Deficyt idei Ważny tunajt

Nie wiem czy Rafał Trzaskowski naprawdę wciągał koks z Michałem Dziębą w Brukseli czy tylko udawał, tak jak nie wiem czy Lech Kaczyński naprawdę pił wódkę z Kiszczakiem, czy wylewał za kołnierz. Prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodzi, a w zasadzie nic. Obchodzi mnie za to fakt, że prezydent mojego miasta ma odwagę zdobyć się na gest na który jego poprzedniczce nie starczyło trzech kadencji. Zastanawiam się tylko, ile w tym prawdziwej idei a ile oportunizmu.
Rozchodzi się oczywiście o Paradę Równości, która przeszła ulicami Warszawy w ubiegłą sobotę. Kiedy piszę te słowa, jestem w Wodzisławiu Śląskim i szykuję się do koncertu z okazji dni miasta. Zamierzam przywdziać dziś na scenę koszulkę z orłem w koronie na tęczowym tle. Pochwaliłem się tym już w intenecie i niektórzy straszą mnie prokuratorem, ale chyba zaryzykuję. Tak czy inaczej, Rafał Trzaskowski, jako pierwszy prezydent stolicy wziął udział w Paradzie Równości, której ongiś Lech Kaczyński zupełnie zakazał, a której Hanna Gronkiewicz-Waltz skutecznie unikała, tak jak unika się zaproszenia na imprezę do ciotki, którą się co prawda toleruje, ale tylko do pewnego stopnia.
Tego, że Rafał Trzaskowski jest w swych poglądach dużo bardziej progresywny niż prezydent Gronkiewicz nie wiedziałem i w sumie nie wiem nadal, bo obydwoje wywodzą się ze środowiska najbardziej ideowo nijakiego, czyli z PO. O ile na sztandarach PiS-u z powodzeniem można wypisać walkę z korupcją (wolicjonalną), katolicyzm (opcjonalny) i konserwatyzm (bez znaczenia), to sztandar Platformy jest kompletnie pustą płachtą, na której kiedyś ktoś napisał 3×15, ale zaraz szybko zmazał, bo nie do końca był pewien, czy to o to chodzi. Innymi słowy, tak jak HGW deklarowała przywiązanie do wiary katolickiej i kierowanie się w życiu nauką katechizmu, tak i Rafał Trzaskowski może mówić, że jest za związkami partnerskimi i rozdziałem Kościoła od państwa, ale obydwoje, przez fakt zasiadania w tej samej organizacji, są jak na razie równie wiarygodni. Niechaj więc Państwa nie zdziwi mój daleko posunięty sceptycyzm względem gestu prezydenta Warszawy, który oczywiście pochwalam, ale który wcale nie przybliża mnie mentalnie do niego jako mojego prezydenta, bo bardziej pamiętam jego i radnych PO wycofywanie się rakiem z obniżki bonifikat za użytkowanie wieczyste, niż udział w Marszu Równości. Mimo że sam na niego głosowałem, choć zamknąłem na ten czas oczy, a po wyjściu z lokalu przepłukałem usta wódką. Jak mawia Waldemar Pawlak-przebaczać, ale nie zapominać, a jedna jaskółka nie czyni wiadomo czego.
No właśnie, a propos Wiosny i wiarygodności. Trzecia siła polityczna w Polsce z 6 procentami? Dajcie spokój. W Belgii piwo w knajpie ma więcej. Cieszy jednakowoż fakt, że Robert Biedroń dostrzegł potrzebę budowy wspólnego frontu partii lewicowych. Jeśli jednak jego zamiary są równie wiarygodne co zapewniania o zrzeczeniu się mandatu do Europarlamentu, to na miejscu Adriana Zandberga nie brałbym zbyt dużego kredytu na kampanię, bo po wyborach nie bardzo będzie z czego spłacić. Owszem, Biedroń tłumaczył się, że powiedział że „niewykluczone” że się zrzeknie i zrobi to, jeśli się dostanie do polskiego Sejmu No ale jak, Szanowni Państwo, nazwać takie bajdurzenie, jeśli nie zwykłym oportunizmem właśnie. Jak mi się uda, to oddam (choć oczywiście nie ma pewności), a jak nie, to sobie zachowam, mimo że wcześniej mówiłem coś innego. Z kim wobec tego budować tę lewicową wiarygodność? Co wypisać na czerwonych sztandarach? Jakie idee, skoro najpopularniejszy obecnie lewicowy polityk w Polsce ma kłopoty z wiarygodnością własną. Dołóż do tego jeszcze rozkręcającą się aferę mobbingową w szeregach własnej partii, która, swoją drogą, w sferze idei właśnie, do złudzenia przypomina mi Platformę i Nowoczesną. Niby coś tam jest, ale na dobrą sprawę, nie wiadomo na jakim to wszystko zbudowane fundamencie. A nie trzeba być murarzem-zbrojarzem żeby wiedzieć, że bez fundamentu, za nic długo nie postoi i rozleci się szybko w proch. Może więc najwyższa pora stawiać fundament, żeby nie powiedzieć „bazę” -silną, twardą i mocną. Z klarownym światopoglądowym horyzontem, a nie rozmyty na tęczowo czy różowo domek z kart. Andrzej Lepper i jego Samoobrona mieli kiedyś przynajmniej na tyle jaj, że za hymn obrali sobie pieśń „Gdy naród do boju wystąpił z orężem”. Może warto odkurzyć dawne śpiewniki i dzieła zebrane. Mam wrażenie, że to wcale nie musi być jeszcze demode.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

