Ballada o biedzie

W pieśni rośnie miasto, moja wielka damo,
i nie możesz zasnąć,
za gaconą ścianą,
wiatr burzy myśli w twej głowie.
Przeszklone zegary w mieszczańskich mieszkaniach
między olejami tykają
na ścianach,
godziny echem grzmią w tobie.
Półprzytomna wstajesz, o kawałku chleba,spieszysz na rozstaje w rozbabranych śniegach
w ciżbę kufajek się wmieszać.
Trepami przetupiesz
pokorną godzinę,
znim noc wykrztusi
skołowaną skrzynię,
w budę przygarnie człowieka.
Tlą się papierosy, z rzadka
pada słowo,
skołatane losy mus popchnąć
na nowo,
tam światło, tu wszędzie ciemno.
Lecz po dniu się wraca
z chlebem za pazuchą
i przygodnych randkach
z niebieską ćwiartuchą, bywa więc czas na przyjemność.
Wtedy mógłby nawet ktoś
w dowód uznania,
poszukać niezdarnie
twojego kolana,
przecież bez złego zamiaru.
Sprawdzić wodę w nodze,
tylko dla fasonu,
pośmiać się niezgorzej,
gdy już blisko domu
i blisko pierzyn ze starą.
(…)
Siny świt nadchodzi,
szronem drapie mury,
ciągną do roboty szarych
ludzi sznury,
tkwi w tobie drzazgą ta chwila.
Ściskasz rękawiczkę
wielkopańską ręką,
przemierzasz ulice jak
za Pańską Męką,
w mieście, co sama stworzyłaś.