Zanim się spotkają

Branża spotkań i imprez biznesowych w naszym kraju musiała wstrzymać działalność – a przyszłość jest niewiadoma.

W marcu i kwietniu zostało odwołanych ponad 97 proc. wszystkich planowanych spotkań biznesowych i wyjazdów. Te, co się w ogóle odbyły, miały miejsce w pierwszych dniach marca. Takie dane przynosi analiza wyników badania przeprowadzonego wśród członków Stowarzyszenia Branży Eventowej.
Stowarzyszenie, w związku z kryzysem wywołanym przez COVID-2019, zaprosiło swoich członków do udziału w badaniu, mającym pokazać sytuację firm z branży eventowej (organizatorów spotkań biznesowych, konferencji i wyjazdów) w dobie koronawirusa. W badaniu zainteresowano się kwestiami dotyczącymi ilości i wartości straconych zleceń w marcu i kwietniu oraz kroków, jakie firmy zdecydowały się podjąć w związku z utratą lub zagrożeniem utraty płynności finansowej.
Wyniki były zgodne z oczekiwaniami. Respondenci zapytani o ilość odwołanych zleceń w marcu jednogłośnie zaznaczyli ogromną skalę tego zjawiska. Wśród odpowiedzi procentowych, było to między 90 a 100 proc. wydarzeń. Wymieniono łącznie aż 423 odwołane realizacje. Analiza kwietnia przyniosła podobne prognozy, choć jeszcze bardziej negatywne, gdyż w widełkach 95 – 100 proc. odwołanych wydarzeń, a także wykazała wiele realizacji niepewnych lub przenoszonych na inny termin.
Wielkość strat na razie trudno policzyć. 30 lokalnych firm z branży eventowej swoje prognozowane straty w przychodach określiło wstępnie na łącznym poziomie ponad 19 mln zł, co pokazuje skalę zapaści. Dziś już wiadomo, że wyniki te były niedoszacowane, gdyż od momentu udziału w badaniu, sytuacja polskich firm z branży eventowej drastycznie się pogorszyła – i nadal pogarsza się z dnia na dzień.

Zapytani o to, do kiedy mają odwoływane zamówienia, respondenci w zdecydowanej większości zaznaczali, że do czerwca. Było jednak i wiele odpowiedzi, że do września 2020 r. Wskazuje to zatem, że ilość wykonywanych projektów i zlecanych realizacji będzie się normalizować najwcześniej w drugiej połowie roku – jak dobrze pójdzie.

Wśród środków, jakie podjęte zostały w firmach w związku z kryzysem przeważają trzy rozwiązania: 38 proc. badanych wskazało na obniżenie pensji pracowników, 35 proc. na zwolnienia, zaś 27 proc. na zawieszenie działalności. Tak więc, jak zwykle w trudnych sytuacjach, najbardziej i najszybciej cierpią pracownicy. Te drastyczne kroki są też jednak dobitnym dowodem na skalę kryzysu, jaki dotknął branżę eventową niemal z dnia na dzień.

– Zaledwie po niespełna trzech tygodniach walki z koronawirusem, wiele firm z naszego sektora jest w skrajnej sytuacji. Nie przez swoją nieudolność lub złe zarządzanie, ale przez czynnik, którego nie dało się przewidzieć i zawrzeć w swoim business planie. W tej chwili najważniejszą rzeczą jest przetrwanie, utrzymanie pracowników i przygotowanie do nowej rzeczywistości. Nie ma czasu na dywagacje. Potrzebujemy szybkich i zdecydowanych działań, konkretów wdrożonych w życie od teraz. Pomocy realnej, a nie odroczonej agonii. – podsumowuje Renata Razmuk z zarządu Stowarzyszenia Branży Eventowej.
I chyba niewielką pociechą jest, że w wyniku opóźnionej reakcji rządzących, bardzo wiele firm z bardzo wielu branż znajduje się w podobnie ciężkiej sytuacji.

Trzymać Lewicę za słowo

W poprzednim numerze wydrukowaliśmy list otwarty podpisany przez Roberta Biedronia, Włodzimierza Czarzastego, Adriana Zandberga i Krzysztofa Gawkowskiego. Adresatem byli Polacy. Politycy Lewicy napisali między innymi: „Chcemy zapewnić Państwa, że – jak zawsze – możecie liczyć na Lewicę. Jeśli napotkają Państwo problemy związane z epidemią i kwarantanną, jeśli potrzebują Państwo pomocy, na przykład w kontakcie z instytucjami, to mogą Państwo zgłosić się do nas po pomoc. Prosimy o kontaktowanie się z posłankami i posłami Lewicy z Państwa okręgów – za pomocą mediów społecznościowych lub telefonicznie. Postaramy się pomóc każdemu, jeśli tylko będziemy w stanie”.

