Jeszcze nowszy patriotyzm

Bardzo dawno temu, – bo w 2013 roku – popełniłem artykulik pt. „Nowy patriotyzm”.

Skarżyłem się w nim na zmiany, jakie w okresie mego życia zachodziły w pojmowaniu słowa „patriotyzm”, stopniowo zastępującego określenie walki i pracy dla Ojczyzny, krzykliwym samochwalstwem niektórych polityków i przypisywaniem sobie monopolu na definiowanie cech patriotyzmu. Zwracałem uwagę na to, że w czasie wojny było najprościej – każdy, kto walczył o wyzwolenie kraju był uważany za patriotę, bez względu na to, jakie miał polityczne poglądy. Ale nie nadużywano tego określenia i nigdy nie słyszałem, aby ktoś mówił „ja jestem patriotą, a ten X czy Y nie jest”.
Także po wojnie, mimo kilkuletnich sporów o to, czy głównym celem patriotycznym jest odbudowa kraju, czy walka z narzuconym ustrojem, na ogół szanowano odmienne poglądy nawet wtedy, kiedy za nie karano. Potem to się uspokoiło i przez wiele lat, także w państwie, którego zdaniem obecnego premiera w ogóle nie było, relatywnie rzadko używane określenie było rozumiane, jako równoznaczne z obywatelska postawą. Mówiąc prościej – uczciwą pracą dla siebie i kraju, pomaganiem innym w chwilach potrzeby, staraniem sie o rozwijanie jak najlepszego obrazu Polski za granicą. Dopiero w ostatnich latach te cechy patriotyzmu zaczęły być wzbogacane o odżywający, kawiarniany antysemityzm, bezsensowną i szkodliwą społecznie i ekonomicznie rusofobię i dzielenie Polaków na „prawdziwych patriotów” i tych „nierozumnych, drugiego sortu” obywateli, którzy oczywiście nie są patriotami.

Propaganda

Naiwnie myślałem, że na tym już koniec. Miałem nadzieję, że zmądrzejemy, stopniowo opadną emocje walki politycznej, przestaniemy traktować patriotyzm jak kij do okładania przeciwników. Sądziłem, że takie zachowanie nawet „nie przystoi” ludziom uważających się za patriotów, a zarazem piewców przemyślanej, patriotycznej polityki kulturalnej.
Myliłem się. Po kilku latach względnego uspokojenia, po wyborach w 2015 roku werbalny hurrapatriotyzm odżył, zmodyfikował kierunki i osiąga niepojące rozmiary.
Każde społeczeństwo jest wrażliwe na uporczywą propagandę. W miarę zmian technicznych zachodzących w nośnikach informacji dożyliśmy epoki, w której główną – a dla wielu środowisk jedyną – maczugą propagandową jest telewizja. Ma tą przewagę nad starymi nośnikami, że nie tylko informuje, ale pokazuje przykłady i wpływa nie tylko na świadomość, ale i podświadomość odbiorcy. Pół biedy, jeśli, jak w większości krajów, a w Polsce w dużych aglomeracjach, obywatel ma możliwość oglądania kilku konkurencyjnych programów, o różnym zabarwieniu politycznym. Ale – jak w Polsce na wsi i w wielu małych miastach – nie ma takiej możliwości, to wówczas stopniowo przyjmuje poglądy uzyskiwane z przekazywanych przez jedną stację telewizyjną informacji, jako swoje i jedynie słuszne.
Tak się teraz dzieje. Polska telewizja publiczna w okresie panowania obecnej władzy jest przesycona nie tylko odpowiednio selekcjonowanymi i preparowanymi informacjami, ale także werbalnym patriotyzmem, ukierunkowanym zgodnie z upodobaniem władz i odpowiednio do tych upodobań „ufryzowanym” historycznie. Te „prawdy objawione” kształtujące obecnie poglądy obywatela, który chce być uznawany za patriotę, można streścić w kilku punktach.

