Nie tylko złoty pierścionek

Rena Rolska – ur. 19 stycznia 1932 roku w Warszawie, piosenkarka i aktorka estradowa, jedna z największych gwiazd polskiej piosenki lat 1955-1981. W 1961 roku „Piosenka prawdę Ci powie” do słów Marka Sarta i muzyki Kazimierza Korda w jej wykonaniu otrzymała I nagrodę w konkursie na polską piosenkę. Ten sam utwór śpiewała również na MFP Sopot ‚61, gdzie otrzymała wyróżnienie. Na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej Opole ‚63 została także wyróżniona w kategorii wykonawców. Od tej chwili występowała wiele razy na festiwalach w Opolu – w koncertach „Mikrofon i Ekran” lub w „Premierach Opola”. (1959). Inne sławne utwory to m.in. „Pewien uśmiech” (1957), „Błękitna laguna” (1958), „Złoty pierścionek” (1959), „Jeszcze poczekajmy” (1961), „Nie oczekuję dziś nikogo” (1961), „Deszcz” (1961), „Na Francuskiej” (1962), „Pocałuj mnie choć jeden raz” (1964), „Zapomnij o mnie” (1965), „Ej, Piotr” (1965), „Za ostatnich rubli pięć” (1971), „Niech mnie pan weźmie ze sobą do domu” (1972). Wyjeżdżała wielokrotnie z własnymi recitalami do ZSRR i brała udział w koncertach galowych polskiej estrady. Występowała również w kabarecie „Dreszczowiec” z Marianem Jonkajtysem, Robertem Polakiem, Wojciechem Młynarskim, w telewizji (recitale) i w audycji radiowej „Podwieczorek przy mikrofonie”, gdzie odtwarzała postać uczennicy w scenkach pt. „Rolska do tablicy” ( Baranowskiego, Sadowskiego). W latach 1971-78 występowała w Teatrze „Syrena” w Warszawie. Występowała m.in. w ZSRR, USA, Kanadzie, Belgii, Austrii, Francji, NRF. Ma na swoim koncie epizod w filmie Haliny Bielińskiej „Sam pośród miasta” (1965). W 1981 roku zakończyła karierę na estradzie. Laureatka Złotego Mikrofonu. Otrzymała także nagrodę Polsko-Amerykańskiej Agencji Artystycznej Odznaczona Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i innymi odznaczeniami.

 

 

Z RENĄ ROLSKĄ rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Od czego zaczniemy naszą rozmowę? Od dzieciństwa czy od debiutu?

To zależy od tego, czego chce się pan ode mnie dowiedzieć.

 

Wszystkiego, co możliwe…

Ambitny zamiar, ale chyba niewykonalny. Tak dużo działo się w moim długim życiu.

 

Zacząłbym, jak większość dziennikarzy, od razu od Pani śpiewania, ale zawsze mnie interesują także początki życia rozmówcy, jego dzieciństwo, młodość, czyli – by tak rzec – źródła. Urodziła się Pani w Warszawie w rodzinie inteligenckiej. Co pamięta Pani z tamtych czasów wczesnego dzieciństwa?

Szczęśliwy dom, spokojne dzieciństwo małej dziewczynki. Jestem jedynaczką, a więc cała rodzicielska miłość skupiała się na mnie – pamiętam to do dziś. Także śpiewanie mamy, która w późniejszych latach – jestem o tym przekonana – objawiło się u mnie zamiłowaniem do śpiewu.

 

Przeczytałem w jednym z udzielonych przez Panią wywiadów, że słuchała Pani piosenek od kołyski, bo mama miała zwyczaj śpiewać w domu, między innymi rosyjskie romanse…

Tak, mama bardzo pięknie śpiewała wysokim mezzosopranem. Wiem, że wiązała z tym bliżej niesprecyzowane i niezrealizowane nadzieje na przyszłość. Owa przyszłość objawiła się w mojej osobie i pozostało jej śpiewanie nad moją kołyską. Podrastając – chcąc nie chcąc – chłonęłam bardzo bogaty repertuar – romanse rosyjskie, ale i wiele ówczesnych tzw. „szlagierów”, jak to się wtedy określało.

 

Gdy miała Pani siedem lat, wybuchła wojna. Co Pani zostało w pamięci z tamtego okresu?

