Wybrańcy wyborców Lewicy

W niedzielnych wyborach do Sejmu i Senatu Lewica wprowadziła do izby niższej 49 posłów, zaś wyższej – 2 senatorów.

Publikujemy listę wybrańców. W celu łatwiejszego wyszukiwania, łamiemy regułę języka polskiego i pozwalamy sobie najpierw wymieniać nazwiska. Na końcu zaś jest region, gdzie daną osobę obdarzono parlamentarnym zaufaniem.

Posłanki i posłowie Lewicy

Adamczyk Rafał Jan, Katowice
Ajchler Romuald Kazimierz, Piła
Biejat Magdalena Agnieszka, Warszawa
Buż Wiesław, Rzeszów
Czarzasty Włodzimierz, Katowice
Czerniak Jacek Andrzej, Lublin
Dyduch Marek, Wałbrzych
Dziemianowicz-Bąk Agnieszka Ewa, Wrocław
Falej Monika Walentyna, Elbląg
Gawkowski Krzysztof Kamil, Bydgoszcz
Gdula Maciej Roman, Kraków
Gill-Piątek Hanna Beata, Łódź
Gosek-Popiołek Daria Iwona, Kraków
Iwaniak Arkadiusz, Płock
Konieczny Maciej, Katowice
Koperski Przemysław Adam, Bielsko-Biała
Kopiec Maciej Kamil, Bielsko-Biała
Kotula Katarzyna Agata, Szczecin
Kretkowska Katarzyna Maria, Poznań
Krutul Paweł, Białystok
Kucharska-Dziedzic Anita Agnieszka, Zielona Góra
Kulasek Marcin Robert, Olsztyn
Kwiatkowski Robert Artur, Toruń
Maciejewska Beata Monika, Gdańsk
Matysiak Paulina, Sieradz
Nowicka Wanda Hanna, Katowice
Obaz Robert Marcin, Legnica
Pawliczak Karolina Monika, Kalisz
Pawłowska Monika Jolanta, Chełm
Prokop-Paczkowska Małgorzata Barbara, Koszalin
Rozenek Andrzej Tadeusz, Warszawa
Rutka Marek Andrzej, Słupsk
Scheuring-Wielgus Joanna Izabela, Toruń
Sekuła-Szmajdzińska Małgorzata Helena, Legnica
Senyszyn Joanna, Słupsk
Sowińska Anita Katarzyna, Piotrków Trybunalski
Szczepański Wiesław Andrzej, Kalisz
Szejna Andrzej Jan, Kielce
Szopiński Jan Józef, Bydgoszcz
Śmiszek Krzysztof Jan, Wrocław
Tomaszewski Tadeusz, Konin
Trela Tomasz Dominik, Łódź
Ueberhan Katarzyna, Poznań
Wieczorek Dariusz Krzysztof, Szczecin
Wolski Zdzisław, Częstochowa
Wontor Bogusław Tadeusz, Zielona Góra
Zandberg Adrian Tadeusz, Warszawa
Zawisza Marcelina Monika, Opole
Żukowska Anna Maria, Warszawa

Lewica w Senacie

Konieczny Wojciech Jan, Częstochowa
Morawska-Stanecka Gabriela Anna, Katowice

Dwiesta z państwowego

Koledzy z grupy Kult opowiadali mi, że onegdaj, kiedy dopiero zaczynali być w światku muzycznym rozpoznawalni, zaprosił ich na koncert do bydgoskiego Myślęcinka miejscowy impresario, co z kolei zaowocowało pewną ciekawą historyjką, która jak ulał pasuje mi do pewnej innej zabawnej historyjki z tu i teraz.

