Cena odwagi

Polityka to sztuka kompromisu. Czasem oznacza to podjęcie ryzyka. Trudno jest też przewidzieć konsekwencje politycznych decyzji. O tym wszystkim przypomniano sobie przy okazji rozmów liderów Lewicy z premierem Mateuszem Morawieckim o możliwości udzielenia wsparcia w sejmowym głosowaniu nad przyjęciem Krajowego Planu Odbudowy.

Nie ma co ukrywać, że między tymi politykami nie ma za grosz zaufania. A jednak obie strony uznały, że przyjęcie wspólnego stanowiska będzie opłacalne. Premier uniknął w ten sposób kompromitującej porażki w głosowaniu, które fundował mu Zbigniew Ziobro i jego ludzie. A liderzy Lewicy pokazali, że są samodzielni i skuteczni. To ważne, zwłaszcza że dziś formacja do największych nie należy.

Politycy Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego oskarżają ich o rozbicie wspólnego frontu opozycji i zakonserwowanie pisowskiego układu. Przekonują, że była szansa na pogłębienie dekompozycji obozu Zjednoczonej Prawicy i być może doprowadzenie do upadku rządu Morawieckiego.

Ale co stało na przeszkodzie, by dwa, trzy tygodnie temu Borys Budka wspólnie z Władysławem Kosiniakiem – Kamyszem zaprosili Włodzimierza Czarzastego, Roberta Biedronia i Adriana Zandberga do stołu i uzgodnili wspólne stanowisko?

Z tego co wiemy, ani PO ani PSL nie zadały sobie trudu, by szukać porozumienia w ramach opozycji. Uznano, że w tej sprawie można prowadzić dialog za pośrednictwem mediów. Dlatego dziś , zamiast obrażać się i polewać obelgami polityków Lewicy, lepiej zastanowić się i wyciągnąć wnioski.

Jeśli Platformie i Ludowcom rzeczywiście zależy na odsunięciu Prawa i Sprawiedliwości od władzy muszą uznać, że Czarzasty z kolegami miał prawo do samodzielnej decyzji i uszanować ją. Powinni też podjąć rozmowy z liderami Lewicy, by w przyszłości uniknąć podobnych sytuacji.
Coraz bardziej liczący się na politycznej scenie Szymon Hołownia, na razie, będzie dystansował się od sejmowej opozycji, lecz jeśli miałby do czynienia z naprawdę zjednoczonym blokiem, musiałby się dobrze zastanowić, czy mu się to opłaca. Że możliwa jest współpraca wszystkich sił demokratycznych, dowodzi przykład wystawienia przez opozycję wspólnego kandydata na prezydenta Rzeszowa.

Lewica, choć dziś zapewnia, że wyciągając rękę do premiera Morawieckiego ugrała więcej niż się wydaje i powołuje się na sondaże, z których wynika, że 70 % jej wyborców popiera przyjęcie Krajowego Planu Odbudowy, nie powinna spać spokojnie.

Premier oraz cały PiS nie dają gwarancji, że dotrzymają zawartego porozumienia. Nikt nie może zaręczyć, że po ostatecznym przyjęciu KPO nie zrobią tego co chcą, czyli podzielą kasę między swojakami. Akurat ta formacja polityczna słynie z podobnych akcji.

Jeśli tak się stanie, przyjdzie Lewicy zapłacić solidny rachunek. W tym kontekście, decyzja o udzieleniu poparcia rządowi, podjęta przez Włodzimierza Czarzastego i jego partnerów, wymagała wprost niezwykłej odwagi. W polskiej polityce, to rzadkie zjawisko.

Liderzy lewicy dowiedli też, że nie obca jest im sztuka kompromisu. Wszak, do niedawna, obie strony regularnie traktowały się niezbyt przystojnymi epitetami. Ale od kilku dni trudniej jest żurnalistom TVP Info ostro atakować gości z kręgu Lewicy. Nie sądzę, by potrwało to zbyt długo, ale na razie miny Rachonia i Klarenbacha są bezcenne.

