Historia pewnego pożaru

Przedwojenne domy z czerwonej niegdyś, dziś już tylko przybrudzonej cegły, kruszejące budynki dawnej robotniczej, przyportowej dzielnicy Elbląga. Kilka parterowych magazynów, parę zaniedbanych podwórek, błotnisty w deszczu, półdziki parking i wyróżniająca się na tym tle siedziba okazałego, niedawno odnowionego Seminarium Duchownego. Kwartał między ulicami Bożego Ciała a Stoczniową. To tu w przedświąteczny piątek 21 grudnia doszło do pożaru, w którym poszkodowani zostali pracujący w elbląskich firmach imigranci z Ukrainy i Gruzji.

 

W styczniowe przedpołudnie zacina przejmujący, ostry wiatr od Zalewu Wiślanego – mijam pędzące na sygnale wozy bojowe Straży Pożarnej. Tym razem nie jadą jednak do pożaru, ale ratować nadrzeczne bulwary przed zalaniem oraz zabezpieczać zrywane przez wichurę elementy dachu z lokalnego kościoła. Inaczej było jednak tydzień temu. Wtedy aż dziewięć zastępów elbląskich strażaków przyjechało walczyć z pożarem dwupiętrowego budynku, który w ostatnich miesiącach stał się domem dla kilkudziesięciu pracowników ze wschodu.

Pożar wybuchł na pierwszym piętrze starego, pamiętającego jeszcze przedwojennych właścicieli budynku. Powodem było najprawdopodobniej zwarcie instalacji elektrycznej w gniazdku, gdzie mieszkańcy ładowali swoje telefony. Ogień strawił całe pierwsze piętro i gdyby nie szybka interwencja straży pożarnej, to najpewniej cały dom poszedłby z dymem.

– Większość z mężczyzn, którzy mieszkali w budynku przy ul. Bożego Ciała, uciekała przed pożarem tylko w tym, co mieli na sobie – w piżamach i klapkach na nogach, niektórzy w samej bieliźnie – mówi kapitan Wojciech Bednarz z elbląskiej Państwowej Straży Pożarnej, dowódca III zmiany, która akurat wtedy pełniła służbę. Stracili nie tylko rzeczy osobiste, ale również ubrania, niektórzy również dokumenty i pieniądze. Dostaliśmy informację o jedenastu osobach, którym udało się o własnych siłach opuścić budynek. Jeden z mężczyzn został odcięty przez ogień, zmuszony był
do skoku z okna drugiego piętra. Szczęśliwie poza drobnymi potłuczeniami nic poważniejszego mu się nie stało. Oczywiście musieliśmy sprawdzić te informacje i tak samodzielnie, podejmując stosowną akcję na miejscu, na szczęście okazały się one prawdziwe – referuje mi spokojnie strażak zajęty akurat obserwacją podnośnika, na którym jego koledzy mocują się właśnie z zerwanym przez wichurę dachem nieodległego kościoła.

Podobnie jak interwencja straży pożarnej, tak pomoc dla poszkodowanych przyszła szybko.

Na pierwszych kilka nocy pomieszczeń pogorzelcom użyczyło Seminarium Duchowne w Elblągu, gdzie spędzili również wigilię. Niektóre lokalne media donosiły, że władze miejskie w okresie świątecznym zlekceważyły sytuację i dramat pogorzelców. Okazuje się to jednak nieprawdą.

– Po świętach zostali zakwaterowani w jednym z hosteli w Elblągu. Pracownicy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej również rozmawiali z pogorzelcami. Dziesięciu osobom (w tym jednemu małżeństwu) zostały już wypłacone zasiłki – informuje Łukasz Mierzejewski z biura prasowego elbląskiego ratusza.