Podstawowe poglądy prawdziwego patrioty

Po pierwsze – w czasie wojny tylko ci, którzy byli „na zachodzie” lub związanym z nim podziemiu walczyli o wolną Polskę. Ci ze wschodu, albo z jakiś ludowo – chłopskich oddziałów partyzanckich, przesiąkli komunizmem i właściwie walczyli o hegemonię Rosji (wtedy ZSRR). Nie byli więc polskim patriotami.
Po drugie – w czasie wojny to właściwie tylko my ratowaliśmy Żydów przed hitlerowską zagładą. Ci, którzy ze strachu donosili na Żydów, a tym bardziej „szmalcownicy”, robiący to za pieniądze, to tylko smutne wyjątki. Widocznie pechowo w okolicach Sobiboru było ich wyjątkowo dużo, jeśli z 400 więźniów, którzy uciekli z obozu, prawie 100 „miejscowa ludność” wydała Niemcom.
Po trzecie – po wojnie i w długim okresie PRLu, patriotą był tylko ten, kto czynnie walczył z państwem opanowanym przez „komunę”. Reszta „psychicznych słabeuszy” pogodziła się z rolą niewolników. Wprawdzie kończyli szkoły średnie, studiowali, pracowali, odbudowywali i rozbudowywali – ale robili to bez entuzjazmu, a nawet ze wstrętem.
Po czwarte – obywatele często nie zdają sobie z tego sprawy, ale ciągle jesteśmy zagrożeni przez „postkomunę”. Prawdziwy Polak – patriota powinien ją ujawniać i z nią walczyć. Bo zakażenie komunizmem jest nieuleczalne. Jak ktoś gdzieś należał, albo coś podpisał – nie jest godzien działać w naszym społeczeństwie. Chyba, że szczerze się nawrócił i aktywnie wspiera nową, patriotyczna władzę.
Po piąte – polski patriota powinien być wierzącym i praktykującym katolikiem. Jeśli tego nie deklaruje – to trzeba go czujnie obserwować, bo może mieć ukryte związki z takimi podłościami jak LGBT, seksualizacją młodzieży, albo – o zgrozo – ze zwolennikami legalizacji ograniczonej aborcji, na życzenie zainteresowanej kobiety.
Po szóste – prawdziwy Polak wie, że prawie wszyscy w Europie chcą się na nas w jakiś sposób „zamachnąć”. Bezkrwawo, ale boleśnie robią to nieudacznicy z „wyimaginowanej wspólnoty”, czyli Unii Europejskiej. Ale są też tacy, którzy powodują katastrofy naszych samolotów – zwłaszcza prezydenckiego samolotu w rejonie Smoleńska. Patriota wie, że nasze samoloty, prowadzone przez najlepszych na świecie pilotów, co to potrafią latać nawet ”na drzwiach od stodoły …” nigdy same się nie rozbijają – więc to musiał być zamach.
Wreszcie po siódme – jesteśmy stale zagrożeni kolejną wojną. Nie wymieniamy, kto ją może wywołać, ale przecież wiadomo, kto zawsze na nas czyhał i kto robi kuku zaprzyjaźnionej Ukrainie. Musimy więc kupować coraz droższą broń od bogatych mocarstw, rozwijać siły wewnętrzne, szkolić się „od dziecka” w obronie naszych państwa i „wartości”.