15 lat polskiej turystyki w UE

Jak otwieraliśmy polską turystykę na Unię Europejską i wprowadzaliśmy polską turystykę do Unii Europejskiej.

Okres mojej pracy w Polskiej Organizacji Turystycznej w latach 2002-2005, a wcześniej w Gromadzie i działalności w Polskiej Izbie Turystyki stanowił dla mnie ważne doświadczenie. Należałem do grona osób , którym dane było uczestniczenie w tworzeniu warunków do działalności turystycznej w nowej rzeczywistości politycznej i ekonomicznej. Korzystaliśmy przy tym z własnych doświadczeń oraz wiedzy i doświadczeń innych krajów europejskich odgrywających dominującą rolę w europejskiej i światowej turystyce.
Dla mnie niezmiernie cenna była wiedza i praktyka nabyta podczas pracy w Ambasadzie (zwłaszcza zajmowanie się problematyką współpracy regionalnej i przygranicznej) oraz spółce Gromady w Berlinie, współpraca z niemieckim samorządem turystycznym, w tym zwłaszcza Deutscher Reiseverband (DRV), czy udział w gremiach kierowniczych międzynarodowych organizacji turystycznych.
Czynnikiem, który niewątpliwie przyspieszył i ułatwił przenoszenie dobrych wzorców na polski rynek turystyczny , było dążenie Polski do członkostwa w Unii Europejskiej i związana z tym konieczność dostosowania polskiego prawa do norm obowiązujących w krajach Unii. Przygotowywaliśmy polską turystykę do funkcjonowania w UE. Realizując program promocji w latach 2003-2004 i ciesząc się ze wzrostu przyjazdów niemal ze wszystkich rynków walczyliśmy o większy budżet, dodatkowe środki niezbędne na promocję. Zdawaliśmy sobie bowiem sprawę, ze mamy korzystną sytuację, dobrą koniunkturę dla polskiej turystyki – mamy „swoje pięć minut” i musimy je maksymalnie wykorzystać, że ten efekt nowości związany z wstępowaniem i członkostwem w UE nie będzie trwał długo . Jeśli nie zrobimy więcej, to „pięć minut” minie i znów nastąpi okres stagnacji czy spadków. Przez promocję można temu przeciwdziałać. Wiedzieliśmy także, że nasi sąsiedzi Czesi, Węgrzy, Rumunii zwiększają środki na promocję turystyki i otwierają nowe ośrodki zagraniczne.
Nie dysponując środkami na przeprowadzenie kampanii reklamowych, stale poszerzaliśmy formy i wprowadzaliśmy nowe narzędzia promocyjne. Bardzo udaną była organizowana jesienią 2003 r. podróż studyjna połączona z workshopem grupy ok. 100 touroperatorów z krajów Unii Europejskiej i Węgier. Wielu z nich było w Polsce po raz pierwszy. Już pierwszego dnia podczas powitalnego lunchu w hotelu Mariott w Warszawie powiedzieli nam o swoim pozytywnym zaskoczeniu Polską i Warszawą – „że Polska to nie Syberia, że Warszawa, lotnisko w Warszawie bardzo im się podobają, że nie sądzili, że będą mogli wymienić pieniądze w bankomatach, że mogą się dodzwonić za pośrednictwem sieci telefonów komórkowych”. Tak daleki był brak wiedzy o naszym kraju – to były opinie organizatorów turystyki z Belgii, Wielkiej Brytanii, a nawet Niemiec. Byli zachwyceni koncertem „Mazowsza” z niezapomnianym „furmanem” – Stanisławem Jopkiem, duże wrażenie wywarła na nich wizyta w Parlamencie i otwarte spotkanie z ówczesnym marszałkiem Senatu – prof. Longinem Pastusiakiem. Dążąc do pokazania tej części Polski , której nie znają zabraliśmy ich na Podlasie do „Dworku nad Łąkami”. Była regionalna biesiada, a następnie przy wspaniałej pogodzie typowej dla „złotej polskiej jesieni” w malowniczej scenerii ,pełen przygód, radości i śmiechu spływ kajakami po Narwi.
