Montreal – Olimpiada Z PKF przez Polskę i Świat - Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL

Jak powstała relacja z Olimpiady, którą uznano za wzorzec relacjonowania sportowych imprez.

W Paryżu najważniejszą sprawą dla władz INA stała się obsługa Igrzysk Olimpijskich w Montrealu. Rozważano różne warianty, utworzono nawet zespół, któremu przewodniczył Colin-Reval, w jego skład weszli najbardziej doświadczeni szefowie kronik: Hans Lipp z „Fox Toenende Wochenschau” z RFN, Pieter M. Buis z „Polygoon Journal” z Holandii i Peter Hampton z „Fox Movietone” z Wielkiej Brytanii. Po długich badaniach i dyskusjach postanowili, że aby obniżyć koszty, INA nie wyśle do Kanady własnych operatorów, ale przyjmie ofertę O.R.T.O – telewizji kanadyjskiej, która będzie codziennie przysyłać do „Fox Movietone” w Londynie 20 minutowy serwis filmowy na taśmie 16 milimetrów, Movietone poszerzy materiał na taśmę 35 milimetrów i wyśle do piętnastu kronik, które przystąpiły do „pool’u”.
Nam to rozwiązanie nie odpowiadało, postanowiliśmy filmować sami. Zaproponowałem wspólny wyjazd Januszowi Kreczmańskiemu, operatorowi, który chrzest bojowy przeszedł w 1972 roku w Monachium i jak nikt w kronice znał się na sporcie. Do Montrealu przylecieliśmy samolotem razem z polskimi sportowcami. Na lotnisku czekał na nas ksiądz! Byliśmy z Januszem zaskoczeni, by nie powiedzieć zaszokowani. Widocznie wielebny dostrzegł nasze zdziwienie, bo wyjaśnił na wstępie, że tak zdecydował minister pełnomocny i konsul generalny PRL w Montrealu, Marian Kruczkowski. Informacja księdza całkowicie nas uspokoiła, ale mimo wszystko w drodze z lotniska rozmowa się nie kleiła. Janusz Kreczmański chcąc przerwać krępującą ciszę, zapytał księdza, czy był w Rzymie na jakiejś imprezie zorganizowanej przez Watykan?
„Pewno pana rozczaruję, ale w tak nabożnych imprezach watykańskich nigdy nie biorę udziału” – oznajmił – tajemniczo się uśmiechając. Odpowiedź zbiła nas z pantałyku do reszty. I może właśnie, dlatego Janusz wypalił bez ogródek: „Pragnę księdza poinformować, że jesteśmy członkami partii.” „Wie pan – powiedział ksiądz łagodnym głosem – mi to nie przeszkadza, polski komunista jest jak rzodkiewka z wierzchu czerwony, w środku biały, wiem o tym coś niecoś, bo pracując w radiu Wolna Europa, wielokrotnie się o tym przekonywałem”.
„Tego nam tylko brakowało – pomyślałem – i zapytałem, kiedy będziemy mogli spotkać się z moim przyjacielem, Marianem Kruczkowskim, konsulem generalnym i ministrem pełnomocnym PRL w Kanadzie”. „Obawiam się, że dopiero po powrocie do Warszawy, albowiem wczoraj pan konsul wraz z małżonką powrócili do Polski”.
Grom z jasnego nieba nie wywarłby większego wrażenia. „Ksiądz raczy sobie z nas żartować” – powiedziałem dość oschle.”Bardzo panów proszę, nie denerwujcie się, opowiem wszystko na plebanii”.
Nasz gospodarz, Andrzej Ćwikliński, był księdzem Kościoła polskokatolickiego, piszę o tym z kronikarskiego obowiązku, bo jak zdążyłem się później przekonać, wierni przychodzili do świątyni księdza Ćwiklińskiego i modlili się równie gorliwie, jak w Kościele rzymskokatolickim, bowiem liturgia była w obu Kościołach podobna, a w drobiazgi nikt tu nie wnikał, tym bardziej, że najbliższa polskojęzyczna parafia Kościoła rzymskokatolickiego zbankrutowała, gdyż nieudolny proboszcz nie zdobył odpowiednich środków na opłacenie podatków i utrzymanie świątyni. Kościół księdza Andrzeja prosperował doskonale, bo miał hojnych sponsorów, a wśród nich wyróżniał się Edward (Eddy) Wrzesiński, milioner polskiego pochodzenia, uznający rząd Polski Ludowej, miał, bowiem w warszawskim rządzie przyjaciół, z którymi przeszedł szlak od Lenino do Berlina. „Uciekł” – tak się kiedyś określało wyjazd za granicę – bez zgody władz, z Polski i w Kanadzie zrobił błyskotliwą karierę, czym zyskał sobie uznanie wielu odłamów skłóconej Polonii.
Po przyjeździe na plebanię, gościnny ksiądz Andrzej, posadził nas za stołem, włączył telewizor i poszedł do kuchni sprawdzić czy panie przygotowały kolację. Z drugiej wiadomości dziennika telewizyjnego dowiedzieliśmy się, że policja Quebeku zabrała ministrowi kultury prawo jazdy, już po raz trzeci, bowiem przekroczył dozwoloną szybkość na autostradzie. Wysłuchaliśmy tej informacji z dużym zaciekawieniem. W naszej ojczyźnie Milicja Obywatelska takich uprawnień nie miała, z pewnością, dlatego, że na polskich drogach kierowcy nie rozwijali nadmiernej szybkości, a poza tym żaden minister nigdy nie prowadził samochodu, bo miał osobistego kierowcę.
Kolacja, wyśmienita, przebiegała w doskonałym nastroju, parafianki dały z siebie wszystko, aby goście księdza Andrzeja poczuli się jak u siebie w domu i jeszcze trochę lepiej. Ksiądz nie miał stałej gospodyni, panie, jak przystało na dobrze zorganizowaną parafię, same ustalały dyżury opieki nad pasterzem!
Tego wieczoru czas upłynął nam na wznoszeniu toastów i opowiadaniu o tym, co dzieje się w ojczyźnie i w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie mieszkała mama księdza Andrzeja. Dopiero następnego dnia ksiądz opowiedział nam o nagłym i niecodziennym wyjeździe konsula generalnego z placówki. Konsul generalny, w poprzednim wcieleniu, był kierownikiem Wydziału Prasy KC PZPR. Wyjazd na placówkę w tamtych czasach nie był, więc nagrodą, a raczej zesłaniem. Po Warszawie, w środowisku dziennikarskim, krążyły różne plotki związane z wyjazdem Mariana do Kanady. Jako kronikarzowi nie wypada mi pisać o plotkach, więc ich tu nie powtórzę, kronikarz powinien zajmować się jedynie faktami? Dowiedzieliśmy się, że konsul generalny opuścił Montreal w „białym kaftanie.” Nie miałem podstaw, by nie wierzyć słudze bożemu, ale przypadek zrządził, że osobiście przekonałem się, iż wielebny Andrzej mówił prawdę. Będąc w konsulacie, pomyliłem drzwi i wszedłem do dużej sali wypełnionej niemal pod sufit jakimś czasopismem. Z ciekawości wziąłem jeden egzemplarz, jak się okazało „folderu” o Polsce wydanego przez konsulat z okazji Igrzysk Olimpijskich w Montrealu. W rozmowie z pracownikiem konsulatu pochwaliłem nawet okładkę, barwną, ze smakiem zaprojektowaną. Mój rozmówca przyjął tę ocenę z obojętnością, jak to dyplomata, pomyślałem.
Dopiero wieczorem po przeczytaniu artykułu napisanego przez Tadeusza Brzezińskiego, ostatniego konsula generalnego Polski przed II wojną światową w Kanadzie, ojca profesora Zbigniewa Brzezińskiego, zrozumiałem, co się stało i dlaczego Marian tak nagle wyjechał, niemal w przeddzień inauguracji Igrzysk. Artykuł napisany według wzorców amerykańskich zaczynał się od konstatacji, że Polska pod rządami Edwarda Gierka rozwija się lepiej i szybciej niż za Władysława Gomułki, wychodzi z zaścianka, otwiera się na Europę i świat. Autor przytoczył kilka pozytywnych przykładów osiągnięć PRL-u. Opis pozytywów ciągnął się do połowy artykułu, a może nawet zajmował więcej tekstu. A potem, nagle Tadeusz Brzeziński zaczynał w artykule zastanawiać się, co by było, gdyby w Polsce zamiast komunistów rządzili demokraci, a nad Polską nie panowali sowieci…
Nie mogłem uwierzyć, że Marian Kruczkowski, człowiek inteligentny, z ogromnym doświadczeniem dziennikarskim, znawca amerykańskiego dziennikarstwa, mógł przeoczyć tak ewidentne, delikatnie mówiąc, nieprzychylne Edwardowi Gierkowi zakończenie artykułu.
Nie mogłem uwierzyć, ale potrafię sobie wyobrazić, jak to się stało. Po objęciu stanowiska konsula generalnego Marian z pewnością spotkał Tadeusza Brzezińskiego na jakimś dyplomatycznym przyjęciu i nawiązał z nim znajomość. Jako człowiek otwarty, świetnie władający językiem angielskim, prawdopodobnie przy okazji spotkań ze „starszym kolegą”, prowadził z nim interesujące dyskusje, także na temat Polski Ludowej. Tadeusz Brzeziński prawdopodobnie w rozmowach nie kwestionował osiągnięć Polski Ludowej, oczywistych i widocznych. To tylko zapyziali antykomuniści nie widzieli w Polsce zjawisk pozytywnych. Ludzie o szerokich horyzontach intelektualnych, a do takich osób należał Tadeusz Brzeziński, nie popadali w zacietrzewienie. Spotkałem za granicą wielu Polaków, a także cudzoziemców, którzy realnie, bez uprzedzeń oceniali sytuację w Polsce, choć nie akceptowali formy rządów. Wyobrażam sobie, że kiedy Tadeusz Brzeziński wręczył artykuł Marianowi, ten „rzucił okiem” na pierwszą, drugą i trzecią stronę, nie doczytał do końca i skierował go, z jemu tylko właściwą nonszalancją do druku. Pracownik, nie czytając wykonał polecenie albo przeczytał, uśmiechnął się w skrytości ducha i wydrukował. Dopiero po ukazaniu się „folderu”, Marian uzmysłowił sobie swój błąd, odwieźli go z lotniska w Warszawie prosto do szpitala.
Przeżyłem dramat Mariana bardzo mocno, jak nieszczęście kogoś bliskiego. Darzyłem go szacunkiem, zawsze ilekroć potrzebowałem pomocy okazywał mi ją jak koledze. Będąc kierownikiem Wydziału Prasy nigdy nie wynosił się nad dziennikarzy. Z jego bratem, Tolkiem, studiowałem na dziennikarce, a przez kilka miesięcy uczyliśmy się nawet w Kaliszu w tym samym liceum, znałem ich ojca, który okazał mi wiele pomocy, gdy w kaliskim starostwie zbierałem materiały do pracy magisterskiej. Postanowiłem, że zaraz po powrocie do kraju spotkam się z nim, tak szybko jak to będzie możliwe.
Przyznaję że to, co zobaczyłem w Montrealu przerosło moją wyobraźnię: dziesiątki kamer telewizyjnych na stadionie, w halach i na basenach. To sprawiło, że musiałem zmienić koncepcję wydania kroniki. Uznałem, że nie możemy konkurować z telewizją, ale możemy pokazać na ekranach to, czego telewizja nawet nie zauważy. Moja propozycja początkowo nie spotkała się z uznaniem Janusza Kreczmańskiego, ale w końcu po burzliwych dyskusjach osiągnęliśmy kompromis… Dodam tu jeszcze, że mając akredytację prasową, mogliśmy filmować określone dyscypliny sportu tylko z miejsc przeznaczonych dla publiczności.
Dzięki ogromnej wiedzy Janusza o sporcie i zawodnikach, którą zadziwiał dziennikarzy w Centrum Prasowym, a także służby porządkowe i hostessy na stadionie i w halach sportowych, bezbłędnie filmowaliśmy polskich i zagranicznych zwycięzców. Miłośnicy sportu, po tragicznych zajściach w Monachium, nie mieli wstępu do wioski olimpijskiej, my mogliśmy tam filmować bez przeszkód, rychło się okazało, że staliśmy się łącznikami między Polonią a reprezentantami kraju.
Do księdza Andrzeja zgłaszali się Polacy zamieszkali w Kanadzie i przesyłali za naszym pośrednictwem „drobne prezenty” sportowcom polskim. W sposób zamierzony i przemyślany filmowaliśmy całą otoczkę związaną z Olimpiadą.
Na obrzeżach stadionu spotkaliśmy polską doktorantkę Uniwersytetu McGill, która sprzedawała różne drobiazgi – pamiątki związane z Olimpiadą. To od niej dowiedzieliśmy się, że młodzież ze wszystkich placówek dyplomatycznych, ucząca się i studiująca, zarabia pracując na Igrzyskach, organizatorzy Olimpiady zwrócili się bowiem do wszystkich ambasad i konsulatów z prośbą o pomoc. Placówki dyplomatyczne krajów socjalistycznych zabroniły swojej młodzieży zarabiania dolarów. Ideologia wzięła górę nad rozumem. W Ottawie, gdzie wraz z księdzem Andrzejem uczestniczyliśmy w przyjęciu, w polskiej ambasadzie z okazji święta 22 lipca poznaliśmy polskiego milionera, który opowiedział nam, jak to z pobudek nie tylko merkantylnych zainwestował w Polsce na początek 100 tysięcy dolarów. Otóż postanowił zamówić w fabryce w Łodzi partię dywanów i sprzedać ją w Kanadzie. Sprowadził nawet do kraju klonowego liścia polskiego artystę, umieścił go w rezerwacie Indian, aby przez miesiąc studiował wzornictwo, po to, by później przygotować projekty z indiańskimi motywami. Artysta wywiązał się z zadania nadzwyczaj szybko. Ale fabryka nie mogła rozpocząć produkcji, bo indiańskiego wzoru nie umieszczono w planach produkcyjnych. Po roku oczekiwania milioner postanowił więc wycofać swoje pieniądze, niestety nie chciano mu ich zwrócić, bo zwrotu wcześniej nie zaplanowano. Czy była to tępota biurokratów, czy celowa polityka zniechęcenia inwestorów polskiego pochodzenia? Trudno powiedzieć. Syn owego milionera studiował w Ottawie, a ponieważ uzyskiwał same celujące oceny, mógł korzystać ze zwrotnego, ale nie oprocentowanego stypendium. I korzystał, przez cały okres studiów wpłacał stypendium na lokatę i uzyskiwał odsetki. Pracował oczywiście na Olimpiadzie.
Syn innego polskiego milionera w czasie wakacji pracował w przedsiębiorstwie swojego ojca jako robotnik za 7,5 dolara za godzinę, anonimowo oczywiście, aby zarobić pieniądze na wyjazd do Europy. – Nie stać cię na to, by zafundować synowi wakacje w Paryżu? – zapytał Janusz. – Oczywiście, że mnie stać, ale mój syn musi poznać ciężką pracę, aby szanował robotników, gdy mu przekażę firmę. Eddy Wrzesiński, który utrzymywał dobre stosunki z ojczyzną chciał zakupić dla swojej firmy budowlanej kilka polskich dźwigów, bo jego zdaniem dorównywały one jakością zachodnim, ale transakcja nie doszła do skutku, polski producent nie mógł dostarczyć części zamiennych w odpowiednim terminie co gwarantowały firmy zachodnie. Te i tym podobne opowieści dawały nam dużo do myślenia. Wróćmy jeszcze na chwilę do Ottawy, na spotkaniu w polskiej ambasadzie, poznaliśmy wielu interesujących Polaków, niestety, czas nam nie pozwalał nakręcić o nich tematów dla PKF.
Po uroczystościach w ambasadzie pojechaliśmy do prywatnego mieszkania radcy handlowego (BRH). Spotkanie przebiegało w bardzo polskiej atmosferze i bez dyplomatycznego protokołu. Zamrożona wyborowa smakowała znakomicie, nie dziwiło mnie, że ksiądz Andrzej nie opuszcza kolejek, sądziłem więc, że w drodze powrotnej samochód poprowadzi jakiś abstynent. Tymczasem za kierownicą siadł ksiądz i ruszyliśmy do Montrealu.
Autostrada, pusta zresztą, biegła przez lasy i nasz kierowca nie zdejmował nogi z gazu. Kiedy tak pędziliśmy, usłyszeliśmy głos policyjnej syreny. Ksiądz natychmiast zwolnił, a kiedy policjant nakazał, by zjechał na pobocze i zatrzymał się, posłusznie wykonał polecenie. Policjant zasalutował, powiedział dzień dobry i poprosił o dokumenty, uważnie je przeczytał, przyjrzał się nam i prowadzącemu samochód, a wreszcie zwracając się do księdza powiedział: ty piłeś. Ksiądz przyznał policjantowi rację i dodał, że wracamy z ambasady, z przyjęcia z okazji narodowego święta Polski. – No, dobrze, rozumiem cię doskonale, ale proszę jedź ostrożnie i nie przekraczaj dozwolonej szybkości. Cała nasza trójka odetchnęła z ulgą, a ksiądz przyrzekł policjantowi, że szybkości nie przekroczy.
Innym razem, gdy w upalny lipcowy dzień ksiądz Andrzej wiózł nas na stadion, a spieszyliśmy się ogromnie, przejechaliśmy puste, boczne skrzyżowanie na czerwonych światłach. Nie wiadomo skąd wyrósł przed nami samochód policyjny. Andrzej (byliśmy już po bruderszafcie) nie miał przy sobie dokumentów, był bowiem tylko w koszuli. Policjant natychmiast połączył się z centralą sprawdził dane i powiedział, iż ksiądz mówi prawdę. Mandatu nie wręczył, gdyż uznał, że zagrożenie spowodowane przez kierowcę było znikome.
Ksiądz Andrzej pomagał nam w realizacji zdjęć, ułatwiał poruszanie się po mieście, dzięki niemu zobaczyliśmy wodospad Niagara, byliśmy w rezerwacie Indian. Do centrum rezerwatu po przekroczeniu bramy prowadziła szeroka aleja, po obu jej stronach stały wigwamy, w których Indianie sprzedawali swoje wyroby i pamiątki nazywane u nas wyrobami ludowymi. Zatrzymaliśmy się przy jednym z takich wigwamów i Janusz zaczął filmować Indianina w pióropuszu na głowie z pięknym orlim nosem. W pewnej chwili Indianin odezwał się do nas: o widzę i słyszę, że panowie z Polski. – Gdzie się pan nauczył mówić po polsku? – W Białymstoku, bo ja jestem Żydem urodzonym w Polsce, tylko moja żona to rodowita Indianka. Ucieszyliśmy się, że nawet tu spotkaliśmy rodaka.
Ksiądz należał do ludzi nadzwyczaj gościnnych, poświęcał nam dużo wolnego czasu, pewnego popołudnia zaprosił nas do kina na film erotyczny, kiedy indziej zaś zaprowadził do lokalu „go, go girls”, gdzie bawiliśmy się doskonale.
Na plebanii często bywali polscy dziennikarze obsługujący Olimpiadę. Ksiądz lubił biesiadować. Często prowadziliśmy z nim długie dyskusje, w których udowadniał nam, że żyjemy w państwie policyjnym. Mawiał: w Polsce paszporty wydaje władza tylko tym osobom, które są lojalne. Tu, w Kanadzie paszport jest prawem obywatela, to władza musi tłumaczyć się przed sądem, gdyby nie wydała Kanadyjczykowi paszportu. Gdy przekraczacie bramę plebanii widzicie napis, że to teren prywatny i każdy to szanuje, nawet policja. Bez nakazu służby porządkowe i policja nie mają prawa tej bramy przekroczyć, a w Polsce? Czy istnieje w Polsce wolna prasa?
Któregoś wieczoru, gdy dyskutowaliśmy o tym, jak świat powinien być urządzony, do salonu wszedł wysoki bardzo dobrze zbudowany mężczyzna z wielkim kartonowym pudłem w ręce. Przywitał się tylko z Andrzejem, wymienili kila zdań, zostawił karton na stole i szybko się pożegnał. Gdy tylko zamknął za sobą drzwi, ksiądz wyciągnął z kartonu ogromną butelkę z uchem, pełną whisky. Wikarego, natychmiast posłał po lód i opowiedział, dlaczego ten wysoki, przystojny mężczyzna, Niemiec, przyniósł mu aż pięciolitrową butlę whisky. – Otóż moi panowie – zaczął opowieść Andrzej- ten pan uczynił to z wdzięczności. „Dwa lata temu rozwiódł się z żoną, ale po dwudziestu dwóch miesiącach doszli do wniosku, że są sobie przeznaczeni i postanowili pobrać się ponownie. Przyszli do mnie i związałem ich po raz drugi węzłem małżeńskim (ksiądz jest w Kanadzie urzędnikiem stanu cywilnego), wszystko odbyło się według woli Bożej i zainteresowanych. Ale po miodowym miesiącu ów pan, którego przed pół godziną widzieliście, przyszedł do mnie z rozpaczliwym pytaniem: „Poradź mi wielebny, co mam robić, abym mógł się kochać ze swoją żoną tak jak Bóg przykazał. Mimo że żyjemy dobrze, pomagamy sobie, rozumiemy się, a sporów nie prowadzimy, gdy kładziemy się w łóżku, a ja pytam żonę czy chce kochać się ze mną, ona odpowiada, że nie ma ochoty. Co mam robić?” „Nie pytać, tylko żonę popieścić, a potem postąpić jak mężczyzna” – poradziłem. Ta butla jest świadectwem, że rada poskutkowała”.
Ksiądz Andrzej nalał do szklanek szkockiego trunku, ksiądz Mieczysław Klekot dosypał lodu, a wszyscy ochoczo wypiliśmy zdrowie szczęśliwych małżonków.
Pewnej soboty ksiądz Andrzej zaprosił mnie na mszę i ślub młodego Polaka, zapewniał, że ceremonia zaślubin z pewnością okaże się dla mnie, dziennikarza, interesująca. Wybrałem się na mszę i oczekiwałem na młodą parę. Na ślubnym kobiercu stanął przystojny, młody, dwudziestoparoletni mężczyzna, którego do ołtarza przywiodła starsza pani – z pewnością matka – pomyślałem, szybko jednak przekonałem się, że jest to panna młoda, Włoszka po pięćdziesiątce. Na zakończenie, już po założeniu obrączek, ksiądz zwrócił się do pana młodego: pocałuj żonę. Młody mężczyzna na ułamek sekundy zawahał się i pocałował ją… w policzek. Na plebanii Andrzej opowiedział resztę historii. Młodzieniec przyjechał do rodziny tylko na trzy miesiące, ale zdobył pracę i szybko zaczął dobrze zarabiać, żal było wracać nad Wisłę. Rodzina znalazła „starą pannę”, Włoszkę, która za pięć tysięcy dolarów kanadyjskich zgodziła się poślubić młodzieńca, z zastrzeżeniem, że koszty rozwodu poniesie małżonek.
Drugi ślub, w jakim uczestniczyliśmy, odbywał się w Toronto. Biskup Kościoła polskokatolickiego wydawał za mąż córkę. Było to wydarzenie na tyle ważne wśród Polonii kanadyjskiej, że na wesele wybrał się osobiście Eddy Wrzesiński. Podjechał pod plebanię białym lincolnem – to nie był samochód, ale „amerykańskie dzieło sztuki”, tak długie, iż się wydawało, że gdy przód skręca w lewo, to tył jaszcze jedzie prosto! A wnętrze – luksusowe – budziło podziw, jak komnata w pałacu szejka: czerwone skórzane fotele, lodówka, telewizor, a deska rozdzielcza z tymi wszystkimi zegarami i czujnikami sama w sobie była oddzielnym zjawiskiem. Taki samochód w Warszawie jeszcze dziś przyprawiłby wielu o zawrót głowy, a my jechaliśmy do Toronto w roku 1976!
Po drodze wielebny Andrzej i Eddy omawiali bieżące sprawy biznesowe wymieniając poglądy i podejmując decyzje. Very reverence Andrzej poinformował Eddy’ego, że w najbliższą niedzielę pojawi się w kościele prezydent Polski na uchodźctwie. Właściciel lincolna powiedział, że tej decyzji nie może zaakceptować, gdyż nie uznaje rządu londyńskiego. I ksiądz Andrzej zapewnił sponsora, że naturalnie powiadomi o tym prezydenta na uchodźctwie. Gdy panowie zakończyli rozmowę na bieżące tematy, Eddy zapytał jak nam się podoba pojazd? Odpowiedzieliśmy, że nadzwyczajnie i w ogóle, że jeszcze takim samochodem nigdy nie jechaliśmy. Właściciel lincolna poinformował nas, że jesienią musi się pozbyć samochodu i kupić inny. Dlaczego? – zapytaliśmy z Januszem niemal jednocześnie. To, kwestia konkurencji i prestiżu – odpowiedział Eddy. Gdybym w przyszłym roku jeździł tym samym samochodem, konkurencja rozpuszczałaby wieści, że moja firma niezbyt dobrze się rozwija i straciłbym klientów.
Gdzieś w połowie drogi Eddy zatrzymał samochód na placyku specjalnie do tego przygotowanym i zapytał, czy mamy ochotę na piwo? A kiedy usłyszał pozytywną odpowiedź, otworzył lodówkę i wyjął cztery butelki prawdziwego, schłodzonego „Żywca”! W Kanadzie pachnącej żywicą zapachniało oddaloną o tysiące kilometrów ojczyzną, naszą ludową. W Toronto przyjęto nas z polską gościnnością, a następnego dnia uczestniczyliśmy w uroczystości zaślubin i przyjęciu weselnym.
Samo wesele przygotowano w stylu polskim, z akcentem na zwyczaje ludowe. Trudno powiedzieć, ilu gości przewinęło się przez sale recepcyjne siedziby biskupa, ale bez przesady można stwierdzić, że mnóstwo. Mieliśmy przegląd całej Polonii w Toronto, tu nikt się nie krępował, więc podziały polityczne i obyczajowe ujawniły się z całą jaskrawością. Kanadyjczycy rosyjskiego i ukraińskiego pochodzenia trzymali się razem i stąd czerpali siłę. Polacy, skłóceni, rozwichrzeni dostarczali tematów do polish jokes. Było nam doprawdy przykro. Janusz Kreczmański o mało się nie rozchorował z irytacji, bowiem „weselnicy” jak tylko dowiadywali się, że przyjechaliśmy prosto z Polski z całą szczerością sięgali do portmonetek i wkładali nam do butonierek zielonego „dulara”…
W czasie trwania Olimpiady Kanada przeżywała dramatyczne zdarzenia. Oto szermierz z reprezentacji Związku Radzieckiego zakochał się w pięknej Ukraince i postanowił zostać w kraju klonowego liścia. Zaprotestowało kierownictwo radzieckiej reprezentacji i wtedy prasa, radio i telewizja wyolbrzymiły problem do niebywałych rozmiarów. Na pierwszych stronach gazet, w informacjach telewizyjnych na pierwszym miejscu pojawiało się pytanie: czy rząd Kanady udzieli azylu zakochanemu chłopakowi? Sportowcy spod znaku pięcioramiennej gwiazdy, sierpa i młota na znak protestu nie wchodzili na podium, gdy zdobywali medale olimpijskie. Ksiądz Andrzej nie dał ponieść się emocjom i ze stoickim spokojem twierdził, że chłopak nie dostanie azylu i wróci nad Wołgę. Związek Radziecki kupuje zbyt dużo pszenicy – wyjaśniał – i Kanada nie zaryzykuje utraty kontraktu przynoszącego gospodarce miliony dolarów. Szermierz radziecki powrócił do ojczyzny Lenina, co się z nim stało prasa kanadyjska nie poinformowała, choć Janusz Kreczmański nie miał najmniejszych wątpliwości, jaką cenę ów młodzieniec zapłaci.
Drugim wydarzeniem, które trzymało w napięciu sportową publiczność Kanady, był finałowy mecz siatkówki między drużyną polską i radziecką. Prasa kanadyjska, nie tylko zresztą sportowa, radio i telewizje nagłośniły finał do granic wytrzymałości. Trener, Jan Wagner, stał się bohaterem mediów, publikowano jego życiorys i wypowiedzi. Podobnie przedstawiano trenera naszych rywali. I choć prasa i telewizja na ogół prezentowały obie drużyny obiektywnie, wyczuwało się, że nieco większą sympatią darzą drużynę naszych rywali. Czyżby znowu zadziałała pszenica? Dla Janusza Kreczmańskiego i dla mnie wielkim wydarzeniem był także finał piłki nożnej. Nasza drużyna „grała o złoto” z drużyną NRD, mieliśmy w tym meczu olbrzymie szanse… Finałowym spotkaniem ekscytowała się nie tylko kanadyjska Polonia, ale także polscy dziennikarze obecni w Montrealu. Nic więc dziwnego, że w dniu meczu polska jedenastka była oblegana przez dziennikarzy z całego świata.
Tuż przed meczem, już w pomieszczeniu na stadionie, polscy dziennikarze otrzymali od trenera, Kazimierza Górskiego, pięć minut na rozmowę z reprezentacją. Najbardziej oblegano Jana Tomaszewskiego, sławnego bramkarza, który „powstrzymał Anglię…” Jeden z kolegów zapytał go wprost: „Panie Janku, iloma golami wygrywamy?” „Jeszcze nie wiemy, za ile gramy” – odpowiedział pan Janek. W Montrealu zdobyliśmy srebrny medal!
Panu Janowi Tomaszewskiemu przypomniałem tę rozmowę dwa lata później w Rosario, w Argentynie, gdy w hotelowej kawiarni siedzieliśmy przy jednym stoliku z nim i Zbigniewem Bońkiem. Ale o tym nieco później.
Wyjeżdżaliśmy z Montrealu pełni wrażeń, bogatsi o nowych przyjaciół. Spakowani, siedzieliśmy przed plebanią, czekając na księdza Andrzeja, który pisał list do swojej mamy mieszkającej w Piotrkowie Trybunalskim. Wtedy na placyk przed budynkiem wjechał samochód policyjny, zaparkował, a siedzący w nim policjanci zaczęli nas uważnie obserwować. Gdy tylko pojawił się gospodarz, wskazałem na samochód i zapytałem, przypominając sobie dyskusje z Andrzejem, ciekawe czy mają nakaz, aby nas obserwować? Ksiądz Andrzej wstał z krzesła i ruszył w kierunku samochodu, chwilę rozmawiał z policjantem, po czym wrócił i powiedział: „Nakazu, aby was śledzić nie mają, dostali jednak rozkaz, by bezpiecznie dowieźć was na lotnisko…”

PKF – FTF Z PKF przez Polskę i Świat - Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL

Na początku maja 1975 roku, na zaproszenie Polskiej Kroniki Filmowej przyjechali z Monachium do Warszawy Hans Lipp i Olga Drumm, z Fox Toenende Wochenschau. Hans Lipp nie ukrywał rozdrażnienia. Zapytałem go, jakie są przyczyny jego nastroju, czy źle się czuje w Warszawie? „Wyobraź sobie, że przyczyną mojego samopoczucia jest Czechosłowacja, która nie dała nam wizy i musieliśmy jechać do Polski przez NRD i do tej pory nie mogę ochłonąć ze złych przeżyć związanych z przejazdem przez brunatne terytorium”. Spróbowałem poprawić nastrój gościowi kroniki. Zadzwoniłem do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i w Departamencie Prasy przedstawiłem problem. Po pół godzinie usłyszałem w słuchawce: „dostarcz szybko te paszporty”. Na drugi dzień szef Fox Toenende Wochenschau i jego przyjaciółka mieli już czechosłowacką wizę w paszportach! Zyskałem w ten sposób wdzięczność i niemal dozgonną przyjaźń Hansa!
Lipp przyjechał do Polski najnowocześniejszym modelem BMW, z wieloma urządzeniami elektronicznymi, o których nad Wisłą wiedzieli zaledwie profesjonaliści. Hans miał w sobie coś z aktora, pozera i Prusaka! Toteż wcale mnie nie zdziwiła tablica rejestracyjna samochodu z indywidualnym numerem: „Monachium 1”. Takim to pojazdem, wraz z Marią Dehn, wyruszyliśmy w Polskę. Przedtem jednak rozłożyłem w redakcji przed gośćmi wielką mapę Polski i poprosiłem, aby wybrali trasę podróży. Nie chciałem im nic narzucać.
W drodze do Poznania, w okolicy Wrześni, wstąpiliśmy do Państwowego Gospodarstwa Rolnego, gdzie nasi goście mogli zobaczyć nowoczesną, postawioną na wysokim poziomie hodowlę. Ubrano nas tu w specjalne odkażone buty, założono białe fartuchy, białe czapki i ruszyliśmy na zwiedzanie obór i chlewni. Hans nie należał do ludzi okazujących swoje uczucia. Obserwowałem go uważnie i zauważyłem, że nie zdołał ukryć zaskoczenia tym co zobaczył. Zdziwiło go też, że dyrektor gospodarstwa i główny zootechnik swobodnie posługiwali się językiem niemieckim. Mnie zaś Lipp zadziwił znajomością problemów związanych z rolnictwem. Dyskutował i porównywał, zadawał mnóstwo pytań.
W Poznaniu odpoczywaliśmy, zaprosiliśmy Olgę i Hansa na najlepszą w Wielkopolsce golonkę po bawarsku. Wcześnie rano wyruszyliśmy do Gniezna, żartowaliśmy, że szlakiem Ottona. W Gdańsku zwiedzaliśmy świątynie i świeckie zabytki, w kościele Najświętszej Marii Panny Hans zwrócił uwagę na niemieckie napisy, wyraził zdumienie, że ich nie usunęliśmy. Skwitowaliśmy jego zdziwienie krótko, te napisy należą do polskiej i niemieckiej historii.
W katedrze oliwskiej Olga i Hans wykryli w gablocie spis filmów polecanych wiernym przez Kościół katolicki. Najwięcej na liście było tytułów filmów radzieckich.
W drodze do Malborka, Hans wskazał na zabudowania oddalone od głównej drogi o jakieś osiemset metrów i zapytał, czy możemy tam zajechać. W starym pałacu mieściły się biura PGR i przedszkole, budynki mieszkalne pochodziły już z czasów socjalistycznych, stajnie natomiast i obory były chyba rówieśnikami pałacu. Nasz gość chodził po rozległym podwórku swobodnie, wydawało się, że je zna doskonale. Nie zadawał pytań i my też o nic nie pytaliśmy.
Przed zamkiem w Malborku stanęliśmy 9 maja 1975 roku. Piszę o tym, bo zaraz po zwiedzeniu muzeum wyruszyliśmy do Warszawy, miałem zamiar zaprosić Olgę i Hansa na uroczystości na Placu Zwycięstwa. Niestety, gdy opuszczaliśmy Malbork, ten wspaniały samochód najzwyczajniej w świecie stanął na środku ulicy. Sprowadzony mechanik podniósł maskę pojazdu, pokręcił głową i powiedział, że taki silnik widzi pierwszy raz w życiu i nie podejmuje się w nim grzebać. Na szczęście w Malborku znaleźliśmy litościwego taksówkarza, który za godziwą opłatą zgodził się nas doholować do stolicy. Ale pod hotel Europejski dotarliśmy po 22. Nasi goście nie zobaczyli apelu poległych i święta zwycięstwa.
Olga Drumm bardzo interesowała się życiem w Warszawie w czasie niemieckiej okupacji, powstaniem w getcie i powstaniem warszawskim. apytałem więc, czy chcieliby obejrzeć film dokumentalny, „A jednak Warszawa,” zrealizowany przez Francuzów? Wyrazili zainteresowanie. W czasie projekcji, Olga Drumm zemdlała! A Hans Lipp, po zakończeniu krzyczał na cały głos, że w Niemczech film jest zupełnie nieznany! Zapytał, czy mogę mu udostępnić fragmenty tego filmu. Nasi goście byli wzburzeni tym, co zobaczyli na ekranie, a najbardziej zdjęciami zrealizowanymi przez operatorów Wehrmachtu.
Z Monachium Hans Lipp przysłał do mnie list: „Drogi Mirosławie, Po powrocie z naszej niezwykle interesującej podróży po Polskiej Republice Ludowej, którą mogliśmy odbyć dzięki Pańskiemu zaproszeniu, chciałbym tą drogą wyrazić Panu nasze najgłębsze podziękowania. Dzięki Pańskiej uprzejmości mieliśmy okazję poznać kraj i ludzi, o których myślimy z najgłębszym szacunkiem. Odbudowa pięknych polskich miast oraz uroda polskiego pejzażu wywarły na nas głębokie wrażenie. Pańska przyjaźń i pomoc, które przypadły nam w udziale w czasie naszej podróży, były dla nas wyrazem osobistej przyjaźni. Sądzimy, że podróż ta zbliżyła nas bardzo zarówno w sprawach służbowych, jak i prywatnie i chciałbym wyrazić nadzieję, że wielu moich rodaków będzie miało okazję, aby poznać Pańską Ojczyznę i jej mieszkańców. Prosimy Pana i niestrudzoną Marię Dehn o przyjęcie naszych najserdeczniejszych podziękowań. Mam nadzieję, że w niedługim czasie znów się zobaczymy – być może w Republice Federalnej. Szczerze oddani. Hans Lipp i Olga Drumm”.
List potraktowałem jak zwykły gest grzecznościowy, miły, ale do niczego nie zobowiązujący. Z Hansem Lippem wymienialiśmy całe wydania kronik, w związku z tym, raz w tygodniu oglądaliśmy na Chełmskiej Fox Toenende Wochenschau. W tydzień czy dwa po liście przysłał nam kronikę monotematyczną, całą poświęconą Polsce. Pokazał w tym wydaniu z prawdziwą drastycznością jak Niemcy palili Warszawę i najpiękniejsze zdjęcia Polski pochodzące z naszych wydań. Fox Toenende Wochenschau kończy się zdjęciami z podpisania 7 grudnia 1970 roku przez premiera Józefa Cyrankiewicza i kanclerza Williego Brandta układu o normalizacji stosunków między Polską i RFN. Na zdjęciu jest także Władysław Gomułka. Na tych oficjalnych zdjęciach – słowa komentarza – „Polacy są dobrymi i niesłychanie gościnnymi ludźmi. Ale jeśli zdarzy się, iż w czasie odwiedzin w Polsce jakiś Polak nie poda Niemcowi ręki nie miejcie o to żalu. Po tym, co w tym kraju zrobiliśmy, będzie to gest zrozumiały”.
Byłem przejęty wydaniem Fox Toenende Wochenschau zrealizowanym przez Hansa Lippa, tym bardziej, że nie zawsze kroniki ukazujące się w RFN przedstawiały Polskę obiektywnie. Z dr. Gerhardem Hollandem z „Blick In Die Welt” toczyłem na przykład spory o interpretację wydarzeń historycznych. Byłem przejęty uczciwym, aż do bólu, przedstawieniem przez Lippa czasów panowania faszystowskich Niemiec w Polsce.
Opowiadałem o „niemieckiej kronice” w Wydziale Prasy i o tym, że zamierzam bez żadnych zmian pokazać ją w Polsce. Wtedy Jan Grzelak zapragnął osobiście wydanie niemieckie obejrzeć. Po projekcji oznajmił, że może ukazać się na polskich ekranach, ale trzeba usunąć ujęcia z Władysławem Gomułką. Początkowo nie chciałem uwierzyć w słowa, które usłyszałem. Kto dał prawo pracownikowi (aparatczykowi) KC wymazywania z historii Polski człowieka, który w zagospodarowanie Ziem Zachodnich włożył tyle wysiłku i wniósł ogromny wkład w podpisanie układu o normalizacji stosunków Polski i Republiki Federalnej Niemiec? Widzowie polskich kin nie obejrzeli wydania Fox Toenende Wochenschau poświęconego Polsce, nie zamierzałem fałszować historii.
Polska Kronika Filmowa w opisywanych latach bardzo się umocniła w INA, sprawiła to nasza otwartość, kroniki, które wymienialiśmy z partnerami, a także wydania prezentowane w czasie kongresów. Wzrosła liczba tematów polskich, zamieszczanych przez kroniki zagraniczne. Do umocnienia się naszej pozycji w międzynarodowej rodzinie kronik przyczyniły się także wizyty w Warszawie Colin-Revala, sekretarza generalnego INA, i Hansa Lippa właśnie, cieszącego się dużym autorytetem wśród
kronikarzy świata.
O tym, że traktowano nas jak pełnoprawnych partnerów, może świadczyć także fakt, że po upływie mojej kadencji jako wiceprezydenta INA, wybierano mnie przez kilka kadencji na przewodniczącego komisji rewizyjnej tej organizacji. W związku z tym wyjeżdżałem dość często do Paryża. Moi przyjaciele żartowali sobie ze mnie, że wyjeżdżam do stolicy Francji częściej niż do Moskwy, a to się może dla mnie źle skończyć. W czasie jednego z moich pobytów w Paryżu, Colin-Reval, zaprosił nas – Marię Dehn i dr Laszko Bokora, szefa Magyar Filmhirado – do Moulin Rouge na kolację i oczywiście rewię. W pewnej chwili rozsunęła się kurtyna, odsłaniając wielkich rozmiarów telewizor, na którego ekranie ukazała się po kilku sekundach, twarz prezydenta Francji, Valéry’ego Giscarda d’Estaing, który witał publiczność w Moulin Rouge, zapowiadając, że właśnie tu zobaczymy najpiękniejsze dziewczyny świata i najdłuższe nogi Paryża. Paryż jest najmilszą stolicą świata, a Francja największą potęgą miłości – zachwalał.
Podobieństwo ucharakteryzowanego aktora do prezydenta było wyprost nie do wykrycia. Twarz prezydenta miałem świeżo w pamięci, bo zaledwie dwa tygodnie wcześniej skończyłem realizację filmu z pobytu Valéry’ego Giscarda d’Estaing w Polsce. Colin-Reval zapytał czy coś takiego jest możliwe u nas? Odpowiedziałem, że z pewnością tak, gdyby nie trudności ze znalezieniem aktora. Edward Gierek jest wszak nie do podrobienia.
Po spektaklu, w drodze powrotnej do hotelu, Colin-Reval, zapytał czy interesowałaby mnie praca w Pathé przy realizacji kronik dla krajów afrykańskich? Praca w Polskiej Kronice Filmowej dawała mi dostatecznie dużo satysfakcji. Odpowiedziałem, więc że nie widzę się w takiej roli.
W kwietniu 1977 roku odbyło się w Paryżu spotkanie władz INA, uczestniczyli w nim przedstawiciele kronik: Belgavo – Belgia; NO-DO – Hiszpania; PKF – Polska; SATPEC – Tunezja; Magyar Filmhirado – Węgry, przedstawiciele kronik francuskich i Sekretarz Generalny INA. Spotkanie spowodowała informacja kolegów z Moskwy, iż Związek Radziecki zrezygnował z organizacji kongresu INA. Postanowiono, że najbliższe spotkanie odbędzie się jesienią w Paryżu, w gmachu UNESCO, z udziałem czołowych przedstawicieli tej organizacji. W roku 1978 kongres zorganizuje kronika austriacka. Zwrócono się do PKF z prośbą o rozpatrzenie możliwości zorganizowania Zgromadzenia Generalnego INA w Polsce w 1979 roku.
Plany jednak zmieniły się, w Paryżu kongres odbył się dopiero w 1978 roku, a w roku 1979, na przełomie maja i czerwca, kronikarze z całego świata przylecieli do Moskwy. Uczestniczyłem w kongresie w Moskwie tylko przez trzy dni, potem wróciłem do Warszawy, w związku z pierwszą wizytą Jana Pawła II. Moi koledzy z Francji nie ukrywali zdziwienia, że opuszczam kongres w Moskwie dla wizyty papieża. Przez te trzy dni mieliśmy z Marią Dehn w Moskwie sporo pracy: operatorom z kilku zachodnich kronik zatrzymano na lotnisku kamery, więc ich szefowie przychodzili do nas z prośbą o pomoc. Ludzie z krajów zachodnich przyzwyczajeni do uprzejmości i życzliwości byli delikatnie mówiąc zaskoczeni służbowym tonem rozmów na lotnisku, w hotelowej recepcji i restauracji, gdzie kelner wyznacza stolik i nie ma dyskusji.
Po powrocie z Moskwy Maria Dehn poinformowała mnie, że znowu wybrano mnie na przewodniczącego komisji rewizyjnej INA.