Granice bezpieczeństwa

Ten zestaw aktualnych wymogów upoważniających siebie lub kogoś do bycia prawdziwym, polskim patriotą XXI wieku powinien każdemu pozwolić na samokrytykę i ocenę swojej pozycji. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałem, że taka autoanaliza jest wprawdzie męcząca, ale można ją jakoś strawić. I nadal miałem nadzieję, że powoli z tego wyrośniemy.
Moja nadzieja uległa jednak wyraźnemu nadwątleniu po kolejnych konwencjach i dyskusyjnych spotkaniach organizowanych przez rządzącą obecnie partię. Dostrzegłem bowiem, że niemal w każdej pryncypialnej lub buńczucznej wypowiedzi najwyższych notabli, ukrywa się jeszcze jedna, nowa i naprawdę niebezpieczna cecha prawdziwego patriotyzmu. Jest to wmawianie suwerenowi, że patriotą jest tylko ten, kto popiera władzę, zgadza się z jej poglądami i planami, będzie jej „pomagał a nie przeszkadzał”. Jeśli tego nie robi – to zdradza swój kraj i jest spadkobiercą Targowicy.
To mnie przestraszyło. Nieodległa historia Europy zna takie poglądy, Starsze pokolenia widziały sterowany, monopolistyczny patriotyzm w niektórych krajach i wiedzą, jak to się kończyło. A zaczynało się niemal zawsze tak samo – od omijania podstawowych zasad życia obywateli, kwestionowania uprawnień sądów i zastępowania ich „decyzjami ludu” lub jego idoli, gnębienia przeciwników, najpierw zgodnie z prawem, a potem wbrew prawu. Przy utrwalaniu takiego poglądu łatwo jest więc przekroczyć granice społecznego bezpieczeństwa, świadomie lub bezwiednie dojść do autokratyzmu, łatwo przechodzącego w totalitaryzm.
Podsycanie hurrapatriotycznego nastroju społeczeństwa też ma swoje tradycje. Więcej defilad, więcej pokazów odtwarzających bohaterskie czyny przodków, więcej zabaw młodzieży z imitacją broni albo z prawdziwą bronią. Manifestacje i marsze patriotyczne wspierające władzę. Wprawdzie w ich organizacji nie udaje dorównać nocom w Norymberdze i współczesnym uroczystościom w Korei Północnej, bo w słowiańskim kraju trudno zebrać tylu zdyscyplinowanych uczestników – ale starać się można.
Trudno przewidzieć, jakie będą następstwa nowego modelu polskiego hurrapatriotyzmu. Może się wypalić i nie spowodować większych szkód w mentalności młodzieży i średniego pokolenia. Ale może też pogłębić i utrwalić podziały społeczeństwa i doprowadzić do otwartej. lub skrywanej izolacji Polski, wśród europejskich państw o demokratycznych tradycjach. Sygnały tej izolacji są w Parlamencie Europejskim już wyraźnie widoczne.

Zmierzch katolicyzmu politycznego

Z prof. JERZYM J. WIATREM, socjologiem polityki ze Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji, honorowym prezesem Towarzystwa Kultury Świeckiej, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Zaplanowaliśmy rozmowę o sprawach systemowych, ale bieżąca rzeczywistość polityczna nie ułatwia nam tego. W styczniu doszło do zamordowania prezydenta Gdańska, a przed chwilą, jedno po drugim, najpierw CBA zatrzymało został osławionego rzecznika MON i faworyta Antoniego Macierewicza, Bartłomieja Misiewicza, a „GW” ujawniła tzw. „taśmy Kaczyńskiego”. Jak, zwłaszcza to ostatnie, wpłynie na położenie PiS i obozu władzy?

