Ligowa szarpanina o pieniądze

Zespoły naszej ekstraklasy w komplecie zaliczyły testy na obecność Covid-19 i otrzymały zgodę na wznowienie treningów. Pojawił się jednak nowy problem, bo część klubów chce zmiany wprowadzonej jeszcze w poprzednim sezonie, a forującej najsilniejszych zasady podziału pieniędzy z praw mediowych.

Nieproporcjonalny podział środków został wprowadzony ponad rok temu, pod hasłem promowania zespołów, które będą reprezentować polski futbol w europejskich pucharach. Pomysł był dobry, ale dzisiaj wypadałoby go zarzucić, żeby ratować rujnowane przez pandemię koronawirusa finanse słabszych klubów.
Prezes zarządzającej rozgrywkami spółki Ekstraklasa SA Marcin Animucki zapewnia, że z tegorocznej transzy wpływów z praw medialnych kwoty podstawowe w wysokości 11 mln złotych, równe dla wszystkich klubów, zostały już przelane w lutym. Do rozdzielenia pozostało około 25 procent z 250 mln złotych na wedle osiągniętych wyników sportowy, co oznacza, że najwięcej otrzymają zespoły z pierwszych miejsc, które zakwalifikują się do europejskich pucharów. Dodatkowe środki przeznaczone będą na tzw. opłatę spadochronową dla trzech spadkowiczów. Te pieniądze wpłyną do klubów dopiero po zakończeniu rozgrywek. I właśnie podział tej ostatniej transzy wzbudza dzisiaj kontrowersje. Czołowa trójka otrzyma około 19, 13 i 10 mln złotych, zaś kluby z dolnej części tabeli dostaną nędzne resztki z tego tortu.
Legia chce najwięcej
Nie dziwi, że właściciel prowadzącej w tabeli po 26 kolejkach Legii Warszawa, Dariusz Mioduski, nie jest skłonny do kompromisu i jak na razie skutecznie torpeduje wszelkie inicjatywy zmierzające do zawieszenia obowiązującego regulaminu i wprowadzenia bardziej solidarnościowych zasad podziału ostatniej transzy. Jeśli uda się dokończyć ligowe rozgrywki, a Legia utrzyma prowadzenie i zdobędzie mistrzostwo Polski, wówczas zgarnie 19 mln złotych z puli za wyniki, co wraz z kwotą bazową (11 mln zł) zapewni jej przychód z praw telewizyjnych na poziomie 30 mln złotych.
Dla porównania, zajmujący ostatnią lokatę w tabeli ŁKS Łódź, jeśli zakończy sezon na tej pozycji i spadnie z ligi, dostanie z „medialnego tortu” w sumie ok. 11 mln zł.
Nie są to jednak jakoś przesadnie zbójeckie zasady, bo na przykład w Hiszpanii dysproporcje w podziale pieniędzy z praw medialnych między najsilniejszymi klubami, czyli Barceloną, Realem Madryt i Atletico Madryt, są znacznie większe. Na konto „Dumy Katalonii” z tego tytułu wpływa czterokrotnie więcej niż dostają kluby z dolnych rejonów tabeli. Rok temu otrzymała 166 mln euro, „Królewscy” wzbogacili się o 153 mln euro, a Atletico o 119 mln. Dla porównania, zdegradowana w poprzednim sezonie z Primera Division Huesca, musiała się zadowolić kwotą 44 mln euro. Hiszpańska ekstraklasa połowę kwoty uzyskanej z praw medialnych dzieli po równo, a drugą połowę, wypłacaną w dwóch ratach, uzależnia od wyników sportowych w ostatnich pięciu latach i wskaźników oglądalności. Z kolei w lidze angielskiej te dysproporcje zostały mocno spłaszczone – Manchester City w poprzednim sezonie zgarnął za prawa medialne 72 mln funtów, ale najbardziej pokrzywdzony przy podziale Huddersfield Town dostał 45 mln funtów, więc ten można dzielić też sprawiedliwie.