Awans Z PKF przez Polskę i Świat - Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL

Kronikę różniły od telewizji Szczepańskiego nie tylko sprawy warsztatowe, ale przede wszystkim sposób ukazywania Polski.

Pierwszego lutego 1973 roku, dyrektor Wytwórni Filmów Dokumentalnych – wydawca Kroniki, podpisał ze mną umowę, „powierzając” mi stanowisko redaktora naczelnego Polskiej Kroniki Filmowej. Dotychczasowy szef PKF, Michał Gardowski, przeszedł do pracy w Komitecie do Spraw Radia i Telewizji na stanowisko wiceprezesa, czyli na zastępcę Macieja Szczepańskiego, który w październiku 1972 roku objął kierownictwo Radiokomitetu i ściągał na Woronicza zdolnych ludzi.
Przepracowałem z Michałem Gardowskim trzy i pół roku, wspominam ten czas, jako bardzo dobry w moim życiu, kilka razy naraziłem szefa na kłopoty, wynagradzałem mu to lojalnością i ciężką pracą. Prawda, Michał kilka razy postąpił wobec mnie niezbyt elegancko, ale były to drobiazgi bez większego znaczenia. O dwóch z nich opowiem, bo są one charakterystyczne dla czasów, które tu opisuję.
Podczas nieobecności Michała w redakcji, otrzymałem polecenie z KC PZPR szybkiej realizacji filmu pt. „Pomożemy.” W sprawach merytorycznych miałem kontaktować się z Józefem Bareckim, redaktorem naczelnym „Trybuny Ludu”, a do napisania tekstu wyznaczono Jerzego Ambroziewicza. Film powstawał z materiałów archiwalnych PKF i był przeznaczony dla ambasad i polskich placówek kulturalnych za granicą. Można nawet powiedzieć, że było to monotematyczne wydanie PKF, tyle, że bez czołówki i zredukowane na taśmę 16 milimetrów, bo polskie placówki dysponowały tylko takimi projektorami. Redukcję taśmy z 35 milimetrów miała wykonać Wytwórnia Filmowa „Czołówka”. Montaż filmu „Pomożemy” powierzyłem pani Agnieszce Bojanowskiej, cieszącej się opinią doskonałej i szybkiej montażystki.
Kiedy wydanie zostało nagrane, a „Czołówka” kończyła redukcję taśmy, Jerzy Łukaszewicz, sekretarz KC PZPR, przyjechał na Chełmską obejrzeć film o poparciu dla Edwarda Gierka przez polskie społeczeństwo, a przede wszystkim „przez klasę robotniczą”. Michał Gardowski wrócił właśnie z zagranicy, zaprowadziliśmy więc Łukaszewicza na salę D, gdzie odbywała się projekcja. Po zakończeniu pokazu sekretarz oznajmił, że zamierza wprowadzić w filmie pewne zmiany. Mając na myśli terminy i perturbacje z redukcją taśmy na 16 mm, zamiast postąpić jak swego czasu Jarosław Iwaszkiewicz, gdy Markow, przewodniczący literatów radzieckich zapytał go gdzie może zrobić siusiu, odpowiedział: pan może wszędzie; nie powiedziałem: towarzyszu sekretarzu, wam wolno zmienić wszystko tylko poinformowałem go, że żadnych zmian już wprowadzać nie można. Michał dostrzegł chyba zaskoczenie na twarzy Łukaszewicza, bo go natychmiast zaczął przepraszać i tłumaczyć, że braki filmu powstały, dlatego, iż nie było go w redakcji, gdyż musiał służbowo wyjechać. Reakcja Michała zdziwiła Łukaszewicza, chyba jeszcze bardziej niż moja szczera odpowiedź, bo zakończył rozmowę stwierdzeniem: skoro towarzysz Chrzanowski mówi, że już nie mogę nic zmienić, to niech tak zostanie.
A oto inny przykład. Basia Sidorczuk, moja koleżanka ze studiów, szefowa „Kobiety i Życia”, zastępca członka KC PZPR, z którą bardzo się lubiliśmy, przy okazji jakiegoś spotkania zapytała mnie wprost: „Mirku, co się z tobą dzieje, że tak nagle straciłeś samodzielność?” Nie wiedząc, co Basia ma na myśli, poprosiłem ją o bliższe wyjaśnienia. Wtedy opowiedziała mi o urlopie w Kazimierzu nad Wisłą, który spędzała razem z Gardowskimi. Mój szef, Michał, przed wyjazdem na wczasy poprosił, abym po przyjęciu pierwszej kopii kroniki, dzwonił do niego, „najlepiej w porze obiadu” i informował „czy wszystko w porządku.” Dzwoniłem więc dwa razy w tygodniu i zapewniałem, że pracujemy normalnie, pozdrawiałem Basię, jego żonę, i życzyłem miłego wypoczynku. Michał po rozmowie telefonicznej wracał do jadalni domu dziennikarza, rozkładał teatralnie ręce i żalił się: nawet na urlopie nie dają mi spokoju. Nie mówił wprost: teraz widzicie, z kim muszę pracować, ale otoczenie tak właśnie odbierało moje telefony.
Do zachowań szefa nie przywiązywałem specjalnej wagi, wychodziłem, bowiem z przekonania, że każdy człowiek ma jakieś słabostki. Drobnostki, śmiesznostki. Gdy awansował, rozstaliśmy się w najlepszej zgodzie. Zaproponował mi nawet, że dwa razy w miesiącu napisze tekst do kroniki. Propozycję przyjąłem ze zrozumieniem. Nie pamiętam ile komentarzy zdołał spłodzić, bo szybko zrezygnował, wszak wiceprezes Radiokomitetu miał dostatecznie dużo pracy
na Woronicza.
Do pierwszych animozji między nami doszło w sierpniu 1973 roku. Michał chciał bowiem reprezentować PKF na kongresie INA (International Newsreel Association – Międzynarodowe Stowarzyszenie Kronik Filmowych), który odbywał się we wrześniu w Meksyku. Nie miałem nic przeciw jego wyjazdowi, pod jednym wszakże warunkiem, że Radiokomitet sfinansuje mu podróż i pobyt na kongresie. Sam, bowiem nie zamierzałem rezygnować z wyjazdu, który umożliwiał mi poznanie władz INA i redaktorów naczelnych kronik utrzymujących z nami wymianę materiałów filmowych. I chyba swoim zachowaniem naraziłem się byłemu szefowi. Okazał mi swoją niechęć i podkreślił własne znaczenie w czasie, gdy Gdynia przygotowywała się do „Operation Sail” – parady żaglowców z całego świata. Spotkanie największych i najpiękniejszych żaglowców jest imprezą niezwykle widowiskową, stąd do PKF napłynęły z wielu kronik zamówienia na materiały. I wtedy właśnie dowiedziałem się, że wyłączność na filmowanie parady morskiej żaglowców zastrzegła sobie telewizja! A po bliższym zbadaniu sprawy uzyskałem informacje, że autorem pomysłu jest właśnie wiceprezes,
Michał Gardowski.
W tamtych czasach w Polsce Ludowej telewizja nie miała możliwości przyznawania sobie prawa wyłączności, choć prominenci z otoczenia Macieja Szczepańskiego wielokrotnie czynili próby wyeliminowania PKF z różnych imprez. Wybrałem się więc do Michała Gardowskiego, aby zapytać go na podstawie jakiego prawa przyznał sobie wyłączność. Wiceprezes na początku wizyty potraktował mnie jak petenta i dał mi do zrozumienia, że rozmawia ze mną tylko dlatego, że jest człowiekiem dobrze wychowanym. Nie spodziewał się, że mam asa ukrytego w rękawie. „Przykro mi Michale – powiedziałem wstając z fotela – iż będę musiał poinformować „Nowosti Dnia”, które proszą mnie o zdjęcia żaglowców „Kruzenszterna” i „Siedowa,” o twoim stanowisku w tej sprawie” – i wyciągnąłem rękę, by się pożegnać. „Chwileczkę – usłyszałem – to jakieś nieporozumienie”. I Michał wycofał się z wyłączności. Nie zamierzał wszak narażać się „radzieckim”, a nie domyślił się, że ja blefuję. Kronika radziecka nie przysłała żadnego zamówienia! Miała na żaglowcach
własnych operatorów.
Nie pamiętam dokładnej daty, jest to w końcu drobiazg bez znaczenia, ale podobnie jak mój były szef postąpił inny prominentny przedstawiciel telewizji. Przed przyjazdem do Polski Leonida Breżniewa na naradzie w Komitecie Centralnym Stanisław Cześnin zażądał, aby nie wpuszczać Polskiej Kroniki Filmowej na płytę lotniska, bo operatorzy PKF tylko przeszkadzają. „Uczyliście się od kroniki, a teraz usiłujecie się jej pozbyć, boicie się konkurencji?”. „Uczyliśmy się od was i dlatego zdarzają się nam błędy” – odparował – dyrektor generalny TVP. „Nie wystarczy uczyć się tylko na błędach, radzę uczyć się także na wyższych uczelniach” – ripostowałem. Zebrani na sali redaktorzy wybuchnęli głośnym śmiechem. Osłupiałem, nie wiedziałem skąd ten wybuch śmiechu, co ja takiego powiedziałem? Po naradzie ktoś mi szepnął: Staszek nie ma wyższego wykształcenia. Nie mogłem uwierzyć. Taki inteligentny i przystojny mężczyzna!
Teraz, po latach otrzymuję często pytania od osób interesujących się Polską Ludową, kiedy usunięto PKF z telewizji i z jakich powodów? Dokładnej daty nie pamiętam, a przyczyny były z pewnością różne. Najprawdopodobniej od czasu, gdy powierzono Maciejowi Szczepańskiemu funkcję prezesa Komitetu do Spraw Radia i Telewizji, kronika przestała przystawać do wizji propagandy sukcesu, której czołowym, najwybitniejszym twórcą był nie, kto inny, a właśnie Maciej Szczepański.
Kronikę różniły od telewizji Szczepańskiego nie tylko sprawy warsztatowe, ale przede wszystkim sposób ukazywania Polski. To prawda, osiągnięcia Polski Ludowej zajmowały sporo miejsca w wydaniach PKF, wszak one istniały w rzeczywistości, ale nigdy Polska Kronika Filmowa nie przestała pokazywać również niedostatków realnego socjalizmu: kobiet wracających po pracy do domu obwieszonych siatkami, kolejek, złego gospodarowania państwowymi pieniędzmi, bubli, przywar społecznych i nieudolności władz… oczywiście niższych szczebli. Przy wszystkich ułomnościach kroniki nie pouczaliśmy w komentarzach naszych widzów, nie zrezygnowaliśmy z żartu, aluzji i kpiny. Kronika dość zręcznie posługiwała się spektaklami teatralnymi, występami kabaretów, piosenkami. Ten rodzaj „uprawiania propagandy” stanowczo nie mieścił się w kanonie propagandy sukcesu, panoszącej się na ekranie telewizyjnym.
Przy wszystkich ograniczeniach i trudnościach nie utraciliśmy zdrowego rozsądku, co nas uwiarygodniało w oczach widzów i przysparzało sympatii. Można bez przesady powiedzieć, że kronika wypracowała własny styl. Kiedy usiadłem na szefowskim fotelu, podjąłem trzy pierwsze decyzje:
Wystąpiłem do władz administracyjnych o przyznanie kronice pieniędzy na honoraria dla dziennikarzy, którym dotąd nie płacono wierszówek. Zwróciłem się do władz politycznych i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z wnioskiem o zaliczenie PKF do redakcji pierwszej kategorii.
Odwołałem z kolegium redakcji, (jak się później okazało, był to poważny błąd) Jana Grzelaka, pracownika Komitetu Warszawskiego PZPR, który nie przychodził na zebrania kolegium i na nagrania kroniki, a po pieniądze
przysyłał kierowcę.
Polska Kronika Filmowa wymieniała z wieloma kronikami całe wydania, językiem wymiany był angielski, tzn., że polski komentarz tłumaczyliśmy na język angielski. Wyjątek stanowiły „Nowosti Dnia”, którym wysyłaliśmy komentarze w języku rosyjskim, a oni przysyłali nam teksty też po rosyjsku. Poprosiłem redaktor Marię Dehn, która kierowała działem zagranicznym, aby ustaliła z redakcją w Moskwie, w jakim języku będzie odbywać się nasza wymiana: angielskim, czy rosyjskim i polskim. Jeśli koledzy rosyjscy będą przysyłać nam teksty „Nowosti Dnia” w języku polskim, my będziemy wysyłać im swoje wydania w języku rosyjskim. Najmniej zadowolony z mojej decyzji był tłumacz, który stracił źródło zarobku. „Nowosti Dnia” przyjęły zmianę bez uwag. Mam nadzieję, że to, co napisałem nie zostanie odczytane w ten sposób, iż usiłowałem zademonstrować swoją niechęć w stosunku do radzieckich kronikarzy. Uznałem jedynie, że umowy zawarte na zasadach ustalonych przez INA obowiązują wszystkie umawiające się strony. Z kolegami z „Nowosti Dnia” współpraca układała mi się dobrze, a z Jurijem Awietikowem łączyły mnie przyjacielskie stosunki, przegadaliśmy nie jeden wieczór w Moskwie przy „Posolskoj”, a w Warszawie przy „Wyborowej.”
W smokingu
Tymczasem zacząłem przygotowania wyjazdu do Meksyku, było to moje pierwsze spotkanie z władzami INA i redaktorami kronik z różnych kontynentów i krajów świata. Nieocenionej pomocy udzielała mi redaktor, Maria Dehn, kierownik działu zagranicznego PKF, która znała prawie wszystkich redaktorów naczelnych, bywała na kongresach, była lubiana i ceniona przez wszystkich uczestników, o czym przekonałem się na kongresie. Z programu kongresu, jaki otrzymaliśmy wynikało, że w dzień będziemy obradować, a wieczory spędzać na balach i przyjęciach. I właśnie te wieczory stały się dla mnie pierwszym problemem.
W zaproszeniu napisano, że strój wieczorowy jest dobrze widziany, czyli obowiązkowy. Maria opowiedziała mi, że na przyjęcia szefowie kronik zachodnich przychodzą w smokingach, a socjalistycznych – w garniturach, nie zawsze zresztą ciemnych, co miało podkreślać, iż reprezentują świat pracy i mają gdzieś burżuazyjne konwenanse. Odbyłem w tej sprawie kilka narad z najbliższą rodziną i przyjaciółmi. I postanowiłem uszyć sobie na kongres INA w Meksyku smoking! A kiedy już ten przyodziewek był gotowy, wyłonił się, jak widmo… nowy problem: nie mogłem kupić do tego burżuazyjnego stroju koszuli. Nawet redaktor Rajmund Ossowski, który mógł w Polsce Ludowej kupić (załatwić) wszystko, rozłożył bezradnie ręce i oświadczył najzwyczajniej w świecie: skoro zamierzasz zatrzymać się w Paryżu, to dam ci kilka adresów i bez kłopotu kupisz, co tylko zechcesz. I wtedy koszulami zajęła się moja nieoceniona żona – Renia. W okolicach Placu Zbawiciela znalazła krawca, który jeszcze w II Rzeczpospolitej szył szlachetnie urodzonym koszule, i zaprowadziła mnie do tej pracowni, gdzie nabyłem potrzebne dodatki do smokingu!
Przedstawiciele europejskich kronik filmowych mieli zebrać się 11 września w Paryżu i stąd „Beoingiem 747”, zwanym też „Jumbo Jetem” – polecieć do Meksyku. Zjawiliśmy się – Maria Dehn, Ryszard Golc i ja – nad Sekwaną dwa dni wcześniej, zamierzałem, bowiem poznać osobiście przedstawicieli władz INA, której siedzibą była stolica Francji. Przyjął nas pan, Marcel Colin-Reval, sekretarz generalny, w sposób dość niekonwencjonalny. „Cieszę się, że wpadliście, powiedział witając się z nami, pomożecie mi kupić samochód”. Posadził nas przy stoliku, rozłożył katalog z pojazdami różnych marek i poprosił o wskazanie modelu, który każdemu z nas podoba się najbardziej. Zgodnie wskazaliśmy błękitnego peugeota, a pan Colin-Reval aż podskoczył z radości. Wybraliśmy, bowiem jego model! „Skoro jesteśmy tak jednomyślni, to uczcijmy ten fakt kawą i francuskim koniakiem” – zaproponował. „Wstępną rozmowę o pogodzie mamy już za sobą, to pozwoli pan – tu nasz rozmówca zwrócił się w moją stronę – że zapytam, co kolega sądzi o pani Helenie Lemańskiej?” Nie, byłem przygotowany na takie pytanie. Zgodnie z prawdą, odpowiedziałem, że nie miałem okazji poznać jej osobiście, ale bardzo cenię dorobek pani Lemańskiej i staram się utrzymać model kroniki przez nią stworzony.
Prawdopodobnie, gdybyśmy się spotkali i wymienili swoje poglądy polityczne, wystąpiłyby między nami pewne różnice, ale tego, co Lemańska wniosła do kroniki nikt jej nie odbierze, a już na pewno ja nie mam takich zamiarów. Kilka lat po tej rozmowie dowiedziałem się, że pytanie o Helenę Lemańską, było testem dla osób przyjeżdżających tu z Warszawy. Podczas rozmowy, do gabinetu Colin-Revala wszedł jakiś pan, z którym gospodarz wymienił parę zdań, podpisał podany mu dokument, wyjął z kieszeni kluczyki do samochodu i wręczył przybyszowi, ten mu się zrewanżował, wręczając inne kluczyki. Pożegnał się i opuścił gabinet. Okazało się, że w ten niezbyt skomplikowany sposób Colin-Reval kupił nowy i pozbył się starego samochodu. Gdy opuszczaliśmy biuro INA, gospodarz przeprosił nas za kłopot związany z odnalezieniem nowego pojazdu, przedstawiciel firmy postawił go na tej ulicy, musimy, więc peugeota odnaleźć. Czuliśmy się usatysfakcjonowani, że jesteśmy pierwszymi pasażerami nowego „wozu” i robimy rundę wokół Paryża, aby sprawdzić jego zalety.
Zamieszkaliśmy w tanim hoteliku, którego właścicielem był sympatyczny i gościnny Chilijczyk. Żegnał nas ze łzami w oczach. To właśnie od niego dowiedzieliśmy się, że zamordowano prezydenta Chile, Salvatore Allende. Na ulice Paryża wyległy tłumy, aby zaprotestować przeciw zamachowi stanu w Chile.
Po wylądowaniu w Meksyku, w czasie odprawy granicznej przekonaliśmy się, że podział świata na dwa obozy trwa tu jeszcze w najlepsze, osoby pochodzące z zachodniej Europy przepuszczono bez kontroli, natomiast nas – ze wschodniej – sprawdzano długo i dość dokładnie. Koledzy z zachodniej części naszego kontynentu denerwowali się i niecierpliwili, nie szczędząc złośliwych uwag pod adresem władz Stanów Zjednoczonych Meksyku.
13 września 1973 roku, centralną ulicą stolicy Meksyku, na której mieścił się nasz hotel, przeciągnęła potężna manifestacja, protestując przeciw juncie i śmierci prezydenta Chile. Wyszliśmy przed hotel, Ryszard Golc zaczął filmować pochód, staliśmy na chodniku, obserwując demonstrantów. W pewnej chwili nie wiadomo, dlaczego jeden z protestujących rzucił się na Marię Dehn, na szczęście koledzy z kronik filmowych stojący najbliżej Marii odpędzili napastnika.
Meksykańscy koledzy pobyt i kongres zorganizowali wprost cudownie! Obrady trwały każdego dnia krótko i tylko do pory obiadowej, po południu zwiedzaliśmy wspaniałe zabytki, a wieczorami uczestniczyliśmy w niekończących się bankietach i zabawach trwających do późnej nocy. Wspominam te wieczory do dziś, stały się one najlepszą formą nawiązywania koleżeńskich relacji ponad politycznymi podziałami. Obrady Światowego Kongresu Kronik Filmowych („Congreso Mundial De Prensa Filmada”) otworzył gość honorowy, „Señor Presidente de la República, Luis Echeverría Alvarez”, życzył owocnych obrad i zaprosił na bankiet z okazji Święta Niepodległości do Palacio Nacional.
Na przyjęciu u prezydenta napatrzyliśmy się na wytworny świat meksykańskich elit artystycznych, naukowych, przedstawicieli finansjery i biznesu. Wzrok mój przyciągały bez przerwy wytworne fryzury i toalety dam zgromadzonych w salach recepcyjnych pałacu prezydenckiego, swoboda, z jaką poruszały się wśród gości uśmiechnięte, beztroskie i szczęśliwe.
To właśnie w tym pałacu, wśród elity Meksyku, wystąpiłem w smokingu jeden jedyny raz w życiu. Koledzy z zachodniej Europy pewno tego nie zauważyli, przyjaciele z obozu socjalistycznego podobno komentowali ten fakt z przekąsem. Smoking moja żona, Renia, sprzedała w czasie stanu wojennego, gdy wyrzucono nas oboje z pracy…
Pływające ogrody
Obrady kongresu przebiegały w dobrej atmosferze, a że dotyczyły spraw przeważnie zawodowych i technicznych oszczędzę czytelnikom ich opisu. Dla wszystkich uczestników kongresu bardziej interesującą stroną tego spotkania było zwiedzanie pięknego kraju. Zaczęliśmy od Xochimilco (czyt. Soczimilko), gdzie znajdują się „The lovely „floating gardens” ( bajeczne, pływające ogrody) czekały tu na nas łodzie przybrane kwiatami w narodowych barwach, z kwiatów też były zrobione napisy z nazwami kraju. Gospodarzom udało się nie pomylić flagi polskiej z indonezyjską, choć indonezyjska ma takie same kolory tylko odwrócone. Płynęliśmy łodziami przy dźwiękach ludowych melodii granych przez zespoły mariachies.
Po skończonym rejsie obejrzeliśmy występy zespołów folklorystycznych, wśród przepięknych tancerek poznaliśmy naszą rodaczkę.
Do Xochimilco nie przyjechaliśmy autokarem, ale samochodem osobowym młodego aktora meksykańskiego, narzeczonego właśnie polskiej tancerki. Poznaliśmy go pierwszego dnia obrad. Przekonał nas, że z nim dojedziemy szybciej i Ryszard Golc będzie miał więcej czasu na robienie zdjęć. Umówiliśmy się, że po występach wrócimy do domu jego rodziny, znajdującego się sto metrów od miejsca występów. Aby nie było wątpliwości, podwiózł nas pod sam dom, przedstawił rodzinie i piechotą udaliśmy się na brzeg, gdzie stały łodzie. Przywieźliśmy z sobą kilka butelek najlepszego wytworu polskiej myśli, daliśmy, więc w prezencie przemiłemu aktorowi butelkę żubrówki. Po imprezie późnym wieczorem wróciliśmy do domu rodziny aktora. Zastaliśmy wujka, ciocię i naszego cicerone, dosłownie ściętych z nóg po wypiciu pół litra polskiej żubrówki!
Świat jest jednak piękny i pełen niespodzianek. Następny wieczór spędziliśmy w eleganckiej restauracji hotelowej, w której podejmował nas szef kinematografii Meksyku, pan Hiram Garcia Borja. Największe wrażenie zrobił na mnie taniec ognistej blondynki połączony ze strip-teasem, która okazała się… mężczyzną. Dużą niespodziankę sprawiło mi oczywiście zachowanie moich znakomitych kolegów z kronik wolnego świata, ich żon i przyjaciółek. Po zakończonym bankiecie, kiedy opuszczaliśmy salę, na stołach pozostały słodycze, czekolady, papierosy, cygara. Eleganccy panowie i towarzyszące im wytworne damy zbierali to wszystko garściami i upychali w kieszeniach, a panie ładowały do torebek co się tylko dało! No coment.
Nie mogę nie wspomnieć o Teotihuacan i sławnych piramidach Słońca i Księżyca, które uczestnicy kongresu zwiedzili z przyjemnością i podziwem. Tego wieczoru przyjęcie utrzymane było w stylu historycznym: piliśmy tequile z soku agawy i pulquę, napój alkoholowy, z soku rośliny, o nazwie maguey, uznawanej przez prekolumbijskich Indian Mezoameryki za świętą. Z jej soków wyrabiano właśnie pulque, napój oszałamiający, wprawiający w nastrój szczęśliwości i wywołujący kolorowe wizje.
W salach recepcyjnych hotelu „Aristos” podejmowano uczestników kongresu trzema rodzajami tego starożytnego trunku: białym jak mleko, gęstawym płynem o smaku gorzko słodkawym, pachnącym miodem i kokosem, zimnym i orzeźwiającym. Podawano go w glinianych czarkach. Zielona pulqua smakowała wprost nadzwyczajnie i mocno rozweselała. Pulqui różowej barmanki nie chciały nam podać, tłumaczyły, że po skończonym przyjęciu, jak będziemy wychodzić z lokalu dostaniemy po czarce, bo nie wolno jej pić w zamkniętym pomieszczeniu. Ale Rysiek (już po kilku tequilach) uparł się i jedną czarkę opróżnił przy stoliku, ja natomiast posłuchałem i dopiero, gdy opuszczaliśmy salę, w której odbywało się przyjęcie, wypiłem pod gołym niebem. Rysiek żartował sobie ze mnie, że stchórzyłem i wychodząc wypił jeszcze jedną czarkę, ale też w pomieszczeniu. Tymczasem goście różową pulquę pili dopiero po wyjściu z restauracji. Jak działał napój różowy wypity w pomieszczeniu Ryszard przekonał się rano, gdy nie mógł wstać z łóżka, a głowa bolała go tak okropnie, że tego dnia nie wziął kamery do ręki, co zdarzyło mu się jeden, jedyny raz w życiu, tymczasem ja czułem się znakomicie, a sny miałem wprost niebiańskie!
W latach siedemdziesiątych, Acapulco było w szerokim świecie opromienione wielką sławą, nazywano je kurortem milionerów, cieszyliśmy się więc, że zobaczymy ten raj bogaczy na własne socjalistyczne oczy. Ze stolicy Meksyku wyjechaliśmy wcześnie rano autokarami, co pozwalało przybyszom z różnych części świata przyjrzeć się tamtejszym krajobrazom. W drodze do wytwornego kurortu zatrzymaliśmy się w Taxco, mieście położnym na malowniczej górze, pod którą kryły się bogate złoża srebra. Miasto słynie z wyrobów ze srebra, większość sklepów sprzedaje tu srebrne patery, kielichy i kieliszki, łańcuszki, kolczyki i różnego rodzaju wisiorki w ogromnym wyborze. Nawet na obiedzie wydanym z okazji kongresu INA w kolonialnej rezydencji austriackiego księcia Maksymiliana Ferdynanda Józefa, którego Francja uczyniła monarchą Meksyku, (1864 –1867), potrawy posypano sprasowanymi pasemkami srebra. Mnie na tym uroczystym obiedzie najbardziej smakowały przepyszne pierożki. Postanowiłem więc dowiedzieć się, z jakich komponentów je przyrządzono. Zakradłem się do części kuchennej rezydencji i tu dowiedziałem się od szefa kuchni, że w środku pierożków znajdują się jajeczka mrówek meksykańskich z odpowiednimi przyprawami.
Późnym popołudniem dotarliśmy do Acapulco, gdzie wieczorem podejmował nas w hotelu Casablanka pan Israel Nogueda Otero, gubernator stanu Guerrero. Koledzy meksykańscy, którzy doskonale zorganizowali pobyt uczestników kongresu, dali nam dzień wolny i każdy mógł spędzać czas według własnego uznania. Rano, zaraz po śniadaniu, z zapasowymi kasetami z taśmą filmową wybraliśmy się nad morze, gnani chęcią sfilmowania prawdziwych milionerów w otoczeniu pięknych dziewic, na sławnej plaży w Acapulco. Spotkało nas tu największe rozczarowanie podczas całego pobytu w Meksyku. Dowiedzieliśmy się otóż, że milionerzy nie wychodzą na plażę dostępną dla zwykłych śmiertelników, mają, bowiem swoje plaże we własnych rezydencjach, dokąd prawdziwą wodę morską doprowadza się odpowiednimi rurami. Z jakiego są one kruszcu nietrudno odgadnąć.
Za to mogliśmy oglądać, a Golc sfilmował, mrożące krew w żyłach skoki chłopców z wysokiej skały do morza. Na tarasie widokowym, na wzgórzu La Quebrada, zbierają się co godzinę turyści, by po wykupieniu biletów, doświadczyć niezwykłych przeżyć. Na wysokiej skale usytuowanej naprzeciw tarasu, oddzielonej wąską szczeliną wzburzonej morskiej wody, zbierają się młodzi mężczyźni, aby skoczyć z wysokości około 40 metrów w dół! Skała ma taki kształt, że wydaje się, iż skaczący nie sięgnie wody, ale roztrzaska się o kamienisty brzeg.
Lot ze szczytu do wody, trwający zaledwie kilka sekund, sprawia wrażenie niesamowite, uczestnicy widowiska zaciskają dłonie, wstrzymują oddech, a kiedy skoczek zanurza się w wodzie z ust obserwujących bezwiednie wydobywa się okrzyk: oooh! Słyszało się w tym okrzyku ulgę i podziw. A kiedy młodzieniec wyłaniał się z morskiej głębiny na powierzchnię wody rozlegały się burzliwe oklaski.
Z Acapulco do stolicy Meksyku lecieliśmy samolotem. Wtedy dopiero zobaczyliśmy w rezydencjach milionerów setki basenów najprzeróżniejszych kształtów, w kolorach seledynowym, niebieskim, zielonym…
Do Warszawy powróciłem bogatszy o nowe doświadczenia i znajomości z kronikarzami z całego świata. Poznałem honorowego prezydenta i założyciela International Newsreel Association, pana Jean Jay, szefa kroniki realizowanej w Gaumont, pana Jean Pierre Leehnardta redaktora naczelnego „Pathe-Magazine”, pana Marcela Hureta. W Republice Federalnej Niemiec w owym czasie ukazywały się trzy kroniki filmowe, zaraz po wojnie powstały one w trzech strefach okupacyjnych: amerykańskiej, angielskiej i francuskiej. Na czele kroniki „Fox Toenende Wochenschau” w Monachium stał Hans Lipp. „Blick In Die Welt” we Frankfurcie nad Menem tworzył pan, Gerhard Holland, a „Deutsche Wochenschau” w Hamburgu redagował pan Klaus Lensch. Kroniki niemieckie zamieszczały najwięcej polskich materiałów, dlatego zależało mi na nawiązaniu bliskiej współpracy i osobistej znajomości. Z panem Wuste z „Der Augenzeuge” ukazującej się w Niemieckiej Republice Demokratycznej poznaliśmy się rok wcześniej na spotkaniu kronik państw socjalistycznych. Kongresy INA odbywały się co roku i były poświęcone sprawom zawodowym, bezdewizowej wymianie materiałów filmowych między kronikami i sprawom warsztatowym.
Na kongresach podejmowano decyzje o filmowaniu wielkich imprez sportowych: igrzysk olimpijskich, mistrzostw świata w różnych dyscyplinach sportu, a także festiwali filmowych i imprez kulturalnych. Na kongresach INA powstawały tzw.”poole”, aby zmniejszyć koszty pozyskiwania materiałów. Im więcej kronik zapisywało się do „poolu” filmującego np. olimpiadę, tym taniej pozyskiwało się materiał. Najważniejszym momentem każdego kongresu były pokazy kronik filmowych. Przestano bowiem prezentować kroniki na festiwalach filmowych, więc projekcje kronik na kongresach INA stały się sprawdzianem sprawności i tematem żywych, koleżeńskich dyskusji. Nie przyznawano nagród ani dyplomów, ale wiadomo było, które kroniki uczestnicy kongresu oceniają najlepiej. Polska Kronika Filmowa utrzymywała się w ścisłej czołówce i niejednokrotnie w dyskusjach powoływano się na nasze wzory.
Z Meksyku do Kenii
W 1974 roku kongres INA odbywał się w stolicy Kenii, w Nairobi. Kroniki europejskie leciały jak zwykle z Paryża, bo w ten sposób płaciliśmy mniej za bilety lotnicze. W drugim dniu obrad kongresu koledzy z Francji, ku mojemu zaskoczeniu, zgłosili moją kandydaturę na wiceprezydenta INA, a kongres wybrał mnie jednogłośnie. Do tej pory do władz tej organizacji wybierano tylko osoby z kronik zachodnich, byłem więc pierwszym przedstawicielem z obozu socjalistycznego, któremu powierzono funkcję w centralnych władzach International Newsreel Association. To był wyraźny zwrot w dotychczasowej polityce INA. Wybrano osobę z Polski, bowiem Polska Kronika Filmowa spośród wszystkich kronik socjalistycznych była najbardziej zbliżona swoją formułą do kronik zachodnich i zdecydowanie najwięcej w swoich wydaniach zamieszczała tematów zza „żelaznej kurtyny.”
Już po wyborze sekretarz generalny INA podzielił się ze mną swoim marzeniem, pragnął mianowicie, podobnie jak wielu kolegów z kronik państw zachodnich, aby jeden z kongresów zorganizować w Moskwie. Miał nadzieję, że mu pomogę w realizacji tego dążenia i stanę się w jakimś stopniu współorganizatorem tych zamiarów. Z Warszawy wszak bliżej do Moskwy niż z Paryża. Kilka razy wyjeżdżałem w tej sprawie do Moskwy. Przywoziłem do Paryża pomyślne wieści: koledzy radzieccy byli przychylni tej idei, ale żeby zorganizować kongres, musieli pokonać – niezrozumiałe dla ludzi Zachodu – bariery biurokracji. Rozmowy i przygotowania trwały równo pięć lat, na przełomie maja i czerwca 1979 roku kronikarze z całego świata spotkali się w Moskwie! Marzenie Colin-Reval’a wreszcie się spełniło.
O spotkaniu w Moskwie napiszę nieco później. Kongres INA w Kenii po długiej dyskusji upoważnił władze wykonawcze do utworzenia „poolu”, który miał w 1976 roku zająć się filmowaniem olimpiady w Montrealu.
Moim wyborem do władz INA przejął się bardzo ambasador Polski Ludowej w Kenii, wydał nawet z tej okazji „dinner”, na który zaprosił władze INA, z honorowym prezydentem Jean Jay na czele. Ponieważ władze INA uwielbiały wszelkiego rodzaju rauty i biesiady, gest ambasadora PRL
przyjęły z uznaniem.
Na spotkaniu tylko w polskim gronie ambasador, Zdzisław Lesiak, uraczył nas dwoma opowieściami. Opowieść pierwsza. Jak przystało na przedstawiciela drugiego co do wielkości socjalistycznego państwa w Europie, ambasador mieszkał w rezydencji i zatrudniał ogrodnika, który utrzymywał park i ogród otaczający siedzibę dyplomaty na wysokim poziomie. „Z pracy ogrodnika – opowiadał gospodarz rezydencji byłem bardzo zadowolony. – Wyróżniał się on rzadko spotykaną sumiennością i znajomością sztuki ogrodniczej. Mówię sztuki – dodawał dyplomata – bo ogrodnik wyhodował tak piękne kwiaty, że mi ich zazdrościli przedstawiciele dwóch najważniejszych mocarstw. Mój ogrodnik nigdy nie spóźniał się do pracy, pragnę to w tym miejscu szczególnie podkreślić” – dodawał ambasador. „Ale oto pewnego dnia nie pojawił się w ogrodzie. Kiedy nie przyszedł i dnia następnego, zacząłem się niepokoić, a trzeciego dnia poleciłem, aby sprawdzono czy nie jest chory? Na szczęście pojawił się dnia czwartego, wtedy spadł mi kamień z serca. Zapytałem go jednak, dlaczego był nieobecny? Odpowiedział mi najspokojniej w świecie, że spotkał przyjaciela, którego nie widział bardzo długo i przez trzy dni dzielili się opowieściami ze swoich przeżyć. Ogrodnik kilkudniową absencję uznał za rzecz naturalną. A kiedy zorientował się, że chlebodawca ma kłopoty ze zrozumieniem jego zachowania, zapytał wprost: a pan przyszedłby do pracy, gdyby spotkał przyjaciela po kilku latach rozłąki?” „W Polsce praca jest najważniejsza”. „Proszę o wybaczenie, ale muszę to powiedzieć, żyje pan w jakimś dziwnym kraju” – podsumował rozmowę ogrodnik.
Opowieść druga. „Miłość jak wiadomo nie uznaje żadnych barier: narodowościowych, politycznych, religijnych i geograficznych. I dlatego jest najpiękniejszym ze wszystkich uczuć ludzkich. Pewna mieszkanka Łodzi, która poznała Kenijczyka z plemienia Kikuju, kończącego właśnie w Polsce medycynę, zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, a on odwzajemnił jej uczucia z równie wielką siłą. A jak wiadomo prawdziwa miłość nie uznaje żadnych barier, więc ona dała mu serce i nie tylko serce, wzięli ślub i wyjechali do słonecznej Kenii. I tu urodziło się piękne dzieciątko, które zostało ochrzczone według miejscowych zwyczajów: szaman odtańczył taniec radości, a członkowie plemienia przyjście na świat maleństwa świętowali przez kilka dni. W czasie tych uroczystości okazało się, że w cieniu Kilimandżaro żyły dwie prawowite żony doktora, które swoją obecnością na chrzcinach podzielały radość męża z przyjścia na świat potomka płci męskiej. Nasza rodaczka nie mogła się z tym jednak pogodzić i postanowiła wrócić do Polski. Była na tyle przezorna, że zachowała bilet powrotny, więc ambasada okazała jej bezinteresowną pomoc i ułatwiła odlot do ojczyzny. Po pewnym czasie napisała, do naszej placówki w Nairobi, że prosi o pomoc w uzyskaniu alimentów. Ambasada zwróciła się z tą sprawą do kenijskiego ministerstwa spraw zagranicznych. Kenijczycy poprosili ambasadę o sprecyzowanie o co chodzi, albowiem po raz pierwszy w historii niepodległej Kenii inne państwo zwróciło się do nich z żądaniem alimentów. Polska ambasada opisała całą sprawę bardzo dokładnie i precyzyjnie sformułowała żądania. Upłynęło sporo czasu nim nadeszła kenijska odpowiedź. Kenijczycy napisali, że w ich prawie nie ma pojęcia alimentów, ponieważ dziecko przychodzące na świat należy do plemienia i plemię je wychowuje w razie utraty rodziców. Starszyzna plemienia Kikuju zaś odpowiedziała ministerstwu w Nairobi, że jest zdziwiona postawą Polki, którą plemię przyjęło z radością i przez cały czas jej pobytu okazywało jej życzliwość. Zdaniem starszyzny, to Polka powinna zapłacić odszkodowanie, bo ukradła dziecko, należące do plemienia!”
Warszawa, Soviet Union
Z pobytu w Kenii zapamiętałem jeszcze dwa zdarzenia. Kenijscy koledzy przygotowali kongres INA doskonale. Pokazali nam śniegi Kilimandżaro, jezioro Nakuru z różowymi wyspami flamingów, zorganizowali spotkanie z prawdziwym szamanem, przemiłym panem w regionalnym stroju z pomalowaną twarzą w afrykańskie wzory. Szaman okazał się człowiekiem oświeconym, pełniącym w wiosce i okolicy rolę kapłana, nauczyciela i lekarza. W swojej pracy wykorzystywał tradycyjne formy kontaktu z ludźmi trwające tu od niepamiętnych czasów. Z czarownikami opisywanymi w literaturze nie miał nic wspólnego.
W rezerwacie Amboseli mieszkaliśmy w najdroższym hotelu w Kenii – w namiotach wyposażonych w bieżącą wodę, prysznic, światło elektryczne i klimatyzację. Największą atrakcją były tu małpy, które po wschodzie słońca buszowały po dachu namiotu z takim zapałem, iż wydawało się, że szaleje burza, albo trwa bombardowanie. Tu z bardzo bliska z mikrobusów oglądaliśmy lwy i słonie, oczywiście przez otwory w dachu, okien nie mogliśmy otwierać od czasu, kiedy zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. Niemiecka turystka odkręciła szybę i wychyliła się przez okno mikrobusu, chcąc zrobić zdjęcie, lew zaatakował błyskawicznie, wyciągnął ją i zabił. Obejrzeliśmy też taniec Masajów – myśliwych wyruszających w busz z dzidami, by upolować lwa.
Z krainy Masajów wracaliśmy do stolicy tuż przed wieczorem. Kierowca mikrobusu, obok którego siedziałem, pędził jak szalony. Zapytałem go, dlaczego tak się śpieszy? Odpowiedział, że za chwilę zapadnie noc ( w Afryce noc zapada bardzo szybko, raptownie) a on boi się, aby jakieś plemię na nas nie napadło. Przyjąłem wyjaśnienie i uśmiechnąłem się do sympatycznego kierowcy. Po chwili zapytał: „A ty się nie boisz? – Nie – Skąd pochodzisz? – From Poland – From Holland? – No, from Poland”. Na to mój rozmówca: teraz mi wyjaśniłeś i już wiem, dlaczego jesteś odważny. Skoro macie taką wspaniałą drużynę piłki nożnej, to jasne, że się nie boisz!
W drodze do Mombasy sekretarz ambasady pomylił drogi i pobłądził. Powrót na właściwą trasę okazał się trudniejszy niż można się było spodziewać. Kiedy zaczął się denerwować, na rowie pojawiła się iskierka nadziei. Dostrzegł półnagiego człowieka rzeźbiącego w drewnie jakąś postać. Zatrzymał samochód i zapytał o drogę. Rozmowa trwała jakąś chwilkę, sekretarz przysłuchiwał się uważnie wypowiedzi Kenijczyka i po chwili zapytał: „Gdzie nauczyłeś się tak pięknie mówić po angielsku? – W Oxfordzie. – To, co robisz na tym rowie? – Rzeźbię postać ciężarnej kobiety, gdy ją ukończę pobiegnę do przyjaciela i dam mu ją w prezencie, co sprawi mu wielką radość, bo właśnie kilka dni temu wziął sobie żonę. – To po to kończyłeś Oxford? – Studiowałem, bo interesowała mnie europejska cywilizacja, a gdy ją poznałem wróciłem do siebie, wasza cywilizacja zniszczyła bowiem radość życia”.
I na zakończenie. W czasie pobytu w Kenii poznałem, Pianinę, nauczycielkę pracującą w ministerstwie kultury. Urzekła mnie jej uroda, a przede wszystkim fryzura składająca się z kilkudziesięciu splecionych cienkich antenek z kruczoczarnych włosów. Wysłałem jej z Polski kilka pocztówek. Na Nowy Rok otrzymałem życzenia: „Mr. Mirosław Chrzanowski, Polska Kronika Filmowa, Warszawa, Soviet Union.