Moim zdaniem obóz władzy PiS znalazł się w jeszcze trudniejszej sytuacji niż był dotąd. Kiedy niedawno opublikowałem w „Trybunie” tekst o dylematach władzy autorytarnej, zwróciłem uwagę na to, że po zamordowaniu prezydenta Adamowicza w PiS nastąpiła polaryzacja na tych, których to oburzyło i na skrzydło faszyzujące. Do momentu tego morderstwa prezesowi Kaczyńskiemu udało się te dwa skrzydła utrzymywać w relatywnej zgodzie. Teraz zaistniała konieczność opowiedzenia się Kaczyńskiego po jednej ze stron i wyciągnięcia z tego konkretnych konsekwencji kadrowych. Drugi kłopot PiS, to ujawnienie wspomnianych taśm. Może nie wskazują one na działania wprost kryminalne, ale na rządzący w tej partii mechanizmy oligarchiczne, niezależnie od cech samego prezesa. Jest to dla nich niebezpieczne dlatego, że pokazuje, iż to nie formacja liberalna krytykowana za afery, nie Tusk, nie Schetyna, nie Kopacz, ale partia która doszła do władzy pod hasłami uczciwości objawia te mechanizmy, które potępiała. To może kosztować PiS utratę kilku procent poparcia tych wyborców, którzy nie należą do tzw. twardego elektoratu. Równocześnie doszło do zatrzymania i aresztowania ludzi związanych z Antonim Macierewiczem i to pod zarzutami korupcyjnymi. Dla znaczącej części elektoratu PiS zarzuty korupcyjne należą do najcięższych, jako że jest to elektorat antyelitarny, a także na ogół uboższy, dla którego korupcyjne zachowania takich młodych ludzi jak Bartłomiej M., to horrendum Słyszałem opinię, że jest to wyraz wewnętrznej walki o władzę i o osłabienie polityczne Macierewicza. Walka jaka toczy się między Kaczyńskim a nim jest walka nie tylko o władzę, ale i o kierunek działania PiS, którego Macierewicz jest przecież wiceprzewodniczącym, filar skrzydła ultraprawicowego. Poza tym na Macierewiczu ciążą podejrzenia o powiązania rosyjskie, o których napisał w swojej drugiej już książce Tomasz Piątek. Jeśliby się okazało, że Macierewicz, ważny polityk polski jest sterowany z zewnątrz, to byłby to dzwon alarmowy dla państwa. Tak więc ten rok zaczął się dla PiS feralnie. Moim zdaniem w PiS dojrzewa kryzys władzy, który polega nie tylko na tym, że ktoś chce odsunąć go od władzy, ale że on sam traci zdolność mocnego trzymania władzy w ręku i to nie przede wszystkim z uwagi na jego, nie tak przecież bardzo podeszły wiek i nie z uwagi na stan zdrowia, ale na to, że w impasie znalazła się jego polityka, a ten impas zaostrzył się w wyniku wspomnianej polaryzacji po śmierci Adamowicza. Jeśli tak dalej pójdzie, to może spełnić się moje przewidywanie, że Polska będzie pierwszym krajem europejskim, który demokratycznie odsunie od władzy prawicowych populistów.

Już teraz widać w niektórych mediach propisowskich nastroje znacznie mniej triumfalistyczne, a nawet defetystyczne. Pojawiają się frazy o możliwości przegranej, jeszcze pół roku temu nie do wyobrażenia.Wywołanie nazwiska Macierewicza niejako automatycznie wywołuje także nazwisko Tadeusza Rydzyka i toruńskiego ośrodka radiomaryjnego. Jak Rydzyk może się zachować wobec tej rywalizacji wspomnianych przywódców PiS?

Wiadomo, że ultraprawicowe skrzydło Macierewicza cieszy się uznaniem i poparciem ojca Rydzyka. Dlatego stoi on przed dylematem kogo poprzeć, tym bardziej że szanse partyjki, która powstała pod jego auspicjami, jest znikome. Jednak nie jest to dla niego tylko wybór między Kaczyńskim a Macierewiczem, ale także ewentualny wybór między Macierewiczem, a innymi kandydatami do stanięcia na czele skrajnie prawicowego, faszyzującego skrzydła PiS. Wiele będzie zależało od tego, czy zwycięży tam skrzydło umiarkowane z Kaczyńskim i Brudzińskim. Jeśli zwycięży, to Rydzyk i skrajna prawica staną dęba, a notowania Macierewicza u nich spadną. Ważnym papierkiem lakmusowym dla władzy będzie sposób reakcji na takie skandaliczne zachowania jak to wystąpienie antysemitów podczas ostatnich obchodów wyzwolenia Auschwitz. Jeśli będą to tolerowali, to skompromitują się w skali międzynarodowej. Z drugiej strony ludzie pokroju Piotra Rybaka mają swoich cichych popleczników i sympatyków w obozie PiS. Gdyby ich nie było, to prokuratura dawno zabrałaby się za tych antysemitów. Przed Kaczyńskim stoi więc twardy wybór.