Promocja naszej oferty – w tym szczególnie polskich uzdrowisk – w berlińskim centrum handlowym „Pod Arkadami” wiosną 2004 r. przyciągnęła 1,3 mln osób. Otwierałem ją wspólnie z ówczesnym ministrem spraw zagranicznych Włodzimierzem Cimoszewiczem. Zainteresowanie gości niemieckich naszą wystawą i ta forma promocji wywarły duże wrażenie na ministrze. Wykorzystałem nadarzającą się okazję do poskarżenia się i interwencji w kwestii przedłużającej się akceptacji przez Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów przyznanej POT kwoty 3,2 mln złotych z rezerwy celowej na dodatkowe zadania promocyjne związane z członkostwem Polaki w UE. Minister poprosił o notatkę i sprawa wkrótce została załatwiona.
Otwieraliśmy polską turystykę na Unię Europejską i wprowadzaliśmy polską turystykę do Unii Europejskiej.
Spektakularnym tego wyrazem była promocja naszych atrakcji turystycznych i regionów w Brukseli w dni bezpośrednio poprzedzające wstąpienie i po wstąpieniu (zorganizowana przy dużym zaangażowaniu i dzięki dobrym kontaktom ówczesnego dyrektora POIT – Krzysztofa Turowskiego), w tym koncert, który organizowaliśmy w centralnym punkcie w Brukseli na Grand Place w wieczór i noc 30.04./1.05.2004 r. z udziałem naszych gwiazd: Andrzeja Sikorowskiego z córką, Natalii Kukulskiej z zespołem oraz zespołu „Blue Cafe”, dla którego miał to być występ promocyjny i szlif przed festiwalem Eurowizji. Ta noc, kiedy zegar wybił punktualnie godz. 24.00 w nocy na wypełnionym wielojęzyczną publicznością centralnym placu w stolicy europejskiej była dla nas niezapomniana, w jednym momencie staliśmy się i poczuliśmy się Europejczykami. To była polska noc w Brukseli. Scenografię tego koncertu przygotowywał wspaniały Marek Grabowski z Krakowa z firmą „Mała Wytwórnia Wielkich Snów – Maxmedia Group”. Następnie miał miejsce Koncert Galowy adresowany przede wszystkim do elit europejskich w wykonaniu fantastycznych Małgorzaty Walewskiej i Michała Bajora z udziałem polskich ambasadorów Marka Greli w Unii Europejskiej i Iwo Byczewskiego w Królestwie Belgii.
Byliśmy w tych momentach i szczęśliwi i dumni.
Ale w czasie pobytu w Belgii miały miejsce i zabawne momenty i nowe zaskakujące „doświadczenia europejskie”.
Nowe doświadczenie europejskie zdobywaliśmy w czasie pobytu w czterogwiazdkowym hotelu Mariott, w którym mieszkaliśmy w Brukseli. Ponieważ po koncercie galowym wróciliśmy późną nocą do hotelu, następnego dnia na śniadanie, które było wydawane do godz. 10.00 rano udałem się, podobnie jak większość polskiej ekipy ok. godz. 9.40. Okazało się, ze do konsumpcji ze „szwedzkiego stołu” pozostało zaledwie kilka plasterków sera i podrzędnej kiełbasy oraz kilka jabłek. Zaskoczony i ja i pozostałe osoby z Polski, wiedzieliśmy bowiem jak wygląda prawdziwy „szwedzki stół” w Polsce, skromnie zaczęliśmy konsumować to, co pozostało. Ale ok. godz. 9.55 przyszła na śniadanie Małgorzata Walewska, kiedy na „szwedzkim stole” pozostały już tylko dwa jabłka i w sposób zdecydowany upomniała się u obsługujących kelnerów o przysługujące jej i innym gościom hotelowym z Polski śniadanie. Przy okazji poinformowała ich, że w Polsce , która dopiero wstąpiła do Unii Europejskiej, „szwedzki stół” w hotelu określonej kategorii wygląda zupełnie inaczej, jest tak samo obfity przez cały okres wydawania śniadania i podobna sytuacja w czterogwiazdkowym hotelu jest nie do pomyślenia. Oczywiście, reakcja na taką reklamację polskiej gwiazdy była natychmiastowa i dzięki temu wszyscy nieco zszokowani, ale zadowoleni zjedliśmy wraz z Małgorzatą Walewską prawdziwe śniadanie.