Przemilczenia i fałsze Z PKF przez Polskę i Świat – OPOWIEŚĆ O PRACY W POLSKIEJ KRONICE FILMOWEJ I ŻYCIU W PRL

Tajemnica Kroniki 39B/40A/80

W mojej wyobraźni jawią się jako prymusi obdarzeni najwyższym ilorazem inteligencji (IQ). W liceum nie mieli najmniejszych trudności z opanowaniem wiedzy serwowanej im przez nauczycieli. W wyścigu szczurów nie starczało im jednak czasu na zadawanie pytań, nie nawiedzały ich też z pewnością wątpliwości. Czas na refleksje przychodzi wszak nieco później, gdy kończy się młodość. Dla nich, wówczas – w licealnej rzeczywistości – tak sobie wyobrażam, najważniejsze było utrzymanie dobrego miejsca w ścisłej czołówce. Maturę zdali zapewne z najwyższymi ocenami. Na wyższej uczelni zwrócili na siebie uwagę perfekcyjnym opanowaniem materiału, elokwencją, poważnym stosunkiem do nauki i życia. Szybko znaleźli swojego guru i pod jego światłym kierownictwem napisali pracę pt. „Manipulowanie informacją”.
W podtytule dodali, że udowodnią swoje tezy, biorąc za podstawę „wydarzenia sierpnia 1980 i grudnia 1981 w relacjach Polskiej Kroniki Filmowej”. Pracę opublikowali w Internecie. Pora, zatem ujawnić nazwiska młodych autorów: Anna Ziółkowska i Michał Kotnarowski, którzy „pod kierunkiem dra Jakuba Karpińskiego i mgr Agnieszki Jasiewicz-Betkiewicz z Zakładu Metodologii Badań Socjologicznych UW” postanowili zdemaskować mnie, jako czerwonego manipulatora, bo to ja, wtedy decydowałem, co pokazać widzom w Polsce, co „zmanipulować”, a co ukryć przed opinią publiczną. W swojej pracy piszą: „Pierwsze informacje na temat kryzysu pojawiają się w kronice upublicznionej w dniu 28 sierpnia (kr. 35/80 wyd. B) w części pod tytułem „Trudne dni”. Jedyne fakty w niej zawarte można znaleźć w następującym zdaniu: Strajk unieruchomił serce przemysłowego Wybrzeża. I w Gdańsku i w Szczecinie stoczniowcy i portowcy powołali Międzyzakładowe Komitety Strajkowe, które przedstawiły listę postulatów. Przedłożono je specjalnie powołanym komisjom rządowym.[…] Trwa przedłużająca się dyskusja”.
Tekst komentarza autorzy bardzo okroili. Osądowi czytelników pozostawiam, jak to okrojenie tekstu zmieniło jego wymowę. Oto cały komentarz PKF: Gdańsk w trudnych dla całego kraju sierpniowych dniach strajków pracowniczych. Nierealny obraz miasta o ściszonym pulsie życia i wygaszonych naturalnych funkcjach. Brak komunikacji autobusowej i tramwajowej oraz niedostatek benzyny sparaliżowały ruch, ale nie spowodowały chaosu. Nie ma zamkniętych sklepów i punktów usługowych, nie brakuje podstawowych artykułów spożywczych, pracują służby komunalne. Bez ruchu tkwią przycumowane statki, stanęły wszystkie urządzenia. Ustała praca w stoczniowych dokach, zamarł port. Strajk unieruchomił serce przemysłowego Wybrzeża. I w Gdańsku i w Szczecinie stoczniowcy i portowcy powołali międzyzakładowe komitety, które przedstawiły listę postulatów. Przedłożono je specjalnie powołanym komisjom rządowym. Trwa przedłużająca się dyskusja, która nie jest obojętna dla żadnego Polaka. Czyż krytycy oskarżając PKF o manipulację nie zmanipulowali sami komentarza skracając go do czterech zdań?
Młodzi autorzy – co i tak jest chwalebnym wyjątkiem wśród innych autorów licznych artykułów i publikacji na temat PKF – z badawczą rzetelnością zauważają, że Polska Kronika Filmowa poświęciła wydarzeniom na Wybrzeżu jeszcze jeden temat. A oto, jak go komentują: „Informacja zostaje przedstawiona w kolejnej kronice – z dn. 2 września (36/80A) w następujący sposób: Komisja rządowa pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Jagielskiego i prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego pod przewodnictwem Lecha Wałęsy podpisują porozumienie po ostatniej rundzie rokowań, (co widać na obrazie). Jak widać kronika nie wspomniała o treści podpisywanego dokumentu, a więc również o wyrażeniu zgody ze strony władz na utworzenie niezależnych związków zawodowych? W pierwszej omawianej przez nas kronice poświęconej wydarzeniom w Gdańsku (35/80B) temat związany z tymi wydarzeniami zawarty jest na 37,5 metra długości taśmy, co stanowi 1 min i 23 s”.
Autorzy wspomnianej pracy piszą dalej: „Temat kroniki, w którym przedstawiono porozumienie w Stoczni Gdańskiej (36/80A) zawarty jest na 47,5 metrach taśmy filmowej i jest najdłuższym w tej kronice. O ile w poprzedniej kronice występowały tylko ujęcia ogólne, tutaj takie ujęcia zajmują jedynie 19,5 metra taśmy. Stanowi to 42 proc. całego materiału poświęconego wydarzeniom w Gdańsku. Pozostałe 58 proc. tematu zajmują tzw. plany średnie (nazywane też amerykańskimi) fotografujące osoby od kolan wzwyż, nie uwzględniając przy tym miejsca, w jakim przedstawiane wydarzenia się dzieją. Na każdym zdjęciu przedstawione są tłumy lub grupy ludzi, zazwyczaj uśmiechniętych lub bijących brawo – z wyjątkiem jednego metra taśmy gdzie widoczny jest tylko napis na bramie: „Stocznia Gdańska”.
Z aptekarską dokładnością wyliczyli metry, omówili ujęcia, przedstawili atmosferę i nastroje. Nie zamierzam tu polemizować z ich ocenami Polskiej Kroniki Filmowej. Mają, bowiem prawo wystawiać cenzurki i wymierzać razy zgodnie z obowiązującą obecnie w Polsce poprawnością polityczną, która sprowadza się do banalnego ogólnika, że „wszystko w PRL było złe.” Przywołuję ich tekst z całkiem innych powodów…
Studenci (magistrowie?) nie są odosobnieni. Wzorują się na starszych kolegach – niedościgłych manipulatorach. Oto telewizyjny kanał „Kino Polska”, przed rozpoczęciem emisji Polskiej Kroniki Filmowej, w cyklu pt. „Na przełaj przez PRL”, uznał za celowe wprowadzić widza w realia tamtej rzeczywistości: „Warto przypomnieć dla przykładu, że w sierpniu 1980 roku jej (kroniki – M.Ch.) wydanie otwierały informacje o wakacyjnych kłopotach z pogodą. Po nich następował krótki raport o uszkodzeniach mebli w trakcie niewłaściwego transportu, a na koniec redaktorzy zaserwowali niecałe półtorej minuty tendencyjnego reportażu ze strajków w Stoczni Gdańskiej. Tę część zatytułowano enigmatycznie: „Trudne dni”. Podobne manipulacje znaczą całą historię Kroniki…”
O drugim wydaniu, tejże kroniki, zauważonym przez studentów, redaktorzy telewizyjni nie wspomnieli, a o wydaniu specjalnym PKF (49B/40A/80) w całości poświęconemu strajkom w sierpniu 1980 roku, i wówczas głośnym, ci obiektywni i niezależni twórcy z „Kino Polska” – nawet słowem nie wspomnieli! Autor tekstu wprowadzającego w „Kino Polska”, który nie jest firmowany żadnym nazwiskiem, gani redaktorów PKF za to, że temat „Trudne dni” umieścili na ostatnim miejscu wydania, a to jest ordynarne oszustwo! Sprawdziłem osobiście w archiwum. Kronikę otwiera właśnie temat „Trudne dni.”!!! Gdyby tekst „Kina Polska” był firmowany nazwiskiem nazwałbym autora prymitywnym szulerem!
Prawicowi i liberalni dziennikarze, w dziesiątkach artykułów, doktorzy nauk w historycznych opracowaniach i usłużni publicyści chłoszczą Polską Kronikę Filmową za to, że za mało miejsca poświęciła strajkom na Wybrzeżu, na Śląsku i w innych miejscach kraju. Dziwne, że ci „niezależni” badacze przeszłości, krytycy, doktorzy i magistrowie nie zauważają wydania PKF numer 39B/40A/ 80 pod tytułem. „Strajk”. Nie dziwi mnie fakt, że to podwójne wydanie PKF, poświęcone w całości strajkom w Polsce przemilczają zawodowcy. Za to im przecież płacą.
Zdumiewa mnie natomiast, a zarazem smuci, że nie zauważyli PKF 49B/40A/80 młodzi autorzy, studenci Anna Ziółkowska i Michał Kotnarowski. Oto powód, dla którego ich tekst tu przywołałem. Kłamstwa i fałszerstwa, a także zmowa milczenia, jaka otacza wydanie kroniki 39B/40A/80 zmuszają mnie do poświęcenia jej nieco więcej miejsca. Pragnę, bowiem zwrócić uwagę na realia, w jakich ta kronika powstawała.
Zacznę od tego, że nie jest na przykład prawdą, to, co pisze reżyser dokumentalista, Paweł Kędzierski: „Kiedy za czasów głębokiej komuny wybuchł strajk w Gdańsku w sierpniu 1980 r., po tygodniu była tam Polska Kronika Filmowa, a po dwóch tygodniach przyjechał zespół z dwoma reżyserami.” Paweł Kędzierski świadomie pragnie czytelników wprowadzić w błąd, by w ten sposób pomniejszyć dokonania kroniki.
Oto rzetelność niezależnych dokumentalistów. To przestawią kolejność tematów, to uszczkną parę dni, lub wyrzucą parę wierszy z tekstu komentarza, bądź nie zauważą tematów krytycznych w PKF, bo to zaprzecza ich twierdzeniom, że redakcja PKF cały czas uprawiała propagandę sukcesu. Dopuszczą się każdego chwytu byle dokopać czerwonym.
Tymczasem Polska Kronika Filmowa była obecna w Gdańsku już 16 sierpnia 1980 roku, strajk rozpoczął się 14 sierpnia. W książce „KTO TU WPUŚCIŁ DZIENNIKARZY” redaktorzy wspominają:
– Tadeusz Strumff – z „Trybuny Ludu”: „Wyjechałem 14 sierpnia, maluchem”.
– Lech Stefański – z „Polityki”: „wyjechałem w piątek 15 sierpnia”.
– Piotr Halbersztat – z Polskiej Kroniki Filmowej: „16 sierpnia, w sobotę; jechaliśmy całą ekipą Kroniki” (strona 37). Na stronie 92 dodaje: „Myśmy już od razu filmowali dyżurujących przy bramach… Z polskich ekip filmowych byliśmy pierwsi”.
Zarówno reżyserzy-dokumentaliści jak i redaktorzy PKF pracowali na Chełmskiej 21, w Warszawie, w tym samym budynku, na tym samym korytarzu. Trzeba przyznać, że większość dokumentalistów nie darzyła sympatią kronikarzy i odwrotnie. Ekipa PKF nie miała żadnych trudności z wyjazdem. Nie prosiłem nikogo o zgodę. Podjąłem decyzję i wysłałem zespól pod kierownictwem Piotra Halbersztata.
Dlaczego właśnie jego? Piotrusia, jak go między sobą nazywaliśmy, prawie wszyscy w redakcji lubili i poważali. Nie należał do „pistoletów” dziennikarskich. Spokojny i roz ważny, nie podejmował drażliwych tematów. Zawsze wiedział, jak postąpić w sytuacjach krańcowych i krytycznych. Powierzając mu bardzo odpowiedzialne zadanie, byłem przeświadczony, że się na nim nie zawiodę. Nie pomyliłem się i tym razem.
Podczas gdy ekipa Polskiej Kroniki Filmowej jechała do Stoczni, nasi sąsiedzi – dokumentaliści – współautorzy książki „Kto tu wpuścił dziennikarzy” zastanawiali się dopiero co robić. Na chwilę oddaję im głos, sami o sobie opowiedzą najlepiej. (Cytaty pochodzą z „Kto tu wpuścił dziennikarzy” – M.Ch.).
– Andrzej Zajączkowski, reżyser: „Siedzieliśmy w Warszawie z Bohdanem Kosińskim i mówiliśmy sobie: jak to w ogóle jest? Jaka straszna jest nasza sytuacja – ludzi, którzy powinni dokumentować takie wydarzenia – a my siedzimy tu spokojnie i nie mamy możliwości robienia tego, do czego jesteśmy właściwie zobowiązani. Powiedzieliśmy sobie: „Koniec, musimy jechać”. No i złożyliśmy temat u dyrektora programowego…”
Odważni opozycjoniści, prawda?
– Bohdan Kosiński, reżyser: „Dyrektor stwierdził, że tego dnia wyjeżdża ekipa Polskiej Kroniki Filmowej (Kronika nie podlegała dyrektorowi – M. Ch.) I że to wystarczy, ale zapyta wiceministra Juniewicza, czy taki wyjazd może wchodzić w rachubę. W poniedziałek rano pan Witalis Jankowski odpowiedział, że pan wiceminister jest przeciw wyjazdowi ekipy, że Kronika wystarczy. (PKF nie podlegała wiceministrowi – przyp. M. Ch.) . Nazajutrz do pana Juniewicza zgłosił się pan Kieślowski; albo może poszli we dwóch z panem Wajdą – nie pamiętam dokładnie. Poszli tam, jako reprezentanci władz Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Panu Kieślowskiemu i panu Wajdzie pan minister również odmówił…”
Ówcześni dokumentaliści, zaliczani do nurtu opozycyjnego, musieli mieć zgodę władz na wyjazd do Gdańska. Cholernie twardzi twórcy. Oto, jaką mieliśmy wówczas na Chełmskiej dzielną opozycję! W czasie, gdy oni grzecznie prosili Polska Kronika Filmowa utrwalała strajk na taśmie.
W świetle tych opowieści nie znajdują potwierdzenia słowa reżysera Pawła Kędzierskiego, że: „Władza miała wtedy masochistyczną potrzebę rejestracji swojej agonii…” Jest to zdanie tyle efektowne, co bałamutne, jak wiele obecnie wypowiadanych nie tylko przez twórców i polityków, ale także niektórych uczonych na temat Polski Ludowej. Przecież dyrektor Witalis Jankowski – nie musiał się zasłaniać wiceministrem Juniewiczem – mógł podjąć decyzję samodzielnie. Cytując wypowiedź reżysera Bohdana Kosińskiego (notabene – jak ja – członka PZPR), dwukrotnie zaznaczyłem, że redakcja PKF nie podlegała ani dyrektorowi Wytwórni Filmów Dokumentalnych, ani ministrowi kultury. WFD pełniła w stosunku do kroniki taką rolę, jaką pełni wydawnictwo prasowe w stosunku do redakcji, dajmy na to, „Polityki”, „Życia Warszawy” czy „Sztandaru Młodych”. Dyrektor wydawnictwa nie mógł redaktorowi dziennika czy tygodnika wydawać poleceń dotyczących treści artykułów. Dyrektor WFD też nie miał takich uprawnień wobec PKF. Był zobowiązany dbać o finanse, taśmę, transport, sprawność kamer itp. I chwała Bogu. Nie chcę przez to powiedzieć, że dyrektorzy WFD byli złymi pracownikami (w czasie mojej pracy na Chełmskiej 21 było ich pięciu), nie. Jestem tylko zdania, że urzędnicy – nawet doskonali – są z natury rzeczy, ludźmi bardzo ostrożnymi, by nie powiedzieć bojaźliwymi, co na ogół przedłuża proces podejmowania decyzji. Polska Kronika Filmowa merytorycznie podlegała Wydziałowi Prasy Radia i Telewizji KC PZPR, z czego osobiście byłem zadowolony. Lepiej, bowiem mieć do czynienia wprost z rzeczywistym decydentem niż z pośrednikami.
Świadczy o tym wymownie przykład dokumentalistów z WFD. Nie uzgadniałem wyjazdu ekipy do Gdańska, nie pytałem też partii, czy mogę udostępnić materiały Polskiej Kroniki Filmowej ze stoczni twórcom głośnego wówczas filmu „Robotnicy 80” panom Andrzejowi Zajączkowskiemu i Andrzejowi Chodakowskiemu. Bo uzgadnianie tego typu decyzji uznano by w „białym domu” za brak samodzielności. Wyraziłem zgodę na korzystanie z materiałów kroniki, bo gdy film tych nadzwyczajnie wybitnych twórców wchodził na ekrany kin w Polsce, wydanie PKF poświęcone strajkom schodziło właśnie z ekranów w kraju i z kin niektórych krajów w Europie. Nie był, więc wspomniany film dla Polskiej Kroniki Filmowej już żadną konkurencją.
Na marginesie dodam, że z naszego wydania nie wycięto np. we Francji ani jednej klatki taśmy filmowej. Z „Robotników” Francuzi usunęli sceny religijne: mszę, spowiedź itp. Korzystając z okazji, zapytałem sekretarza generalnego International Newsreel Association (INA), dlaczego tak postąpili, czyżby we Francji istniała cenzura? Pan Marcel Colin-Reval spojrzał na mnie przyjaźnie i odpowiedział pytaniem: czyżbyś nic nie czytał o Wielkiej Rewolucji Francuskiej? A po chwili dodał już całkiem poważnie: „We Francji nie wykorzystuje się religii do celów politycznych. Przejawy klerykalizacji „Solidarności” nie znalazłyby zrozumienia w naszym kraju i osłabiłyby sympatię do tego ruchu. Pomoc duchowa i materialna z Francji – dodał – nie pochodziła wszak od wielkiego kapitału, a od organizacji robotniczych, inteligencji, artystów i intelektualistów”.
Wracam na Chełmską 21, do wydania PKF (39B/40A/80), o którym nic nie wiedzą zawodowi historycy i dziennikarze, (notabene, są jeszcze inne kroniki pominięte milczeniem) i oczywiście wielu doktorów nauk, wychowujących młode pokolenia Polaków. Pragnę, bowiem na tym przykładzie pokazać, jak w Polsce – już demokratycznej – manipuluje się opinią publiczną. Dlaczego tak się dzieje? Na to pytanie odpowiem nieco później, po przedstawieniu wszystkich faktów.
Piotr Halbersztat, na początku swoich wspomnień w „Kto tu wpuścił dziennikarzy” mówi: „My mieliśmy około tysiąca metrów taśmy. Norma na reportaż 240 metrów, a więc w zasadzie na trzy, cztery dni pracy”. Przywiózł z Gdańska około 4000 metrów! Dosyłaliśmy taśmę do stoczni. W tym miejscu warto dodać, że stoczniowcy w pierwszych dniach strajku nie wpuścili telewizji, a na murach miast polskich pojawiły się tamtego lata napisy: Telewizja kłamie! Polska Kronika Filmowa weszła do stoczni bez przeszkód i filmowała, co chciała, nikt jej nie ograniczał.
Po latach, na jakimś spotkaniu, koledzy przypomnieli mi, że nawet prałat ks. Henryk Jankowski wyraził zgodę, aby Kronikę wpuścić do stoczni. Weszliśmy bez przeszkód może także, dlatego, że robotnicy z wydziału „K – 2” nie zapomnieli rozmowy z Polską Kroniką Filmową z grudnia 1970 i stycznia 1971 roku? Może pamiętali, jak ekipę PKF „zgarnięto” z ich wydziału i jak nas ratowali, gromadząc się przed budynkiem dyrekcji, na placu, który dziesięć lat później zyskał miano historycznego! A może pamiętali, że Polska Kronika Filmowa nie potępiła ich za grudzień 1970 roku, ani nie potraktowała wzgardliwie jak uczyniła telewizja, nie porównała do chuliganów. Kronika zamieściła jedynie krótką bez wyrazu relację.
Bezduszny badacz, oceniający Kronikę z tamtych lat podda ją z pewnością druzgocącej krytyce za to, że poświęciliśmy wtedy robotnikom ze Stoczni im. Lenina zdawkowy, nijaki temat, a litościwy profesor, na przykład z IPN-u, potraktuje nas wyrozumiale za to, że taśmy z grudnia 1970 roku przeleżały na półce aż dziesięć lat! Wreszcie, jakiś idiota powie publicznie, że są to materiały zagraniczne. Bo kogo dziś interesuje, jak to się stało, że ekipy PKF filmowały zajścia w Gdańsku i w Szczecinie w grudniu 1970 roku? Kto się o to postarał i kto na to pozwolił?
Czy ktoś zada sobie pytanie, dlaczego taśmy POLSKIEJ KRONIKI FILMOWEJ z grudnia 1970 roku, i nie tylko z tamtego czasu, ukazują się dziś pod szyldem WFDiF? Dlaczego?
Podobno ludzie inteligentni często zmieniają poglądy i zasady, którymi kierują się w życiu. Zmieniają swoje zapatrywania, dlatego, że zdobywają coraz więcej wiedzy i doświadczenia życiowego. I tych rozumiem. Sam się do nich zaliczam. Niektórzy zmieniają poglądy z pobudek koniunkturalnych, jeszcze inni po to, by wspiąć się na szczyty i „dokopać” przeciwnikom. Znam takich, co się wyrzekli własnych życiorysów, z czasów, gdy pragnęli zmieniać świat. Pytam ich zawsze, czy warto było? Zmieniać życiorys, a nie świat. Znam też osoby opisujące jakieś zdarzenia niezgodnie z prawdą. Pół biedy, jeśli powodem jest słaba pamięć albo po prostu brak pełnej wiedzy bądź cząstkowa znajomość przebiegu zdarzeń i do takich osób nie miewam pretensji ani żalu.
Ekipa PKF wróciła do Warszawy po podpisaniu porozumień w stoczni im. W. Lenina, zmęczona fizycznie i wyczerpana psychicznie. Poradziłem wtedy Piotrowi Halbersztatowi, by parę dni odpoczął w domu, a najlepiej, aby wziął zwolnienie lekarskie. Obawiałem się, że zaczną się kłopoty, jako że Piotr podpisał w stoczni głośne „Oświadczenie” dziennikarzy, domagających się wolności słowa. I na moje pytanie, czy to prawda, odpowiedział twierdząco.
Dowiedziałem się o tym od Tadeusza Zaręby, mojego przyjaciela z Wydziału Prasy jeszcze przed powrotem naszej ekipy, a wiadomość ta pochodziła od towarzyszki Marii Kuleszy, która właśnie wróciła z Gdańska i przywiozła w stu procentach pewne wiadomości!
W Wydziale Prasy pracowali różni ludzie – wykształceni, mądrzy i rozważni, życzliwi dziennikarzom i rozumiejący nasz ciężki zawód. Byli wśród nich także autentyczni dziennikarze. Pracowali w wydziale także ludzie pryncypialni. Do takich należała właśnie towarzyszka „Marysia” jak ją pieszczotliwie nazywali koledzy. Kilkakrotnie pouczała mnie jak powinienem i z kim redagować PKF. Pewnego razu będąc u Kajetana Gruszeckiego, stałem się świadkiem takiego oto zdarzenia: zbulwersowana „Marysia” z gazetą w ręku („Słowo Ludu”), którą niemiłosiernie wymachiwała, wkroczyła do pokoju Kajetana. „To skandal – wykrzykiwała głośno. Zobacz, co oni wyprawiają! Na pierwszej stronie, w prawym górnym rogu, redakcja zamieściła informację o spotkaniu Edwarda Gierka z prymasem Stefanem Wyszyńskim, a pod spodem tej krótkiej wiadomości wydrukowała artykuł z tytułem biegnącym przez całą kolumnę Nie ma na co czekać, trzeba prosić o przebaczenie”. Kajetan zareagował bardzo spokojnie, najpierw poprosił Marysię, aby usiadła, po czym wyjaśnił jej, że nie widzi na tej kolumnie nic złego. „Kolumna – tłumaczył Marysi – była już przedtem złamana, depesza PAP o spotkaniu nadeszła w ostatniej chwili, wycofali więc, jakiś materiał i na to miejsce dali ową wiadomość. Nie mogli zmieniać całej kolumny prawdopodobnie ze względów technicznych, bo to opóźniłoby ukazanie się gazety, nie mówiąc już o kosztach. Tytuł artykułu nie ma żadnego związku z informacją o spotkaniu. Nie widzę w tym żadnego problemu” – zakończył.
Towarzyszka Maria przyjęła tłumaczenie Gruszeckiego i w milczeniu wyszła z pokoju. Była zdyscyplinowanym pracownikiem. W wydziale pracowali też ludzie, którzy nie lubili dziennikarzy… Na szczęście, moje obawy, co do losów Piotra Halbersztata związane z podpisaniem oświadczenia okazały się przedwczesne.
Piotr wrócił po kilku dniach do redakcji. Materiały z Gdańska, Szczecina, Jastrzębia, Warszawy… zostały wywołane. Operatorzy i redaktorzy zaczęli je układać i przygotowywać do projekcji. Dziś już nie pamiętam, ile metrów taśmy zużyto. Wiem, że dużo. W doskonale prowadzonym archiwum można to z pewnością sprawdzić.
Kiedy trwały te rutynowe przygotowania, podjąłem decyzję o stworzeniu podwójnego wydania Polskiej Kroniki Filmowej, poświęconego w całości strajkom. Postanowiłem, że w tym wydaniu opublikujemy po dziesięciu latach, po raz pierwszy część zdjęć z grudnia 1970 roku! Nakręcone w Gdańsku przez Józefa Bakalarskiego i Witolda Jabłońskiego, z moim udziałem, a w Szczecinie przez Janusza B. Kreczmańskiego.
Te zdjęcia leżały nie tylko na archiwalnej półce. One przez dziesięć lat tkwiły w mojej świadomości, uwierały mnie i dręczyły. Każdy dziennikarz przeżywałby to co ja, niezależnie od partyjnej legitymacji, jaką nosił w kieszeni. Piotr Halbersztat we wspomnianej tu kilkakrotnie książce mówi: „Była taka polityka władz, żeby wyraźnie przeciwstawić przebieg roku ’70 i ’80. Uważam, że my powinniśmy robić czysty reportaż z wydarzeń, przy których byliśmy. Wstawka z Grudnia wynikała z koncepcji propagandowych, które się wtedy rodziły…” Ciekaw jestem, jakimi dowodami dysponuje autor tego absurdalnego twierdzenia, że władze usiłowały „…wyraźnie przeciwstawić” przebieg wydarzeń ’70 i ‘80 roku”. Sekwencja z grudnia 1970 roku świadczyła jedynie o tym, że sierpień 1980 był dalszym ciągiem, a ściślej zwieńczeniem tamtych tragicznych zdarzeń. I tak też został przyjęty przez widzów.
Mogę zrozumieć Halbersztata, że materiał przez niego przywieziony był dostatecznie dramatyczny i nie należało go wzmacniać ani wstawką z grudnia 1970 r. ani zdjęciami z innych miejscowości. Lepiej wszak być autorem jedynym, wyłącznym, niż zbiorowym. Zupełnie jednak nie rozumiem konfabulacji o koncepcjach propagandowych, które zrodziły się po latach w głowie Piotra Halbersztata. Powiem więcej, specjalne wydanie kroniki pt. „Strajk” traktowałem, jako rodzaj stanowiska Polskiej Kroniki Filmowej wobec powstania „Solidarności”. Zamieszczając zdjęcia z całego kraju, kronika wskazywała, że nie jest to „przerwa w pracy” w jednym czy paru zakładach, a zjawisko o ogólnopolskim zasięgu.
Na protest wręcz zasługuje dalsza relacja redaktora Halbersztata. Czytam ją i oczom własnym nie wierzę. Piotr Halbersztat opowiada: „Złożyliśmy Kronikę z materiałów przywiezionych z Gdańska, Szczecina, Jastrzębia. Na pierwszy pokaz przyjechał redaktor naczelny, (dowiaduję się, że byłem redaktorem dojeżdżającym – uwaga M.Ch.), zastępca, cenzor i dwie czy trzy osoby z KC, z Wydziału Prasy. Oni decydowali, co ma wylecieć. „Żeby nam tutaj Wałęsy nie było” – mówili. Wycieli spontaniczne reakcje na wystąpienia Jagielskiego i Wałęsy, sceny triumfu robotników z końca strajku. Dołożyli swój komentarz. Za tą Kronikę dostaliśmy nagrodę SDP, ale przez cenzurę nie mogliśmy wiernie oddać atmosfery strajku…”
Jak było naprawdę? Basia, cenzorka była pierwszym widzem z zewnątrz. Po obejrzeniu wspólnego dzieła całego zespołu, po projekcji, już w moim pokoju, złożyła mi gratulacje i załamując ręce w rozpaczy stwierdziła, że tej kroniki nawet prezes na Mysiej nie odważyłby się puścić. Byłem na to przygotowany i pocieszyłem ją, aby nie robiła sobie z tego powodu wyrzutów. Zadzwoniłem więc do Wydziału Prasy Radia i Telewizji KC PZPR, przedstawiłem całą sytuację i wyruszyłem do „białego domu”.
Pojechałem własnym samochodem i przywiozłem na Chełmską 21 – Kajetana Gruszeckiego, Kazimierza Królikowskiego i Tadeusza Zarębę. Na sali projekcyjnej obejrzeli kronikę zmontowaną, ale jeszcze nieudźwiękowioną i bez nagranego komentarza. Wiedziałem z doświadczenia, że w dużym zespole trudno podejmować decyzję. Poprosiłem więc przedstawicieli KC i Basię cenzorkę do mojego gabinetu, wydając w sekretariacie dyspozycję, aby przeniesiono materiał do montażowni. Wypiliśmy kawę, wymieniliśmy pierwsze uwagi i poszliśmy (trzej przedstawiciele Wydziału Prasy, Basia – cenzorka, Janusz Kędzierzawski – mój zastępca i ja), aby jeszcze raz obejrzeć kronikę na stole montażowym.
Pragnę podkreślić, że przedstawiciele Wydziału Prasy nie przyjechali w charakterze cenzorów, przyjechali po to, by podjąć decyzję, czy kronika ukaże się na ekranach kin, czy wyląduje na półce w archiwum. Jest rzeczą zrozumiałą, że w montażowni zaproponowali zmiany. Dwie
i tylko dwie!!!
Pierwsza: by usunąć ujęcie ukazujące jak szwedzcy związkowcy wręczają Lechowi Wałęsie na scenie, przy pełnych światłach, pieniądze. Powiedziałem wtedy, że nie rozumiem tej propozycji a to, dlatego, że nasza partia głosi ideę internacjonalizmu, a gdy ten internacjonalizm robotniczy spełnia się na naszych oczach, to próbujemy go usuwać. Wtedy Tadek Zaręba wytłumaczył mi: „Proponujemy usunięcie tego fragmentu nie, dlatego, że wyrzekamy się internacjonalizmu, ale dlatego, że nie chcemy dawać argumentów partyjnemu betonowi. I tak oskarżają „Solidarność”, że za obce pieniądze pogrąża kraj w kłopotach. Nie słyszałeś?”
Druga propozycja dotyczyła też tylko jednego ujęcia. Mianowicie w materiale z grudnia 1970 roku. Na zdjęciu pokazaliśmy w dużym zbliżeniu, twarz młodego żołnierza przy karabinie maszynowym. Byłem do tego ujęcia szczególnie przywiązany, bo na twarzy chłopca malował się cały dramat tamtych wydarzeń. „Nie kieruj się emocjami – usłyszałem – tylko wyobraź sobie, co się stanie z tym młodym człowiekiem , gdy ludzie go rozpoznają”. To były wszystkie „cenzorskie ingerencje” moich przyjaciół z Wydziału Prasy KC PZPR.
Polska Kronika Filmowa 39B/40A/80 weszła na ekrany nie tylko kin polskich, ukazała się we Francji, w Niemczech i w Belgii. Po trzech dniach życia tej kroniki na ekranach kin polskich otrzymałem wiadomość z Centrali Rozpowszechniania Filmów, że musimy usunąć z kroniki sekwencje z grudnia 1970 roku!
Wbito nóż w moje serce! Natychmiast pojechałem do Wydziału Prasy… Były szef polskiej kinematografii, mój kolega ze studiów, Mieczysław Wojtczak, pierwszy zastępca Ministra Kultury i Sztuki, w swojej książce „Kronika nie tylko filmowa” tak pisze o tym wydarzeniu: „…Naczelny redaktor Mirosław Chrzanowski do wydania Kroniki na przełomie października i listopada wprowadził kadry filmowe, ukazujące wojsko i czołgi na ulicach Gdańska w grudniu 1970 roku.
Interwencja środowiska była zdecydowana… (to była chyba jedyna bitwa, którą częściowo wygrał generał Baryła. Złośliwa uwaga – M. Ch.) Ponieważ Kronika pozostawała pod bezpośrednim nadzorem KC PZPR, całe uderzenie skierowano na Jerzego Waszczuka, sekretarza KC PZPR. Napór był silny, ale ostatecznie Waszczuk nie uległ naciskowi i zdjęcia te po raz pierwszy zostały pokazane publicznie”. Mój znakomity Kolega minister, w swym dziele nieco rozminął się z prawdą, ale tylko nieco… W Wydziale Prasy KC spotkałem się z trzema przedstawicielami, którzy podjęli decyzję, by kronika weszła na ekrany. Nie muszę pisać, że miny mieli niewesołe. – Usłyszałem: „Z armią nie wygramy”. „Macie rację, ale możemy też przegrać z klasą robotniczą (gdzie te czasy, gdy władza bała się klasy robotniczej). Informuję, że gdy usuniemy zdjęcia z 1970 roku, zastrajkuje Wytwórnia, a za nią Warszawa” – zagrałem va banque! – Nie wiem, czy armia sobie wtedy poradzi. Pozostawmy temat z grudnia tylko w Warszawie, w kraju usuniemy go z kroniki – zaproponowałem.
Po godzinie decyzja zapadła. W kinach stolicy tematu nie usunięto! Piszę o tym tak drobiazgowo nie po to, by deprecjonować zasługi Jerzego Waszczuka, który przez długi czas był przecież członkiem kolegium PKF i dobrze się zasłużył kronice. Nie zapominał o nas, gdy jego talenty wyniosły go na wysokie stanowiska partyjne.
Nie przewidzieliśmy wtedy reakcji widzów w kraju. Oto notatka, jedna z wielu, jakie ukazały się w prasie wojewódzkiej. Autorzy, Bożena i Antoni Żarscy wyrażają swoje zdziwienie: „Kronika tylko dla „dojrzałych” z Warszawy”? „W dniach 3 i 4 października br. w czasie pobytu w Warszawie mieliśmy okazję dwukrotnie, w dwóch różnych kinach („Relax” i „Moskwa”) obejrzeć podwójne wydanie Polskiej Kroniki Filmowej nr 39B/40A, poświęconej w całości sierpniowym strajkom w Trójmieście, Szczecinie, Warszawie i na Śląsku. W kronice tej obejrzeliśmy również kilkuminutową sekwencję filmową o wydarzeniach z grudnia 1970 r. na Wybrzeżu. W dniach 16 bm. wybraliśmy się do kina „Jaworzyna” w Krynicy i obejrzeliśmy ponownie to samo wydanie kroniki, ale ku naszemu zdziwieniu już okrojone z sekwencji o wydarzeniach grudniowych. Podobne „okrojenie” wspomnianej kroniki miało miejsce w Nowym Sączu i Krakowie. Zapytujemy więc – komu i dlaczego zależało na takim okrojeniu informacji? Czyżby mieszkańców naszego południowego makroregionu uważano za „n i e d o r o s ł y c h” do pełnej i prawdziwej informacji o tragicznych epizodach minionego okresu? Takie postępowanie przecież nie tylko nie odbudowuje zaufania, lecz wręcz brak jego jeszcze dalej pogłębia. Pamiętamy zbyt dobrze grudzień 1970 r. jak też i październik 1956 r. i ten opisany fakt do złudzenia przypomina nam okresy tzw. „krótkotrwałych luzów” po tych wydarzeniach następujących. Czyżby historia miała się powtarzać? („Gazeta Południowa” 14 listopada 1980 r. dziennik Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej).
Czy Kronika mogła sobie wymarzyć lepszą reklamę? Kina w Warszawie pękały w szwach. Ludzie z całej Polski przyjeżdżając do stolicy walili do kin, by zobaczyć, przede wszystkim, zdjęcia z grudnia 1970 roku. Oto fragmenty artykułów z tamtych lat… W„Przyjaciółce” ( nr 43 z 26. 10. 1980 r.) autorka I.Ś. pisała: „Przed kinami stoją kolejki. Jeśli przyjdzie socjologom opracować kolejny raport o frekwencji filmów w Polsce, okaże się, że na przełomie września i października krzywa tej frekwencji gwałtownie wzrosła. Na okienkach kas wiszą karteczki: „bilety wyprzedane”, jakie w ostatnich kilku latach widzieć można było jedynie np. przy okazji wyświetlania „Przeminęło z wiatrem”… Uważniejszy obserwator dopatrzy się jednak pewnej prawidłowości; ten niesłychany boom ma miejsce tylko w niektórych kinach. Tam mianowicie, gdzie obok stosownego napisu o tytule granego filmu wisi karteczka: „Dziś wyświetlana kronika filmowa nr 39B/40A”.
Kronika – szlagier, jakiego od bardzo wielu lat nie było. Co poniektórzy, o dobrej pamięci, przypominają sobie podobną sprzed lat dwudziestu i czterech. Ja oglądałam ją w sobotnie popołudnie w kinie „ Atlantic” w Warszawie. Siedząc w drugim rzędzie, z głową zadartą do góry, szczęśliwa, że w ogóle się dostałam. Chociaż – jak się potem dowiedziałam – litościwe panie kasjerki wpuszczają chętnych i tych bez biletu; z litości, na miejsca stojące. W końcu to tylko piętnaście minut. Więc zaczęło się – czarnymi literami na szarym tle „ STRAJK”… Ostatnie kadry – podpisanie porozumienia. Wielki ołówek Wałęsy, skandowanie przez wielotysięczny tłum: „Leszek! Leszek”. I koniec. Jeszcze oklaski. Potem wiele osób podnosi się z krzeseł i wychodzi. Panie bileterki przywykły już do tego i nie pytają: „Dlaczego pani wychodzi. Teraz taki ładny film będzie. Naprawdę. Ludzie komentują: „Wszystko pokazali – mówią – całą prawdę”. I jest to jeszcze jakby na zasadzie ewenementu. Na razie. Bo już przecież pora przyzwyczaić się do tego, że postulat „o prawo do prawdy” też będzie spełniony”.
Ukazanie się tej Kroniki odnotowały gazety i pisma centralne i wojewódzkie. „Słowo Powszechne”, piórem Aleksandra Ledóchowskiego, tak zareagowało: „…W ten krótki dokument włączono archiwalne zdjęcia ze strajku z grudnia 1970 roku. Kilka migawkowych ujęć: wozy bojowe w akcji, starcia, wypalone budynki. Nad tą częścią kroniki powstrzymuję się od komentarza. Były to wydarzenia tragiczne i krwawe; ocenę powinien dokonać każdy we własnym sumieniu. Właściwa kronika o sierpniowym strajku na Wybrzeżu składa się również z migawkowych reporterskich zdjęć, którym co prawda daleko do pełnego opisu wypadków, przecież przez swoją prawdę dokumentalną są i przejmujące i symboliczne… Dotychczas kroniki były dodatkiem. W tym przypadku „dodatek” stał się pierwszoplanową pozycją seansu, a to, co było zasadniczą częścią spektaklu cofnęło się w hierarchii ważności na pozycję długiego dodatku. I z tego faktu wynika pewna nauka, której nie można lekceważyć”. („Słowo Powszechne” 16 października 1980 roku)
„Życie Warszawy”, w informacji „Dobra robota”, pisze m.in.: „Komentarz szczególny, komentarz wstrząsający do wydarzeń najnowszych stanowią – pokazane dziś publicznie po raz pierwszy – zdjęcia dokumentalne sprzed lat dziesięciu… Te materiały archiwalne ze stoczni brzmią jak memento groźne i krzepiące zarazem odwołując się do tej mądrości, jakiej wówczas po obu stronach zabrakło. ( Życie Warszawy 22 października 1980 roku.).
St. Wyszomirski w „Expressie Wieczornym” zauważa: „To wydanie Kroniki przygotowywał cały zespół PKF. Dzięki połączonym wysiłkom, kamery są wszędobylskie. Oglądamy oprócz scen z Wybrzeża strajki solidarnościowe w Warszawie i na Śląsku. Pamiętne zdjęcia z podpisania porozumienia i owacja załogi kończą kronikę, dla której widzowie już dziś chodzą do kina, traktując filmy jako dodatek fabularny.” (Express Wieczorny” 30 września 1980 roku.)
Przytoczyłem tylko kilka fragmentów z ówczesnej prasy, autorzy oddali bowiem atmosferę towarzyszącą tej kronice i w sposób bezstronny ukazali, jakim ważnym wydarzeniem politycznym i społecznym było w październiku 1980 roku wydanie PKF nr 39B/40A.
Aby ocenić uczciwie wydarzenie, jakim było specjalne wydanie PKF, trzeba porównać je z obrazem wydarzeń, pokazywanym w owym czasie w telewizji, porównać też, jak w TV komentowano strajki, a jak w kronice. Bez tych porównań wszelkie oceny będą niepełne i odbiegające od prawdy, krzywdzące zespół Polskiej Kroniki Filmowej. Dlaczego cytuję fragmenty recenzji z ówczesnej prasy? Bo dopiero one umożliwiają zrozumienie pionierskich działań Polskiej Kroniki Filmowej i jej zasługi w dokumentowaniu przemian, jakie zachodziły w naszym kraju. Wpychanie Polskiej Kroniki Filmowej do prosektorium i dokonywanie na niej wiwisekcji jest śmieszne i bezpłodne.
Kronika, mimo że nie ma jej na ekranach, nadal żyje, jest tematem dyskusji młodych Internautów. Nie bronię PKF za wszelką cenę, nie! Dziś, po latach, gdy gromadziłem dokumentację do pisania tych wspomnień widzę niedoskonałości i błędy, jakie wówczas popełnialiśmy. Nie jestem bezkrytycznym apologetą. Ale wściekam się, gdy patrzę na to, co czynią z Polską Kroniką Filmową zakłamani głosiciele prawd ostatecznych, ubierając się w piórka bezstronnych moralistów. Nie godzę się z przemilczaniem tego wszystkiego, co Polacy osiągnęli w Polsce Ludowej.
Polska Kronika Filmowa, wysiłek polskiego społeczeństwa, starannie udokumentowała! Nie ma w niej potiomkinowskich budowli, są rzeczywiste dokonania. To nieprawda, że uprawialiśmy propagandę sukcesu. Możemy dziś krytykować PKF za „propagandę sukcesu, manipulację” i co tam jeszcze, kto wymyśli, ale zdjęć pokazujących wielkie budowy socjalizmu usunąć się nie da.
To kronika pokazała polskiego inżyniera, który zamiast budować komputery, hodował świnie, to kronika poświęciła całe wydanie przygotowane przez Janinę Motylińską, ludziom uzależnionym od narkotyków, a działo się to w czasach, gdy oficjalna propaganda głosiła, że w socjalizmie takie zjawisko nie istnieje. To PKF pokazała, jakie buble produkują zakłady „Diora” w Dzierżoniowie. To wreszcie Maciej Szczepański usunął PKF z telewizji, bo odstawała od obrazu Polski ukazywanego na małym ekranie.
Autorzy „Gazety Wyborczej” przedstawiają historię Polskiej Kroniki Filmowej w sposób następujący: początki oczywiście wspaniałe! Wszak, to profesor Jerzy Bossak. Największy sukces, to Helena Lemańska. Potem już tylko czarna dziura, czyli pustka historyczna i intelektualna, w najlepszym przypadku manipulacja, propaganda sukcesu uprawiana przez czerwonych. Wreszcie pojawia się wspaniały następca i kontynuator sukcesów, Andrzej Piekutowski! Okres od Heleny Lemańskiej do Piekutowskiego boleśnie uwiera prawicę, bo zaprzecza jej twierdzeniom, iż komuna tylko indoktrynowała społeczeństwo. Dlatego nie pokazuje się kroniki o strajku, dlatego nie emituje się kolorowego wydania, przygotowanego przez Marylę Góralczyk, relacjonującego wręczenie Nagrody Nobla Czesławowi Miłoszowi. Całe wydanie kroniki poświęcone Lechowi Wałęsie, zrealizowane przez Marię Dehn, z pewnością już myszy zjadły.
Nie wspominam o relacji przygotowanej przez PKF z pierwszej wizyty papieża w ojczyźnie: „Ojciec święty Jan Paweł II w Polsce”, wyświetlanej najpierw w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, a dopiero potem w Polsce, gdy Józef Tejchma został ministrem kultury i sztuki, sprawił, że film pojawił się także w kinach polskich. Przeczytałem dziesiątki artykułów, informacji prasowych i notatek, ale nigdzie, w żadnym dzienniku czy tygodniku nie znalazłem nawet najdrobniejszej wzmianki o tym, że w dwa dni po wyborze kardynała Wojtyły na papieża, wszystkie kroniki na świecie otrzymały od PKF materiały filmowe o Janie Pawle II.
To jasne, kronikę redagowały wtedy komuchy. I to oni filmowali arcybiskupa i kardynała. Toteż nie dziwi mnie ocena PKF przygotowana przez parę studentów. Boleję nad tym, że młodych Polaków kształci się zakładając im jak koniom okulary zawężające pole widzenia. To też nad Wisłą, słowa wielkiego Polaka: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” brzmią jak szyderstwo. Usuwanie Polskiej Kroniki Filmowej z polskiej świadomości jest bezwzględne, systematyczne i precyzyjne. Internauci już to zauważyli. Oto wypowiedź pochodząca z Internetu: „Przykład z Polską Kroniką Filmową: z jakiś wiadomych tylko sobie względów WFDiF broni jak lew dostępu do PKF-ów zwykłemu śmiertelnikowi, a każdy cytat z kronik w innych filmach jest „ometkowany” wielgachnym napisem w prawym dolnym rogu z nazwą wytwórni… Dlatego od pewnego czasu dobrzy ludzie gromadzą i udostępniają PKF-y w sieci – jak wiadomo za friko…”
WFDiF rzeczywiście „ometkowuje” materiały Polskiej Kroniki Filmowej. Kradnąc cudzą twórczość i własność intelektualną, narusza bezceremonialnie prawo autorskie, kpi z zasad moralnych i etycznych. Publicyści, pisarze, naukowcy sięgają każdego dnia do gazet codziennych, tygodników i miesięczników. Cytują w swoich książkach artykuły i informacje zawarte w czasopismach. Gdyby wzorowali się na WFDiF, to cytując artykuł np. ze „Świata” z czasów PRL, powinni pisać „cytat pochodzi z RSW „Prasa…” To samo przy „Perspektywach”, „Dookoła Świata”. „Po Prostu” i wielu nieistniejących już czasopism.
Ten nachalny, bezprecedensowy proceder wykreślania dorobku Polskiej Kroniki Filmowej dzieje się jawnie na oczach prokuratorów, uczonych z IPN ( Instytutu Polskiej Nienawiści?), ministra kultury i ministra sprawiedliwości. I wszystko jest OK.?
Na tym powinienem tę część wspomnień zakończyć, niestety, muszę na chwilę powrócić do wypowiedzi Piotra Halbersztata, który pisze: „Kilka miesięcy po Sierpniu, w kwietniu 1981roku odszedłem z Kroniki. Nie byłem już w stanie tam pracować. Po podpisaniu porozumień widziałem szansę na gruntowną zmianę. Wreszcie będzie można mówić prawdę – myślałem. Jednak deklaracje władz mijały się z prawdziwymi intencjami. Każde wydanie Kroniki cenzurowali członkowie KC… Odszedłem więc z Kroniki i zostałem sekretarzem redakcji tygodnika „Kultura”…”
Redaktorem naczelnym „Kultury” był wówczas zastępca członka KC PZPR, Dominik Horodyński. No, ale zastępca to jednak nie członek. Przecieram oczy i nie wierzę, że Piotr Halbersztat mógł coś podobnego napisać! Co się dzieje z ludźmi?
Dalej Piotr pisze, że go nie zweryfikowali. Nie miał pracy, zamierzał zostać taksówkarzem, kupił nawet licznik, ale swoich marzeń nie spełnił. Szkoda, byłby znakomitym taksówkarzem! Pasażerom opowiadałby bajki, ma przecież bujną wyobraźnię.
Przedostatni raz zacytuję Piotra Halbersztata. „W sumie przez sześć miesięcy byłem bez pracy. W końcu zostałem sekretarzem redakcji w miesięczniku „Teatr”. Był warunek – żadnego pisania”. Prawda, że piękny życiorys? Tyle, że podretuszowany i skrócony.
Piotr Halbersztat zapomniał, że w czasie stanu wojennego pracował w wydawnictwie stricte partyjnym, choć brzydził się członkami KC, pracował w Krajowej Agencji Wydawniczej! Zatrudniłem go w „Fikcjach i Faktach” (nakład 200000 egz.), nie miał zakazu pisania. Pod swoim nazwiskiem. Publikował tłumaczenia, także Szałamowa. A nazwisko jego widniało w stopce!
„Fikcje i Fakty” już się nie ukazują, ale są w bibliotekach, można sprawdzić. (Zainteresowani znajdą „Fikcje i Fakty” nie w dziale czasopism, a w dziale książek – M.Ch.).
Po raz ostatni zacytuję swojego redakcyjnego kolegę (z PKF i FiF). Piotr Halbersztat w „Kto tu wpuścił dziennikarzy – 25 lat później” pisze: „Na co dzień trzeba zarabiać na chleb i troszczyć się o rodzinę. Oczywiście należy przy tym wszystkim wykazać przyzwoitość”. Tu się zgadzamy. Przyzwoitość przede wszystkim, Piotrze!
Nie rozumiem takich ludzi jak Piotr Halbersztat. Wydawałoby się mądry, przyzwoity człowiek, a posługuje się kłamstwami bez potrzeby. Nikt go przecież w Polskiej Kronice Filmowej nie zmuszał do uprawiania propagandy sukcesu. Sam proponował tematy i pobierał za ich realizacje honoraria.
Pamiętam, że w 1975 roku, przed zjazdem partii Piotr Halbersztat zrealizował przepiękną kolorową kronikę pt. „Praca, zdrowie, wypoczynek”. Pokazał w niej piękno pracy, ośrodki zdrowia w zakładach przemysłowych, domy wczasowe dla górników i robotników z polskich fabryk. W tym wydaniu informował widzów, że tylko w jednym roku 4.000.000 pracujących skorzystało z wczasów! Czy realizował to wydanie pod przymusem? Czy, jakiś komuch z KC PZPR stał nad nim z knutem? Czy te domy wczasowe wtedy nie istniały? Czy kłamał, że z wypoczynku skorzystały cztery miliony pracowników? Nie. To, dlaczego się tego wstydzi?