Informacje te potwierdzają pracownicy miejskiego referatu bezpieczeństwa, z którymi rozmawiałem o zaoferowanej poszkodowanym niemal natychmiast pomocy. Szybko zainterweniowały najwyższe, ratuszowe czynniki. Potwierdza to także Mirosława Marjańska z elbląskiego MOPS-u. – W ramach naszych urzędowych możliwości wsparliśmy poszkodowanych specjalnymi zasiłkami
w kwocie 1.5 tys. zł, w jednym przypadku była to kwota 2.5 tys. zł – mówi urzędniczka.

A co z pozostałymi pogorzelcami, których – jak ustaliłem – było w sumie niemal dwadzieścia osób?

Okazuje się, że i do nich trafiła pomoc.

Tę najpilniejszą zaoferowali sami mieszkańcy Elbląga.

Skrzyknąwszy się na internetowych forach i w mediach społecznościowych dostarczyli ją niemal natychmiast na własną rękę.

Ochotnicy i ludzie dobrej woli przez kilka świątecznych dni przywozili wodę, żywność, ubrania, do dziś wpłacają również datki na specjalnie uruchomione konto dla ofiar pożaru.

Piotr Gęsicki, właściciel firmy budowlanej zatrudniającej większość z poszkodowanych, wyjaśnia mi, że również osoby, którym ze względów formalnych zapomóg nie mogły udzielić miejskie władze taką pomoc otrzymały i jeszcze otrzymają.

– Brak tzw. karty pobytu, której wyrobić nie zdążyli jeszcze wszyscy pracownicy, jest przyczyną, dla której zapomogi będą jeszcze rozdysponowane. Procedura ich wyrobienia zajmuje nawet do pół roku a niektórzy z nich przyjechali do Polski zaledwie kilka dni przed zdarzeniem. Zasiłki wypłacam więc z własnych środków, część kwoty otrzymają również pogorzelcy z datków wpłaconych przez elblążan – deklaruje.

Pytam o Ukraińca poszkodowanego podczas skoku z okna płonącego budynku.

– Ten pracownik jest w tej chwili na zwolnieniu lekarskim. Doznał niegroźnych obrażeń i lekkiej kontuzji kręgosłupa, przez trzy miesiące będzie na chorobowym. Zadeklarował, że chce wrócić na ten czas do domu, na Ukrainę.

Jeśli będzie chciał wrócić do pracy, to miejsce na niego będzie czekać – mówi pracodawca.

Już sam kieruję się jeszcze do pobliskiej przybudówki, w której przebywają Gruzini, również poszkodowani w pożarze. Drzwi otwiera mi zwalisty Gieorgij, rezolutny starszy Gruzin, który jako jedyny zna kilka słów po polsku. W środku jest ciepło, sucho, towarzystwo zasiada akurat do obiadu. Po krótkim przywitaniu i wyjaśnieniu celu wizyty przechodzimy na rosyjski (warto było jednak uczyć się w peerelowskiej szkole) i dowiaduję się, że – wbrew wcześniejszym doniesieniom lokalnej prasy – pomoc dotarła również i do nich. Dostali ubrania, żywność, dotarły też pierwsze pieniądze, które rozdysponowali już między sobą sami, w zależności od tego, kto najbardziej ucierpiał w pożarze. Są bardzo wdzięczni Polakom (koniecznie kazali podziękować pani Iwonie) za okazane serce i natychmiastową pomoc. Gieorgij mówi, że w najbliższych dniach ma jeszcze zostać przyłączony gaz, który został odcięty podczas akcji gaśniczej.

– Potrzebujecie jeszcze czegoś, chcielibyście coś przekazać władzom, mieszkańcom? – pytam.

– Pan powiedz Polakom, że my są bardzo wdzięczni za wszystko i całą okazaną pomoc. Mamy co jeść, dach nad głową i robotę, dalej już sobie damy radę. Balszoj spasiba i wsiewo charoszewo s nowym godam! – śmieje się podając rękę na odchodnym.