Cechą niewątpliwie wyróżniającą ten okres kształtowania nowej turystycznej rzeczywistości była harmonijna, czasami wręcz entuzjastyczna współpraca centralnych i terenowych organów władzy państwowej z powstającymi i działającymi organizacjami samorządu turystycznego. Każda ze stron miała na względzie przede wszystkim szeroko rozumiany interes polskiej turystyki, nie gubiąc z pola widzenia, rzadko z nim kolidującego, interesu własnego. Wprowadzane w życie rozwiązania organizacyjne i prawne były wypracowywane w drodze spotkań , sporów i dyskusji branży ze stroną rządową. Przy czym nadrzędnym celem był interes polskiej turystyki, branży turystycznej i w imię realizacji, czy obrony tego celu byliśmy gotowi na wszystko, nie zważając na to, czy to się podoba opcji politycznej sprawującej władzę, czy też nie i pracując w agendzie rządowej jaką była POT, poniesiemy za to konsekwencje osobiste. Posłużę się przy tym dwoma przykładami.
Dzięki takiej postawie udało nam się obronić samodzielność Polskiej Organizacji Turystycznej, nie dopuszczając do realizacji projektu ówczesnego v-ce premiera Jerzego Hausnera połączenia POT z PAIZ-em i utworzenia jednej agencji promocji gospodarczej. Uważaliśmy takie rozwiązanie za błędne , niezgodne ze standardami europejskimi , szkodliwe dla promocji turystycznej.
Przygotowany wówczas przeze mnie materiał broniący POT i podkreślający znaczenie narodowych organizacji turystycznych w ponad 100 krajach świata był wykorzystywany także przy kolejnym „zamachu na POT” w latach 2006-2007. Ale byliśmy wyczuleni także na to, aby wprowadzane rozwiązania unijne nie szkodziły polskiej turystyce. Takim działaniem było niedopuszczenie do bezkrytycznej implementacji przez polski rząd dyrektywy 77 UE ws. podatku VAT( od całości obrotu, a nie od marży) w turystyce przyjazdowej do Polski, co spowodowałoby, że polska oferta przestałaby być konkurencyjna wobec oferty innych krajów europejskich. Ministerstwo Finansów argumentowało takie stanowisko tym, ze dla Polski priorytetem jest członkostwo w Unii Europejskiej, dlatego będzie implementować tę dyrektywę. Na szczęście do tego nie doszło, po prostu nie pozwoliliśmy na to. Będąc przekonanymi do swych racji i broniąc obu wyżej wymienionych kwestii byliśmy gotowi na wszystko. Dla sprawy tej pozyskaliśmy partie będące wówczas w opozycji – Samoobronę i PSL.
Dzisiaj, patrząc z perspektywy 15 lat naszego członkostwa na korzyści, które osiągnęła polska turystyka dzięki obecności w UE, warto przypomnieć nazwiska osób (z pewnością nie wszystkie za co przepraszam)z którymi współpracując i działając w tym okresie w polskiej turystyce wprowadzaliśmy ją do Unii Europejskiej: Andrzej Kozłowski, Katarzyna Sobierajska, Rafał Szmytke, dr Jerzy Walasek, Zbigniew Kowal, Andrzej Saja, dr hab. Michał Słoniewski, Jan Korsak, Franciszek Ciemny, Tadeusz Milik, Józef Ratajski, Stanisław Piśko, Kazimierz Kowalski, Jan Błoński, Waldemar Błaszczuk, Jerzy Szegidewicz, prof. dr hab. Aleksander Ronikier, Barbara Tutak, Magdalena Krucz, Anna Maciąga, Dorota Zadrożna, Jacek Janowski, Sławomir Wróblewski, Irena Sokołowska, Marek Szczepański, Wojciech Kodłubański. Nie do przecenienia były tu także zaangażowanie i kreatywność dyrektorów ośrodków zagranicznych.