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

Premier redaguje Z PKF PRZEZ POLSKĘ I ŚWIAT – OPOWIEŚĆ O PRACY W POLSKIEJ KRONICE FILMOWEJ I ŻYCIU W PRL

Były szef kinematografii polskiej, pierwszy zastępca ministra kultury, Mieczysław Wojtczak, w swoim imponującym dziele pt. „Kronika nie tylko filmowa” pisze: „…PKF przez lata była oczkiem w głowie, przedmiotem bezpośredniego zainteresowania, wysokich władz, a szczególnie Piotra Jaroszewicza, który nie żałował środków finansowych na zakup sprzętu i nowoczesnych kamer filmowych”. Słowem, PKF należała do pieszczochów premiera! Jak te pieszczoty wyglądały, opowiem.

W czasach, kiedy generał Piotr Jaroszewicz pełnił funkcję wicepremiera w rządzie Józefa Cyrankiewicza, kronika dość często otrzymywała zaproszenie brzmiące mniej więcej tak: „Towarzysz premier Piotr Jaroszewicz przyjmuje delegację zagraniczną… i prosi PKF o zanotowanie tego faktu”. Kronika wysyłała wtedy operatora z kamerą, z sześćdziesięcioma metrami taśmy w kasecie, aby uświetnić, zapisać dla potomnych i… zapłacić operatorowi za trud, czego dowodem było owe 60 metrów naeksponowanej taśmy czarno-białej. Wywołany materiał przekazywaliśmy do archiwum. Temat nigdy nie ukazywał się na ekranie…
Zapisuję w tym miejscu tylko fakty, nie będę się wdawał w spekulacje i dociekania, co skłoniło Piotra Jaroszewicza, gdy został premierem, do okazywania kronice „bezpośredniego zainteresowania” i… pomocy w redagowaniu kolejnych wydań.
Każdego ranka w środę i w piątek jeszcze „gorące” pudło z nagraną kroniką (pierwsza kopia) redaktor naczelny, Michał Gardowski brał pod pachę i jechaliśmy do Urzędu Rady Ministrów w Aleje Ujazdowskie, gdzie pracował Piotr Jaroszewicz. Tam w wielkiej sali narad, przy odsłoniętych olbrzymich oknach, prezes Rady Ministrów w otoczeniu wicepremierów i wyższych rangą urzędników oglądał, jako pierwszy widz w ludowej ojczyźnie, Polską Kronikę Filmową.
Początkowo seanse przebiegały znośnie, Piotr Jaroszewicz zadawał pytania, redaktor naczelny odpowiadał. A gdy po pewnym seansie skrytykował dorodne konie pokazane w kronice na wystawie rolniczej w Opolu, zorganizowanej z okazji Centralnych Dożynek, no i oczywiście nas, że propagujemy „darmozjadów”, wtedy w sukurs przyszedł nam wicepremier Mieczysław Jagielski, odzywając się do zwierzchnika w te słowa: ależ generale, konie to wielka tradycja naszej armii, pozwolę sobie wspomnieć bitwę pod Grunwaldem i naszą husarię pod Wiedniem. Wypowiedź wicepremiera powstrzymała złość Jaroszewicza. Zauważyłem, że słowo „generał” wyraźnie mu się podobało. Tym razem wracaliśmy z tarczą.
Innym razem, premier skrytykował nas za to, że robimy widzom „wodę z mózgu”, zamieściliśmy, bowiem temat z kroniki rumuńskiej o połowie jesiotrów w delcie Dunaju. Pierwsze ujęcie: jesiotr w sieci, następne: ryba na pokładzie, i w reszcie trzecie: ryba wypatroszona, wisząca na haku, a kawior w misce. „Chcecie wmówić ludziom, że łowi się wypatroszone jesiotry” – pytał premier podniesionym głosem. Dopiero wyjaśnienie Gardowskiego, że to skrót montażowy, zastosowany przez filmowców rumuńskich, udobruchał zdenerwowanego premiera.
Prawdę powiedziawszy cały zespół PKF czekał zwykle naszego powrotu z zapasowymi tematami, przygotowanymi na wypadek, gdyby premier wyrzucił z kroniki jakiś „kawałek.” Taki dzień nadszedł nieuchronnie. Podczas nieobecności redaktora naczelnego PKF zgłosił się do mnie młody filmowiec z propozycjami różnych tematów. Szkopuł tkwił w tym, że owe propozycje dotyczyły województwa krakowskiego. A w Krakowie PKF miała swój oddział i niezmiernie zasłużonego operatora Henryka Makarewicza.
Zgodziłem się na wyjazd młodego filmowca w krakowskie, żywiąc cichą nadzieję, że pan Henryk się na mnie nie obrazi, a szef nie skrytykuje za rozrzutność. Nekanda-Trepka Garstecki, bo o nim mowa, przywiózł opowieść o zaniedbanej wiejskiej szkole w powiecie limanowskim, samotnej i bezradnej, zapomnianej przez Boga i władze nauczycielce. Słowem temat „na czasie”, zbliżał się, bowiem pierwszy września, czyli inauguracja nowego roku szkolnego. Aby nikt nie dostał zawrotu głowy od sukcesów, bo sukcesy zaczęły się już przebijać dziarsko na mały ekran, zamieściłem go w kronice nr 35B/71.
Właśnie Michał Gardowski zdążył wrócić z wojaży, pojechaliśmy więc razem do Urzędu Rady Ministrów… Nie byliśmy przygotowani na wybuch gniewu premiera. Piotr Jaroszewicz wpadł w furię! Zaczął na nas wrzeszczeć, że szkalujemy socjalizm, że jesteśmy złośliwymi, nieodpowiedzialnymi dziennikarzami. „Ja jestem nauczycielem i wiem, że takich szkół w Polsce Ludowej nie ma” – krzyczał premier rozgniewany do białości. Kazał natychmiast usunąć z kroniki „kawałek o szkole”, grożąc, że jak nie wykonamy polecenia, to on nas wyrzuci na zbite pyski! Wracaliśmy na Chełmską wzburzeni i podłamani. Temat natychmiast usunęliśmy z kroniki. Wstawiliśmy na jego miejsce nowy, co oznaczało, przy ówczesnej technice, że musieliśmy całą kronikę nagrywać od początku. Michał Gardowski nie powiedział mi ani jednego przykrego słowa, jestem mu za to do dziś wdzięczny… Poradził jedynie, bym natychmiast wziął delegację i pojechał gdzie mnie oczy poniosą. I tę decyzję także rozumiałem, chciał prawdopodobnie, abym mu zniknął na kilka dni z oczu.
Pojechałem oczywiście do Krakowa. Zamierzałem dotrzeć do tej nieszczęsnej szkoły, zrobić zdjęcia i zobaczyć ją w całej krasie. Nie zobaczyłem. Przyjechałem do Krakowa późnym wieczorem. W nocy zadzwoniła do hotelu moja żona, Renia. Wracaj natychmiast. Awantura o szkołę wcale się nie skończyła…Zdecydowałem polecieć pierwszym porannym samolotem. Na lotnisku w Balicach spotkałem Władysława Machejka, redaktora naczelnego „Życia Literackiego.” Odgadł natychmiast z mojego zachowania, że coś nie w porządku, bo zapytał, co się stało? Opowiedziałem mu historię szkoły… „Nie przejmuj się” -– poradził. Wyciągnął piersiówkę i poczęstował mnie nalewką. Pomogła nadzwyczajnie. Przez całą drogę rozmawialiśmy na inne tematy. Po powrocie do redakcji wyjaśniło się, dlaczego awantura znowu wybuchła… Otóż, zdruzgotani złością premiera, usunęliśmy temat z kroniki, ale zapomnieliśmy o tym, że wydanie B emituje telewizja! A z tej kopii tematu o szkole nie wycięliśmy. Premier zobaczył kronikę w telewizji i wszystko zaczęło się od nowa.
Nawet nie usiłuję sobie wyobrazić, jak Piotr Jaroszewicz się zdenerwował. Ile mu sprawiliśmy przykrości i na jaki stres go naraziliśmy, burząc mu wizję szczęśliwej Polski.
Wyjaśnienie sprawy premier powierzył Janowi Czapczyńskiemu. Było to dla mnie jakąś pociechą, przyjaźniłem się z nim od pierwszego dnia studiów. Poznaliśmy się biorąc udział w czynie studenckim na budowie Trasy W- Z. Obaj nie dostaliśmy akademika, co nas zbliżyło i stało się początkiem przyjaźni. Wspólnie z Julkiem Bartoszem, który też mieszkał w akademiku „na waleta”, postanowiliśmy walczyć o swoje. Udaliśmy się do ministerstwa i zajęliśmy gabinet pełnomocnika do spraw studenckich w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego w Warszawie. Podczas nieobecności urzędnika wkroczyliśmy do jego gabinetu, rozłożyliśmy skrypty, rozsiedliśmy się w wygodnych fotelach i oddaliśmy się zdobywaniu wiedzy. Z okupowanego gabinetu usunięto naszą trójkę siłą. Na szczęście zastępca pełnomocnika, człowiek o dobrym sercu, przyjął nas życzliwie i zapewnił, że jeśli znajdziemy jakiś wolny pokój w którymkolwiek akademiku w stolicy, przydzieli nam go natychmiast. Znaleźliśmy na ulicy Grenadierów…
Janek Czapczyński obejrzał kronikę i pojechał sprawdzić, czy szkoła rzeczywiście istnieje. Zanim napisał sprawozdanie dla premiera, w „Życiu Literackim” (19 września 1971 r. nr 38) ukazał się artykuł Władysława Machejka pt. „Przeciw dreptaniu w miejscu”, a w nim następujący fragment: „Towarzysz Gustek, I sekretarz KP PZPR w Limanowej opowiadał o obrazie w TV (w PKF 35B/71 – uwaga M.Ch.) wykonanym przez młodych żarliwych filmowców, w którym to obrazie przedstawili dno materialne i umysłowe jednej ze szkół podstawowych we wsi limanowskiej. To wszystko prawda, stwierdził sekretarz Gustek. Rzeczywiście panuje ubóstwo…ale nie tylko w jednej sfilmowanej szkole. Takich szkół wmontowanych w prywatne obejścia, domy, chaty, spichlerze i chlewy często urągających elementarnym warunkom higieny i bezpieczeństwa jest w powiecie dwanaście; lekcje odbywają w dwustu wynajętych prywatnych izbach i wiejska dzieciarnia oraz nauczyciele muszą ganiać z krańca wsi na drugi kraniec, żeby odbębnić lekcje. Nic dziwnego, że w takich okolicach ironicznie dyskutuje się o lotach na Księżyc i ludzie mało przejmują się kłopotami „miejskimi.” Albowiem istnieje tylko zrozumienie dla własnych krzywd i zapaści. Zbyt powolne wyrównywanie dysproporcji rodzi prądy przedrzeźniające i negujące ogólny postęp”.
Wypowiedź sekretarza komitetu powiatowego partii w Limanowej, któremu premier nie mógł zarzucić, że „szkaluje socjalizm” dowodzi, że istniały dwie Polski: Polska sekretarza z Limanowej i ta w głowie premiera, Piotra Jaroszewicza. Prosiłem Janka, by dołączył artykuł Machejka do swojego sprawozdania.
Janek Czapczyński poinformował mnie, że premier wysłuchawszy jego relacji powiedział: „wiedziałem, że winien będzie kierowca”. Oczywiście, miał na myśli tego kierowcę, który z Chełmskiej zawiózł pudełko z taśmą do telewizji. Zaniedbana szkoła została zburzona, a na jej miejscu z polecenia premiera, Piotra Jaroszewicza, wzniesiono nowoczesny budynek. Pokazaliśmy go z wielką przyjemnością w ramach „propagandy sukcesu,” używając do tego „manipulacji ideologicznej”.
Na marginesie dodam, że nie zniszczyliśmy usuniętego tematu, można go znaleźć w archiwum w tak zwanych „odrzutach”, poz. 15-16. Realizator Nekanda-Trepka Garstecki.
Kiedy indziej prezes Rady Ministrów nakrzyczał na nas, gdy zobaczył na ekranie temat „Trudne żniwa”. „Kosy w Polsce już nikt nie używa” – oznajmił kategorycznie. Skąd on czerpał taką wiedzę, nie mieliśmy najmniejszego pojęcia. Tłumaczyliśmy, że to tereny podmokłe, po długotrwałych opadach. Skończyło się na krzyku. Ale w następnym wydaniu pokazaliśmy przewspaniałe kombajny w PGR w Wielkopolsce i premier był usatysfakcjonowany.
Jego „pomoc” w redagowaniu kroniki stawała się kłopotliwa i kosztowna, chwile wytchnienia mieliśmy wtedy, gdy Piotr Jaroszewicz wyjeżdżał „w Polskę” albo był niezmiernie zajęty ważnymi sprawami państwa. Byłem już wtedy redaktorem naczelnym PKF, Michał Gardowski został wiceprezesem Radiokomitetu. Premier dawał mi wytyczne, jak mam redagować Kronikę: żadnej rozrywki, piosenki mogą być, ale tylko w wykonaniu Ireny Santor. Piotr Jaroszewicz był jej wielbicielem. Upodobania premiera potwierdził Karol Małcużyński. Opowiedział mi, jak będąc na kolacji u państwa Jaroszewiczów, wysłuchał całego wywodu premiera o talentach pani Ireny. „Ale najważniejsze – pouczał mnie premier – to pokazywać ogrom osiągnięć Polski, przemysł przede wszystkim, bo tu mamy największe sukcesy”. Zgodziłem się z moim „nauczycielem”, ale powiedziałem, że pokazywanie fabryk to żadna sztuka, osiągnięcia – moim zdaniem – należy przedstawiać w taki sposób, aby ludzie chcieli je oglądać. „Co stoi na przeszkodzie?” – zapytał zdziwiony premier. „Cenzura”. I opowiedziałem premierowi, jak to cenzura zdjęła temat o meleksach – wózkach akumulatorowych służących do transportu w dużych zakładach pracy, eksportowanych do krajów „strefy dolarowej”.
Kronika pojechała, do zakładu produkującego owe wózki z modelkami z „Mody Polskiej.” Wsadziła je na meleksy i zrealizowała temat pokazując nie tylko nowoczesny zakład, ale piękne Polki w gustownych strojach.
Premier wysłuchał mojej relacji z zainteresowaniem. I powiedział: dajcie ten kawałek w następnej kronice. Na nagraniu kolejnej kroniki cenzor aż podskoczył do góry, gdy na ekranie pojawiły się meleksy (tekstu do tego tematu nie wysłaliśmy na Mysią): „Przecież usunąłem ten temat z poprzedniego wydania”. „Szkoda mi takiego pięknego tematu” – tłumaczyłem. „Nic na to nie poradzę – odpowiedział cenzor – jest zapis w księdze, a ja nie mogę go zmienić”. „A premier może?” „Może”. „No to Piotr Jaroszewicz zapis zmienił”.
Józek zaniemówił. Pobiegł do telefonu, by sprawdzić, czy zapis usunięto. Po chwili wrócił i oznajmił, iż dyrektor cenzury chce ze mną rozmawiać. Poinformowałem dyrektora, że mam zezwolenie premiera. Nie dowierzał. Zaproponowałem, by zadzwonił do Urzędu Rady Ministrów. Od tej pory cenzor wyraźnie złagodniał. Choć muszę przyznać, że to nie cenzorzy byli dla kroniki największym problemem.
Po dwudziestu pięciu latach służby rudowęglowiec „Sołdek”, pierwszy statek pełnomorski, zbudowany po wojnie (listopad 1948 roku) w polskiej stoczni, pokazywany w kronice, noszący imię od nazwiska trasera Stanisława Sołdka, miał popłynąć w swój ostatni rejs. Polska Kronika Filmowa, która towarzyszyła narodzinom, nie mogła nie uczestniczyć w ostatniej, sentymentalnej podróży statku.
Wraz z operatorem Sławkiem Sławkowskim, przyjechaliśmy do Szczecina w przeddzień ostatniego rejsu. Armator poinformował, że mamy jeszcze dwa dni czasu, ponieważ statek jest dopiero w połowie załadowany węglem. Nie zamierzaliśmy czekać bezczynnie, ruszyliśmy popatrzeć, co dzieje się na trasach turystycznych.
W Pobierowie trafiliśmy na camping zaniedbany i brudny. Pomyślałem, że szczęście się do nas uśmiechnęło. Premier na te wakacje rzucił hasło: „Czystość, Ład, Porządek”. Nie ukrywam, sądziłem naiwnie, iż temat o tym campingu przypadnie do gustu premierowi. Oto krytykujemy brudasów, którzy nie podjęli apelu rządu naszego ludowego. Natychmiast, pocztą dworcową, wysłaliśmy taśmę do redakcji z prośbą, by jak najszybciej umieścili „camping” w jednym z wydań kroniki.
Po powrocie z Kopenhagi wybrałem się z żoną i córką na urlop, nad morze, do Świnoujścia. Po kilku dniach wypoczynku otrzymałem w ciągu paru godzin aż trzy depesze: wracaj natychmiast – alarmował Janusz Kędzierzawski, mój zastępca. Przerwałem urlop. W Warszawie dowiedziałem się od Janusza, że jestem zwolniony z pracy przez samego prezesa Rady Ministrów Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej za zamieszczenie w kronice tematu o zaniedbanym campingu.
Janusz Kędzierzawski nie mógł ochłonąć po wizycie u premiera, a właściwie po tym, co tam usłyszał. Prezes Rady Ministrów po obejrzeniu kroniki wpadł w furię. „Macie mieszkanie? – pytał Janusza. „Mam”. „A łazienkę macie w tym mieszkaniu?” „Mam”. „To dzięki takim jak wy pół Polski sra za stodołą” – zakończył premier i kazał mnie wyrzucić z pracy.
Wiedziałem, że w czasie urlopu nikt nie może mnie z pracy usunąć, nawet premier. Nie pokazywałem się na Chełmskiej, można powiedzieć, że się ukrywałem. Zawiadomiłem żonę, że wrócę za tydzień, a przez ten czas naradzałem się – co robić? No i mocno tłumiłem lęk, popijając z przyjaciółmi.
Koledzy nie szczędzili mi dobrych rad, czas płynął, a moje położenie nie poprawiało się ani o jotę, urlop musiał się przecież kiedyś skończyć. I co wtedy?
Zdecydowałem odwołać się do Komitetu Centralnego, a ściślej biorąc, do członka Biura Politycznego, Jana Szydlaka, któremu podlegały „środki masowego przekazu”. Zadzwoniłem do szefa jego gabinetu i poprosiłem o przyjęcie. Po piętnastu minutach otrzymałem telefon, że towarzysz Jan Szydlak przyjmie mnie za godzinę.
Pojechaliśmy do KC, nie ukrywam na mocnym kacu, z Januszem Kędzierzawskim, bo to on wysłuchał reprymendy premiera i on zrelacjonował sekretarzowi i członkowi Biura Politycznego KC przebieg wizyty w Urzędzie Rady Ministrów. Jan Szydlak wysłuchał relacji i ku naszemu zdziwieniu zapytał, jak zareagowała na kronikę z tematem o campingu Egzekutywa Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Szczecinie. Doprawdy, nie wiedzieliśmy. Z pomocą przyszedł uczestniczący w rozmowie Wiesław Klimczak, który poinformował Jana Szydlaka, że egzekutywa szczecińska uznała temat za pożyteczny. Kamień spadł mi z serca.
Towarzysz Szydlak poprosił Wiesława Klimczaka, aby zadzwonił do premiera i poinformował go, iż o losie kadr zatrudnionych w środkach masowego przekazu decydują odpowiednie instancje partyjne.
Dostać się do członka Biura Politycznego wcale nie było łatwo postanowiłem, zatem wykorzystać pobyt u Jana Szydlaka i poinformowałem go, że z okazji trzydziestej rocznicy Polski Ludowej zamierzamy pokazać w specjalnym cyklu dorobek i osiągnięcia trzydziestolecia. „Sądzicie, że tak dużo mamy tych osiągnięć?” – zapytał Jan Szydlak. Odpowiedziałem, że na szesnaście kronik ich wystarczy, ale potrzebna jest kolorowa taśma, i to najwyższej jakości. Przedstawiłem zarys cyklu, wsparł mnie Janusz Kędzierzawski. Towarzysz Szydlak zaakceptował nasz pomysł. Znaczyło to, że będziemy mieli barwną taśmę! A operatorzy i dziennikarze pole do popisu, nie mówiąc już o zarobkach.
Kroniki monotematyczne wymagały nie tylko zgłoszenia tematu i dokumentacji, ale także scenariusza, scenopisu, za co redakcja płaciła dodatkowo. Stwarzały redaktorom i operatorom większe możliwości wykazania się inwencją i potencjałem twórczym. Barwna taśma zestawiona z czarno-białym materiałem archiwalnym Polskiej Kroniki Filmowej pobudzała wyobraźnię nie tylko autorów kronik poświęconych trzydziestoleciu Polski Ludowej, ale uzmysławiała milionom widzów, jaką drogę cywilizacyjną przeszło polskie społeczeństwo.
Dziś właśnie te kroniki stały się dla „krytyków na zawołanie” świadectwem tego, że PKF uprawiała propagandę sukcesu. A przecież nowe osiedla, szkoły, szpitale, domy kultury i fabryki pokazane wówczas, nie są budowlami wirtualnymi.
Dekada Edwarda Gierka wyprowadzała kraj z polskiego zaścianka na szerokie drogi europejskie. „Sukces gospodarki – pisze prof. Kazimierz Z. Poznański w „Wielkim przekręcie” – należy mierzyć jednak nie tyle zdolnością pomnażania zasobów kapitału, co zdolnością tworzenia miejsc pracy, których w okresie Gierka powstało 2,1 miliona. To był niesamowity przyrost, prawie o jedną piątą w trakcie jednego dziesięciolecia, tak że rozładowano tzw. wyż demograficzny. Dla porównania, w okresie 1990 -1997, czyli w epoce Balcerowicza, zlikwidowano 2,1 miliona miejsc pracy, czyli jedną piątą.” Mieliśmy więc, co pokazywać i z czego się cieszyć. W pamięci społeczeństwa tkwiły jeszcze mocno bieda i bezrobocie II Rzeczypospolitej nie mówiąc o analfabetyzmie, zacofaniu cywilizacyjnym i kulturalnym Polski. Gdyby nie dorobek Polski Ludowej, tak wściekle dziś poniewieranej i atakowanej, co byśmy dziś prywatyzowali i sprzedawali? Profesor Poznański twierdzi, że majątek narodowy stworzony w PRL sprzedano za 10 procent jego rzeczywistej wartości!
Wracając do spotkań z Piotrem Jaroszewiczem, wspomnę jeszcze o trzech. Premier wybrał się z oficjalną wizytą do Indii. Towarzyszyła mu w tej podróży nie ekipa PKF, złożona z trzech osób, a jedynie Ryszard Golc – operator, ulubieniec żony premiera, pani Alicji Solskiej (walczyła w Armii Ludowej, w czasie Powstania Warszawskiego przepłynęła z meldunkiem na drugi brzeg Wisły) dziennikarki „Trybuny Ludu”. Była to zapewne osobista decyzja Piotra Jaroszewicza.
Współczułem Ryszardowi z całego serca. Wyobrażałem sobie jego katorżniczą pracę w niesamowitym upale, dźwigającego nie tylko ciężką kamerę, ale kilka zapasowych kaset z taśmą. Wrócił straszliwie zmęczony, poprosił mnie, aby nie wysyłać go już nigdy w pojedynkę, bo będzie musiał stanowczo odmówić.
Montaż tematu sprawił nam ogromne kłopoty. Rysiek nie wiedział, kogo filmował i kto jest w kadrze. Musiałem prosić o pomoc osoby z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które towarzyszyły premierowi. Każde wydanie Kroniki mieściło się na trzystu metrach taśmy. Temat z wizyty Piotra Jaroszewicza w Indiach miał sto metrów – jedna trzecia wydania. Na więcej nie starczyło materiału.
Z Biura Rzecznika Prasowego Rządu poinformowano mnie, że premier obejrzy kronikę osobiście. W wielkiej sali konferencyjnej zastałem premiera, jego żonę Alicję Solską i ministra Włodzimierza Janiurka. Kiedy skończył się stumetrowy temat z wizyty, premier zapytał: tylko tyle? Dlaczego nie pokazaliście tłumów na trasie przejazdu, co wy sobie wyobrażacie? Sabotujecie oficjalną wizytę prezesa Rady Ministrów? Natychmiast przygotujcie pełne wydanie kroniki. Nie czekając na koniec projekcji, wstał z fotela i wyszedł. Nie chciał mnie nawet wysłuchać.
Zdążyłem jedynie Alicji Solskiej powiedzieć, że nawet tak utalentowany operator jak Ryszard Golc w pojedynkę nie był w stanie nic więcej sfilmować. Spojrzała na mnie ze zrozumieniem, ale nie powiedziała ani słowa. Była chyba nie mniej ode mnie zaszokowana zachowaniem premiera!
Wróciłem do redakcji tak zbulwersowany, że pudełko z kroniką wziąłem do swojego pokoju zamiast zostawić je w sekretariacie. Usiadłem za biurkiem i napisałem rezygnację z funkcji redaktora naczelnego Polskiej Kroniki Filmowej. Poprosiłem Basię Siwińską, aby szybko przepisała pismo w dwóch egzemplarzach.
Zamiast Basi Siwińskiej z przepisanym tekstem w ręce, weszła do pokoju Basia Dudkiewicz – sekretarz redakcji. „Chyba nie traktujesz tego pisma poważnie” – zapytała. „Mam już dość premiera, ty postąpiłabyś inaczej? Premier żąda, abym jego wizycie poświęcił całe wydanie, skąd wezmę materiał?” I opowiedziałem jej, co się działo w Urzędzie Rady Ministrów. „Nie martw się, mamy materiału pod dostatkiem. Tłumy z pewnością znajdziemy bez większego trudu, musimy sięgnąć po materiały z wizyty Józefa Cyrankiewicza na Cejlonie i w Indiach. Zaraz zadzwonię do archiwum. Za dziesięć minut zapraszam na projekcję do sali B.
Wiedziałem z własnego doświadczenia, że w miastach Indii ulice i place od świtu do nocy są zatłoczone, a poruszanie się po nich wymaga nie lada umiejętności. Skąd mogłem wiedzieć, że premier Jaroszewicz był przekonany, iż mieszkańcy New Delhi wylegli tak tłumnie właśnie na jego powitanie?
Tak jest do dziś. Gdy w 2004 roku moja wnuczka, Agata, wylądowała w stolicy Indii i połączyła się ze mną za pomocą Internetu, na pytanie, co wywarło na niej największe wrażenie, odpowiedziała bez wahania: „tłumy ludzi na ulicach, dziadku!”
Obejrzeliśmy materiał z podróży Cyrankiewicza, tłumów nie brakowało. Mnie jednak ogarnęły wątpliwości i obawy. Zwołałem posiedzenie kolegium redakcyjnego. Moje wahania przyjęto z rozbawieniem. Podjąłem decyzję. Następnego dnia kronika była gotowa.
Powiadomiłem o tym ministra Włodzimierza Janiurka. Po kilku minutach otrzymałem wiadomość, że za dwie godziny odbędzie się projekcja. Na pokaz przyszli tylko premier i minister Janiurek. Pani Alicja Solska nie przybyła… Premier z zadowoleniem obejrzał kronikę w całości poświęconą jego wizycie. Wstał z fotela i rozkładając ręce powiedział: „No, widzicie, jak was opieprzyłem, to się postaraliście!”
No comment.
Wiadomość, iż będę towarzyszył oficjalnej wizycie premiera do Iranu przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Mogłem się wszak spodziewać najgorszego.
Polska Kronika Filmowa swoją popularność zawdzięczała w dużej mierze operatorom, ich kunsztowi robienia zdjęć i zaangażowaniu w pracy. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że operatorzy rywalizowali ze sobą, że poza „oficjałkami” (tak nazywaliśmy zdjęcia dla uświetnienia uroczystości) dokładali największych starań, aby nie popaść w sztampę. Konkurowali z sobą w atmosferze koleżeńskiej życzliwości. Mimo że używali starych kamer osiągali znakomite wyniki. Sprzęt, którym się posługiwali pracował głośno, co oczywiście przeszkadzało telewizji. Dlatego, dla wyciszenia starych arriflexów zakładano na kasety tzw. koszulki wytłumiające szum, niestety, zabieg skutkował tylko częściowo.
Na spotkanie premiera Polski w wytwornym gabinecie szachinszacha Iranu wpuszczono dziennikarzy tylko na chwilę, na kilka ujęć: uścisk dłoni obu dostojników, uśmiech i fragment rozmowy, minuta, najwyżej dwie i koniec. Rozmowa w cztery oczy odbywa się zazwyczaj bez dziennikarzy. Tak było i tym razem.
Afera wybuchła po wyjściu Piotra Jaroszewicza z pałacu. Jak zwykle dziennikarze czekali na premiera z osobami towarzyszącymi przed wyjściem z pałacu. Piotr Jaroszewicz podszedł do nas i zaczął mi w prostacki sposób wymyślać za to, że kamera pracowała zbyt głośno. Osoby towarzyszące patrzyły na jego zachowanie z zażenowaniem. Dla mnie ten wybuch złości był niezrozumiały. Wszak ten sam Piotr Jaroszewicz najczęściej ze wszystkich dostojników „zapraszał” kronikę i jakoś głośno pracujące kamery mu nie przeszkadzały. Co mogłem zrobić poza wzruszeniem ramion?
W drodze powrotnej, gdy samolot osiągnął pułap wysokości i wyrównał lot, z salonki premiera wyszła pani Alicja Solska i przysiadła się do mnie. Siedziałem osamotniony, albowiem żaden z kolegów dziennikarzy po tym, co się stało nie miał odwagi siąść przy mnie. Rozmowa, dotyczyła sprzętu, jakim posługuje się Polska Kronika Filmowa. W pewnym momencie, gdy zacząłem mówić o kłopotach, zapytała czy chciałbym na ten temat porozmawiać z premierem? Zgodziłem się bez wahania, choć przyznaję, że nie wiązałem z tym spotkaniem zbyt wielkich nadziei.
Premier zapytał, czy napije się koniaku? Przeprosił za to, że mnie skrzyczał. „Nie wstyd wam, że kamery wasze są takie głośne?” „Nie mamy innych. A te głośno pracujące, to kamery zdobyczne, jeszcze z czasów wojny”. Na to premier: „To, dlaczego kamery telewizyjne pracują cicho?” „Są nowe i nowoczesne”. „A czy można kupić dla PKF kamery ciche?” „Można, ale są bardzo drogie”.
Takiego premiera widziałem po raz pierwszy; spokojny, pogodny, w jego głosie wyczuwało się nawet pewną życzliwość. Słuchał moich wywodów z zainteresowaniem. Nie chciałem nadużywać uprzejmości, kończąc stwierdziłem, że w tej chwili dla PKF są najważniejsze dwa problemy: kamery i transport. Ekipy PKF poruszają się wolno, bo mają do dyspozycji tylko nysy i robury. Gdy skończyłem, Piotr Jaroszewicz poprosił do salonki wicedyrektora od spraw gospodarczych URM i polecił mu, by kupił dla PKF kamerę przeze mnie wskazaną i dał przydział na zakup pięciu fiatów 125p. Nie wierzyłem własnym uszom. Podziękowałem premierowi i szczęśliwy wyszedłem z salonki.