Właściciel i prezes Legii Warszawa Dariusz Mioduski jest jednak zwolennikiem tuczenia pieniędzmi z praw mediowych czołowych klubów, pewnie dlatego, że jego zespół jest teraz na czele tabeli. Inna sprawa, że stołeczna drużyna jest w naszej lidze bezkonkurencyjna pod względem atrakcyjności medialnej, zatem ma prawo domagać się największego kawałka z tego „tortu”. Problem w tym, że słabsze ekonomicznie kluby ekstraklasy oczekują w tej chwili od potentatów raczej gestów solidarności, bo nie jest to właściwy moment na forsowanie idei „ligi różnych prędkości”.
Zwłaszcza że Legia nie jest wcale wzorcem rozsądnej polityki finansowej i sportowej. Wystarczy wspomnieć jej niefortunne transfery piłkarzy i korowód trenerów – Romeo Jozak, Dean Klafuric, Ricardo Sa Pinto nie zapewnili sukcesów, pracowali byle jak, ale kosztowali słono. Takie same błędy popełniają też inne kluby naszej ligowej elity, nic więc dziwnego, że nie mają żadnych finansowych rezerw. Co im wpadnie do kasy, natychmiast jest wydawane.
To nie jedyny spór jaki toczy się obecnie w polskim futbolu. Niedawno PZPN przyklepał decyzję Wojewódzkich Związków Piłki Nożnej o anulowaniu sezonu w niższych ligach, co z miejsca wywołało wiele kontrowersji. Teraz szykują się kolejne, bowiem do rozstrzygnięcia pozostaje kwestia zakończenia rozgrywek w III lidze.
Trzecioligowcy się burzą
Od nowego sezonu PZPN ma przejąć pieczę nad tymi ligami, więc nie jest zainteresowany bałaganem w tabelach i skłania się do zakończenia obecnych rozgrywek z uznaniem kolejności po ostatniej rozegranej kolejce. Napotkał jednak na ostry sprzeciw ze strony klubów, które albo stracą przez to szansę awansu, albo możliwość wybronienia się przed degradacją. W tym pierwszym przypadku największy „dym” zrobił prezes Piasta Żmigród Rafał Zagórski.
„W zaistniałej sytuacji najwyraźniej ktoś się pogubił. Jak można jednych ułaskawić, drugim dać szansę sportową, a kolejnych zdegradować przy zielonym stoliku?! W przeciągu kilkunastu ostatnich dni szanowny pan prezes Boniek twierdził, że pozostawia sprawę III ligi oraz tych niższych, poszczególnym związkom wojewódzkim. Wszystko wskazuje, że nie do końca. Rozgrywki rozpoczęliśmy na podstawie stworzonego regulaminu rozgrywek na sezon 2019/2020 i nie nasz problem, że nie ma w nim żadnego zapisu, co w przypadku wojny, katastrofy, epidemii, itp. Jeżeli III liga zostanie potraktowana inaczej niż pozostałe, pozostanie sąd. Za duże nakłady finansowe zostały poczynione zimą, by teraz pozostawić sprawę bez echa. Jeżeli nie chcieliście 22-23 zespołów w III lidze, trzeba było anulować wyniki! Bez awansów i spadków! A teraz? Jednym zrobiliście dobrze, a drugich chcecie karać?!” – grzmi w oświadczeniu zamieszczonym na stronie internetowej dolfutbol.pl. prezes występującego w 3. grupie III ligi Piasta Żmigród.
Protestuje też mocno Polonia Warszawa, która od niedawna ma nowego mecenasa, a 1. grupie III ligi jest co prawda na przedostatnim, 17. miejscu, lecz ma na koncie 17 punktów i tylko dwa straty do bezpiecznego miejsca w tabeli. |Czarne Koszule” chcą więc grać, a jeśli nie, to domagają się pozostawienia ich zespołu w III lidze. Takich spornych spraw do rozwiązania na czwartym poziomie rozgrywek jest więcej. Dla PZPN to kolejny kłopot.