Trzymając polityków za słowo, poniżej zamieszczamy adresy biur poselskich reprezentantów Lewicy, ich nazwiska oraz telefony i adresy e-mailowe. Gdyby zatem komuś z naszych Czytelników była potrzebna pomoc, to niech z tej bazy danych śmiało korzysta.
A chyba trzeba, bo na państwo PiS nie ma co liczyć. Kilkadziesiąt tysięcy osób pod karą 30 tys zł musi 2 tygodnie siedzieć na kwarantannie. Państwa nie stać na to, żeby większość z nich mogła być wolna po 2-3 dniach. Wystarczyłoby przecież zrobić im testy. Kilkuset kontrolujących te osoby policjantów mogłoby zająć się tym, czym powinno. Ale na to nikt w pisowskim rządzie nie wpadł, więc ZUS niepotrzebnie płaci za kwarantanny 3 razy tyle ile powinien.
Rząd w tym czasie wymyśla 212 miliardów złotych z kosmosu i na dodatek bezwstydnie prezentuje to jako program opatrznościowy. Nie pomyśleli, że ludzie umieją czytać i widzą, że upadające małe firmy, co najwyżej mogą się zadłużyć, a większe powinny dać się przejąć przez państwo, dostarczając nowych synekur dla pisowskich aparatczyków. Ludzie widzą, że dla milionów pracowników, którzy stracili lub tracą robotę, jest po ok. 1400 zł miesięcznie, zaś dla kilkunastu banków szykuje się jedną trzecią z owych 212 miliardów. Oraz mnóstwo z 74 miliardów, które mają służyć jako bankowa gwarancja państwa dla banków, które pożyczać będą dużym firmom pieniądze, na niekontrolowanych przez nikogo warunkach.
W takim kraju zostaje tylko liczyć na siebie. I oby na polityków Lewicy.
Rafał Adamczyk
Pl. Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej 3, 42-500 Będzin,
tel. 797 279 336,
bp.rafal.adamczyk@gmail.com
Romuald Ajchler
Dąbrowa 2, 64-510 Wronki,
tel. (67) 254 72 13,
biuro.romualdajchler@gmail.com
Magdalena Biejat
ul. Nowy Świat 27 lok. 1,
00-029 Warszawa, tel. 536 031 355,
magdalena.biejat@sejm.pl
Wiesław Buż
ul. ks. J. Jałowego 31,
35-010 Rzeszów, tel. 602-442-919,
wieslaw.buz@sejm.pl,
ul. Rynek 17, 38-700 Ustrzyki Dolne,
wieslaw.buz.bp.rzeszow@gmail.com
ul. Kolejowa 10,
36-100 Kolbuszowa
Plac Wolności 4, 37-400 Nisko
Włodzimierz Czarzasty
ul. Warszawska 1 lok. 2,
41-200 Sosnowiec,
tel. 888 494 924,
w.czarzasty.sejm@gmail.com
Jacek Czerniak
ul. Beliniaków 7, 20-045 Lublin, tel. 798 721 076,
jacek.czerniak@sejm.pl
ul. Szkolna 3, 08-500 Ryki
ul. Lubelska 2,
24-300 Opole Lubelskie
ul. Eustachiewicza 3, 24-100 Puławy
Marek Dyduch
Pl. Magistracki 3A,
58-300 Wałbrzych, tel. 604 131 044,
biuroposelskie.marekdyduch@gmail.com
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk
ul. Józefa Haukego-Bosaka 17 lok. 1,
50-447 Wrocław, tel. 698-814-154,
kontakt@dziemianowicz-bak.pl
Monika Falej
ul. Związku Jaszczurczego 17,
82-300 Elbląg, tel. 602 625 401,
monikafalej.poslanka@gmail.com
Krzysztof Gawkowski
ul. Ignacego Paderewskiego 28 lok. 2,
85-006 Bydgoszcz, tel. 534 432 511,
biuro.sejm@gawkowski.pl,
ul. Wileńska 32, 05-200 Wołomin
ul. Kościelna 8, 89-100 Nakło nad Notecią, tel. 534 432 511
Maciej Gdula
ul. Pawia 8 lok. 4, 31-154 Kraków
Hanna Gill-Piątek
Aleja Kościuszki 48 lok. 14U,
90-427 Łódź, tel. 665 757 433,
hanna@gillpiatek.pl
Daria Gosek-Popiołek
ul. Gertrudy 14 lok. 2,
31-048 Kraków, tel. 506 770 170,
daria.gosek-popiolek@sejm.pl
Arkadiusz Iwaniak
ul. Rembielińskiego 8,
09-400 Płock, tel. 513 576 646,
iwaniak74@gmail.com
Maciej Konieczny
ul. Andrzeja 13 lok. 1,
40-061 Katowice, tel. 570 150 002,
m.konieczny@partiarazem.pl
Przemysław Koperski
ul. Nadbrzeżna 2,
43-300 Bielsko-Biała,
tel. 515 577 462,
biuro.poselskie.koperski@gmail.com
Maciej Kopiec
Plac Wolności 19, 44-200 Rybnik, tel. 730-730-758,
biuro.maciejkopiec@gmail.com
Katarzyna Kotula
Aleja Piastów 1 lok. U6,
70-325 Szczecin, tel. (53) 620 76 33,
biuro@katarzynakotula.pl
Katarzyna Kretkowska
ul. Wysoka 5 lok. 1, 61-810 Poznań,
tel. 600-577-411, 602-272-083,
biuro@kretkowska.pl,
pon. 10:00 – 18:00 wt., czw., pt. 10:00 – 14:00,
ul. Ratajczaka 22, 61-815 Poznań, tel. 600 577 411,
katarzyna.kretkowska@sejm.pl
Paweł Krutul
ul. M.C. Skłodowskiej 3 lok. P1, 15-094 Białystok, tel. 604 404 077,
biuroposelskie.p.krutul@wp.pl
Anita Kucharska-Dziedzic
ul. Krzywoustego 22 lok. 2A,
66-400 Gorzów Wielkopolski,
tel. 796-753-190,
biuro@kucharska-dziedzic.pl
Marcin Kulasek
ul. Kopernika 45 45 (III),
10-512 Olsztyn,
tel. 514 905 999,
biuroposelskie.mkulasek@wp.pl
Robert Kwiatkowski
ul. Szosa Chełmińska 26
lok. 502; 503, 87-100 Toruń,
tel. 602-259-907,
Beata Maciejewska
ul. Miszewskiego 17 lok. 204,
80-239 Gdańsk, tel. 505 910 799,
beata.maciejewska@sejm.pl
Paulina Matysiak
ul. Narutowicza 20, 99-300 Kutno, tel. 723 007 070,
biuroposelskie.matysiak@gmail.com,
ul. Nowy Świat 27, 00-029 Warszawa
Wanda Nowicka
ul. Mickiewicza 61 lok. 4, 44-100 Gliwice, tel. 661 609 506,
biuroposelskie.wnowicka@gmail.com
Robert Obaz
ul. Klonowica 2 lok.10, 58-500 Jelenia Góra, tel. 500 040 140,
obazwsejmie@gmail.com
ul. Rynek 9, 59-220 Legnica
Karolina Pawliczak
ul. Górnośląska 64, 62-800 Kalisz,
biuro@karolinapawliczak.pl,
ul. Słowackiego 14, 63-300 Pleszew
ul. Legionów 46, 62-800 Kalisz
ul. Sienkiewicza 1a,
63-400 Ostrów Wielkopolski
Monika Pawłowska
ul. Bazyliańska 14,
22-400 Zamość,
biuro@pawlowskamonika.pl,
ul. Lwowska 13 D, 22-100 Chełm
Małgorzata Prokop-Paczkowska
ul. Dworcowa 10 lok.6,
75-201 Koszalin,
tel. (91) 391 62 45, 607 435 341,
biuroposelskiempp@gmail.com
Andrzej Rozenek
ul. Kościelna 11, 05-500 Piaseczno, tel. 693 888 212,
rozenek.biuroposelskie@gmail.com,
ul. Wileńska 32, 05-200 Wołomin, tel. 693 888 212
Marek Rutka
ul. Zgoda 8, 81-361 Gdynia,
tel. 786-867-769, 603-227-883,
marek.rutka@wiosnabiedronia.pl
Joanna Scheuring-Wielgus
ul. Warszawska 4 lok. 1,
87-100 Toruń, tel. 881 927 448,
biuro@joannasw.pl
Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska
ul. Wojska Polskiego 18,
58-500 Jelenia Góra, tel. 508 056 899,
biuro.szmajdzinska@gmail.com
Joanna Senyszyn
ul. Zgoda 8, 81-361 Gdynia,
tel. 501 535 293
Anita Sowińska
ul. Warszawska 24,
97-200 Tomaszów Mazowiecki, tel. 535-845-431,
biuro@anitasowinska.com
Wiesław Szczepański
ul. Chrobrego 22B, 64-100 Leszno, tel. (65) 549 09 95,
biuro.szczepanski@wp.pl
Andrzej Szejna
ul. Starodomaszowska 30/54,
25-315 Kielce,
tel. 690 960 800, 662 362 116,
andrzej.szejna@sejm.pl,
ul. Świętej Barbary 3,
27-200 Starachowice,
tel. 662 362 116, tel. 690 960 800
Jan Szopiński
ul. Paderewskiego 28 lok. 2,
85-075 Bydgoszcz, tel. 696 522 931,
b.krajewska@onet.eu,
ul. Pomianowskiego 7,
86-010 Koronowo, tel. 502 637 134,
jan.szopinski@sejm.pl