Jestem do dziś przekonany, że ta życzliwość i hojność premiera była zasługą pani Alicji Solskiej. Podziękowałem jej serdecznie, gdy odwiedziła redakcję PKF.
Na marginesie dodam jeszcze, że poznałem w tym locie krewnego. Wicedyrektor, któremu premier zlecił zakup kamery, okazał się moim kuzynem.
Polska Kronika Filmowa otrzymała najnowocześniejszą na owe czasy kamerę firmy Arriflex, tzw. beelkę. Jest używana do dziś, widziałem na własne oczy jak pan Stanisław Plewa, filmował panią Hannę Gronkiewicz-Waltz podczas otwarcia stacji metra na Bielanach. Była to kamera bezszmerowa, nagrywająca jednocześnie dźwięk synchronicznie z obrazem. Niestety, ważyła około siedem kilogramów, ale nasi operatorzy robili nią zdjęcia z ręki!
Przysporzyła mi ona nie lada kłopotów. Po beelkę ustawiła się kolejka reżyserów filmów fabularnych i dokumentalnych. Korzystał z niej Andrzej Wajda, a znany reżyser dokumentalista, Roman Wionczek, złożył na mnie skargę do Komitetu Centralnego PZPR! W dniu bowiem, w którym zaplanował realizację zdjęć, tą właśnie kamerą, PKF musiała uświetnić, jakieś wydarzenie na szczytach władzy.
Nie ukrywam, że dzięki beelce krąg ludzi niechętnych mojej osobie na Chełmskiej znacznie się powiększył. Została zakupiona dla potrzeb Polskiej Kroniki Filmowej i nikt by mnie nie usprawiedliwił, gdybym wiedział np., że w czwartek będziemy filmować jakieś ważne wydarzenie na najwyższym partyjnym czy rządowym szczeblu, a ja udostępniłbym w tym terminie ową kamerę, nawet, najsławniejszemu reżyserowi. Przecież to nie najsławniejszy twórca filmów zbierałby cięgi od premiera za głośną kamerę, tylko ja. Nie wypożyczałem beelki na kilkudniowe realizacje poza Warszawą. Zdarzyło się bowiem, że zabieraliśmy ją z planu filmu fabularnego, gdy PKF musiała uświetnić jakąś ważną imprezę, o czym dowiadywaliśmy się często w ostatniej chwili.
Konflikt, jaki istniał między „kronikarzami” i „dokumentalistami”, nie był polską osobliwością. Wielokrotnie, przy okazji kongresów międzynarodowych, rozmawiałem na ten temat z kolegami. To zjawisko miało charakter uniwersalny i ponadustrojowy, występowało we Francji i na Węgrzech, w ZSSR i w RFN.
Ostatnia moja wizyta u premiera miała przebieg wyjątkowo nieprzyjemny. Po skończonej projekcji Piotr Jaroszewicz poprosił mnie do swojego gabinetu. Gdy wchodziliśmy szerokimi schodami na pierwsze piętro, spytał czy jestem żonaty i czy mam dzieci? Kiedy odpowiedziałem, że mam żonę i córkę, zapytał: „To jak je wyżywicie, gdy was zwolnię z pracy?” Uznałem, że jest to pytanie retoryczne i milczałem. Po wejściu do gabinetu objaśnił, że jego właściwy gabinet mieści się obok (niski jednopiętrowy budynek sąsiadujący z wysokim gmachem rządowym): „Tu przyjmuję tylko gości, a tam pracuję”.
Dwa tematy nie podobały się premierowi. Żart dotyczący cen nowości i występ Tadeusza Rossa z zespołem dość pulchnych dziewcząt. Pominę wykład premiera dotyczący ekonomii i oskarżenie, że mimo krytycznych uwag ciągle „podgryzam wysiłki rządu”, bo o tym już pisałem. Premier zapytał mnie, przechodząc do krytyki T. Rossa, z którą z występujących dziewcząt sypiam? Prostota pytania wprawiła mnie w osłupienie! Odpowiedziałem, że żadnej z tych pań nie widziałem na oczy, nie znam też pana Rossa. „To, po co takie kawałki pokazujecie w kronice? Marnujecie tylko państwowe pieniądze!”
Wysłuchałem długiego wywodu premiera na temat, jak ma wyglądać kronika. Napisałem „wywodu”, ale były to w rzeczywistości polecenia dotyczące treści. Nie zamierzałem podporządkować się zaleceniom prezesa Rady Ministrów Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Jeszcze tego samego dnia (14 kwietnia 1975 r.) napisałem pismo do Wydziału Prasy Radia i Telewizji KC PZPR, w którym informowałem m.in., że: „Po ostatnim pokazie Polskiej Kroniki Filmowej w Urzędzie Rady Ministrów, zostałem poproszony przez towarzysza Piotra Jaroszewicza na rozmowę, w której prezes Rady Ministrów wyraził swą dezaprobatę w związku z zamieszczonym w kronice tematem o Targach Poznańskich, a następnie przedstawił swój krytyczny stosunek do tematów rozrywkowych, konkretnie do prezentowanych (…) piosenek. Towarzysz premier nakazał mi, aby PKF nie zamieszczała w ogóle tematów krytycznych, publicystycznych, rozrywkowych, piosenek i tematów z dziedziny kultury (z wyjątkiem wielkich wydarzeń kulturalnych, jak np. Dni Kultury ZSRR). Towarzysz premier Jaroszewicz przedstawił własną koncepcję. Polecił mi mianowicie zawężenie tematyczne PKF do najważniejszych wydarzeń w życiu kraju, bowiem – jak stwierdził – Polska Kronika Filmowa, jak sama nazwa wskazuje, jest kroniką rządową”. Cytat ten pochodzi z wersji pisma poprawionego w Wydziale Prasy, moja bowiem wersja brzmiała zbyt ostro i emocjonalnie.
Po przeczytaniu skargi przyjaciele w Wydziale Prasy zapytali, czy zdaję sobie sprawę z tego, na co się porywam? Czy dostatecznie uświadomiłem sobie, że występuję przeciw premierowi Polski i członkowi Biura Politycznego KC PZPR? Odpowiedziałem bez najmniejszych wahań, iż jestem zdecydowany i nikt mnie od tego postanowienia nie odwiedzie. „Pamiętaj, że cię ostrzegaliśmy”, brzmiały ostatnie słowa, jakie usłyszałem… Od tego momentu dni mijały wolno, zbyt wolno.
Wokół sprawy zapadła cisza, która trwała ponad dwa tygodnie. Nie ukrywam, że denerwowałem się okropnie, nie opuszczały mnie wątpliwości i obawy. Niepewność stała się dla mnie udręką. Także dlatego, że nie rozmawiałem o tym nawet z przyjaciółmi, nie chcąc nadawać zdarzeniu zbyt dużego rozgłosu. Dziś już dokładnie nie pamiętam, czy to była jakaś narada, czy spotkanie zespołu prasowego, dość, że po zakończeniu zebrania podszedł do mnie Jerzy Łukaszewicz, sekretarz KC, i poinformował mnie: „Sekretariat zapoznał się z twoim pismem, redaguj kronikę tak jak do tej pory”. Kamień spadł mi z serca także, dlatego, że PKF od tej pory przestała być „oczkiem w głowie” Piotra Jaroszewicza. Premier Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej przestał oglądać PKF!
Kamień spadł mi z serca także, dlatego, że PKF od tej pory przestała być „oczkiem w głowie” Piotra Jaroszewicza. Premier Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej przestał oglądać PKF!

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

Cenzura Z PKF PRZEZ POLSKĘ I ŚWIAT – OPOWIEŚĆ O PRACY W POLSKIEJ KRONICE FILMOWEJ I ŻYCIU W PRL

Ilekroć opowiadam o pracy w Polskiej Kronice Filmowej, zawsze pada pytanie o cenzurę.

Kiedy rozpocząłem pracę na Chełmskiej, cenzorem był starszy pan przed emeryturą. Może dlatego miewał sporo zastrzeżeń, niepotrzebnych i drobiazgowych, bez większego znaczenia. Nadmierna czujność, jaką wykazywał, irytowała redakcję, która odpłacała mu nieukrywaną niechęcią. Ku oburzeniu zespołu wyrzucił z wydania temat o głośnym wówczas musicalu „Hair”, wystawianym w Paryżu i przysłany przez francuskich kolegów w ramach wymiany. Michał Gardowski nie dał za wygraną, zaprosił na projekcję Wincentego Kraśkę, ówczesnego kierownika Wydziału Kultury KC PZPR i temat ukazał się w następnym wydaniu PKF.
Jego następca, czterdziestolatek, absolwent Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, zachowywał się racjonalnie, nie wykazywał nadmiernej czujności, nie czepiał się „drobiazgów.” Kierował się bardziej motywacją prawniczą niż ideologiczną. Jeśli temat czy tekst nie naruszały w sposób wyraźny i jednoznaczny zapisów z „księgi zakazów”, nie ingerował. Żeby ułożyć sobie poprawne stosunki z nowym pracownikiem Głównego Urzędu z Mysiej, poprosiłem osoby biorące udział w nagraniach, aby nie okazywały cenzorowi swojej niechęci. Wydawało mi się, że zyskamy w ten sposób jego przychylność i zrozumienie. Skoro nie mieliśmy szans na zniesienie cenzury, należało ją przynajmniej w ten sposób złagodzić.
Józek – tak go nazywaliśmy – odczytał nasze zachowanie właściwie i nie utrudniał nam życia. Pierwszy zakwestionowany przez niego temat, (modelki na meleksach), ukazał się na ekranach kin dzięki premierowi Piotrowi Jaroszewiczowi, co z pewnością osłabiło skłonność Józka do ingerencji (patrz rozdział: „Premier redaguje”, który ukaże się w następnym odcinku).
Mieczysław Róg-Świostek, redaktor naczelny „Chłopskiej Drogi”, opowiedział mi przy jakiejś okazji o wiejskim proboszczu, który zmienił swoją parafię nie do poznania. Z inicjatywy i zachęty księdza założono w kilku wsiach wodociągi, wyremontowano drogi, pobudowano chodniki… „Warto pokazać takiego społecznika” – zaproponował Mieczysław. Wybraliśmy się do proboszcza wraz z ekipą PKF, któregoś dnia.
Do dziś wspominam duchownego z rozrzewnieniem, a smaku jego doskonałych nalewek nigdy nie zapomnę. Ksiądz okazał się prawdziwym mistrzem w ich tworzeniu. Nie miał sobie równych. Mógł z nim współzawodniczyć jedynie ojciec Jurka Redlicha, u którego spotykaliśmy się przez wiele lat w Wielki Piątek na śledziku i ziemniakach w mundurkach. W mieszkaniu seniora Redlicha stał ogromny kredens, jakich teraz już się nie produkuje, a w jego wnętrzu na kilku półkach „dojrzewały” butelki z wybornymi nalewkami. Żadne modne trunki importowane nie mogły się z nimi równać.
Rozmarzyłem się pod wpływem wspomnień, zamiast opowiedzieć o perypetiach związanych z tematem poświęconym proboszczowi. Przypomnę, że tekst do kroniki po rozstawieniu i przepisaniu wysyłaliśmy do cenzury.
Miało to swoje zalety. Gdy w głowie cenzora zrodziły się wątpliwości, mógł je skonsultować z przełożonymi i przed nagraniem, telefonicznie, zasygnalizować redakcji swoje zastrzeżenia. Tak właśnie stało się z tematem o proboszczu. Józek poinformował mnie, że tego tematu nie puści, bo w księdze zakazów jest napisane, że księży pokazywać nie wolno.
Kto stworzył cenzurę i w jakiej księdze ją opisano? Natychmiast zadzwoniłem do Mieczysława. Spotkaliśmy się w KC i tam zastępca członka Komitetu Centralnego PZPR, Róg-Świostek, temat „odwojował”. Józek na nagraniu został pozytywnie zaskoczony, gdy go poinformowałem o decyzji Wydziału Prasy. Nie przypominam sobie innych jego ingerencji. Doszło do tego, że często wspólnie zastanawialiśmy się, jak obejść zapis z księgi zakazów.
Po Józku przyszła do kroniki, Basia, magister filologii polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Miła i urodziwa blondynka szybko pozyskała sympatię większości zespołu. Pracę zaczynała od kawy, którą częstowały ją koleżanki pracujące w pokoju, gdzie mieścił się sekretariat. Wielokrotnie korzystałem z porad Basi jeszcze przed podjęciem decyzji o zaplanowaniu tematu do wydania kroniki.
Warto chyba wspomnieć, że wszystkie tematy krytyczne, jakie ukazywały się na ekranach kin w kraju, Basia i Józek puszczali. W rozdziale „Premier redaguje” opisałem tematy krytyczne, które burzyły obraz Polski istniejący w głowie Piotra Jaroszewicza, a dopuszczone na ekran przez cenzorów.
Premier nie był jedynym przedstawicielem władz, który ingerował w redagowanie kroniki i wyrzucał z niej tematy. Oto pewnego dnia złożyli mi wizytę dwaj panowie: przedstawiciel Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej i przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości. Nie owijając w bawełnę, zażądali usunięcia z kroniki (24B/79) tematu pod tytułem „Kup pan flaszkę”, w którym pokazaliśmy nielegalny, nocny handel alkoholem w centrum stolicy. Na zdjęciu widać milicjanta kupującego „flaszkę”, albo pobierającego należny mu haracz. Moi rozmówcy (nazwiska znane redakcji) zaczęli od ostrego ataku, zarzucając Kronice szkalowanie Milicji Obywatelskiej i obrazę prawa!
Miałem już bogate doświadczenie z tego typu rozmówcami, więc zapytałem ich, czy mają upoważnienie Komendy Głównej MO i Ministerstwa Sprawiedliwości do prowadzenia rozmów w tej sprawie. Pytanie zachwiało pewność siebie obu panów, co dało się natychmiast zauważyć. Stracili impet i o to mi właśnie chodziło. Następnie zapytałem przedstawiciela Ministerstwa Sprawiedliwości (za czasów demokracji sędziego, którego nazwisko często gości w prasie), co to znaczy obraza prawa? Kronika prawa nie obraziła, bo Główny Urząd Kontroli Prasy temat zaakceptował, wszak w żadnej ustawie nie napisano, że nie wolno pokazać milicjanta w godzinach nocnych z flaszką „Wyborowej”. Jednocześnie poprosiłem sekretariat, aby przyniesiono mi tekst komentarza i głośno odczytałem go interwentom: „O dziesiątej wieczorem „Delikatesy” w Warszawie przy Placu Zbawiciela zamykają swoje stoisko alkoholowe. Aby ukrócić pijaństwo, usunięto wódkę ze sklepów nocnych, ale takie papierowe decyzje często przynoszą odwrotny skutek. Popyt kształtuje podaż, w różnych ciemnych zakamarkach działają bezkarnie nocne nielegalne „Delikatesy”. Za fatygę – odpowiednie ceny. Handlarze zarabiają podobno w kilka godzin po parę tysięcy. Nieprzemyślane posunięcia administracyjne, bezkarność wobec tego nocnego jarmarku w centrum stolicy. Chyba nie tak powinna przebiegać walka z pijaństwem”. Czy komentarz obraża prawo albo szkaluje milicję? Proszę to udowodnić! Pretensje, jakie panowie przedstawiliście, nie znajdują uzasadnienia. Kronika może usunąć temat tylko po decyzji sądu albo na polecenie Wydziału Prasy Komitetu Centralnego. Macie panowie pełne prawo odwołać się do tych instytucji.
Inny temat krytyczny zamieszczony w Kronice okazał się o wiele groźniejszy. Powstał on z inicjatywy redaktora Rajmunda Ossowskiego, człowieka nadzwyczajnie inteligentnego, ale niezbyt pracowitego. Podkreślam te dwie cechy, Rajmund bowiem był ulubieńcem nie tylko większości zespołu, ale także mojej żony i córki. Przyznaję nie bez wstydu, że chyba dwa razy zamierzałem go zwolnić z pracy. Daremnie. Za każdym razem żona i córka groziły daleko posuniętymi sankcjami rodzinnymi, musiałem, więc wycofywać się i ustępować.
Rajmund nie tylko dał się lubić, był też wielkim oryginałem. Wysłałem go raz do Wrocławia, aby przygotował grunt do realizacji spotkania Edwarda Gierka z młodzieżą, tzn. załatwił akredytację, lokalizację kamer na stadionie i napisał scenariusz wydania monotematycznego imprezy. Na kilka dni przed realizacją zdjęć Rajmund zadzwonił do redakcji i oznajmił, że Komitet Wojewódzki PZPR odmówił kronice akredytacji! W pierwszej chwili pomyślałem, że może telewizja zażądała wyłączności. Na pytanie, dlaczego nie chcą dać nam w komitecie zgody na filmowanie, Rajmund odpowiedział z wrodzoną mu szczerością: wiesz w tej firmie pracują jacyś dziwni ludzie i ja nie potrafię się z nimi porozumieć.
Pojechałem natychmiast do Wrocławia. W komitecie powiedziano mi, że przysyłam na tak poważną imprezę jakichś dziwaków. Czy towarzysz redaktor Ossowski w redakcji też chodzi z takim wielkim krzyżem? Nosi krzyżyk, ale nam to nie przeszkadza. To nie krzyżyk, ale dużych rozmiarów krzyż – oznajmił zgorszony towarzysz. Akredytację załatwiłem i pojechałem do hotelu, by spotkać się z Rajmundem. Zastałem go jeszcze w łóżku, mimo że było późne popołudnie. Poczekałem, aż się ubrał i poprosiłem o pokazanie tego krzyża, który zawiesił sobie na szyi, gdy szedł do komitetu. „Tobie też odbiło?” – zapytał. „Rajmund, bądź poważny, to sprawa niezmiernej wagi, a ty sobie żartujesz” – odpowiedziałem. Rajmund Ossowski pokazał mi wtedy krzyż bardzo dużych rozmiarów, którego nigdy nie nosił w redakcji.
„Sądziłem Rajmundzie, że jesteś poważnym dziennikarzem, a ty wyprawiasz jakieś dziwactwa” – powiedziałem. „No, wiesz chciałem sprawdzić, jak mnie potraktują w tej jaskini lwa” – odparł. „Zachowujesz się jak święty Franciszek, a chyba zgodzisz się ze mną, że odszedłeś od jego ideałów bardzo daleko”. „Zapraszam na obiad” – odparł, jakby się nic nie stało. Taki był redaktor Ossowski.
Niedługo potem przygotowany przez niego temat o radioodbiornikach fabryki „Diora” w Dzierżoniowie wzbudził moje zdziwienie i uznanie za doskonałe skomponowanie, dokumentację, która nie budziła najmniejszych zastrzeżeń i logikę argumentacji. Ukazał się w wydaniu Kroniki 9B/76. Basia, cenzorka nie miała żadnych zastrzeżeń. Nie przewidzieliśmy jednak następstw, jakie wywoła.
Najpierw zaprotestowały organizacja partyjna i rada zakładowa, potem dyrekcja „Diory” i lokalne władze, następnie zjednoczenie. Oskarżono kronikę o sabotaż i o to, że zagraniczni kontrahenci zerwali umowy, a więc zmniejszy się napływ cennych dla kraju dewiz. Kronika działa zatem na szkodę socjalistycznego państwa. W listach indywidualnych i zbiorowych pytano, kto stoi za działalnością Polskiej Kroniki Filmowej? Takie pytanie zawierało już sugestię odpowiedzi: oczywiście, wraże siły imperialistyczne.
Nie identyfikowano na razie tych sił. Ale lada dzień patriotyczna załoga miała je wskazać – to oczywiste. Stanowczo żądano usunięcia szkodliwego tematu z kroniki i przeproszenia załogi, której dobre imię zszargaliśmy.
Przyznaję, że po raz pierwszy przestraszyłem się „stanowczych żądań”. Obawiałem się, że gdy załoga dotrze do premiera, będzie oznaczać to dla mnie koniec. Tematu jednak nie wycofałem. Wystraszony udałem się do Wydziału Ekonomicznego KC PZPR, choć nikogo tam nie znałem. Przedstawiłem sytuację i poprosiłem o konsultację. Poprosiłem, by ktoś z Wydziału ten krytyczny temat obejrzał. Przyjechały dwie osoby. Po obejrzeniu tematu padło pytanie: to wszystko? Szkoda, że tak delikatnie ich skrytykowaliście, zasługują na więcej. Byłem spokojny. Zaproponowałem zjednoczeniu i załodze z Dzierżoniowa spotkanie na Chełmskiej. Propozycję przyjęto.
Nikt nie wiedział o stanowisku pracowników Wydziału Ekonomicznego KC PZPR, nawet moi najbliżsi współpracownicy. Poleciłem, aby w sali „B” ustawiono kamery dźwiękowe, zainstalowano odpowiednie oświetlenie i przygotowano odpowiednią liczbę mikrofonów. Mieliśmy dyskutować. Autor tematu, zaproszeni goście i ja. Przybysze nie byli przygotowani na „wystrój” sali. Poinformowałem zebranych, że będziemy filmować dyskutantów, nagrywać dźwięk i opublikujemy przebieg spotkania w specjalnym wydaniu PKF.
Na sali zapanowała grobowa cisza. Zawsze tak bywa, wszyscy czekają na pierwszego odważnego. Tym razem wśród przedstawicieli załogi, władz lokalnych i dostojników zjednoczenia nikt taki się nie ujawnił. Kronika mogła się cieszyć zwycięstwem nad biurokracją, autor tematu przeżywał satysfakcję, ja znalazłem się na dwa tygodnie w szpitalu. Musiałem leczyć zszarpane nerwy.
Opisane tu przypadki nie były odosobnione. Najbardziej bałem się protestów weteranów – wszakże to ludzie zasłużeni dla kraju. Niejednokrotnie nie znaczyło to wcale, że ich protesty czy krytyka miały jakiekolwiek uzasadnienie. Oto jeden z przykładów.
Wiesław Gołas, znany i lubiany aktor, śpiewał swego czasu zabawną piosenkę „W Polskę idziemy”. Ledwie umieściliśmy go wykonującego tę piosenkę, w kronice napłynęły protesty. „Będąc w kinie – pisał oburzony weteran – w przeddzień rocznicy wybuchu wojny z niemcami (pisownia oryginalna – M.Ch.) zostałem „uraczony” przez PKF widowiskiem, które w zestawieniu z nadchodzącą rocznicą nabiera wprost specyficznej wymowy i posmaku, świadczących, na jakie manowce zeszła nasza wrażliwość patriotyczna i jakie postępy osiągnęła znieczulica społeczna na fakty obrażające naszą godność narodową i bohaterską przeszłość… Domagam się pełnej satysfakcji i zadośćuczynienia w drodze naprawienia krzywdy, jaka została wyrządzona dobremu imieniu polskiego kombatanta walki z faszyzmem”.
Weterani to z pewnością ludzie zasługujący na szacunek, ale tacy patrioci chyba nie zawsze. Inny temat wzbudził nie tylko śmiech w salach kinowych, ale protest kilku doktorów nauk. Jerzy Modro, dyrektor do spraw ekonomicznych WFD, zapytał mnie kiedyś na korytarzu, czy może nas zainteresować praca doktorska napisana na podstawie nieprawdziwych dokumentów. Już wtedy wśród rządzących doktoraty zaczynały być modne, (na własne oczy widziałem wydaną w formie książki pracę doktorską partyjnego dostojnika, który miał zaledwie maturę). Natychmiast wysłałem ekipę w teren.
Ela Zawistowska, pierwsza kobieta w Polsce, umiejąca posługiwać się kamerą, osoba o cudownym poczuciu humoru, przywiozła temat, który tu krótko zrelacjonuję. Gdzieś we włodawskim powiecie żył sobie rolnik w wieku emerytalnym. Gospodarstwo przekazał synowi, a sam, aby zabić nudę, siadał nad sadzawką przydomową, ale nie po to, by słuchać rechotu żab, tylko żeby rzeźbić w kamieniach różne postacie, wywodzące się z klecht opowiadanych w długie zimowe wieczory przy darciu pierza, a tkwiące w jego głowie. Rzeźby nie miały wysublimowanych kształtów, lecz były proste jak narzędzia, którymi ów rolnik się posługiwał, można nawet powiedzieć pierwotne. Dzieła swoje ustawiał nad sadzawką, tuż przy lustrze wody, aby refleksy słoneczne ożywiały postacie z martwego kamienia. Zdarzyło się, że kilka figurek wpadło, i to nie raz, do sadzawki popchnięte nogą krowy w czasie pojenia. Artysta wydobywał je ze szlamu i pracowicie ustawiał z powrotem na brzegu.
Razu pewnego przejeżdżał tędy młody magister z Lublina i dostrzegł owe ludziki, zwierzaki i kwiaty kamienne nad sadzawką. Zapytał rolnika skąd się tu wzięły? – Jak my pogłębiali sadzawkę, to wydobyłem je ze szlamu – odpowiedział ludowy artysta. To wzmogło zainteresowanie przyjezdnego, który zaczął rzeźbom przyglądać się uważnie, kilka wziął nawet do ręki i obejrzał bardzo dokładnie. Podziękował rolnikowi i zapewnił, że wróci
tu jeszcze.
Przyjechał w dniu Matki Boskiej Zielnej z samego rana, w czas odpustu. Ale zamiast iść na procesję, zaczął figurki fotografować zbiorowo i każdą z osobna, w słońcu i w cieniu.
Dziadek powziął nawet podejrzenia, że miastowego człowieka, nie figurki tu sprowadziły, a jakieś nieczyste zamiary. Nie poszedł na mszę z rodziną, postanowił popilnować przyjezdnego. Kiedy młody człowiek zakończył fotografowanie, zasypał dziadka pytaniami. Jednocześnie zachęcił go, by spróbował poszukać na dnie sadzawki jeszcze więcej wykopalisk. Na odjezdnym dał dziadkowi na piwo i zapowiedział, że wróci.
Uradowany artysta ze wzmożonym natchnieniem tworzył nowe mini rzeźby i wrzucał do sadzawki. Gdy magister pojawił się ponownie, poinformował rolnika, że będzie pisał pracę doktorską, bo tędy prowadził szlak rzymskich kupców, którzy jeszcze przed narodzeniem Pana Jezusa najprawdopodobniej tu biwakowali albo nawet w tych okolicach prowadzili handel wymienny ze Słowianami, którym za bursztyn płacili figurkami dziadka znad sadzawki.
Chłop przestraszył się nie na żarty, bo nie mógł pojąć, dlaczego taki uczony człowiek Chrystusa Pana, wmieszał do jego rzeźb? Bał się przyznać do swojego żartu, nie poszedł do spowiedzi, bo proboszcz słynął z surowości. Gdyby nie Chrystus, przyznałby się do grzechu.
Młody uczony przyjeżdżał jeszcze kilka razy. Dziadek wrzucał swoje rzeźby do sadzawki, potem je wydobywał i przekazywał „uczonemu z Lublina.” A gdy młody człowiek przestał przyjeżdżać po wykopaliska, odetchnął z ulgą, rzeźbić jednak nie zaprzestał. Aż tu po roku, a może nawet po dłuższym okresie pojawił się nad sadzawką, już teraz doktor nauk… i wręczył dziadkowi książkę o rzymskim szlaku handlowym, który wiódł przez ziemię włodawską, w czasach, gdy siedzieliśmy jeszcze na drzewach.
Lekturę tej pracy doktorskiej polecam panu doktorowi Markowi Cieślińskiemu i zachęcam go, gdy będzie na Chełmskiej, aby obejrzał kronikę 40B/71, bo chyba ją przeoczył, gdy zbierał materiały o kronice do swojej pracy doktorskiej, która potwierdza (praca dr Cieślińskiego), że rzymskie szlaki handlowe, jak się autor postara, można odnaleźć także na Chełmskiej, co prawda nie ma tu sadzawki, ale jest archiwum.
Temat o dziadku wzbudzał w kinach życzliwy śmiech widowni. Niektórych doktorów nauk zbulwersował jednak do tego stopnia, że zaczęli słać do redakcji protesty przeciw obniżaniu rangi nauki polskiej, a pozycji doktorów w szczególności. Jeden uczony doktor wysłał nawet na Mysią pytanie, dlaczego cenzura pozwala ośmieszać ludzi nauki? Był to z pewnością doktor marcowy.
Czy cenzura w socjalizmie była potrzebna? Zadawaliśmy sobie to pytanie nie na naradach oficjalnych, a na spotkaniach towarzyskich, gdy po kilku kieliszkach wypitej wódki stawaliśmy się bardziej otwarci. Posługiwaliśmy się, odpowiadając na to pytanie, wiedzą zaczerpniętą z książek. I tu dochodziliśmy do konstatacji, że to nie ojcowie myśli socjalistycznej są twórcami cenzury, że powstała ona znacznie wcześniej i do dziś jest z powodzeniem stosowana przez najstarszą i najpotężniejszą organizację świata. Czerpaliśmy też przykłady z wiedzy współczesnej i własnych doświadczeń.
W ZSRR i NRD na przykład instytucja cenzury prewencyjnej nie istniała. A przecież różnice w otwartości „środków masowego przekazu”, jak wówczas nazywano media, były widoczne dla każdego, kto czytał prasę krajów socjalistycznych czy mógł oglądać kroniki, filmy i telewizję w tzw. obozie socjalistycznym. Wielu moich kolegów twierdziło, że im cenzura nie przeszkadza, wręcz przeciwnie w pewnym sensie chroni dziennikarza, bo zawsze można powiedzieć: przecież cenzura to puściła. Skorzystałem z tego argumentu w rozmowie z przedstawicielami Komendy Głównej MO i Ministerstwa Sprawiedliwości.
Ale tak naprawdę za „błędny” artykuł, materiał w telewizji czy w kronice wyrzucano cenzora i redaktora. Było, więc dla nas oczywiste, że wszelkie kagańce ograniczające różnorodność myśli i poglądów są niekorzystne dla społeczeństwa.
To prawda, nie starczyło nam sił i odwagi, by mówić o tym głośno. Demonizowanie obecnie cenzury przez prawicę jest śmieszne, w kraju, w którym ona nadal istnieje, tyle tylko, że w zawoalowanej formie. Spróbujcie pośmiać się z przywódców tej organizacji, która przez wieki, cenzurowała swobodę myślenia, a nad Wisłą skutecznie robi to nadal, tłumiła niezależność badań naukowych, a w ograniczaniu innych idei ma niebywałe osiągnięcia. Spróbujcie pożartować z człowieka, który przez ponad dwadzieścia lat stał na czele tej organizacji, choć ulepiono go z tej samej, co nas gliny. Spróbujcie. Nie lękajcie się!
„Trybuna” spróbowała. Kolejni redaktorzy naczelni dziennika przepraszali…

