Indie 1972 Z PKF przez Polskę i świat

Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL.

W styczniu 1972 roku, dzięki uprzejmości Jana Mitręgi, wicepremiera, ministra górnictwa i energetyki, który wybrał się na inspekcję polskich załóg budujących kopalnie i zakłady przemysłowe nad Gangesem, a także na rozmowy z rządem pani Indiry Gandhi, wylecieliśmy do Indii. Szef Polskiej Kroniki Filmowej, Michał Gardowski, kazał nam „przy okazji wpaść” do Dhaki, bo dowiedział się, że powstaje tam nowe państwo.
Towarzyszyliśmy wicepremierowi tylko do New Delhi. W stolicy Indii zamieszkaliśmy w najlepszym wtedy, luksusowym hotelu, „Ashoka, „(czytaj – Asioka). Hotel nosi imię słynnego króla nieprzypadkowo. Król Ashoka jest uznawany za największego budowniczego Indii, stworzył on nie tylko nowy styl w budownictwie, zasłynął z nowoczesnych rozwiązań w budownictwie i jest do dziś czczony przez współczesnych Hindusów. W młodości Ashoka wyróżniał się odwagą, walecznością i okrucieństwem. Toteż ojciec, król Bindusara, wysyłał go do tłumienia zbuntowanych prowincji. Młodzi-zdolni są z reguły żądni władzy, więc doświadczony tata mianował syna namiestnikiem prowincji północno-zachodniej, której stolicą był znany ośrodek uniwersytecki, Taksila. Upiekł w ten sposób dwie pieczenie przy jednym ogniu: pozbył się krewkiego synka i uniknął detronizacji. Po śmierci Bindusary młody Ashoka przejął władzę i natychmiast przeprowadził, mówiąc językiem współczesnym, lustrację: uśmiercił swoich przyrodnich braci, którzy mogli przecież spiskować bądź zorganizować się w opozycję. Dzięki tym prostym zabiegom poczuł się bardziej bezpieczny, więc wszystkie siły poświęcił budowie potęgi imperium i rozszerzaniu jego terytorium. Nie zwlekając, wyruszył na podbój Kalingi i mimo wytrwałego oporu napadniętej ludności odniósł zwycięstwo. Armie Ashoki dopuściły się okrutnej rzezi. Sto tysięcy ludzi zabito w walce. „Gdy Ashoka się o tym dowiedział – pisze w The Discovery of India Jawaharlal Nehru – opanowały go wyrzuty sumienia i powziął odrazę do wojny. Jako jedyny spośród zwycięskich monarchów i wodzów świata postanowił przerwać zwycięską wyprawę wojenną. Całe Indie uznały jego zwierzchność z wyjątkiem południowego skrawka, a i ten mógł łatwo stać się jego zdobyczą. Ale Asioka zaniechał dalszych podbojów i umysł jego pod wpływem nauki Buddy, zwrócił się ku zdobyczom i badaniom w innych dziedzinach”. Wtedy właśnie narysował koło, które wdzięczni potomkowie umieścili na fladze Indii współczesnych. Imperator Ashoka (273– 232 p.n.e.) stał się głosicielem idei dharmy, czyli sprawiedliwości i prawa – idei, która miała zapewnić wszystkim podwładnym szczęście. Jego nowe poglądy współbrzmiały z modnym wówczas buddyzmem, co pozwoliło temu prądowi swobodnie rozwijać się na terytoriach Ashoki. Okrutny w młodości Ashoka, zmienił się do tego stopnia, że zaczął głosić ahimsę, czyli ideę niestosowania przemocy fizycznej – a co najważniejsze– przemocy umysłowej i mentalnej! „Ten zadziwiający władca – pisze Nehru – kochany dotąd w Indiach i wielu częściach Azji, poświęcił się szerzeniu nauki Buddy, prawości i współczucia, a także społecznej działalności dla dobra narodu.” H.G. Wells w książce „Outline of History” napisał: „Wśród dziesiątek tysięcy imion monarchów, zapełniających karty historii, wszystkich tych cesarskich i królewskich mości, światłości, wysokości… imię Ashoki świeci, i to prawie samo jedno, jak gwiazda… Więcej żywych ludzi czci jeszcze dzisiaj jego pamięć, niż słyszało kiedykolwiek imię Konstantyna lub Karola Wielkiego”.
To wspaniałe moralne przesłanie przetrwało do czasów nam współczesnych. Najlepszym przykładem może być Mahatma Gadhi, który bez stosowania przemocy, pokonał największe imperium kolonialne świata, krótko mówiąc, United Kingom. W czasie pobytu w Indiach doświadczaliśmy dobrodziejstwa tej idei na każdym kroku. Nigdzie na świecie nie ma tylu religii, co w Indiach i takiego mnóstwa bogów jak nad Gangesem. Różnorodność i tolerancja rzucała się w oczy przez cały czas pobytu w New Delhi.
Na Chandni Chowk – głównej arterii komunikacyjnej i handlowej w Starym Delhi, gdzie współżyją obok siebie różne szkoły filozoficzne i religie, poznaliśmy przemiłego astrologa, z białą, majestatyczną brodą, który za kilka rupii przepowiedział nam przyszłość, a uczynił to w tak nadzwyczajny i sympatyczny sposób, że uwierzyliśmy, przynajmniej chwilowo, w jego super optymistyczne przepowiednie.
Nie wspominałbym o tym drobnym zdarzeniu, gdyby nie dziennikarz z Polskiej Agencji Prasowej, towarzyszący premierowi Mitrędze w charakterze oficjalnego sprawozdawcy. Otóż ten młody kolega, uszczęśliwiony, że zobaczy Indie, przez cały czas długiej podróży (samolot „Ił – 18”) przeżywał istne katusze zostawił, bowiem w Warszawie żonę, którą poślubił zaledwie dziesięć dni przed wylotem do Indii. Jego sercem targały różne uczucia: miłość i zazdrość, ciekawość świata i zwyczajne obawy młodego żonkosia. Postanowiliśmy mu przyjść z pomocą. Opowiedzieliśmy astrologowi cierpienia młodego dziennikarza i męża w jednej osobie, pytając jednocześnie, czy ma na te dolegliwości jakieś lekarstwo? Zgodził się wyleczyć naszego kolegę podczas jednej sesji, poprosił jedynie o podanie imion – delikwenta i jego wybranki. Za niewygórowane honorarium, astrolog ów dokonał niemal cudu. Kolega po półgodzinnej rozmowie był tak szczęśliwy, że zaprosił nas na whisky. Na przyjęciu, które zamierzał pokryć z własnej (bardzo skromnej) dziennikarskiej diety, opowiadał z przejęciem w głosie, że astrolog dwukrotnie wymówił prawidłowo imię jego ukochanej żony – Ilona. Po skończonej biesiadzie sięgnął do portfela po rupie, nie wiedząc, że goście „Ashoki” nie płacą tylko podpisują rachunki. Byliśmy bądź, co bądź gośćmi indyjskiego rządu.
Wicepremier, Jan Mitręga, a z nim młody dziennikarz, polecieli odwiedzić polskich górników, a my, dzięki pomocy pana ambasadora PRL w Indiach, Wiktora Kineckiego, i konsula w Dhace, pana Jerzego Szpunara, który na szczęście dla nas był akurat w stolicy Indii, udaliśmy się do Kalkuty, gdzie cztery dni czekaliśmy na okazję, by dostać się do Bangladeszu (dawniej Pakistan Wschodni). Wieczory Sławek Sławkowski, operator PKF umilał nam opowiadaniami o pierwszym swoim pobycie w Indiach. Przyleciał tu z premierem Józefem Cyrankiewiczem, składającym oficjalną wizytę państwową na Cejlonie, który był wówczas republiką demokratyczno–socjalistyczną, a następnie miał udać się do Indii. Samolot rządowy popsuł się (to już chyba polska tradycja) w stolicy Cejlonu, Kolombo, i delegacja nie miała czym lecieć do New Delhi. Z pomocą przyszli Amerykanie. Zaoferowali premierowi pasażerski samolot wojskowy. Józef Cyrankiewicz propozycję przyjął. Przed samolotem czekała na polską delegację pięcioosobowa załoga. Po krótkim wojskowym powitaniu maszyna US Air Force wzbiła się w powietrze i wzięła kurs na New Delhi. Po godzinie lotu kapitan wraz z całą załogą, szampanem i kieliszkami pojawił się w pasażerskiej części statku, aby uczcić ten szczęśliwy i zaszczytny – jak powiedział – traf, iż leci z premierem Polski. Ale zamiast uśmiechów, na twarzach pasażerów dostrzegł, nazwijmy to dyplomatycznie, poważne zaniepokojenie. W tym właśnie momencie wicepremier zapytał dowódcę, kto prowadzi samolot, skoro cała załoga pije szampana? „Pilot automatyczny – odpowiedział kapitan. – Proszę się nie niepokoić, jest on precyzyjniejszy od człowieka”. Następnie dowódca samolotu spokojnie objaśnił, na czym polega praca automatycznego pilota.
Kalkuta, nazywana w tamtych latach (1972 r.) miastem pałaców, ale także dnem piekieł, była w istocie miejscem, które nas poraziło. Urodzeni i wychowani nad Wisłą, niewiele wiedzieliśmy o bogactwie wolnego świata, nie mieliśmy też najmniejszego pojęcia o ogromie ludzkiej nędzy. Tu, w Kalkucie, zobaczyliśmy na własne oczy i jedno i drugie– bogactwo Birli i Taty i przerażające slumsy wydziedziczonych, które rzeczywiście można porównać z dnem piekieł. Całe dzielnice wielomilionowej Kalkuty zamieszkiwali nędzarze. Zamieszkiwali, to chyba nieadekwatne słowo, sugerujące, że mieli marny, ale jednak dach nad głową. Tymczasem w dzielnicach nędzy wygłodniałe szkielety ludzkie wegetowały pod gołym niebem. Na ich twarzach nie było widać nawet rozpaczy, były to twarze ogarnięte bezgraniczną rezygnacją, odrętwieniem i agonią śmierci. Wstrząsające wrażenie wywarły na nas wychudzone, nagie dzieci, umierające na gołej ziemi i ich matki zrozpaczone, iż nie mogą im przyjść z pomocą. W styczniu, w Kalkucie, temperatura w dzień dochodzi do 30 stopni w cieniu, przy wilgotności powietrza przekraczającej 90 procent, w nocy zaś spada do 10-12 stopni. W dzielnicy, gdzie znajdował się nasz hotel, a więc nie w strefie slumsów, samochody służb sanitarnych bardzo wcześnie rano zbierały z chodników ciała martwych nędzarzy, którzy nie przetrwali głodu i chłodu nocy.
Dopiero w kalkuckich dzielnicach nędzy zrozumiałem, jak obiegowe opowiadania o indyjskich „świętych krowach”, których nie wolno ruszyć, czy przepędzić są płytkie i powierzchowne. Tu, w świecie, gdzie jedni umierają z przejedzenia, a inni z głodu, święte krowy korzystające z immunitetu spełniają dobroczynną, zbawienną rolę. Często są one ostatnim ratunkiem dla nędzarzy, dają im wszak mleko i opał. Łatwo w Indiach pstryknąć zdjęcie świętej krowy stojącej na ruchliwym skrzyżowaniu ulic i policjanta, który jej nie przepędza, mimo że blokuje ruch, ale trudniej, a może wręcz niebezpiecznie, jest zrobić zdjęcie, gdy biedacy skrzętnie zgarniają dłońmi odchody świętej krowy, formują je w krążki i suszą, by w czasie porannego chłodu rozpalić ognisko i ugotować dzieciom ciepłą strawę. Jeszcze trudniej zrobić zdjęcie, gdy biedna kobieta doi świętą krowę. Ja w tej nietykalności świętych krów, w Indiach, dopatruję się jakiegoś przejawu sprawiedliwości, w bezwzględnym świecie miliarderów i nędzarzy. Już tylko z kronikarskiego obowiązku dodam, że w bogatych i sytych dzielnicach miast indyjskich nie spotyka się świętych krów, widocznie upodobały sobie rezerwaty nędzy.
Victoria Memorial, pyszny pałac z białego marmuru, z potężną kopułą w środku i czterema wieżami w rogach, wzniesiono na cześć królowej brytyjskiego imperium. Park otaczający budowlę utrzymany w stylu angielskim, stał się szybko ulubionym miejscem spacerów elit Kalkuty. Mieliśmy do wyboru cztery środki lokomocji – tramwaj, autobus, rikszę i taksówkę – by dotrzeć do budowli symbolizującej potęgę imperium, w którym nigdy nie zachodziło słońce. Tramwaj i autobus odpadły ze względu na tłok panujący w miejskich środkach lokomocji, riksza – ze względów moralnych, nie mogliśmy wyobrazić sobie jazdy rikszą ciągnioną przez bosonogiego, wychudzonego kulisa. Taksówką dojechaliśmy po długim i mozolnym przebijaniu się przez zatłoczone ulice miasta.
Jeszcze nie zdążyliśmy wymazać z zakamarków pamięci obrazów wywiezionych ze slumsów i obozów uchodźców ze Wschodniego Pakistanu, gdy naszym oczom ukazały się widoki niczym z rajskiej sielanki. Spacerując czystymi alejkami wśród egzotycznych kwiatów nie spotkaliśmy ani jednego nędzarza i ani jednej gromadki żebrzących dzieci. Zobaczyliśmy natomiast mnóstwo wytwornych dam, ubranych w bajecznie kolorowe sari, eleganckich gentlemanów, dzieci syte i szczęśliwe. Te dwa odległe i obce sobie światy dzieliło zaledwie kilka mil.