Krzysztof Śmiszek
ul. Haukego Bosaka 17 lok. 1,
50-447 Wrocław, tel. 784 812 822,
biuro@ksmiszek.pl
Tadeusz Tomaszewski
ul. Bolesława Chrobrego 40 lok. 41,
62-200 Gniezno, tel. 601 287 775,
tadeusz.tomaszewski@sejm.pl,
ul. Kolska 19, 02-700 Turek,
tel. 601 287 775,
ul. 3 Maja 4, 62-300 Września,
ul. Staszica 27, 62-500 Konin
ul. Mickiewicza 1, 62-400 Słupca
ul. Sienkiewicza 29, 62-600 Koło,
ul. Przemysłowa 1 lok. 215,
63-100 Śrem
Tomasz Trela
Al. Kościuszki 48 lok. 14 U,
90-427 Łódź.
Katarzyna Ueberhan
ul. Ratajczaka 44, 61-728 Poznań
Dariusz Wieczorek
ul. Garncarska 5, 70-377 Szczecin, tel. 607 300 606,
dariusz.wieczorek@sejm.pl
Zdzisław Wolski
ul. Nowowiejskiego 10/12,
42-200 Częstochowa,
tel. (34) 344 05 50,
zdzislaw.wolski@sejm.pl
Bogusław Wontor
ul. Aleja Niepodległości 22,
65-780 Zielona Góra,
tel. (68) 320-14-77,
Adrian Zandberg
ul. Nowy Świat 27,
00-001 Warszawa,
tel. 500 273 761,
adrian.zandberg@sejm.pl
Marcelina Zawisza
ul. Polskiego Czerwonego Krzyża 2 A lok. 1, 45-706 Opole,
tel. 505 752 177
ul. Nowy Świat 27,
00-29 Warszawa,
tel. 608 870 397,
marcelina.zawisza@sejm.pl
Anna Maria Żukowska
ul. Złota 9 lok. 4, 00-019 Warszawa, tel. (22) 621 03 41,
rzecznik@sld.org.pl

Na pomoc psim bezdomniakom

To piękny i wzruszający kalendarz. Przedstawia dwanaście „słodziaków”, uroczych kundelków, głównie staruszków, podopiecznych Magdy Stojek z Rytlowa, Ważniejszy od urody tego kalendarza jest jednak szlachetny cel, dla jakiego powstał.
O tych i innych psach, podopiecznych Magdy mówią „bezdomniaki”. I tak jest, bo choć w Rytlowie znalazły serdecznie schronienie, to przecież zawsze dla psa najlepszy jest kochajmy dom. Poza tym w przytulisku Magdy przebywają psy stare i schorowane, którym znacznie trudniej niż szczeniakom i młodym psom znaleźć dom.
W pomoc schronisku zaangażował się Teatr Nowy w Krakowie i jego dyrektor Tomasz Kirończuk. Przygotowali kalendarz, w których każda z dwunastu fotografii psich mieszkańców Rytlowa opatrzona jest wierszem o psiej tematyce. Swoje nowe wiersze ofiarowali twórcom kalendarza, m.in. Ryszard Krynicki, Krzysztof Siwczyk, Leonard Neuger, Jarosław Mikołajewski, Joanna Oparek, a limeryk Michał Rusinek. Kalendarz spotkał się z ponadplanowym zainteresowaniem, więc planowany jest dodruk. Zebrano już ponad trzydzieści tysięcy złotych, a za zebrane pieniądze powstanie dom dla starych psów. Inicjatorzy przedsięwzięcia apelują zarówno o datki finansowe, m.in. poprzez zamówienie kalendarza, jak i rzeczowe w postaci m.in. desek, siatek i innych elementów ogrodzenia.
Aby nabyć psi kalendarz poetycki należy wpłacić 33 zł. 33 grosze na konto Stowarzyszenia Nadzieja na Dom. Numer konta: 56 1600 1462 1019 8821 7000 0002 z dopiskiem: „darowizna dla Rytlowa 2020”.
Dochód ze sprzedaży kalendarzy w całości przeznaczony jest na przytulisko dla psich staruszków i jego wyposażenie.
Adres dla przesłania kalendarza należy przesłać na adres mailowy:
psikalendarz@gmail.com , o ile to możliwe wraz z potwierdzeniem przelewu.
Telefon do pani Magdy Stojek: 535 815 820.
Adres mailowy przytuliska w Rytlowie: www.psypanimagdy.pl
Na facebooku przytulisko używa nazwy: bezdomniaki z Rytlowa. Zachęcamy wszystkich do adopcji piesków z Rytlowa.

Kroplówka WHO dla Jemenu

Ponad 100 tys. mieszkańców Jemenu zmarło wskutek chorób i głodu, odkąd Arabia Saudyjska razem z koalicjantami, za przyzwoleniem Stanów Zjednoczonych i innych zachodnich demokracji, prowadzi przeciwko temu krajowi bezwzględną wojnę. 3 lutego Światowa Organizacja Zdrowia rozpoczęła akcję przewożenia chorych cierpiących na nieuleczalne schorzenia do Egiptu i Jordanii, które zgodziły się pomóc Jemeńczykom. Jednak skala przedsięwzięcia pokazuje bezradność organizacji humanitarnych w obliczu państw-agresorów i militaryzmu.
Według Norweskiej Rady ds. Uchodźców samolot WHO zabrał 3 lutego ze stolicy Jemenu, Sany, zaledwie siedmioro pacjentów wraz z osobami towarzyszącymi. Wkrótce mają odbyć się kolejne loty; łącznie do klinik w Egipcie i Jordanii trafi 30 osób cierpiących na raka lub oczekujących pilnie na przeszczepy. W przyszłym miesiącu – kolejna tura, cztery loty. To zupełnie dosłownie kropla w morzu. Gdy WHO rozpoczęła starania o przewożenie najciężej chorych Jemeńczyków w miejsce, gdzie mają jakąkolwiek szansę na przeżycie, jemeńskie Ministerstwo Zdrowia oszacowało, że kandydatów do skorzystania z lotu humanitarnego jest około trzydziestu dwóch tysięcy. Nie ma żadnych złudzeń – nie każdy doczeka swojej kolei.
Międzynarodowe lotnisko w Sanie od sierpnia 2016 r. jest zablokowane przez Arabię Saudyjską i jej koalicjantów. Nie ma na nim mowy o komercyjnym ruchu lotniczym, a i inicjatywy humanitarne, niosące pomoc udręczonej ludności cywilnej, były ograniczane.
Obecnie nie są już blokowane całkowicie, ale do Jemenu mogą przybywać i z niego wyjeżdżać jedynie przedstawiciele międzynarodowych organizacji humanitarnych. Śmiertelnie chorym Jemeńczykom z terenów opanowanych przez partyzantkę Huti, którzy dysponowali jeszcze jakimiś funduszami na wyjazd i leczenie za granicą, jemeńskie ministerstwo radziło dotąd, by próbowali jakoś przedostać się przez ogarnięty wojną kraj do Adenu – to miasto od końca sierpnia 2019 r. pozostaje pod kontrolą jemeńskich wojsk rządowych i z tamtejszego lotniska odlatują samoloty za granicę.
Według ministerstwa od początku wojny 43 tys. Jemeńczyków zmarło na nowotwory i inne schorzenia wymagające specjalistycznego leczenia, które z powodu blokady nie było już możliwe w kraju.
Do tego działania wojenne, w tym saudyjskie bombardowania miast i gęsto zaludnionych dzielnic mieszkalnych, klęska głodu i seria epidemii zabiły ponad 100 tys. osób (według ostrożnej rachuby).
– Nie ma usprawiedliwienia dla karania chorych cywilów, uniemożliwiając im dostęp do opieki medycznej – tymi słowami Norweska Rada ds. Uchodźców potępiła działania Arabii Saudyjskiej w Jemenie.
To kolejne słowa potępienia pod adresem regionalnego mocarstwa, które niezależnie od wszystkiego pozostaje bezkarne, bo cieszy się poparciem mocarstwa światowego.

