Opowieść o niemieckich chrześcijańskich demokratach

Oto opowieść o frapujących kuluarowych bezpieczniacko-nazistowskich klikach, które budują prominentni niemieccy politycy z partii Angeli Merkel.

O firmie Augustus Intelligence (AI) zrobiło się głośno 12 czerwca. Tego dnia bowiem Der Spiegel opublikował cokolwiek wstrząsający opis dokumentujący powiązania tej amerykańskiej spółki z politykami Unii Chrześcijańsko-Społecznej (CDU). To partia Angeli Merkel. Jednak nie ona jest na głównym celowniku, a deputowany
Philipp Amthor.
Ów parlamentarzysta – jak się okazuje – był mocno zaangażowany w działalność lobbingową dla AI. Szefostwo tej ostatniej nie pozostawało, ma się rozumieć, dłużne. W zamian za okazaną życzliwość Amthorowi jego amerykańscy interesariusze fundowali mu luksusowe podróże (kto wie jakie bonusy przewidywał program wycieczek?), wsparli go giełdowo i załatwili nawet jakąś synekurę. Na nieszczęście prominentnego chrześcijańskiego demokraty, wszystko fiknęło.
Od czasu publikacji artykułu Amthor jest głównym podejrzanym w nowej aferze korupcyjnej, która wstrząsnęła Niemcami.
Philipp Amthor przed skandalem był opisywany jako „wschodząca gwiazda” CDU
To jednak nie wszystko. Pojawiły się także wątpliwości innego rodzaju. Czy Augustus Intelligence jest rzeczywiście przedsiębiorstwem? Czy świadczy usługi w komercyjnym, rynkowym trybie? Czy jest raczej przykrywką poważnej operacji wywiadowczej? Dziennikarze, którzy podjęli ten trop, odkryli kilka zadziwiających okoliczności. Już na pierwszy rzut oka spółka stwarza wrażenie, jakby posiadała dostęp do nieograniczonych funduszy. Swoich gości umieszcza w wystawnych, luksusowych hotelach, jej przedstawiciele latają przez Atlantyk firmowym samolotem, zarząd utrzymuje powierzchnię biurową w centrum Nowego Jorku buląc dobre pół miliona zielonych rocznie. A wszystko to na tle niemal kompletnego braku śladów jakiejkolwiek działalności gospodarczej.
Wcale frapujący wydaje się też wątek kadrowo-kontrahencki. Chociaż firma zarejestrowana jest w Stanach Zjednoczonych, jej szefostwo to niemal wyłącznie obywatele RFN. Personel wykonawczy i partnerzy biznesowi zaś to wysocy rangą przedstawiciele niemieckiego sektora bezpieczeństwa i możni. Za przykład niech posłużą choćby były minister obrony Karl-Theodor zu Guttenberg, były prezydent niemieckiej agencji wywiadowczej (Bundesamt für Verfassungsschutz, BfV)
Hans-Georg Maassen,
były szef niemieckiego wywiadu zagranicznego August Hanning, prominentny konsultant do spraw zarządzania Roland Berger oraz miliarder August François von Finck. Większość tych osób utrzymuje ścisłe kontakty z przedstawicielami niemieckiego rządu stworzonego przez tzw. wielką koalicję CDU-CSU-SPD. Na marginesie dodać można, że ludzie ci bynajmniej nie stronią również od kontaktów z przedstawicielami skrajnej prawicy.
Na swojej stronie internetowej Augustus Intelligence deklaruje, że celem biznesowym firmy jest dostarczanie „bezpiecznych rozwiązań dla rozwoju sztucznej inteligencji”. AI twierdzi, że prowadzi “centra danych” (cokolwiek to znaczy) w Stanach Zjednoczonych i sprzedaje oprogramowanie służące do rozpoznawania twarzy i obiektów. Amerykańscy i europejscy dziennikarze, którzy przyglądali się temu przedsiębiorstwu-widmu bliżej wykazali jednak, że jest to byt, który w polskim języku potocznym określa się jako firma-krzak.
Ciekawostek jest sporo. Z tekstu niemieckich dziennikarzy dowiadujemy się, że dwóch byłych menedżerów, którzy zostali zwolnieni w grudniu zeszłego roku, pozwało firmę, zarzucając jej prowadzenie biznesu opartego na „oszustwie, działaniach nielegalnych i korupcji”. Der Spiegel cytuje nawet fragment pozwu: „W rzeczywistości firma nie miała środków, o które się ubiegała, nie miała produktu i brakowało zarówno znaczących klientów jak i przychodów”.
Mimo to Augustus Intelligence miał środki na to, żeby zainstalować się w okazałym lokalu w strefie World Trade Center. Biuro AI znalazło się w bezpośrednim sąsiedztwie firmy konsultingowej i inwestycyjnej Spitzberg Partners, którą kieruje wspomniany wcześniej
Karl-Theodor zu Guttenberg.
Ów były minister gospodarki i obrony w rządach RFN jest najprawdopodobniej również szefem AI. Jest właścicielem akcji tej spółki i do marca tego roku piastował w niej stanowisko „prezesa do spraw ogólnych”. AI nie ukrywał zresztą tej informacji, zamieszczając odpowiednią wzmiankę na swojej stronie internetowej. Wkrótce jednak została ona usunięta.
Oficjalny szef Augustus Intelligence to 33-letni absolwent medycyny
Wolfgang Haupt,
najprawdopodobniej ktoś w rodzaju międzynarodowo-niemieckiego Marcina P., antybohatera afery Amber Gold. Dziennikarze dotarli do jego konta na popularnym portalu społecznościowym LinkedIn. Haupt ma albo duże ego, albo ktoś każe mu odgrywać rolę strasznej samochwały, niezbyt rozważnej dodajmy. Obszernie rozpisuje się bowiem ów o tym jak to zasadniczo z zawodu jest dyrektorem. W swojej karierze zawodowej założyć miał już wiele przedsiębiorstw w różnych branżach i sektorach. Ciekawe, czy wszędzie był tylko szefem de iure, inaczej mówiąc – słupem.
Guttenberg, szef AI de facto, jest łącznikiem między elitą arystokratyczną Niemiec, która ponad sto lat po upadku Cesarstwa nadal tworzy hermetyczną, podle reakcyjną społeczność, a partiami rządowymi w Berlinie. Urodzony w bogatej szlacheckiej rodzinie z Frankonii, postanowił swoja karierę polityczną związać z bawarską Unią Chrześcijańsko-Społeczną (CSU). W 2008 roku został sekretarzem generalnym tego stronnictwa. Rok później zaś przeniósł się z Monachium do Berlina i został ministrem gospodarki, a następnie ministrem obrony w rządzie kanclerz Angeli Merkel.
Najwyraźniej nie zaspokoiło to jego ambicji. Parł dalej. Jego jakże szybka kariera polityczna załamała się jednak w 2011 roku.
Wówczas wyszło bowiem na jaw, iż Herr Haupt sfałszował swoją pracę doktorską. Jak wiadomo, ludzie pontony nie toną – zwłaszcza wysadzane arystokratyczną biżuterią. Koleś czmychnął więc do Stanów Zjednoczonych – tamtejszy system rzeczywiście zdaje się stwarzać zachodnim kleptokratom najbardziej sprzyjające warunki. Tam Haupt nadal aktywnie zajmował się polityką, wyczekując odpowiedniego momentu, w którym będzie mógł wrócić na wpływowe stanowiska polityczne w Niemczech.
Żona Guttenberga Stephanie, tytułująca się hrabiną Bismarck-Schönhausen,
jest potomkinią, w bezpośredniej linii, kanclerza Niemiec Otto von Bismarcka. Matka Guttenberga także jest hrabiną. Wywodzi się z mającej wielowiekowe korzenie rodziny arystokratycznej, która aż do wywłaszczenia w 1945 roku posiadała rozległą własność w Chorwacji. Jej ojciec, Jakob Graf zu Eltz, ściśle współpracował z chorwackim proto-faszystą Franjo Tudjmanem, który został osadzony na stolcu prezydenta separatystycznej republiki po rozpadzie Jugosławii. Zu Eltz zaś został członkiem chorwackiego parlamentu. I jeszcze jedna ciekawostka. W 1985 roku matka Guttenberga wyszła za mąż po raz drugi. Jej ówczesnym wybrankiem został Adolf Henkell von Ribbentrop, syn ministra spraw zagranicznych Adolfa Hitlera. Nieprzypadkowa to zapewne koincydencja genetyczno-nazistowska. Tudjman był sprawnym kontynuatorem myśli chorwackiego nazistowskiego sadystycznego satrapy Ante Pavelicia. Nie mógł oczywiście pozwolić sobie na takie ekscesy jak jego idol, który, jako bliski sojusznik III Rzeszy zachowywał się tak brutalnie wobec Serbów, że nawet wysłannicy Hitlera musieli go przywoływać do porządku. Przejął jednak chorwacko-nazistowską symbolikę i etos tzw. Niezależnego Państwa Chorwackiego, którym rządził Pavelić. Wyraźnie widać, że stare nazistowskie miłości nie rdzewieją!
Główną rolę, można powiedzieć sprawczą, w Augustus Intelligence odgrywa niejaki
Roland Berger,
założyciel noszącej jego nazwisko firmy konsultingowej. Berger wykorzystuje gęstą sieć powiązań w niemieckich kręgach biznesowych i politycznych. Doradzał między innymi tzw. Urzędowi Powierniczemu (die Treuhandanstalt). Niewielu o tym bycie słyszało, a ci którzy słyszeli zdążyli już dawno o nim zapomnieć. Była to specjalna agencja rządowa powołana przez władze dawnego RFN, której zadaniem było splądrowanie NRD-owskiej gospodarki po aneksji tego państwa przez Niemcy zachodnie. Treuhandanstalt miał dokonać szybkiej i masowej prywatyzacji wszystkiego co się dało po “zjednoczeniu”. Później urząd ten okazał się też wcale przydatny przy w opracowywaniu tak zwanej Agendy 2010, czyli ostatecznie przypieczętowującego, czy raczej podsumowującego, przejście niemieckich socjaldemokratów na jedynie słuszną wiarę liberalną z czasó kanclerza Gerharda Schrödera. Z grubsza chodziło o to, aby zdewastować rozbudowany system wsparcia socjalnego i zastąpić go skąpymi zasiłkami.
Charles Édouard-Bouée,
wieloletni dyrektor generalny w firmie Bergera, został na jego prośbę w Augustus Intelligence „prezesem do spraw biznesowych”. Der Spiegel opublikował zdjęcie Bergera wraz z Amthorem, Maassenem oraz założycielem AI Hauptem zrobione w czasie ich pobytu w pięciogwiazdkowym hotelu w szwajcarskim luksusowym kurorcie Sankt Moritz.
August François von Fink
jest jednym z najważniejszych darczyńców Augustus Intelligence. Podobno zainwestował w firmę 11,2 miliona dolarów. Fink ma się rozumieć nie wypracował z tego ani centa. Odziedziczył fortunę po dziadku-bankierze Auguście von Finku. Zwążywszy na nazistowski fundament całej tej łajdackiej społeczności nie będzie niespodzianką, że w latach 20. XX wieku ów dziadek finansował Adolfa Hitlera, a potem pięknie się obłowił przejmując masowo mienie pożydowskie, dzięki prawodawstwu wprowadzonego po przejęciu władzy przez przywódcę III Rzeszy.
Familia Fink pozostaje jedną z najbogatszych w Niemczech. Przez wiele lat August von Fink Młodszy, ojciec Augusta François, udzielał wielomilionowego wsparcia finansowego partiom i ruchom skrajnie prawicowym, które ostatecznie doprowadziły do ​​powstania skrajnie ekstremistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD). Ogromne kwoty zainwestował także w samą AfD. W 2009 roku firma Mövenpick, która była wówczas własnością Finka, przekazała 1,1 miliona euro neoliberalnej pro-biznesowej Wolnej Partii Demokratycznej (FDP), która w geście wdzięczności, gdy współtworzyłą niemiecki rząd, obniżyła podatek VAT dla branży hotelarskiej, na czym zyskał oczywiście koncern Mövenpick. Tak, tak dokładnie ten znany w Polsce głównie z rozprowadzania lodów. Zmrożone słodycze są jednak tylko częścią działalności gospodarczej tego konsorcjum i to mniejszą, dzieloną zresztą w toku akrobacji biznesowych z innymi gigantami spożywczymi; część ważniejsza to Mövenpick Hotels & Resorts, czyli właśnie branża turystyczno-hotelarska.
Dalej
Hans-Georg Maassen,
który do listopada 2018 roku kierował niemieckim kontrwywiadem cywilnym, czyli Federalnym Urządem Ochrony Konstytucji (niem. Bundesamt für Verfassungsschutz, BfV) ściśle współpracował z AfD, miał powiązania z AI, czego dowodem jest przytoczone wyżej zdjęcie ze spotkania w hotelu w Sankt Moritz. Według dzienikarzy Der Spiegel Maassen zwykł latać do Stanów Zjednoczonych prywatnym odrzutowcem razem z Hauptem. Pomógł także jednemu z pracowników tej firmy uzyskać obywatelstwo niemieckie.
W 2018 r. Maassen został zmuszony do przejścia na wcześniejszą emeryturę, gdyż udowodniono mu powiązania z AfD. Ma się rozumieć, krzywdy nie miał – od tego czasu stał się rzecznikiem WerteUnion (niem. sojusz wartości) – prawicowej frakcji w CDU i CSU, która ma wielu zwolenników w koalicji do których zalicza się m. in. Philipp Amthor. Poglądy reprezentowane przez tę grupę są dość zbliżone do tych, które w Polsce reprezentuje Konfederacja.
I jeszcze
August Hanning.
Ten przyznał na łamach Die Zeit, że ma pisemną umowę z Augustus Intelligence, obejmującą usługi doradcze i konsultingowe. Nie ujawnił, w jakiej materii i komu doradza.
Podobnie jak Maassen, Hanning jest centralną postacią niemieckiego aparatu bezpieczeństwa, a dokładnie wywiadu zagranicznego. Od 1998 do 2005 roku kierował Federalną Służbą Informacyjną (Bundesnachrichtendienst, BND), a od 2005 do 2009 był odpowiedzialny za kierowanie policją federalną, bezpieczeństwo wewnętrzne, migrację, integrację i sprawy związane z uchodźcami w Federalnym Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. W 2015 roku zrobiło się o nim znów głośno, gdy ów opublikował nagonkowy artykuł, w którym skrytykował przyjazną (wówczas) uchodźcom politykę rządu Angeli Merkel.
Na tle tych wszystkich okoliczności, co zresztą stwierdzają dość czytelnie autorzy materiału w Der Spiegel, wnioskować należy, że Amthor został po prostu nominowany przez burżuazyjno-nazistowską klikę na głównego rozgrywającego osobliwej prawicowej konspiracji. Według Der Spiegel, otrzymał on co najmniej 2817 opcji na akcje (kontrakty, które uprawniają jej właściciela do kupna od wystawcy bądź do sprzedaży mu uzgodnionej liczby danego rodzaju akcji. Ma to miejsce w określonym czasie oraz po określonej cenie) od Augustus Intelligence i w maju 2019 roku wszedł w skład jej zarządu. Na spotkania zarządu przylatywał do Nowego Jorku co najmniej dwa razy. Uczestniczył również w spotkaniach na Korsyce i Sankt Moritz . W październiku 2018 r. napisał do niemieckiego ministra gospodarki
Petera Altmaiera
list z prośbą o wsparcie polityczne dla firmy.
Władze CDU forsowały tego 27-letniego prawicowego polityka na przewodniczącego partii w kraju związkowym Meklemburgia-Pomorze Przednie, który jest rodzimym okręgiem wyborczym Angeli Merkel. W następstwie skandalu związanego z AI Armthor ogłosił, że ustąpi z ubiegania się o fotel lidera partii w tym kraju związkowym.
Sprawa Augustus Intelligence pokazuje, że obecna “wielka koalicja” chadeków i socjaldemokratów ma de facto charakter ściśle prawicowy. Politycy stojący na jej czele promują skrajnie prawicowe siły w państwie i aparatach partyjnych, aby realizować swoje resentymenty jako pogrobowcy Hitlera, Bismarca czy Wilhelma II. Ludzie tacy jak bohaterowie śledztwa Der Spiegel promują w kuluarach politykę militaryzmu, pogłębiania nierówności społecznych i tłumienia wszelkiej opozycji. Wszyscy oni Amthor, Guttenberg, Maassen, Hanning, Roland Berger i ich akolici są ściśle związani z rządową koalicją w Berlinie.