Impresario, nazwijmy go Pan Janusz, ponieważ człowiek może jeszcze nawet żyje, zafundował moim kolegom w latach schyłkowej komuny warunki iście estradowe, o których wcześniej mogli tylko pomarzyć. Zakwaterowano ich w najlepszym na owe czasy w Bydgoszczy hotelu „Brda”, w którym zdarza nam się nocować i dziś. Zapewniono im ciepły posiłek, zwrot za podróż a nawet niewielkie, ale jednak, honorarium. Nad wszystkim czuwał i wszystkiego doglądał Pan Janusz. Podczas występu grupy, siedział sobie na „melexie”, palił papieroska i popijał niemieckie piwo z puszki, ruszając do taktu nóżką. Miał do tego oczywiście wąsy, był gruby i nosił ciemne okulary oraz przerzedzone włosy spięte w kitkę. Kiedy koncert się skończył i zespół chciał się rozliczyć z organizatorem, pan Janusz podjechał „melexem” do kapeli, wyciągnął z kieszeni pęgę z pieniędzmi, przeliczył, wydał umówioną kwotę, po czym to co zostało schował sobie do drugiej kieszeni, mówiąc: „Z państwowego to i dwiesta warto”, a następnie serdecznie się uśmiechnął.
Marszałek Sejmu Kuchciński, zabierał na pokład samolotu służbowego zupełnie prywatnych członków rodziny, którzy z nim latali z Rzeszowa albo do Rzeszowa, bo marszałek akuratnie stamtąd. Naturalnie, nie płacił za nich, bo to przecież za państwowe, znaczy za niczyje. Nie dość że nie zarabia na stanowisku najmniej, to oczywiście nie będzie ze swoich pieniędzy finansował fanaberii swoich bliskich, bo i po co. Z państwowego to i dwiesta warto, jak mawiał klasyk. Oczywiście, jak większość polskich polityków, marszałek Kuchciński nie uczy się na błędach oraz posiada silny imposybilizm wewnętrzny, który nie pozwała mu na przyznanie się do błędu. Bo wszak nie on pierwszy i najpewniej niestety, nie ostatni, tnie na państwowym jak golarz Filip. A za Platformy Borusewicz nie latał psa wyprowadzać do domu na Wybrzeżu? Każdy z nich po jednych pieniądzach. Państwowych, ma się rozumieć. Gdyby marszałek Kuchciński, jakimś cudem umiał antycypować skutki tego, co się wydarzy przy okazji wpadki wizerunkowej z lataniem za państwowe, na oczach kamer przeprosiłby za nadużycie i pokazał kwitek z poczty, z potwierdzaniem przelewu na umówioną kwotę którą wylatali na państwowym pokładzie jego prywatni bliscy. I po sprawie. Jest oczywiście tak, jak mówią koledzy z PiS-u i z Kancelarii Sejmu; czy lecę ja sam, czy lecę z żoną czy z synem, czy z marszałkiem województwa albo dziennikarzami, to samolot i tak leci, pali tyle samo paliwa i tyle samo kosztuje jego eksploatacja, ale oczywiście, macie Państwo rację, nie jest w porządku, żeby swoje prywatne sprawy załatwiać przy okazji służbowych obowiązków, choć, umówmy się, zawsze się u nas tak robiło i nikt sobie nie krzywdował, ale fakt, jeśli chcemy coś zmieniać na lepsze, dać dobrą zmianę, winniśmy zacząć od samych siebie, więc ja, Marszałek Sejmu, przepraszam, oddaję po cenie komercyjnej za bilety i obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. W cywilizowanym państwie, w którym rządzą i się opozycjonują rozsądni i rzeczowi politycy zapewne by tak było. U nas jednak, w ustroju na pograniczu zachodniej demokracji i bantustanu, nadal, czy to postkomunę czy styropianową opozycję od siedmiu boleści, obwiązują zasady barwnie nakreślone przez Pana Janusza.
Oczywiście, opozycja dziś krzyczy jaki to z Marszałka darmozjad, ale sama też nie jest lepsza. To, że chce przed wyborami zbić na każdej wpadce rządu kapitał jest wszak czymś oczywistym i zupełnie normalnym; gdybym był opozycją, też bym tak robił. Mnie bardziej jednak martwi to, że polski polityk, en masse, w swoich poczynaniach nie zakłada horyzontu dłuższego niż dzień, dwa. Jak atakują, znaczy trzeba przejść do kontrataku, najbardziej trywialnymi i łopatologicznymi metodami. Zarzucacie mi marnotrawstwo? Taaak? A kto przehulał kapitał narodowy? Kto sprzedał Niemcom stocznie? Kto kamienice Żydom chce oddawać? Przy tych waszych geszeftach, te moje latanie to jest bzyk komara. I takim cepem ładują się po łbach, jedni z drugimi, a ja na to wszystko patrzę, i czuję, jakby ktoś mi dał w mordę. Jedni i drudzy traktują mnie jak wsiowego głupka, który rozdziawia gębę i gapi się, jak się psy na łańcuchach żrą pod budą. Założę się, że macie Państwo podobnie. Ale ja tak łatwo ogolić się nie dam!
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Jak politycy PiS psują prawo

Wydarzyła się rzecz bez precedensu – Ministerstwo Sprawiedliwości groziło pozwem sądowym przeciwko grupie naukowców za opinie na temat projektu ustawy, przedstawione w trakcie prac legislacyjnych.

Sądu jednak nie było. Minister Zbigniew Ziobro powiedział, że pozew nie zostanie wniesiony, ale nie wycofał się z zarzutów pod adresem Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego.

Chodzi o obszerną nowelizację Kodeksu Karnego, której treść jak i sposób jej procedowania wzbudził wielkie kontrowersje w środowisku prawniczym. W projekcie zaproponowano zaostrzenie kar za wiele przestępstw, między innymi w stosunku do nieletnich, wprowadzenie 30 lat więzienia w miejsce dotychczasowej kary 25 lat, czy możliwość orzeczenia kary dożywotniego pozbawienia wolności bez możliwości warunkowego przedterminowego zwolnienia.

Zdaniem prawników z Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego, w rezultacie chaotycznego i szybkiego procedowania tej noweli ustawa po wyjściu z Senatu zawiera „wiele błędów, sprzeczności i groźnych systemowo luk”.

Aby temu zapobiec – a był jeszcze czas, bo poprawkami Senatu musiał się zająć Sejm – 9 czerwca Instytut opublikował na swoich stronach obszerną, licząca 110 stron opinię. W związku z „rażąco niekonstytucyjnym i nieregulaminowym trybem prac” oraz wprowadzeniem do ustawy błędów, sprzeczności i luk rekomendowano przerwanie prac nad nią.