W 1972 r. w Indiach żyło 550 milionów ludzi i prawie tyleż problemów czekało na rozwiązanie. Po powrocie z Dhaki znowu zamieszkaliśmy w hotelu „Ashoka”, przez dwa tygodnie byliśmy bowiem gośćmi pani premier Indiry Gandhi.
Ambasador PRL w New Delhi, Wiktor Kinecki, którego pani Gandhi bardzo ceniła i lubiła, sprawił, że zgodziła się, by Polska Kronika Filmowa zrobiła zdjęcia w jej gabinecie. Jak zawsze w takich razach, przyjechaliśmy do siedziby pani premier Indii kilkanaście minut wcześniej, aby broń Boże, nie spóźnić się z filmowaniem. Przywitał nas szef gabinetu i poprosił, aby nie zadawać jej pytań, zachowywać się bardzo cicho i nie rozmawiać między sobą. Gdy czekaliśmy w sekretariacie, szef gabinetu zajrzał przez wziernik wmontowany w drzwiach i dał mi znak ręką, bym podszedł do drzwi i spojrzał przez wziernik. Zdumiony, zobaczyłem Indirę Gandhi zmieniającą sari. Przebierała się do zdjęć. Przebywaliśmy w gabinecie nie dłużej niż 20 minut. Pani premier pracowała siedząc za biurkiem, przeglądała korespondencję, w pewnym momencie wstała podeszła do półki z książkami, poprosiła szefa swojego gabinetu, zadała mu jakieś pytanie. Zachowywała się po prostu naturalnie.
Po skończonych zdjęciach, kiedy z szefem piliśmy herbatę, zapytałem go, dlaczego prosił o to, aby nie zadawać pytań i nie rozmawiać? „Według hinduskiego zwyczaju, milcząc lepiej się rozumiemy” – odparł z pełną elegancją.
Codziennie rano pod hotel „Ashoka” podjeżdżał ogromny samochód osobowy. Jego kierowca, nadzwyczaj uprzejmy Sikh, w turbanie, pomagał nam pakować sprzęt do bagażnika i wyruszaliśmy w drogę, by odkrywać Indie.
Pierwszego dnia skierowaliśmy się do Chandigaru, stolicy Pendżabu, uznawanego za najbogatszy stan Indii, w którym rolnictwo osiągało najlepsze wyniki w kraju.
Najpierw kilka słów o mieście zrodzonym z marzeń Jawaharlala Nehru, pierwszego premiera niepodległych Indii, także dlatego, że w realizacji wizji nowoczesnego miasta miał swój udział architekt Maciej Nowicki, który przygotował szkice budowy Chandigaru, nadał wizji Nehru pierwszy kształt. Zginął, niestety, w 1950 roku w katastrofie samolotu, a realizacją marzeń zajął się Le Corbusier, znany na całym świecie z nowatorskich, rozwiązań architektonicznych. W roku 1972, budowa stolicy Pendżabu nie została jeszcze zakończona, ale miasto żyło, działała administracja, funkcjonował handel, młodzież uczęszczała do szkół zorganizowanych według wzorów europejskich – nie obowiązywały mundurki, jak na przykład w szkołach w New Delhi.
Problem oświaty w Indiach pozostawał jednak ciągle otwarty. Nie wszystkie dzieci miały szczęście uczęszczać do szkoły. Powszechnym nauczaniem w zakresie czterech klas planowano objąć dzieci w całym państwie dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych!
W latach siedemdziesiątych Indie, podobnie jak cała prawie Azja, przeżywały okres zielonej rewolucji. Sprowadzono nad Ganges nowe odmiany wysoko wydajnej pszenicy, wyhodowane w Meksyku, i równie wydajne ziarno ryżu zwanego „I-r”. Wzrosły gwałtownie plony. Indira Gandhi mogła zakomunikować społeczeństwu, że Indie rezygnują z importu amerykańskiego ziarna i podejmują walkę z głodem. W tej zielonej rewolucji, w jakimś bardzo drobnym stopniu uczestniczyła Polska. Na polach Pendżabu spotkaliśmy nasze „ursusy”.
W Patialii, powiatowym mieście, gdzie działała stacja obsługi firmy „Escarts”, dowiedzieliśmy się, że w ubiegłym roku sprzedano tu 200 ursusów, a w całym stanie ponad tysiąc. Ku naszemu zaskoczeniu, ale i radości usłyszeliśmy, że ursus wygrał konkurencję z traktorami czechosłowackimi, radzieckimi, amerykańskimi i japońskimi! Informację tę przypisywałem uprzejmości moich rozmówców. Potwierdził ją jednak sam ambasador Kinecki. Widząc moje niedowierzanie, wyjaśnił: „Ursus wygrał, bo jest bardzo prosty i w obsłudze, i w naprawie, a trzeba pamiętać, że większość hinduskich rolników to analfabeci”. W roku 1972, na polach Indii pracowało 40 tysięcy polskich traktorów!
Rolnictwo Indii wchodziło w fazę wielkich przemian. Na ziemię czekały sto trzy miliony bezrolnych chłopów, ale reforma rolna bardzo się ślimaczyła. Większe sukcesy odnotowywały Indie w sektorze technicznym: nawodnieniu pól. Zamiast siedmiu tysięcy studzien zasilających pola w wodę pracowało już sto dwadzieścia tysięcy, wzrosło zużycie nawozów. Na wielką skalę przeprowadzano prace irygacyjne. Przy pomocy Rosjan budowano kanał nawadniający z Pendżabu do Radżasthanu o długości 200 kilometrów. W każdej dziedzinie życia Indie podejmowały wyzwania współczesności, likwidując przeżytki czasów feudalnych i kolonialnych. Parlament Indii zniósł kasty i zrównał wszystkich obywateli wobec prawa. Premier Indira Gandhi pozbawiła feudalnych przywilejów 278 maharadżów, nababów i nizamów. Rząd przestał im wypłacać z państwowej szkatuły pensje, które w ciągu dwudziestu trzech lat niepodległości pochłonęły 200 milionów dolarów! W kraju, gdzie tysiące ludzi umierało z głodu na ulicach! Nie obeszło się bez walki. W 1970 roku po burzliwej debacie izba niższa parlamentu uchwaliła poprawkę do konstytucji, znoszącą przywileje wysoko urodzonych książąt… izba wyższa uchyliła tę decyzję! W tej sytuacji dopiero prezydent Giri specjalnym dekretem pozbawił wysoko urodzonych przywilejów.
W centrum New Delhi samochód prowadzony przez uprzejmego Sikha nagle się zatrzymał, z naprzeciwka nadjeżdżał elegancki wóz z czerwoną tablicą rejestracyjną i chorągiewką z heraldycznymi znakami. W środku siedział prawdziwy maharadża. Pozbawieni przywilejów błękitnokrwiści w ten choćby sposób podkreślali swoją odrębność. Jeszcze dwa lata temu korzystali z pierwszeństwa przejazdu, a policjanci musieli im oddawać honory salutując. Nie byłem pewien, czy kierowca tak gwałtownie zahamował, bo chciał pokazać nam samochód maharadży, czy może z nawyku. Zwykle trwają one bardzo długo w ludzkich sercach i umysłach. Kiedyś w Dżajpurze obserwowałem taką oto scenę: na biurku wyższego rangą urzędnika przez długą chwilę dzwoni telefon, ale siedzącemu za biurkiem mężczyźnie nie drgnęła nawet ręka. Ogłuchł, czy co pomyślałem zdumiony. Tymczasem urzędnik najspokojniej czekał, aż podbiegnie chłopak i poda mu słuchawkę. Po skończonej rozmowie nie położył jej na widełkach, lecz oddał słuchawkę czekającemu kornie chłopakowi.
W New Delhi do bogatej dzielnicy, Sunder Nagar, od rana ściągali biedacy, aby z okazji ślubu wnuczki Birli, drugiego na liście najbogatszych ludzi Indii, otrzymać na wielkim zielonym liściu, zastępującym talerz, trochę pożywienia przygotowanego specjalnie dla ubogich. Ten ślub był w mieście nie lada wydarzeniem, mogliśmy obejrzeć cały piękny i bardzo długi ceremoniał zaślubin, a także najbogatszych ludzi Indii. Pod ogromnym namiotem rozbitym na zielonym placu, oświetlonym różnobarwnymi lampionami zgromadziła się najbogatsza elita Delhi. Pracownik ambasady, który nas tu przywiózł, po drodze pokazał nam kilka innych ślubów, gdzie pan młody przyjeżdża do swojej wybranki na białym koniu… Tu przybył wytwornym, kremowym rolls-royce’m – jego ojciec plasował się na liście najbogatszych ludzi w Indiach na trzecim miejscu.
Na marginesie dodam, że zamieściliśmy temat w kronice 11B/72 o tym egzotycznym dla nas ślubie, przekazując widzom nieco interesujących szczegółów. Nna przykład, że datę ślubu ustalili astrologowie, że zaproszono 3000 gości, liczby posiłków wydanych biednym nie udało się ustalić. Z pewnością zapomniałbym o wydarzeniu, gdyby nie to, że pewnego dnia otrzymałem list z Bombaju, w którym ojciec pana młodego prosił o sprzedanie mu materiału filmowego ze ślubu jego syna. Kronika nie zajmowała się handlem, zwróciłem się, przeto z zapytaniem do Naczelnego Zarządu Kinematografii, ile dolarów można wziąć za temat zamieszczony w PKF i materiał, który nie ukazał się na ekranie. Ani NZK, ani Film Polski nie potrafili mi odpowiedzieć, dając do zrozumienia, iż nie powinienem zabierać im drogocennego czasu stawianiem głupich pytań. Na szczęście utrzymywaliśmy wymianę z kroniką filmową w Bombaju, wysłałem tam materiał z prośbą, aby przekazali go panu D. Otrzymałem list z podziękowaniami, w którym autor z podziwem wyrażał się o mojej hojności. Uznał, że muszę być bardzo bogaty, skoro podarowałem mu taki ważny i drogi prezent! Nie podtrzymałem korespondencji. Cóż mogłem napisać? Że to nie ja jestem bogaty, ale Polska Ludowa, która ma urzędników potrafiących handlować statkami, no i może także traktorami, ale nie tego rodzaju drobiazgami.
Ostatnie dni pobytu poświęciliśmy turystyce, odwiedzając Agrę i Kadżurao. W Agrze podziwialiśmy grobowiec z białego marmuru, Taj Mahal, który jest świadectwem romantycznej, wzruszającej do łez miłości króla.
W Kadżurao, świątynie poświęcone miłości fizycznej, przedstawionej na płaskorzeźbach w wyrafinowany i piękny sposób przez ówczesnych artystów. Erotyczne płaskorzeźby ze świątyni w Kadżurao niektórych turystów z nad Wisły kompletnie zwalają z nóg.
Nasza podróż po Indiach zbliżała się ku końcowi. Pobieżnie mogliśmy poznać wielkość Indii, przeszłość kraju, której wymownym świadectwem są wspaniałe budowle i dzieła sztuki. Dzieła wzniesione w ciągu wieków są świadectwem nie tylko wielkości Indii, mówią także o odwadze myślenia i tak tu szanowanej różnorodności. Nie bez zdziwienia stanąłem jednak w Starym Delhi przed skromnym grobem, Mahatmy Gandhiego. Człowieka, którego uznaje się tutaj za niekwestionowanego twórcę Indii współczesnych. Nie pozostawił po sobie wspaniałych budowli (nie lubił przepychu, nie korzystał z olbrzymiej świątyni, którą zbudował dla niego Birla), żył jak większość jego rodaków, w wielkiej skromności, co go dotąd wyróżnia wśród charyzmatycznych przywódców politycznych i religijnych świata.
Jawaharlal Nehru w „Odkryciu Indii” wystawia swojemu mistrzowi najwspanialszy pomnik, pisząc: „Pod wpływem Gandhiego pojęcie wolności politycznej przybrało nową formę i uzyskało nową treść. Nie wszystko, co głosił, przyjmowaliśmy bez zastrzeżeń, a niektóre jego zapatrywania czasami zupełnie odrzucaliśmy. Ale nie to było najważniejsze. Nauki Gandhiego tchnęły duchem nieustraszoności i prawdy, ich istotną treść stanowiło nawoływanie do czynu i troska o dobro mas. W naszych starych księgach czytaliśmy, że największym darem, mogącym się stać udziałem jednostki lub narodu jest abhaj, nieustraszoność, nie tylko odwaga fizyczna, ale śmiałość umysłu. W zamierzchłych czasach naszych dziejów Czanakja i Jadżniawalkja głosili, że zadaniem przywódców ludu jest uczynić go nieustraszonym. A tymczasem pod rządami angielskimi w Indiach dominującym uczuciem był strach, strach do głębi przejmujący, ugniatający piersi, chwytający za gardło. Strach przed wojskiem i policją, przed szeroko rozgałęzionym tajnym wywiadem. Strach przed urzędnikami. Strach przed zarządzeniami prawnymi, zwiastującymi represje. Strach przed więzieniem. Strach przed administratorem właściciela ziemskiego. Strach przed lichwiarzem. Strach przed bezrobociem i głodem, które zawsze czyhały u progu. I temu właśnie wszechwładnemu strachowi Gandhi rzucił wyzwanie, napominając Indów spokojnym, ale stanowczym głosem: „Bądźcie nieustraszeni”.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