Akwizytorzy

Mój znajomy miał babcię, która padła ofiarą oszustów. Oszuści nie kryli swoich zamiarów. Przyszli do domu babci ładnie ubrani, ładnie mówili i pachnieli. Używali argumentów, którym trudno było zaprzeczyć. No i ostatecznie – oszukali. Zarobili co swoje, a starszej pani uprzykrzyli jesień życia. Czas. No właśnie kupili sobie trochę czasu. A czas to pieniądz, a pieniądz-to władza.

Starsza pani wpuściła do domu akwizytorów, którzy przekonali ją, że kiedy skomasuje wszystkie rachunki które do tej pory płaci w jeden, to wyjdzie taniej, bo przecież każdy blankiet płacony osobno, to osobna prowizja dla poczty, gazownika, zakładu energetycznego. A jak się tak miesiąc w miesiąc płaci, to przez rok nazbiera się co najmniej na nowy czajnik albo może nawet i odkurzacz, z tych tańszych. Oni za to, na dzień dobry, dadzą babci elektryczny masażer do karku, który można też używać jak rwie lumbago albo do stóp i obniżą jej miesięczne wydatki. Wystarczy podpisać, na dole po prawej stronie, czytelnie. Finał był taki, że starszej pani odcięto prąd i telefon, bo drobny druczek umowy przewidywał płatność na konto nowej firmy, która miała, oczywiście po potrąceniu sobie przydziału, odprowadzać należności do świadczeniodawców, czego nie robiła, tylko rozpłynęła się w marach polskiej gospodarki, jak plan Balcerowicza. Starszej pani został na osłodę chiński masażer do stóp. Nie wiem czy działa, czy już się popsuł.

