki sprzed pół wieku, śpiewanej przez Joannę Rawik, robi ostatnio niejaką karierę. Przy tej okazji zapachniało mi młodością najbardziej wtedy, gdy usłyszałem recytatyw (nie zdecydował się na zanucenie) w wykonaniu senatora Marka Borowskiego z trybuny senackiej. Inni też cytują

 

***

IPN, posługując się wojskiem jak hetką pętelką czy najemnymi tragarzami, usunął w Zgorzelcu tablicę upamiętniającą ofiary wojny domowej w Grecji. Tablicę ufundowali już po 1989 roku przedstawiciele mniejszości greckiej w Polsce. Ipeeniory uznały ją za co prawda narodową (grecką) w formie, ale „komunistyczną” w treści, choć ani jeden przecinek w napisie nie dawał podstaw do takiego wniosku. W Polsce nie od dziś ma miejsce zjawisko, które nigdzie w Europie nie występuje w tak drastycznej formie: już nawet nie jaskiniowego antykomunizmu, ale jaskiniowej, oszalałej, bezrozumnej antylewicowości.

 

***

Milczenie prezesa. Prezes PiS stawił się w Gdańsku na procesie, który wytoczył Lechowi Wałęsie o obrazę i bywał momentami nawet filuterny, z uśmiechem w korytarzowych przemówkach z procesowym adwersarzem. Konsekwentnie milczy natomiast w sprawie afery KNF. Obstawiam taki wariant: uznał, względnie mu doradzili, żeby sprawę przemilczać póki się da, w nadziei, że jest to tylko ogarek, który szybko zgaśnie, a nie wielka gromnica, która przewracając się, podpali chudobę.

 

***

Dobra wiadomość z warszawskiego Ratusza. Rafał Trzaskowski nie zwrócił się do Boga o pomoc podczas składania prezydenckiej przysięgi. Zapewne zgodnie z zasadą: umiesz liczyć, licz na siebie.

 

***

W sprawie penisa prokuratura pana Zbyszka działa natomiast prężnie i bez zwłoki. W Olsztynie zajęła się galerią artystyczną, w której penis miał znieważyć uczucia religijne. Jak penis może obrażać uczucia religijne, gdy jest współnarzędziem Stwórcy w dziele poczynania życia poczętego?

 

***

Według badania sondażowni i to rządowego CBOS, 35 procent ankietowanych jest za obecnym poziomem integracji Europy, aż 33 za pogłębieniem integracji, 14 za wzmocnieniem narodowego charakteru państw, a tylko 4 procent za polexitem. Nic więc dziwnego, że prezes pogroził palcem posłance Siarkowskiej schodzącej z trybuny sejmowej po antyeuropejskim wystąpieniu.

 

***

Rzeczniczka PiS Beata Mazurek zbeształa 77 posłów, w większości z PiS, którzy wystąpili z listem do Julii Przyłębskiej, aby dalej nie zwlekała i pilnie zajęła się tzw. aborcją eugeniczną, czytaj: doprowadziła do wyroku, który by ją zdelegalizował. Nawiasem mówiąc, to jedno z kilku działań antyaborcyjnych fanatyków zmierzających do obejścia sposobem obecnej ustawy, też przecież restrykcyjnej. Inny myk polega na rozszerzaniu tzw. klauzuli sumienia na kolejne medyczne grupy zawodowe. Tymczasem Mazurek list określiła jako „niedopuszczalny nacisk na TK”. I już Julia wie co robić, nawet dzwonić do prezesa nie musi. A tak swoją drogą, to męczenie sprawy aborcyjnej wbrew wyraźnej woli prezesa ma co najmniej cechy wewnątrzpartyjnej niesubordynacji i prób rzucania prezesowi kłód pod nogi.