Żegnam się, wychodzę i Polakom zatem przekazuję – warto jednak być człowiekiem i nie taki emigrant straszny, jak go w internecie hejterzy malują.

PS. Konstrukcja budynku nie została naruszona w pożarze. Piotr Gęsicki deklaruje, że będzie chciał jak najszybciej budynek wyremontować i przywrócić go do użytku pracownikom. Większość ukraińskich pogorzelców, którzy głównie zamieszkiwali spalony budynek, została zakwaterowana w okolicznych mieszkaniach i domach. Mówią, że warunki mają nawet lepsze, niż przed pożarem. Na razie nie wybierają się też do Niemiec, które od kilku dni przyjmują również ukraińskich pracowników.

Świat od spodu (2)

„Angielski sen” się skończył. Rozpoczął się „Świat od spodu”. To będzie opowieść o tym, jak na Wyspach przeżyć. Ale przede wszystkim o tym – jak wygląda świat, o którym zadowoleni z siebie przedstawiciele klasy średniej nie mają pojęcia. Dziś publikujemy drugi odcinek tego cyklu.

 

 

Najmniej efektywną formą szukania pracy jest chodzenie od drzwi do drzwi. Trzeba mieć dużo szczęścia, by wejść akurat w te, gdzie poszukują pracownika.

 

Owszem, będą mówić, że się zastanowią, powiedzą, żeby pójść tu czy tam, poproszą o numer telefonu, ale zazwyczaj niewiele z tego wychodzi. Poza nowymi znajomościami.
Jest jednak powód dla którego nie można z tej formy rezygnować. Zmusza ona do wyjścia z domu, nie pozwala popaść w marazm i apatię. A to największe zagrożenie dla bezrobotnego. Trzeba włożyć trochę wysiłku, by pomimo niechęci wstać z łóżka i wyjść. Oczywiście, na początku nie jest łatwo, by pokonać kilka wewnętrznych barier. Znalazłem jednak i na to sposób.

 

***

Zanim wyruszyłem, zjadałem porządne śniadanie i zaraz po wyjściu z domu odwiedzałem najbliższą perfumerię. Niedaleko jest Boot’s. Pryskałem się najdroższymi markami – to zawsze dodaje pewności siebie – i dopiero szedłem w miasto.
Znacznie łatwiej szuka się pracy z pozycji pewnego siebie człowieka sukcesu niż upokorzonego, zalęknionego, zagubionego i głodnego imigranta. Pełny żołądek, zapach kosztownych perfum i uśmiech dają tego namiastkę.
Wydawało mi się, że nie ma nic gorszego niż szukanie zajęcia ze smutkiem, lękiem i spuszczoną głową. Jak już wspomniałem, ta forma jest może najmniej efektywna, ale wypełnia dni i przełamuje ich monotonię. Poza tym, wykreowana rola człowieka sukcesu powoli i mnie zaczynała się udzielać. Nawet jeśli to ułuda, to siły których dodaje są jak najbardziej realne.
Wychodziłem każdego poranka i odwiedzałem coraz odleglejsze sklepy i knajpy, szukałem w witrynach ogłoszeń i zagadywałem robotników na budowach. Nie miałem czasu roztrząsać swojej kiepskiej sytuacji. Nie było czasu na marazm i chandrę. I już choćby dlatego nie mogłem zrezygnować z tej formy poszukiwań. Wracałem do domu wieczorem i następnego dnia szedłem znowu. Zmieniałem tylko kierunek. Od poniedziałku do środy obszedłem już chyba wszystkie knajpki w Borehamwood. Postanowiłem wyruszyć więc do innego miasta. Najlepiej do Radlett, jest na tyle blisko, że nie muszę jechać ani pociągiem, ani autobusem. Spokojnie dotrę tam pieszo. Najrozsądniej byłoby pojechać do Luton, jest tam kilka fabryk i mógłbym popytać mieszkających tam Polaków. Na razie nie stać mnie jednak na bilet. Wybiorę się, jeśli przyjdzie zaległa wypłata. W piątek. A dzisiaj – środa – powinien przyjść payslip. Pisząc ten felieton zerkam co chwile do skrzynki mailowej. Dotychczas nie ma. Jeśli do godziny 22.00 nie będzie to znaczy, że wypłaty raczej nie dostanę. W tej chwili jest 19.15 – czekam.