Do Sejmu polskiego Polacy wpuścili parę lat temu grupę akwizytorów. W miarę wyglądali, dobrze byli ubrani. Jedni gadali o Polsce, o Panu Bogu. Drudzy gadali o tym samym, dodając przy okazji, że tamci pierwsi nic nie wiedzą, i że to oni wiedzą lepiej. Kiedy kraj, kompletnie na to nieprzygotowany, znalazł się na bombie zegarowej, akwizytorzy przygotowali dokumenty i podłożyli je do podpisania Polakom. W dokumentach było napisane, że wobec walki z zarazą pomogą małym i słabym, choć np. kredyt hipoteczny to już prywatna broszka banku i konsumenta, więc nie można się wtrącać bankom do ich spraw. Było tam poza tym mnóstwo zapisów, których normalny człowiek, bez pomocy prawnika albo księgowego, nie pojmie. Na koniec dodano jednak prawdziwy miętowy opłatek: nowelizację kodeksu wyborczego. I jako projekt poselski, niewymagający uprzednich konsultacji, tak jak to jest w przypadku projektów rządowych, położono na biurku pani marszałek, która zarządziła głosowanie. Kiedy zobaczyli to ci drudzy akwizytorzy, oczywiście umiejący czytać i pisać, zaczęli pomstować na pierwszych, że to zamach na demokrację, w czym akurat mieli sto procent racji. Majstrowanie przy kodeksie wyborczym, na miesiąc przed oficjalnym terminem elekcji prezydenta, to po prostu kryminał. Nie ma to nic wspólnego z poszanowaniem prawa, a przeczy przy okazji idei wolnych wyborów, bo jakie one wolne, kiedy robi się wszystko, żeby się odbyły, kiedy naród, w ponad 60 procentach, jest przeciw. Bo się najzwyczajniej o siebie boi. Akwizytorzy, jak widać, o naród się nie boją. Jedyne o co się boją to to, że sami stracą, tzn. nie zarobią Bo jak wybory się przełoży, wypłaci w kwietniu trzynaste emerytury, to kto o nich będzie pamiętał w październiku czy listopadzie. Nie dlatego przyznaje się emerytom trzynastki, bo się ich tak bardzo kocha, tylko dlatego, żeby ich przekupić. Gdybym był rządem i prezydentem, których sensem istnienia jest rządzenia dla rządzenia, też bym tak robił.

Tak czy inaczej, w środku nocy, przy szwankującym systemie do głosowania, władza akwizytorska głosuje, ręka w rękę, za tym, żeby pakiet tarczy pomocowej skierować do prac w Senacie, choć od razu widać, że to po prostu cyniczna gra, obliczona na przepchnięcie kolanem elekcji w pierwotnym terminie. Czemu więc opozycyjni akwizytorzy też za tym głosują? Ponieważ cały czas liczą, że nastąpi druga tura. A w niej wszystko jest możliwe. Jedni i drudzy grają wyłącznie na siebie. Co robi człowiek, kiedy widzi, że podsuwa mu się do podpisu kwit, w którym oprócz zapisów potrzebnych i takich, które popiera, znajdują się również takie, których tam w ogóle nie powinno być. Normalny człowiek, nie akwizytor, nie koniunkturalista ani wariat, mówi, że nie podpisze dokumentu, dopóki zapisy umowy, które są od czapy, z niego nie znikną. Czasami trwa to dość długo. Ostatnią umowę na płytę dla „Darmozjadów” negocjowałem ponad 2 miesiące.

Akwizytorzy jednak nie negocjują. Oni bez najmniejszego skrępowania wchodzą do człowieka na kwadrat i dają do podpisu lewą umowę, w której felerności mają pełne rozeznanie. Robią to cynicznie i bez mrugnięcia okiem, przytakując przy tym porozumiewawczo, że dzisiaj tak właśnie trzeba. Że w obliczu pandemii i kryzysu nie ma innego wyjścia. Pogłębiając przy okazji kryzysy do granic depresji. A w depresję niedługo przyjdzie ludziom popaść. Bez dwóch zdań. Wtedy dopiero będzie w Polsce dół…

Jak politycy PiS psują prawo

Wydarzyła się rzecz bez precedensu – Ministerstwo Sprawiedliwości groziło pozwem sądowym przeciwko grupie naukowców za opinie na temat projektu ustawy, przedstawione w trakcie prac legislacyjnych.

Sądu jednak nie było. Minister Zbigniew Ziobro powiedział, że pozew nie zostanie wniesiony, ale nie wycofał się z zarzutów pod adresem Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego.

Chodzi o obszerną nowelizację Kodeksu Karnego, której treść jak i sposób jej procedowania wzbudził wielkie kontrowersje w środowisku prawniczym. W projekcie zaproponowano zaostrzenie kar za wiele przestępstw, między innymi w stosunku do nieletnich, wprowadzenie 30 lat więzienia w miejsce dotychczasowej kary 25 lat, czy możliwość orzeczenia kary dożywotniego pozbawienia wolności bez możliwości warunkowego przedterminowego zwolnienia.

Zdaniem prawników z Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego, w rezultacie chaotycznego i szybkiego procedowania tej noweli ustawa po wyjściu z Senatu zawiera „wiele błędów, sprzeczności i groźnych systemowo luk”.

Aby temu zapobiec – a był jeszcze czas, bo poprawkami Senatu musiał się zająć Sejm – 9 czerwca Instytut opublikował na swoich stronach obszerną, licząca 110 stron opinię. W związku z „rażąco niekonstytucyjnym i nieregulaminowym trybem prac” oraz wprowadzeniem do ustawy błędów, sprzeczności i luk rekomendowano przerwanie prac nad nią.

Moralny obowiązek

Wyrażanie opinii, przedstawianie uwag na temat projektów aktów prawnych jest prawem każdego obywatela, a moralnym obowiązkiem ekspertów w dziedzinie poddawanej interwencji prawnej. Autor projektu może uwagi przyjąć, może je odrzucić, może wreszcie, co dzieje się nader często, zignorować je, ale nie ma prawa nikogo straszyć sądem za opinie, z którymi się nie zgadza. Przynajmniej takie są standardy w państwach prawa.

Większość sejmowa nie wzięła opinii KIPK pod uwagę. 13 czerwca posłowie uchwalili ustawę przyjmując 41 z 42 poprawek zaproponowanych przez senatorów.

Zareagował natomiast autor projektu, Ministerstwo Sprawiedliwości, które 15 czerwca na swoich stronach poinformowało, że pozwie „za kłamstwo profesorów i doktorantów krakowskiego uniwersytetu do sądu, w obronie swojego dobrego imienia, w obronie polskiego wymiaru sprawiedliwości, a także w obronie renomy samego Uniwersytetu Jagiellońskiego”.

Owym kłamstwem miała być opinia, że „poprawki Senatu powodują, że przepisy dotyczące przestępstw łapownictwa/korupcji nie będą miały zastosowania do osób zarządzających największymi, strategicznych spółkami handlowymi z udziałem Skarbu Państwa, co może doprowadzić do ich bezkarności za niektóre czyny korupcyjne w sektorze publicznym.” Za tym stwierdzeniem stoi dość skomplikowany wywód związany z wprowadzoną przez ministerstwo zmianą w definicji „osoby sprawującej funkcję publiczną”, którą senatorowie chcieli doprecyzować, ale zdaniem pracowników krakowskiego Instytutu doprowadzili zamiast tego do wspomnianego absurdu. Ministerstwo takiego zagrożenia nie widzi.

Bez względu na to kto ma rację należy się zgodzić z oświadczeniem Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, w którym czytamy „takie działanie Ministerstwa stanowiłoby bezprecedensowe naruszenie prawa do swobody działalności naukowej oraz swobody wypowiedzi. Mogłoby także wywołać efekt mrożący, uniemożliwiając w przyszłości debatę publiczną na temat aktów prawnych o istotnym publicznym znaczeniu.” Jak wspomniano, po dwóch dniach okazało się, że pozew nie zostanie wniesiony.

W szalonym tempie

Warto przyjrzeć się temu jak w rządzie, a potem w parlamencie pracowano nad rządowym projektem zmiany ustawy Kodeks Karny oraz niektórych innych, gdyż przy tworzeniu tego projektu naruszono zasady regulaminu pracy Rady Ministrów, regulaminu Sejmu RP oraz regulaminu Senatu.

Projekt nowelizacji Minister Sprawiedliwości upublicznił 25 stycznia br., choć jak stwierdził na posiedzeniu Senatu minister Zbigniew Ziobro pracowano nad nim od dwóch lat. W tym dniu rozpoczęto uzgodnienia międzyresortowe, konsultacje publiczne i opiniowanie. Na przedstawienie opinii w ramach konsultacji publicznych dano, bez żadnego uzasadnienia tej decyzji, tylko 14 dni.

W konsekwencji tylko trzy z 12 podmiotów, których pisma zostały upublicznione na platformie Rządowego Procesu Legislacyjnego, zdołały odpowiedzieć w terminie. Większość przesłanych stanowisk zawierała uwagi krytyczne. Wiele uwag przedstawiło także Rządowe Centrum Legislacji, Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz Finansów. Skutkiem było przygotowanie na początku maja drugiej, nieco zmienionej wersji projektu. Tę wersję, co warto podkreślić, gdyż zdarza się to rzadko, również przekazano do konsultacji, które tak jak za pierwszym razem trwały 14 dni. Otrzymano sześć, z wyjątkiem jednej krytycznych opinii. W jednej z nich konsultacje tak poważnej nowelizacji, w tak krótkim czasie nazwano „pozorowanymi”.