Moralny obowiązek

Wyrażanie opinii, przedstawianie uwag na temat projektów aktów prawnych jest prawem każdego obywatela, a moralnym obowiązkiem ekspertów w dziedzinie poddawanej interwencji prawnej. Autor projektu może uwagi przyjąć, może je odrzucić, może wreszcie, co dzieje się nader często, zignorować je, ale nie ma prawa nikogo straszyć sądem za opinie, z którymi się nie zgadza. Przynajmniej takie są standardy w państwach prawa.

Większość sejmowa nie wzięła opinii KIPK pod uwagę. 13 czerwca posłowie uchwalili ustawę przyjmując 41 z 42 poprawek zaproponowanych przez senatorów.

Zareagował natomiast autor projektu, Ministerstwo Sprawiedliwości, które 15 czerwca na swoich stronach poinformowało, że pozwie „za kłamstwo profesorów i doktorantów krakowskiego uniwersytetu do sądu, w obronie swojego dobrego imienia, w obronie polskiego wymiaru sprawiedliwości, a także w obronie renomy samego Uniwersytetu Jagiellońskiego”.

Owym kłamstwem miała być opinia, że „poprawki Senatu powodują, że przepisy dotyczące przestępstw łapownictwa/korupcji nie będą miały zastosowania do osób zarządzających największymi, strategicznych spółkami handlowymi z udziałem Skarbu Państwa, co może doprowadzić do ich bezkarności za niektóre czyny korupcyjne w sektorze publicznym.” Za tym stwierdzeniem stoi dość skomplikowany wywód związany z wprowadzoną przez ministerstwo zmianą w definicji „osoby sprawującej funkcję publiczną”, którą senatorowie chcieli doprecyzować, ale zdaniem pracowników krakowskiego Instytutu doprowadzili zamiast tego do wspomnianego absurdu. Ministerstwo takiego zagrożenia nie widzi.

Bez względu na to kto ma rację należy się zgodzić z oświadczeniem Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, w którym czytamy „takie działanie Ministerstwa stanowiłoby bezprecedensowe naruszenie prawa do swobody działalności naukowej oraz swobody wypowiedzi. Mogłoby także wywołać efekt mrożący, uniemożliwiając w przyszłości debatę publiczną na temat aktów prawnych o istotnym publicznym znaczeniu.” Jak wspomniano, po dwóch dniach okazało się, że pozew nie zostanie wniesiony.

W szalonym tempie

Warto przyjrzeć się temu jak w rządzie, a potem w parlamencie pracowano nad rządowym projektem zmiany ustawy Kodeks Karny oraz niektórych innych, gdyż przy tworzeniu tego projektu naruszono zasady regulaminu pracy Rady Ministrów, regulaminu Sejmu RP oraz regulaminu Senatu.

Projekt nowelizacji Minister Sprawiedliwości upublicznił 25 stycznia br., choć jak stwierdził na posiedzeniu Senatu minister Zbigniew Ziobro pracowano nad nim od dwóch lat. W tym dniu rozpoczęto uzgodnienia międzyresortowe, konsultacje publiczne i opiniowanie. Na przedstawienie opinii w ramach konsultacji publicznych dano, bez żadnego uzasadnienia tej decyzji, tylko 14 dni.

W konsekwencji tylko trzy z 12 podmiotów, których pisma zostały upublicznione na platformie Rządowego Procesu Legislacyjnego, zdołały odpowiedzieć w terminie. Większość przesłanych stanowisk zawierała uwagi krytyczne. Wiele uwag przedstawiło także Rządowe Centrum Legislacji, Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz Finansów. Skutkiem było przygotowanie na początku maja drugiej, nieco zmienionej wersji projektu. Tę wersję, co warto podkreślić, gdyż zdarza się to rzadko, również przekazano do konsultacji, które tak jak za pierwszym razem trwały 14 dni. Otrzymano sześć, z wyjątkiem jednej krytycznych opinii. W jednej z nich konsultacje tak poważnej nowelizacji, w tak krótkim czasie nazwano „pozorowanymi”.

14 maja rząd zdecydował o natychmiastowym przesłaniu projektu do Sejmu. Pominięto przy tym kilka etapów prawidłowego procesu legislacyjnego. Projekt ustawy nie był przedmiotem prac Komisji Prawniczej, ani Stałego Komitetu RM. Oznacza to, że w praktyce zastosowano tryb odrębny (art.99 Regulaminu pracy RM), choć nie dopełniono warunku niezbędnego do jego zastosowania – wyrażenia zgody na jego zastosowanie przez „Prezesa Rady Ministrów albo działającego z jego upoważnienia Sekretarza Rady Ministrów” (art. 100). A więc już na rządowym etapie prac nad tym projektem nie przestrzegano zasad poprawnej legislacji zapisanych w Regulaminie pracy Rady Ministrów.