Posłowie Lewicy muszą teraz uczynić wszystko, by zadbać o maksymalnie transparentny podział środków w ramach Krajowego Planu Odbudowy. To nie będzie łatwe zadanie. Mogę – z licznymi zastrzeżeniami – uwierzyć, że premier Morawiecki, gotów jest dotrzymać uzgodnionych warunków, ale jego otoczenie i zaplecze zapewne już kombinuje, jak je obejść.

Lewica potrzebuje dziś, jak najlepszego zaplecza eksperckiego. Ludzi, który będą w stanie szybko wychwycić nieprawidłowości i je nagłośnić. Dotychczasowe doświadczenia w wydawaniu środków unijnych wskazują, że administracja i przedsiębiorcy są w stanie wchłonąć i zagospodarować każdą kwotę. Tylko często nie ma z tego żadnego pożytku. Jeśli posłanka Magdalena Biejat mówi o tym, że dzięki Lewicy powstanie 75 tysięcy mieszkań na wynajem, to dobrze by pamiętała czym skończył się osławiony rządowy program „Mieszkanie Plus”. Miało powstać 100 tysięcy mieszkań. Powstało 26 tysięcy. Na finansowane ze środków unijnych Programy Operacyjne Innowacyjna Gospodarka i Inteligentny Rozwój wydano dotychczas dziesiątki miliardów złotych. W efekcie, tak jak w roku 2007, tak w roku 2019 we wszelkich unijnych rankingach innowacyjności gospodarki, wydatków na badania i rozwój, oraz stanu nauki, wyprzedzaliśmy Bułgarię i Rumunię. Od końca.

Wiele wskazuje na to, że pieniądze przeznaczone na odbudowę gospodarki po pandemii COVID – 19, w znacznej części także zostaną zmarnowane. Zadanie Lewicy powinno polegać na tym, by ograniczyć skalę marnotrawstwa i ordynarnego złodziejstwa. Nie da się wyeliminować wszystkich patologii, które tak bujnie rozkwitły pod skrzydłami Zjednoczonej Prawicy, ale trzeba próbować.

Jeśli to się uda, jeśli środki, które Polska uzyska w najbliższych latach zostaną lepiej i sprawiedliwiej podzielone i zagospodarowane, będzie to wielka zasługa polityków Lewicy, którzy podjęli ryzyko w imię Racji Stanu. Warto trzymać za to kciuki.

Czasem cel uświęca środki

Gambit kontra gangsterski Wallenrodyzm

-„Zdrada”, „ swoisty pakt Ribbentrop – Mołotow zawarła Lewica z PiS” – słychać niemal z każdej strony sceny politycznej po wtorkowym spotkaniu Czarzastego, Biedronia i Zandberga z Morawieckim i jego ministrami. Najgłośniej płacze i skrzeczy Platforma Obywatelska i PSL niczym mali chłopcy, którym zabrano zabawki w piaskownicy. Krzyk ten wywołało spotkanie i przedstawiony tam przez Lewicę 6 punktowy program pomocy dla Polek i Polaków. Program zbieżny w kilku punktach z celami Unii Europejskiej, która chce przekazać gigantyczne pieniądze na wychodzenie z pandemicznego kryzysu krajom członkowskim, oponenci Lewicy nazwali „mrzonkami nie wartymi uwagi”. I jazgoczą dalej. Zarzucają wspieranie rządów PiS oraz legitymizowanie bezprawia, kłamstwa i niegospodarności. Śmiechu warte zarzuty!

Lewica zrobiła bardzo dobrze, bo wzięła na siebie odpowiedzialność – wobec głupoty Solidarnej Polski Ziobry – która nie chce zaakceptować „drugiego planu Marshalla” dla Polski i Europy. I co jest bardzo smutne, w tym złorzeczeniu słychać też głos przewodniczącego PO, Borysa Budki. Wtórują mu PSL-owcy, ale jakby ciut ciszej, jak to oni, tak na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, czy nie trzeba będzie jutro może zmienić zdania.