***

Szukanie pracy przez Internet jest bardziej efektywne, ale przykuwa do łóżka, rozleniwia i z każdym dniem coraz trudniej się pozbierać. Żeby szukać ogłoszeń w sieci, trzeba też znać odpowiednie adresy i w miarę sprawnie posługiwać się językiem. Nie bardzo nawet wiedziałem gdzie szukać stron z lokalnym rynkiem pracy, a i język mam opanowany w takim stopniu, że większość dnia marnuję na rozszyfrowywanie jakiegoś spamu i fake ogłoszeń, zamiast z góry je poodrzucać. Poruszam się po omacku, zarówno w necie, jak i w realu.

 

***

Dzisiaj ponownie poszedłem do food banku. Tym razem nie musiałem się już przełamywać. Szedłem śmiało jak do siebie. Nie pamiętałem jedynie, czy kazali przyjść we środę, czy w czwartek? Jedzenia mam jeszcze pod dostatkiem, zjadłem niewielką część tego co dali w poniedziałek – dlatego niespecjalnie przejmowałem się tym, że mogą kazać mi przyjść następnego dnia. Na miejscu powiedziałem pracującym wolontariuszkom, że miałem się zgłosić, ale nie pamiętam kiedy. Zaprowadziły do zatłoczonej sali. Około czterdziestu osób siedziało przy rozstawionych tam stolikach. Na blatach były dzbanki z sokami. Kazały zająć miejsce i powiedziały, że nic nie pomyliłem, że dzisiaj jest środa, a we środy organizują lunch dla wszystkich potrzebujących z okolicy. Super, pomyślałem. Było wczesne popołudnie, ale czułem już lekki głód.
Usiadłem przy najluźniejszym stoliku. Obok siedziała Hinduska, a naprzeciwko Angielka. Wypytały czy pierwszy raz tutaj, skąd jestem i takie tam. Gdy powiedziałem, że szukam pracy wytłumaczyły jak przeglądać lokalne portale internetowe i gdzie szukać odpowiednich grup z FB. Pokazały jak poruszać się w gąszczu ogłoszeń i jak z zalewu faków wyłowić te najbardziej atrakcyjne.
Kucharze zaczęli nalewać krem brokułowy, a pod sceną zainstalował się trzyosobowy zespół. Nie mogłem w to uwierzyć. To było niewiarygodne. Zorganizowali koncert do kotleta dla najuboższych. Na sali i tak było gwarno, miałem wrażenie, że każdy rozmawia z każdym. Znali się doskonale. Będąc tam po raz pierwszy zauważyłem już te relacje. Nic dziwnego, jeśli co środę spotykają się na takich lunchach. Trio grało najbardziej znane szlagiery; Living Doll – Cliffa Richarda, Dianę itp. Kawałki, które wszyscy znali, a niektórzy podchwycili i, pochyleni nad zupą śpiewali pod nosem. Niektórzy śmielej inni dyskretnie. Wszyscy wesoło się kiwali. Wolontariusze nakładali drugie dania. Wybór był ogromny. Kotlety, makaron z sosem, sałatki, warzywa i kilka potraw, których nie znam. Każdy dostawał tyle, ile tylko chciał. Na deser podali sałatkę owocową, ciasto i coś co nazywali „India sweet” (hinduska słodycz?). Nie mam pojęcia, czy to owoc, warzywo, zwierzę czy wypiek. Kształtem przypominało ziemniaka, a kolorem bezę. Było tak słodkie, że wykręcało twarz i dlatego nie potrafię powiedzieć czy było smaczne. Siedziałem, gadałem i jadłem, a po niecałych dwóch godzinach zebrałem się do wyjścia. Znowu ciężko było mi dojść do domu. Tym razem z przejedzenia.
Byłem zachwycony tym pomysłem i organizacją placówki. Food banki to nie tylko aprowizacja, ale miejsce integracji, wyjścia z domu, przebywania w grupie między ludźmi.