Rydzyk jest bardzo niezadowolony z tego, że nie doszło do całkowitego zakazu aborcji. Kaczyński z różnych powodów jest temu przeciwny. Obstaje za to przy tym mała partyjka skrajnie prawicowa z Korwinem-Mikke i Robertem Winnickim, do której ostatnio dołączyła radykalna „prolajferka” Kaja Godek. Kogo więc Rydzyk poprze wobec takiego wyboru?

To będzie zależało od szans politycznych PiS. Jeśli do wyborów utrzyma się poparcie dla nich na poziomie powyżej 30 procent, to Rydzyk PiS poprze. Jeśli to poparcie znacząco się skurczy, a widzę ku temu przesłanki, jeśli porażka PiS stanie się oczywista, to krąg Rydzyka może rozumować następująco: skoro i tak przegramy wybory, to stwórzmy jednolitą ideowo formację narodowo-katolicką i wprowadźmy ją do parlamentu.

A na ile wrażliwy jest tzw. twardy elektorat PiS, zarówno ten narodowo-katolicki, jak socjalny, dla którego korzyści z 500 plus mają istotne znaczenie dla poprawy bytu. Czy jest coś, co mogłoby nimi wstrząsnąć?

Kumulacja zjawisk, od których zaczęliśmy rozmowę postawiła PiS w świetle innym niż to, pokazujące ją jako partię antykorupcyjną, partię ludzi uczciwych. PiS zaczyna wyglądać tak, jak chciał przedstawić swoich rywali. To może ich popchnąć do cofnięcia PiS-owi poparcia przez część nawet radykalnych dotąd zwolenników. Oni raczej nie poprą opozycji, ale pozostaną w domu.

Przejdźmy teraz do sytuacji w opozycji…

Ona jest obiektywnie w trudnej sytuacji, bo jest pluralistyczna i PiS jest silniejsze jej słabością niż własną siłą. Opozycji trudniej stworzyć jednolity blok. Do tego dochodzą żenujące spory wewnętrzne, walki o władzę, eliminacja Petru z „Nowoczesnej”, podobnie jak wyrwanie z tej partii przez PO ośmiorga posłów. To marny zysk w porównaniu ze stratą jako poniesie idea wspólnej koalicji. Co do SLD, to widzę pozytywną ewolucję w stronę uznania potrzeby wspólnego bloku wyborczego opozycji. Z drugiej strony widzę w SLD dużo niezdecydowania, a brak wyrazistej strategii i koncepcji. Rozumiem trudność w podjęciu trudnych decyzji, ale nikt nie powiedział, że polityka ma być łatwa. Odsunięcie PiS od władzy jest warunkiem niezbędnym dla uratowania systemu demokratycznego i wyjściowym dla forsowania w przyszłości wartości lewicowych. Przecież bez tego one i tak nie mają szans na realizację. Nadzieją napawa mnie jednak artykuł w „Trybunie” wiceprzewodniczącego SLD Wincentego Elsnera, który jest za wspólnym blokiem wyborczym. Nie trzeba też jednak zapominać o perspektywie wyborów prezydenckich, więc tak naprawdę obecny cykl polityczny ostatecznie zamknie się i rozstrzygnie w 2020 roku, a koalicja demokratyczna, jeśli wygra, przez ponad pół roku będzie musiała współegzystować z prezydentem Dudą.

Będzie działał obstrukcyjnie?

Trudno ocenić, nie przesądzał bym sprawy już teraz.