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

Wizyty państwowe Z PKF PRZEZ POLSKĘ I ŚWIAT – OPOWIEŚĆ O PRACY W POLSKIEJ KRONICE FILMOWEJ I ŻYCIU W PRL

W czasie trzynastu lat pracy wielokrotnie wyjeżdżałem z oficjalnymi delegacjami państwowymi za granicę. Nie zamierzam opisywać wszystkich, bo miały one mniej więcej jednakowy przebieg. Wspomnę o kilku, moim zdaniem ciekawszych. Najczęściej wyjeżdżałem z Edwardem Gierkiem.

W 1977 roku obsługiwałem wizytę I Sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej we Włoszech i w Watykanie. Odwiedził on wtedy, jako pierwszy przywódca Polski Ludowej, cmentarz na Monte Casino, gdzie złożył wieniec i oddał hołd poległym tu polskim żołnierzom.
W Watykanie, na dziedzińcu San Damaso, gdzie odbywało się oficjalne powitanie, na gościa z Polski oczekiwała gwardia papieska, zwana także szwajcarską i najmniejszą armią świata, w barwnych strojach z halabardami, dostojnicy kurii rzymskiej i oczywiście obsługa prasowa. Watykańscy specjaliści od protokołu dyplomatycznego ustawili nas w określonym miejscu i stanowczo nakazali, by zachowywać się odpowiednio do miejsca, w którym się znajdujemy. Znaczyło to ni mniej ni więcej tyle, że nikt nie powinien ruszyć się z przydzielonego mu miejsca. Golcowi, operatorowi PKF, przypadło miejsce, z którego nie był zadowolony. Bardzo ubolewał, że nie może stanąć metr czy dwa dalej, aby zrobić najlepsze ujęcie. Wpadł jednak na pomysł, że można o pół metra przesunąć w prawo gwardzistę z halabardą, a on zrobi wtedy najlepsze ujęcie w swoim życiu. Zaczął mocno na mnie nalegać, bym zajął się rozwiązaniem tej kwestii. Zwróciłem się z tym problemem do przedstawiciela naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, prosząc o pomoc. Dyplomata Kronice gotów był nieba przychylić, a zwłaszcza Ryśkowi, którego wszyscy lubili i cenili.
Udaliśmy się do jakiegoś monsignore z watykańskiego protokołu, którego nasz dyplomata poprosił o przesunięcie człowieka z halabardą o pół metra w prawo. Ten spojrzał na nas z wyrozumiałą dezaprobatą i spokojnie odpowiedział: „Nie mogę tego uczynić szanowny kolego, przecież gwardzista stoi w tym miejscu od ponad czterystu lat…” Przyjęliśmy werdykt z właściwą pokorą.
Między Polską Kroniką Filmową a telewizją istniała ciągła rywalizacja, przeradzająca się często w jawną niechęć. Wspominam tu o tym nie bez kozery. W Rzymie ekipa PKF składała się tylko z dwóch osób, natomiast ekipa telewizji liczyła trzech operatorów. Nie pamiętam już dokładnie, ilu redaktorów, dźwiękowców i specjalistów z innych dziedzin towarzyszyło prezesowi, Maciejowi Szczepańskiemu. Złośliwi komentowali, że jest to odrębna delegacja wizytująca Italię.
Po oficjalnej wizycie w Watykanie, późnym popołudniem, w dniu odlotu Edward Gierek wydał koktajl, w którym uczestniczyli kardynał Agostino Casaroli, twórca nowej polityki Watykanu wobec krajów Europy Wschodniej, i kardynał Stefan Wyszyński, liczni biskupi, a także szefowie włoskich partii politycznych, wśród nich Enrico Berlinguer, sekretarz generalny Włoskiej Partii Komunistycznej, jeden z twórców eurokomunizmu, nurtu polityczno-ideowego nieuznającego dyktatury, a co zatem idzie – leninizmu. Już samo zestawienie nazwisk świadczyło, że nie było to spotkanie banalne.
Stałem w pobliżu, gdy Edward Gierek podszedł do Stefana Wyszyńskiego. „Słyszałem – powiedział do kardynała – że pan chorował”. „To prawda, panie pierwszy sekretarzu – odpowiedział kardynał – ale dzięki Bogu, już się czuję dobrze”. Kardynał o coś poprosił pierwszego sekretarza. Ten odpowiedział, że nie może spełnić jego prośby. „Nic nie szkodzi – pocieszył kardynał pierwszego sekretarza – załatwię to z pana małżonką”. Oddaliłem się w tym momencie od rozmawiających, nie wypadało przysłuchiwać się prywatnej rozmowie.
Operatorzy filmowi i telewizyjni na tego rodzaju spotkania wpuszczani są tylko na chwilę. Dostaliśmy znak, że możemy filmować. Ryszard Golc wykorzystał dany nam czas, co do sekundy. Polska Kronika Filmowa, była jedyną ekipą filmującą opisane spotkanie. Zdziwiła mnie nieobecność wyjątkowo licznej ekipy telewizji. W koktajlu nie uczestniczył także Maciej Szczepański. Później okazało się, że cała ekipa Telewizji Polskiej wyruszyła w tym czasie na zakupy!
W samolocie otrzymałem polecenie: po wywołaniu taśmy, udostępnić natychmiast materiał telewizji. Zsiniałem ze złości! To przecież nie było w porządku. Musiałem ustąpić przed potęgą Macieja Szczepańskiego. Przeżywałem jednak w duszy cichą satysfakcję, że Polska Kronika Filmowa okazała się lepsza i solidniejsza. Nie pierwszy i nie ostatni raz!
Wizyta w Szwecji też była pełna niespodzianek. Rząd szwedzki nie ma specjalnej kolumny samochodowej, wynajmuje eleganckie limuzyny w firmie prywatnej. Samochodów nie prowadzą oficerowie z biura ochrony rządu, bo taka jednostka nie istnieje. Nic więc dziwnego, że w czasie wizyty kawalkada samochodów wioząca polską delegację, wracającą do rezydencji w Sztokholmie, pomyliła drogę i musiała się zatrzymać, aby zapytać, jak dojechać do Pałacu Haga. Na szczęście, przez ryneczek przechodziła pani niosąca w koszu bieliznę do pralni. Wskazała drogę, a na pożegnanie zapytała, czy to polska delegacja? A kiedy usłyszała potwierdzenie, rzekła: – Bardzo mi miło, dziś wieczorem spotkamy się na kolacji. Panią okazała się żona premiera Szwecji, Lisabet Palme. No cóż, co kraj to obyczaj!
4 czerwca 1975 roku Edward Gierek odleciał helikopterem do Harpsund, letniej rezydencji premiera Palme, położonej nad jeziorem w malowniczej okolicy. W przerwie między rozmowami obaj panowie wyszli na spacer, podeszli do dziennikarzy, przywitali się z nami i po krótkiej rozmowie udali się w stronę jeziora, oddalonego od rezydencji około sto metrów. Olof Palme zaproponował gościowi przejażdżkę po jeziorze. Wsiedli do łódki, premier Szwecji przy wiosłach, pierwszy sekretarz jako pasażer. Łódka wolno zaczęła oddalać się od brzegu. Wtedy zauważyliśmy, że adiutant Edwarda Gierka, płk. Zdzisław Chełmiński, zaczyna nerwowo biegać w tę i z powrotem przy brzegu jeziora. Tymczasem łódź z premierem i pierwszym sekretarzem oddalała się coraz dalej od brzegu. Płk. Chełmiński nerwowo próbował odczepić z uwięzi jakąś łódkę, a gdy mu się to udało, wskoczył do niej i z determinacją zaczął z całych sił wiosłować, by doścignąć łódkę obu panów. Zbliżył się do niej na odległość dziesięciu-piętnastu metrów i już nie odstąpił. Dziennikarze szwedzcy patrzyli na wyczyny pułkownika ze zdumieniem i chyba podziwem, bo po powrocie na brzeg zasypali dzielnego adiutanta pytaniami. Następnego dnia poświęcono temu zdarzeniu sporo miejsca na czołówkach gazet. Pułkownik miał swoje pięć minut.
W programie wizyty przewidziano pobyt w Göteborgu, a w nim zwiedzanie zakładów Volvo, wizytę w ratuszu i śniadanie w salonach recepcyjnych. Z ratusza delegacja przeszła pieszo, około 500 metrów, do przystani, skąd statkiem ratownictwa morskiego popłynęliśmy do stoczni Götaverken. Statki budowano tu w wielkich halach, co chroniło stoczniowców przed deszczem i chłodem w jesienne i zimowe miesiące, bo hale były ogrzewane. W zakładach Volvo wielkie wrażenie wywarł na zwiedzających pokaz bezpieczeństwa samochodu. Demonstracja polegała na tym, że samochód umieszczony na szynach z dwoma manekinami, przypiętymi pasami, nabiera szybkości i uderza w betonową zaporę. Przód pojazdu ulega zniszczeniu, ale nie w takim stopniu, by zagrozić życiu pasażerów, ponieważ samochody produkowane przez zakłady Volvo mają zainstalowane specjalne amortyzatory, które zmniejszają siłę uderzenia. Rysiek Golc jeszcze w samolocie nie ochłonął z wrażenia. „Zniszczyć taki doskonały samochód”
– powtarzał.
W ostatnim dniu wizyty Rada Szwedzkich Eksporterów podejmowała Edwarda Gierka śniadaniem w restauracji Stallmästagarden. U wejścia do lokalu powitał polskiego gościa prezydent koncernu Alfa Laval, Hans Stahle.
W zakładach Alfa Laval robiliśmy z Januszem Kuźniarskim reportaż, bo są one znane nad Wisłą jeszcze sprzed wojny. Naszą uwagę zwróciła w fabryce nie tyle nowoczesna produkcja, co stołówka pracownicza. Wystrój tej stołówki nie ustępował renomowanej restauracji, w czasie obiadu występowały znane zespoły rozrywkowe – wokalne i orkiestrowe. Poinformowano nas w czasie obiadu, że personel kierowniczy jada posiłki w odrębnej stołówce. W naszej wyobraźni natychmiast zrodziło się pytanie: skoro stołówka robotnicza jest na tak wysokim poziomie, to jak wygląda ta dla dyrekcji? Przekonaliśmy się, o tym następnego dnia. Dania w karcie te same, co w stołówce pracowniczej. Różnica polegała tylko na tym, że wystrój sali dla personelu kierowniczego był bardzo skromny, nie przygrywała orkiestra i posiłku nie umilały występy piosenkarek. To, po co ta odrębność? Ano po to, by nie tracić cennego czasu. W czasie obiadu można przecież rozmawiać o sprawach zakładu czy wymieniać poglądy na tematy zawodowe! Nie mieliśmy więcej pytań.
Imponujący przebieg miała wizyta Edwarda Gierka we Francji. Gazety na pierwszych stronach przypomniały, że Paryż wita po królewsku człowieka, którego w przeszłości wydalono z Francji. Ceremonia powitania z salwą armatnią odbyła się nie na lotnisku, a na Placu Inwalidów. Edward Gierek leciał helikopterem, a my, dziennikarze, jechaliśmy samochodem. Musieliśmy dotrzeć na miejsce przed Edwardem Gierkiem. Nigdy nie zapomnę tej jazdy. Naszego citroena eskortowali policjanci na motocyklach. Samochód cały czas pędził z włączoną syreną. To wprost niewiarygodne, na zakrętach pisk opon zagłuszał syrenę, pędziliśmy z zawrotną szybkością. Policjanci w okutych blachą butach torowali nam przejazd. Na karoseriach aut, które ociągały się ze zjechaniem na bok pozostawały ślady tych butów. To niesamowite, pewne odcinki ulic pokonywaliśmy pod prąd. Gdy minął pierwszy szok zacząłem obserwować kierowcę, który mógł pochodzić z Malezji bądź z Indonezji, siedziałem obok niego na przednim fotelu. Nie dostrzegłem na jego twarzy żadnego napięcia
Najbardziej lubiłem podróże z profesorem, Henrykiem Jabłońskim, przewodniczącym Rady Państwa. Chociaż obowiązywał ten sam protokół dyplomatyczny, nie wyczuwało się żadnej oficjalnej sztywności, Henryk Jabłoński był po prostu sobą – bardziej profesorem niż dostojnikiem.
Z pierwszego wyjazdu do Iraku zapadł mi w pamięci pobyt w Mosulu i w owianej sławą starożytnej Niniwie, położonej na lewym brzegu Tygrysu. Badacze historii odnotowują początki osadnictwa już w VI wieku p.n.e. Trzy wieki później władca, Sanherib, ustanowił Niniwę stolicą Asyrii. Za panowania Sanheriba i Aszurbanipala wybudowano tu imponujące pałace. Miasto, do którego prowadziło piętnaście bram, osiągnęło największy rozkwit w jego historii. Zniszczone przez Babilończyków, Medów i Persów w 612 roku p.n.e., już nigdy nie podźwignęło się z upadku. Mury obronne Niniwy i wykopaliska do dziś poruszają wyobraźnię współczesnych. W naszej świadomości Niniwa istnieje dzięki przekazom biblijnym.
W październiku 1975 roku prezydentem Iraku był Al-Bakr, ale już wtedy mówiło się nad Tygrysem o trzydziestoośmioletnim zastępcy przewodniczącego Rady Dowództwa Rewolucji, Saddamie Husajnie, jako o człowieku, którego czas szybko nadejdzie. Przyjął go na audiencji, po rozmowie w cztery oczy z prezydentem Al-Bakrem, przewodniczący Rady Państwa. Na taśmie utrwalił wizytę operator kroniki, Karol Szczeciński.
Cztery urocze dni spędziliśmy z Januszem Kreczmańskim obsługując oficjalną wizytę prof. Henryka Jabłońskiego w Austrii. Do dziś pamiętam pobyt w Operze Wiedeńskiej. Dawano „Eugeniusza Oniegina” Czajkowskiego, z udziałem Teresy Żylis-Gary w roli Tatiany.
Po raz trzeci miałem szczęście uczestniczyć w ekipie dziennikarskiej obsługującej oficjalną wizytę przewodniczącego Rady Państwa, prof. Henryka Jabłońskiego, w Meksyku i w Kostaryce. Była to podróż niesłychanie długa. Trzydzieści siedem i pół godziny przebywaliśmy w powietrzu, z międzylądowaniami w Santa Maria na Azorach i w Nassau na Bahamach, a w drodze powrotnej w Hawanie. Samolotem Ił-62M pokonaliśmy – bagatela – dwadzieścia sześć tysięcy sześćset dwadzieścia pięć kilometrów.
Wylądowaliśmy w Meridzie, stolicy stanu Jukatan, gdzie delegację polską powitali przedstawiciel prezydenta Meksyku i władze lokalne. Późnym popołudniem zwiedziliśmy Uxmal, dawne miasto-państwo Majów, które istniało „zaledwie” 450 lat (987-1441). Wielkie wrażenie wywarły na zwiedzających zabytki architektoniczne w Uxmal: Pałac Gubernatora, Dom Mniszek, Świątynia Czarownika, Wielka Piramida i Dom Żółwia oraz liczne płaskorzeźby i mozaiki zdobiące fasady zachowanych budynków. Wieczorem za sprawą światła i dźwięku przenieśliśmy się wśród tych ruin i ocalałych zabytków w świat duchów, dawnych mieszkańców miasta Majów, oglądając widowisko przygotowane dla turystów. Najmniej zadowolony był Sławek Sławkowski, operator kroniki – ciemności panujące w czasie spektaklu ograniczyły mu możliwości filmowania.
W stolicy – Ciudad de Mexico – profesora Jabłońskiego i jego małżonkę, powitał prezydent Meksyku, José López Portillo z małżonką. Od pierwszego dnia wizyty prof. Henryk Jabłoński zwrócił na siebie uwagę prasy meksykańskiej znajomością historii Meksyku. Andrzej Świecki z „Życia Warszawy”, który doskonale znał profesora, uchylił mi rąbka tajemnicy. Otóż, już rok przed wizytą, przewodniczący Rady Państwa sprowadził książki o Meksyku z biblioteki uniwersytetu w Oxfordzie i intensywnie je studiował. W Meksykańskiej Akademii Historii profesor Henryk Jabłoński wygłosił wykład (tekst, przetłumaczony na język hiszpański, rozdano przed pojawieniem się autora na mównicy) na temat „Tradycje i współczesność”. Został on bardzo dobrze przyjęty przez słuchaczy i był obszernie komentowany w prasie.
Teotihuacan ma wiele znaczeń: nazywane jest miastem bogów, miejscem, w którym ludzie poznali drogę bogów, miejscem, gdzie ludzie stają się bogami, miejscem, gdzie narodzili się bogowie. Jest z pewnością zabytkiem tajemniczym i magicznym. Początki miasta sięgają II wieku p.n.e. Teotihuacan z wieku na wiek stawało się centrum religijnym i administracyjnym ówczesnych ludów. Swoje ślady pozostawili tu Toltekowie i Aztekowie. Rozkwit Teotihuacan nastąpił w IV-VII wieku. Widok, jaki jawi się naszym oczom, gdy patrzymy na centralną arterię miasta, jest świadectwem wielkiej wyobraźni budowniczych, racjonalności i precyzji. Zbudowali oni Teotihuacan na planie prostokątnie przecinających się ulic, pomyśleli o zbiornikach wody deszczowej, tak cennej w tym klimacie, o targowiskach, teatrach, świątyniach. Imponują swoimi rozmiarami Piramidy Słońca i Księżyca. Aleja Umarłych prowadzi do placu piętnastu świątyń. Zadziwia świątynia Quetzalcoatla – Pierzastego Węża. Współcześni muszą zadać sobie pytanie, jakie siły sprawiły, że to potężne i piękne miasto upadło i zostało zapomniane. Czyżby opuścił mieszkańców Tlaloca – bóg deszczów? A może Tlatocatecutli, który trwał siedem razy po pięćdziesiąt dwa lata, bóg piekieł, wyludnił miasto i skazał je na zapomnienie? Na wiele pytań uczeni nie znajdują jeszcze odpowiedzi. Ważne, że Teotihuacan skłania do zadawania pytań i refleksji nad przemijaniem i dolą człowieczą.
Niezapomnianą atrakcją dla uczestników polskiej delegacji pozostanie zwiedzanie rozległej strefy archeologicznej w Teotihuacan.
Z Meksyku polecieliśmy do Kostaryki. Kostarykę odkrył w 1502 roku Krzysztof Kolumb podczas czwartej i ostatniej wyprawy. Sądził, że odkrył legendarną krainę złota, więc nazwał ją „bogatym wybrzeżem” – Costa Rica. Wylądowaliśmy w stolicy kraju, San José. Miasto, położone na wysokości 1272 m. nad poziomem morza, liczy około 400.000 mieszkańców i jest największym w Kostaryce.
Delegacja przeprowadziła oficjalne rozmowy. Podpisano umowę o współpracy kulturalnej i naukowej. Koncert muzyki chopinowskiej, podobnie jak w Meksyku, dał Piotr Paleczny. Delegacja polska zwiedziła plantację kawy.
1 listopada odlecieliśmy do Hawany, gdzie powitał przewodniczącego Rady Państwa Henryka Jabłońskiego prezydent Kuby, Fidel Castro. Profesor wręczył Comandante ptasie mleczko, sądząc, że Fidelowi Castro tylko tego brakuje. A ja, z Romkiem Dobrzyńskim, dziennikarzem z TVP, wypiliśmy koktajl „Cuba Libre”, żałując, że wizyta w Hawanie trwała zbyt krótko. Odlecieliśmy, po ośmiu dniach tułaczki, do ojczyzny.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

 