Z PKF przez Polskę i Świat – Podróże kształcą (III)

Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL – wyprawa na „Lechistanie II”: Bliski Wschód

W nocy z trzydziestego kwietnia na pierwszy maja kotwica „Lechistanu II” sięgnęła morskiego dna… staliśmy na redzie w Lattakii. Pierwszego maja 1971 roku Ryszard Golc nie mógł sfilmować pochodu w Lattakii. Wprawdzie z miasta dolatywały dźwięki orkiestr, okrzyki i wiwaty, my jak zwykle, staliśmy na redzie. Ale załoga nie chciała wziąć udziału w święcie pracy, marynarze nie znali idei internacjonalizmu, nie zamierzali stracić po powrocie do kraju wolnego dnia. My z Golcem mieliśmy tak skwaszone miny, że bosman wyciągnął ostatnią skrzynkę prawdziwego „żywca”, przechowywaną pieczołowicie przez pięć tygodni rejsu!
„Bankiet na rufie” i marynarskie opowieści o rejsach do Japonii złagodziły trochę nasz żal. Resztę dnia urozmaicił przyjazd z lądu lekarza, którego wezwano przez radio do chorego marynarza. Majtek po badaniu i zastrzyku szybko powrócił do zdrowia, lekarz zaś zasiadł w messie oficerskiej i popijał polską wiśniówkę – tutaj zwaną „cherry cordial”. Pewnie tak mu smakowała, że zapomniał i o Koranie i naukach proroka. Opuścił pokład przed zachodem słońca na nieco miękkich i niepewnych nogach. A że Allah jest wielki i miłosierny przymknął z pewnością oko na postępek swego wyznawcy.
W końcu „Lechistan II” zacumował przy nabrzeżu portu w Lattakii, gdzie powitał nas serdecznie dr Gabriel A. Abouhamad – przedstawiciel PLO, Syryjczyk, którego łączyły z Polską nie tylko interesy handlowe. Często odwiedzał nasz kraj i za każdym razem coś go zadziwiało i głęboko wzruszało.
Poznaliśmy rodzinę pana Abouhamada. Dzieci doktora, córeczka i synek, powitały nas polskim „dzen-dobhry, ale próba powiedzenia „stół z powyłamywanymi nogami” nie powiodła się, mimo determinacji dzieci. Piękna i gościnna żona doktora podejmowała nas w domu i raczyła syryjskimi przysmakami. Jeden dzień spędziliśmy na plaży, delektując się krewetkami łowionymi na naszych oczach przez miejscowych chłopców, w morzu. Słowem, pobyt w Lattakii, dzięki gościnności państwa Abouhamadów, potraktowaliśmy wypoczynkowo. Odbyliśmy także krótką podróż przez Syrię w towarzystwie rodziny doktora.
„Propaganda sukcesu”
W Lattakii, gdzie polscy architekci wygrali konkurs na budowę nowych dzielnic, najbardziej zaskakującym widokiem były kobiety w czarczafach, i to nie te w narodowych strojach, lecz te, ubrane po europejsku. Dziwne, że one właśnie ukryły twarze pod czarnymi zasłonami. Może to jakiś rodzaj kokieterii? Jadąc przez Syrię, zahaczyliśmy o Hamie, gdzie nasi specjaliści wygrali przetarg na projekt i budowę walcowni stali. Pierwsza grupa polskich specjalistów (ponad stu inżynierów i techników) przybyła tu w 1969 roku.
Czym prędzej sfilmowaliśmy wielkie zębate koło z napisem „Centrozap” stojące w Damaszku na centralnym placu miasta. Odwiedziliśmy też dwie fabryki włókiennicze wyposażone w maszyny z Bielska i Zielonej Góry. Wpadliśmy po drodze do Aleppo, tu polscy specjaliści montowali polskie urządzenia, ale nie spotkaliśmy nikogo, jako że obchodzono w mieście lokalne muzułmańskie święto. Nie ukrywam, że te wszystkie „polonica” spotykane w Syrii cieszyły nasze oczy i dzieliliśmy się tą radością z widzami w kraju. Dziś, w wolnej Polsce tematy z Syrii zostaną zaliczone do „propagandy sukcesu”.
Państwo Abouhamadowie zawieźli nas do Ugarit, miasta zamierzchłej cywilizacji, którego nie znajdziecie na żadnej mapie. Po ruinach tego kananejskiego miasta sprzed pięciu tysięcy lat p.n.e. oprowadzał nas przewodnik Ismail Abduihak.
Na centralnym placu zachowały się mury świątyń Dagana i Baala, ruiny królewskiego pałacu, łaźnie i baseny. Przetrwały do naszych czasów domy z piaskowca, wodociągi, grobowce królów i proroków. Ugarit w tamtych zamierzchłych czasach był portem morskim, dziś morze odsunęło się od ruin. Ekspedycja archeologiczna znalazła tu najstarsze, w pełni wykształcone pismo klinowe, a w królewskiej bibliotece, obok pism urzędowych, poematy i eposy, do 1971 roku jeszcze nieodczytane. Doktora Gabriela A. Abouhamada, z którym przez wiele lat korespondowałem, wspominam zawsze z wielką sympatią Podobnie jak jego brata, który gościł nas w Bejrucie.
Walka dobra ze złem i szejkowie
Gabinet Abouhamada wyposażony w przepiękne gdańskie meble wywierał ogromne wrażenie, świadczył, że jego właściciel prowadził z Polską Ludową i wieloma innymi krajami rozległe interesy. W jego kasie pancernej leżały paszporty dyplomatyczne wielu europejskich krajów. W czasie pobytu w Bejrucie pan Abouhamad zafundował nam wieczór w „Casino du Liban.” Założone w 1959 roku, stało się szybko centrum rozrywki całego Bliskiego Wschodu i symbolem jego żywotności. Niszczone wielokroć przez wojny odradzało się i rozkwitało. Zjeżdżali tu szejkowie ze wszystkich krajów arabskich. Tancerki z baletu „Casino du Liban” długością nóg i krągłością piersi nie ustępowały paryskim koleżankom z „Lido” i „Moulin Rouge”, a widowiska tu wystawiane z powodzeniem konkurowały z najsławniejszymi na świecie. Mieliśmy szczęście, trafiliśmy na nowy spektakl, wystawienie którego kosztowało wówczas siedem milionów dolarów i ściągnęło do Bejrutu tysiące widzów z całego ziemskiego globu! Widowisko zaczynało się wietnamską apokalipsą. Na bocznych ekranach rozgrywały się filmowe sceny wojenne z helikopterami, napalmem, zabijanymi ludźmi. Fragmenty wojny stopniowo zaczęły zanikać, wtedy na scenie pojawił się balet symbolizujący swoim tańcem walkę Dobra ze Złem. A gdy słabe Dobro zwyciężyło wszechpotężne Zło wyposażone w helikoptery, napalm i bomby na widowni rozległy się długo niemilknące oklaski. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, po której stronie stała w „Casino du Liban,”wytworna publiczność Bliskiego Wschodu. Tu w Bejrucie, gdzie żarzył się prawie niewidoczny płomień wojny występ tego wspaniałego baletu wprawił nas w prawdziwe oszołomienie.
Przyjechaliśmy z kraju, gdzie najlepsze zespoły taneczne widywaliśmy na występach Mazowsza i Śląska, a najlepszy balet kojarzył się z klasycznym „Jeziorem Łabędzim” Czajkowskiego. Tymczasem w kasynie naszym oczom objawił się współczesny, nowoczesny balet z tancerkami z odsłoniętymi piersiami, balet żywioł, rozszalały w tańcu. Jezioro łabędzie też na tej scenie obejrzeliśmy w wykonaniu… „Mortalesów”, polskiego zespołu rozrywkowego. Ten występ rodaków, oklaskiwany gorąco przez widownię, uzmysłowił nam, że Polak nie jest taki ponury jak go malują. Dopiero po spektaklu, gdy w towarzystwie dyrektora „Casino du Liban” zwiedzaliśmy bajeczne wnętrza, dowiedzieliśmy się, że jego żona jest Polką, a córka z libańsko-polskiego małżeństwa zdobyła tytuł Miss Libanu.
Dyrektor pokazywał nam kolejno sale gier: amerykańskiej ruletki, Black Jack’a , Punto Banco i błagał, aby nas czasami nie skusiło zagrać, bo w tym kasynie jeszcze nikt nie wygrał… Z sympatii do przybyszów znad Wisły dyrektor zabronił wchodzenia do kasyna gry członkom zespołu „Mortales”, nie mógł bowiem dopuścić do tego, by artyści zostawili tu ciężko zarobione pieniądze. Dowiedzieliśmy się od niego, że nawet najwięksi hazardziści muszą trzymać swoje temperamenty na wodzy, bo graczowi, który przegra wieczorem więcej niż wynosi zwyczajowa stawka, żaden bank nie udzieli następnego ranka kredytu bez specjalnych zabezpieczeń.
Dzięki uprzejmości naszego libańskiego cicerone, mogliśmy zobaczyć prawdziwych szejków w otoczeniu pięknych roześmianych kobiet. Tylko jedna cudowna blondynka wydała nam się smutna i melancholijna. Nasz przewodnik natychmiast potwierdził trafność tej obserwacji. Ta młoda i piękna dama jest tu po raz ostatni – objaśnił. Jutro opuszcza Bejrut, rozstaje się z szejkiem i wraca do swojej północnej ojczyzny. Jej smutek jest więc zrozumiały. Szejk okazał swojej sezonowej przyjaciółce dużo zrozumienia i przekazał na jej konto 100 000 dolarów, nie licząc różnych wartościowych prezentów. Młode damy towarzyszące królom szybów naftowych, władcom arabskich pustyń i ropodajnych zatok, oglądane z bliska, wywierały na przybyszach z północnego kraju, jeszcze większe wrażenie niż roznegliżowane girlsy na scenie. Ale tej przepięknej blondynce, którą znudził się szejk, chyba trochę współczuliśmy, a myśl, że już jutro odleci z tego bajkowego świata do północnej szarości wywoływała smutną refleksję o przemijającej ulotności beztroskiego życia.
Rozstanie
Ze smutkiem schodziliśmy z pokładu „Lechistanu II”. W Bejrucie kończyliśmy morską przygodę. Przyrzekliśmy załodze, że pojawimy się w Gdańsku, gdy dostaniemy wiadomość o ich powrocie. To wprawiło przyjaciół z „Lechistanu” w dobre humory. Jeśli będziecie filmować powrót to, może „czarna brygada” (tak marynarze nazywali grupę celników) nie będzie nas tak bezwzględnie kontrolować. Zapewniliśmy, że zdjęcia musimy zrobić dla kolorowej relacji z tego rejsu. A co do przemytu mieliśmy już na ten temat własne zdanie. Marynarze pływający pod polską banderą nie mieli takich zasobów finansowych, aby uprawiać przemyt na wielką skalę. Towary, jakie przywozili, wyrównywały zaledwie różnice między zarobkami naszych wilków morskich i dochodami załóg pływających pod banderami państw zachodnich. Statki handlowe krajów zachodnich nie tkwiły na redzie, gdy przypływały do portu w dni świąteczne i niedziele. Piosenka o tym, że „marynarz w noc się bawi w hamaku we dnie śpi” była od początku do końca nieprawdziwa. I gdyby nie powstała w II Rzeczypospolitej, na pewno gorliwi żurnaliści umieściliby ją w arsenale propagandy sukcesu!