Wojna 1939 roku zastała naszą trzyosobową rodzinę w Siedlcach, gdzie ojciec został przeniesiony służbowo. Tam też został zmobilizowany. Poszedł na wojnę i wzięty do niewoli dostał się do oflagu, z którego szczęśliwie wrócił dopiero po zakończeniu wojny. Tak więc przez całą okupację byłam pod opieka mamy. Jeszcze w Siedlcach w 1939 roku, 7 września, pamiętam dokładnie nalot samolotów na miasto, bombardowanie i strzelaninę z broni pokładowej. Mama zepchnęła mnie do rowu i przykryła swoim ciałem, aby ochronić przed niebezpieczeństwem. Pamiętam tak dokładnie, ponieważ przerażoną i zapłakaną córcię pocieszała jak umiała słowami brzmiącymi dziś być może „trochę” dziwnie: nie płacz córeńko, to na twoją cześć. Niemcy tak strzelają – na vivat z okazji twoich imienin. To był ten dzień akurat 7 września – moje imieniny. Tyle lat minęło, a ja ciągle mam przed oczami tę scenę i te słowa. Gdy tylko powstała taka możliwość, wróciłyśmy do Warszawy, gdzie mieszkała cała rodzina mamy. Nie będę opisywała doznanych wrażeń na widok zburzonej Warszawy i dominującego odoru spalenizny i gnijących ciał ludzkich i zwierzęcych. Potem przeprawa przez Wisłę na jej lewy brzeg dzięki prowizorycznemu mostowi pontonowemu. Walizka i jakiś tobołek, to był cały nasz bagaż. Ach! Zapomniałabym o najważniejszej dla mnie Zosi, lalce z bakelitu (którą zresztą mam do dziś), lalce która przeżyła ze mną wszystkie bombardowania w Siedlcach, kiedy również nocami trzeba było chronić się w piwnicy. Szczęśliwie w Warszawie i okolicach od razu znalazłyśmy rodzinkę mamy, która pomogła nam jakoś urządzić się w nowych warunkach.

 

Gdzie się Pani edukowała?

Zaczęłam chodzić do szkoły, przyszedł czas na gimnazjum imienia Marii Curie Skłodowskiej na Saskiej Kępie. Cały czas pod czujnym okiem matki. Skończyła się wojna, ojciec powrócił z niewoli i zaczęło się w miarę „normalne” życie.

 

Na jakie studia się Pani zdecydowała?

Po zdaniu matury w liceum imienia Narcyzy Żmichowskiej chciałam studiować romanistykę, ale mnie tam nie przyjęli ze względu na inteligenckie pochodzenie rodziców. Na otarcie łez ojciec zabrał mnie na tzw. wczasy pracownicze na Dolny Śląsk, do ówczesnych Bierutowic. Wówczas, jak łatwo się domyślić, pierwszym obywatelem Polski był prezydent Bolesław Bierut i jego imieniem nazwano ośrodek turystyczno-wypoczynkowy u stóp Śnieżki. Jednym słowem – Karpacz. Wtedy Katowice nazywały się Stalinogrodem – to tak na marginesie. Na owych wczasach poznaliśmy profesora Wacława Filipowicza – zbiegiem okoliczności profesora śpiewu. Ja to nazywam przeznaczeniem. Zaprosił mnie do siebie na naukę śpiewu, bo stwierdził, że warto, a że mieszkał również w Warszawie, rzecz została zrealizowana i tak mam za sobą trzy lata nauki śpiewu. Potem przeniosłam się do profesor Jadwigi Reissowej, która łaskawszym okiem patrzyła na lżejszą muzę, w przeciwieństwie do profesora Filipowicza. Widział on we mnie materiał na przyszłą „Carmen” na scenie operowej. Jeszcze w czasie nauki zostałam przyjęta w poczet członków chóru Polskiego Radia pod dyrekcją Jerzego Kołaczkowskiego, gdzie śpiewałam aż do jego rozwiązania. I tym sposobem znalazłam się w Polskim Radiu.

 

Pani debiut koncertowy miał miejsce w 1955 roku w ówczesnej Hali Gwardii, dziś Mirowskiej. Jak go Pani wspomina?