Żaba podstawia nogę

Posłowie opozycji oraz dziennikarze uważali, że powodem nadzwyczajnego przyspieszenia prac nad nowelizacją Kodeksu Karnego był fakt emisji w Internecie 12 maja filmu braci Sekielskich o pedofilii w polskim Kościele. W ciągu trzech dni film ten obejrzało 14 milionów osób.

Był to czas ostatnich dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Rząd postanowił pokazać, że walczy z pedofilią. Fakt, że podczas I czytania projektu ustawy głos zabrał premier Mateusz Morawiecki przedstawiając projekt nowelizacji jako konieczne narzędzie do walki z pedofilią zdaje się uprawdopodobniać tę tezę.

Uchwalenie potężnej, liczącej 40 stron nowelizacji Kodeksu Karnego, do której posłowie zgłosili 25 poprawek, zajęło posłom zaledwie 33 i pół godziny. Zgodnie z zapisami Rozdziału 4 regulaminu Sejmu RP nie mogło ono trwać mniej niż 15 dni. Marszałek ma prawo zastosować przyspieszony tryb postępowania (Art. 51) w stosunku do projektów ustaw lub uchwał, a nie w stosunku do projektów kodeksów lub nowelizujących kodeksy. Doszło więc do złamania Regulaminu Sejmu, a niektórzy eksperci twierdzili, że doszło także do godzenia „w konstytucyjne zasady prawidłowej legislacji, stabilność prawa i zaufania obywateli do państwa”

Następnego dnia po zakończeniu nadzwyczaj szybkiej pracy posłów Marszałek Sejmu przekazał ustawę do Senatu. Prace senackie rozpoczęły się 23 maja na posiedzeniu Komisji Ustawodawczej oraz Komisji Praw Człowieka, Praworządności i Petycji. Komisje wniosły o wprowadzenie 41 poprawek do ustawy, z których część było swoistą autopoprawką, gdyż została zaproponowana przez Ministra Sprawiedliwości. W trakcie debaty plenarnej senatorowie przedstawili kolejne cztery.

Ostatecznie Senat 24 maja po godz. 22 przyjął 42 poprawki. Problem w tym, że co najmniej kilka z tych poprawek było niezgodnych z zasadami zapisanymi w regulaminie Senatu, gdyż ich treść wychodziła merytorycznie poza zawartość ustawy uchwalonej przez Sejm. W poprawkach nr 26, 33, 34 i 35 senatorowie postanowili wprowadzić zmiany w ustawach, których nie znowelizowali posłowie. Jeśli senatorowie widzieli taką konieczność powinni „przedstawić wniosek o podjęcie [własnej] inicjatywy ustawodawczej wraz z projektem odpowiedniej ustawy” (art. 69 regulaminu Senatu).

Obecnie projekt czeka na wyrok Trybunału Konstytucyjnego.

Jak chcą to mogą

Myliłby się ten, kto by na podstawie opisanego powyżej przykładu uważał, że nasi legislatorzy są nieprzygotowani do prawidłowego tworzenia aktów prawnych, nie potrafią przygotować spójnego, dobrze uzasadnionego projektu, właściwie go skonsultować i uzgodnić. Są przykłady, które świadczą o tym, że jest odwrotnie.

Liczba pracowników ministerstw i instytucji centralnych od kilku lat szkolonych w praktykach poprawnej legislacji, znających najlepsze wzorce zagraniczne, grubo przekracza setkę. Są do dyspozycji materiały pomocnicze, choćby „Wytyczne do przeprowadzenia oceny wpływu i konsultacji publicznych w ramach procesu legislacyjnego”. Wreszcie mamy przykłady dobrze prowadzonych projektów ustaw.

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w 2017 r. przeprowadziło trwające niemal rok, z użyciem kilku różnych narzędzi, takich jak konferencje regionalne, warsztaty czy badanie opinii, pogłębione konsultacje nowelizacji ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych. Część projektów ustaw przygotowywanych w byłym Ministerstwie Rozwoju poprzedzona była dobrze przeprowadzonymi pre-konsultacjami. Inna sprawa, że wiele z tych pozytywnych działań realizowanych jest w ramach projektów unijnych.

To, czy ustawa jest dobre przygotowana i procedowana zgodnie z zasadami poprawnej legislacji, zależy od polityków. To członkowie rządu decydują, ile czasu chce się poświęcić na ten proces, czy chce się poważnie potraktować proces konsultacji i opiniowania, czy pro forma, czy przychylić się do głosów opozycji, czy en bloc wszystkie poprawki odrzucić, wreszcie czy projekt rządowy zgłosić jako poselski, aby uniknąć konsultowania ich z obywatelami.

Ponieważ tak wiele również w procesie tworzenia prawa zależy od polityków aktualnie sprawujących władzę obywatele i ich organizacje muszą mieć prawo do swobodnego wypowiadania opinii na temat tworzonych aktów prawnych oraz pilnowania, aby było ono procedowane zgodnie z zasadami prawidłowej legislacji.

Lobbing?! Jaki lobbing?!

„Przychodzą firmy, które zabiegają o to, żeby je zauważyć” – tak wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki wyjaśnia sens sejmowego spotkania grupy posłów PiS
z przedstawicielami wielkiego zagranicznego koncernu tytoniowego.