Opuszczając statek obawialiśmy się, że celnicy w Bejrucie zechcą otworzyć nam pudełka z naświetloną taśmą filmową. Znalazł się i na to sposób. Ponieważ w czasie całego rejsu nie kupowaliśmy w sklepiku alkoholu w ilościach wskazujących na cele handlowe (nabyliśmy raptem trzy półlitrowe butelki naszej dumy narodowej), wdzięczny ochmistrz odstąpił nam dwie buteleczki wody kolońskiej o nazwie „Prastara”, oplecione koszyczkiem z wikliny. Wręczyliśmy je szefowi celników. I w ten sposób uniknęliśmy otwierania pudełek z taśmą. „Prastara” w tym rejonie świata była bowiem bardzo ceniona. Produkowana na polskim spirytusie, zastępowała prawdziwy alkohol. Wszak nigdzie, w żadnej księdze nie napisano, że wyznawcom Allaha nie wolno pić polskiej wody kolońskiej!” O magicznym działaniu tego słowiańskiego płynu przekonałem się na granicy dwu państw regionu Middle East.
„Co chcecie osiągnąć?”
Po opuszczeniu statku w Bejrucie zakotwiczyliśmy się w mieszkaniu mojego przyjaciela, któremu obiecałem, że nigdy nie ujawnię jego nazwiska. Przyrzekłem mu to uroczyście i doprawdy nie wiem, dlaczego tego ode mnie zażądał. Pomógł nam bardzo w realizowaniu reportaży z Bejrutu i okolic. Nie zniechęcił się do nas nawet wtedy, gdy naraziliśmy go na niebezpieczeństwo. Byliśmy umówieni w obozie dla uchodźców palestyńskich. Mieliśmy się spotkać z Palestyńczykami o godzinie 16.
W niedzielę rano pojechaliśmy do Dżubail – starożytnego Byblos. Miejscowość położona nad Morzem Śródziemnym wzbudza nieustające zainteresowanie turystów z całego świata. Tu można spotkać ślady różnych epok, cywilizacji i kultur. O chlubnej historii Byblos świadczą wykopaliska prowadzone przez archeologów, resztki wiekowych budowli, rzymskiej kolumnady, forteca zbudowana przez krzyżowców i świątynia z II wieku p.n.e. Stąd bierze swój początek słowo – biblia.
Mieliśmy spory zapas czasu, więc bez pośpiechu wsiedliśmy do samochodu. Z Byblos jedzie się do Bejrutu trzydzieści minut. Nie przewidzieliśmy, że w drodze powrotnej złapiemy gumy, i to aż dwie gumy! Zaskoczyła mnie uprzejmość libańskich kierowców, w czasie zmieniania zapasowego koła zatrzymywali się i pytali w czym mogą pomóc. Przyjaciel dziękował informując, że to tylko zmiana koła na zapasowe. Nie ujechaliśmy nawet kilometra, gdy złapaliśmy następną gumę. I zaczęły się „schody”. Właściciel pierwszego samochodu, który się zatrzymał, obiecał przysłać pomoc. Wtedy nie istniały jeszcze telefony komórkowe. Pomoc pojawiła się po dwudziestu minutach. Przywieźli zapasowe koło i pomogli je wymienić. Przed bramę obozu dla uchodźców palestyńskich dotarliśmy z ponad godzinnym spóźnieniem. Wpuszczono nas za bramę i zaczęło się prawdziwe przesłuchanie. Dlaczego się spóźniliśmy? Skąd przyjechaliśmy? Z kim rozmawialiśmy? Kto pomógł nam wymienić koło, czy pamiętamy napis na samochodzie? Nie pamiętaliśmy, nie mieliśmy nawet rachunku za udzieloną pomoc. W końcu po licznych rozmowach telefonicznych zaprowadzono nas do sztabu palestyńskich bojowników. We wnętrzu nie pozwolono nam nic filmować. Ani portretu Stalina, ani plakatu z Che Guevarą. Nasz rozmówca też się nie przedstawił. Rozmowa toczyła się na tarasie domu. Na moje pytanie, dlaczego porywają samoloty pasażerskie i zabijają niewinnych ludzi, usłyszałem: – Naszych braci, choć byli niewinni, zabijali silniejsi od nas. – Nie boicie się, że opinia publiczna was potępi? – Nie potępiła naszych katów, to dlaczego ma potępić nas? – Co chcecie osiągnąć, wysadzając samoloty? – Pragniemy zwrócić uwagę uczciwego świata na naszą walkę, przypomnieć o naszym istnieniu i o naszych prawach. Pozwolono nam zrobić kilka ujęć z tarasu domu i sfotografować sylwetkę naszego rozmówcy, a także, po zakończeniu rozmowy, sfilmować fragmenty osiedla i ludzi znajdujących się na ulicach.
Niewiele ujęć zdążył zrobić Golc. Przy pryzmie śmieci spotkaliśmy grupę dzieci. Była wśród nich pięcio-, może sześcioletnia dziewczynka. Tak piękna, że natychmiast przykuła uwagę operatora. Główkę jej otaczały czarne, lekko pofalowane włosy, a wielkie, niewinne czarne oczy wpatrywały się w terkoczącą kamerę z zaciekawieniem. Rysiek natychmiast ją sfilmował.
Gdyby nie góra śmieci, z pewnością nikt nie zwróciłby na to zdarzenie uwagi. Kiedy jednak zaczął filmować, ową nieszczęsna górę, natychmiast otoczyli nas mężczyźni z karabinami i pistoletami w rękach. Zabrali kamerę i krzycząc zasypali nas pytaniami. Na szczęście, nie tylko oni obserwowali naszą pracę. Po chwili pojawił się młody mężczyzna. Rozmowa z uzbrojonymi ludźmi trwała, a może nam się tak tylko wydawało, parę minut. Ryszardowi zwrócono kamerę i pozwolono nam odejść w towarzystwie wybawcy. Szef, nasz rozmówca, przeprosił za incydent. – W tym obozie znajduje się kilka różnych ugrupowań, widocznie nie wszystkie udało się powiadomić o waszej wizycie…
Na drodze do Damaszku
W dwa dni po wizycie w obozie Palestyńczyków wybraliśmy się do Damaszku. Wizy syryjskie były jeszcze ważne, nic więc nie stało na przeszkodzie, by jeszcze raz zobaczyć to historyczne miasto. Ryszard miał już zaplanowane „dokrętki”. Droga do granicy wiodła przez góry. Górskie serpentyny, nasz dobroczyńca, i zarazem przewodnik, pokonywał z niebywałą szybkością. Opony volvo wydawały niesamowite dźwięki: pisk pomieszany z głośnym odgłosem tarcia przy hamowaniu. Nie wypadało krzyczeć, siedziałem więc z zaciśniętymi zębami i kurczowo prawą ręką trzymałem się uchwytu znajdującego się nad oknem samochodu.
Prowadzący volvo dostrzegł widocznie moje przerażenie, bo zmniejszył szybkość, a po chwili zatrzymał się na placyku przeznaczonym dla aut osobowych. Stał tam już jeden samochód, a dwie turystki, panie nadzwyczaj urodziwe, około trzydziestki, najspokojniej w świecie paliły nargile. Powitały nas życzliwie i z dużym zainteresowaniem. Gdy dowiedziały się, że jesteśmy z Polski, zaprosiły do palenia fajki. Ryszard odmówił, a ja kurtuazyjnie i z ciekawości, pociągnąłem kilkanaście razy, początkowo nic nadzwyczajnego nie odczuwałem, dopiero po pewnym czasie, gdy zbliżaliśmy się do granicy syryjskiej świat zaczął przybierać kolor różowy, czułem się bardzo lekko, a wierzchołki libańskich cedrów poruszane wiatrem szumiały niebiańsko.
Na granicy libańsko-syryjskiej spotkaliśmy długi sznur eleganckich samochodów. To nasi „znajomi” szejkowie, z „Casino du Liban” z żonami, dziećmi, nianiami, guwernantkami i przyjaciółkami wracali do swoich domowych pieleszy. Niestety, musieliśmy czekać. Gdy nadeszła nasza kolej, przyjaciel wyciągnął cały kartonik „Prastarej” i wręczył go celnikowi. Kontrola graniczna stała się zwykłą formalnością. Nawet nasze polskie paszporty, ani kamera na tylnym siedzeniu nie wzbudziły zainteresowania celników i służby granicznej.
Po upływie kilkunastu minut, już na terytorium Syrii, mój przyjaciel zatrzymał samochód, otworzył bagażnik…, z którego wygramolił się młody Palestyńczyk. – Nie zadawaj żadnych pytań – uprzedził – nie otrzymasz odpowiedzi.
Do dziś dręczy mnie pytanie – kiedy ów pasażer ukrył się w bagażniku? Nie widziałem, by ktokolwiek w Bejrucie, kręcił się koło samochodu, w drodze do Syrii zatrzymaliśmy się tylko raz, w górach, gdzie spotkaliśmy dwie piękne panie palące nargile, na samej granicy nikt z nas nawet z wozu nie wysiadł. No cóż, w drodze do Damaszku nie takie cuda się zdarzały…
Ostatni dzień pobytu w Bejrucie, w mieście nazywanym Paryżem Bliskiego Wschodu, postanowiliśmy spędzić bez kamery. Żadnych dokrętek, nowych ujęć, żadnego fotografowania. Dzień na luzie z pewnością się nam należał. Pracowaliśmy intensywnie przez cały czas rejsu po Morzu Śródziemnym. Staraliśmy się zaprezentować widzom kroniki różnorodny świat, widziany polskimi oczami. Więc jeden dzień poświęciliśmy turystyce bez kamery.
14 maja 1971 roku, samolotem PLL „Lot” odlecieliśmy do Warszawy. Sześciotygodniowy rejs na pokładzie „Lechistanu II” był dla mnie ważnym doświadczeniem. Umocnił mnie w przeświadczeniu, że arystotelesowska dewiza, by o wszystkim wątpić, jest ciągle żywa i aktualna i ma przed sobą wielką przyszłość. Przez sześć tygodni stykałem się z różnymi ludźmi, różnymi poglądami. Spostrzegłem, że to, co w jednym kraju może być zakazane, w innym bywa dozwolone.
Utwierdziła mnie ta podróż w przekonaniu, że świat nie jest jednobarwny i od początku do końca jednowymiarowy. Świadczy o tym najlepiej różnorodność kultur, z którymi w ciągu sześciu tygodni się zetknąłem. Słowem, sporo nauczyłem się w tak krótkim czasie. Sprawdziło się powiedzenie, że podróże kształcą.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