To był koncert bardzo popularnej wtedy audycji radiowej „Zgaduj zgadula”. Wypełniony konkursami, które prowadzili panowie Andrzej Rokita i Wacław Przybylski. Dyrektor i dyrygent rozrywkowej orkiestry Polskiego radia Jan Cajmer wraz z piosenkarzami tworzyli razem ciekawy i szalenie lubiany przez widzów i słuchaczy koncert. Spośród biorących udział w tym pierwszym dla mnie koncercie piosenkarzy, pamiętam jedynie św. pamięci Zbigniewa Kurtycza. Czemu tylko jego? Skala mego zdenerwowania dochodziła do zenitu. Krople walerianowe były w stałym użyciu, pożyczona sukienka „na szczęście”, no i ten narzucony mi repertuar. Tak, ponieważ koncert ten był jakby sprawdzianem – dlatego wykorzystano gotowe aranżacje na orkiestrę, z repertuaru znanych piosenkarek: Marty Mirskiej, Reginy Bielskiej i Nataszy Zylskiej. Cała ta sytuacja podnosiła temperaturę moich emocji i tylko Zbyszek Kurtycz swoim humorem i ciepłym słowem starał się rozładować moje zdenerwowanie. Udało się jak widać. Zaczęły się nagrania specjalnie dla mnie wybranych piosenek, a częsta obecność na antenie Polskiego Radia przyniosła popularność.

 

Zza tego śpiewania zaczął się też wyłaniać inny Pani talent, aktorski, kabaretowy…

W latach 1956-1960 działałam w kabarecie architektów „Pinezka”, który swoja siedzibę miał w kawiarni Nowy Świat. Później także w kabarecie „Dreszczowiec”, założonym przez Mariana Jonkajtysa i Wojciecha Młynarskiego. Wśród występujących byłam również ja i Robert Polak. Przy fortepianie Jerzy Derfel. A nazwa tego kabaretu? Otóż motywy tematyczne potraktowane zostały „z dreszczykiem”. Bardzo lubiłam ten kabaret mimo, że ciężka to była praca, ponieważ musiałam nadążyć z siedemnastoma przebierkami w różne kostiumy.

 

Na początku lat sześćdziesiątych zaczęła Pani występować w audycji „Podwieczorek przy mikrofonie”…

Tak, to jeszcze jedna audycja radiowa ogromnie popularna wśród słuchaczy. Najpierw zaangażowano mnie jako piosenkarkę, a po jakimś czasie powstała stała scenka p.t. „Rolska do tablicy”. I tak w każdym nowym programie „podwieczorku” w jednej części śpiewałam piosenki, a w drugiej grałam rolę niesfornej uczennicy, która nigdy nie otrzymała za wypracowanie domowe innego stopnia niż 2 (wówczas to była najniższa ocena).

 

Potem zaczęły się Pani wyjazdy koncertowe, kolejne tournee zagraniczne. Pierwszy, jak czytałem, do Mongolii…

Tak! Niezapomniany wyjazd do Mongolii. Te kontrasty! Piękny, ogromny, wspaniale technicznie wyposażony teatr w stolicy w Ułan Bator, a potem objazd w dzikich stepach położonych aułów, siedzib pasterzy zamieszkałych w jurtach, gdzie nas pięknie przyjmowano. Po koncertach, które odbywały się pod gołym niebem, na glinianym klepisku, miałam okazje napić się kumysu (kobyle mleko), przejechać się na wielbłądzie i na śmiesznym, małym, stepowym koniku. Jednym słowem, wrażenia niezapomniane i niepowtarzalne. Była nas tam cała grupa, miedzy innymi słynny wówczas chór Czejanda. Następny mój zagraniczny wyjazd, to Moskwa z zespołem Nataszy Zylskiej i Janusza Gniatkowskiego. Ofert było mnóstwo. Należało tylko w kalendarzu wszystko zmieścić. Wielokrotnie odwiedziłam Polonię w USA i Kanadzie, również ówczesny ZSRR, gdzie jeździłam także z recitalami i gdzie nagrałam płytę oraz w tamtejszej telewizji, jeden z recitali. Były również na trasie moich podróży wszystkie kraje obozu socjalistycznego, a jeśli chodzi o Europę, to Francja, Belgia, Szwecja i Niemcy zachodnie czyli NRF.

 

Gdzie była najlepsza publiczność?

Oczywiście – Polonia przyjmowała nas zawsze z otwartymi sercami i ramionami. Jeśli chodzi o inne kraje, to bezapelacyjnie w byłym Związku Radzieckim. Do dziś mam tego dowody dzięki Internetowi.