Potrzebna pomoc dla Zbyszka!

Nasz Kolega i Przyjaciel Zbigniew Kaniewski, poseł SLD czterech pierwszych kadencji demokratycznego Sejmu (od 1991r.) oraz przez lata przewodniczący Federacji Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych Przemysłu Lekkiego – przeżył tragedię. Spłonął Jego drewniany dom, w którym mieszkał wraz z niepełnosprawną żoną.

Wprawdzie dom był ubezpieczony,ale aby nadawał się do zamieszkania potrzeba znacznie więcej środków aniżeli można otrzymać od instytucji ubezpieczającej.

Przyłączam się do apelu Zbyszka o pomoc finansową w sytuacji, gdy Państwo Kaniewscy praktycznie stracili dorobek całego życia.
Pomoc można przekazywać na specjalne subkonto Caritasu Archidiecezji Łódzkiej w Banku PKO SA o/Łódź 44124015451111000011655149 z dopiskiem „darowizna na odbudowę domu J. i Z. Kaniewskich po pożarze” .Naturalnie można także przekazywać 1% podatku dochodowego wynikającego z corocznego rozliczenia deklaracji PIT.

Simone Weil pisała pięknie, ze „wielką zagadką ludzkiego losu nie jest cierpienie, lecz nieszczęście”. W tym przypadku oba te zjawiska występują łącznie.

Gdy obserwujemy z daleka dramatyczną walkę z pożarami w Australii to-pamiętając o starym przysłowiu niemieckim „Alle Gleichnisse hinken” („Wszelkie analogie zawodzą”)-rzekłbym jednak, iż dla Zbyszka to tragedia osobista tego rzędu. Tym bardziej trzeba Mu pomóc!

Jemioła, czosnek, dziurawiec – zamiast

1.
Kiepsko się poczułam, zatem pierwszy raz od kilkunastu lat zdecydowałam się zasięgnąć porady lekarza zwanego „rodzinnym”. W Wieleniu, jak już pisałam, na 12,5 tys. mieszkańców, rozsianych po odległych o 5,10,15 km wioskach, jest trzech pełnoetatowych lekarzy rodzinnych, jedna siostra-doktor, która sprawuje opiekę głównie nad podopiecznymi miejscowego domu pomocy społecznej i na tym koniec. Dla blisko 3-4 tysięcy mieszkańców brakuje lekarza na miejscu. Na dodatek – wszyscy lekarze rodzinni zgromadzeni są w tej samej, południowej części miasteczka. A transportu zbiorowego nie ma. I pewnie nie będzie, bo miejscowy „establishment” – zmotoryzowany, że hej!
Zapisałam się zatem do lekarza w Trzciance, odległej o ponad 40 km (7 motorowerem, reszta szynobusem, zachęcam seniorów do jazdy, bo bilet bardzo, bardzo tani).
Na miejscu – miło, czysto, ładnie – doktor przyjemny w obejściu. Popatrzył na adres i delkatnie nadmienił, że na wizyty domowe – z racji odległości – liczyć nie mogę.
– E, do stwierdzenia zgonu to wystarczy i pogotowie..- mruknęłam
Ale głośno nic nie rzekłam, z wiadomych powodów.
Potem zbadane zostało ciśnienie (ho, ho, wysokie jak diabli), nastąpiło osłuchanie i wywiad i skierowanie na badania. Klopot z tymi badaniami – bo na czczo trzeba będzie się przejechać tym motorowerkiem i szynobusem tam i z powrotem, i to ze dwa razy. Koszt – 30 zł. Niby nic.
Lekarstw żadnych doktor nie przepisał, a tu łepetyna boli jak diabli, ciśnieniomierz wariuje, zatem przeszłam się do miejscowej apteki z zapytaniem, co by tu zażyć z leków bez recepty. Albo z ziół. Ale w aptece sami absolwenci technikum farmaceutycznego, nawet o jemiole nic a nic nie słyszeli.
Po nieprzespanej nocy, z widmami udaru albo zawału oraz tego, komu w testamencie mam przepisać kota Benia -Trampka, Franusia, Felusia, Stefcię oraz Remika, i po godzinie spędzonej nad stronami: „Nadciśnienie, przyczyny, objawy, leczenie” kupiłam kropelki z jemioły, owoce głogu i dziurawiec, czosnek i takie tam, oraz potroiłam czas spędzony z pieskami na ostrochodzonym spacerze.
I jest dobrze. Głowa nie boli, ciśnienie lekko tylko podwyższone z tendencją spadkową.
Jak zachce mi się znów do doktora, to raczej tak towarzysko.

2.
Tak po drodze doktor zadał mi kilka pytań: Dlaczego zamieszkaliśmy z Mężem tak daleko (czy w Trzciance nie było nic do wynajęcia) i takie tam różne. No właśnie, dlaczego – jak ten krasnoludek, który budził się co rano, przeciągał i mamrotał: K…a, jak ja daleko mieszkam, nie dałam rady odpowiedzieć. Bo jak rozmawiać ma dziś senioralny pacjent z „końca wsi”, ofiara uwolnienia miejskich czynszów z przedstawicielem zamożnej middle-class, bo do takiej lekarzy rodzinnych (3 tysiące zapisanych pacjentów razy comiesięczna składka kapitacyjna od każdego z nich) należy dziś zaliczyć.