14 maja rząd zdecydował o natychmiastowym przesłaniu projektu do Sejmu. Pominięto przy tym kilka etapów prawidłowego procesu legislacyjnego. Projekt ustawy nie był przedmiotem prac Komisji Prawniczej, ani Stałego Komitetu RM. Oznacza to, że w praktyce zastosowano tryb odrębny (art.99 Regulaminu pracy RM), choć nie dopełniono warunku niezbędnego do jego zastosowania – wyrażenia zgody na jego zastosowanie przez „Prezesa Rady Ministrów albo działającego z jego upoważnienia Sekretarza Rady Ministrów” (art. 100). A więc już na rządowym etapie prac nad tym projektem nie przestrzegano zasad poprawnej legislacji zapisanych w Regulaminie pracy Rady Ministrów.

Żaba podstawia nogę

Posłowie opozycji oraz dziennikarze uważali, że powodem nadzwyczajnego przyspieszenia prac nad nowelizacją Kodeksu Karnego był fakt emisji w Internecie 12 maja filmu braci Sekielskich o pedofilii w polskim Kościele. W ciągu trzech dni film ten obejrzało 14 milionów osób.

Był to czas ostatnich dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Rząd postanowił pokazać, że walczy z pedofilią. Fakt, że podczas I czytania projektu ustawy głos zabrał premier Mateusz Morawiecki przedstawiając projekt nowelizacji jako konieczne narzędzie do walki z pedofilią zdaje się uprawdopodobniać tę tezę.

Uchwalenie potężnej, liczącej 40 stron nowelizacji Kodeksu Karnego, do której posłowie zgłosili 25 poprawek, zajęło posłom zaledwie 33 i pół godziny. Zgodnie z zapisami Rozdziału 4 regulaminu Sejmu RP nie mogło ono trwać mniej niż 15 dni. Marszałek ma prawo zastosować przyspieszony tryb postępowania (Art. 51) w stosunku do projektów ustaw lub uchwał, a nie w stosunku do projektów kodeksów lub nowelizujących kodeksy. Doszło więc do złamania Regulaminu Sejmu, a niektórzy eksperci twierdzili, że doszło także do godzenia „w konstytucyjne zasady prawidłowej legislacji, stabilność prawa i zaufania obywateli do państwa”

Następnego dnia po zakończeniu nadzwyczaj szybkiej pracy posłów Marszałek Sejmu przekazał ustawę do Senatu. Prace senackie rozpoczęły się 23 maja na posiedzeniu Komisji Ustawodawczej oraz Komisji Praw Człowieka, Praworządności i Petycji. Komisje wniosły o wprowadzenie 41 poprawek do ustawy, z których część było swoistą autopoprawką, gdyż została zaproponowana przez Ministra Sprawiedliwości. W trakcie debaty plenarnej senatorowie przedstawili kolejne cztery.

Ostatecznie Senat 24 maja po godz. 22 przyjął 42 poprawki. Problem w tym, że co najmniej kilka z tych poprawek było niezgodnych z zasadami zapisanymi w regulaminie Senatu, gdyż ich treść wychodziła merytorycznie poza zawartość ustawy uchwalonej przez Sejm. W poprawkach nr 26, 33, 34 i 35 senatorowie postanowili wprowadzić zmiany w ustawach, których nie znowelizowali posłowie. Jeśli senatorowie widzieli taką konieczność powinni „przedstawić wniosek o podjęcie [własnej] inicjatywy ustawodawczej wraz z projektem odpowiedniej ustawy” (art. 69 regulaminu Senatu).

Obecnie projekt czeka na wyrok Trybunału Konstytucyjnego.

Jak chcą to mogą

Myliłby się ten, kto by na podstawie opisanego powyżej przykładu uważał, że nasi legislatorzy są nieprzygotowani do prawidłowego tworzenia aktów prawnych, nie potrafią przygotować spójnego, dobrze uzasadnionego projektu, właściwie go skonsultować i uzgodnić. Są przykłady, które świadczą o tym, że jest odwrotnie.

Liczba pracowników ministerstw i instytucji centralnych od kilku lat szkolonych w praktykach poprawnej legislacji, znających najlepsze wzorce zagraniczne, grubo przekracza setkę. Są do dyspozycji materiały pomocnicze, choćby „Wytyczne do przeprowadzenia oceny wpływu i konsultacji publicznych w ramach procesu legislacyjnego”. Wreszcie mamy przykłady dobrze prowadzonych projektów ustaw.

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w 2017 r. przeprowadziło trwające niemal rok, z użyciem kilku różnych narzędzi, takich jak konferencje regionalne, warsztaty czy badanie opinii, pogłębione konsultacje nowelizacji ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych. Część projektów ustaw przygotowywanych w byłym Ministerstwie Rozwoju poprzedzona była dobrze przeprowadzonymi pre-konsultacjami. Inna sprawa, że wiele z tych pozytywnych działań realizowanych jest w ramach projektów unijnych.

To, czy ustawa jest dobre przygotowana i procedowana zgodnie z zasadami poprawnej legislacji, zależy od polityków. To członkowie rządu decydują, ile czasu chce się poświęcić na ten proces, czy chce się poważnie potraktować proces konsultacji i opiniowania, czy pro forma, czy przychylić się do głosów opozycji, czy en bloc wszystkie poprawki odrzucić, wreszcie czy projekt rządowy zgłosić jako poselski, aby uniknąć konsultowania ich z obywatelami.

Ponieważ tak wiele również w procesie tworzenia prawa zależy od polityków aktualnie sprawujących władzę obywatele i ich organizacje muszą mieć prawo do swobodnego wypowiadania opinii na temat tworzonych aktów prawnych oraz pilnowania, aby było ono procedowane zgodnie z zasadami prawidłowej legislacji.

Rafał, musisz!

Zwycięstwo wyborcze Platformy Obywatelskiej w Warszawie w 2018 było druzgocące. Mieszkańcy stolicy pozwolili partii Trzaskowskiego rządzić stolicą samodzielnie, a nowego prezydenta wybrali w pierwszej turze. Piszę dziś ten tekst, adresując go do prezydenta Warszawy – choć nie było mi dane na niego głosować.

W ostatnich wyborach samorządowych poparłem Pawła Śpiewaka, licząc na możliwość zagłosowania na Trzaskowskiego w drugiej turze. Po pół roku prezydentury, Trzaskowski pokazał jednak, że jest pierwszoligowym politykiem, którego charyzma i otwartość zjednają sobie niejednego wyborcę. Potrafił też zaprezentować inną twarz PO: zamiast rozbieganego wzroku Grzegorza Schetyny, szef warszawskiego magistratu jawi się jako polityk o nadzwyczajnych zdolnościach. O otwartości Trzaskowskiego można było się przekonać gdy dzień po wygranych wyborach rozdawał kawę w warszawskim metrze, czy obecności na Marszu Równości.
Mocna przewaga Platformy nad PiS-em w wyborach parlamentarnych w 2007, a później także w 2011, wynikała w znacznej mierze z osobistych talentów Donalda Tuska. Polska jest krajem, w którym multipolarne ośrodki władzy wewnątrz partii występują rzadko; ze względu na relatywną młodość polskiej sceny partyjnej dominują u nas partie wodzowskie, skoncentrowane wokół osób o wybitnej charyzmie oraz zdolnościach przywódczych i organizacyjnych. Tak było, gdy Aleksander Kwaśniewski, stojąc na czele Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego prowadził do władzy SLD, a siebie samego – do prezydentury. Tak było w przypadku późniejszego przywództwa Leszka Millera, zwycięstwa braci Kaczyńskich w 2005, czy wreszcie w kontekście sukcesów wyborczych PO PO. Wodzowski charakter naszej sceny partyjnej jeszcze lepiej widać wśród tzw. partii kanapowych. Na poziomie politycznego planktonu przykładów nie trzeba szukać daleko, skoro już w nazwach partii występuje nazwisko lidera: Wiosna Biedronia, Kukiz ‚15, Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro, a jeśliby sięgnąć pamięcią dalej – także Ruch Palikota, czy Nowoczesna Ryszarda Petru, albo choćby nawet egzotyczna Platforma Janusza Korwin-Mikkego.
Tusk potrafił doskonale wyczuwać nastroje Polaków i manipulować percepcją zjawisk społecznych w taki sposób, który pozwolił mu na osiągnięcie najważniejszego, celu bycia w polityce – tj. zdobył i utrzymał władzę przez dwie kadencje, co jak dotąd w Polsce nie udało się nikomu innemu. I choć nigdy nie miał styczności z akademią i nie posiada tytułów naukowych – a jedynie tytuł magistra historii – w okresie przywództwa opozycji, a następnie także koalicji, wykazał się niebywałymi zdolnościami intelektualnymi. W latach 2007-2015 zwykło się mówić, że Tusk jest teflonowy – nic bowiem się do niego nie jest w stanie przykleić. Dopiero ujawnienie afery taśmowej w 2015 spowodowało drastyczne pogorszenie się notowań ówczesnego rządu.
Niestety, charakterystyka polskiej sceny partyjnej zmusiła Tuska do pozbywania się z Platformy Obywatelskiej potencjalnych konkurentów. Od powstania partię zdążyli opuścić najważniejsi i najzdolniejsi politycy tego ugrupowania, którzy mogliby aspirować do pozycji lidera – Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski, Paweł Śpiewak, Jan Rokita, Paweł Piskorski czy Janusz Palikot. Poziom merytoryczny kadr Platformy Obywatelskiej przez lata ulegał obniżeniu – brak w partii było miejsca na demokratyczną dyskusję, a próba łączenia skrajności od Gowina do Cimoszewicza skończyła się niepowodzeniem. W pewnym momencie działacze PO zorientowali się jednak, że partie polityczne nie są takim samym produktem, jak papier toaletowy, i nie da się stworzyć marki, która będzie adresowana do wszystkich. Mam jednak wrażenie, że do znacznej części działaczy największej obecnie partii opozycyjnej, wciąż nie dotarło przesłanie z wyborów na przewodniczącego PO, w których Jarosław Gowin atakował Donalda Tuska za politykę tzw. ciepłej wody w kranie. Brak holistycznej wizji Polski po kolejnym zwycięstwie wyborczym, brak spójnej narracji głoszonej przez Platformę Obywatelską – to czynnik, którego rola w procesie zwycięstwa wyborczego PiS jest nie do przecenienia.