A teraz popatrzmy na tę tzw. zdradę. Czy przejawem lojalności PO wobec Lewicy jest ciągłe i przy każdej okazji dewaluowanie osiągnięć prezydenta Kwaśniewskiego, ekip Millera, Oleksego, Cimoszewicza i innych ludzi z tzw. lewej strony sceny politycznej? Czy rozbijacka robota Gazety Wyborczej, Newsweeka oraz TVN – sympatyzujących jawnie z PO – polegająca na krytyce i niedocenianiu Lewicy podczas wyborów w 2015 roku to przejaw szacunku i wierności? A odrzucenie przez posłów Platformy wniosku Lewicy o postawienie przed Trybunałem Stanu Zbigniewa Ziobro – to przejaw czego? A jak nazwać wspieranie PiS w tworzeniu IPN i odbieraniu emerytur niewinnym (bez wyroku sądowego) byłym pracownikom służb specjalnych PRL? A jak nazwać odrzucenie wniosku Lewicy o powołaniu na Rzecznika Praw Obywatelskich Piotra Ikonowicza przez PO? Takich pytań można byłoby postawić jeszcze więcej. I nie są to dowody szacunku i wierności wzajemnej Opozycji.

W Polsce takie zachowania jakie prezentuje PO i PSL już dawno zostały nazwane w literaturze. To wallenrodyzm. Do realizacji szczytnych celów dopuszcza się człowiek czy organizacja poprzez zachowania nieetyczne, podstępne, kłamstwa i zdrady. Pod pozorem działań szlachetnych i lojalnych niszczy się darzącego go zaufaniem przeciwnika, rywala. To działanie PO jest bardzo bliskie temu, co prezentuje PiS w obecnej Polsce. Trudno temu zaprzeczyć, obserwując scenę polityczną. I twierdzenia o zdradzie Lewicy mają się nijak do oskarżeń PO.

Lewica w trosce o pieniądze dla Polek i Polaków a także pozostałych mieszkańców Unii Europejskiej zaryzykowała swoimi ideałami i autorytetem. Nie wchodząc przy tym w żadne koalicje z PiS. Warto o tym pamiętać. Tak, to bardzo niepewna inwestycja Lewicy – ale dobro ludzi wzięło górę nad ambicjami partyjnymi swoimi i pozostałych partii opozycyjnych. W szachach, taki ruch nazywa się gambitem. Wówczas poświęca się figurę lub dwie w celu osiągnięcia korzyści większej, ważniejszej, dającej sukces, zwycięstwo. Czasem cel uświęca środki. Stara to prawda.

Przy czym ryzyko to jest zminimalizowane, bowiem jeśli PiS nie wpisze tych propozycji do głosowanego projektu, to Lewica go nie poprze. To przecież jest oczywiste. I wtedy zobaczymy, jak zachowają się inne kluby parlamentarne? Czy wówczas też będą tak odważnie krytykować Lewicę? A jeśli propozycja zostanie zaakceptowana przez Sejm, to zyska Polska i Europa. Na straży tych wydatków będzie stać nie tylko Komitet Monitorujący, jak wskazała w projekcie – wspólnie z UE – Lewica. Polskie sądy też będą gwarantami właściwego wydatkowania tych pieniędzy, czy to się komuś podoba czy nie.

I to powinien być sukces Lewicy. W dłuższej perspektywie – gdy pojawią się nowe mieszkania, doposażone zostaną szpitale, a samorządy dostaną ogromna pulę z tych 770 mld złotych, jakie otrzymamy w ramach Krajowego Planu Odbudowy – to nikt nie będzie pamiętał o przepychankach partyjnych. Zwłaszcza, że jak wynika z sondaży, czekają nas wybory. Rząd PiS traci popularność, tak jak i cała ta formacja. A to oznacza, że nad tymi pieniędzmi będzie czuwać nowy rząd i miejmy nadzieję, że z przedstawicielami Lewicy. Bo gambit to bardzo czytelny, acz ryzykowny, ruch wobec kompletnie niepewnego wallenrodyzmu.