***

Coraz trudniej skupić się na pisaniu, zerkam co chwilę do skrzynki, ale maila z payslipem wciąż nie ma. Jest godzina 20.20. W piątek muszę opłacić pokój. Bieżący czynsz i jeden zaległy. Razem 260 funtów. Nie wiem, czy bardziej denerwuje się tym, że wyląduję na ławce, czy tym że nie dotrzymam obietnicy. Gospodarze, to naprawdę bardzo sympatyczni ludzie, nie chciałbym ich zawieść. A jeśli naprawdę nie przyjdzie? Wydaje się to coraz bardziej prawdopodobne, zazwyczaj był kilka minut po siódmej. Nie wiem nawet gdzie szukać pomocy. Do jakiej pójść instytucji czy organizacji, co zrobić? Czy wyprowadzić się jutro dyskretnie – czyli zwyczajnie zwiać i zamieszkać na jednym z londyńskich dworców, czy też porozmawiać z nimi prosząc o kolejny tydzień zwłoki? Kolejny… a co później?

 

***

Wiem, że poszukują pracowników w domu opieki. Potrzebny jest ktoś do pralni i sprzątania. Zajęcie dla mnie idealne. Wymagają jednak referencji z poprzedniego miejsca pracy i potwierdzenia adresu. Agencja nie wystawi mi jednak opinii, a gospodarze – mimo że by chcieli – to nie mogą potwierdzić adresu. Referencje chcą zresztą w każdym większym zakładzie, dlatego zacząłem już mówić, że dopiero przyleciałem do UK. Jeśli dostanę w końcu jakąś pracę, a kłamstwo się wyda nie wiem jakie mogą być konsekwencje.

 

***

21.00 – przyszedł payslip. Nie zgadza się jednak kwota. Przysłali 244 funty, nawet mieszkania nie zdołam w pełni uregulować. Brakuje zaległości o którą upominałem się od trzech tygodni i wypłaty za overtime’a, którego wziąłem w poprzedni wtorek. Wciąż jestem w „czarnej dupie”.

 

c.d.n.

Dysonans

Ewa Błaszczyk należy do grona wybitnych polskich aktorek z pokolenia Krystyny Jandy, Doroty Stalińskiej. Gra i śpiewa na doskonałym poziomie. Przed laty, po śmierci męża, przydarzyło się jej rodzinie i to, że jedna z córek – po, wydawałoby się, banalnym wypadku (złe przyjęcie tabletki) – zadławiła się i popadła w śpiączkę. Opisany stan nie interesuje już medycyny – w Polsce przed 1989 rokiem tacy chorzy, na granicy snu i strzępków życia, leżeli w szpitalnych izolatkach lub domach pomocy, gdzie umierali szybko i bez rozgłosu.

O tym, że i po 1989 roku nic się nie zmieniło, szybko przekonała się i Ewa Błaszczyk, zwłaszcza, gdy usłyszała: „A kogo to obchodzi…”.

Wściekła, rozżalona, założyła fundację, stała się tak jej ikoną jak i menedżerem, a wszystko skończyło się luksusową kliniką „Budzik”, w której kilkunastu chorych, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji, co córka aktorki, podlega intensywnej terapii i czasami na powrót wraca do – przynajmniej cząstkowej – świadomości oraz – kontaktu ze światem.

Wielkie to dzieło i wielka w tym Ewy Błaszczyk zasługa.

Ale jest i druga strona medalu, która, rzecz jasna, w niczym opisanych powyżej dokonań nie umniejsza.