Podróże kształcą (II) Z PKF przez Polskę i świat

Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL – wyprawa na „Lechistanie II”: przez Morze Śródziemne.

Późnym wieczorem 9 kwietnia zbliżamy się do Malty. Na horyzoncie zaczynają migotać światła La Valetty. Na redzie portu dostrzegamy potężną sylwetkę amerykańskiego lotniskowca. W samym porcie stoją zakotwiczone krążowniki, rakietowce i wszystko, co można nazwać okrętem. Po raz pierwszy żałuję, że pułkownik Poździk usunął mnie po kilku zajęciach ze studium wojskowego jako inwalidę wojennego. O uzbrojeniu nie wiem absolutnie nic, a tym bardziej o marynarce wojennej.

Malta z lotniskowcami w tle

Rano wychodzimy z Ryszardem na pokład i obserwujemy u nabrzeży stalowe kolosy. Pytam kapitana, czy te potwory można sfilmować.
– Jeśli ma pan dziesięć dolarów, to nic nie stoi na przeszkodzie – odpowiada kapitan.
– Jak to, tak bez zezwolenia?
– Możecie filmować na moją odpowiedzialność.
Potwierdzam, że mam dziesięć dolarów. Kapitan wkłada dwa palce do ust i gwiżdże. Nie wiadomo skąd pojawiają się przy burcie naszego statku pięknie rzeźbione łodzie. Wybieramy jedną i płyniemy. Ryszard filmuje z rozkoszą. Będzie miał niecodzienne zdjęcia. Płyniemy w kierunku morza. Właściciel łodzi wiosłuje wolno i operator jest zadowolony, że tak szybko wioślarz pojął, iż nie powinno huśtać zbyt mocno.
Zauważyli nas amerykańscy marynarze, czyli – jak ich tu nazywają – marines. Gdy wracamy, zapraszają na pokład. Pytam Rysia, czy wchodzimy? Dostrzegam na jego twarzy moment wahania, odpowiadam więc – dziękujemy, może wrócimy tu jutro, wówczas z przyjemnością skorzystamy z zaproszenia. Sympatycznych amerykańskich chłopców z VI Floty spotkaliśmy następnego dnia w samym sercu La Valetty. Tak wówczas odnotowałem spotkanie z marynarzami US Navy na łamach „Nowej Wsi.”:
„Niemiecki dziennikarz lubujący się w dosadnych porównaniach nazwał Maltę „kurtyzaną na Morzu Śródziemnym.” Chłopcy z VI Floty nie muszą czytać niemieckich gazet, ani znać historii wyspy, ich rodzinom i narzeczonym w Minneapolis, Houston i Kansas City wystarczą pamiątkowe zdjęcia. Nad rolą, jaką spełniają w tym rejonie świata, niech się zastanawiają inni. Są przecież młodzi, bardzo młodzi, aż wierzyć się nie chce, że przed kilkunastoma minutami – nim zeszli z pokładów – mieli na sobie mundury US Navy.
Tłumnie wysiadają na brzeg, śpiesząc na zwiedzanie miasta. Nie spotkałem ich jednak w zabytkowej Katedrze św. Jana, ani na dziedzińcu Pałacu Wielkich Mistrzów. Najchętniej przebywają na Strait Street. O tej uliczce nie pisze się w turystycznych przewodnikach, nie polecają jej swoim klientom żadne biura podróży katolickiej wyspy. Nicolas Borg z La Valetty powie o Strait Street: powinna nazywać się „American Street,” a niemiecki dziennikarz nazwie ją „uliczką Wielkiej Swobody.”
Strait Street jest wąska i ciasna. Dwa i pół metra, miejscami nieco więcej szeroka, zabudowana trzypiętrowymi domami, ciemna, niemal przez cały dzień pozbawiona słońca, wyróżnia się spośród innych podobnych uliczek La Valetty swoistym charakterem. W godzinach największego nasilenia ruchu u wejścia i wylotu uliczki dyżurują patrole angielskiej i amerykańskiej żandarmerii morskiej w towarzystwie czarno ubranych policjantów maltańskich. Fotografowanie nie jest tu mile widziane…”
Nam pomógł właściciel kafejki, posadził przy jednym z dwóch stolików stojących przed lokalem, a patrolowi powiedział: to są moi goście, na mojej ziemi i mogą robić, co im się podoba. Dziwiliśmy się, że nie zabroniono filmować okrętów, a jedynie marynarzy i w dodatku w cywilnych ubraniach. „Amerykańscy chłopcy z lotniskowca oznaczonego numerem 42 i towarzyszących mu okrętów biorą Strait Street w niepodzielne władanie. Od wczesnych godzin popołudniowych do późnej nocy pełno ich we wszystkich lokalach: alkohol, tańce, hazard, dziewczęta… Oto na środku uliczki odbywa się prawdziwe misterium gry w trzy karty. Siedzący na bruku Maltańczyk przegrywa beznadziejnie do swojego kolegi. To przynęta na Yankee Boys. Przynęta skuteczna, bo marines szybko przystępują do gry. Niejeden zostawił tu już cały żołd. Chłopcy z VI Floty nie mogą w żaden sposób pojąć, że jakiś tam Maltańczyk może być lepszy od nich. Pragną za wszelką cenę okazać swoją wyższość i popełniają błąd. W tej grze nie mają szans żadnych.
Przed „Tico-Tico Bar,” „New Life Bar,” „White Star,” „Colorado Spring” stoją w mini spódniczkach, obcisłych szortach maltańskie „dziewczyny do towarzystwa.” – Hello, Johnny, w naszym lokalu spędzisz najpiękniejszy wieczór. I Johnny pije drinka za drinkiem, dziewczyny go bawią, a kiedy jest „spłukany” usuwają się dyskretnie, aby zapolować na kolejnego amatora spędzenia „najpiękniejszego wieczoru.” Do „Splendid Bar,” co chwila zachodzą mali chłopcy – sprzedawcy różnych drobiazgów. Trzynastoletni Tony usiłuje sprzedać marynarzom gumę do żucia. Chodzi od stolika do stolika, wyciąga z małego tekturowego pudełka różnokolorowe prostokąciki, zachwala, w najlepszej, jaką zna angielszczyźnie. Tony musi dziś coś zarobić. Odpoczynek floty stwarza szansę. A gdy okaże się, że American Boys dziś wieczór nie będą poruszać szczękami, Tony poprosi filigranową Vicy do tańca. W takt ludowej melodii maltańskiej Tony tańczy z wyższą od siebie o głowę Vicy; tańczy w skupieniu, z poważną miną. Tylko Vicy przez cały czas go kokietuje. Właściwie to nie Tonyego. Ta kokieteria ma rozgrzać krew chłopcom z Oklahomy. Oglądają takie występy z dużą przyjemnością. Po kilku kieliszkach Old Scotch Whisky z widzów stają się sami aktorami. Wcielają się w bohaterów westernów, powtarzają ich ruchy, odgrywają całe sekwencje ze znanych filmów kowbojskich. I płacą, płacą, płacą…
McGimis z Buffalo doszedł w tej zabawie do perfekcji. Jeżeli go nie utłuką w jakiejś bójce w jednym z portów Morza Śródziemnego, po powrocie do Stanów zrobi chyba karierę filmową. McGimis prezentuje się znakomicie, gdy nogą otwiera drzwi. A drzwi są rzeczywiście jak w saloonie z Hollywood. Pomysłowi właściciele barów zrobili wszystko, żeby podziałać na amerykańską wyobraźnię. Tu każdy może się czuć jak prawdziwy kowboj. Więc McGimis kołyszącym się krokiem wchodzi po schodach do „Splendid Bar.” Ręce w czujnym wyczekiwaniu. Nagle przyklęka na schodach, wyciąga przed siebie obie ręce z wyprostowanymi palcami wskazującymi i „wypala” w kolegów, którzy usiłowali wstać od stolika na jego widok. McGimis jest szybki. Przeciwnicy nie zdążyli się nawet podnieść. McGimis może się równać nawet z Johnem Wayne’m. Dziewczęta biją brawa. McGimis to porządny chłop, zna się na zabawie. Przez kołyszące się drzwi salonu zaglądają dwie małe, może dziewięcio-, a może dziesięcioletnie dziewczynki. Wykrzykują coś po maltańsku do marynarzy. McGimis przyjmuje to jako zaproszenie do zabawy. Chwyta smarkule, sadza przy stoliku i zamawia dla nich dwie butelki coca-coli. Ale przedtem dziewczynki muszą wypalić papierosa, taki jest układ, warunek gry. Smarkule krztuszą się dymem, kaszlą głośno, z oczu lecą im łzy. McGimis i jego koledzy pokładają się ze śmiechu. – W porządku – mówi McGimis – klawa zabawa. Daje dziewczynkom po kilka centów. O’key! Na Strait Street – uliczce wielkiej swobody, można się tanio i dobrze zabawić.
A kiedy żołd się wyczerpie, można także zaproponować kolegom: – Do diabła chłopcy, za pięć dolarów zdemoluję dla was ten cholerny lokal!”