Najważniejsze wybory

Premier Mateusz Morawiecki zwleka z ogłoszeniem terminu wyborów samorządowych. Nadal nie wiemy, kiedy jesienią pójdziemy do urn wyborczych.

 

Wincenty Elsner kandyduje w wyborach do sejmiku wojewódzkiego z listy SLD – Lewica Razem na Dolnym Śląsku.

 

Na tę decyzję premiera czeka prawie ćwierć miliona kandydatów na radnych. Ponad 8 tysięcy tych, którzy chcą zostać wójtami, burmistrzami i prezydentami miast. Czas płynie. Oni tkwią w blokach startowych. Nie mogąc rozpocząć przygotowań do wyborów. Zbiórki podpisów. Druku ulotek. Rozklejania plakatów. Zaś premier Morawiecki dwoi się i troi by udowadniać tezę z gruntu fałszywą. Że dokonywany systematycznie przez Prawo i Sprawiedliwość demontaż niezależnego systemu sądownictwa nie jest demontażem. Z zarządzeniem terminu wyborów samorządowych będzie czekał do ostatniej chwili.

 

21 października?

Zgodnie z zapisami znowelizowanego pół roku temu Kodeksu Wyborczego wybory samorządowe mogą się odbyć w jedną z niedziel: 21 października, 28 października lub 4 listopada. Decyzja należy do premiera. Kodeks Wyborczy wymaga, by zarządzenie wyborów nastąpiło nie wcześniej niż 4 miesiące przed upływem kończącej się kadencji władz samorządowych i nie później niż 3 miesiące przed. W 2014 roku wybory odbyły się 16 listopada. Tak więc premier Morawiecki mógł łaskawie ujawnić termin wyborów samorządowych ponad dwa tygodnie temu. Na pewno musi to zrobić przed 16 sierpnia. Zwłoka nie wynika z nadmiaru zajęć premiera. To czysta kalkulacja PiS-u. Wśród polityków opozycji panuje przekonanie, że decyzja o terminie wyborów zapadnie ostatniego możliwego dnia – 15 sierpnia. I wybrany zostanie najwcześniejszy termin – 21 października. Dlaczego? By maksymalnie skrócić czas kampanii wyborczej. Rządzący dadzą sobie radę nawet podczas krótkiej kampanii wyborczej. Mają swój rząd. Którego ministrowie rozjadą się po Polsce – rzekomo w ramach rutynowych ministerialnych obowiązków. Mają pieniądze. I mają publiczne radio i telewizję. Które to media w najrozmaitszy sposób zostaną zaprzęgnięte w działania sprzyjające Prawu i Sprawiedliwości. Opozycja już na starcie kampanii będzie krok z tyłu. Jesienne wybory mogą okazać się najważniejszymi w całej historii III RP. To niecodzienna sytuacja. Dotychczas wyborcy zdecydowanie bardziej interesowali się wyborami prezydenta kraju i wyborami parlamentarnymi. Ale i sytuacja Polski jest niecodzienna. Można się sprzeczać, jak daleko nam jeszcze do państwa autorytarnego. Lub jak blisko. Jedno jest poza dyskusją: sprawy polskiej demokracji idą w złym kierunku. Dobry wynik rządzącej prawicy nie zadecyduje wyłącznie o losie samorządów. O tym, czy tysiące nowych „misiewiczów” będzie przez najbliższe pięć lat (tak – po raz pierwszy wybieramy samorządowców na pięcioletnią kadencję) rządziło naszymi gminami i miastami. Ewentualna wygrana PiS-u w samorządach da Kaczyńskiemu wiatr w żagle. Ułatwiając wyborczy sukces za rok – w wyborach parlamentarnych. Wagę najbliższych wyborów potwierdzają wyniki opublikowanego tydzień temu badania sondażowego przeprowadzonego przez CBOS. W lipcu zainteresowanie wyborami samorządowymi zadeklarowało 73 proc. Polaków. To najwyższy wynik w całej historii tych wyborów. Lewica może z pewną dozą optymizmu patrzeć na frekwencję swoich wyborców. Aż 81 proc. osób deklarujących poglądy lewicowe wykazuje zainteresowanie wyborami samorządowymi. To nie oznacza oczywiście, że 21 października na pewno stawią się w lokalach wyborczych. Ale powinno zdopingować SLD do sprawnej i skutecznej kampanii wyborczej.