Klinika pochłonęła miliony z kont sponsorów (firm, korporacji, samorządowych budżetów), zbudowana została z przepychem. Żaden barak. Ilość miejsc – mało imponująca, jak na zgłaszane potrzeby. Personel słono wynagradzany, no bo „nikt nie będzie pracował darmo…”. Słowem, kilku otrzyma dużo. A reszta? Dla reszty, gdy nie poruszą serca jakiegoś energicznego aktywisty, pieniędzy – sponsorskich, korporacyjnych – już nie będzie.

Niestety, bliższy mi jest i pozostanie system, gdzie dla „wszystkich jest po trochu”, zaś trud społeczników przekłada się na wypracowanie nieustannie doskonalonej matrycy, którą można implantować w całym kraju, nawet w najbardziej zapadłej wsi. Nie fajerwerki, a przemyślana forma pomocy wszystkim chorym i ich rodzinom, którą jest w stanie skutecznie wesprzeć nawet samorząd w przysłowiowym Pcimiu. Goły i bosy.

Niedawno – ku zgorszeniu miejscowego MGOPS-u – zażądałam wglądu w swą „teczkę”, czyli w materiały wyprodukowane przez urzędniczki miejscowej „pomocy społecznej”. Choć podmiotem starań urzędników miał być mój mąż (SM, brak wzroku, całkowity paraliż), w MGOPS-ie uznano, że podmiotem tym będę jednak ja. Jako „opiekun osoby ciężko niepełnosprawnej”. Bo tak było wygodniej.

Z „pomocy” korzystaliśmy po przyjeździe z Poznania do miasteczka W. (wynik „czyszczenia kamienic”) w 2006 roku, gdy całe nasze dochody wynosiły 766 zł (w tym kredyt hipoteczny). Wówczas odwiedziła nas urzędniczka MGOPS-u, zapytała, dlaczego „chory jeszcze nie wyzdrowiał”, odnotowała obecność 3 psów, w tym 2 – wychudzonych, meble „nowe, ale z płyty”, sytuację oceniła jako „trudną” i przydzieliła 60 zł „na łba” i „europejskiej pomocy żywnościowej” 2 tysiące.

Książek ani kilku instrumentów nie odnotowała, podobnie jak i tego, że zaczepki popegeeroowskich sąsiadów nie pozwalały spokojnie wyjść z mieszkania. Z perspektywy czasu, nie mam pretensji: książki można było sprzedać, instrumenty – także, psy uśpić, a co do sąsiadów – nie wychodzić za dnia z domu.

Minęło 10 lat bez pomocy i po przejściu na emeryturę nie sięgającą 1000 zł, znów musiałam udać się do MGOPS-u. Zasponsorowali 200, 300-złotowymi kwotami (raz 500, a po śmierci męża nawet 1000) używany materac antyodleżynowy, łóżko, najtańszą pralkę. Hojność miała jednak swą cenę – w „teczce” pojawiły się zapisy o „konfliktowości”, bo „tak się słyszy”. Odnotowano, że dramatycznie poszukuję pracy, ale uwaga ta wsparta wywiadem w miejscowym urzędzie pracy, doczekała się adnotacji, że pewnie „mam zbyt wysokie wymagania”. Najwyraźniej to, że po przyjeździe do W. bez szemrania podjęłam 3-zmianową robotę „ślusarza”, pracowałam w ponurych pieczarkarniach i grzybiarniach, a w miesiąc po śmierci męża, najęłam się do fizycznej roboty w fabryce poduszek – nie pasowało do modelu „klienta pomocy” który – jak powszechnie wiadomo – sam sobie winien.