Malta z „Wolną Europą” w tle

Kapitan ma dla nas wiadomości. Złożył mu wizytę profesor – Polak, który jest wykładowcą uniwersytetu w La Valetcie, i na jego ręce, podczas naszej nieobecności, zostawił dla nas zaproszenie na obiad. Przyjedzie po nas jutro o czternastej. Pytam kapitana, czy jedzie z nami?
– Byłem tam wczoraj, w drugie święto wielkanocne.
– Czy redaktor Kur też został zaproszony?
– Oczywiście, profesor zaprosił go osobiście. Czeka was miła niespodzianka.
Profesor mieszka w kremowej willi, w zamożnej dzielnicy La Valetty. Kiedy za samochodem zamyka się brama, przed dom wychodzi żona profesora i wita nas serdecznie.
– Jestem szczęśliwa, że mogę spotkać kolegów dziennikarzy, tym bardziej że sama jestem dziennikarką.
– My też się cieszymy – odpowiadam – że na tej cudownej wyspie spotykamy koleżankę.
– Czy panowie czytali mój artykuł w „Przekroju?” To moja pierwsza publikacja w prasie krajowej. Na stałe jestem zakotwiczona w rozgłośni „Radia Wolna Europa”.
Tadeusz Kur, odwraca się raptownie, jakby chciał stąd uciec. Przytrzymuję go za połę marynarki i powstrzymuję przed rejteradą. Wchodzimy do wnętrza, gdzie w salonie czeka już zastawiony stół, na którym pośrodku króluje nasza oj-czysta „Wyborowa”, gdyby nie oszronienie, można by rzec: prosto z Pewexu.
Ten stół przykryty białym obrusem, i suto zastawiony miejscowymi potrawami, wśród których dostrzegam polską szynkę i jajka pomalowane jak na łowickiej wsi, ten polski stół wpływa kojąco na redaktora Kura. Państwo Kozłowscy sprawiają wrażenie wyraźnie uradowanych spotkaniem. Profesor wznosi pierwszy toast za gości z kraju. Odwzajemniamy się toastem i atmosfera staje się niemal rodzinna. Tadeusz Kur proponuje przeprowadzenie wywiadu z panią domu i obiecuje opublikować go w „Prawie i Życiu”, dodając, że chętnie na zasadzie wzajemności udzieli osobiście wywiadu przedstawicielce „Wolnej Europy”. Pani domu próbuje wyjaśnić gościowi, że zbojkotowałaby ją prasa emigracyjna, a i rozgłośnia mogłaby mieć pretensje. Redaktor Kur twierdzi, że my nie mielibyśmy kłopotów. Zabieram głos i przypominam, że dziś jest trzynasty, a ja jestem przesądny, i obawiam się, że mój szef mógłby wywiadu z koleżanką nie opublikować.
Wznoszę toast za panią domu, która przyjmuje nas z iście polską gościnnością. Przestajemy spierać się politycznie, przez pewien czas słuchamy opowieści profesora i ani się spostrzegliśmy, a już czas wracać na statek. Profesor odwozi nas do portu, z którego odpłynęły okręty amerykańskiej VI Floty.
Rano Ryszard przypomniał sobie, że musi w mieście zrobić jeszcze kilka dokrętek. Przy okazji zajrzeliśmy na Strait Street, opustoszałą i cichą jak porzucona kochanka. W drodze do Grecji spotkaliśmy eskadrę amerykańskich okrętów na pełnym morzu. Z lotniskowca zapytano: – What ship?”
Radiooficer odpowiedział: – Jestem „Lechistan II. Kapitan wydał rozkaz zmiany kursu. Z prawej strony zbliżały się do statku dwa olbrzymie okręty wojenne.
Chłopcy, których poznaliśmy na Strait Street, przestali być zabawni. Przyznaję, poczułem się nieswojo. Ryszard zachował zimną krew i filmował to spotkanie.
Nie wiadomo, jak długo trwałaby ta zabawa, gdyby kapitan „Lechistanu II” nie miał dość zmieniania kursu. Przedstawił się i stanowczo zapytał, czy dowódca VI Floty zna wszystkie konwencje obowiązujące marynarkę wojenną na wodach międzynarodowych w czasie pokoju? – Sorry – odpowiedziano z lotniskowca – nie denerwuj się, to tylko zabawa.

W kraju pułkowników

Płynęliśmy w kierunku wybrzeży Grecji, konkretnie do Scaramanki. W nocy złapała nas burza morska, rzadko spotykana na Morzu Śródziemnym. Statkiem rzucało niemiłosiernie, niesamowicie ogromne fale zalewały pokład, chwilami nie było go widać. Bryzy wody rozbijały się o szyby mostku kapitańskiego. Kiedy uderzała ogromna fala, wydawało się, że dziób unosi się w górę i statek staje dęba, żeby po chwili raptownie opaść w dół i przyjąć następne uderzenie żywiołu. Przetrwałem ten sztorm bez większych sensacji, ale współpasażerowie, ba, niektórzy marynarze, rano wyglądali szaro i byli potwornie zmęczeni. Na redzie Scaramanki, portu wówczas nieistniejącego na mapie, zaczęło się rozładowywanie statku. Za pomocą dźwigu przenoszono na barki kwadratowe paki. Mogliśmy się tylko domyślać, iż jest to jakiś niebezpieczny ładunek. Trwało to kilka godzin, potem, przed wejściem do portu, zabrano nam kamerę i aparaty fotograficzne.
W Grecji rządzili wówczas „Czarni pułkownicy”, grupa oficerów, którzy 21 kwietnia 1967 roku dokonali zamachu stanu i przejęli władzę. Przed opuszczeniem Scaramanki oddano nam kamerę i aparaty fotograficzne. „Lechistan II” skierował się w stronę Pireusu. Nie wpłynęliśmy do portu, bo nie zgodziła się na to załoga, która straciłaby wolny dzień w kraju, gdyby „Lechistan II” zamiast na redzie cumował przy nabrzeżu portowym. Przez dwa dni dochodziły nas odgłosy Pireusu, miasta obchodzącego grekokatolicką Wielkanoc. Nasze interesy kłóciły się z interesami załogi, której większość nie wykazywała zainteresowań kulturalnych, historycznych, czy turystycznych. Wielu marynarzy w ciągu dwumiesięcznego rejsu zeszło na ląd tylko raz, by zrobić zakupy. Akropol, Partenon to nazwy, które nie funkcjonowały w tym środowisku, nie pobudzały wyobraźni. W poniedziałek, w drugim dniu świąt, dopłynął do statku przedstawiciel PLO. Jak już wspomniałem, armator zobowiązał się pomóc kronice i zapewnić w każdym porcie transport. Gdy pan Adamski dowiedział się, że nie mamy wiz greckich , wystraszył się na dobre. Opowiedział nam, że nie tak dawno policja grecka aresztowała filmowca, spędził on w areszcie kilka tygodni zanim go stamtąd wyciągnięto. Ale obiecał przysłać samochód, gdy tylko statek wejdzie do portu. Zastanawialiśmy się z Ryszardem nad ostrzeżeniem pana Adamskiego. Po długim namyśle postanowiliśmy zaryzykować. W greckiej ambasadzie w Warszawie powiedziano bowiem, że będziemy mogli wychodzić do miasta na takich samych zasadach, jak członkowie załogi.
We wtorek o świcie „Lechistan II” wpłynął do portu. Po śniadaniu wyruszyliśmy do miasta. Dokerzy przyglądali się nam z zaciekawieniem, Ryszard niósł kamerę na ramieniu, a ja dwa aparaty fotograficzne. Ponieważ szliśmy podczas przerwy śniadaniowej, robotnicy poczęstowali nas czarnymi oliwkami, ich smaku nigdy nie zapomnę. Miejską komunikacją dojechaliśmy do placu Omonia, skąd dochodziły dźwięki wojskowej orkiestry.
Wzdłuż jednej z głównych ulic prowadzącej do placu zobaczyliśmy tłumy ludzi stojące na chodnikach. Zamierzaliśmy się wycofać, gdy usłyszeliśmy gwizdek policjanta, który dawał nam znak ręką byśmy do niego podeszli. Pomyślałem: to koniec, przypominałem sobie opowieść pana Adamskiego. Rysiek – jak się później okazało – pomyślał to samo.
Tymczasem policjant kazał nam iść za sobą, co wzmogło jeszcze nasze obawy. Podprowadził nas kilka kroków, odsunął ludzi i ustawił naprzeciw trybuny, na której pułkownicy przyjmowali defiladę wojska. Spojrzeliśmy na siebie bez słowa i Ryszard zaczął filmować. Defilada odbywała się w czwartą rocznicę dojścia pułkowników do władzy.
Podekscytowani wracaliśmy na statek, Ryszard zapytał: – Czy u nas moglibyśmy filmować defiladę i trybunę z dostojnikami bez zezwolenia?
–Trafiłeś w sedno drogi Ryszardzie – odpowiedziałem – czymś się przecież musi różnić dyktatura proletariatu od dyktatury „czarnych pułkowników”.
Najważniejsze, że ustąpiły wszelkie obawy. W realizacji naszych planów nieocenioną pomoc okazał nam Krzysztof, syn pana Adamskiego. Przyjeżdżał samochodem i czekał na nas przed bramą portową, w ten sposób nie traciliśmy cennego czasu. Straż portowa i celnicy przestali kontrolować, a dokerzy traktowali jak przyjaciół, częstowali nie tylko smakowitymi oliwkami, ale także „retsine” złotym winem o zapachu sosny.