Czarne oblicze Legii

Legia Warszawa w ostatnim meczu 21. kolejki pokonała u siebie ŁKS Łódź 3:1 i utrzymała pozycję lidera. Więcej jednak po meczu mówiono o akcji kiboli stołecznego klubu zasiadających na północnej części stadionu przy Łazienkowskiej, którzy wywiesili hasło ostrzegające nowego sponsora Polonii Warszawa przed angażowaniem się w ratowanie tego klubu.

Postępek grupy kiboli zrzeszonych pod szyldem osławionej „Żylety” jest kompletnie niezrozumiały dla każdego normalnego człowieka. Hierarchia klubów piłkarskich w stolicy jest oczywista, wystarczy spojrzeć gdzie dzisiaj jest Legia, a gdzie Polonia. „Czarne Koszule” po bankructwie klubu i wyrzuceniu go z ekstraklasy w 2013 roku, od siedmiu lat pałętają się na peryferiach polskiego futbolu, a w tym sezonie grozi im spadek z III ligi, czyli czwartej klasy rozgrywkowej. Żeby jeszcze za Polonią, jak za Widzewem Łódź, stały liczone w dziesiątkach tysięcy rzesze wiernych kibiców, wykupujących regularnie wszystkie miejsca na stadionie, wtedy, owszem, byłaby to jakaś konkurencja dla fanów Legii. Fakty są jednak dla sympatyków „Czarnych Koszul” brutalne – w Warszawie są mniejszością. Wystarczy przypomnieć, że po zdobyciu mistrzostwa Polski w sezonie 1999/2000, a przesądziła o tym wygrana z Legią 3:0 na Łazienkowskiej, w następnej kolejce sukces fetowało na Konwiktorskiej niewiele ponad pięć tysięcy widzów. Cóż to jest za frekwencja w porównaniu z ponad 20-tysięczną odnotowaną na niedzielnym spotkaniu Legii z ŁKS. Zresztą, dzisiaj Polonia może tylko marzyć o pięciotysięcznej widowni, bo na jej meczach rzadko bywa więcej niż 200 osób.
Przy takiej miażdżącej różnicy w znaczeniu obu klubów na korzyść Legii, decyzja francuskiego biznesmen Gregoire’a Nitota, który zdecydował się w poprzednim tygodniu wykupić akcje Polonii i wesprzeć ją finansowo (zadeklarował, że w najbliższym czasie zamierza zainwestować 4,5 miliona złotych), nie powinna gości spod „Żylety” ani parzyć, ani ziębić. Tymczasem podjęli oni zorganizowany, chamski atak hejterski na firmę informatyczną Nitota Sii Poland, a w niedzielę postraszyli go jeszcze napisanym po francusku na kawałku prześcieradła tekstem: „Panie Nitot. Nie jest jeszcze za późno. Jeszcze są klienci, firma jeszcze funkcjonuje”.
Na stronie internetowej Polonii te działania skomentowano tak: „Czy nienawiść musi być tak wielka, że zasłania ideę zdrowej rywalizacji na boisku? Czy hejt to najlepsza broń? Zachowanie niektórych osób, które ostatnio zorganizowały się, żeby zniszczyć reputację polskiej firmy, w której pracują sympatycy różnych klubów, jest dla nas trudne do zrozumienia. Takie działania na pewno nie mogą być usprawiedliwione miłością do piłki czy do swojego klubu. Jest nam bardzo przykro i współczujemy wszystkim, których te działania dotknęły. Zdecydowanie jesteśmy za zdrową rywalizacją na boisku i przeciw wszelkim przejawom nienawiści. Niech łączy nas piłka” – napisano.
Wśród wielu różnych wypowiedzi w tej sprawie, na uwagę zasługuje zwłaszcza wpis na portalu społecznościowym autorstwa Jarosława Królewskiego, także właściciela firmy informatycznej, który przed rokiem podjął się ratowania przed upadkiem Wisły Kraków: „Generalnie nie jest to miłe, jak kibice innego klubu piszą do klientów, partnerów, pracowników obrażając Cię we wszystkich kanałach. Przeżyłem to w lutym 2019 na masową skalę po zaangażowaniu w Wisłę Kraków. Traci się wtedy wiarę. Lecz nie wszyscy kibice Legii to ci z transparentem” – stwierdził Królewski.