 

Z Sejmu do sejmiku

Najwięcej emocji będą budziły wybory prezydentów miast, burmistrzów i wójtów. Tak było zawsze. W tym roku widać to szczególnie wyraziście w Warszawie. Gdzie niektórzy kandydaci już od wielu tygodni prowadzą swoje kampanie wyborcze. Ignorując przepisy prawa – zakazujące rozpoczynania kampanii przed oficjalnym zarządzeniem wyborów. Dla partii politycznych najważniejsze będą wybory do sejmików wojewódzkich. Tam bowiem toczy się bój najbardziej polityczny, a partie występują pod własnymi sztandarami. Sondaże mogą kłamać. Zaś ogólnopolski wynik wyborczy do sejmików da prawdziwy obraz polskiej sceny politycznej. Uwadze wielu komentatorów umyka pewien szczegół ordynacji wyborczej do sejmików. Uzyskanie mandatu radnego sejmiku wojewódzkiego oznacza automatyczne wygaszenie mandatu parlamentarzysty. Automatyczne. To zabezpiecza przed ewentualną próbą wprowadzania w błąd wyborców. Wystawiania na listach polityków znanych z pierwszych stron gazet i ekranów telewizorów. Posłanek i posłów. Tylko po to, by „podciągnęli listę”. A chwilę po wyborach zrzekli się mandatu i wrócili na Wiejską. Wspomniane ograniczenie nie dotyczy dotychczasowych parlamentarzystów Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Których tak zwana Zjednoczona Lewica eksmitowała z Sejmu w 2015 roku. Dlatego wszyscy oni bez ryzyka utraty mandatów sejmowych mogą wzmocnić listy sejmikowe. I wzmocnią! Startować będą niemal bez wyjątku wszyscy posłowie i posłanki poprzedniej kadencji Sejmu. W Kodeksie Wyborczym zapisano próg wyborczy 5 procent w wyborach do sejmików wojewódzkich. Tyle trzeba osiągnąć, by wziąć udział w podziale mandatów radnych. Ale to zdecydowanie za mało, by ten mandat otrzymać. Przy okazji dyskusji o wprowadzonych przez PiS zmianach w ordynacji do Parlamentu Europejskiego wiele mówiło się o tak zwanym efektywnym progu wyborczym. Czyli wyniku procentowym, który uprawdopodabnia uzyskanie mandatu. W większości okręgów wyborczych do sejmików wojewódzkich efektywny próg wyborczy plasuje się w okolicach 10 proc. W okręgach o mniejszej liczbie mandatów może sięgać kilkunastu procent. Czy SLD, mające w sondażach poparcie od 6 do 10 proc. ma realne szanse na mandaty radnych wojewódzkich? Zdecydowanie tak. W drugiej połowie kwietnia IBRIS wykonał zakrojone na szeroką skalę badanie sondażowe. Przepytano ponad 16 tysięcy osób, po 1000 respondentów z każdego województwa. Wyniki SLD w poszczególnych województwach różniły się znacząco.
Na Podkarpaciu szanse SLD na mandaty radnych wojewódzkich są niewielkie. Sojusz legitymuje się tam poparciem 4,6 proc. Ale jest cała lista województw, gdzie SLD zajmuje silną trzecią pozycję. Z realnymi szansami na kilka mandatów. To na przykład: lubuskie (18,3 proc.), zachodniopomorskie (15,9 proc.), świętokrzyskie (14,8 proc.), kujawsko-pomorskie (14,5 proc.), śląskie (14,1 proc.), wielkopolskie (13,4 proc.), łódzkie (12,3 proc.).