W poszukiwaniu źródeł tożsamości

W początkowym okresie istnienia partii, politycy PO określali się jako konserwatywni liberałowie, co zresztą może być uzasadniane szeroką obecnością byłych działaczy Unii Polityki Realnej (partia założona w 1990 przez m.in. Korwin-Mikkego), takich jak Julia Pitera czy Sławomir Nitras i nawiązywania do mitów Ronalda Reagana i Margaret Tatcher. Z czasem jednak partia zaczęła podbierać dawny elektorat SLD – średniomiejską klasę średnią i relatywnie liberalnych wyborców z wielkich miast. Sprzeczności, które wyrosły wskutek polityki catch all party, okazały się nie do utrzymania na dłuższą metę. W 2010 szefem NBP został były szef SLD-owskiego rządu, Marek Belka. PO poparła kandydaturę Marka Borowskiego i Włodzimierza Cimoszewicza do Senatu. Podobnie było z byłym szefem Sojuszu, Grzegorzem Napieralskim, który w wyborach prezydenckich w 2010 uzyskał wynik, o którym dzisiejsze SLD mogłoby tylko pomarzyć (ponad 2 mln głosów), a który wskutek konfliktu z Millerem musiał odejść z partii. Z list PO do Sejmu dostał się Bartosz Arłukowicz, a potem również Tomasz Cimoszewicz. Współpracę z Platformą rozpoczęło wielu byłych postkomunistów – Dariusz Rosati czy Witold Gintowt-Dziewałtowski.
Czy trzydzieści lat po 4. czerwca 1989 scena polityczna powinna wciąż być determinowana tym, co kto robił w latach 80-tych? Nie sądzę, by było to mądre – w świecie nastąpiło wiele przemian, również ideologicznych. Upadł europejski neoliberalizm, jednoznacznie składając do grobu Konsensus Waszyngtoński – zestaw rekomendacji polityk fiskalnych i gospodarczych, na podstawie którego opracowano m.in. program transformacji gospodarczej Polski po 1989. Kryzys finansowy w 2008 pokazał, że rynki dostały zbyt wiele wolności. W Polsce skręt w lewo był wyraźnie zauważalny podczas pierwszego etapu likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych, gdzie politycy PO – m.in. Jan Vincent Rostowski – jawnie występowali przeciwko Leszkowi Balcerowiczowi. Z drugiej jednak strony, PO w okresie swoich rządów kompletnie pominęło troskę walki o prawa najsłabszych. Płaca minimalna rosła wolniej, niż mogłaby – na co PiS odpowiedział postulatem minimalnej stawki godzinowej. Transfery socjalne nie były adekwatne do tempa rozwoju gospodarczego – na co PiS odpowiedział programem 500+. Przez wiele lat rządów, PO utrzymywała niezwykle drogie przywileje podatkowe dla milionerów, takie jak np. degresywne składki do ZUS, w wyniku czego osoby zarabiające średnią krajową pensje oddawały fiskusowi niemal dwukrotnie większą część swojego dochodu, niż osoby zarabiające najlepiej.

PO potrzebuje nowej twarzy

Historia transformacji ustrojowej w Polsce pokazuje, że choć agresywny kapitalizm może generować wysoki wzrost gospodarczy, nie sprawdza się w zakresie dystrybuowania owoców tego wzrostu i przekuwania wzrostu w rozwój społeczno-gospodarczy. Szansę tę wyczuło PiS, które trafnie zdiagnozowało potrzeby i oczekiwania Polaków. A pomysł PO? Cytując Grzegorza Schetynę: „gdzieś jest, tylko trzeba go znaleźć i wiedzieć z kim go szukać”. Platforma potrzebuje nowych twarzy: młodych polityków, którzy lata 80. i Stan Wojenny pamiętają co najwyżej z dzieciństwa. Dzisiejsi trzydziestolatkowie nie pamiętają PRL, a to oni w znacznej mierze decydują o tym, kto w Polsce będzie sprawował władzę. Platforma takich polityków ma, co pokazały ostatnie wybory samorządowe. Trzaskowski w Warszawie, Jaśkowiak w Poznaniu czy Dulkiewicz w Gdańsku, to tylko kilka nazwisk osób, które swoimi kompetencjami, pewnością siebie, wizją Polski, spójnością biją na głowę polityków, których brak zdolności medialnych wyraźnie szkodzi obozowi opozycyjnemu. PO powinno się uczyć od Kaczyńskiego, i tak jak na czas wyborów Kaczyński chował Macierewicza, Pawłowicz czy Sobecką, tak PO na czas wyborów powinno schować Komorowskiego czy Ewę Kopacz, którzy zresztą przegrali już dla PO jedne wybory – te w 2015.
Schetyna lubi określać Platformę mianem partii chadeckiej. Panie Marszałku, niechże zrobi Pan z PO chadecję! W Niemczech koalicja CDU/CSU nie walczy ze związkami zawodowymi, nie ma problemu z płacą minimalną, nie zgłasza postulatów likwidacji progresji podatkowej, mało tego, nie ma problemu z zaakceptowaniem pełnej równości małżeńskiej par jedno- i dwupłciowych. Pytanie tylko, czy Schetyna sprostałby temu zadaniu. Osobiście mam przekonanie, że nie. Potrzebna jest nowa twarz Platformy.
Wnioski, które wypływają z dwóch ostatnich kampanii, są bardzo proste. Po pierwsze, politycy PO w wielu miejscach zlekceważyli kampanię. Wygrali ci, którzy wyszli do ludzi, tak jak Trzaskowski w wyborach samorządowych, albo Sikorski i Arłukowicz w wyborach do Parlamentu Europejskiego. To właśnie targowiska, bazary i miejskie rynki są miejscami, gdzie nie tylko przekonuje się wyborców do swojej wizji Polski, ale przede wszystkim – gdzie wizja ta powinna się wykuwać. Po drugie, Platforma Obywatelska potrzebuje lidera z prawdziwego zdarzenia. Przywódcy z krwi i kości, który potrafił będzie stworzyć spójną wizję, a potem wcielić ją w życie. W mojej ocenie, oprócz Rafała Trzaskowskiego i Bartosza Arłukowicza nie ma w tej chwili w PO osobowości, która byłaby w stanie zdobyć miłość Polaków bardziej, niż robi to Jarosław Kaczyński. A ten ostatni, mimo gigantycznego elektoratu negatywnego, nie przestaje być piekielnie skuteczny.