Czy szefowie resortu zdrowia i posłowie powinni umawiać się w Sejmie na spotkania z przedstawicielami zagranicznych koncernów tytoniowych, by dawać się przekonywać, jak mało szkodliwe są ich produkty?
Zdaniem liderów Prawa i Sprawiedliwości nie ma w tym nic złego. Tym bardziej, że spotykają się działacze obozu zjednoczonej prawicy, którzy przecież wiedzą co jest dobre dla Polaków.

O wyższości tytoniu podgrzewanego

Do takiego właśnie spotkania doszło 16 maja bieżącego roku. Urzędujący wiceminister zdrowia Zbigniew Król oraz prominentni parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości rozmawiali w sejmowej sali im. Macieja Rataja z przedstawicielami koncernu Philip Morris Polska (poinformowało o tym radio RM FM).
W PiS-owskiej grupie był m.in. wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki (człowiek palący, to on zorganizował spotkanie posłów PiS z reprezentantami koncernu), obecny przewodniczący sejmowej komisji zdrowia Tomasz Latos, senator i były minister zdrowia Konstanty Radziwiłł oraz kilku innych posłów. Narada poświęcona była nowoczesnym wyrobom tytoniowym, a konkretnie rozmawiano o wyższości tytoniu podgrzewanego nad zwykłymi papierosami.
Spotkanie miało charakter zamknięty, bez udziału osób postronnych i mediów. Władze Sejmu dyskretnie nie poinformowały o nim na stronach internetowych poświęconych aktywności posłów – co poniekąd zrozumiałe, bo tego koncernu nie ma w wykazie firm prowadzących działania lobbingowe w Sejmie. To zaś oznacza, że jego przedstawiciele nie powinni konferować w siedzibie najwyższej władzy ustawodawczej z członkami tejże władzy na temat zalet swych produktów.
Na późniejsze pytanie w sprawie charakteru spotkania, dziennikarz RM FM otrzymał odpowiedź: „Kancelaria Sejmu nie ma wiadomości o wspomnianym przez Pana spotkaniu”. Posłowie PiS nie ukrywali jednak swego w nim udziału. Wicemarszałek Ryszard Terlecki wyjaśnił, że dotyczyło ono „sposobu używania nikotyny, podobno zdrowszego niż papierosy”.
Natomiast senator Konstanty Radziwiłł dodał, iż spotkanie odbyło się z inicjatywy producentów tytoniu podgrzewanego. Czyli, to oni dotarli do wicemarszałka Ryszarda Terleckiego.
Senator Radziwiłł uchylił też nieco rąbka tajemnicy, ujawniając, że podczas prac nad ustawą tytoniową przedstawiciele wielkich koncernów aktywnie zabiegali o wprowadzenie korzystnych dla siebie zapisów. Dodał, że usiłują oni przekonać legislatorów, iż alternatywne sposoby konsumpcji tytoniu są mniej szkodliwe.

PiS dba o zysk wielkich koncernów

Warto zauważyć, że PiS-owska większość w parlamencie ma już na swym koncie niejedno rozstrzygnięcie korzystne dla zagranicznych koncernów tytoniowych. Parlament w grudniu 2017 r. zdecydował bowiem, że papierosy elektroniczne oraz tytoń do podgrzewania będą zwolnione z akcyzy do końca 2018 r.
Potem PiS-owska większość jeszcze raz postanowiła chronić zyski wielkich koncernów. Zdecydowano więc, że akcyza na płyny do e-papierosów i tytoniu do podgrzewania nie będzie pobierana aż do lipca przyszłego roku!.
Zrozumiałe zatem, że branża spodziewa się kontynuowania owocnej współpracy – i czeka na kolejne decyzje Prawa i Sprawiedliwości podejmowane w interesie zagranicznych koncernów tytoniowych. Zapewne się nie zawiedzie. Można bowiem przypuścić, że gdy zbliży się termin rozpoczęcia poboru akcyzy, PiS znowu postanowi, że nie będzie ona pobierana.
Wicemarszałek Terlecki przekonuje wszem i wobec, że zorganizowane przez niego spotkanie z przedstawicielami zagranicznego koncernu tytoniowego nie miało nic wspólnego z przygotowywaniem żadnej ustawy. Jak powiedział, odbywa po kilka podobnych spotkań dziennie. „Przychodzą firmy, które zabiegają o to, żeby je zauważyć” – oświadczył wicemarszałek Terlecki.
Wicemarszałek poinformował o tym spotkaniu również w mediach społecznościowych (co uczynił, jak pisze, w związku z szumem medialnym na ten temat). Jego wyjaśnienia, delikatnie mówiąc, nie spotkały się z powszechnym zrozumieniem. Oto niektóre z pierwszych reakcji internautów:
„Kawa na ławę, ile zaproponowaliście za zmiany w ustawie?”. „Płacą w euro czy w wagonach?”. „Kiedy spotkanie z producentem butaprenu?”. „O szkodliwości margaryny będzie Pan rozmawiał z producentami margaryny?”. „Philip Morris towarzyskim odkryciem Terleckiego”. „Do kopertek od 50 kafli wzwyż ma prawo tylko pan Jarek”. „Czasy się zmieniają, a Pan zawsze blisko używek”. „A my panu wierzymy. Jest pan żywa reklamą firmy tytoniowej” . „A gdzie protokół z tego spotkania?”. „Protokół jest tajny – zawiera informacje handlowe, media, ani osoby postronne (czytaj ci bez legitymacji PiS) nie mają do niego dostępu”. „Ile paczek w łapę wziąłeś?”. „Czyli, doszły Pana słuchy, że palenie jest szkodliwe i chciał się Pan dowiedzieć od producenta, czy to aby prawda?”. „Rysiu, co wy tam palicie?”. „Za jakiś czas wyjdzie ustawa niezwykle korzystna dla koncernu, to kwestia czasu”.
I tak dalej, i tak dalej…