Atrakcje Stambułu

Z żalem opuszczaliśmy Ateny, Pireus i piękną Helladę. „Lechistan II” wszedł na kurs do Turcji. Bez przesady mogę napisać, że załoga na dźwięk słowa Stambuł bardzo się ożywiła. Miasto już wtedy cieszyło się uznaniem marynarzy, jako centrum atrakcyjnych i tanich zakupów. Ledwo „Lechistan II” opuścił kotwicę na redzie Stambułu, do statku zbliżyło się kilkanaście łodzi. Najpierw na pokład weszli celnicy, którzy zakupili od marynarzy: papierosy, alkohol i „świerszczyki”. Po celnikach na statek wtargnęli zwykli handlarze, ich gusty niczym się nie różniły od upodobań celników. Kiedy łodzie oddaliły się od burt statku, weszliśmy do portu i zarzuciliśmy cumy przy nabrzeżu po azjatyckiej stronie miasta . A gdy ucichł gwar na pokładzie, do kabiny przybyli dwaj marynarze, którzy zwrócili nam dolary z dużymi odsetkami. Mogliśmy wyruszyć na sławny „Wielki Bazar” w Istambule po prezenty dla najbliższych.
Na szczęście marynarze uprzedzili nas, że tu w Turcji należy obowiązkowo targować się ze sprzedającym. Klient (Amerykanie, Niemcy), który płaci bez targowania, nie wzbudza uznania sprzedającego. Jeśli targujesz się znaczy to, że towar ci się podoba i kupienie go sprawi ci radość. Takiemu klientowi warto opuścić parę groszy. Jeśli kupujesz bez targowania, nie możesz poznać wartości towaru i umiejętności zaprezentowania jego zalet. Targując się, tym samym wchodzisz w bliskie związki uczuciowe ze sprzedającym, nawiązujesz z nim głębszą znajomość. I masz większą satysfakcję z transakcji.
Wielkie wrażenie wywarły na nas stragany z wyrobami ze złota. Łańcuszki, medaliki, znaki zodiaku, krzyżyki, pierścionki i obrączki we wszystkich rozmiarach i kształtach. Na każdym wyrobie próba. Upewniliśmy się, że można kupować bez obawy, nie ma tu żadnych podróbek z tombaku. Oszustwo na wyrobach ze złota jest nie do pomyślenia, wysokość kary odstrasza. W eleganckich sklepach w centrum miasta handel przebiega zupełnie inaczej. Sadzają klienta w wygodnych fotelach, częstują aromatyczną kawą, schłodzoną coca-colą, herbatą… Oczywiście, targowanie jest tu również dobrze widziane i cenione. Gdy opuszczasz sklep, wręczają ci obowiązkowo garść wizytówek. Rozdaj je w swoim kraju znajomym i przyjaciołom – mówią. Nie szkodzi, że z Polski nie ma jeszcze zbyt wielu turystów. Prędzej czy później pojawią się i wyjadą stąd zadowoleni.
Bardziej od zakupów pociąga nas historia miasta, noszącego w przeszłości miano Nowego Rzymu, Bizancjum, Konstantynopola… Oto osławiona Hagia Sophia – bizantyńska świątynia zamieniona przez Mustafę Kemala Paszę Atatürka na muzeum, gdy jego współbracia zaczęli się spierać o to, jak wykorzystać wiekową budowlę, co w niej urządzić – meczet czy kościół? Z Hagia Sophią rywalizuje meczet olśniewającej piękności, wzniesiony przez Sulejmana Wspaniałego, aby przyćmić wielkość świątyni Hagia Sophia. Czy przyćmił? Obie budowle, symbole różnych epok i kultur, zachwycają dziś oryginalnością rozwiązań architektonicznych i cudownymi freskami. Wieża Galaty, w której ponoć imć pan Onufry Zagłoba, herbu Wczele, w niewoli przez Turczyna był osadzon, góruje nad Zatoką Złotego Rogu. Śladów sławnego przodka nie znaleźliśmy, ale legenda jest wiecznie żywa. I jeszcze tylko Topkapi Sarayi, przepyszna rezydencja sułtanów, położona na wysokim cyplu i opiewany przez poetów harem. Kiedy opuściliśmy Istambuł i pokonaliśmy cieśniny, kapitan wydał rozkaz: kurs – Lattakia. Znaleźliśmy się na pełnym morzu, spokojnym i monotonnym. I gdy wydawało się, że nic nie zakłóci błogiego nastroju kapitan ogłosił alarm szalupowy.
Szybko założyliśmy kamizelki ratunkowe i wsiedliśmy do łodzi. Najtrudniej miał Ryszard, bo nie dość, że musiał założyć kamizelkę, to w dodatku musiał jeszcze zrobić dobre zdjęcia. W związku z tym trzy razy opuszczano łódź na wodę i dwa razy powtarzano akcję: człowiek za burtą! Alarm udał się nadzwyczajnie Ryszard nie krył zadowolenia, bo zrobił dobre ujęcia, kontent był kapitan, bo nikt nie utonął, uradowani byli pasażerowie, bo przerwano monotonię rejsu. Cieszyliśmy się, że za dwa dni zobaczymy brzegi Syrii.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