Deficyt idei Ważny tunajt

Nie wiem czy Rafał Trzaskowski naprawdę wciągał koks z Michałem Dziębą w Brukseli czy tylko udawał, tak jak nie wiem czy Lech Kaczyński naprawdę pił wódkę z Kiszczakiem, czy wylewał za kołnierz. Prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodzi, a w zasadzie nic. Obchodzi mnie za to fakt, że prezydent mojego miasta ma odwagę zdobyć się na gest na który jego poprzedniczce nie starczyło trzech kadencji. Zastanawiam się tylko, ile w tym prawdziwej idei a ile oportunizmu.
Rozchodzi się oczywiście o Paradę Równości, która przeszła ulicami Warszawy w ubiegłą sobotę. Kiedy piszę te słowa, jestem w Wodzisławiu Śląskim i szykuję się do koncertu z okazji dni miasta. Zamierzam przywdziać dziś na scenę koszulkę z orłem w koronie na tęczowym tle. Pochwaliłem się tym już w intenecie i niektórzy straszą mnie prokuratorem, ale chyba zaryzykuję. Tak czy inaczej, Rafał Trzaskowski, jako pierwszy prezydent stolicy wziął udział w Paradzie Równości, której ongiś Lech Kaczyński zupełnie zakazał, a której Hanna Gronkiewicz-Waltz skutecznie unikała, tak jak unika się zaproszenia na imprezę do ciotki, którą się co prawda toleruje, ale tylko do pewnego stopnia.
Tego, że Rafał Trzaskowski jest w swych poglądach dużo bardziej progresywny niż prezydent Gronkiewicz nie wiedziałem i w sumie nie wiem nadal, bo obydwoje wywodzą się ze środowiska najbardziej ideowo nijakiego, czyli z PO. O ile na sztandarach PiS-u z powodzeniem można wypisać walkę z korupcją (wolicjonalną), katolicyzm (opcjonalny) i konserwatyzm (bez znaczenia), to sztandar Platformy jest kompletnie pustą płachtą, na której kiedyś ktoś napisał 3×15, ale zaraz szybko zmazał, bo nie do końca był pewien, czy to o to chodzi. Innymi słowy, tak jak HGW deklarowała przywiązanie do wiary katolickiej i kierowanie się w życiu nauką katechizmu, tak i Rafał Trzaskowski może mówić, że jest za związkami partnerskimi i rozdziałem Kościoła od państwa, ale obydwoje, przez fakt zasiadania w tej samej organizacji, są jak na razie równie wiarygodni. Niechaj więc Państwa nie zdziwi mój daleko posunięty sceptycyzm względem gestu prezydenta Warszawy, który oczywiście pochwalam, ale który wcale nie przybliża mnie mentalnie do niego jako mojego prezydenta, bo bardziej pamiętam jego i radnych PO wycofywanie się rakiem z obniżki bonifikat za użytkowanie wieczyste, niż udział w Marszu Równości. Mimo że sam na niego głosowałem, choć zamknąłem na ten czas oczy, a po wyjściu z lokalu przepłukałem usta wódką. Jak mawia Waldemar Pawlak-przebaczać, ale nie zapominać, a jedna jaskółka nie czyni wiadomo czego.
No właśnie, a propos Wiosny i wiarygodności. Trzecia siła polityczna w Polsce z 6 procentami? Dajcie spokój. W Belgii piwo w knajpie ma więcej. Cieszy jednakowoż fakt, że Robert Biedroń dostrzegł potrzebę budowy wspólnego frontu partii lewicowych. Jeśli jednak jego zamiary są równie wiarygodne co zapewniania o zrzeczeniu się mandatu do Europarlamentu, to na miejscu Adriana Zandberga nie brałbym zbyt dużego kredytu na kampanię, bo po wyborach nie bardzo będzie z czego spłacić. Owszem, Biedroń tłumaczył się, że powiedział że „niewykluczone” że się zrzeknie i zrobi to, jeśli się dostanie do polskiego Sejmu No ale jak, Szanowni Państwo, nazwać takie bajdurzenie, jeśli nie zwykłym oportunizmem właśnie. Jak mi się uda, to oddam (choć oczywiście nie ma pewności), a jak nie, to sobie zachowam, mimo że wcześniej mówiłem coś innego. Z kim wobec tego budować tę lewicową wiarygodność? Co wypisać na czerwonych sztandarach? Jakie idee, skoro najpopularniejszy obecnie lewicowy polityk w Polsce ma kłopoty z wiarygodnością własną. Dołóż do tego jeszcze rozkręcającą się aferę mobbingową w szeregach własnej partii, która, swoją drogą, w sferze idei właśnie, do złudzenia przypomina mi Platformę i Nowoczesną. Niby coś tam jest, ale na dobrą sprawę, nie wiadomo na jakim to wszystko zbudowane fundamencie. A nie trzeba być murarzem-zbrojarzem żeby wiedzieć, że bez fundamentu, za nic długo nie postoi i rozleci się szybko w proch. Może więc najwyższa pora stawiać fundament, żeby nie powiedzieć „bazę” -silną, twardą i mocną. Z klarownym światopoglądowym horyzontem, a nie rozmyty na tęczowo czy różowo domek z kart. Andrzej Lepper i jego Samoobrona mieli kiedyś przynajmniej na tyle jaj, że za hymn obrali sobie pieśń „Gdy naród do boju wystąpił z orężem”. Może warto odkurzyć dawne śpiewniki i dzieła zebrane. Mam wrażenie, że to wcale nie musi być jeszcze demode.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

15 lat polskiej turystyki w UE

Jak otwieraliśmy polską turystykę na Unię Europejską i wprowadzaliśmy polską turystykę do Unii Europejskiej.