Trzech pancernych bez psa

Wysłuchałem i przeczytałem uważnie wypowiedzi premierów trzech krajów – z naszym włącznie – na konferencji prasowej po spotkaniu w Budapeszcie, w dniu primaaprilisowym, czyli 01.04 br. Wiem, że mam narastającą sklerozę i to, co mówią mądrzy ludzie, dociera do mnie coraz trudniej. Nie zdziwiłem się więc, że z tych wypowiedzi niewiele zrozumiałem

O co chodziło?

Do moich rozpadających się komórek kory mózgowej przebiło się z trudem przekonanie, że właściwie tylko trzy grupy problemów, stanowiły podstawę rozmów Panów Premierów

Pierwsza, – że każdy kraj UE powinien mieć prawo do samodzielności w rozwiązywaniu swoich wewnętrznych kłopotów. Unia Europejska nie powinna mu nadmiernie zaglądać do garnka, w którym gotuje pasujące mu rozwiązania prawne i nową przyszłość narodu, czasem opartej na nieco inaczej rozumianej praworządności. Nie może być w Unii podziału na słabszych i silniejszych, wszyscy są równi i mają takie same, unijne, prawa i obowiązki. I tych słabszych nie można bez przerwy atakować i grozić im karami, także w formie ograniczeń finansowania.

Druga, – że Europa jest zbudowana na kulturze chrześcijańskiej. Nasze państwa będą bronić jej podstaw i nie zgadzają się na to, aby wprowadzano jakieś inne, obce nam i sprzeczne z nią, koncepcje i zwyczaje kulturowe. Nie po to robiliśmy kiedyś wyprawy krzyżowe, aby teraz zagrażał nam nie tylko Islam, ale także jakieś LGBTy i Gendery.

I trzecia – widoczny zwłaszcza w słowach i półsłówkach naszego Premiera pogląd, że nie lubimy Rosjan a zwłaszcza rządzącego w niej od lat prezydenta. Nie lubimy dlatego, że zwyczajowo nie lubimy, a zwłaszcza dlatego, że ze zdradzieckimi (w tym zakresie) Niemcami, budują gazociągi Nord Stream biegnące po dnie Bałtyku i nie stosują naszych zasad demokracji.

Ubocznym tematem rozmów była – podobno – pandemia Covid 19. Powinniśmy zwalczać ją razem i dostać więcej szczepionek. Powtórzono więc tylko to, co mówi się niemal od początku pandemii.

Cel

Mam wrażenie, że Wielce Szanowni Panowie spotkali się i prowadzili tą dyskusję właściwie tylko w jednym celu – żeby udowodnić reszcie Europy, że istnieją w Unii trzy państwa niezłomne w dążeniu do suwerenności. Maja one własne, ale częściowo podobne drogi rozwoju i nie pozwolą, aby jakaś unijna Komisja je ciągle atakowała.

Mam też wrażenie, że Panowie nie doszli do pełnego porozumienia. Nie ogłosili przewidywanego przez media powołania nowej, ultraprawicowej partii prawdziwie chadeckiej, ideologicznie opancerzonej i odpornej na wszelkie lewackie zakusy.

Nie jestem dziennikarzem politycznym. Moja wiedza w tej dziedzinie jest „wiedzą tłumu” i podlega nastrojom bardziej lewicowej jego części. Patrząc przez pryzmat tej wiedzy mogę jedynie nieśmiało sformułować przypuszczenia, dlaczego tym razem nasz niezawodny premier nie osiągnął standardowego sukcesu.

Co mogło przeszkadzać?