Joy Bangla

Z PKF przez Polskę i świat

Do Kalkuty przylecieliśmy samolotem rejsowym Air India wraz z panem Jerzym Szpunarem, konsulem polskim w Dhace. Przez cztery dni konsul starał się zorganizować transport do Dhaki. Wreszcie dostał wiadomość, że w Kalkucie wyląduje samolot z Rawalpindi, którym będzie wracał z pakistańskiego więzienia do Dhaki szejk Mudżibur Rahman, przywódca zbuntowanych Bengalczyków, skazany przez sąd wojskowy w Islamabadzie na karę śmierci
Obiecano, że szejk Rahman po wylądowaniu w Kalkucie zabierze nas do Dhaki. Dla konsula ta wiadomość była zrozumiała, polska placówka bowiem pomagała rodzinie Mudżibura Rahmana, gdy Pakistańczycy przetrzymywali ją w areszcie domowym. Wicekonsul, Roman Polak, dostarczał wtedy żywność i leki, oczywiście nielegalnie. Niestety, samolot pojawił się nad lotniskiem, ale nie wylądował. Odlecieliśmy kilka godzin później wojskowym samolotem transportowym. Mieliśmy szczęście – z Kalkuty do Dhaki latały wówczas tylko samoloty wojskowe. Komunikacja cywilna, na początku stycznia 1972 roku nie istniała. Wylądowaliśmy w stolicy Bangladeszu późnym wieczorem
Nowe przyjaźnie
Lotnisko w Dhace praktycznie nie funkcjonowało i sprawiało wrażenie opustoszałego. W miejscu, gdzie kiedyś pracowali celnicy i służby graniczne, siedział jakiś znudzony mężczyzna z karabinem, długo szukał pieczątki, by podstemplować nasze paszporty. Nie spytał, co wwozimy, choć nie mógł nie zauważyć dość dużego bagażu służbowego (kamery w metalowej walizce, taśmy filmowej w specjalnych pojemnikach, statywu, kanistra ze spirytusem, do przemywania obiektywów, magnetofonu, zestawów oświetleniowych i trzech walizek osobistych: Sławka Sławkowskiego – operatora PKF, Bogdana Saganowskiego – asystenta i mojej – najmniejszej, oczywiście.
Nazajutrz rano, gdy udaliśmy się do centrum miasta usłyszeliśmy okrzyki manifestujących mieszkańców Dhaki: „Joy Bangla, Joy Bangla” – raduj się Bengalio! Przez cały czas pobytu będziemy słyszeć to zawołanie.
„Joy Bangla” – pozdrawiają nas uczniowie, „Joy Bangla” – wołają manifestujący żebracy, „Joy Bangla” – rozlega się na zatłoczonych drogach i rzecznych przeprawach. Tłumy Bengalczyków wyrażają w ten sposób radość z odzyskania niepodległości i przepędzenia Pakistańczyków, traktowanych od początku powstania Pakistanu Wschodniego jak okupantów, bowiem oprócz religii nic ich z Pakistanem nie łączyło.
Przez pierwsze dziesięć dni byliśmy w Dhace jedyną zagraniczną ekipą filmową. Zamierzaliśmy nawet wysłać do Warszawy z Chittagongu (tylko to portowe miasto utrzymywało łączność ze światem) naeksponowaną (naświetloną) taśmę, ale pomysłu nie zrealizowaliśmy, z powodów czysto prozaicznych. Prywatny samolot, który woził pocztę, pobierał opłatę w dolarach amerykańskich, a my dysponowaliśmy tylko niewymienialnymi wtedy w Bangladeszu na żadną zachodnią walutę, rupiami indyjskimi.
W Dhace konsul Szpunar zaproponował, żeby zrezygnować z hotelu. Sławek i Bogdan rozlokowali się w pokoju gościnnym konsulatu, a ja skorzystałem z uprzejmości wicekonsula Romana Polaka. Jego mieszkanie świeciło pustką, bowiem żony i rodziny pracowników wyjechały do kraju, gdy rozpoczęła się dziewięciomiesięczna wojna z Pakistanem. Pracownicy placówki: konsul, wicekonsul, szyfrant i pan, który zajmował się zakupami juty, zwany „juciarzem” stanowili cały personel.
Pierwszy wieczór, zaraz po przylocie, spędziliśmy w konsulacie opowiadając o kraju, bo tu wieści znad Wisły nie docierały przez cały czas wojny. Na wspólnej kolacji, przekonałem się, że Sławek Sławkowski to nie tylko utalentowany operator filmowy, ale i zaradny życiowo człowiek. Kiedy na stole nasi gospodarze rozstawili egzotyczne potrawy, Sławek wparadował do salonu z butelką złocistego płynu w ręce i przeprosił wszystkich za zaniedbanie, którego się dopuścił, przywożąc spirytus bez soku z mazowieckich wiśni. Piliśmy więc „grejpfrutówkę”, która naszym rodakom smakowała prawie tak samo jak wiśniówka.
Uprzedzę tu pewne fakty. Spirytus przeznaczony do przemywania sprzętu, okazał się środkiem bezcennym. Otwierał wiele drzwi, ułatwiał kontakty dyplomatyczne i towarzyskie. Grejpfrutówka smakowała szczególnie konsulowi radzieckiemu – składał często przyjacielskie wizyty tak długo, aż zakomunikowaliśmy mu, że spirytusu już nie ma. Wtedy nasze więzy bardzo się rozluźniły. Sławek ponadto był mistrzem w nawiązywaniu bliskich kontaktów z przedstawicielami różnych nacji, jego szeroko otwarta dusza słowiańska zjednywała mu przyjaciół w armii indyjskiej, wśród oddziałów Mukti Bahini, urzędników kancelarii premiera i wojskowych bengalskich.
Pewien Sikh, pułkownik armii indyjskiej, zaprosił nas nawet do siebie na kolację, nie tylko nas, ale także przedstawicieli armii bengalskiej, jak również cywilów ze sfer zbliżonych do demokratycznego rządu. Na przyjęciu nie było ani jednej damy. „Same chłopy!” Sławek oczywiście przyniósł flaszeczkę mazowieckiej „grejpfrutówki.” Napój wywarł nadspodziewanie piorunujące skutki. W takt indyjskiej i bengalskiej muzyki rozpoczęły się tańce. Pamiętam, że tańczyłem z hinduskim pułkownikiem, miał on na głowie gustowny turban, więc się prezentował bardzo efektownie.
Mazowiecka grejpfrutówka (podejrzewam, że nie była to jedna butelka) rozweseliła i wprawiła naszych nowych przyjaciół w doskonały nastrój. Piliśmy bruderszafty i przysięgaliśmy sobie dozgonną przyjaźń. Sławek nie zwlekając zapytał pułkownika, kiedy pojawią się damy. Zjawiły się natychmiast: siostry, kuzynki, a nawet żony, no może nie te pierwsze, ale drugie z pewnością, bawiliśmy się wszak w świecie muzułmańskim, a muzułmanie są gościnni tak samo jak chrześcijanie! A może nawet bardziej gościnni.
Pierwszy dzień wolności
Następnego dnia w wielkiej sali pałacu gubernatora (spotkaliśmy tu wielu naszych nowych przyjaciół) filmujemy uroczystość zaprzysiężenia rządu. Sędzia, w ogromnej jasnej peruce na głowie, przyjmuje od premiera wolnego Bangladeszu, Mudżibura Rahmana, uroczystą przysięgę. Ale to nie sędzia w angielskiej peruce wzbudza powszechne zainteresowanie. Oczy zgromadzonych w tej sali zwrócone są na szejka Rahmana, który pokieruje państwem, zwanym do niedawna Pakistanem Wschodnim, a teraz Bangladeszem. Zebrani wiedzą, że jest to zadanie gigantyczne, zważywszy, że tylko 18 procent tego 75-milionowego społeczeństwa umie czytać i pisać! Ten pięćdziesięciodwuletni mężczyzna jest nie tylko przywódcą kraju, ale autentycznym bohaterem narodu, symbolem walki o niepodległość. To on uzmysłowił prawdę Bengalczykom mówiąc, „że dotychczas byliśmy traktowani [przez Pakistan przyp. M.Ch.] jak kolonia i rynek zbytu”.
Szejk Rahman cieszy się pełnym zaufaniem większości Bengalczyków. Z dziecinną wiarą i miłością nadali mu przydomek „Bangabundhu” – ojciec narodu. Miłość do premiera jest tak widoczna i ogromna, że w duchu stawiam sobie pytanie: czy jeden człowiek sprosta pokładanym w nim nadziejom? Filmowaliśmy Bangladesz dosłownie w pierwszych dniach wolności. Udzielały się nam ich radość i uniesienie, jednocześnie przerażało to, co zapisywaliśmy na taśmie.
Krajobraz po wojnie
Wojna z Pakistanem trwająca dziewięć miesięcy pogrążyła ten najbiedniejszy kraj świata w niespotykanej nędzy. Za wolność kraju ludność Bangladeszu zapłaciła ośmioma tysiącami spalonych wsi, prawie trzema milionami ubitych sztuk bydła, siedmiuset pięćdziesięcioma zniszczonymi fabrykami, trzystoma zburzonymi mostami, tysiącami spalonych szkół, i dziesięcioma tysiącami zamordowanych nauczycieli. Wszystkich zabitych nie zdołano jeszcze wtedy policzyć. Szacowano, że było ich około cztery miliony. Cztery miliony istnień ludzkich w ciągu dziewięciu miesięcy! I prawie dziesięć milionów uchodźców, którzy znaleźli schronienie w Indiach.
Na początku stycznia 1972 roku, na wiecu w Dhace, gdzie zgromadziło się ponad milion ludzi, Mudżibur Rahman mówił o zbrodni ludobójstwa, jakiego dopuściła się armia Jahyi Khana.
Harikarparę nazywają wsią grozy. Wody Burigangi, przez cały kwiecień 1971 roku, miały kolor czerwony od krwi. Żołnierze pakistańscy mordowali tu ludzi od świtu do zmierzchu. Początkowo strzelając z karabinów. Później – dla oszczędności amunicji – wiązano przeznaczonych na śmierć sznurami z juty po ośmiu, po dziesięciu, z rękami wykręconymi do tyłu, potem rozcinano im brzuchy i wrzucano do rzeki. Naoczni świadkowie zbrodni, stara kobieta i jej mąż, mówią nam: nocami, kiedy zapadała cisza, słychać było jęki umierających. Żołnierze wymordowali niemal wszystkich mieszkańców wsi. Zwozili tu Bengalczyków z innych miejscowości. W kwietniu ubiegłego roku, zamordowali w Harikarparze dwadzieścia tysięcy ludzi! Nie kopano grobów, wody rzeki pochłaniały ciała pomordowanych. Idziemy brzegiem Burigangi, co kilka kroków leżą sczerniałe od mułu ludzkie czaszki i szkielety.
Harikarpara nie jest wyjątkiem. Czaszki ludzi widziałem na brzegu rzeki w Narayanganj, na ryżowiskach Tangail i na łąkach w pobliżu Dhaki. Ludzie zobojętnieli tu na śmierć. Z twarzami przysłoniętymi białymi chustami zbierają szczątki pomordowanych. Mnie brzegi Gangesu, Burigangi i Jamuny długo się jeszcze śniły. Egzotyczne krajobrazy przesłaniały mi zgliszcza bengalskich wsi.
Kwiaty, które oglądałem w Bengalii – wielobarwne, o baśniowych kształtach – nie cieszyły moich oczu. Do dziś, po tylu latach, nie mogę zapomnieć nędzy uchodźców, rozognionych oczu dzieci umierających tak wprost na ziemi, w obozowiskach, pod gołym niebem.
W Comilli, mieście położonym nad granicą z Indiami, komendant policji wiezie nas do zacisznej doliny otoczonej niewielkimi wzniesieniami, nad którą unosi się mdlący zapach ekshumowanych zwłok. Ludzie odkopujący zbiorowe groby z ledwością wytrzymują upał i trupi zapach. Nie pomagają zawiązane na twarzy chusty, co pół godziny muszą się zmieniać. Przywołano nas tu na świadków ludobójstwa. Nikt nie potrafił, nawet w przybliżeniu, określić liczby zamordowanych w tej zacisznej dolinie. Nieopodal, w koszarach inne zbiorowe groby. Zachowały się jeszcze mundury, czapki, dystynkcje. Bez sądu, bez wyroku Pakistańczycy zabijali tu oficerów pochodzenia bengalskiego.
Kobiety – ofiary konfliktu
Styczeń w Dhace można nazwać miesiącem radości i nadziei, ale także miesiącem liczenia strat i żałoby. Oto zupełnie przypadkiem spotykamy pochód kobiet. W długiej kolumnie przemarszu ustawiły się matki z maleńkimi, nagimi dziećmi na rękach i młode piętnasto – szesnastoletnie dziewczyny. Co jakiś czas z magnetofonu zainstalowanego na rikszy rozlegają się hasła, kobiety podnoszą ręce w górę i skandują najgłośniej jak tylko można , ale nie radosne „Joy Bangla” tak popularne w tych dniach w całym kraju, lecz słowa twarde, słowa rozpaczy. Kobiety oskarżają barbarzyńską armię pakistańską. Nad ich głowami powiewają czarne flagi, choć nie jest to pochód anarchistek, a słabych i bezbronnych kobiet, ofiar wojny.
Zdemoralizowana armia Jahyi Khana dopuściła się nie tylko zbrodni ludobójstwa. Żołnierze przysłani tu przez Islamabad plądrowali domy, grabili mieszkania. Urządzali łapanki, uprowadzali córki od ojców i żony od mężów, wywozili do koszar i tam gwałcili – w całym kraju spotkało to ponad dwieście tysięcy kobiet. Teraz, gdy inni cieszą się wolnym państwem, one nie mogą wrócić do swoich rodzin. Tradycja muzułmańska na to nie pozwala. Ojcowie nie wpuściliby do domów skalanych córek, mężowie – żon. Bez dachu nad głową, bez środków do życia przeklinają prześladowców i manifestują swoją rozpacz! Wiele dni później, na spotkaniu z bengalskimi działaczkami społecznymi, dowiemy się, że tysiące kobiet, nie chcąc żyć z piętnem hańby, popełniło samobójstwo.
Na spotkanie działaczek zaprosiła nas pani Murjahan Murshed. W czasie wojny schroniła się w Indiach. Jako deputowana do zgromadzenia narodowego Bangladeszu, z ramienia Ligi Awami, wystąpiła w indyjskim parlamencie w New Delhi, za co w Islamabadzie otrzymała wyrok.
Przyszły na to spotkanie kobiety ze wszystkich warstw społecznych. Swoją przedstawicielkę delegował także związek zawodowy żebraczek. Spotkanie odbywało się w ogrodzie Murjahan Murshed. Bengalki debatowały, jak się zorganizować, by uczestniczyć w tworzeniu demokratycznego państwa. W czasie bardzo ożywionej dyskusji, kiedy przemawiała pani Taslima Abed, z wieży pobliskiego meczetu rozległ się głos mułły, wzywający wiernych do modlitwy. Taslima Abed natychmiast zamilkła i kornie skłoniła głowę przed Allahem. Ręce zebranych tu kobiet przysłoniły twarze lśniącym jedwabiem… W rezolucji skierowanej do premiera Rahmana panie zażądały dla swojej przedstawicielki stanowiska w rządzie, zaproponowały aby – jak mężczyźni – mogły przechodzić przeszkolenie wojskowe.
Po spotkaniu zostaliśmy zaproszeni na herbatę, by w wąskim gronie wymienić poglądy. Organizatorki debaty zasypały nas pytaniami o pozycję kobiet w Polsce, o szkolnictwo, służbę zdrowia, pracę zawodową.
Nurunnessa Chowdury, poetka i dziennikarka, autorka zbiorów wierszy („Czekanie na gwiazdę”, „Płonący las” i „Echo”) gdy podzieliłem się z nią swoimi spostrzeżeniami na temat zachowania kobiet w czasie pieśni mułły, gorąco mnie przekonywała, że nie religia lecz warunki społeczne i analfabetyzm są największymi przeszkodami na drodze wyzwolenia kobiet.
Bojownicy wolności
Przed konsulatem polskim pewnego dnia zgromadziła się liczna grupa młodych mężczyzn, uzbrojonych w karabiny i granaty. Przyszli zademonstrować swoją sprawność i odwagę. Był to oddział Mukti Bahini – bojowników wolności. Formacje Mukti Bahini odegrały w walce z armią pakistańską ważną rolę.
W szeregi bojowników wolności wstępowali ludzie młodzi, przede wszystkim studenci, młodzież robotnicza i chłopska. Prawdziwa partyzantka, licząca ponad sto tysięcy bojowników. Wysadzali pociągi, likwidowali posterunki policji, dezorganizowali sprawność pakistańskiej armii. Zwalczali przeciwników i kolaborantów. Nie byli jedyną formacją, ale najsilniejszą i najliczniejszą. Teraz, gdy ustały walki, stali się radykalną siłą polityczną. Ocalili nam życie, gdy w drodze do Jessore zostaliśmy ostrzelani przez grupę zbłąkanych Pakistańczyków. Oddział Mukti Bahini szedł tropem niedobitków i odpowiedział ogniem.
Bangabundhu wezwał wszystkie uzbrojone formacje do złożenia broni. Wyznaczył dziesięciodniowy termin. Część oddziałów Mukti Bahini postawiła warunki i zażądała gwarancji: dla studentów, członków Mukti Bahini – bezpłatnych studiów, dla robotników – pracy, dla tych, którzy nadal zechcą nosić broń – służby w policji i wojsku. Premier musiał przedłużyć terminy.
Inauguracyjne, uroczyste składanie broni odbędzie się w Tangail, w mieście oddalonym od Dhaki o 75 kilometrów. Wybrano to miasto nieprzypadkowo. Oddziałami Mukti Bahini dowodził w tym rejonie sławny na cały kraj Kader Siddiki – „Tiger Tangail”. Zasłynął odwagą i nadzwyczajną szybkością działania podległych mu formacji, stąd ten przydomek. Ze stolicy wyjechaliśmy zaraz po wschodzie słońca. Na całej trasie stały już niezliczone tłumy. Bengalczycy przyszli tu, by zobaczyć na własne oczy szejka Mudżibura Rahmana. Pierwszy raz w życiu widzę wzdłuż drogi, ciągnącej się przez siedemdziesiąt pięć kilometrów tysiące, mężczyzn i kobiet. Przyszli witać Bangabundhu już o wschodzie słońca, choć wiedzą, że pojedzie tędy dopiero po południu.
W Tangail, na polach za miastem, gromadzi się ludzkie mrowisko. Pytam Sławka i Bogdana, ile osób stoi na placu? Czterysta, może pięćset tysięcy, a wskazówki zegarka pokazują dopiero 9,30. Przed trybuną czeka szesnaście tysięcy walecznych ludzi. Równo, w długich szeregach ustawili karabiny i moździerze, leżą granaty. Tuż obok stoją Mukti Bahini. W zielonych mundurach, boso, z automatycznymi pistoletami przewieszonymi na piersiach. Na trybunie organizatorzy widowiska co pewien czas wznoszą okrzyki: „Joy Bangla!” – raduj się Bengalio! Wchodzimy na trybunę, by z podwyższenia zrobić zdjęcia w ogólnym planie. Sławek Sławkowski podchodzi do wznoszącego okrzyki, wyjmuje mu z ręki mikrofon i woła z całych sił: „Joy Bangla!” Odpowiada mu to samo pięćset tysięcy gardeł. Aż trzęsie się trybuna. Kiedy Sławek mówi, że jesteśmy z Polski wybucha huragan oklasków! O Polsce wiedzą tu jedynie, że głosowała w ONZ za uznaniem Bangladeszu i że panuje u nas socjalizm.
Nieopodal trybuny zebrali się bengalscy harcerze. Ćwiczą właśnie musztrę pod rozkazami starszych braci z Mukti Bahini, tyle że zamiast karabinów używają bambusowych patyków. Wymowna jest symbolika tych dwóch scen. Gdy starsi oddają broń, najmłodsi uczą się nią władać. Nikt, żaden Pakistańczyk nie nazwie ich już „tchórzliwymi Bengalczykami.”
Służby porządkowe zaczynają usuwać z trybuny dziennikarzy bengalskich i zagranicznych. Zamierzamy opuścić podium jak inni, ale powstrzymuje nas szef całej uroczystości. Wy możecie zostać, jesteście naszymi gośćmi i przyjaciółmi. Zastanawiam się, czemu zawdzięczamy to wyróżnienie. Wicekonsul, który zna doskonale mentalność Bengalczyków, mówi: to proste, nie zdarzyło się jeszcze na żadnym wiecu, by przybysz z Europy czy Ameryki, słowem biały człowiek, wznosił okrzyki na cześć Bangladeszu.
Z prawej strony dobiega do nas narastający szum. Zebrany tłum zaczyna falować. Okrzyki „Joy Bangla” potężnieją. Nadjeżdża właśnie Mudżibur Rahman, towarzyszy mu najsławniejszy bojownik, Tiger Siddiki. Patrzę na niego pierwszy raz w życiu, ale mam uczucie, że już go gdzieś widziałem. Ależ tak, gdyby zamiast kapelusza miał na głowie beret…sposobem poruszania się, fryzurą i sylwetką przypomina Che Guevarę. Widocznie wszyscy bojownicy – rewolucjoniści mają jakieś wspólne cechy.
Bangabundhu i Tiger przechodzą przed stojącymi na baczność oddziałami Mukti Bahini. Zaczyna się uroczystość zdawania broni. W stronę Mudżibura Rahmana i Kader Siddikiego sprężystym krokiem, z karabinem w obu rękach wyciągniętymi do przodu, zbliża się żołnierz z Mukti Bahini. Przekazuje karabin swojemu dowódcy, Kader Siddiki klęka przed premierem Rahmanem i składa u jego stóp karabin – symbol. Bangabundhu schyla się po broń, podnosi ją z ziemi i w obu rękach unosi w górę, nad głowę. Potem obejmuje po kolei Siddikiego i towarzyszących mu dowódców, przytula mocno do piersi i jak ojciec synów całuje w czoło. Jest w tej scenie coś, co ściska gardło i zmusza do refleksji, nie tylko przez swą uroczystą a niezwyczajną oprawę, ale przede wszystkim przez swoją treść. Oto Bangladesz stawia pierwszy krok w kierunku stabilizacji i likwidacji chaosu.
Organizuje się życie
Poruszamy się po Bangladeszu fiatem 125p, udostępnionym przez konsulat. Samochód nadspodziewanie dobrze zdaje w tym klimacie egzamin, przez cały czas pobytu ani razu się nie zepsuł. Na drogach obowiązuje ruch lewostronny, ale nie to stanowi niebezpieczeństwo, tylko kierowcy. Pakistańczycy uciekając w pośpiechu z Bangladeszu pozostawili samochody. Natychmiast przejęli je Bengalczycy, nie wszyscy mają prawa jazdy i oni stanowią pierwszy i największy problem. Drugim są przeprawy na rzekach. Mosty zburzyła armia pakistańska, do promów więc ustawiają się długie kolejki. Nie wszyscy kierowcy opanowali sztukę wjeżdżania na prom. Obserwujemy jak pewien Bengalczyk usiłuje pokonać podwyższony wjazd volkswagenem – garbusem i za każdym razem zjeżdża do tyłu. Ludzie zgromadzeni na brzegu rzeki obserwują te wysiłki ze stoickim spokojem. Tylko nasz Sławek nerwowo nie wytrzymuje. Kiedy niefortunny kierowca po raz kolejny zsuwa się ze stromego podjazdu, podchodzi zdecydowanym krokiem do volkswagena, prosi właściciela, by wysiadł, siada za kierownicą, dodaje gazu i niemal wskakuje na pokład. Ludzie czekający na przeprawę nagradzają go oklaskami i pozwalają, by poza kolejką, własnym pojazdem, wjechał na prom. Trudno odmówić, z takiej propozycji Sławek nie zrezygnuje, natychmiast dodaje gazu i już jest, wychodzi z fiata i klaszcząc w dłonie dziękuje za uprzejmość i brawa, pozdrawia zebranych już swojskim: „Joy Bangla” ! Nasze zdziwienie sięgnie zenitu dopiero przy następnej przeprawie. Po dwudziestu kilometrach jazdy znowu ustawiamy się w kolejce oczekujących samochodów. I tu następuje niespodzianka. Po kilku minutach oczekiwania podchodzi do nas Bengalczyk, z urzędową miną , proponuje opuszczenie kolejki i zaprasza na prom. Ustępuję mu miejsca, siadam z tyłu przy Bogdanie i ruszamy. Kiedy dojeżdżamy już do brzegu, Bengalczyk wysiada z fiata i pokazuje Sławkowi, aby ustawił się na pierwszym miejscu. Zadajemy sobie pytanie, co się stało? Przecież z poprzedniej przeprawy nie mogli zadzwonić i opowiedzieć kolegom, jak Sławek pokonał stromy wjazd. Łączność telefoniczna nie istnieje. Nie ma też na brzegu żadnego budynku, są tylko zwalone przęsła mostu. Tego dnia wszystkie przeprawy pokonywaliśmy poza kolejnością.
Na brzegach rzek, przy promowych przeprawach natychmiast organizuje się życie. Chłopcy sprzedają w tym upale zimną coca – colę, a dziewczynki żebrzą. Można tu kupić posiłek, a nawet żywe ryby, trzymane przez rybaków na sznurkach przewleczonych przez skrzela.
W Dhace prawie codziennie odbywają się różnego rodzaju pochody. W miarę upływu czasu zmienia się ich charakter, już nie słychać radosnego: „Joy Bangla”! Manifestanci zgłaszają teraz postulaty pod adresem rządu: bezrobotni żądają pracy, żebracy – żywności, chorzy – lekarstw. Bangladesz jest zaliczany do najbiedniejszych krajów świata. Jak rząd Mudżibura Rahmana sprosta temu morzu potrzeb? Bez pomocy bogatych państw nie jest to możliwe.
Na jednym ze skwerów miasta umierają ludzie chorzy na cholerę. Na chodnikach ulic pełno żebraków z wyłupionymi oczami, bez nóg, bez rąk. W tym najbiedniejszym kraju świata dzieciom, zaraz po urodzeniu, nędzarze łamią rączki bądź nóżki, by gdy podrosną wzbudzały większą litość, kiedy zaczną żebrać. Ich los przesądza się zaraz po urodzeniu. Nie dostają od życia żadnych szans, nawet tego złudzenia, iż są równi wobec prawa. Będą jak ich rodzice, żebrakami. Żebractwo w Bangladeszu jest społecznie akceptowane. Istnieje tu związek zawodowy żebraków. Przed siedzibą lokalnego komitetu partii komunistycznej na chodniku leżą ludzie okaleczeni i proszą o wsparcie. Działacze komitetu objaśniają, że są to członkowie partii, którzy dzielą się użebranymi pieniędzmi z partią właśnie. Partia komunistyczna, zdelegalizowana przez władze Pakistanu, teraz działa legalnie i zyskuje wpływy w najbiedniejszych warstwach społeczeństwa. Czerwone flagi z sierpem i młotem wiszące na budynkach czy niesione w manifestacjach nie należą w Bangladeszu do rzadkości. Wpływy partii w społeczeństwie zwykło tu się mierzyć liczbą ludzi zgromadzonych na wiecach. Na pierwszy wiec w Dhace, zwołany przez komunistów, przyszło ponad trzydzieści tysięcy ludzi.
Pierwsze samoloty z pomocą, jakie wylądowały na lotnisku w stolicy Bangladeszu, przyleciały ze Związku Radzieckiego. W styczniu 1972 roku istniała w tym kraju tylko jedna partia komunistyczna, można ją nazwać proradziecką. Czy powstanie prochińska?
Odra w Dhace
W czasie robienia zdjęć na ulicach Dhaki podszedł do nas młody człowiek prosząc o wsparcie. Był schludnie ubrany, nie widać było na nim śladów zaniedbań, ani biedy. Dostrzegłszy nasze zdziwienie, szybko wyjaśnił, iż jest studentem miejscowego uniwersytetu i aby rozwiać do reszty nasze wątpliwości pokazał dokument, w którym napisano, że jest biednym studentem i władze miasta pozwalają mu żebrać. Gdy dowiaduje się, że przyjechaliśmy z Polski, informuje, że na jego uczelni, na wydziale fizyki, pracuje polski komputer i prowadzi nas na uniwersytet. W dużej sali stoi urządzenie o rozmiarach kilku szaf. Bogdan Saganowski pierwszy dostrzega napis: „Odra.” Jest to rzeczywiście komputer znad Odry, wyprodukowany we Wrocławiu. Nie ulega wątpliwości, że go sfilmujemy, by w ramach „propagandy sukcesu nakazanej nam przez partię”, jak to się teraz mawia, pokazać go nad Wisłą. Że to ciekawostka? Nie ma żadnych ciekawostek! Jest tylko propaganda. Szukamy kogoś, kto uruchomi tę szafę, bo migające światełka zawsze ubarwiają obraz. Uprzejmy student, który udał się na poszukiwania człowieka obsługującego komputer, po kilku minutach wraca ze smutną miną. Okazuje się, że dwaj technicy, którzy przeszli przeszkolenie w Polsce, już tu nie pracują. Zostali zatrudnieni w warsztacie naprawy samochodów, bo tam więcej zarabiają. Sławek wyraża głośno swoje wątpliwości, przecież umiejętność obsługiwania komputera nie daje kwalifikacji potrzebnych przy naprawie samochodu. Student patrzy na Sławka zdumiony. Ty chyba żartujesz – mówi – człowiek, który potrafi naprawić tak skomplikowane urządzenie jak ten komputer, z łatwością poradzi sobie z każdym samochodem.
Bengalczycy są ludźmi bardzo gościnnymi i uprzejmymi. Student żebrak okazał nam tyle życzliwości – nie przesadzę, gdy napiszę serdeczności – że nie wiedzieliśmy jak się z nim rozstać. Nie wypadało dać mu kilka rupii. Zbliżała się pora obiadu, więc zaprosiliśmy go do chińskiej restauracji prowadzonej przez pana Minga, w której się stołowaliśmy od samego początku pobytu w Dhace. Poprosiliśmy naszego cicerone, aby wybrał jakieś bengalskie danie, które lubi najbardziej. Zamówił rosół z ryby, a na drugie duszonego węża z ryżem i sałatką z młodych pędów bambusa, kha-nun, i avocado, przybraną ananasem.
Sławek spostrzegł, że Bogdan nie ma rozradowanej miny, pocieszył więc swojego asystenta: bądź zadowolony, że nie zamówił jednego z tych piesków, które biegają po podwórku.
Pan Ming, człowiek nadzwyczaj uprzejmy, wiedząc że jesteśmy łasi na wszelkie wiadomości odpowiadał chętnie na wszystkie pytanie. Zrozumiałe, że najwięcej mówił o własnej firmie. Przed wojną dziewięciomiesięczną z Pakistanem, jego restauracja była zaliczana do piątki najlepszych w Dhace. Wojna doprowadziła go na krawędź ruiny, bo nie ma nic gorszego niż wojna połączona z rewolucją. Przed rokiem bywała w jego restauracji wytworna klientela, biznesmeni, dziennikarze, oficerowie i artyści, ma się rozumieć także wyżsi urzędnicy państwowi i prawnicy. W ciągu tych fatalnych dla pana Minga miesięcy ograbiono lokal prawie doszczętnie. Zabrano dwa telewizory, lodówkę, nawet fotele. Proszę spojrzeć, dodawał ze smutkiem pan Ming, na ścianach są widoczne jeszcze miejsca po obrazach, które tu wisiały. Nie były to żadne falsyfikaty a obrazy malowane przez znanych artystów w Chinach i tu sprowadzone. Dalej gospodarz wyrażał nadzieję, że teraz, gdy Bangladesz ma już legalny rząd, a na jego czele stoi szejk Rahman, znowu wrócą normalne czasy. Pan Ming nie jest wyjątkiem, podobnie jak większość Bengalczyków wiąże swoje nadzieje na przyszłość z Mudżiburem Rahmanem.
Przywódcy na trudne czasy
Tymczasem premier Rahman zdaje sobie sprawę z tego, w jak trudnym położeniu znajduje się jego kraj i nie obiecuje społeczeństwu zbyt wiele, w każdym razie nic konkretnego nic, czego nie mógłby wykonać. Gwarantuje rządy demokratyczne, pokój i świecki charakter państwa. Państwo świeckie to niezmiernie istotna zmiana, wszak Pakistan Wschodni był częścią Islamskiej Republiki Pakistanu. Brytyjczycy opuszczając Indie utworzyli nowe państwo – Pakistan, według kryteriów wyznaniowych. W swoich przemówieniach wspomina o demokratycznym socjalizmie, ale bliżej nie precyzuje, co przez to rozumie. Na pytania dziennikarzy dotyczące problemów kraju odpowiada: poczekajcie, wkrótce zobaczycie. Nie określa też dokładnie zasad, na jakich zostanie oparty model gospodarczy nowego państwa. Uruchomienie przemysłu i odbudowa kraju, uniknięcie klęski głodu są przedmiotem największej troski Rahmana. Pierwsza konferencja prasowa premiera zgromadziła jeszcze więcej dziennikarzy z całego świata niż ceremonia zaprzysiężenia rządu. Wiele ekip filmowych i telewizyjnych dojechało tymczasem do Dhaki. Na tarasie, gdzie odbędzie się konferencja, robi się coraz tłoczniej. Stolik, przy którym za chwilę usiądzie premier Rahman, nie może pomieścić mikrofonów. Nie dla wszystkich dziennikarzy starcza krzeseł. Operatorzy instalują około czterdzieści kamer filmowych i telewizyjnych. Ledwo Mudżibur Rahman pojawił się w drzwiach, dziesiątki aparatów fotograficznych odezwało się trzaskiem migawek i błyskiem fleszów. Mudżibur Rahman odczytuje oświadczenie rozdane uprzednio dziennikarzom. Do tekstu drukowanego wprowadza tylko jedną zmianę. Po podziękowaniu Indiom, ZSRR, Polsce i innym krajom za poparcie walki Bengalczyków dziękuje tej części amerykańskiego społeczeństwa, która solidaryzowała się z ruchem narodowo-wyzwoleńczym jego kraju. Z sali natychmiast pada pytanie, czy premier widzi różnice między postawami amerykańskiego rządu i społeczeństwa? „A pan nie widzi?” – pada odpowiedź.
Konferencję kończy Mudżibur Rahman oskarżeniem armii Pakistanu, która w ślepym obłędzie nienawiści mordowała bezbronną ludność, burzyła szkoły i paliła wsie. Niedziela, szesnastego stycznia, została ogłoszona Dniem Narodowej Pamięci. Na dziedzińcu uniwersytetu w Dhace odbył się wiec. W miastach i wsiach przeszły pochody z flagami Bangladeszu przybranymi krepą. W miejscach mordów ludzie składali kwiaty i zawieszali tablice z nazwiskami pomordowanych. Dopiero tej niedzieli zobaczyliśmy, ile jest grobów na ulicach Dhaki. Jak w Warszawie !
Od paru dni Dhaka przygotowywała się do powitania proroka bengalskich chłopów, maulany Abdul Hamida Khana Bashaniego. Bashani wracał z wygnania do ojczyzny. Powstał nawet komitet, który zajął się organizacją powitania sędziwego przywódcy najbiedniejszych chłopów, a gazety opublikowały wiadomość, że rząd przygotował dla Bashaniego miejsce w szpitalu. Nie pojechaliśmy na lotnisko, ze źródeł związanych z premierem dowiedzieliśmy się, że Bashani nie wyląduje w Dhace. Wyruszyliśmy do Shantos, rodzinnej wsi maulany – nauczyciela. Zdążyliśmy w samą porę. Właśnie na plac wtaczała się ogromna ciężarówka z dobytkiem Bashaniego i podarkami, jakie w drodze powrotnej z Indii otrzymywał od chłopów. Bashaniego, sędziwego, osiemdziesięciodziewięcioletniego przywódcę z długą, białą brodą patriarchy otoczył tłum ludzi. W zgiełku orkiestr chłopskich trudno było usłyszeć jego głos, głos nauczyciela. Nie wyglądał na człowieka schorowanego, choć rzeczywiście cierpiał na cukrzycę i towarzyszył mu w podróży lekarz. Do Shantos ściągnęły tysiące bezrolnych chłopów. To właśnie do nich maulana powiedział: „Allah nie pomoże temu, kto sobie sam nie pomoże”. W kilka dni po powrocie ogłosił, że przechodzi do opozycji i skrytykował rząd za sojusz z Indiami. Tylko on mógł sobie na to pozwolić, nikt bowiem nie równał się z nim w zasługach, jakie wniósł, budząc narodową świadomość wśród bengalskich chłopów.
Życie w Dhace wróciło do normalności, Air India wznowiła loty samolotów do Kalkuty, Karim, dwudziestoczteroletni służący wicekonsula, u którego mieszkałem, pewnego wieczoru poprosił swojego pracodawcę o tydzień urlopu, otrzymał bowiem radosną wiadomość, że żona urodziła mu syna. Zdumiony wicekonsul zapytał: „Wybacz Karimie, o ile pamiętam od dwóch lat nie byłeś w domu?” „ To prawda, panie, ale w domu jest przecież mój brat. Syn jest mój, bo żona należy do mnie”.
Nie wiem, czy Karim okazywałby taką radość, gdyby jego żona powiła córkę? Córce, ojciec musi zapewnić posag! A to pod tą szerokością geograficzną stanowi poważny problem. Gdy pracownikowi polskiego konsulatu, Bengalczykowi, urodziła się piąta córka, przez kilka dni, ze zmartwienia, nie zamienił z nikim ani jednego słowa.
Powrót
My też zaczęliśmy myśleć o powrocie do Indii, gdzie to na dwutygodniowy pobyt zaprosiła ekipę Polskiej Kroniki Filmowej pani premier Indira Gandhi.
W Bangladeszu czekało nas jeszcze spotkanie z premierem Mudżiburem Rahmanem. Wywiad z premierem Bangladeszu Mudżiburem Rahmanem przeprowadzaliśmy pod gołym niebem. W ogrodzie przed jego domem zasiadła cała rodzina: syn i starsza córka, zięć, żona premiera i sędziwy ojciec. Nie pojawiła się tylko najmłodsza, niezamężna córka, przepiękna młoda dama, bowiem zwyczaj na to nie pozwalał. Spotkaliśmy ją wcześniej na bazarze kupującą owoce. Premier podziękował Polsce za wsparcie i pomoc, zapewnił, że Bangladesz będzie korzystał z naszych doświadczeń w rozwiązywaniu własnych problemów. Już po skończonym wywiadzie zapytał nas o wrażenia. Odpowiedzieliśmy, że mamy bogaty materiał filmowy o pierwszych dniach wolności Bangladeszu. Nie udało nam się zrobić jedynie zdjęć z lotu ptaka. Pożegnaliśmy się z premierem i jego rodziną.
W przeddzień odlotu do konsulatu nadeszła wiadomość, że samolot pasażerski bengalskiej armii czeka na nas na lotnisku w Dhace. Od pilota dowiedzieliśmy się, że jest to jedyny samolot, jakim dysponują siły lotnicze Bangladeszu. Mieliśmy szczęście, zrobiliśmy zdjęcia Bangladeszu z lotu ptaka!
Kiedy samolot Air India wzniósł się w powietrze, przypomniałem sobie słowa prezydenta Pakistanu, Jahyi Khana, które wypowiedział o swoim więźniu, Mudżiburze Rahmanie, opublikowane w „Newsweeku” w listopadzie 1971 roku: „Wiele osób – powiedział dziennikarzowi – może mi nie wierzyć, lecz sądzę, że gdyby Rahman powrócił do Wschodniego Pakistanu, zabiliby go jego właśni ludzie. Uważają, że jest on odpowiedzialny za ich cierpienia…”
Oglądałem ten powrót! Triumfalny przejazd ulicami Dhaki i drogami kraju. Słyszałem jak miliony ludzi, aż do zachrypnięcia, skandowały: „Joy Bangla!” To prawda, Szejk Mudżibur Rahman, nie wracał do Pakistanu Wschodniego, a do wolnego Bangladeszu. Widzowie Polskiej Kroniki Filmowej mieli możność obejrzeć na ekranach narodziny nowego państwa – Bangladeszu. Także w kolorowym filmie pt. „Bengalia.”
P S. W trzy dni po naszym powrocie do kraju w prasie ukazała się wiadomość PAP, że jedyny samolot, jakim dysponowała armia Bangladeszu, rozpadł się w czasie lotu.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

 

Indie 1972 Z PKF przez Polskę i świat

Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL.