 

Lewica powiatowa

Wspomniane badanie CBOS nie jest dla SLD szczególnie przychylne. Szanse wyborcze Sojuszu wyceniono jedynie na 5 proc. Ale nie powinno to wpędzać polityków lewicy w depresję. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że wyniki CBOS-u – finansowanego z pieniędzy kancelarii premiera Morawieckiego – są z reguły o kilka procent niższe niż innych sondażowni. Ciekawy jest za to rozkład poparcia lewicy w terenie. O ewentualnym sukcesie lewicy w najbliższych wyborach nie zadecydują mieszkańcy metropolii: Warszawy, Krakowa i Wrocławia. Nie zadecydują też mieszkańcy miast średniej wielkości – do 100 tysięcy. W takich miastach poparcie lewicy jest umiarkowane. Badania CBOS-u pokazują, że przyszła siła lewicy w znacznym stopniu leży w rękach mieszkańców małych miasteczek, liczących do 20 tysięcy mieszkańców. Tam SLD ma średnie poparcie rzędu 9 proc. Będąc realną trzecią siłą polityczną. To niezwykle istotna informacja dla działaczy planujących kampanie wyborcze, szczególnie do sejmików wojewódzkich. Ustawienie bilbordów wzdłuż autostrady A1, A2 lub A4 nic nie da. Przekaz SLD musi dotrzeć do Bychawy, Daleszyc, Wasilkowa, Skórczu, Przedeczy. Takich miasteczek jest w Polsce ponad siedemset. Mieszka w nich 5 milionów Polek i Polaków. Niemalże pół miliona – to wyborcy SLD.

 

I wiejska

Drugim najważniejszym dla SLD regionem jest wieś. Z badania CBOS wynika, że na wsi SLD jest dwa razy silniejsze niż w wielkich miastach. Na pierwszy rzut oka to może dziwić. Ale przecież w miastach nie ma już wielkich zakładów przemysłowych. Zatrudniających po kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy pracowników. Będących tradycyjnym elektoratem lewicy. O niedocenianym przez wielu lewicowych polityków potencjale wsi już kiedyś pisałem. Gdy CBOS zapytał o sympatie polityczne mieszkańców różnych środowisk. Okazało się, że największy odsetek Polaków deklarujących poglądy lewicowe mieszka na wsi. Ponad jedna czwarta. W liczbach bezwzględnych to 1,5 miliona wyborców. Którzy w najbliższych wyborach mogą zagłosować na listy sejmikowe SLD – Lewica Razem. Mogą. Pod warunkiem, że każdy z kandydatów na radnych potrafi bez zająknięcia odpowiedzieć na pytanie. Jaki jest program SLD dla polskiej wsi?

 

Bariera strachu

Jest jednak istotna bariera, która może wpłynąć na wynik najbliższych wyborów. Rysująca się szczególnie wyraźnie tam, gdzie lewica jest silna: w małych miastach i na wsi. Jeszcze niedawno jej nie było. Przyszła razem z rządami PiS-u. Bariera strachu. Kompletując listy do sejmiku dolnośląskiego odwiedziłem w ostatnim tygodniu wiele mniejszych miejscowości wokół Wrocławia – mój okręg wyborczy. Rozmawiałem z mieszkańcami. Niby nic się nie zmieniło od poprzednich wyborów. A jednak… Ziobro nie wyaresztował opozycji. Policja nie rozpędza demonstrantów używając armatek wodnych. Wyjąwszy media publiczne, dziennikarze mogą mówić i pisać co chcą. A jednak suma kuksańców władzy, drobnych szykan i gróźb, robi swoje. Coraz więcej osób dochodzi do wniosku, że bezpieczniej jest stanąć na poboczu. Być biernym obserwatorem. „Ja się do polityki nie mieszam” – mówią.

 

Najważniejsze wybory

Jesienne wybory mogą okazać się najważniejszymi w całej historii III RP. Dobry wynik lewicy może być zwiastunem końca rządów PiS-u za rok. I powrotu Polski na drogę praworządności i demokracji. Dlatego jak najrychlej warto ruszyć w teren – to do działaczy. Warto być aktywnym – to do wyborców. Jeszcze się będziemy śmiali z dzisiejszych strachów przed wszechmocnym Kaczyńskim, Ziobrą, Brudzińskim. A przewodniczący Czarzasty obiecał, że będzie im wysyłał paczki.