Teza, że jesteśmy równi, ważni i suwerenni zapewne nie spotkała się z wątpliwościami partnerów budapesztańskich rozmów. Ale mogły budzić wątpliwości przyczyny, dla których Polska jest tak ostatnio krytykowana w UE. Unijne pretensje koncentrują się coraz bardziej na kompletnym bałaganie, jaki wytworzono w naszym wymiarze sprawiedliwości, m.in. lekceważąc zalecenia międzynarodowego Trybunału. Węgry też mają problemy w tym zakresie, ale do bałaganu nie dopuściły. Włochy jeszcze mniej. Poza tym jesteśmy jedynymi w tym gronie, którzy nie chcą zatwierdzenia konwencji stambulskiej i stwarzają ciągłe problemy z LGBT, co także nie przysparza nam sympatii.

Przypuszczam, że mniej sporów w Budapeszcie wywoływała teza o chrześcijańskich źródłach naszej kultury. Ale jednak reprezentowane państwa różnią się znacznie w takich sprawach jak relacje państwo – kościół, aborcja i stosunek do chrześcijan, niebędących katolikami. Nie wszyscy też zgadzają się z obecnymi polskimi zwyczajami, w których rząd chce uchodzić za najbardziej religijną część społeczeństwa, próbuje traktować modlitwę, jako instrument zarządzania, dopuszcza do powstawania zakonnych imperiów gospodarczych, a potem stara się im przypodobać.

My, Oni i Rosja

Najwięcej kontrowersji na tym zebraniu mógł budzić trzeci z wymienionych przeze mnie tematów, – czyli stosunek do Rosji. Tylko u nas panuje trudna do wyleczenia choroba, która opisałem za zamierzchłych czasów na tych łamach, w artykule pt. „Kompleks Putina” (27.06.2019). Rosjanie są w większości zadowoleni ze swego prezydenta. Nasz rząd uważa, że ma prawo oceniać prezydentów innych państw. Nie tylko Rosji. Poddańczo głaskaliśmy Trumpa, z ukrywanym niesmakiem i sztucznym uśmiechem podchodzimy do Bidena.

Nasz premier miał trudne zadanie uzasadniania swojej niechęci do Rosji w sytuacji, gdy pozostali rozmówcy są z nią w dobrych, może nawet bardzo dobrych, stosunkach. Mnie też jest trudno tą niechęć całego pisowskiego środowiska zrozumieć. Oczywiście – musimy pamiętać o historycznych grzechach, ale ich przenoszenie na bieżącą politykę jest zawsze błędem. Aneksja Krymu i częściowa inicjacja walk w Donbasie mogły się nie podobać i spowodowały sankcje. Ale jednak trzeba też pamiętać, że ludność tych obszarów w większości mentalnie, językowo i psychicznie czuje się Rosjanami i że problem powstał dopiero po rozpadzie ZSRR, który „zarządzał” Ukrainą tak samo, jak carska Rosja. A aktualna pretensja o „gazociąg północny” u rozmówców naszego premiera może budzić współczucie, ale ich bezpośrednio nie dotyczy.

PIS popsuł do reszty nasze, może nie za bardzo przyjacielskie, ale względnie poprawne stosunki z Rosją. Były przecież czasy – i to już po PRL, – kiedy często przyjeżdżały do nas rosyjskie zespoły artystyczne, kiedy jeżdżono na urlopy do Soczi i na rejsy po Wołdze, kiedy polskie filmy i seriale święciły tryumfy w rosyjskiej telewizji. Kiedy Mikulski, – czyli Hans Kloss – już za rządów Mazowieckiego, przyciągał tłumy do polskiego ośrodka kultury w Moskwie.

Skutki braku psa

Spotkanie trzech opancerzonych ideologicznie premierów, w pięknym i już wiosennym Budapeszcie, nie dało więc nawet pozytywnego, propagandowego rezultatu. Może gdyby w czasie ich rozmów był obecny przyjazny pies, emanujący jednakową serdecznością do wszystkich zebranych, to przynajmniej niektóre bariery dałyby się pokonać. Ale nie było. A sam Tokaj – nawet z najlepszego rocznika – widocznie nie wystarczył.