 

Nie mogę nie zapytać o okoliczności poznania przez Panią Mariana Jonkajtysa, aktora, reżysera, dyrektora Teatru na Targówku, obecnie Teatru „Rampa”, Pani przyszłego męża…

W największym skrócie odpowiedź brzmiałaby: „połączyła nas piosenka”. W roku 1961 Ministerstwo Kultury i Sztuki organizowało I Konkurs Polskiej Piosenki. Reżyserię powierzyło nieznanemu mi wówczas reżyserowi – Marianowi Jonkajtysowi. Poszukując wykonawców do zgłoszonych na konkurs piosenek, znalazł mnie w „Podwieczorku przy Mikrofonie”. Zaproponował piosenkę Marka Sarta i Kazimierza Korda „Piosenka prawdę ci powie”. Propozycje przyjęłam. Wygrałam. Zostaliśmy razem na 43 lata. W roku 1972 przyszedł na świat nasz syn i wszystkie wyżej wymienione obowiązki zawodowe z radością i pasją umiałam pogodzić z tymi, które niesie ze sobą wychowanie dziecka i utrzymanie normalnie funkcjonującego domu. Lata biegły, syn skończył liceum im. Stefana Batorego, potem zdał na Akademię Sztuk Pięknych, która ukończył w 1997 roku. Mąż zmarł w 2004 roku. Był człowiekiem wielu talentów: aktorem, reżyserem, 27 lat profesorem w warszawskiej PWST(dziś Akademia Teatralna). W 1975 roku stworzył i prowadził jako dyrektor Teatr na Targówku, dzisiejszą „Rampę”. Ja z kolei w tychże latach siedemdziesiątych zaangażowałam się do Teatru Syrena w Warszawie jako aktorka i piosenkarka. Mąż odszedł z funkcji dyrektora Teatru na Targówku po wprowadzeniu stanu wojennego. Zajęliśmy się inkrustacją w drewnie. Ja również przestałam koncertować. Mąż zagłębił się w pamięć swego dzieciństwa, które spędził wywieziony wraz z matką matka, bratem i trzema siostrami do Kazachstanu (1940-1946). Wydał parę tomików wierszy, opisujących pobyt na Syberii.

 

Pani kariera urwała się w dramatycznym 1981 roku. Dlaczego nie wróciła Pani do śpiewania po stanie wojennym?

Nie uwierzy pan. Propozycje koncertów miałam już 9 stycznia 1982 roku. Po odwołaniu bojkotu mediów i stanu wojennego nastał w środowisku estradowym inny czas. Inni ludzie, inne zwyczaje. Nie potrafiłam się w tym odnaleźć.

 

Powiedziała Pani kiedyś: „Ja się kłaniam i odchodzę, tak każe skromność i bon ton”. Ilu ludzi jeszcze wie, co oznaczają słowa „skromność” i „bon ton”?

Nie wiem, ale ja trzymam się tej zasady do dziś.

 

Kiedy szukałem kontaktu do Pani w Związku Artystów Scen Polskich, dowiedziałem się, że nie tylko Pani do niego należy, ale czynnie Pani w nim działa. Skąd taki imperatyw?

Na początku mojej przynależności bardzo czynne życie zawodowe nie pozwalało mi poświęcić się sprawom ZASP. Jednak z biegiem lat, zostałam wybrana do zarządu Sekcji Estrady, potem do Głównego Sądu Koleżeńskiego. Dwukrotnie sprawowałam funkcję przewodniczącej warszawskiego Koła Estrady, a obecnie jestem przewodniczącą Sekcji Estrady. W międzyczasie uhonorowano mnie jako „zasłużonego członka ZASP” i zaproszono do kapituły członków zasłużonych naszego Stowarzyszenia. Bardzo intensywne zaangażowanie w tę pracę społeczną, przynosi mi ogromne zadowolenie, dodaje sił.

 

Słucha Pani muzyki, a jeśli tak to jakiej?

Klasycznej. I jeszcze uwielbiam słuchać… ciszy. Zaskoczyłam pana?

 

Pani syn Grzegorz mieszka i pracuje w Stanach Zjednoczonych. Utrzymuje Pani z nim stały kontakt?