Na Chełmskiej 21

Z PKF PRZEZ POLSKĘ I ŚWIAT

Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL

Moja koleżanka z czasów studiów, Basia Gardowska, z którą pracowaliśmy w jednej redakcji, zapytała mnie, gdy piliśmy kawę w „stołówce sejmowej” (tak to się wówczas nazywała, obecnie wytworna restauracja) czy chciałbym zmienić pracę? Byłem zaskoczony pytaniem, więc po chwili namysłu odpowiedziałem, że musiałbym się zastanowić. Michał (mąż Basi, redaktor naczelny) ma zamiar zaproponować ci pracę na stanowisku swojego zastępcy w Polskiej Kronice Filmowej.
– Ile czasu potrzebujesz do namysłu?
– Dwa, trzy dni – odpowiedziałem.
Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że Michał Gardowski pewnie rozmyślił się i zrezygnował z propozycji, od rozmowy z jego żoną upłynęło, bowiem sporo czasu, a Basia nie wróciła już więcej do tego tematu. Aż tu pewnego dnia w stołówce sejmowej, dokąd Michał wpadał czasami na obiad, poinformował mnie bym się zgłosił pierwszego lipca (1969 r.) na Chełmską 21 „do roboty”.
Praca w tygodniku „Rada Narodowa” nie dawała mi już satysfakcji. Pisywałem, więc do innych gazet, współpracowałem m.in. z „Polityką.” Zdawałem sobie sprawę z tego, że przejście do Polskiej Kroniki Filmowej na stanowisko zastępcy redaktora naczelnego uniemożliwi mi współpracę z najlepszym tygodnikiem w socjalistycznej Europie. I trochę mi było tego żal. Kierownik działu krajowego „Polityki” Józef Śmietański, gdy się go radziłem w sprawie zmiany redakcji, przedstawił mi wszystkie „za i przeciw” związane z pracą w kronice… Prawdopodobnie posłuchałbym jego rad, gdyż Śmietańskiego bardzo ceniłem, a i on był zadowolony z moich artykułów, ale w kilka dni później dowiedziałem się, od niego z resztą, że wyjeżdża z Polski. Ta wiadomość przesądziła o decyzji.
Na Chełmskiej przyjęto mnie, jak każdego nowicjusza, z pewnym zaciekawieniem. Pani Jadwiga Zaiczek, utalentowana i sławna montażystka, wyciągnęła z kosza kawałek taśmy i objaśniła, do czego służy i co to jest emulsja, co miało świadczyć o jej dla mnie życzliwości. Nie wiedziała, bo i skąd, że moje zdjęcia już od lat ukazywały się w prasie, a w telewizji też kilka razy mignęło moje nazwisko. Przyznaję, że byłem trochę rozczarowany. Redakcja mieściła się w czterech pokojach, z „gabinetem” redaktora naczelnego włącznie, co nie odpowiadało sile oddziaływania Polskiej Kroniki Filmowej. Kończyliśmy właśnie pić z Michałem kawę, gdy do „gabinetu” wszedł wysoki, uśmiechnięty, przystojny pan, Zygmunt Kniaziołucki, dyrektor Wytwórni Filmów Dokumentalnych, jak go przedstawił Gardowski. Dyrektor przyjrzał mi się dokładnie, jak to się mówi „zlustrował mnie od stóp do głów” i orzekł, że nie wyglądam na rzeźnika, więc współpraca powinna nam się dobrze ułożyć. Uśmiechnąłem się zakłopotany, bo nie wiedziałem, czy przyjąć jego słowa za komplement czy impertynencję. Dyrektor długo nie zabawił. Po jego wyjściu Michał dodał, że nie jest to nasz przełożony, ale trzeba go traktować poważnie, bo może, jeśli zechce, utrudnić życie. Szefa prawdziwego zobaczysz za godzinę –poinformował.
Pojechaliśmy więc do „Białego Domu”, czyli do KC PZPR. Choć do partii należałem już dwadzieścia lat, w tym gmachu byłem po raz pierwszy. Najpierw biuro przepustek, potem windą na drugie piętro i znaleźliśmy się w Wydziale Prasy, Radia i Telewizji KC. Tu stanąłem przed obliczem towarzysza Jana Symonika. Sprawiał on wrażenie człowieka surowego i wymagającego. Teraz, gdy o tym piszę, myślę, że moje pierwsze wrażenia okazały się trafne, wspomnę tylko jeszcze, że ludzi oceniał sprawiedliwie i traktował życzliwie, mimo surowości zasad, jakim hołdował. Wymagania egzystencjalne miał niewielkie i, jak słyszałem, prowadził rzeczywiście ascetyczny tryb życia. Wśród wielu chwalebnych cech miał jedną nadzwyczaj ludzką – nie wylewał za kołnierz – co ułatwiało rozmowę z nim i porozumienie. Rozpisałem się o towarzyszu Janie z sympatią, bo zasłużył się on kronice, jego jedna bardzo ważna decyzja została już doceniona przez historię, a nawet przez tych, co dziś z niepojętą zaciekłością zwalczają nieistniejącą już Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, miast tę energię skierować na organizowanie życia w kraju, w taki sposób, by nie było głodnych, bezrobotnych i wykluczonych. Nie chcę przez to powiedzieć, iż pragnę, by działo się w Polsce tak jak za nieboszczki nieomylnej, nie, broń Boże. O decyzji towarzysza Jana opowiem za chwilę. Teraz pora wrócić na Chełmską 21.
Kronika była dla mnie nowym rodzajem dziennikarstwa, musiałem jak najszybciej przestawić się z warsztatu pisanego na obrazkowy, wejść w odmienny rytm pracy i korzystać z innych narzędzi niż długopis, maszyna do pisania i aparat fotograficzny. Właściwie nie posługiwałem się bezpośrednio ani kamerą, ani stołem montażowym, ani też magnetofonem, ponieważ każde z owych narzędzi obsługiwały osoby profesjonalnie do tego przygotowane: operatorzy, montażyści obrazu i dźwięku oraz różni technicy. Dwa razy w tygodniu w gabinecie redaktora naczelnego odbywała się t.zw. „układka” kroniki. Szef podawał do wiadomości zebranych osób tematy, jakie wejdą do najbliższego wydania, a każdy uczestnik tego spotkania mógł zgłosić swoją propozycję. Na układce obowiązkowo musiała być obecna osoba, która miała kronikę montować, osoba przygotowująca muzykę i podkładająca dźwięk. Operatorzy i redaktorzy nie musieli uczestniczyć w tym obrządku, jeśli nie mieli ochoty. Michał zawsze informował zebranych o idei, jaka mu przyświecała przy doborze tematów. Montażystki – przeważnie panie – (jedynym wyjątkiem był pan Wacław Kaźmierczak – zasłużony człowiek i ceniony fachowiec) miały całkowitą swobodę i od nich zależało, jak temat, zostanie zmontowany. Często w montażowni spotykało się operatorów i dziennikarzy, gdy ich temat „wchodził” właśnie na stół, asystowali przy montażu, zgłaszali propozycje. Zmontowaną kronikę oglądał na stole szef, któremu prawie zawsze towarzyszyłem, on to przecież był „reżyserem” wydania PKF. Słowa „reżyser” nigdy jednak nie używaliśmy, ponieważ zwyczajowo zastrzeżone było dla dokumentalistów, oni bowiem socjalistycznej rzeczywistości nadawali w swoich filmach własny, przetworzony artystycznie kształt i niepowtarzalną wymowę. „Kronikarzy”, czyli nas traktowali, nie wszyscy, to prawda, tak jak prawdziwy artysta traktuje rzemieślnika. Zdarzało się, że szef wyjeżdżał za granicę, albo na urlop, wtedy ja układałem kronikę i na mnie spadała odpowiedzialność, mimo że na planszy widniało nazwisko Gardowskiego… Świadczyło to o jego do mnie zaufaniu, tak to wtedy odbierałem. Gdy kronika została przyjęta przez szefa, przyjeżdżał autor tekstu, aby ją obejrzeć. Projekcja odbywała się w sali B, autor otrzymywał dokumentację do każdego tematu i listę montażową zawierającą kolejność ujęć i ich długość i oczywiście opis zdjęć. Dokumentacja składała się z karty przygotowanej przez operatora, tekstu dziennikarza, jeśli uczestniczył w realizacji tematu, oraz wycinków z prasy: notatek, informacji, artykułów. Następnego dnia rano autor przywoził komentarz do redakcji i rozstawiał go na stole montażowym, czyli dopasowywał tekst do obrazu. Miejsce, w którym „wchodził” tekst, zaznaczało się na taśmie filmowej białymi iksami, po to, by na nagraniu właśnie w tym miejscu lektor zaczął czytać komentarz. Wszystkich autorów obowiązywała zasada: nie opowiada się o tym, co znajduje się na ekranie jedynie obraz się komentuje. To między innymi odróżniało kronikę od telewizji. Karol Małcużyński nie przywoził tekstu osobiście, przysyłał go przez kierowcę. Jego teksty idealnie przystawały do obrazu i z rozstawieniem nie było nigdy trudności. Tekst rozstawiony i przepisany dostarczało się na ulicę Mysią do cenzury. Nagranie wydania PKF zawsze rozpoczynało się o godzinie 14-tej, we wtorek i w czwartek.
Do sali nagrań przychodził wtedy redaktor prowadzący, szef redakcji, członek kolegium PKF, montażyści obrazu i dźwięku, osoba prowadząca nagranie, najczęściej inżynier Zbigniew Wolski, obecny był cenzor, a w kabinie technicy. Następnego dnia rano redakcja oglądała pierwszą, jeszcze ciepłą, kopię. Dalsze kopie każdego wydania kroniki wykonywano w Łódzkich Zakładach Kopii Filmowych i rozsyłano do kin w całym kraju.
Redaktor naczelny Polskiej Kroniki Filmowej powoływał kolegium, które było jego ciałem doradczym; kolegium składało się z przedstawicieli Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Urzędu Rady Ministrów, Komitetu Warszawskiego PZPR i KC.
Nie były to osoby delegowane przez wymienione instytucje, lecz zaproszone przez redaktora naczelnego PKF do współpracy. Michał Gardowski powołał, na przykład, do kolegium Dobrosława Kobielskiego, redaktora naczelnego „Perspektyw.” Pragnę zaznaczyć, że kolegium nie podejmowało żadnych decyzji, było wszak ciałem doradczym. Przebieg spotkań tego grona miał charakter raczej towarzyski, powiedziałbym nawet plotkarski, co w pracy dziennikarskiej też się liczy..
Przed pierwszym ważnym wyzwaniem stanąłem w grudniu 1970 r. Michał Gardowski wyjechał do Londynu i siłą rzeczy musiałem w tym czasie podejmować decyzje. Do PKF zadzwonił wtedy Jan Symonik i poprosił, abym pojechał z nim do telewizji, na Plac Powstańców, gdzie mieściła się wówczas Redakcja Dziennika. Obejrzeliśmy tam zdjęcia z zaczynającego się strajku w stoczni szczecińskiej. Wywarły one na nas bardzo silne wrażenie. W drodze powrotnej poprosiłem Symonika o zgodę na wyjazd ekipy PKF do Szczecina i mój wyjazd do Gdańska, gdzie przebywali akurat dwaj nasi operatorzy, którzy notabene zamiast filmować siedzieli przestraszeni w hotelu. Jan Symonik po powrocie do KC zgodę na wyjazd wyraził. Musiałem tylko podać nazwiska wyjeżdżających osób i numery rejestracyjne samochodów. Listę zawiozłem osobiście. Dyrektor WFD, gdy go o tym poinformowałem, powiedział, że nie możemy jechać, bo ma zakaz wysyłania ekip na Wybrzeże. Moje zapewnienie, że PKF otrzymała zgodę z Komitetu Centralnego nie przekonały go, musiał zadzwonić osobiście Symonik.
Do Szczecina wysłałem operatora Janusza Kreczmańskiego, a ja wraz z kierowcą ruszyłem samochodem służbowym do Gdańska. Wyjechaliśmy parę minut po 14-tej. Po raz pierwszy uzbrojony patrol zatrzymał nas w Ostródzie. Im bliżej Wybrzeża, tym kontrolowano nas częściej. Za każdym razem posterunki skrupulatnie sprawdzały nasze dokumenty i numery rejestracyjne samochodu. Do Gdańska wjeżdżaliśmy już w całkowitych ciemnościach. Im bliżej centrum miasta, tym więcej spotykaliśmy czołgów i samochodów pancernych (skotów) i więcej uzbrojonych patroli. Wyludnione, źle oświetlone ulice, ciemne sylwety czołgów i niesamowita cisza… Gdańsk wyglądał jak miasto upiorów. Nie wiedziałem wtedy jeszcze o tragicznych wydarzeniach… Na chwilę wszedłem do hotelu, by porozmawiać z operatorami Witoldem Jabłońskim i Józefem Bakalarskim. Powiedziałem im, że rano będziemy filmować miasto. Kierowca zawiózł mnie do Orłowa, gdzie mieszkała moja ciotka. Od niej dostałem dość dokładne informacje o wydarzeniach w Gdyni.
O świcie poszedłem do sztabu w Gdańsku, tu otrzymałem zgodę na filmowanie. Na widok kamery dowódcy patroli reagowali ostro i stanowczo, żądali dokumentów. Z każdym z nich witałem się wyciągając rękę, w przyjaznym geście. Pamiętam, że wszyscy mieli nowe brązowe rękawiczki. Zanim oficer zdjął rękawiczkę mijało kilkanaście sekund, co łagodziło napięcie. Najpierw filmowaliśmy: podpalony budynek komitetu partii, sklepy z powybijanymi szybami i pustkę na ulicach. Potem dostaliśmy się do stoczni gdańskiej. Tu, podobnie jak na ulicach, musieliśmy poddać się kilku kontrolom. Strajkujący przyglądali się nam w milczeniu, nieufnie. Dopiero na wydziale K-2 atmosfera znormalniała. Spostrzegłem, że większość załogi to ludzie młodzi. Ktoś krzyknął: dlaczego nazywacie nas chuliganami?! Odpowiedziałem, że jesteśmy z Polskiej Kroniki Filmowej i dopiero kręcimy materiał… Ktoś inny dodał, że widział i słyszał to w telewizji. I tak zaczęła się nasza rozmowa, najpierw ostra, potem z upływem czasu łagodniejąca. Jeden z tych młodych robotników zwrócił się do mnie pojednawczo: – No dobrze, wy jesteście z kroniki, ale kto wie, co tam nawygadujecie. Jest pan redaktorem, to niech nam pan wyjaśni, dlaczego w telewizji nazwali nas chuliganami?
– Nie wiem, może, dlatego, że macie takie długie włosy?
– Być może – usłyszałem – ale w takim razie, kto wyrządził więcej szkód krajowi, łysi czy długowłosi? Inny stoczniowiec stojący nieco z boku zapytał sarkastycznie: – A pamięta pan, jakie włosy miał Marks? To, czego się czepiacie! – Panowie –uspokajałem – nie oskarżajcie Polskiej Kroniki Filmowej, bo o Gdańsku nic się jeszcze nie ukazało na ekranach kin.
I od tego momentu, coś się przełamało w rozmowie, zaczęliśmy w miarę spokojnie mówić o związkach zawodowych, które nie bronią robotników, o partii robotniczej, która nie wie, co robotnicy myślą. Nie wiadomo, jak długo trwałaby wymiana poglądów, gdyby trzech panów w cywilu nam jej nie przerwało. Zabrano nas do budynku dyrekcji, posadzono w jakimś pokoju i kazano czekać. Nie pamiętam, jak długo przebywaliśmy w tym „areszcie.” W pewnej chwili usłyszeliśmy krzyki… wyjrzeliśmy przez okno, na placu stało dwieście, może trzysta osób. Skandowali: „Wypuścić kronikę!” Byliśmy wolni… I usatysfakcjonowani. Po Nowym Roku, w pierwszych dniach stycznia z Ryszardem Golcem – operatorem, znanym w Gdańsku, bo to on filmował Gdańsk i województwo od wielu lat, także Stocznię im. Lenina i Witoldem Popkiewiczem – operatorem dźwięku, wróciliśmy do stoczni. Wtedy podziękowałem robotnikom z wydziału K-2 za okazaną Polskiej Kronice Filmowej pomoc.
W grudniu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, w drodze powrotnej do Warszawy, zastanawiałem się, jak zmontujemy temat o Gdańsku. Jednego byłem pewien, wiedziałem, że po tym, co zobaczyłem i po przeżyciach w stoczni nie zgodzę się na tekst potępiający robotników. Wiedziałem też, że zdjęcia czołgów i skotów nie ukażą się na ekranie; robiliśmy je dla historii, taka była umowa z Janem Symonikiem.
Janusz Kreczmański przywiózł ze Szczecina wstrząsające zdjęcia, zwłaszcza kilka ujęć nakręconych z góry, chyba z okna jakiegoś budynku sfilmował biegnącego mężczyznę, który pada na ziemię, trafiony kulą… W tym kadrze widać także strzelającego. Już w czasie stanu wojennego, gdy żegnałem się z osobami współpracującymi z Polską Kroniką Filmową, pani Agnieszka Bojanowska (montowałem z nią m.in. film o dojściu Edwarda Gierka do władzy pt. „Pomożemy” przeznaczony dla polskich placówek za granicą), spytała: czy pan wie, że tego ujęcia ze Szczecina, nakręconego przez Janusza, nie ma już w archiwum? Nie wiedziałem. I nie mogłem już sprawdzić.
Nie musiałem przekonywać Michała Gardowskiego, by w wydaniu kroniki nie krytykować stoczniowców, wystarczyła mu moja relacja z tego, co widziałem oraz zdjęcia z Trójmiasta i ze Szczecina. Temat o wydarzeniach w Gdańsku zamieszczony w Kronice nie pokazywał w całości prawdziwych wydarzeń, zaledwie migawki, ale materiał przetrwał, jest dziś świadectwem naszej historii i to jest najważniejsze.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.