3.
Gdyby ktoś pragnął naprawdę dokonać reformy służby zdrowia, musiałby zacząć od „przyszpilenia” lekarzy rodzinnych do określonych obszarów (gabinet w centrum okręgu z równie odległym dojazdem i podobną ilością potencjalnych pacjentów). Czyli – należałoby wrócić do dawnej rejonizacji, a to oznaczałoby zdjęcie z lekarzy rodzinnych dumnego tytułu „wolnego przedsiębiorcy”, który umiejscawia swój gabinet tam, gdzie jemu, a nie pacjentom wygodnie.
Ale dziś się już nikt nie odważy tego uczynić.
Podobnie jak nie będzie wśród polityków takiego śmiałka, który przypomni absolwentom polskich uczelni medycznych, skąd im nogi wyrastają, czyli – kto zapłacił za ich studia, które posłużą niemieckim, angielskim, holenderskim pacjentom.

4.
Na koniec opowieść… Są lata 90-te, rodzi się pomysł zastąpienia lekarzy rejonowych – rodzinnymi. W salach hotelu „Poznań” odbywa się konferencja, na której niemiecki lekarz rodzinny mówi o swojej pracy, jego słuchaczami jest poznańska profesura medyczna.
Gość jest wyjęty jakby z serialu o doktorach z alpejskiej wioski – miły, kulturalny, doskonale ułożony. Opowiada o swoim dniu pracy: Wstaje o 6-ej, pije kawę, je śniadanie, idzie do gabinetu, gdzie jego pielęgniarko-rejestratorko-księgowa porobiła już podstawowe badania (RTG, pobranie krwi i inne) – teraz następuje czas wizyt, 30 minut na pacjenta. W południe – obiad, drzemka i wyjazdy do chorych. W soboty i niedziele – zastępuje go kolega, specjalnie do obsługi weekendów – wynajęty.
Na sali – śmieszek.
Niespeszony prelegent brnie dalej – opowiada o swoich dochodach, wydatkach, posiadanym domku z ogródkiem i 8-letnim samochodzie.
Na sali – śmiech.
Na końcu drżącym głosem gość nieśmiało prawi o swym hobby – majsterkuje. Na ekranie pojawia się zdjęcie skromnego, schludnie utrzymanego warsztaciku – półeczki, blaty, w specjalnych skrzyneczkach narzędzia.
Na sali – ryk z gatunku „rubaszny”.
I wtedy nasz skromny i dobrze ułożony doktor z alpejskiej wioski pyta zdenerwowany, czym sobie zasłużył na taką reakcję. I oczami omiata salę pełną tłuściutkiej, poznańskiej profesury.
I wtedy wstaje jakiś śmiałek, ucisza salę i grzecznie tłumaczy:
– Panie doktorze, nie z pana się śmiejemy. Po prostu zachęca pan nas do dokonania wielkiej reformy w wyniku której będziemy mieli wszystko to, co ma pan. Klopot w tym, że my już to wszystko mamy… Po co zatem nam reforma?

5.
Jak się Państwo z pewnością domyślają, pytanie nadal czeka na odpowiedź.
A póki co – jemioła, dziurawiec, czosnek i spacery z małym schroniskiem dla psów.
Zamiast.

Chciał tylko pomóc

W sobotę papieski jałmużnik – kard. Konrad Krajewski podłączył prąd w zajmowanym nielegalnie budynku przy via Santa Croce. Mieszkało tam blisko 500 osób – w ponad 100 dzieci. Jedna trzecia z nich to Włosi. W budynku odcięto elektryczność i wodę 6 maja, gdyż od lat nie płacono za światło. Dług urósł do 300 tys. euro. A zgodnie z nową polityką ministra spraw wewnętrznych Matteo Salviniego – lokale zajmowane nielegalnie przez rodziny i osoby bezdomne, powinny zostać wreszcie opróżnione. Eksmisje z nielegalnie zajmowanych budynków to jeden z ważnych punktów dekretu bezpieczeństwa, który wszedł w życie pod koniec ubiegłego roku.
Polski duchowny – który podobno w przeszłości był elektrykiem, więc znał się na rzeczy – pojawił się na ulicy Świętego Krzyża wraz z pomocnikami, złamał policyjne pieczęcie, wszedł do studzienki i podłączył prąd. Przez chwilę szukano winnego, gdyż minister Salvini się zdenerwował. Kardynał Krajewski przyznał się publicznie: „Zrobiłem to ja. Nie mogłem zostawić dłużej dzieci bez światła i wody. Próbowaliśmy dzwonić do elektrowni. W Rzymie w weekend nic nie działa z wyjątkiem barów i restauracji. Sytuacja była rozpaczliwa. Biorę na siebie całą odpowiedzialność i nie muszę się tłumaczyć, bo nie ma nic do powiedzenia.”.
Oprócz komentarza przytaczanego przez wszystkie zagraniczne media „Obrona nielegalnych działań nigdy nie jest dobrym znakiem. Zwykli ludzie płacą za prąd. Jako minister spraw wewnętrznych muszę gwarantować przestrzeganie prawa.”, Salvini powiedział również: „To niech kardynał teraz zapłaci rachunki”. „Od tego momentu ja będę płacił za światło w tym budynku. Zapłacę również za światło Salviniego.” – odpowiedział mu Krajewski.
Włochy pogrążone w przedwyborczej gorączce podzieliły się. Prawicowe media zaczęły bić w Krajewskiego. Tygodnik „Panorama” w artykule pt.: „Jeśli Kościół płaci ci rachunki” wymienił wszystkie przestępstwa papieskiego jałmużnika i skomentował: „Włochy są krajem, w którym wszyscy interpretują i szanują prawa zgodnie z własnymi potrzebami. W świetle prawa, jeśli ktoś nielegalnie zajmuje budynek, musi zostać eksmitowany dlatego, że dokonuje czynu zabronionego. Jeśli później nie płaci nawet za światło, wykroczenie jest podwójne. Pomaganie, uzasadnianie, usprawiedliwianie – jeśli z jednej strony „pomaga” tym ludziom – z drugiej strony obraża (nie wspominając o gorszym) tych, którzy ustanawiają prawo i szanują je każdego dnia. Teraz we Włoszech obowiązuje zasada: jeśli szanujesz prawo, jesteś głupcem. Jeśli robisz coś, żeby wszyscy je szanowali, jesteś faszystą”. Pod artykułem „Panoramy” włoski internet się „rozhejtał” przeciwko Krajewskiemu, Kościołowi i papieżowi. Aż strach przytoczyć te antyklerykalne wpisy, w obawie przed art. 196.
Zbyt dobry papież
Papież Franciszek jest pierwszym Ojcem Świętym, który musiał zmierzyć się z mediami społecznościowymi – i jak dowiedzieliśmy się z watykańskich źródeł – sprawa antypapieskiego hejtu to nie mały problem. „Niech papież przestanie wreszcie mówić o migrantach i zajmie się doktryną” to łagodne apele kierowane do Bergoglia. Antypapieski hejt przeraziłby chyba niejednego antyklerykała – zwłaszcza, że często ci, którzy go uprawiają deklarują się jako prawdziwi katolicy, dla których najważniejszy jest Bóg, Rodzina i Ojczyzna.
To, że papieża i włoskiego ministra spraw wewnętrznych nie łączy sympatia nie jest już tajemnicą. Bergoglio odmówił mu audiencji, dotąd aż będzie odpierał migrantów. Ministrowi nie wypada atakować papieża, ale Krajewskiego może.
Jak tłumaczy Watykan – papież zajmuje się Rzymem jako swoją diecezją – jest w końcu spadkobiercą kluczy Piotrowych i biskupem Romy.
Za pontyfikatu Bergoglia, Watykan przeznacza olbrzymie sumy na pomoc potrzebującym w rzymskiej diecezji. W zeszłym roku na ten cel poszło 3,5 mln euro. Kościół płaci rachunki za światło, wodę i wynajem – tym, którzy tego naprawdę potrzebują i robi to przez doskonale zorganizowane parafie, w których wie się wszystko o najbiedniejszych i potrzebujących. Papieski „Robi Hood” jeździ nocą w zwykłym ubraniu białym vanem po Rzymie i rozdaje bezdomnym koce i jedzenie. Dba też o „Ambulatoria solidarne”, gdzie najbiedniejsi mogą leczyć się bezpłatnie. Prawie połowa osób, którym pomaga Watykan to Włosi, którzy na skutek kryzysu gospodarczego znajdują się w trudnej sytuacji.
Kardynał Krajewski, który chciał tylko pomóc, nieopatrznie wpadł w młyn kampanii przedwyborczej, która wszystko mieli i wykorzystuje.
Są też inni dłużnicy
Sprawa papieskiego jałmużnika zajmuje we Włoszech zdominowała media i politykę przez kilka dni. Dziennik telewizyjny La7, w kontekście gestu Krajewskiego przypomniał, że od 15 lat również inny budynek w Rzymie jest zajmowany nielegalnie i nie płaci za światło mając dług 300 tys. euro. Chodzi o siedzibę włoskiego ruchu narodowo-rewolucyjnego i neofaszystowskiego zwanego CasaPound, znajdującą się obok Termini. Również im dostawca energii odciął światło jakiś czas temu, ale 27 rodzin nie żyje w ciemności. Skąd czerpią prąd nie wiadomo – bo do wewnątrz siedziby nikt nie może wejść. CasaPound, której sympatycy sami definiują się jako „neofaszyści trzeciego tysiącleci”, nie znajduje się jednak na liście budynków, które zostaną poddane eksmisji. To od dawna problem sporów pomiędzy prezydent Rzymu – Virginią Raggi z Ruchu Pięciu Gwiazd i ministrem Salvinim. Raggi żąda by Salvini umieścił budynek zajmowany przez CasaPound na liście – on odpowiada, że najpierw struktury niebezpieczne, później te które stanowią zagrożenie publiczne, a później przyjdzie kolej na innych.