Atak na Nitita nie był jednak jedynym werbalnym ekscesem kiboli spod „Żylety”. Wywiesili też płachtę z napisem „Kisiel, won z Legii”. W tym przypadku chodziło o Jakuba Kisiela, reprezentanta polskiej do lat 17, który jeszcze kilka tygodni temu był piłkarzem Polonii Warszawa. W ubiegłym roku został poturbowany przez „nieznanych sprawców” w szalikach Legii, ale mimo to zdecydował się podpisać kontrakt z „Wojskowymi”. Chłopak pochodzi z Pułtuska, podobno od dziecka kibicuje Legii… Dariusz Dziekanowski zanim stał się gwiazdą na Łazienkowskiej, zaczynał w Polonii. Podobnie było w przypadku Michała Żewłakowa, a teraz Pawła Wszołka. Dlaczego jakimś głupkom przeszkadza dzisiaj 17-letni Kisiel?
Powiedzenie mówi, że jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Może jakieś stosowne służby powinny przyjrzeć się bliżej, czy w tej awanturze przypadkiem nie toczy się brudna gra o wyłączność na dystrybucję różnych „niezdrowych produktów”, które dzisiaj zdecydowanie łatwiej jest dyskretnie nabyć w tłumie na Łazienkowskiej, niż na pustawych trybunach przy Konwiktorskiej.
Władze Legii zachowały się w tej sprawie jak zawsze zachowawczo. „Stadion to miejsce rywalizacji sportowej, a fundamentalną wartością sportu jest szacunek. To także jedna z najważniejszych wartości jakie wyznajemy w Legii Warszawa. Zawsze jednoznacznie krytycznie oceniamy wszelkie zachowania, które są sprzeczne z tą wartością. Dotyczy to również treści transparentów, które sporadycznie pojawiają się podczas meczów. Chcemy jednocześnie pokreślić, że transparenty wywieszane w czasie meczu przez jakiekolwiek grupy kibiców nie są stanowiskiem Legii, co więcej, zdarzały się przypadki, że były wymierzone we władze Klubu. Podobne zdarzenia mają regularnie miejsce również na innych stadionach w Polsce i w Europie, a Legia jest często wulgarnie obrażana podczas większości meczów wyjazdowych. Nie jest więc to z pewnością zjawisko, które dotyczy jednego klubu, choć Legia chce i stara się być wzorem pod wieloma względami, szczególnie w kwestiach bezpieczeństwa i odpowiedzialności społecznej. Dowodzimy tego w ostatnich latach mocno rozwijając wiele inicjatyw w szeroko pojętej działalności dobroczynnej i edukacyjnej. Stadion Legii dzięki naszym działaniom jest przyjazny dla dzieci i całych rodzin. Tym bardziej jesteśmy gotowi do rozmów na forum Ekstraklasy o tym w jaki sposób można jeszcze bardziej podnosić standardy na polskich stadionach. Odpowiadając na koniec na pojawiające się pytania o to, czy Legia Warszawa skieruje sprawę do organów ścigania informujemy, że zgodnie z przepisami Klub nie jest w tej sprawie stroną. Jednocześnie, jak zawsze w podobnych przypadkach, deklarujemy pełną współpracę z uprawnionymi służbami w możliwym zakresie”.
Wypada mieć nadzieje, że było to jednorazowy incydent i w następnych meczach wszyscy kibice Legii skupią swoją uwagę wyłącznie na śledzeniu walki ich ulubieńców o mistrzostwo Polski. Na razie ekipa trenera Aleksandara Vokovicia znajduje się w korzystnej sytuacji, ale trzeba pamiętać, że pokonała, i to na własnym boisku, najsłabszy zespół w ekstraklasie. Zdecydowanie większa wartość mają jednak wyjazdowe wygrane drugiej w tabeli Cracovii z Arką Gdynia (1:0) i trzeciej Pogoni Szczecin z Wisłą Płock (3:2), a nad tymi zespołami legioniści mają najmniejszą przewagę (odpowiednio dwa i trzy punkty).