Okres mojej pracy w Polskiej Organizacji Turystycznej w latach 2002-2005, a wcześniej w Gromadzie i działalności w Polskiej Izbie Turystyki stanowił dla mnie ważne doświadczenie. Należałem do grona osób , którym dane było uczestniczenie w tworzeniu warunków do działalności turystycznej w nowej rzeczywistości politycznej i ekonomicznej. Korzystaliśmy przy tym z własnych doświadczeń oraz wiedzy i doświadczeń innych krajów europejskich odgrywających dominującą rolę w europejskiej i światowej turystyce.
Dla mnie niezmiernie cenna była wiedza i praktyka nabyta podczas pracy w Ambasadzie (zwłaszcza zajmowanie się problematyką współpracy regionalnej i przygranicznej) oraz spółce Gromady w Berlinie, współpraca z niemieckim samorządem turystycznym, w tym zwłaszcza Deutscher Reiseverband (DRV), czy udział w gremiach kierowniczych międzynarodowych organizacji turystycznych.
Czynnikiem, który niewątpliwie przyspieszył i ułatwił przenoszenie dobrych wzorców na polski rynek turystyczny , było dążenie Polski do członkostwa w Unii Europejskiej i związana z tym konieczność dostosowania polskiego prawa do norm obowiązujących w krajach Unii. Przygotowywaliśmy polską turystykę do funkcjonowania w UE. Realizując program promocji w latach 2003-2004 i ciesząc się ze wzrostu przyjazdów niemal ze wszystkich rynków walczyliśmy o większy budżet, dodatkowe środki niezbędne na promocję. Zdawaliśmy sobie bowiem sprawę, ze mamy korzystną sytuację, dobrą koniunkturę dla polskiej turystyki – mamy „swoje pięć minut” i musimy je maksymalnie wykorzystać, że ten efekt nowości związany z wstępowaniem i członkostwem w UE nie będzie trwał długo . Jeśli nie zrobimy więcej, to „pięć minut” minie i znów nastąpi okres stagnacji czy spadków. Przez promocję można temu przeciwdziałać. Wiedzieliśmy także, że nasi sąsiedzi Czesi, Węgrzy, Rumunii zwiększają środki na promocję turystyki i otwierają nowe ośrodki zagraniczne.
Nie dysponując środkami na przeprowadzenie kampanii reklamowych, stale poszerzaliśmy formy i wprowadzaliśmy nowe narzędzia promocyjne. Bardzo udaną była organizowana jesienią 2003 r. podróż studyjna połączona z workshopem grupy ok. 100 touroperatorów z krajów Unii Europejskiej i Węgier. Wielu z nich było w Polsce po raz pierwszy. Już pierwszego dnia podczas powitalnego lunchu w hotelu Mariott w Warszawie powiedzieli nam o swoim pozytywnym zaskoczeniu Polską i Warszawą – „że Polska to nie Syberia, że Warszawa, lotnisko w Warszawie bardzo im się podobają, że nie sądzili, że będą mogli wymienić pieniądze w bankomatach, że mogą się dodzwonić za pośrednictwem sieci telefonów komórkowych”. Tak daleki był brak wiedzy o naszym kraju – to były opinie organizatorów turystyki z Belgii, Wielkiej Brytanii, a nawet Niemiec. Byli zachwyceni koncertem „Mazowsza” z niezapomnianym „furmanem” – Stanisławem Jopkiem, duże wrażenie wywarła na nich wizyta w Parlamencie i otwarte spotkanie z ówczesnym marszałkiem Senatu – prof. Longinem Pastusiakiem. Dążąc do pokazania tej części Polski , której nie znają zabraliśmy ich na Podlasie do „Dworku nad Łąkami”. Była regionalna biesiada, a następnie przy wspaniałej pogodzie typowej dla „złotej polskiej jesieni” w malowniczej scenerii ,pełen przygód, radości i śmiechu spływ kajakami po Narwi.
Promocja naszej oferty – w tym szczególnie polskich uzdrowisk – w berlińskim centrum handlowym „Pod Arkadami” wiosną 2004 r. przyciągnęła 1,3 mln osób. Otwierałem ją wspólnie z ówczesnym ministrem spraw zagranicznych Włodzimierzem Cimoszewiczem. Zainteresowanie gości niemieckich naszą wystawą i ta forma promocji wywarły duże wrażenie na ministrze. Wykorzystałem nadarzającą się okazję do poskarżenia się i interwencji w kwestii przedłużającej się akceptacji przez Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów przyznanej POT kwoty 3,2 mln złotych z rezerwy celowej na dodatkowe zadania promocyjne związane z członkostwem Polaki w UE. Minister poprosił o notatkę i sprawa wkrótce została załatwiona.
Otwieraliśmy polską turystykę na Unię Europejską i wprowadzaliśmy polską turystykę do Unii Europejskiej.
Spektakularnym tego wyrazem była promocja naszych atrakcji turystycznych i regionów w Brukseli w dni bezpośrednio poprzedzające wstąpienie i po wstąpieniu (zorganizowana przy dużym zaangażowaniu i dzięki dobrym kontaktom ówczesnego dyrektora POIT – Krzysztofa Turowskiego), w tym koncert, który organizowaliśmy w centralnym punkcie w Brukseli na Grand Place w wieczór i noc 30.04./1.05.2004 r. z udziałem naszych gwiazd: Andrzeja Sikorowskiego z córką, Natalii Kukulskiej z zespołem oraz zespołu „Blue Cafe”, dla którego miał to być występ promocyjny i szlif przed festiwalem Eurowizji. Ta noc, kiedy zegar wybił punktualnie godz. 24.00 w nocy na wypełnionym wielojęzyczną publicznością centralnym placu w stolicy europejskiej była dla nas niezapomniana, w jednym momencie staliśmy się i poczuliśmy się Europejczykami. To była polska noc w Brukseli. Scenografię tego koncertu przygotowywał wspaniały Marek Grabowski z Krakowa z firmą „Mała Wytwórnia Wielkich Snów – Maxmedia Group”. Następnie miał miejsce Koncert Galowy adresowany przede wszystkim do elit europejskich w wykonaniu fantastycznych Małgorzaty Walewskiej i Michała Bajora z udziałem polskich ambasadorów Marka Greli w Unii Europejskiej i Iwo Byczewskiego w Królestwie Belgii.
Byliśmy w tych momentach i szczęśliwi i dumni.
Ale w czasie pobytu w Belgii miały miejsce i zabawne momenty i nowe zaskakujące „doświadczenia europejskie”.
Nowe doświadczenie europejskie zdobywaliśmy w czasie pobytu w czterogwiazdkowym hotelu Mariott, w którym mieszkaliśmy w Brukseli. Ponieważ po koncercie galowym wróciliśmy późną nocą do hotelu, następnego dnia na śniadanie, które było wydawane do godz. 10.00 rano udałem się, podobnie jak większość polskiej ekipy ok. godz. 9.40. Okazało się, ze do konsumpcji ze „szwedzkiego stołu” pozostało zaledwie kilka plasterków sera i podrzędnej kiełbasy oraz kilka jabłek. Zaskoczony i ja i pozostałe osoby z Polski, wiedzieliśmy bowiem jak wygląda prawdziwy „szwedzki stół” w Polsce, skromnie zaczęliśmy konsumować to, co pozostało. Ale ok. godz. 9.55 przyszła na śniadanie Małgorzata Walewska, kiedy na „szwedzkim stole” pozostały już tylko dwa jabłka i w sposób zdecydowany upomniała się u obsługujących kelnerów o przysługujące jej i innym gościom hotelowym z Polski śniadanie. Przy okazji poinformowała ich, że w Polsce , która dopiero wstąpiła do Unii Europejskiej, „szwedzki stół” w hotelu określonej kategorii wygląda zupełnie inaczej, jest tak samo obfity przez cały okres wydawania śniadania i podobna sytuacja w czterogwiazdkowym hotelu jest nie do pomyślenia. Oczywiście, reakcja na taką reklamację polskiej gwiazdy była natychmiastowa i dzięki temu wszyscy nieco zszokowani, ale zadowoleni zjedliśmy wraz z Małgorzatą Walewską prawdziwe śniadanie.
Cechą niewątpliwie wyróżniającą ten okres kształtowania nowej turystycznej rzeczywistości była harmonijna, czasami wręcz entuzjastyczna współpraca centralnych i terenowych organów władzy państwowej z powstającymi i działającymi organizacjami samorządu turystycznego. Każda ze stron miała na względzie przede wszystkim szeroko rozumiany interes polskiej turystyki, nie gubiąc z pola widzenia, rzadko z nim kolidującego, interesu własnego. Wprowadzane w życie rozwiązania organizacyjne i prawne były wypracowywane w drodze spotkań , sporów i dyskusji branży ze stroną rządową. Przy czym nadrzędnym celem był interes polskiej turystyki, branży turystycznej i w imię realizacji, czy obrony tego celu byliśmy gotowi na wszystko, nie zważając na to, czy to się podoba opcji politycznej sprawującej władzę, czy też nie i pracując w agendzie rządowej jaką była POT, poniesiemy za to konsekwencje osobiste. Posłużę się przy tym dwoma przykładami.
Dzięki takiej postawie udało nam się obronić samodzielność Polskiej Organizacji Turystycznej, nie dopuszczając do realizacji projektu ówczesnego v-ce premiera Jerzego Hausnera połączenia POT z PAIZ-em i utworzenia jednej agencji promocji gospodarczej. Uważaliśmy takie rozwiązanie za błędne , niezgodne ze standardami europejskimi , szkodliwe dla promocji turystycznej.
Przygotowany wówczas przeze mnie materiał broniący POT i podkreślający znaczenie narodowych organizacji turystycznych w ponad 100 krajach świata był wykorzystywany także przy kolejnym „zamachu na POT” w latach 2006-2007. Ale byliśmy wyczuleni także na to, aby wprowadzane rozwiązania unijne nie szkodziły polskiej turystyce. Takim działaniem było niedopuszczenie do bezkrytycznej implementacji przez polski rząd dyrektywy 77 UE ws. podatku VAT( od całości obrotu, a nie od marży) w turystyce przyjazdowej do Polski, co spowodowałoby, że polska oferta przestałaby być konkurencyjna wobec oferty innych krajów europejskich. Ministerstwo Finansów argumentowało takie stanowisko tym, ze dla Polski priorytetem jest członkostwo w Unii Europejskiej, dlatego będzie implementować tę dyrektywę. Na szczęście do tego nie doszło, po prostu nie pozwoliliśmy na to. Będąc przekonanymi do swych racji i broniąc obu wyżej wymienionych kwestii byliśmy gotowi na wszystko. Dla sprawy tej pozyskaliśmy partie będące wówczas w opozycji – Samoobronę i PSL.
Dzisiaj, patrząc z perspektywy 15 lat naszego członkostwa na korzyści, które osiągnęła polska turystyka dzięki obecności w UE, warto przypomnieć nazwiska osób (z pewnością nie wszystkie za co przepraszam)z którymi współpracując i działając w tym okresie w polskiej turystyce wprowadzaliśmy ją do Unii Europejskiej: Andrzej Kozłowski, Katarzyna Sobierajska, Rafał Szmytke, dr Jerzy Walasek, Zbigniew Kowal, Andrzej Saja, dr hab. Michał Słoniewski, Jan Korsak, Franciszek Ciemny, Tadeusz Milik, Józef Ratajski, Stanisław Piśko, Kazimierz Kowalski, Jan Błoński, Waldemar Błaszczuk, Jerzy Szegidewicz, prof. dr hab. Aleksander Ronikier, Barbara Tutak, Magdalena Krucz, Anna Maciąga, Dorota Zadrożna, Jacek Janowski, Sławomir Wróblewski, Irena Sokołowska, Marek Szczepański, Wojciech Kodłubański. Nie do przecenienia były tu także zaangażowanie i kreatywność dyrektorów ośrodków zagranicznych.

Najważniejsze wybory

Premier Mateusz Morawiecki zwleka z ogłoszeniem terminu wyborów samorządowych. Nadal nie wiemy, kiedy jesienią pójdziemy do urn wyborczych.

 

Wincenty Elsner kandyduje w wyborach do sejmiku wojewódzkiego z listy SLD – Lewica Razem na Dolnym Śląsku.

 

Na tę decyzję premiera czeka prawie ćwierć miliona kandydatów na radnych. Ponad 8 tysięcy tych, którzy chcą zostać wójtami, burmistrzami i prezydentami miast. Czas płynie. Oni tkwią w blokach startowych. Nie mogąc rozpocząć przygotowań do wyborów. Zbiórki podpisów. Druku ulotek. Rozklejania plakatów. Zaś premier Morawiecki dwoi się i troi by udowadniać tezę z gruntu fałszywą. Że dokonywany systematycznie przez Prawo i Sprawiedliwość demontaż niezależnego systemu sądownictwa nie jest demontażem. Z zarządzeniem terminu wyborów samorządowych będzie czekał do ostatniej chwili.

 

21 października?

Zgodnie z zapisami znowelizowanego pół roku temu Kodeksu Wyborczego wybory samorządowe mogą się odbyć w jedną z niedziel: 21 października, 28 października lub 4 listopada. Decyzja należy do premiera. Kodeks Wyborczy wymaga, by zarządzenie wyborów nastąpiło nie wcześniej niż 4 miesiące przed upływem kończącej się kadencji władz samorządowych i nie później niż 3 miesiące przed. W 2014 roku wybory odbyły się 16 listopada. Tak więc premier Morawiecki mógł łaskawie ujawnić termin wyborów samorządowych ponad dwa tygodnie temu. Na pewno musi to zrobić przed 16 sierpnia. Zwłoka nie wynika z nadmiaru zajęć premiera. To czysta kalkulacja PiS-u. Wśród polityków opozycji panuje przekonanie, że decyzja o terminie wyborów zapadnie ostatniego możliwego dnia – 15 sierpnia. I wybrany zostanie najwcześniejszy termin – 21 października. Dlaczego? By maksymalnie skrócić czas kampanii wyborczej. Rządzący dadzą sobie radę nawet podczas krótkiej kampanii wyborczej. Mają swój rząd. Którego ministrowie rozjadą się po Polsce – rzekomo w ramach rutynowych ministerialnych obowiązków. Mają pieniądze. I mają publiczne radio i telewizję. Które to media w najrozmaitszy sposób zostaną zaprzęgnięte w działania sprzyjające Prawu i Sprawiedliwości. Opozycja już na starcie kampanii będzie krok z tyłu. Jesienne wybory mogą okazać się najważniejszymi w całej historii III RP. To niecodzienna sytuacja. Dotychczas wyborcy zdecydowanie bardziej interesowali się wyborami prezydenta kraju i wyborami parlamentarnymi. Ale i sytuacja Polski jest niecodzienna. Można się sprzeczać, jak daleko nam jeszcze do państwa autorytarnego. Lub jak blisko. Jedno jest poza dyskusją: sprawy polskiej demokracji idą w złym kierunku. Dobry wynik rządzącej prawicy nie zadecyduje wyłącznie o losie samorządów. O tym, czy tysiące nowych „misiewiczów” będzie przez najbliższe pięć lat (tak – po raz pierwszy wybieramy samorządowców na pięcioletnią kadencję) rządziło naszymi gminami i miastami. Ewentualna wygrana PiS-u w samorządach da Kaczyńskiemu wiatr w żagle. Ułatwiając wyborczy sukces za rok – w wyborach parlamentarnych. Wagę najbliższych wyborów potwierdzają wyniki opublikowanego tydzień temu badania sondażowego przeprowadzonego przez CBOS. W lipcu zainteresowanie wyborami samorządowymi zadeklarowało 73 proc. Polaków. To najwyższy wynik w całej historii tych wyborów. Lewica może z pewną dozą optymizmu patrzeć na frekwencję swoich wyborców. Aż 81 proc. osób deklarujących poglądy lewicowe wykazuje zainteresowanie wyborami samorządowymi. To nie oznacza oczywiście, że 21 października na pewno stawią się w lokalach wyborczych. Ale powinno zdopingować SLD do sprawnej i skutecznej kampanii wyborczej.