Z urzędniczych opisów wyłaniał się obraz smutnego, biednego, choć czystego domostwa, po którym – jak to u każdej patologicznej biedoty – hasają: psy, kot, świnka morska, królik, a nawet chomiki. Do kompletu brakowało wzmianek o walających się półlitrówkach. Za to o chorym, choć choroba ani na milimetr nie odebrała mu nieprzeciętnej inteligencji, pogody, poczucia humoru i dobroci wreszcie w „teczce” prawie nie ma nic. Po prostu – nie był podmiotem, zatem nikt o nic go nie pytał.

A nie pytał, bo w Polsce niedomoga fizyczna zwykle utożsamiana jest z uwiądem władz umysłowych – potwierdzali to, zresztą, moi popegeerowscy sąsiedzi ustami elokwentnego absolwenta kilku klas szkoły powszechnej, gdy rozgłaszali, że SM to „psychiczna choroba zakaźna”.

Tym, co jednak wprawiło mnie w osłupienie, była osoba, którą wskazano jaką „opiekunkę”, co to miała dojeżdżać do nas na godzinę w tygodniu celem udzielenia pomocy choremu. A pomoc ta, w sensie jak najbardziej fizycznego wysiłku, zaczęła być nieodzowna. Nigdy z niej wcześniej nie korzystaliśmy, gdyż MGOPS za czasów poprzedniego kierownictwa nie potrafił znaleźć nikogo, kto by za 7-9 złotych dojeżdżał rowerem z miasteczka na koniec wsi. Proponowano nam zatem płatne usługi na pół etatu, aby się to jakiejś osobie „opłaciło”. Jednak koszt przyjęcia tej usługi był tak wysoki, że moja praca nie miałaby sensu.

W 2016 roku obliczyłam, że na godzinę pomocy w tygodniu nas stać i prawie napisałam już wniosek. A wtedy zadzwoniła do mnie zirytowana „pani Iwonka”, przedstawicielka agencji i rzekła: „Pani kochana, ja tam nie wiem, kto by do was chciał jeździć. Ale jak już taka jesteś, pani, uparta, to przyjadę do wsi, pójdę od chaty do chaty i może kogoś znajdę…”

Wizja „chodzenia po chatach”, gdzie „pani Iwonka” relacjonowałaby naszą sytuację raz za razem, tak mnie przeraziła, że porzuciłam zgubny zamiar skorzystania z gminnego miłosierdzia.

Ale było już za późno, „pani Iwonka” przyjechała i usłyszała, że „do tych, co przyjechali z miasta nikt chodził nie będzie”.

Niezrażona, wskazała jednak miejscowemu MGOPS-owi kandydatkę. Była nią wieloletnia salowa miejscowego „Caritasu”, zwolniona dyscyplinarnie zaraz po tym, jak trafiła do aresztu. A trafiła – uwaga – za nożownictwo. Na marginesie dodam: uzasadnione mężowym zaglądaniem do kieliszka.

Innych „opiekunek” „pani Iwonka” nie była w stanie znaleźć, choć na tym terenie jest ich pełno – za 1200 euro jadą do „rajchu” i tam tracą wszelki wstręt do opiekuńczej roboty, który tak je wypełnia, gdyby miały to samo robić wobec rodaków. Rzecz jasna, ani nie należy się temu dziwić ani oburzać. Tak po prostu jest.

Mąż zmarł w poniedziałek, nad ranem, na dyżurze lekarza, który – jeżeli się nie mylę – pełni jednocześnie obowiązki chirurga, ordynatora i dyrektora szpitala. Kilka dni wcześniej pojechałam do „lekarza rodzinnego” zgłosić konieczność wizyty domowej. Gniewnie (taki ma styl) wrzasnął: „A dlaczego?” Odpowiedziałam: „Bo chory jest słaby.” Na to usłyszałam: „Pani mąż był, słaby, jest słaby, będzie słaby. To nie powód…”

Aby go do wizyty zmusić, wisiałam na telefonach do dyrekcji szpitala, NFZ, PTSR-u, Urzędu Wojewódzkiego. I dopiero ten ostatni zmusił miejscowy MGOPS do przeprowadzenia rozmowy dyscyplinującej. Podobno padły groźby i miejscowy „lekarz rodzinny” zgodził się przybyć. Akt łaski miał mieć miejsce w środę, śmierć nastąpiła dwa dni wcześniej.