USA dalej dociskają Palestynę

Amerykański Departament Stanu poinformował w niedzielę 9 sierpnia o wycofaniu dotacji na sumę 25 milionów dolarów przeznaczonej na dofinansowanie sieci szpitali w zamieszkałej przez ludność palestyńską wschodniej części Jerozolimy.

 

Prezydent Donald Trump oświadczył, że przesłanką podjęcia tej decyzji jest zmuszenie Palestyńczyków do negocjacji.

– Dostaniecie pieniądze, lecz nie będziemy płacić dopóki nie osiągniemy porozumienia – w swoisty dla siebie sposób komentuje sprawę Trump.

Tego typu poczynania amerykańskiej administracji wywołały ostrą reakcję ze strony palestyńskiej. Jeden z czołowych polityków Organizacji Wyzwolenia Palestyny Hanan Aszraui mówił o politycznym szantażu będącym w sprzeczności z „normami ludzkiej przyzwoitości i moralności”. Zdaniem palestyńskiego MSZ, przekroczona tu została czerwona linia, co można uznać za bezpośrednią agresję przeciwko narodowi palestyńskiemu. Również rzecznik OWP Ahmad Szami określił amerykańskie działania jako „kompletnie niehumanitarne i niemoralne” zmierzające do wymuszenia na Palestyńczykach ustępstw w kwestii prawa do niezawisłości. – To nie jest formuła pokojowych negocjacji – oświadczył rzecznik.

Głos zabrała również Światowa Organizacja Zdrowia WHO wskazując na to, że w pozbawionych amerykańskich dotacjach jerozolimskich szpitalach wykonywane są specjalistyczne zabiegi medyczne takie, jak operacje kardiologiczne, radioterapia czy dializy pediatryczne. WHO zwraca też uwagę, że tego rodzaju świadczenia medyczne są niedostępne dla mieszkańców Zachodniego Brzegu i Gazy z czego wynika, że sieć szpitali w Jerozolimie to jedyne miejsce, gdzie ludność palestyńska może być poddawana tego rodzaju świadczeniom medycznym. Jak stwierdził zarządzający szpitalem Augusta Victoria Hospital, Ualid Nammur, pacjenci nie powinni być wykorzystywani do celów politycznych.

Decyzja o cofnięciu dotacji dla palestyńskich szpitali to już drugie typu posunięcie USA w ostatnim okresie. W sierpniu Stany zjednoczone zredukowały o 250 mln dolarów kwotę przekazywaną na pomoc dla Palestyny w ramach programu UNWRA. Ubytek ten postanowiły częściowo zrekompensować Niemcy. Minister spraw zagranicznych Heiko Maas zapowiedział zwiększenie wkładu do budżetu UNWRA nie podając jednak konkretnej kwoty. Stwierdził jedynie, że nie będzie ona wystarczająca do pokrycia niedoboru na sumę 217 mln USD. Do tej pory wkład RFN nie przekraczał poziomu 100 mln dolarów.

Fundusze europejskie – blaski i cienie

Ostatnie budżetowe propozycje Unii – przewidywane cięcia – to niewątpliwa satysfakcja dla opozycji, ponieważ rząd wreszcie ponosi konsekwencje za uporczywe „gryzienie karmiącej unijnej ręki”.

 

Pomoc finansowa Unii  dla Polski słabnie.

