Żivieli, Iza, żiveli

Izę Sierakowską tak naprawdę poznałem w bombardowanym Belgradzie. W maju 1999. Oczywiście wcześniej wiele słyszałem o niej, i ją też. Pierwszy raz podczas X Zjazdu PZPR. Była wtedy niezwykle żywym delegatem umierającej partii. Poznałem Izę osobiście na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałem w tygodniku „Nie”. Tygodnik był pierwszą jawnie „komuszą” instytucją, która w III RP rosła w siłę i w dostatek. Pielgrzymowali do niego wszyscy liderzy ówczesnej lewicy, aby pokrzepić się jego popularnością i tryskającym tam optymizmem.
Potem spotykaliśmy się w Lublinie i Sejmie RP. Jak redaktor z parlamentarzystką. Zwykle po obradach, zwykle w większym gronie. Wieczorami w restauracji Maliszewskiego lub w poselskich hotelowych pokojach, gdzie prowadziliśmy „długie Polaków rozmowy”.
To Iza zapisała mnie do polsko- jugosłowiańskiej grupy parlamentarnej. Tak wtedy nazywała się ta grupa, bo wówczas Serbia była w federacji z Czarnogórą. A Iza była niekwestionowaną przewodnicząca tej grupy i społecznym bałkańskim ambasadorem w Polsce.
Na posiedzeniach najczęściej zbieraliśmy się w klubie jugosłowiańskim przy Pięknej 5. Smakowaliśmy serbską kulturę, zwłaszcza kulinarną, zapijając wiljamonką od Takovo.
Żiveli Iza!, powtarzaliśmy serbską mantrę.
Było miło aż do 1999 roku. Do Belgradu pojechaliśmy czwórką ówczesnych parlamentarzystów SLD. Izabella Sierakowska, Piotr Ikonowicz, Wit Majewski i ja. Reprezentując naszą grupę parlamentarną. Aby zaprotestować przeciwko „bombowej” polityce NATO przy rozwiązywania konfliktów narodowościowych. I wesprzeć Serbów, którzy zostali okrzyknięci przez zjednoczony front północnoatlantyckiej propagandy sprawcami całego bałkańskiegozła. Pojechaliśmy bez błogosławieństwa kierownictwa SLD, sprzeciwie rządzącej koalicji AWS- UW i krytyce liberalnych mediów. Okrzyknięto nas sługusami prezydenta Slobodana Miloszevicza, choć jego politykę też krytykowaliśmy.
Pewnie dlatego mieliśmy wsparcie opozycyjnych wobec niego elit politycznych. Wbrew prognozom mediów nie spotkaliśmy się z prezydentem Miloszeviczem, bo Iza zdecydowanie sprzeciwiła się temu. Gospodarze zadbali o liczne spotkania z reprezentantami serbskiej opinii publicznej. Hierarchami kościołów prawosławnego i katolickiego, parlamentarzystami wszystkich ugrupowań, politologami, publicystami i miejscowymi Polakami.
Potem Iza z Piotrem Ikonowiczem ruszyli do Północnej Macedonii wspierać albańskich uchodźców, drugą stronę ówczesnego konfliktu. Mnie i Wita Majewskiego wezwały do powrotu sejmowe obowiązki.
W Belgradzie Iza nieraz pokazała swe najlepsze cechy. Umiejętność rozmowy ze wszystkimi, zdolność do kompromisu, ale bez handlu pryncypiami. Wielką odwagę, która budziła tam powszechny respekt. W zbombardowanej panczewskiej rafinerii, rezydencji prymasa Jugosłąwii, w parlamencie, wszędzie.
Pamiętam ją zawsze wyprostowaną, górującą, energicznie kroczącą. Z czupryną kruczych włosów i szerokim uśmiechem.
I tak Cię zapamiętam.
Żiveli, Iza, żiveli !