 

***

Sędziowie Sądu Apelacyjnego w Gdańsku znaleźli sposób na pohamowanie działań pana Zbyszka. Tamtejsze Zgromadzenie Przedstawicieli Sędziów odmawia, do czasu wyroku TSUE w sprawie pytań prejudycjalnych, opiniowania kandydatur na sędziów, co jest wymogiem przed przedłożeniem tychże Krajowej Radzie Sądownictwa. Ministerstwo Sprawiedliwości w osobie Łukasza Piebiaka unosi się oburzeniem i grozi konsekwencjami. Jeśli w ślad za apelacją gdańską pójdą inne apelacje w kraju, to nabór kadrowy pana Zbyszka na stanowiska sędziowskie zostanie zahamowany, a co najmniej przyhamowany. Może to zmusić to PiS to kolejnej zmiany ustawowej i chwilowe zawieszenie broni PiS z UE okaże się naprawdę chwilowe. A zatem: „Trwaj chwilo. Jesteś piękna”.

 

***

Czy to należy rozumieć jako przerwanie milczenia prezesa? Może wyraził się na migi? W każdym razie wczoraj nad ranem Warszawie CBA zatrzymało człowieka o najwyższych standardach etycznych i patriotycznych (tak o nim mówił prezes NBP), byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego.

Polska nie będzie członkiem UE poza jej systemem prawnym! Oświadczenie Konferencji Ambasadorów

Jarosław Kaczyński i inni politycy PiS deklarują, że pogłoski o Polexicie są tylko propagandowym kłamstwem opozycji. Jednocześnie władza podejmuje kroki, które wypychają Polskę na peryferie Unii Europejskiej.

 

1. Spór w łonie rządu i partii rządzącej wokół pytań prejudycjalnych kierowanych przez sądy krajowe do Trybunału Sprawiedliwości UE ma implikacje wewnątrzkrajowe oraz o zasadniczym znaczeniu dla członkostwa Polski w UE.

2. Istota postępowania na podstawie art. 267 TSUE wyraża się w tym, że sąd krajowy – o ile ma wątpliwości, jak interpretować prawo unijne ważne dla rozstrzygnięcia zawisłej przed nim sprawy – może (a jeśli rozstrzyga prawomocnie – musi) skierować pytanie dotyczące tej kwestii do Trybunału Sprawiedliwości UE. Jedynie Trybunał ma kompetencję do rozstrzygnięcia, czy pytanie dotyczy prawa unijnego oraz do przeprowadzenia interpretacji tego prawa. Zadanie pytania prejudycjalnego jest natomiast autonomicznym uprawnieniem sądu wywodzącym się z prawa UE. Żaden inny organ państwowy nie może w to prawo sądu ingerować.

3. Trybunał Sprawiedliwości nie rozstrzyga spraw krajowych, daje on w swoim wyroku natomiast wskazania dla sądu krajowego, jak należy interpretować prawo unijne. Z tego względu orzecznictwo Trybunału w tym obszarze ma fundamentalne znaczenie dla spójności Unii Europejskiej, zapewnia bowiem jednolitość interpretacji i stosowania prawa unijnego. Ma to znaczenie fundamentalne dla funkcjonowania unijnego rynku wewnętrznego oraz dla zagwarantowania stabilności unijnej wspólnoty prawnej, a tym samym dla uprawnień podmiotów gospodarczych i praw obywateli państw członkowskich (obywateli Unii).

4. W stanowisku Prokuratora Generalnego (Ministra Sprawiedliwości), upublicznionym na początku października br., zakwestionowano prawo sądu krajowego do kierowania pytania prejudycjalnego do Trybunału Sprawiedliwości, podając w wątpliwość wyłączną kompetencję tego Trybunału do decydowania o tym, czy skierowane do niego pytanie jest zasadne. Oba te aspekty postępowania prejudycjalnego należą do fundamentu, na którym zasadza się unijny porządek prawny. W stanowisku Prokuratora Generalnego chodzi w istocie o ograniczenie kompetencji sądu krajowego do kierowania pytań prejudycjalnych w sprawie stanu praworządności w Polsce.

5. W stanowisku Ministra Spraw Zagranicznych, upublicznionym 30 października br., zakwestionowano tezy zawarte w stanowisku Prokuratora Generalnego, zasadnie odwołując się do utrwalonego orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości UE i polskiego Trybunału Konstytucyjnego. Już jednak następnego dnia – 31 października br. – Minister Spraw Zagranicznych zdezawuował swoje pierwotne stanowisko, sprowadzając jego znaczenie do funkcji „informacyjnej” i „eksperckiej, a – w specjalnym oświadczeniu – „w pełni poparł” tezy stanowiska Prokuratora Generalnego. Premier natomiast zapewniał, że tezy Prokuratora Generalnego są tożsame ze stanowiskiem rządu.