Jednak pierwsze poczucie złośliwej satysfakcji, że harda władza oberwała, z czasem powinno ustąpić i przerodzić się u obywateli w głębszą refleksję na temat tego, co z tą pomocą jest w porządku, a co niekoniecznie. Bo wbrew powszechnemu mniemaniu nie każda pomoc czy subsydia mają zbawienne działanie, a to, co na krótką metę wydaje się zdrowe, na dłuższą może zaszkodzić.
Nie chcę przez to powiedzieć, że można usprawiedliwić błędy rządu w stosunkach z Unią. Nie twierdzę też, że część subsydiów można sobie odpuścić. Po prostu chciałbym skłonić nas wszystkich do zastanowienia się, jakie są długoterminowe skutki pobierania unijnej kasy.
Wkrótce fundusze zabrane z polskiej puli środków powędrują do krajów południa, które już dawno podlegały podobnym do naszych przemianom cywilizacyjnym przy wsparciu UE.
Pytanie, czy po mocnym zastrzyku europejskiej gotówki te kraje poradzą sobie same, czy też potrzebna jest dalsza pomoc? Niestety wygląda na to, że Portugalia, Hiszpania, Włochy czy Grecja wymagają dalszego wsparcia – bezrobocie, zwłaszcza młodych, jest tam zatrważające.
Coś z tym trzeba robić – a trudno cokolwiek skutecznie przedsięwziąć bez zewnętrznego darmowego finansowania.
Kolejne pytanie: czy Polska po dokonaniu wielkich europejskich innowacji może znaleźć się w podobnej sytuacji? W moim przekonaniu jak najbardziej. Idziemy, podobną drogą, co kraje południa i strukturalne problemy wystąpią jak u nich.
Analiza wcześniejszych unijnych działań na południu dowodzi, iż właśnie ta „pomoc” spowodowała katastrofalne problemy strukturalne, które Unia musi teraz sama naprawiać. Problem w tym, że Bruksela albo wstydzi się przyznać do błędu albo autentycznie nie odróżnia przyczyn od skutków. Zasadniczo Unia chce dobrych zmian, ale przedsionki piekieł są wybrukowane dobrymi chęciami. Istnieje prawdopodobieństwo, że Eurokraci z Brukseli rozumują po prostu na zasadzie „Unia dała za mało, dlatego na te kraje nadal trzeba łożyć”. A być może istnieje też głęboko skrywana motywacja podszyta rasizmem – przekonanie, że na południu żyją lenie i lekkoduchy. A to tam powstawały wielkie imperia
W moim mniemaniu istnieje jeden pierworodny błąd zrozumienia całości kryzysowej sytuacji na południu, a bez całościowego zrozumienia nie można określić działań zaradczych. Jak powiedział Hipokrates: dobre leczenie to dobra diagnoza. AD REM: Gdy nowe, biedniejsze kraje, czy to z południa, czy ze wschodu Europy były przyłączane do bogatej Unii – dążyły do tego, aby się do niej upodobnić. Pierwsza konstatacja po podpisaniu traktatu akcesyjnego? Brak nowoczesnych narzędzi pracy, nowoczesnej infrastruktury, przestarzałe szkolnictwo, prymitywne rolnictwo i przetwórstwo, braki prawnej infrastruktury, brak korpusu funkcjonariuszy państwa, itd. Do krajów tych przybywały tabuny europejskich doradców ds. transformacji (nierzadko będący tylko bogatymi ignorantami, którzy nigdy przecież nie budowali zrębów swoich państw. I kiedy mówili nam – zniszczcie PGR-y i komunistyczne fabryki, kupowaliśmy to w ciemno. Tymczasem Czechy i byłe NRD niczego pospiesznie nie burzyły, przekształciły dawne PGR w indywidualne spółdzielnie lub prywatne firmy i dobrze to funkcjonuje. Chiny przeprowadziły transformację na swoją własną modłę – wprowadziły pełną wolność gospodarczą przy zachowaniu sprawnego aparatu byłego komunistycznego państwa. Rezultat można tylko podziwiać. One niczego pośpiesznie nie burzyły. A u nas kwitła niekompetencja tych, którzy zawładnęli państwem po 1989 roku i być może niedługo nawet doczekamy się pomnika działacza związkowego Wrzodaka, który z pianą na ustach zniszczył URSUS. Długo nam zajęło zrozumienie, że wielka „Solidarność” niekoniecznie przyniosła nam samo dobro, do władzy doszły duże grupy populistycznych związkowców. (Choć akurat Lech Wałęsa zachował wiele chłopskiego zdrowego rozsądku, a jego skróty myślowe są genialne – vide „bieda prowadzi do rewolucji, rewolucja prowadzi do nędzy”). Co było nasze – w dużej mierze sami zniszczyliśmy, jeszcze zanim nadeszła UE.

 

Co właściwie jest nie tak  z unijną pomocą?

Cały paradoks opiera się na tym, że Unia chcę dobrze. Ale pamiętajmy, że przedsionki piekieł są wybrukowane dobrymi chęciami. Wciąż istnieje niebezpieczeństwo, że wielkie subsydia nie tylko usprawnią państwa Unii, ale też w pewnych aspektach trwale je zdeformują.
Dlaczego więc wszyscy chcą brać więcej i więcej? Przez wiele lat procesu modernizacji ujemne skutki po prostu nie zdążyły się pojawić. Objawiają się wtedy, gdy nikt ich się nie będzie spodziewał. Oto scenariusz:
Gdy po dziesiątkach lat pomocy wszystko już zostanie zbudowane, autostrady będą błyszczeć, nowoczesne fabryki pracować, instytutu naukowe będą już zbudowane, czas na samodzielne życie na własny rachunek, nawet wypadałoby im zostać płatnikiem dla Unii. Wtedy zgrzyt: firmy masowo upadają, miliony idą na bezrobocie i wychodzą na ulice Lizbony, Aten, Barcelony wybijać szyby oraz walczyć z policją. A do polityki wkraczają faszyzujący nacjonaliści z hasłami opuszczenia UE. Brzmi znajomo?
Wytłumaczenie tego zjawiska jest proste. Wielkie modernizacyjne inwestycje kasie są kosztowne w utrzymaniu, a wiele tych inwestycji jest przewymiarowana. Oczywiście wspaniałe autostrady to nie fikcja, piękne lotniska też. A jednak za cudze i półdarmowe pieniądze buduje się na wyrost i ze zbędnymi luksusami, nie patrząc na wysokie koszty utrzymania.
Lotnisko w Radomiu nie odprawiło żadnego dużego samolotu, Jezioro Jamno wysycha – bo zrobiono niepotrzebne wrota przeciw zalewowe za kilkaset milionów.
Gdy 2 lata temu jechałem autostradą Porto-Lizbona – widziałem pustki, wszyscy pojechali ichnią Gierkówką, która była bezpłatna. Lwia część projektów innowacyjnych, na oko jakieś 80 %. już w swoim założeniu to horrendalne bzdury. Wiele przedsięwzięć to innowacje pozorne, inwestycje w kapitał ludzki z początku sprawiają wrażenie cudu gospodarczego. Najpierw pieniądze płyną szeroką strugą, jednak państwa-beneficjenci muszą dołożyć swój wkład, więc się zadłużają. Przykładowo każdy zafakturowany kawałek drogi za unijne fundusze wzbogaca budżetowy VAT. Wszyscy w kraju się kłócą, bo jest, co dzielić. Oto przykład innowacji:
Dwa lata temu mój młodszy brat z podwarszawskiej Kobyłki (rencista z rakiem) został zaproszony przez Urząd Pracy na kurs komputerowy. Odmówił – nie ma komputera i jest wykluczony z rynku pracy. Zagrożono mu, że nie dostanie węgla na koniec roku, przysłano busik, zapewniono obiady i wycieczkę nad Bałtyk. Taka grupa wiejskich pijaczków z Kobyłki i podobnych miejscowości Mazowsza: Nadarzyna, Kobylaka, Ossowa, Turowa, Stefanówki – to nasza dolina krzemowa.
Czy taka forma inwestycji w kapitał ludzki ma ekonomiczny sens? Oczywiście – przecież zarobił organizator, restauracja, sprzedawca komputerów, właściciel wynajętej sali, firma transportowa, hotel nad Bałtykiem… Skorzystał też niewątpliwie brat, bo na koniec roku dostał nie pół tony, a tonę. Takich gmin i jednostek jest tysiące, cała Polska, aż błyszczy od krzemu. Podobnie było z lotniskiem w Radomiu – też zarobiło mnóstwo krewnych i znajomych królika.
Wiele inwestycji unijnych to tylko mnożenie długu, budowanie złudzeń, że ta pomoc działa, bo budżet w okresie tych inwestycji ma dochody, a ludzie – pracę. W okresie inwestycji szybko postępuje koncentracja produkcji, a firmy i usługi stają się coraz większe i nowocześniejsze. Rolnictwo przekształca się w system wielkich farm a handel – wielkich galerii. Wszyscy mają pieniądze, rząd dobrych panisków daje nawet kasę za darmo.
Jednak w tych nowoczesnych firmach pracuje coraz mniej ludzi. Momentami nawet, gdy są realizowane wielkie modernizacje bywa, że brakuje ludzi do pracy, bo proces przebudowy potrzebuje masy pracowników. Ale gdy kończy się modernizacja, objawia się wielkie strukturalne bezrobocie. Ludzie tracą pracę, bo przestają być potrzebni w, spada obrót i wpływy budżetowe.
Państwa południa udowodniły, że lata pomocy zbudowały tylko blichtr – a pozbawiły ludzi trwałego umocowania socjalnego. W bogatych domach w Grecji, Hiszpanii, Portugalii częstokroć żyją ludzie za emeryturę babci lub dziadka. Grecja już dawno zbankrutowała, bo od lat ktoś inny spłaca za nią długi.
Proces modernizacji państw południa przy wsparciu UE przebiegał sprawnie. Na skutek gigantycznej pomoc ekonomicznej szybko został unowocześniony i skoncentrowany przemysł, – ale też przetwórstwo, infrastruktura. Po zakończeniu modernizacji ludzie, którzy to wszystko budowali, tracą masowo pracę, a nie ma powrotu do małych gospodarstw, bo przestały istnieć.
Grek nie wróci na swój mały kuter, bo za 100000 euro go zezłomował, zaś otwarta za te pieniądze smażalnia przestaje przynosić zyski, bo reszta ludności też ubożeje.
Gdy cztery lata temu jechałem autobusem z Szanghaju do Pekinu, widziałem po drodze jak malutkie gospodarstwa rolne twardo pracowały, na wąskich polach jeździły małe kombajny i traktorki. A u nas? Nawet na małych zagonach widać olbrzymie unijne traktory, – choć w przyszłości ich obsługa to dla gospodarstwa finansowa katastrofa. Tam ktoś myśli o ludzkim bycie i pracy, a my nadal powielamy niebolszewickie marzenia o wielkiej mechanizacji i wielkich farmach. Czy nie czas na refleksję, jaką mamy mieć docelowo strukturę gospodarstw rolnych i jaką rolę ma grać w tym wszystkim drobna wytwórczość? Tu właśnie jest rola odpowiedzialnych partii ludowo lewicowych jednak bez populizmu.