Posłowie powinni się spotykać

W sukurs wicemarszałkowi Terleckiemu i innym uczestnikom spotkania z zagranicznym koncernem tytoniowym postanowił przyjść instytut WEI (Warsaw Enterprise Institute) uchodzący za tzw. zaplecze intelektualne Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.
WEI uważa, że posłowie powinni się spotykać z przedsiębiorcami i ubolewa, że materiał radia RMF FM nie prowadzi do wniosku, iż konieczne byłoby wypracowanie standardów właściwego działania lobbingowego, lecz jedynie odnosi się do napiętnowania pojedynczego spotkania, podczas którego nie doszło nawet do złamania ustawy lobbingowej przyjętej w 2005 r. Zdaniem WEI, dla poprawy standardów działań lobbingowych ta sprawa przyniesie więcej szkód niż pożytków (co akurat jest prawdą).
Dlaczego sejmowe spotkanie posłów PIS z przedstawicielami zagranicznego koncernu tytoniowego nie stanowiło, według WEI, złamania polskiej ustawy lobbingowej?
Ano dlatego – twierdzi WEI – że ustawa dotyczy sytuacji, w której trwa proces legislacyjny, a tymczasem z informacji medialnych nie wynika aby wspomniane spotkanie dotyczyło jakiejkolwiek ustawy lub rozporządzenia nad którym toczą się obecnie prace legislacyjne.
Ponadto, biorący udział w spotkaniu przedstawiciele zagranicznego koncernu tytoniowego nie mogą być traktowani jako zawodowi lobbyści, bowiem działali w imieniu swojej firmy a nie podmiotu trzeciego. Ustawa lobbingowa nie ma zastosowania do takich sytuacji, a więc nie mogła zostać złamana – stwierdza WEI.

Lobbing pełną gębą

Eksperci tego instytutu coś niedokładnie przeczytali ustawę lobbingową na którą się powołują. Otóż stwierdza ona wyraźnie w art 2 pkt. 1:
„W rozumieniu ustawy działalnością lobbingową jest każde działanie prowadzone metodami prawnie dozwolonymi zmierzające do wywarcia wpływu na organy władzy publicznej w procesie stanowienia prawa”. Sejm jest najwyższym organem władzy ustawodawczej, zatem proces stanowienia prawa to jego stałe, nieprzerwane zadanie. Posłowie PiS byli w pracy gdy się spotkali – służbowo – z przedstawicielami zagranicznego koncernu tytoniowego.
Oczywiste jest więc, że to spotkanie było elementem należącym do procesu stanowienia prawa przez posłów. Wbrew temu co twierdzą eksperci WEI, podlegało ono ustawie lobbingowej, nawet jeśli jednoznacznie nie dotyczyło konkretnych przepisów nad którymi toczą się obecnie prace legislacyjne – tym bardziej, że ustawa nie mówi o przepisach nad którymi trwają określone prace legislacyjne (jak uważa WEI), lecz szerzej, o całym procesie stanowienia prawa przez organy władzy publicznej.
Ponadto, inaczej niż chce WEI, ustawa lobbingowa nic nie mówi o tym, że działalność lobbingowa musi być prowadzona na rzecz podmiotów trzecich aby mogła podlegać przepisom tej ustawy. Mówi zaś – we wspomnianym art. 2 pkt. 1 – że w rozumieniu ustawy, działalnością lobbingową jest „każde działanie prowadzone metodami prawnie dozwolonymi”.
Owszem, inny przepis ustawy lobbingowej precyzuje, że w rozumieniu jej przepisów, zawodową działalnością lobbingową jest zarobkowa działalność lobbingowa prowadzona na rzecz osób trzecich. Tyle, że już początek pierwszego zdania artykułu 1 tej ustawy stwierdza, że określa ona „zasady jawności działalności lobbingowej” – bez ograniczenia, że chodzi wyłącznie o jawność zawodowej działalności lobbingowej na rzecz osób trzecich. Ustawa dotyczy więc wszelkiej działalności lobbingowej – nie tylko prowadzonej zawodowo na rzecz osób trzecich.
Ustawa lobbingowa jak najbardziej ma więc zastosowanie do zorganizowanego w Sejmie spotkania posłów PiS z reprezentantami zagranicznego koncernu tytoniowego. Choć można być pewnym, że partyjno-rządowa propaganda Prawa i Sprawiedliwości prowadzona przez tzw. media publiczne, będzie wmawiać, iż kryształowo uczciwym posłom PiS nie postał w głowach nawet cień myśli o lobbingu.