Sumując: z jednej strony – miliony dla kilkunastu „szczęśliwców w nieszczęściu”, z drugiej – dawane z łaski kilkuzłotowe zasiłki „celowe, specjalne” , okupione domową inwigilacją i opiniami, których źródłem staje się pomówienie i plotka, oraz „nożowniczka” jako jedyna dostępna obsada godziny opiekuńczej raz w tygodniu.

Także – lekarz, którego gniewnymi pomrukami centralnych urzędów zmuszać trzeba do złożenia wizyty umierającemu, złożonego nieuleczalną chorobą i dotkniętego, bez żadnej swej winy, straszliwym kalectwem i całkowitym społecznym osamotnieniem.

Coś tu jednak jest nie tak.

 

Autorka wraz z mężem, dotkniętym stwardnieniem rozsianym, w wyniku „czyszczenia poznańskich kamienic” przed 12 laty trafiła do po-PGR-owskiego bloku na obrzeżach Wielkopolski.

Zasiłek – prawem człowieka

Wielu ludzi, którzy przychodzą do nas ze swoimi kłopotami, nigdy nie udało się do pomocy społecznej.

 

Twierdzą, że „jeszcze tak nisko nie upadli” Utożsamiają korzystanie z zasiłków z żebraniem. Wielu z nich wpadło w łapy lichwiarzy, żeby tylko nie przeżyć upokorzenia, na jakie naraziłoby ich skorzystanie z pomocy finansowej państwa czy gminy.
Istnieje pogląd, że tylko lenie i pijacy sobie nie radzą. Dlatego klienci Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej często już od drzwi oznajmiają, że nie są patologią, że całe życie ciężko pracowali, a to, że dzisiaj grozi im eksmisja, licytacja mieszkania, odebranie dzieci z powodu złych warunków mieszkaniowych, to wynik nieszczęśliwego splotu okoliczności. Często ci ludzie dają wyraz swej pogardzie dla tych, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji niejako na własne życzenie.
Fikcja, że w panującym systemie każdy pracowity człowiek „musi sobie poradzić”, a jeśli tak się nie dzieje to jest to wyjątek od reguły sprawia, że ludzie ze wstydu nie kierują się tam gdzie powinni czyli do ośrodków pomocy społecznej.
Jest jednak i drugi powód. W bardzo wielu, jeżeli nie w większości placówek pomocy społecznej pracownicy poniżają ludzi zwracających się o pomoc. Przykład: samotna matka piątki dzieci zajmuje pustostan, żeby wyjść z bezdomności. Przychodzi pracownica socjalna i pyta: gdzie są tatusiowie? Nie wie, że ojciec tej piątki dzieci miesiąc wcześniej zmarł na wylew w Markocie i leżał kilka godzin na podłodze w czarnym worku, zanim odpowiednie służby przyjechały go stamtąd zabrać. I że wdowa dlatego zajęła pustostan, że ta tragedia przepełniła kielich goryczy. Pracownica socjalna zakłada, że wielodzietność jest wynikiem alkoholizmu, złego prowadzenia się i częstej zmiany partnerów. Bo przecież „prawdziwa, bogobojna rodzina nie mogła się znaleźć w takiej sytuacji.” A jednak się znalazła. Bardzo często samotne matki, czy w ogóle biedne rodziny unikają kontaktów z „opieką” w obawie przed wszczęciem postępowania odebrania praw rodzicielskich z powodu biedy.
Twierdzenie, że ludzie ubodzy są sami sobie winni to kłamstwo, w które niestety w wierzy większość niezamożnych Polaków. A to przecież pretekst, żeby im jak najmniej pomagać.