 

Największą pomoc unijną przechwytują giganty gospodarki i sitwy.

Gospodarka Grecji, działając w warunkach sztucznej czasowej prosperity, przywykła już do stałego dopływu subsydiów inwestycyjnych, my już też. Gdy nadszedł krach – na scenie politycznej natychmiast pojawił się populizm, faszyzm, ultra nacjonalizm, z perspektywą rządów bezprawia i niesprawiedliwości.
By cały ten proces sztucznej modernizacji nie skończył się u nas nadejściem faszyzmu – czas, by odpowiedzialne prospołeczne ugrupowania weszły znowu do codzienności polityczno-gospodarczej, ponieważ tanie populizmy wspierające się pospolitym kłamstwem prowadzą nas na skróty do katastrofy. Olbrzymie pieniądze bez realnej kontroli, bo Unia daleko, to potężne narzędzie korupcji politycznej. Za te fundusze samorządowcy czy administracja kupuje sobie wpływy lub bogaci siebie i swoje kliki. Wokół funduszy powstały całe złodziejskie sitwy. Bez zawodowej służby cywilnej niemożliwe jest uczciwa modernizacja, kto do końca zniszczył ten korpus chyba wiemy. Nie wystarczy obsadzenie wszystkich stanowisk Misiewiczami, tu musi być struktura jak we Francji, Niemczech czy Anglii. Gdy skończą się fundusze ultra bogaci na pokolenia pojadą na zasłużone wakacje a długi zapłacą ci, co na nich nic nie skorzystali. Czas najwyższy byśmy przekierowali pomoc na projekty infrastrukturalne, służbę zdrowia inne działania prospołeczne. Przetaniony sprzęt unijny niech będzie dostępny dla ogółu przedsiębiorców a nie dobrze zorganizowanych klik. Czas na pełną transparentność procesu tej pomocy. Pomoc nie może służyć powstawaniu magnackich majątków na 3 pokolenia naprzód. W tej chwili można zbudować całkowicie prywatny hotel za fundusze pomocowe, zajazd nawet z czasem dom publiczny, wystarczy dobry biznes plan. Tworzenie nowych firm za fundusze wykańcza firmy bez dotacji, na wolnym rynku nie może być inaczej.
Mój tekst powinien skłonić też do refleksji, iż czas na powrót do realnego życia politycznego i społecznego dojrzałych ugrupowań politycznych – działających nieprzerwanie, a niefunkcjonujących tylko od jednych wyborów do drugich. Wielkie grupy średniego pokolenia zostały wykluczone, bo to, komuna,. Inni są poza nawiasem, bo nie chodzą w procesji. Wspinanie się do polityki po plecach kościoła to polityczne złodziejstwo i nieuczciwość. Tylko niewielu hierarchów to rozumie. Franko umarł i puste kościoły. Jest tak wiele spraw społeczno-gospodarczych, które wymagają ciągłego nadzoru niezależnych ugrupowań politycznych!
Proste recepty kłamliwego populizmu prowadzą nas do otchłani. Czas już włączyć zdrowy rozsądek. Cała sztuka to wykorzystać olbrzymią szansę modernizacji europejskiej i nie popaść w kłopoty.
To właśnie czynnik społeczno-polityczny musi zostać uruchomiony na nowo. Kościoły powinny skupić się na życiu w zaświatach, a doczesne sprawy powierzyć dojrzałym, dojrzałym działaczom społeczno politycznym.. Na marginesie – „komunizm” w Polsce to de facto okres stalinizmu – do 1953. Jego ofiarami padali też ideowi komuniści. Znielubiony Gomułka cudem uniknął śmierci.
Nie ma idealnych partii ani ustrojów, ale nadszedł czas na poważne debaty bez etykiet i uprzedzeń. My, światli Polacy – walczmy na argumenty, a nie na prymitywne obelgi. Oprócz połajanek i epitetów włączmy społeczno-polityczny nadzór kierunku rozwoju państwa, starajmy się, choć uczyć na błędach innych, a to zaprocentuje.