Polska rządzona z Nowogrodzkiej

Samorządy nie są tym, co obecna władza lubi najbardziej. Na razie jednak nie zrobiła im specjalnej krzywdy.

 

Od listopada 2015 r. gdy Prawo i Sprawiedliwość zaczęło rządzić, trwa proces budowy państwa scentralizowanego, z rosnącymi uprawnieniami władzy w Warszawie i stopniowo uszczuplanymi – w samorządach.
Pojawiają się nawet opinie, że od prawie trzech lat trwa nieprzerwany proces demontażu samorządności terytorialnej. To ograniczanie władztwa samorządów dokonuje się poprzez odbieranie zadań jednostkom samorządu i przekazywanie ich organom administracji rządowej lub podmiotom im podległym.
Jak ocenia zdecydowanie antyPiS-owskie Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza, brakuje finansowania adekwatnego do zadań administracji lokalnej. Następuje zmniejszanie efektywności samorządów w imię interesów władzy centralnej.
FOR wskazuje, że aż 9 z 11 ustaw „antysamorządowych” to inicjatywy poselskie, które nie wymagają konsultacji publicznych i otwartych debat.
„W ten sposób rząd rozpisał plan całkowitego demontażu Polski samorządowej na ciche akty, wykonywane przez poszczególnych posłów” – ocenia Forum. Zwraca uwagę fakt, że autorami poselskich projektów ustaw antysamorządowych najczęściej są posłowie, którzy nie posiadają dużego doświadczenia parlamentarnego i legislacyjnego. Firmują oni większość projektów ustaw, przeprowadzonych przez Sejm . Wynika z tego, że rządowo-sejmowy sztab legislatorów PiS przygotowuje tzw. projekty poselskie, a obowiązek ich podpisywania spoczywa przede wszystkim na posłach „nowicjuszach”.
Dodatkowo, rządzący, poprzez wykorzystywanie inicjatyw poselskich (a więc przy 9 z 11 ustaw) ograniczają instytucję, która w założeniu miała przeciwdziałać uszczuplaniu kompetencji samorządów, czyli Komisję Wspólną Rządu i Samorządu Terytorialnego. W pozostałych dwóch przypadkach rząd zignorował zaś obowiązek konsultacji z KWRiST, czym podważył 25-letni okres współpracy wielu rządów z reprezentantami samorządu terytorialnego.
Ponadto, partia rządząca uchwaliła jedną z ustaw w 2 dni, zaś aż 4 z 11 ustaw „antysamorządowych” w czasie poniżej 30 dni.
Wśród „najbardziej szkodliwych” przykładów odebrania zadań samorządom FOR wymienia:
– przejęcie przez ministra ochrony środowiska kontroli nad Wojewódzkimi Funduszami Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz zarządzania ich finansami (przez większość w radach nadzorczych i narzucenie jednolitego statutu);
– przejęcie przez Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie zarządzania wodami istotnymi dla potrzeb rolnictwa oraz zapobiegania powodziom, połączone z likwidacją Wojewódzkich Zarządów Melioracji i Urządzeń Wodnych (samorządowych jednostek budżetowych);
– odebranie województwom Ośrodków Doradztwa Rolniczego (przymusowe przekształcenie samorządowych osób prawnych w państwowe osoby prawne).
– uzależnienie przekształcania lub likwidacji szkół oraz uchwalania planów sieci przedszkoli i szkół od obowiązkowej i pozytywnej opinii kuratora oświaty;
– odebranie prawa do zatrudniania na czas określony asystentów i doradców przez wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, starostów powiatowych i marszałków województw.
– odebranie prawa do kandydowania na trzecią kadencję urzędującym wójtom, burmistrzom i prezydentom miast,
Cóż, przy najbardziej krytycznym stosunku wobec obecnej ekipy, trudno uznać, że są to jakieś fundamentalne uderzenia w idee samorządności. Często zresztą łamane przez rozmaite władze lokalne.

Flaczki tygodnia

Pamiętacie „Drugą Japonię” obiecaną wam przez pana „przydęta” Wałęsę?
Albo „Zielną wyspę”, czyli drugą Irlandię ogłaszaną przez Donalda Tuska?
Albo spełnioną obietnicę Andrzeja Leppera, że tu już nigdy „Wersalu nie będzie”?
Teraz kolejna ekipa rządząca buduje nam kolejną „drugą”. Drugą Turcję.

***

Tym razem nie deklarują tego otwarcie. Ale już widać jaki wykluwa nam się nowy system władzy. Mamy już pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego posiadającego sułtańską władzę. Do wykonywania swych poleceń pan sułtan Kaczyński ma kilku wezyrów. Stale łaszących się o łaski sułtana i zawzięcie, pod przysłowiowym dywanem, walczących o strefy wpływów i zakres władzy.