Oczywiście, na bieżąco dzięki Internetowi, a kiedy przylatuje na święta, mogę go wyściskać i cieszy się jego obecnością. Mieszka poza Polską od dwunastu lat. Pracuje bardzo intensywnie, dzieląc czas między zajęciami w firmie zatrudniającej go etatowo, a realizowaniem własnych pomysłów filmowych, które przyniosły mu już wiele nagród i wyróżnień. Realizacja filmów pochłonęła go bez reszty. Zawsze podziwiam jego pasję, ambicje i głowę pełna pomysłów.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Polskie Radio i inne radyja Recenzja

Program eksperymentalny Polskiego Radia zaczął być nadawany 1 lutego 1925 roku i ta data bywa wskazywana jako początek tego medium. Jednak za czas narodzin Polskiego Radia jako medium powszechnego, czy też za początek jego powszechności, czyli za moment, w którym pierwsze jego fale przekroczyły granice technicznych prac eksperymentalnych i poszły w eter ku uszom pierwszych słuchaczy, uważa się kwiecień 1926 roku. W otwarciu studia 18 kwietnia uczestniczył premier hrabia Aleksander Skrzyński, który przemówił w eter po polsku i po francusku. Było ta na niespełna miesiąc przed przewrotem majowym. Radio jednak w przewrocie nie uczestniczyło, ani po stronie rządowej, ani po stronie Józefa Piłsudskiego, ani nawet w roli bezstronnego informatora. Z perspektywy naszych czasów, gdy niezliczone stacje radiowe nieustannie uczestniczą w każdym niemal, nawet najdurniejszym wydarzeniu, może się to wydawać niewiarygodne, jakby z innej planety pochodzące. A jednak. Dwa były tego zasadnicze powody. Po pierwsze, był to zalążkowy, pionierski okres tego medium, operującego jako nowinka w ramach bardzo minimalnych technicznie pod wszelkimi względami. Po drugie, ówczesna świadomość i wyobraźnia nie tylko nie sięgała, ale była jeszcze bardzo daleka od pułapu dzisiejszych wyobrażeń o wszędobylskiej roli mediów. Na czas przewrotu zawieszono wszystkie audycje „werbalne” i nadawano wyłącznie koncerty muzyki poważnej. Radio było tak początkującym i nowinkarskim zjawiskiem, że nikomu, ani prezydentowi Wojciechowskiemu, ani premierowi Witosowi ani Piłsudskiemu nie przyszło zapewne nawet do głowy zająć stację nadawczą, która mieściła się wtedy przy ulicy Narbutta 29 w Warszawie, a studio przy ulicy Kredytowej, w gmachu Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, Może to z tego czasu pochodzi przedwojenny i kontynuowany w PRL obyczaj emitowania w radiu muzyki poważnej w dramatycznych momentach historycznych? W PRL krążyło nawet czasem dowcipne powiedzenie: „Nadają Chopina? Znaczy – zmiana kierownictwa” Dopiero po uroczystości pogrzebowe po śmierci Piłsudskiego ich duże radiowe echo wywołane regularną transmisją spowodowało, że władze uczyniły Polskie Radio spółką państwową.

Mariusz Hermanowski napisał pierwszy w historii piśmiennictwa zarys dziejów polskiej radiofonii (bo nie jedynie Polskiego Radia), jako że do tej pory powstało jedynie kilka monografii cząstkowych. Ukazał losy radia w II Rzeczypospolitej, jego odrodzenie w PRL po wojennej przerwie. Znajdujmy tu obraz przemian Polskiego Radia, od okresu stalinowskiego, z uwzględnieniem takich zjawisk jak propagandowa audycja „Fala 49” Wandy Odolskiej i Stefana Martyki, jak reakcja radia na śmierć Stalina i – poprzez wszystkie ewolucje i zmiany zarówno polityczne jak i technologiczne – aż do 1989 roku. Wspomina o najgłośniejszych audycjach jak słuchowiska „Matysiakowie” czy „W Jezioranach”, „Zgaduj zgadula” i inne. Po tej dacie zaczyna się nowy etap historii polskiej radiofonii. Kończy się monopol Polskiego Radia. Zaczynają powstawać pierwsze komercyjne stacje, jak „Radio Zet”, „RMF FM” i wiele innych, w tym „Radio Maryja”. Hermanowski doprowadza swój zarys do najnowszych niemal czasów, bo zahacza – ale tylko datą, bez szerszego omówienia – o okres po 1 stycznia 2016, czyli po objęciu Polskiego Radia przez obecną władzę. Jako że zarys Hermanowskiego nie odnosi się tylko do Polskiego Radia, ale do polskiej radiofonii jako takiej, poświęcił on passus także takim zagranicznym rozgłośniom jak „Radio Wolna Europa” czy „Radio Madryt”. Jest też sporo o ludziach polskiego radia, jego pionierach i ich następcach. I jeszcze jedno. Okładka książki opatrzona jest barwną fotografią muzealnego odbiornika radiowego. Nie wiem ani jaka jest jego marka ani z jakiego okresu pochodzi, ale jest to przedmiot piękny. Estetyka starych odbiorników radiowych jest wprost rozkoszna.