Zatrzymajmy się teraz przy czynniku, jakim jest Kościół katolicki…

W Polsce odsetek deklarujących się jako wierzący jest istotnie większy niż w Europie, nie mówiąc już o najbardziej zlaicyzowanych Czechach. Jednak jednocześnie następuje laicyzacja obyczajów. Związków nieformalnych, w których rodzą się dzieci jest dziś czterokrotnie więcej niż jeszcze 30 lat temu i to nie jest rezultat przypadkowych ciąż, lecz świadomej rezygnacji z instytucji małżeństwa. Nastąpił wzrost, do około 40 procent, zwolenników liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, nieco więcej jest zwolenników zachowania obecnej ustawy, ale już zwolenników zaostrzenia jest nie więcej niż kilka procent. Stanowisko fundamentalistów, skądinąd wewnętrznie logicznie, choć go nie podzielam, jest zatem coraz silniej kontestowane społecznie. Nasila się poczucie, że sprawę przerwania ciąży trzeba zostawić sumieniu kobiety. Słabnie też poparcie dla obecności religii w szkole, a najbardziej przeciw temu występuje sama młodzież, która głosuje „nogami”, zwłaszcza gdy dochodzi do wieku, w którym może sama decydować. Poza wszystkim – dobremu wychowaniu religijnemu lepiej sprzyjałaby nauka religii poza szkołą. Ponadto przeżył się dotychczasowy model finansowania Kościoła z kasy państwa i coś trzeba z tym zrobić, wprowadzając na przykład dobrowolne opodatkowanie na jego rzecz. Dominikanin Ludwik Wiśniewski powiedział, że w Polsce umiera chrześcijaństwo, a w jego miejsce wchodzi nienawiść. Nie jestem aż takim pesymistą, natomiast uważam, że autorytet Kościoła słabnie. I przyznam, że choć jestem niewierzący, to wolałbym aby w Polsce był otwarty Kościół z dużym społecznym autorytetem niż agresywny Kościół bez autorytetu. W chrześcijaństwie pociąga mnie idea miłości, choć z ontologicznego punktu widzenia nie wierzę ani w niebo ani w piekło, lecz po prostu w koniec przygody jaką jest życie. Tymczasem w obecnym Kościele kłopoty mają tacy księża jak Lemański, Sowa czy Boniecki, a poparciem hierarchii cieszą się duchowni w rodzaju Rydzyka.

W wywiadzie dla „Trybuny” profesor Jan Hartman uznał deklarację Barbary Nowackiej o potrzebie rozdziału Kościoła i Państwa za formę upokarzających starań państwa o coś, co mu się z definicji należy – suwerenność i wolność od obcego, watykańskiego dyktatu. Jest też przeciwny obecności konkordatu w konstytucji, jak również uważa jej propozycje za kosmetyczne, n.p. zaprzestanie finansowania religii w szkole, zamiast jej wyprowadzenia. Jaki jest na to Pana pogląd?

Rozumiem te niuanse podkreślone przez profesora Hartmana, ale dla mnie najważniejsza jest praktyka, realna równość praw Państwa i Kościoła, by państwo, tak jak to było i jest nadal, nie zajmowało wobec niego postawy partnera uległego. Natomiast co do samego wystąpienia Barbary Nowackiej, to choć zgadzam się z nią co do zasadniczych intencji, to wolałbym, by zrezygnowała z wystąpienia indywidualnego na rzecz lojalnego działania w ramach szerokiego bloku. Byłoby to znacznie bardziej nośne i ważkie.
A co z postulatem świeckości państwa, którego w Konstytucji nie ma, bo jest w niej zapis o „niezależności i autonomii”?
Formuła o pełnej świeckości państwa rodzi jednak pewne niebezpieczeństwa, n.p. groźbę szykan wobec ludzi noszących oznaki religijne, n.p. krzyżyki. Nie byłbym też zwolennikiem totalnego zakazu akcentów religijnych w sytuacjach publicznych. To uważam za formę zbyt daleko idącego naruszenia wolności osobistych. Jednak uważam, że w powszechnie dostępnych urzędach państwowych i publicznych, w salach itd. nie powinno być symboli religijnych. Kiedy zostałem ministrem edukacji poleciłem zdjąć ze ściany krucyfiks, bo uznałem, że jego zatrzymanie byłoby z mojej strony przejawem oportunizmu, a ja oportunistą nie jestem. Nie nakazałem jednak uczynić tego samego wiceministrom i dyrektorom w ich gabinetach. Jednak najważniejsza jest w moim odczuciu nie sfera symboliczna, lecz sfera realnych zachowań. W każdym razie nadszedł najwyższy czas, aby relacje kościelno-państwowe w Polsce uległy we wszelkich aspektach fundamentalnemu przedefiniowaniu i zreformowaniu w duchu nowoczesnego państwa.