6. Przebieg „uzgadniania” stanowiska rządu w tej fundamentalnej dla członkostwa Polski w Unii Europejskiej sprawie i jego treść budzi głębokie zaniepokojenie. Świadczy bowiem o:
• działaniu wbrew interesom Polski w Unii Europejskiej oraz w sprzeczności z polską racją stanu w relacjach międzynarodowych. W rozgrywkach wewnątrzpartyjnych na plan dalszy schodzi interes Polski w UE i jej pozycja w środowisku międzynarodowym;
• lekceważeniu podstawowych zobowiązań Polski związanych z członkostwem w Unii Europejskiej. Przyjęcie tez Prokuratora Generalnego jako stanowiska rządu oznacza czołowe starcie z fundamentem prawa UE. Dzieje się to na kilkanaście dni przed planowanym posiedzeniem Trybunału Sprawiedliwości (16 listopada br.), podczas którego rozpatrywana będzie zasadność zastosowania wobec Polski precedensowych działań związanych z naruszaniem praworządności oraz w czasie, gdy wobec Polski biegnie procedura art. 7 TSUE oraz postępowania o naruszenie zobowiązań wynikających z członkostwa;
• postępującej degradacji Ministerstwa Spraw Zagranicznych (i personalnie Ministra SZ) w kreowaniu polskiej polityki zagranicznej oraz o tym, że jest ona sprowadzana do wyrażania „interesów” wyłącznie partii rządzącej (KA zwracała uwagę na ten problem w stanowisku z 9 października br. „Dyplomacja i przyzwoitość”).

7. Postępowania organów UE nie mają na celu „karania” Polski. Ich celem jest przywrócenie w Polsce praworządności. Stanowisko zaprezentowane przez Prokuratora Generalnego w sprawie pytań prejudycjalnych jest natomiast działaniem oddalającym Polskę od standardów Unii Europejskiej. Poza marginalizacją pozycji Polski w Unii Europejskiej, prowadzi to do wyłączania wobec Polski ważnych mechanizmów unijnej wspólnoty prawnej. Alarmujące są sygnały związane z Europejskim Nakazem Aresztowania, kolejne problemy mogą wystąpić w dziedzinach o zasadniczym znaczeniu dla przedsiębiorców, rolników i obywateli polskich korzystających z uprawnień obywatela Unii.

8. Sądy konstytucyjne państw członkowskich mają możliwość badania zgodności z konstytucją Traktatów stanowiących podstawę UE. Mają jednak obowiązek stosowania wykładni przyjaznej prawu UE, tj. mają tak interpretować prawo krajowe, aby zapewnić wykonanie prawa UE. Jeśli natomiast sprzeczności nie da się przezwyciężyć w drodze interpretacji, wówczas ustawodawca krajowy powinien przeprowadzić stosowną nowelizację ustawy lub konstytucji. Może tego nie zrobić, ale wówczas państwo wkracza na drogę wystąpienia z Unii Europejskiej.

 

Jan Barcz, Marcin Bosacki, Iwo Byczewski,
Maria Krzysztof Byrski, Mieczysław Cieniuch,
Tadeusz Diem, Paweł Dobrowolski,
Grzegorz Dziemidowicz, Urszula Gacek,
Marek Grela, Andrzej Jaroszyński, Maciej Klimczak, Michał Klinger,
Tomasz Knothe, Maciej Kozłowski, Maciej Koźmiński, Jerzy Kranz,
Henryk Lipszyc, Bogumił Luft, Piotr Łukasiewicz, Jacek Najder,

Jerzy-Maria Nowak, Piotr Nowina-Konopka,
Agnieszka Magdziak-Miszewska, Anna Niewiadomska,
Piotr Ogrodziński, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, Ryszard Schnepf,
Grażyna Sikorska, 
Tadeusz Szumowski, Andrzej Towpik,
Wojciech Tomaszewski, Maria Wodzyńska-Walicka