 

 

Mariusz Hermanowski – „Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów”, Wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2018, str. 338, ISBN 978-83-8116-295-1.

Mechanik piosenkarzem

Bogdan Czyżewski – ur. 9 marca 1934 r. w Warszawie – jeden z najpopularniejszych piosenkarzy lat 60-tych i 70-tych. W latach 1963-1973 był wokalistą w duecie Rinn-Czyżewski, a w 1974 r. rozpoczął karierę solową. Współpracował z licznymi orkiestrami w kraju i za granicą, m.in. orkiestrami radiowymi Warszawy i Łodzi, Reprezentacyjną Orkiestrą Wojska Polskiego, Orkiestrą Moskiewskiego Teatru i Estrady, Big Bandem Radio Hawana; Orkiestrą Dresden Tanz Sinfoniker w NRD. Dał tysiące koncertów w Polsce, Bułgarii, Czechosłowacji, Kanadzie, na Kubie, w NRD, Rumunii, USA, ZSRR. Karierę zakończył w 1990 roku. Wśród nagrod m.in.: 1972 – nagroda publiczności na festiwalu dla duetu Rinn-Czyżewski za piosenkę „Nie obiecuj, nie przyrzekaj”, 1982 – Srebrny Pierścień na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu za piosenkę „Gdy nasi chłopcy maszerują”, 1983 – Złoty Pierścień na tym festiwalu za piosenkę „Czterdzieści lat munduru”, 1986 – Srebrny Pierścień kołobrzeski za piosenkę „Napisz list, kochanie”. Do jego najważniejszych przebojów należały: „Słoneczny dzień”, „Świat na różowo”, „Taka babka”, Zginęła mi dziewczyna”. W duecie Rinn-Czyżewski m. in.: „Biedroneczki są w kropeczki”, „Dobre buty z dobrej skóry”, „Viva Maria”, „Na deptaku w Ciechocinku”, „Pamiętaj o mnie”, „Wszystkiego najlepszego”, „Żeby choć raz”. Wydał liczne płyty i trzy longplaye z Danutą Rinn: „Całujmy się”, „Pamiętaj o mnie”, „Nie obiecuj, nie przyrzekaj”.

 

 

Z BOGDANEM CZYŻEWSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Pana pierwszą specjalnością, nabytą w technikum była mechanika precyzyjna. Później studiował Pan na Politechnice Warszawskiej. Skąd ten przeskok od techniki do świata piosenki?

Po wojnie była bieda, a zawody artystyczne miały opinię niepoważnych i niestabilnych, więc moja mama wywarła na mnie nacisk, żeby zdobyć jakiś konkretny zawód. Pokierowała mnie więc do Technikum Mechaniki Precyzyjnej w Warszawie, które ukończyłem. Po maturze podjąłem studia na Politechnice Warszawskiej, gdzie poznałem kolegów studentów, którzy chodzili na imprezy muzyczne i kabaretowe do tzw. Stodoły. To był, przypomnę, duży barak, który pozostał po budowniczych Pałacu Kultury i który władze po 1956 roku udostępniły studentom Politechniki na działalność kulturalną. W czasach budowy barak służył jako stołówka i stał w miejscu, gdzie dziś jest budynek byłego salonu meblowego „Emilia” przy ulicy Emilii Plater. Pod wpływem tych wrażeń zacząłem uczyć się w średniej szkole muzycznej. W 1958 roku Polskie Radio, mieszczące się przy Myśliwieckiej, tam, gdzie dziś jest radiowa Trójka, ogłosiło konkurs dla młodych talentów piosenkarskich. Była to inicjatywa Władysława Szpilmana, szefa muzycznego radia.