Dziękuję za rozmowę.

Rok mi nął

Szast-prast mija rok 2018. Jak z pejcza trzasnął. Z bicza znaczy się. Ale trzasnął na pewno. Niejednego.

***

Obchodziliśmy Stulecie Odzyskania Niepodległości. Uroczyście. Na bogato. Po pańsku, nierzadko przewalając pieniądze niepotrzebnie. Tak po szlachecku, utracjuszowsko. Ale w polskiej mitologii niepodległość jest bezcenna i każdą sumę roztrwonić na jej celebrę można.

***

Przy okazji licznych celebracji okazywało się, że przez wiele lat od roku Odzyskania Niepodległości, umownego zresztą, prawdziwie niepodlegli Obywatele naszego państwa nie byli. Bo w międzyczasie mieliśmy tu okupację niemiecką i radziecką. Bo państwo polskie w ciągu ostatnich stu lat radykalnie zmieniło swoje granice. Radykalnie zmieniło swój skład narodowościowy. Bo Polska Ludowa jest plugawiona równo. Przez obecnie rządzące elity PiS i „demokratyczną” opozycję z PO. Jedynie SLD zauważa dobre strony PRL. Zatem obchodziliśmy Setkę, której faktycznie nie było.

***

Był to rok oczekiwań na Mesjaszów. Politycznych. Nowy pan premier Mateusz Morawiecki miał być narodowo-katolickim Macronem. Okazało się, że już po miesiącu z macronowego embriona wykluł się premier Pinokio. Nie pierwszy narodowo-katolicki kłamczuch polityczny i pewnie nie ostatni.

***

Mesjaszem i Macronem obozu konstytucjonalistów ma być Donald Tusk. Wielu już widziało we snach, jak wraca z Brukseli na „białym koniu”. Czyli Pawle Grasiu. Wielu śni nadal, że Donald Zbawiciel demokratyczny krajowy Macron już siodła tego Grasia. Już słyszy stuk złotych kopytek.

***

„Biedronieczko leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba” – to nowa świecka modlitwa lewicujących liberałów. Oczekujących liberalnego Mesjasza. I Macrona też. Zawierzających w nowe bożyszcze polityczne, nowo narodzonego, niepokalanego Roberta Biedronia. Tego który zejdzie na polską ziemię, da siłę uciśnionemu przez PiS liberalnemu ludowi i odmieni oblicze tej ziemi. Chwalmy pana Roberta na harfie, chwalmy pana na cytrze.

***

I tylko lewitujący lewicowcy z SLD przestali już na swego Mesjasza czekać. Bo i jego im ten „niecharyzmatyczny” Czarzasty zablokował.