W styczniu 1972 roku, dzięki uprzejmości Jana Mitręgi, wicepremiera, ministra górnictwa i energetyki, który wybrał się na inspekcję polskich załóg budujących kopalnie i zakłady przemysłowe nad Gangesem, a także na rozmowy z rządem pani Indiry Gandhi, wylecieliśmy do Indii. Szef Polskiej Kroniki Filmowej, Michał Gardowski, kazał nam „przy okazji wpaść” do Dhaki, bo dowiedział się, że powstaje tam nowe państwo.
Towarzyszyliśmy wicepremierowi tylko do New Delhi. W stolicy Indii zamieszkaliśmy w najlepszym wtedy, luksusowym hotelu, „Ashoka, „(czytaj – Asioka). Hotel nosi imię słynnego króla nieprzypadkowo. Król Ashoka jest uznawany za największego budowniczego Indii, stworzył on nie tylko nowy styl w budownictwie, zasłynął z nowoczesnych rozwiązań w budownictwie i jest do dziś czczony przez współczesnych Hindusów. W młodości Ashoka wyróżniał się odwagą, walecznością i okrucieństwem. Toteż ojciec, król Bindusara, wysyłał go do tłumienia zbuntowanych prowincji. Młodzi-zdolni są z reguły żądni władzy, więc doświadczony tata mianował syna namiestnikiem prowincji północno-zachodniej, której stolicą był znany ośrodek uniwersytecki, Taksila. Upiekł w ten sposób dwie pieczenie przy jednym ogniu: pozbył się krewkiego synka i uniknął detronizacji. Po śmierci Bindusary młody Ashoka przejął władzę i natychmiast przeprowadził, mówiąc językiem współczesnym, lustrację: uśmiercił swoich przyrodnich braci, którzy mogli przecież spiskować bądź zorganizować się w opozycję. Dzięki tym prostym zabiegom poczuł się bardziej bezpieczny, więc wszystkie siły poświęcił budowie potęgi imperium i rozszerzaniu jego terytorium. Nie zwlekając, wyruszył na podbój Kalingi i mimo wytrwałego oporu napadniętej ludności odniósł zwycięstwo. Armie Ashoki dopuściły się okrutnej rzezi. Sto tysięcy ludzi zabito w walce. „Gdy Ashoka się o tym dowiedział – pisze w The Discovery of India Jawaharlal Nehru – opanowały go wyrzuty sumienia i powziął odrazę do wojny. Jako jedyny spośród zwycięskich monarchów i wodzów świata postanowił przerwać zwycięską wyprawę wojenną. Całe Indie uznały jego zwierzchność z wyjątkiem południowego skrawka, a i ten mógł łatwo stać się jego zdobyczą. Ale Asioka zaniechał dalszych podbojów i umysł jego pod wpływem nauki Buddy, zwrócił się ku zdobyczom i badaniom w innych dziedzinach”. Wtedy właśnie narysował koło, które wdzięczni potomkowie umieścili na fladze Indii współczesnych. Imperator Ashoka (273– 232 p.n.e.) stał się głosicielem idei dharmy, czyli sprawiedliwości i prawa – idei, która miała zapewnić wszystkim podwładnym szczęście. Jego nowe poglądy współbrzmiały z modnym wówczas buddyzmem, co pozwoliło temu prądowi swobodnie rozwijać się na terytoriach Ashoki. Okrutny w młodości Ashoka, zmienił się do tego stopnia, że zaczął głosić ahimsę, czyli ideę niestosowania przemocy fizycznej – a co najważniejsze– przemocy umysłowej i mentalnej! „Ten zadziwiający władca – pisze Nehru – kochany dotąd w Indiach i wielu częściach Azji, poświęcił się szerzeniu nauki Buddy, prawości i współczucia, a także społecznej działalności dla dobra narodu.” H.G. Wells w książce „Outline of History” napisał: „Wśród dziesiątek tysięcy imion monarchów, zapełniających karty historii, wszystkich tych cesarskich i królewskich mości, światłości, wysokości… imię Ashoki świeci, i to prawie samo jedno, jak gwiazda… Więcej żywych ludzi czci jeszcze dzisiaj jego pamięć, niż słyszało kiedykolwiek imię Konstantyna lub Karola Wielkiego”.
To wspaniałe moralne przesłanie przetrwało do czasów nam współczesnych. Najlepszym przykładem może być Mahatma Gadhi, który bez stosowania przemocy, pokonał największe imperium kolonialne świata, krótko mówiąc, United Kingom. W czasie pobytu w Indiach doświadczaliśmy dobrodziejstwa tej idei na każdym kroku. Nigdzie na świecie nie ma tylu religii, co w Indiach i takiego mnóstwa bogów jak nad Gangesem. Różnorodność i tolerancja rzucała się w oczy przez cały czas pobytu w New Delhi.
Na Chandni Chowk – głównej arterii komunikacyjnej i handlowej w Starym Delhi, gdzie współżyją obok siebie różne szkoły filozoficzne i religie, poznaliśmy przemiłego astrologa, z białą, majestatyczną brodą, który za kilka rupii przepowiedział nam przyszłość, a uczynił to w tak nadzwyczajny i sympatyczny sposób, że uwierzyliśmy, przynajmniej chwilowo, w jego super optymistyczne przepowiednie.
Nie wspominałbym o tym drobnym zdarzeniu, gdyby nie dziennikarz z Polskiej Agencji Prasowej, towarzyszący premierowi Mitrędze w charakterze oficjalnego sprawozdawcy. Otóż ten młody kolega, uszczęśliwiony, że zobaczy Indie, przez cały czas długiej podróży (samolot „Ił – 18”) przeżywał istne katusze zostawił, bowiem w Warszawie żonę, którą poślubił zaledwie dziesięć dni przed wylotem do Indii. Jego sercem targały różne uczucia: miłość i zazdrość, ciekawość świata i zwyczajne obawy młodego żonkosia. Postanowiliśmy mu przyjść z pomocą. Opowiedzieliśmy astrologowi cierpienia młodego dziennikarza i męża w jednej osobie, pytając jednocześnie, czy ma na te dolegliwości jakieś lekarstwo? Zgodził się wyleczyć naszego kolegę podczas jednej sesji, poprosił jedynie o podanie imion – delikwenta i jego wybranki. Za niewygórowane honorarium, astrolog ów dokonał niemal cudu. Kolega po półgodzinnej rozmowie był tak szczęśliwy, że zaprosił nas na whisky. Na przyjęciu, które zamierzał pokryć z własnej (bardzo skromnej) dziennikarskiej diety, opowiadał z przejęciem w głosie, że astrolog dwukrotnie wymówił prawidłowo imię jego ukochanej żony – Ilona. Po skończonej biesiadzie sięgnął do portfela po rupie, nie wiedząc, że goście „Ashoki” nie płacą tylko podpisują rachunki. Byliśmy bądź, co bądź gośćmi indyjskiego rządu.
Wicepremier, Jan Mitręga, a z nim młody dziennikarz, polecieli odwiedzić polskich górników, a my, dzięki pomocy pana ambasadora PRL w Indiach, Wiktora Kineckiego, i konsula w Dhace, pana Jerzego Szpunara, który na szczęście dla nas był akurat w stolicy Indii, udaliśmy się do Kalkuty, gdzie cztery dni czekaliśmy na okazję, by dostać się do Bangladeszu (dawniej Pakistan Wschodni). Wieczory Sławek Sławkowski, operator PKF umilał nam opowiadaniami o pierwszym swoim pobycie w Indiach. Przyleciał tu z premierem Józefem Cyrankiewiczem, składającym oficjalną wizytę państwową na Cejlonie, który był wówczas republiką demokratyczno–socjalistyczną, a następnie miał udać się do Indii. Samolot rządowy popsuł się (to już chyba polska tradycja) w stolicy Cejlonu, Kolombo, i delegacja nie miała czym lecieć do New Delhi. Z pomocą przyszli Amerykanie. Zaoferowali premierowi pasażerski samolot wojskowy. Józef Cyrankiewicz propozycję przyjął. Przed samolotem czekała na polską delegację pięcioosobowa załoga. Po krótkim wojskowym powitaniu maszyna US Air Force wzbiła się w powietrze i wzięła kurs na New Delhi. Po godzinie lotu kapitan wraz z całą załogą, szampanem i kieliszkami pojawił się w pasażerskiej części statku, aby uczcić ten szczęśliwy i zaszczytny – jak powiedział – traf, iż leci z premierem Polski. Ale zamiast uśmiechów, na twarzach pasażerów dostrzegł, nazwijmy to dyplomatycznie, poważne zaniepokojenie. W tym właśnie momencie wicepremier zapytał dowódcę, kto prowadzi samolot, skoro cała załoga pije szampana? „Pilot automatyczny – odpowiedział kapitan. – Proszę się nie niepokoić, jest on precyzyjniejszy od człowieka”. Następnie dowódca samolotu spokojnie objaśnił, na czym polega praca automatycznego pilota.
Kalkuta, nazywana w tamtych latach (1972 r.) miastem pałaców, ale także dnem piekieł, była w istocie miejscem, które nas poraziło. Urodzeni i wychowani nad Wisłą, niewiele wiedzieliśmy o bogactwie wolnego świata, nie mieliśmy też najmniejszego pojęcia o ogromie ludzkiej nędzy. Tu, w Kalkucie, zobaczyliśmy na własne oczy i jedno i drugie– bogactwo Birli i Taty i przerażające slumsy wydziedziczonych, które rzeczywiście można porównać z dnem piekieł. Całe dzielnice wielomilionowej Kalkuty zamieszkiwali nędzarze. Zamieszkiwali, to chyba nieadekwatne słowo, sugerujące, że mieli marny, ale jednak dach nad głową. Tymczasem w dzielnicach nędzy wygłodniałe szkielety ludzkie wegetowały pod gołym niebem. Na ich twarzach nie było widać nawet rozpaczy, były to twarze ogarnięte bezgraniczną rezygnacją, odrętwieniem i agonią śmierci. Wstrząsające wrażenie wywarły na nas wychudzone, nagie dzieci, umierające na gołej ziemi i ich matki zrozpaczone, iż nie mogą im przyjść z pomocą. W styczniu, w Kalkucie, temperatura w dzień dochodzi do 30 stopni w cieniu, przy wilgotności powietrza przekraczającej 90 procent, w nocy zaś spada do 10-12 stopni. W dzielnicy, gdzie znajdował się nasz hotel, a więc nie w strefie slumsów, samochody służb sanitarnych bardzo wcześnie rano zbierały z chodników ciała martwych nędzarzy, którzy nie przetrwali głodu i chłodu nocy.
Dopiero w kalkuckich dzielnicach nędzy zrozumiałem, jak obiegowe opowiadania o indyjskich „świętych krowach”, których nie wolno ruszyć, czy przepędzić są płytkie i powierzchowne. Tu, w świecie, gdzie jedni umierają z przejedzenia, a inni z głodu, święte krowy korzystające z immunitetu spełniają dobroczynną, zbawienną rolę. Często są one ostatnim ratunkiem dla nędzarzy, dają im wszak mleko i opał. Łatwo w Indiach pstryknąć zdjęcie świętej krowy stojącej na ruchliwym skrzyżowaniu ulic i policjanta, który jej nie przepędza, mimo że blokuje ruch, ale trudniej, a może wręcz niebezpiecznie, jest zrobić zdjęcie, gdy biedacy skrzętnie zgarniają dłońmi odchody świętej krowy, formują je w krążki i suszą, by w czasie porannego chłodu rozpalić ognisko i ugotować dzieciom ciepłą strawę. Jeszcze trudniej zrobić zdjęcie, gdy biedna kobieta doi świętą krowę. Ja w tej nietykalności świętych krów, w Indiach, dopatruję się jakiegoś przejawu sprawiedliwości, w bezwzględnym świecie miliarderów i nędzarzy. Już tylko z kronikarskiego obowiązku dodam, że w bogatych i sytych dzielnicach miast indyjskich nie spotyka się świętych krów, widocznie upodobały sobie rezerwaty nędzy.
Victoria Memorial, pyszny pałac z białego marmuru, z potężną kopułą w środku i czterema wieżami w rogach, wzniesiono na cześć królowej brytyjskiego imperium. Park otaczający budowlę utrzymany w stylu angielskim, stał się szybko ulubionym miejscem spacerów elit Kalkuty. Mieliśmy do wyboru cztery środki lokomocji – tramwaj, autobus, rikszę i taksówkę – by dotrzeć do budowli symbolizującej potęgę imperium, w którym nigdy nie zachodziło słońce. Tramwaj i autobus odpadły ze względu na tłok panujący w miejskich środkach lokomocji, riksza – ze względów moralnych, nie mogliśmy wyobrazić sobie jazdy rikszą ciągnioną przez bosonogiego, wychudzonego kulisa. Taksówką dojechaliśmy po długim i mozolnym przebijaniu się przez zatłoczone ulice miasta.
Jeszcze nie zdążyliśmy wymazać z zakamarków pamięci obrazów wywiezionych ze slumsów i obozów uchodźców ze Wschodniego Pakistanu, gdy naszym oczom ukazały się widoki niczym z rajskiej sielanki. Spacerując czystymi alejkami wśród egzotycznych kwiatów nie spotkaliśmy ani jednego nędzarza i ani jednej gromadki żebrzących dzieci. Zobaczyliśmy natomiast mnóstwo wytwornych dam, ubranych w bajecznie kolorowe sari, eleganckich gentlemanów, dzieci syte i szczęśliwe. Te dwa odległe i obce sobie światy dzieliło zaledwie kilka mil.
W 1972 r. w Indiach żyło 550 milionów ludzi i prawie tyleż problemów czekało na rozwiązanie. Po powrocie z Dhaki znowu zamieszkaliśmy w hotelu „Ashoka”, przez dwa tygodnie byliśmy bowiem gośćmi pani premier Indiry Gandhi.
Ambasador PRL w New Delhi, Wiktor Kinecki, którego pani Gandhi bardzo ceniła i lubiła, sprawił, że zgodziła się, by Polska Kronika Filmowa zrobiła zdjęcia w jej gabinecie. Jak zawsze w takich razach, przyjechaliśmy do siedziby pani premier Indii kilkanaście minut wcześniej, aby broń Boże, nie spóźnić się z filmowaniem. Przywitał nas szef gabinetu i poprosił, aby nie zadawać jej pytań, zachowywać się bardzo cicho i nie rozmawiać między sobą. Gdy czekaliśmy w sekretariacie, szef gabinetu zajrzał przez wziernik wmontowany w drzwiach i dał mi znak ręką, bym podszedł do drzwi i spojrzał przez wziernik. Zdumiony, zobaczyłem Indirę Gandhi zmieniającą sari. Przebierała się do zdjęć. Przebywaliśmy w gabinecie nie dłużej niż 20 minut. Pani premier pracowała siedząc za biurkiem, przeglądała korespondencję, w pewnym momencie wstała podeszła do półki z książkami, poprosiła szefa swojego gabinetu, zadała mu jakieś pytanie. Zachowywała się po prostu naturalnie.
Po skończonych zdjęciach, kiedy z szefem piliśmy herbatę, zapytałem go, dlaczego prosił o to, aby nie zadawać pytań i nie rozmawiać? „Według hinduskiego zwyczaju, milcząc lepiej się rozumiemy” – odparł z pełną elegancją.
Codziennie rano pod hotel „Ashoka” podjeżdżał ogromny samochód osobowy. Jego kierowca, nadzwyczaj uprzejmy Sikh, w turbanie, pomagał nam pakować sprzęt do bagażnika i wyruszaliśmy w drogę, by odkrywać Indie.
Pierwszego dnia skierowaliśmy się do Chandigaru, stolicy Pendżabu, uznawanego za najbogatszy stan Indii, w którym rolnictwo osiągało najlepsze wyniki w kraju.
Najpierw kilka słów o mieście zrodzonym z marzeń Jawaharlala Nehru, pierwszego premiera niepodległych Indii, także dlatego, że w realizacji wizji nowoczesnego miasta miał swój udział architekt Maciej Nowicki, który przygotował szkice budowy Chandigaru, nadał wizji Nehru pierwszy kształt. Zginął, niestety, w 1950 roku w katastrofie samolotu, a realizacją marzeń zajął się Le Corbusier, znany na całym świecie z nowatorskich, rozwiązań architektonicznych. W roku 1972, budowa stolicy Pendżabu nie została jeszcze zakończona, ale miasto żyło, działała administracja, funkcjonował handel, młodzież uczęszczała do szkół zorganizowanych według wzorów europejskich – nie obowiązywały mundurki, jak na przykład w szkołach w New Delhi.
Problem oświaty w Indiach pozostawał jednak ciągle otwarty. Nie wszystkie dzieci miały szczęście uczęszczać do szkoły. Powszechnym nauczaniem w zakresie czterech klas planowano objąć dzieci w całym państwie dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych!
W latach siedemdziesiątych Indie, podobnie jak cała prawie Azja, przeżywały okres zielonej rewolucji. Sprowadzono nad Ganges nowe odmiany wysoko wydajnej pszenicy, wyhodowane w Meksyku, i równie wydajne ziarno ryżu zwanego „I-r”. Wzrosły gwałtownie plony. Indira Gandhi mogła zakomunikować społeczeństwu, że Indie rezygnują z importu amerykańskiego ziarna i podejmują walkę z głodem. W tej zielonej rewolucji, w jakimś bardzo drobnym stopniu uczestniczyła Polska. Na polach Pendżabu spotkaliśmy nasze „ursusy”.
W Patialii, powiatowym mieście, gdzie działała stacja obsługi firmy „Escarts”, dowiedzieliśmy się, że w ubiegłym roku sprzedano tu 200 ursusów, a w całym stanie ponad tysiąc. Ku naszemu zaskoczeniu, ale i radości usłyszeliśmy, że ursus wygrał konkurencję z traktorami czechosłowackimi, radzieckimi, amerykańskimi i japońskimi! Informację tę przypisywałem uprzejmości moich rozmówców. Potwierdził ją jednak sam ambasador Kinecki. Widząc moje niedowierzanie, wyjaśnił: „Ursus wygrał, bo jest bardzo prosty i w obsłudze, i w naprawie, a trzeba pamiętać, że większość hinduskich rolników to analfabeci”. W roku 1972, na polach Indii pracowało 40 tysięcy polskich traktorów!
Rolnictwo Indii wchodziło w fazę wielkich przemian. Na ziemię czekały sto trzy miliony bezrolnych chłopów, ale reforma rolna bardzo się ślimaczyła. Większe sukcesy odnotowywały Indie w sektorze technicznym: nawodnieniu pól. Zamiast siedmiu tysięcy studzien zasilających pola w wodę pracowało już sto dwadzieścia tysięcy, wzrosło zużycie nawozów. Na wielką skalę przeprowadzano prace irygacyjne. Przy pomocy Rosjan budowano kanał nawadniający z Pendżabu do Radżasthanu o długości 200 kilometrów. W każdej dziedzinie życia Indie podejmowały wyzwania współczesności, likwidując przeżytki czasów feudalnych i kolonialnych. Parlament Indii zniósł kasty i zrównał wszystkich obywateli wobec prawa. Premier Indira Gandhi pozbawiła feudalnych przywilejów 278 maharadżów, nababów i nizamów. Rząd przestał im wypłacać z państwowej szkatuły pensje, które w ciągu dwudziestu trzech lat niepodległości pochłonęły 200 milionów dolarów! W kraju, gdzie tysiące ludzi umierało z głodu na ulicach! Nie obeszło się bez walki. W 1970 roku po burzliwej debacie izba niższa parlamentu uchwaliła poprawkę do konstytucji, znoszącą przywileje wysoko urodzonych książąt… izba wyższa uchyliła tę decyzję! W tej sytuacji dopiero prezydent Giri specjalnym dekretem pozbawił wysoko urodzonych przywilejów.
W centrum New Delhi samochód prowadzony przez uprzejmego Sikha nagle się zatrzymał, z naprzeciwka nadjeżdżał elegancki wóz z czerwoną tablicą rejestracyjną i chorągiewką z heraldycznymi znakami. W środku siedział prawdziwy maharadża. Pozbawieni przywilejów błękitnokrwiści w ten choćby sposób podkreślali swoją odrębność. Jeszcze dwa lata temu korzystali z pierwszeństwa przejazdu, a policjanci musieli im oddawać honory salutując. Nie byłem pewien, czy kierowca tak gwałtownie zahamował, bo chciał pokazać nam samochód maharadży, czy może z nawyku. Zwykle trwają one bardzo długo w ludzkich sercach i umysłach. Kiedyś w Dżajpurze obserwowałem taką oto scenę: na biurku wyższego rangą urzędnika przez długą chwilę dzwoni telefon, ale siedzącemu za biurkiem mężczyźnie nie drgnęła nawet ręka. Ogłuchł, czy co pomyślałem zdumiony. Tymczasem urzędnik najspokojniej czekał, aż podbiegnie chłopak i poda mu słuchawkę. Po skończonej rozmowie nie położył jej na widełkach, lecz oddał słuchawkę czekającemu kornie chłopakowi.
W New Delhi do bogatej dzielnicy, Sunder Nagar, od rana ściągali biedacy, aby z okazji ślubu wnuczki Birli, drugiego na liście najbogatszych ludzi Indii, otrzymać na wielkim zielonym liściu, zastępującym talerz, trochę pożywienia przygotowanego specjalnie dla ubogich. Ten ślub był w mieście nie lada wydarzeniem, mogliśmy obejrzeć cały piękny i bardzo długi ceremoniał zaślubin, a także najbogatszych ludzi Indii. Pod ogromnym namiotem rozbitym na zielonym placu, oświetlonym różnobarwnymi lampionami zgromadziła się najbogatsza elita Delhi. Pracownik ambasady, który nas tu przywiózł, po drodze pokazał nam kilka innych ślubów, gdzie pan młody przyjeżdża do swojej wybranki na białym koniu… Tu przybył wytwornym, kremowym rolls-royce’m – jego ojciec plasował się na liście najbogatszych ludzi w Indiach na trzecim miejscu.
Na marginesie dodam, że zamieściliśmy temat w kronice 11B/72 o tym egzotycznym dla nas ślubie, przekazując widzom nieco interesujących szczegółów. Nna przykład, że datę ślubu ustalili astrologowie, że zaproszono 3000 gości, liczby posiłków wydanych biednym nie udało się ustalić. Z pewnością zapomniałbym o wydarzeniu, gdyby nie to, że pewnego dnia otrzymałem list z Bombaju, w którym ojciec pana młodego prosił o sprzedanie mu materiału filmowego ze ślubu jego syna. Kronika nie zajmowała się handlem, zwróciłem się, przeto z zapytaniem do Naczelnego Zarządu Kinematografii, ile dolarów można wziąć za temat zamieszczony w PKF i materiał, który nie ukazał się na ekranie. Ani NZK, ani Film Polski nie potrafili mi odpowiedzieć, dając do zrozumienia, iż nie powinienem zabierać im drogocennego czasu stawianiem głupich pytań. Na szczęście utrzymywaliśmy wymianę z kroniką filmową w Bombaju, wysłałem tam materiał z prośbą, aby przekazali go panu D. Otrzymałem list z podziękowaniami, w którym autor z podziwem wyrażał się o mojej hojności. Uznał, że muszę być bardzo bogaty, skoro podarowałem mu taki ważny i drogi prezent! Nie podtrzymałem korespondencji. Cóż mogłem napisać? Że to nie ja jestem bogaty, ale Polska Ludowa, która ma urzędników potrafiących handlować statkami, no i może także traktorami, ale nie tego rodzaju drobiazgami.
Ostatnie dni pobytu poświęciliśmy turystyce, odwiedzając Agrę i Kadżurao. W Agrze podziwialiśmy grobowiec z białego marmuru, Taj Mahal, który jest świadectwem romantycznej, wzruszającej do łez miłości króla.
W Kadżurao, świątynie poświęcone miłości fizycznej, przedstawionej na płaskorzeźbach w wyrafinowany i piękny sposób przez ówczesnych artystów. Erotyczne płaskorzeźby ze świątyni w Kadżurao niektórych turystów z nad Wisły kompletnie zwalają z nóg.
Nasza podróż po Indiach zbliżała się ku końcowi. Pobieżnie mogliśmy poznać wielkość Indii, przeszłość kraju, której wymownym świadectwem są wspaniałe budowle i dzieła sztuki. Dzieła wzniesione w ciągu wieków są świadectwem nie tylko wielkości Indii, mówią także o odwadze myślenia i tak tu szanowanej różnorodności. Nie bez zdziwienia stanąłem jednak w Starym Delhi przed skromnym grobem, Mahatmy Gandhiego. Człowieka, którego uznaje się tutaj za niekwestionowanego twórcę Indii współczesnych. Nie pozostawił po sobie wspaniałych budowli (nie lubił przepychu, nie korzystał z olbrzymiej świątyni, którą zbudował dla niego Birla), żył jak większość jego rodaków, w wielkiej skromności, co go dotąd wyróżnia wśród charyzmatycznych przywódców politycznych i religijnych świata.
Jawaharlal Nehru w „Odkryciu Indii” wystawia swojemu mistrzowi najwspanialszy pomnik, pisząc: „Pod wpływem Gandhiego pojęcie wolności politycznej przybrało nową formę i uzyskało nową treść. Nie wszystko, co głosił, przyjmowaliśmy bez zastrzeżeń, a niektóre jego zapatrywania czasami zupełnie odrzucaliśmy. Ale nie to było najważniejsze. Nauki Gandhiego tchnęły duchem nieustraszoności i prawdy, ich istotną treść stanowiło nawoływanie do czynu i troska o dobro mas. W naszych starych księgach czytaliśmy, że największym darem, mogącym się stać udziałem jednostki lub narodu jest abhaj, nieustraszoność, nie tylko odwaga fizyczna, ale śmiałość umysłu. W zamierzchłych czasach naszych dziejów Czanakja i Jadżniawalkja głosili, że zadaniem przywódców ludu jest uczynić go nieustraszonym. A tymczasem pod rządami angielskimi w Indiach dominującym uczuciem był strach, strach do głębi przejmujący, ugniatający piersi, chwytający za gardło. Strach przed wojskiem i policją, przed szeroko rozgałęzionym tajnym wywiadem. Strach przed urzędnikami. Strach przed zarządzeniami prawnymi, zwiastującymi represje. Strach przed więzieniem. Strach przed administratorem właściciela ziemskiego. Strach przed lichwiarzem. Strach przed bezrobociem i głodem, które zawsze czyhały u progu. I temu właśnie wszechwładnemu strachowi Gandhi rzucił wyzwanie, napominając Indów spokojnym, ale stanowczym głosem: „Bądźcie nieustraszeni”.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.

Z PKF przez Polskę i Świat – Podróże kształcą (III)

Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL – wyprawa na „Lechistanie II”: Bliski Wschód

W nocy z trzydziestego kwietnia na pierwszy maja kotwica „Lechistanu II” sięgnęła morskiego dna… staliśmy na redzie w Lattakii. Pierwszego maja 1971 roku Ryszard Golc nie mógł sfilmować pochodu w Lattakii. Wprawdzie z miasta dolatywały dźwięki orkiestr, okrzyki i wiwaty, my jak zwykle, staliśmy na redzie. Ale załoga nie chciała wziąć udziału w święcie pracy, marynarze nie znali idei internacjonalizmu, nie zamierzali stracić po powrocie do kraju wolnego dnia. My z Golcem mieliśmy tak skwaszone miny, że bosman wyciągnął ostatnią skrzynkę prawdziwego „żywca”, przechowywaną pieczołowicie przez pięć tygodni rejsu!
„Bankiet na rufie” i marynarskie opowieści o rejsach do Japonii złagodziły trochę nasz żal. Resztę dnia urozmaicił przyjazd z lądu lekarza, którego wezwano przez radio do chorego marynarza. Majtek po badaniu i zastrzyku szybko powrócił do zdrowia, lekarz zaś zasiadł w messie oficerskiej i popijał polską wiśniówkę – tutaj zwaną „cherry cordial”. Pewnie tak mu smakowała, że zapomniał i o Koranie i naukach proroka. Opuścił pokład przed zachodem słońca na nieco miękkich i niepewnych nogach. A że Allah jest wielki i miłosierny przymknął z pewnością oko na postępek swego wyznawcy.
W końcu „Lechistan II” zacumował przy nabrzeżu portu w Lattakii, gdzie powitał nas serdecznie dr Gabriel A. Abouhamad – przedstawiciel PLO, Syryjczyk, którego łączyły z Polską nie tylko interesy handlowe. Często odwiedzał nasz kraj i za każdym razem coś go zadziwiało i głęboko wzruszało.
Poznaliśmy rodzinę pana Abouhamada. Dzieci doktora, córeczka i synek, powitały nas polskim „dzen-dobhry, ale próba powiedzenia „stół z powyłamywanymi nogami” nie powiodła się, mimo determinacji dzieci. Piękna i gościnna żona doktora podejmowała nas w domu i raczyła syryjskimi przysmakami. Jeden dzień spędziliśmy na plaży, delektując się krewetkami łowionymi na naszych oczach przez miejscowych chłopców, w morzu. Słowem, pobyt w Lattakii, dzięki gościnności państwa Abouhamadów, potraktowaliśmy wypoczynkowo. Odbyliśmy także krótką podróż przez Syrię w towarzystwie rodziny doktora.
„Propaganda sukcesu”
W Lattakii, gdzie polscy architekci wygrali konkurs na budowę nowych dzielnic, najbardziej zaskakującym widokiem były kobiety w czarczafach, i to nie te w narodowych strojach, lecz te, ubrane po europejsku. Dziwne, że one właśnie ukryły twarze pod czarnymi zasłonami. Może to jakiś rodzaj kokieterii? Jadąc przez Syrię, zahaczyliśmy o Hamie, gdzie nasi specjaliści wygrali przetarg na projekt i budowę walcowni stali. Pierwsza grupa polskich specjalistów (ponad stu inżynierów i techników) przybyła tu w 1969 roku.
Czym prędzej sfilmowaliśmy wielkie zębate koło z napisem „Centrozap” stojące w Damaszku na centralnym placu miasta. Odwiedziliśmy też dwie fabryki włókiennicze wyposażone w maszyny z Bielska i Zielonej Góry. Wpadliśmy po drodze do Aleppo, tu polscy specjaliści montowali polskie urządzenia, ale nie spotkaliśmy nikogo, jako że obchodzono w mieście lokalne muzułmańskie święto. Nie ukrywam, że te wszystkie „polonica” spotykane w Syrii cieszyły nasze oczy i dzieliliśmy się tą radością z widzami w kraju. Dziś, w wolnej Polsce tematy z Syrii zostaną zaliczone do „propagandy sukcesu”.
Państwo Abouhamadowie zawieźli nas do Ugarit, miasta zamierzchłej cywilizacji, którego nie znajdziecie na żadnej mapie. Po ruinach tego kananejskiego miasta sprzed pięciu tysięcy lat p.n.e. oprowadzał nas przewodnik Ismail Abduihak.
Na centralnym placu zachowały się mury świątyń Dagana i Baala, ruiny królewskiego pałacu, łaźnie i baseny. Przetrwały do naszych czasów domy z piaskowca, wodociągi, grobowce królów i proroków. Ugarit w tamtych zamierzchłych czasach był portem morskim, dziś morze odsunęło się od ruin. Ekspedycja archeologiczna znalazła tu najstarsze, w pełni wykształcone pismo klinowe, a w królewskiej bibliotece, obok pism urzędowych, poematy i eposy, do 1971 roku jeszcze nieodczytane. Doktora Gabriela A. Abouhamada, z którym przez wiele lat korespondowałem, wspominam zawsze z wielką sympatią Podobnie jak jego brata, który gościł nas w Bejrucie.
Walka dobra ze złem i szejkowie
Gabinet Abouhamada wyposażony w przepiękne gdańskie meble wywierał ogromne wrażenie, świadczył, że jego właściciel prowadził z Polską Ludową i wieloma innymi krajami rozległe interesy. W jego kasie pancernej leżały paszporty dyplomatyczne wielu europejskich krajów. W czasie pobytu w Bejrucie pan Abouhamad zafundował nam wieczór w „Casino du Liban.” Założone w 1959 roku, stało się szybko centrum rozrywki całego Bliskiego Wschodu i symbolem jego żywotności. Niszczone wielokroć przez wojny odradzało się i rozkwitało. Zjeżdżali tu szejkowie ze wszystkich krajów arabskich. Tancerki z baletu „Casino du Liban” długością nóg i krągłością piersi nie ustępowały paryskim koleżankom z „Lido” i „Moulin Rouge”, a widowiska tu wystawiane z powodzeniem konkurowały z najsławniejszymi na świecie. Mieliśmy szczęście, trafiliśmy na nowy spektakl, wystawienie którego kosztowało wówczas siedem milionów dolarów i ściągnęło do Bejrutu tysiące widzów z całego ziemskiego globu! Widowisko zaczynało się wietnamską apokalipsą. Na bocznych ekranach rozgrywały się filmowe sceny wojenne z helikopterami, napalmem, zabijanymi ludźmi. Fragmenty wojny stopniowo zaczęły zanikać, wtedy na scenie pojawił się balet symbolizujący swoim tańcem walkę Dobra ze Złem. A gdy słabe Dobro zwyciężyło wszechpotężne Zło wyposażone w helikoptery, napalm i bomby na widowni rozległy się długo niemilknące oklaski. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, po której stronie stała w „Casino du Liban,”wytworna publiczność Bliskiego Wschodu. Tu w Bejrucie, gdzie żarzył się prawie niewidoczny płomień wojny występ tego wspaniałego baletu wprawił nas w prawdziwe oszołomienie.
Przyjechaliśmy z kraju, gdzie najlepsze zespoły taneczne widywaliśmy na występach Mazowsza i Śląska, a najlepszy balet kojarzył się z klasycznym „Jeziorem Łabędzim” Czajkowskiego. Tymczasem w kasynie naszym oczom objawił się współczesny, nowoczesny balet z tancerkami z odsłoniętymi piersiami, balet żywioł, rozszalały w tańcu. Jezioro łabędzie też na tej scenie obejrzeliśmy w wykonaniu… „Mortalesów”, polskiego zespołu rozrywkowego. Ten występ rodaków, oklaskiwany gorąco przez widownię, uzmysłowił nam, że Polak nie jest taki ponury jak go malują. Dopiero po spektaklu, gdy w towarzystwie dyrektora „Casino du Liban” zwiedzaliśmy bajeczne wnętrza, dowiedzieliśmy się, że jego żona jest Polką, a córka z libańsko-polskiego małżeństwa zdobyła tytuł Miss Libanu.
Dyrektor pokazywał nam kolejno sale gier: amerykańskiej ruletki, Black Jack’a , Punto Banco i błagał, aby nas czasami nie skusiło zagrać, bo w tym kasynie jeszcze nikt nie wygrał… Z sympatii do przybyszów znad Wisły dyrektor zabronił wchodzenia do kasyna gry członkom zespołu „Mortales”, nie mógł bowiem dopuścić do tego, by artyści zostawili tu ciężko zarobione pieniądze. Dowiedzieliśmy się od niego, że nawet najwięksi hazardziści muszą trzymać swoje temperamenty na wodzy, bo graczowi, który przegra wieczorem więcej niż wynosi zwyczajowa stawka, żaden bank nie udzieli następnego ranka kredytu bez specjalnych zabezpieczeń.
Dzięki uprzejmości naszego libańskiego cicerone, mogliśmy zobaczyć prawdziwych szejków w otoczeniu pięknych roześmianych kobiet. Tylko jedna cudowna blondynka wydała nam się smutna i melancholijna. Nasz przewodnik natychmiast potwierdził trafność tej obserwacji. Ta młoda i piękna dama jest tu po raz ostatni – objaśnił. Jutro opuszcza Bejrut, rozstaje się z szejkiem i wraca do swojej północnej ojczyzny. Jej smutek jest więc zrozumiały. Szejk okazał swojej sezonowej przyjaciółce dużo zrozumienia i przekazał na jej konto 100 000 dolarów, nie licząc różnych wartościowych prezentów. Młode damy towarzyszące królom szybów naftowych, władcom arabskich pustyń i ropodajnych zatok, oglądane z bliska, wywierały na przybyszach z północnego kraju, jeszcze większe wrażenie niż roznegliżowane girlsy na scenie. Ale tej przepięknej blondynce, którą znudził się szejk, chyba trochę współczuliśmy, a myśl, że już jutro odleci z tego bajkowego świata do północnej szarości wywoływała smutną refleksję o przemijającej ulotności beztroskiego życia.
Rozstanie
Ze smutkiem schodziliśmy z pokładu „Lechistanu II”. W Bejrucie kończyliśmy morską przygodę. Przyrzekliśmy załodze, że pojawimy się w Gdańsku, gdy dostaniemy wiadomość o ich powrocie. To wprawiło przyjaciół z „Lechistanu” w dobre humory. Jeśli będziecie filmować powrót to, może „czarna brygada” (tak marynarze nazywali grupę celników) nie będzie nas tak bezwzględnie kontrolować. Zapewniliśmy, że zdjęcia musimy zrobić dla kolorowej relacji z tego rejsu. A co do przemytu mieliśmy już na ten temat własne zdanie. Marynarze pływający pod polską banderą nie mieli takich zasobów finansowych, aby uprawiać przemyt na wielką skalę. Towary, jakie przywozili, wyrównywały zaledwie różnice między zarobkami naszych wilków morskich i dochodami załóg pływających pod banderami państw zachodnich. Statki handlowe krajów zachodnich nie tkwiły na redzie, gdy przypływały do portu w dni świąteczne i niedziele. Piosenka o tym, że „marynarz w noc się bawi w hamaku we dnie śpi” była od początku do końca nieprawdziwa. I gdyby nie powstała w II Rzeczypospolitej, na pewno gorliwi żurnaliści umieściliby ją w arsenale propagandy sukcesu!
Opuszczając statek obawialiśmy się, że celnicy w Bejrucie zechcą otworzyć nam pudełka z naświetloną taśmą filmową. Znalazł się i na to sposób. Ponieważ w czasie całego rejsu nie kupowaliśmy w sklepiku alkoholu w ilościach wskazujących na cele handlowe (nabyliśmy raptem trzy półlitrowe butelki naszej dumy narodowej), wdzięczny ochmistrz odstąpił nam dwie buteleczki wody kolońskiej o nazwie „Prastara”, oplecione koszyczkiem z wikliny. Wręczyliśmy je szefowi celników. I w ten sposób uniknęliśmy otwierania pudełek z taśmą. „Prastara” w tym rejonie świata była bowiem bardzo ceniona. Produkowana na polskim spirytusie, zastępowała prawdziwy alkohol. Wszak nigdzie, w żadnej księdze nie napisano, że wyznawcom Allaha nie wolno pić polskiej wody kolońskiej!” O magicznym działaniu tego słowiańskiego płynu przekonałem się na granicy dwu państw regionu Middle East.
„Co chcecie osiągnąć?”
Po opuszczeniu statku w Bejrucie zakotwiczyliśmy się w mieszkaniu mojego przyjaciela, któremu obiecałem, że nigdy nie ujawnię jego nazwiska. Przyrzekłem mu to uroczyście i doprawdy nie wiem, dlaczego tego ode mnie zażądał. Pomógł nam bardzo w realizowaniu reportaży z Bejrutu i okolic. Nie zniechęcił się do nas nawet wtedy, gdy naraziliśmy go na niebezpieczeństwo. Byliśmy umówieni w obozie dla uchodźców palestyńskich. Mieliśmy się spotkać z Palestyńczykami o godzinie 16.
W niedzielę rano pojechaliśmy do Dżubail – starożytnego Byblos. Miejscowość położona nad Morzem Śródziemnym wzbudza nieustające zainteresowanie turystów z całego świata. Tu można spotkać ślady różnych epok, cywilizacji i kultur. O chlubnej historii Byblos świadczą wykopaliska prowadzone przez archeologów, resztki wiekowych budowli, rzymskiej kolumnady, forteca zbudowana przez krzyżowców i świątynia z II wieku p.n.e. Stąd bierze swój początek słowo – biblia.
Mieliśmy spory zapas czasu, więc bez pośpiechu wsiedliśmy do samochodu. Z Byblos jedzie się do Bejrutu trzydzieści minut. Nie przewidzieliśmy, że w drodze powrotnej złapiemy gumy, i to aż dwie gumy! Zaskoczyła mnie uprzejmość libańskich kierowców, w czasie zmieniania zapasowego koła zatrzymywali się i pytali w czym mogą pomóc. Przyjaciel dziękował informując, że to tylko zmiana koła na zapasowe. Nie ujechaliśmy nawet kilometra, gdy złapaliśmy następną gumę. I zaczęły się „schody”. Właściciel pierwszego samochodu, który się zatrzymał, obiecał przysłać pomoc. Wtedy nie istniały jeszcze telefony komórkowe. Pomoc pojawiła się po dwudziestu minutach. Przywieźli zapasowe koło i pomogli je wymienić. Przed bramę obozu dla uchodźców palestyńskich dotarliśmy z ponad godzinnym spóźnieniem. Wpuszczono nas za bramę i zaczęło się prawdziwe przesłuchanie. Dlaczego się spóźniliśmy? Skąd przyjechaliśmy? Z kim rozmawialiśmy? Kto pomógł nam wymienić koło, czy pamiętamy napis na samochodzie? Nie pamiętaliśmy, nie mieliśmy nawet rachunku za udzieloną pomoc. W końcu po licznych rozmowach telefonicznych zaprowadzono nas do sztabu palestyńskich bojowników. We wnętrzu nie pozwolono nam nic filmować. Ani portretu Stalina, ani plakatu z Che Guevarą. Nasz rozmówca też się nie przedstawił. Rozmowa toczyła się na tarasie domu. Na moje pytanie, dlaczego porywają samoloty pasażerskie i zabijają niewinnych ludzi, usłyszałem: – Naszych braci, choć byli niewinni, zabijali silniejsi od nas. – Nie boicie się, że opinia publiczna was potępi? – Nie potępiła naszych katów, to dlaczego ma potępić nas? – Co chcecie osiągnąć, wysadzając samoloty? – Pragniemy zwrócić uwagę uczciwego świata na naszą walkę, przypomnieć o naszym istnieniu i o naszych prawach. Pozwolono nam zrobić kilka ujęć z tarasu domu i sfotografować sylwetkę naszego rozmówcy, a także, po zakończeniu rozmowy, sfilmować fragmenty osiedla i ludzi znajdujących się na ulicach.
Niewiele ujęć zdążył zrobić Golc. Przy pryzmie śmieci spotkaliśmy grupę dzieci. Była wśród nich pięcio-, może sześcioletnia dziewczynka. Tak piękna, że natychmiast przykuła uwagę operatora. Główkę jej otaczały czarne, lekko pofalowane włosy, a wielkie, niewinne czarne oczy wpatrywały się w terkoczącą kamerę z zaciekawieniem. Rysiek natychmiast ją sfilmował.
Gdyby nie góra śmieci, z pewnością nikt nie zwróciłby na to zdarzenie uwagi. Kiedy jednak zaczął filmować, ową nieszczęsna górę, natychmiast otoczyli nas mężczyźni z karabinami i pistoletami w rękach. Zabrali kamerę i krzycząc zasypali nas pytaniami. Na szczęście, nie tylko oni obserwowali naszą pracę. Po chwili pojawił się młody mężczyzna. Rozmowa z uzbrojonymi ludźmi trwała, a może nam się tak tylko wydawało, parę minut. Ryszardowi zwrócono kamerę i pozwolono nam odejść w towarzystwie wybawcy. Szef, nasz rozmówca, przeprosił za incydent. – W tym obozie znajduje się kilka różnych ugrupowań, widocznie nie wszystkie udało się powiadomić o waszej wizycie…
Na drodze do Damaszku
W dwa dni po wizycie w obozie Palestyńczyków wybraliśmy się do Damaszku. Wizy syryjskie były jeszcze ważne, nic więc nie stało na przeszkodzie, by jeszcze raz zobaczyć to historyczne miasto. Ryszard miał już zaplanowane „dokrętki”. Droga do granicy wiodła przez góry. Górskie serpentyny, nasz dobroczyńca, i zarazem przewodnik, pokonywał z niebywałą szybkością. Opony volvo wydawały niesamowite dźwięki: pisk pomieszany z głośnym odgłosem tarcia przy hamowaniu. Nie wypadało krzyczeć, siedziałem więc z zaciśniętymi zębami i kurczowo prawą ręką trzymałem się uchwytu znajdującego się nad oknem samochodu.
Prowadzący volvo dostrzegł widocznie moje przerażenie, bo zmniejszył szybkość, a po chwili zatrzymał się na placyku przeznaczonym dla aut osobowych. Stał tam już jeden samochód, a dwie turystki, panie nadzwyczaj urodziwe, około trzydziestki, najspokojniej w świecie paliły nargile. Powitały nas życzliwie i z dużym zainteresowaniem. Gdy dowiedziały się, że jesteśmy z Polski, zaprosiły do palenia fajki. Ryszard odmówił, a ja kurtuazyjnie i z ciekawości, pociągnąłem kilkanaście razy, początkowo nic nadzwyczajnego nie odczuwałem, dopiero po pewnym czasie, gdy zbliżaliśmy się do granicy syryjskiej świat zaczął przybierać kolor różowy, czułem się bardzo lekko, a wierzchołki libańskich cedrów poruszane wiatrem szumiały niebiańsko.
Na granicy libańsko-syryjskiej spotkaliśmy długi sznur eleganckich samochodów. To nasi „znajomi” szejkowie, z „Casino du Liban” z żonami, dziećmi, nianiami, guwernantkami i przyjaciółkami wracali do swoich domowych pieleszy. Niestety, musieliśmy czekać. Gdy nadeszła nasza kolej, przyjaciel wyciągnął cały kartonik „Prastarej” i wręczył go celnikowi. Kontrola graniczna stała się zwykłą formalnością. Nawet nasze polskie paszporty, ani kamera na tylnym siedzeniu nie wzbudziły zainteresowania celników i służby granicznej.
Po upływie kilkunastu minut, już na terytorium Syrii, mój przyjaciel zatrzymał samochód, otworzył bagażnik…, z którego wygramolił się młody Palestyńczyk. – Nie zadawaj żadnych pytań – uprzedził – nie otrzymasz odpowiedzi.
Do dziś dręczy mnie pytanie – kiedy ów pasażer ukrył się w bagażniku? Nie widziałem, by ktokolwiek w Bejrucie, kręcił się koło samochodu, w drodze do Syrii zatrzymaliśmy się tylko raz, w górach, gdzie spotkaliśmy dwie piękne panie palące nargile, na samej granicy nikt z nas nawet z wozu nie wysiadł. No cóż, w drodze do Damaszku nie takie cuda się zdarzały…
Ostatni dzień pobytu w Bejrucie, w mieście nazywanym Paryżem Bliskiego Wschodu, postanowiliśmy spędzić bez kamery. Żadnych dokrętek, nowych ujęć, żadnego fotografowania. Dzień na luzie z pewnością się nam należał. Pracowaliśmy intensywnie przez cały czas rejsu po Morzu Śródziemnym. Staraliśmy się zaprezentować widzom kroniki różnorodny świat, widziany polskimi oczami. Więc jeden dzień poświęciliśmy turystyce bez kamery.
14 maja 1971 roku, samolotem PLL „Lot” odlecieliśmy do Warszawy. Sześciotygodniowy rejs na pokładzie „Lechistanu II” był dla mnie ważnym doświadczeniem. Umocnił mnie w przeświadczeniu, że arystotelesowska dewiza, by o wszystkim wątpić, jest ciągle żywa i aktualna i ma przed sobą wielką przyszłość. Przez sześć tygodni stykałem się z różnymi ludźmi, różnymi poglądami. Spostrzegłem, że to, co w jednym kraju może być zakazane, w innym bywa dozwolone.
Utwierdziła mnie ta podróż w przekonaniu, że świat nie jest jednobarwny i od początku do końca jednowymiarowy. Świadczy o tym najlepiej różnorodność kultur, z którymi w ciągu sześciu tygodni się zetknąłem. Słowem, sporo nauczyłem się w tak krótkim czasie. Sprawdziło się powiedzenie, że podróże kształcą.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.