 

Coś w rodzaju dawnej wersji Voice of Poland…

Coś w tym rodzaju, z tą różnicą, że wtedy lansowali się młodzi wykonawcy, a dziś lansują się głównie jurorzy. Potrzebowano solistów dla orkiestry Polskiego Radia kierowanej wtedy przez Edwarda Czernego. Przystąpiłem do konkursu i znalazłem się grupie 20-25 osób, wyłonionych spośród kilku tysięcy tych, którzy zgłosili się do wstępnych eliminacji. Wyszkolono nas i dano możliwość śpiewania w studiu piosenki, przed mikrofonem, dla radia. Wśród moich koleżanek była m.in. Sława Przybylska i Halina Kunicka, a także utalentowany, zapomniany dziś Olgierd Buczek. Organizując to studio Szpilman zrobił wielką robotę dla polskiej muzyki rozrywkowej. Jednocześnie nadal chodziłem do szkoły muzycznej, u zbiegu Pięknej i Ujazdowskich, gdzie uczył mnie przedwojenny jeszcze aktor i piosenkarz, Andrzej Bogucki. To m.in. on ze swoją żoną, Janiną Godlewską, przedwojenną piosenkarką, m.in. z chóru „Dana”, ukrywali Szpilmana po jego ucieczce z warszawskiego getta, co Roman Polański pokazał w filmie „Pianista”. Aczkolwiek w tamtych czasach szkolnych nic o tym nie wiedziałem. To nie były czasy wspomnień, tak jak dziś. Ludzie ukrywali swoje biografie. Bogucki, świetny aktor i piosenkarz, grał w filmowych komediach przedwojennych, a po wojnie wylansował m.in. „O Nowej to Hucie piosenkę”. Wracam jednak do konkursu radiowego. Wykonałem tam piosenkę „Zginęła mi dziewczyna”, którą skomponował dla mnie pianista ze Stodoły, pan Preisner, ojciec znanego kompozytora, także filmowego, Zbigniewa Preisnera. Stała się radiowym przebojem. Potem wyśpiewałem jeszcze przebój „Krasnoludki”, skomponowany przez Bogusława Klimczuka.

 

Jest Pan rodowitym warszawiakiem. Proszę opowiedzieć o swoich korzeniach…

Urodziłem się przy ulicy Duchnickiej, nieopodal Powązkowskiej, w rodzinie wojskowego. Ojciec, Stefan Czyżewski, urodzony w 1901 roku, był zagorzałym piłsudczykiem. W 1939 roku wziął udział w kampanii wrześniowej jako zawodowy podoficer sztabowy w pułku radiotelegraficznym przy Duchnickiej. W pewnym momencie kampanii wycofał się z Warszawy na wschód. Zgodnie z rozkazem dowództwa, żeby nie walczyć z Rosjanami, jego pułk pewnym momencie się im poddał, a żołnierze zostali internowani w Siemiatyczach. Stamtąd przewożono ich grupami do obozów w Rosji, do Charkowa, Miednoje, w rezultacie czego zginęli później w Katyniu.

Ojcu udało się uciec z obozu w cywilnym ubraniu dostarczonym przez matkę, także dlatego, że w początkowym okresie obóz był niedbale strzeżony. Dostarczyła mu cywilne ubranie dzięki pewnemu kolejarzowi, który dostarczył jej list od ojca, informujący gdzie się znajduje Po powrocie do Warszawy ojciec włączył się do konspiracji, w Kedywie AK. W czasie okupacji mieszkaliśmy przy ulicy Okopowej. Ojciec walczył w Powstaniu Warszawskim, w Śródmieściu, w okolicach gmachu „PAST-y”. Zginął od postrzału, na ulicy Śliskiej i jest pochowany w kwaterach powstańczych na Powązkach, niedaleko pomnika Gloria Victis, jako porucznik Stefan Czyżewski, pseudonim „Kajtek”, zgrupowanie „Albatros”.

Ale wracam do mojego życia piosenkarskiego. Dzięki konkursowi blisko związałem się z Polskim Radiem.

 

Miał Pan jakieś wzorce piosenkarskie, wokalne?

W pierwszym rzędzie modnych wtedy Francuzów, Gilberta Bécaud, Charlesa Aznavoura, których poznałem osobiście i Yves Montanda. W pełni zawodową działalność rozpocząłem w 1961 roku.

 

Wziął Pan z powodzeniem udział w pierwszym, dziś historycznym festiwalu polskiej piosenki w Opolu…

Tak, zaśpiewałem tam bardzo popularna później piosenkę „Słoneczny dzień”, z motywem „Szedł Atanazy do Anny”, do słów Jeremiego Przybory i muzyki Jerzego Wasowskiego, która później znalazła się w repertuarze Anny German. Potem związałem się Estradą w Koszalinie, a w PRL w każdym mieście wojewódzkim była Estrada, a przy okazji też z jazzową grupą New Orlean Stompers. To w Koszalinie poznałem Danutę Rinn. Był rok 1963. Po nieudanych próbach zorganizowania kwartetu zdecydowaliśmy się w końcu na duet. I jako taki występowaliśmy ponad dziesięć lat. Wniosłem do niego jako wiano utwór „Czy pani lubi twista?”, wykonany w duecie z Violettą Villas.