***

W Polsce wszyscy republikanie, zwłaszcza demokraci i nawet lewicowcy, stale marzą o silnym, polskim społeczeństwie obywatelskim. I jednocześnie wzdychają do świętego obrazu kolejnej Charyzmatycznej Jednostki. Wodza politycznego, który przyjdzie i naprawi im ten świat. Wodza, któremu się zaufa bezgranicznie. Za którym pobiegnie się bezkrytycznie. Jak kiedyś za Wałęsą, Krzaklewskim, Kwaśniewskim. Millerem, Lepperem, Kaczyńskim, Tuskiem, Palikotem, Petru, Kukizem.
Czemu ci deklarujący swe demokratyczne poglądy Polacy zachowują się jak polityczne barany już na sam dźwięk fujarki kolejnego namaszczanego Wodza?

***

Hakatumba to synteza trzeciego roku rządów kaczystowskiej prawicy. Zastopowanej rewolucji narodowo-katolickiej. Poronionej rewolucji „Dobrej zmiany”. Zaczęło się w 2015 od wstawania z kolan, doszło się do czasu napełniania kieszeni w 2018.

***

„Wyrwij murom zęby krat”. Te złote zęby, rzecz jasna. Rwij jak najszybciej, bo kolega partyjny też już sobie na nie ząbki ostrzy.

***

Byliśmy już prawie „Drugą Japonią”, „Zieloną irlandzką wyspą”, „Budapesztem w Warszawie”. Teraz mamy być „Fort Trumpem”. Najwierniejszą i najsilniejszą proamerykańską placówką na europejskim wschodzie. Przedmurzem cywilizacji amerykańskiej i katolickiej wiary.
Tak widzą Polskę elity PiS. Jak widzi taką Polskę administracja USA, napisała w swym liście nowa pani amerykańska ambasador. Widzi nas jako kolejną, bananowa republikę. No może nie taką bananową. Kartoflaną jedynie.

***

Był to rok klęski wizerunkowej polskiego kościoła katolickiego. Fabularyzowany dokument „Kler” dobitnie pokazał, jak naprawdę jest ten kościół postrzegany. Przy okazji ów film pobił polski rekord frekwencyjny wszech czasów. Przeskoczył najczęściej oglądany do tej pory w Polsce film, czyli „Krzyżaków”. Też o okupantach z zagranicy, też o okrutnikach spod znaku krzyża.

***

Ale największym skandalem było i jest milczenie hierarchii polskiego kościoła kat. przyzwalające na pedofilskie zbrodnie księży. Nic dziwnego, że liczni wierni zaczęli odmawiać przyjmowania księży „po kolędzie”. A to odczuła hierarchia kościelne szczególnie boleśnie. Bo po kieszeni.

***

Odbyły się wybory samorządowe. Czyli wielka bitwa wojny plemiennej PiS-PO. Oba walczące plemiona ogłosiły zwycięstwo, co oznacza, że faktycznie był remis.

***

Przy okazji zmiany barw politycznych przez śląskiego radnego Kałużę, okazało się jak wielki jest obszar politycznego bagna w naszym kraju. Jak łatwo wyborcy akceptują polityczne transfery, choć jednocześnie deklarują przywiązanie do podstawowych, moralnych zasad w polityce.
Zabawne jest też, jak wyborcy, zwłaszcza ci formalnie dobrze wykształceni, dają się złapać na lep przeróżnych „bezpartyjnych” komitetów wyborczych. Łudząc się, że są one bardziej uczciwe niż istniejące partie polityczne. A potem okazuje się, że ich bycie „bezpartyjnymi” to ich ukryte zadanie partyjne.

***

Był to rok aktywności największego kanibala politycznego IV RP, czyli pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego i największego wampira politycznego przewodniczącego Grzegorza Schetyny. Rok, w którym wszyscy usłyszeli o zagłuszających wszystko „szumidłach”.

***

Był to rok stuletniej rocznicy Powstania Wielkopolskiego. Jedynego w pełni udanego powstania polskiego.
Dlatego apelują do radnych Rady Warszawy. Zmieńcie nazwę mostu imienia generała Bora-Komorowskiego, wyjątkowego nieudacznika i szkodnika, na most imienia Powstania Wielkopolskiego.

 

Szczęśliwego Nowego Roku!