 

Z Sejmu do sejmiku

Najwięcej emocji będą budziły wybory prezydentów miast, burmistrzów i wójtów. Tak było zawsze. W tym roku widać to szczególnie wyraziście w Warszawie. Gdzie niektórzy kandydaci już od wielu tygodni prowadzą swoje kampanie wyborcze. Ignorując przepisy prawa – zakazujące rozpoczynania kampanii przed oficjalnym zarządzeniem wyborów. Dla partii politycznych najważniejsze będą wybory do sejmików wojewódzkich. Tam bowiem toczy się bój najbardziej polityczny, a partie występują pod własnymi sztandarami. Sondaże mogą kłamać. Zaś ogólnopolski wynik wyborczy do sejmików da prawdziwy obraz polskiej sceny politycznej. Uwadze wielu komentatorów umyka pewien szczegół ordynacji wyborczej do sejmików. Uzyskanie mandatu radnego sejmiku wojewódzkiego oznacza automatyczne wygaszenie mandatu parlamentarzysty. Automatyczne. To zabezpiecza przed ewentualną próbą wprowadzania w błąd wyborców. Wystawiania na listach polityków znanych z pierwszych stron gazet i ekranów telewizorów. Posłanek i posłów. Tylko po to, by „podciągnęli listę”. A chwilę po wyborach zrzekli się mandatu i wrócili na Wiejską. Wspomniane ograniczenie nie dotyczy dotychczasowych parlamentarzystów Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Których tak zwana Zjednoczona Lewica eksmitowała z Sejmu w 2015 roku. Dlatego wszyscy oni bez ryzyka utraty mandatów sejmowych mogą wzmocnić listy sejmikowe. I wzmocnią! Startować będą niemal bez wyjątku wszyscy posłowie i posłanki poprzedniej kadencji Sejmu. W Kodeksie Wyborczym zapisano próg wyborczy 5 procent w wyborach do sejmików wojewódzkich. Tyle trzeba osiągnąć, by wziąć udział w podziale mandatów radnych. Ale to zdecydowanie za mało, by ten mandat otrzymać. Przy okazji dyskusji o wprowadzonych przez PiS zmianach w ordynacji do Parlamentu Europejskiego wiele mówiło się o tak zwanym efektywnym progu wyborczym. Czyli wyniku procentowym, który uprawdopodabnia uzyskanie mandatu. W większości okręgów wyborczych do sejmików wojewódzkich efektywny próg wyborczy plasuje się w okolicach 10 proc. W okręgach o mniejszej liczbie mandatów może sięgać kilkunastu procent. Czy SLD, mające w sondażach poparcie od 6 do 10 proc. ma realne szanse na mandaty radnych wojewódzkich? Zdecydowanie tak. W drugiej połowie kwietnia IBRIS wykonał zakrojone na szeroką skalę badanie sondażowe. Przepytano ponad 16 tysięcy osób, po 1000 respondentów z każdego województwa. Wyniki SLD w poszczególnych województwach różniły się znacząco.
Na Podkarpaciu szanse SLD na mandaty radnych wojewódzkich są niewielkie. Sojusz legitymuje się tam poparciem 4,6 proc. Ale jest cała lista województw, gdzie SLD zajmuje silną trzecią pozycję. Z realnymi szansami na kilka mandatów. To na przykład: lubuskie (18,3 proc.), zachodniopomorskie (15,9 proc.), świętokrzyskie (14,8 proc.), kujawsko-pomorskie (14,5 proc.), śląskie (14,1 proc.), wielkopolskie (13,4 proc.), łódzkie (12,3 proc.).

 

Lewica powiatowa

Wspomniane badanie CBOS nie jest dla SLD szczególnie przychylne. Szanse wyborcze Sojuszu wyceniono jedynie na 5 proc. Ale nie powinno to wpędzać polityków lewicy w depresję. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że wyniki CBOS-u – finansowanego z pieniędzy kancelarii premiera Morawieckiego – są z reguły o kilka procent niższe niż innych sondażowni. Ciekawy jest za to rozkład poparcia lewicy w terenie. O ewentualnym sukcesie lewicy w najbliższych wyborach nie zadecydują mieszkańcy metropolii: Warszawy, Krakowa i Wrocławia. Nie zadecydują też mieszkańcy miast średniej wielkości – do 100 tysięcy. W takich miastach poparcie lewicy jest umiarkowane. Badania CBOS-u pokazują, że przyszła siła lewicy w znacznym stopniu leży w rękach mieszkańców małych miasteczek, liczących do 20 tysięcy mieszkańców. Tam SLD ma średnie poparcie rzędu 9 proc. Będąc realną trzecią siłą polityczną. To niezwykle istotna informacja dla działaczy planujących kampanie wyborcze, szczególnie do sejmików wojewódzkich. Ustawienie bilbordów wzdłuż autostrady A1, A2 lub A4 nic nie da. Przekaz SLD musi dotrzeć do Bychawy, Daleszyc, Wasilkowa, Skórczu, Przedeczy. Takich miasteczek jest w Polsce ponad siedemset. Mieszka w nich 5 milionów Polek i Polaków. Niemalże pół miliona – to wyborcy SLD.

 

I wiejska

Drugim najważniejszym dla SLD regionem jest wieś. Z badania CBOS wynika, że na wsi SLD jest dwa razy silniejsze niż w wielkich miastach. Na pierwszy rzut oka to może dziwić. Ale przecież w miastach nie ma już wielkich zakładów przemysłowych. Zatrudniających po kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy pracowników. Będących tradycyjnym elektoratem lewicy. O niedocenianym przez wielu lewicowych polityków potencjale wsi już kiedyś pisałem. Gdy CBOS zapytał o sympatie polityczne mieszkańców różnych środowisk. Okazało się, że największy odsetek Polaków deklarujących poglądy lewicowe mieszka na wsi. Ponad jedna czwarta. W liczbach bezwzględnych to 1,5 miliona wyborców. Którzy w najbliższych wyborach mogą zagłosować na listy sejmikowe SLD – Lewica Razem. Mogą. Pod warunkiem, że każdy z kandydatów na radnych potrafi bez zająknięcia odpowiedzieć na pytanie. Jaki jest program SLD dla polskiej wsi?

 

Bariera strachu

Jest jednak istotna bariera, która może wpłynąć na wynik najbliższych wyborów. Rysująca się szczególnie wyraźnie tam, gdzie lewica jest silna: w małych miastach i na wsi. Jeszcze niedawno jej nie było. Przyszła razem z rządami PiS-u. Bariera strachu. Kompletując listy do sejmiku dolnośląskiego odwiedziłem w ostatnim tygodniu wiele mniejszych miejscowości wokół Wrocławia – mój okręg wyborczy. Rozmawiałem z mieszkańcami. Niby nic się nie zmieniło od poprzednich wyborów. A jednak… Ziobro nie wyaresztował opozycji. Policja nie rozpędza demonstrantów używając armatek wodnych. Wyjąwszy media publiczne, dziennikarze mogą mówić i pisać co chcą. A jednak suma kuksańców władzy, drobnych szykan i gróźb, robi swoje. Coraz więcej osób dochodzi do wniosku, że bezpieczniej jest stanąć na poboczu. Być biernym obserwatorem. „Ja się do polityki nie mieszam” – mówią.

 

Najważniejsze wybory

Jesienne wybory mogą okazać się najważniejszymi w całej historii III RP. Dobry wynik lewicy może być zwiastunem końca rządów PiS-u za rok. I powrotu Polski na drogę praworządności i demokracji. Dlatego jak najrychlej warto ruszyć w teren – to do działaczy. Warto być aktywnym – to do wyborców. Jeszcze się będziemy śmiali z dzisiejszych strachów przed wszechmocnym Kaczyńskim, Ziobrą, Brudzińskim. A przewodniczący Czarzasty obiecał, że będzie im wysyłał paczki.