 

To był dla Pana najważniejszy okres w karierze?

Niewątpliwie tak. Duduś Matuszkiewicz skomponował dla nas piosenkę „Ona ma dwadzieścia lat”, co zabawne – z okazji XX-lecia PRL, w 1964 roku. Wylansowaliśmy razem z Danką trzy longplaye i około dwustu piosenek, w tym takie przeboje jak „Nie obiecuj, nie przyrzekaj”, „Żeby choć raz”, „Pamiętaj o mnie”, „Na deptaku w Ciechocinku”, a „Wszystkiego najlepszego” stało się sygnałem jednej z radiowych audycji muzycznych. Dużo koncertowaliśmy w kraju i za granicą, od ZSRR po USA. Po latach nasz duet i nasze małżeństwo się wyczerpały, rozstaliśmy się, a Dana szybko się przebiła solowo w Opolu przebojem „Gdzie ci mężczyźni”. Ja solowo miałem trudniejszą drogę, bo nie miałem swojego przeboju, a widownia krzyczała do mnie na koncertach: „Gdzie Rinn?”. Wtedy związałem się z Festiwalem Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, zaczynając z powodzeniem utworem „A mnie wojsko służy” Jonkajtysa i Korcza. Wraz z nimi oraz pianistą Czesiem Majewskim zainicjowaliśmy też stworzenie teatru muzycznego, w Teatrze na Targówku przy Kołowej. Związała się też z nami Ala Majewska i Ewa Śnieżanka. Powstał też big-band. W występującym tam męskim chórku śpiewał młodziutki Grzegorz Markowski, późniejszy solista „Perfectu”. Co do Kołobrzegu, to po 1981 roku artyści tam występujący, w tym ja, otoczeni zostali anatemą, jako kolaboranci, reżimowcy, komuchy łamiące bojkot stanu wojennego. Było to bardzo przykre i niesprawiedliwe. Dotknęło to na przykład także kompozytorki Katarzyny Gaertner, pieśniarza Adama Zwierza, aktorów Mikulskiego, Karewicza Józefa Nowaka czy Wieńczysława Glińskiego. Te czasy strasznie poniszczyły relacje koleżeńskie, przyjaźnie. Dziś to trochę słabnie, ludziom przechodzi ten czad, ale co się złego stało, to się nie odstanie.

 

Wróćmy do czasów Pana największej artystycznej aktywności. Obok waszego duetu z Danutą Rinn istniał też popularny duet Zofia i Zbigniew Framerowie…

Lubiliśmy się z pochodzącymi z Łodzi, sympatycznymi Framerami i trochę, ale bez agresji, rywalizowaliśmy. Oni mieli repertuar bardziej dyskotekowy, taneczny, słodki, trochę odpowiednik dzisiejszego disco polo. My śpiewaliśmy bardziej z dystansem, humorem, który nadawała swoim temperamentem Danka. Oboje już nie żyją niestety. Danka poszła zresztą jeszcze bardziej tę humorystyczną konwencję, eksploatując przy tym swoją tuszę, której z latami nabrała. Z drugiej strony jej tusza stała się powodem jej kompleksów i od pewnego momentu nie chciała już ze mną występować, bo uważała, że tworzymy niekorzystny dla niej fizycznie kontrast. Swoje występy solowe zaczęła brawurowo od superprzeboju „Gdzie ci mężczyźni?”, który był hitem jednego z opolskich festiwali.

 

Znalazłby się Pan w dzisiejszym szołbiznesie?

Chyba nie. To są zupełnie inne czasy, inny styl muzyki, inny jest też styl odbioru. Czasem, z rzadka, występuję dla wybranej publiczności z małymi imprezami, recitalami.

 

Czego Pan najbardziej żałuje?

Że transformacja ustrojowa, skoro już miała nastąpić, nie zaczęła się w czasach mojej największej aktywności, w czasach duetu z Rinn. Przy sprzedaży po pół miliona każdej naszej płyty, byłbym do dziś milionerem.

 

Dziękuję za rozmowę.