***

Aktualnie wielkim wezyrem jest Mateusz Morawiecki. Obecnie jeździ on po kraju i obiecuje poddanym „Wspaniałe stulecie”.

***

Pan sułtan Jarosław, jak każdy autorytarny władca, nie akceptuje oświeceniowego trójpodziału władzy. Ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Władzę wykonawczą i ustawodawczą skupił już w swoich rękach. Sejm, Senat i większość z ministrów swojego rządu sprowadził do roli eunuchów politycznych.

***

Pozostały jeszcze niekontrolowane sądy w Rzeczpospolitej. Dlatego pan sułtan Kaczyński sprowadza właśnie do eunuchowego stanu. Przy pomocy ślepo wiernych janczarów. Pod wodzą agi Stanisława Piotrowicza i agi Krystyny Pawłowicz.

***

Opozycję i wszystkich nie akceptujących sułtanatu Kaczyńskiego, jaśnie pan sułtan traktuje jak kiedyś władcy osmańscy, jak „raję”. Obywateli drugiej kategorii. Raję teraz zwaną „Polakami drugiego sorta”, albo „postkomuną”.

***

Jak w każdym sułtanacie, tak i w sułtanacie Kaczyńskim, mamy religię panująca. W Polsce taką rolę pełni kościół katolicki. Podstawą relacji państwo – kościół jest znany z minionych wieków „sojusz tronu i kropidła”.

***

Każdy kreujący się na poważnego sułtan musi mieć swojego śmiertelnego wroga skrywającego się za granicą imperium. Obecny prezydent Turcji Erdoğan, odnawiający tam system sułtański, ma swojego Fethullaha Gülena w USA. Pan sułtan Kaczyński ma Donalda Tuska w Brukseli. W sułtanacie tureckim odpowiedzialnym za wszystkie porażki jest Gülen i jego zwolennicy. W Polsce takim Gülenem jest Tusk i „totalna opozycja”.

***

A harem? Gdzie jest w Polsce harem niezbędny w każdym systemie sułtańskim?

***

Spokojnie. Mamy i harem. Popatrzcie tylko na wianuszek posłanek otaczających sułtana Kaczyńskiego otoczonego zwykle przez obwarzanek ochroniarzy. Wianuszek zwany przez zazdrosnych posłów PiS – „bandą tapirów”. Zwany tak od stylu czesania się obowiązującego w żeńskich elitach PiS.
Jaśnie pan sułtan regularnie obcałowuje rączki „bandy tapirów” i słodzi ją swoimi żarcikami. O więcej mowy nie ma, bo sułtan Kaczyński, jak prezydent Kaczyński, „przypala, ale się nie zaciąga”. Dlatego banda tapirów nie liczy na sex z sułtanem, ani na prokreację. Na tym dworze najwyższym aktem łaski sułtańskiej jest bilet do Parlamentu Europejskiego.

***

Pamiętacie wezyra Beatę Szydło. Zwaną też na dworze „sułtanką Beatą”. Tak chciała się przypodobać swemu panu sułtanowi, że pokazała mu pazurki. Ten jednak zniesmaczył się takim obnażaniem i wezyr Beata popadła w niełaskę. Teraz spływa Dunajcem wypatrując pocieszenia w euro parlamencie.

***

System sułtański to także styl życia. Zauważcie, że prominenci PiS lubią nawiązywać do Sarmatów z I Rzeczpospolitej. A tamci swoje ubiory, uzbrojenie, uczty inspirowali wzorami czerpanych z imperium osmańskiego. Polski kontusz, pas słucki, szabla były wzorowane na ich tureckich odpowiednikach.

***

Nic zatem dziwnego, że w ubiegły piątek prominenci PiS urządzili sobie balangę, nazwaną dla oszukania „ciemnego ludu” – posiedzeniem Zgromadzenia Narodowego z okazji „550 – lecie polskiego parlamentaryzmu”, w iście sułtańskim stylu. W ekskluzywnym namiocie, bo takie wnętrza sułtani i eunuchy lubią. Namiocie wynajętym na jeden dzień za jeden milion złotych! Bo sułtanat to system lubiący ostentacyjny przepych.

***

Niestety podczas balangi namiot święcił rzędami pustych krzeseł, bo „raja” nie skorzystała z łaski eunuchów sułtańskich, i zbojkotowała obrady. Platforma Obywatelska nie przyszła a opozycja z Nowoczesnej i PSL demonstracyjnie wyszła podczas przemówienia sułtańskiego wezyra pana prezydenta Andrzeja Dudy. Pozostali parlamentarzyści Kukiz15, zachowujący się jak komsomoł PiS. Dlatego kosztowną budżetowo balangę obchodzono w wąskim gronie. Eunuchów i eunuszek. PiS jego kukizowego komsomołu.

***

Jan Duns Szkot, średniowieczny teolog i logik, dowodził, że fakt nie zapisany w źródłach historii faktycznie nie istnieje. Pewnie dlatego pan Marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński, prominentny eunuch polityczny na dworze sułtana Kaczyńskiego, wprowadził doktrynę Jana Dunsa Szkota w życie.
Pod koniec wspomnianej balangi w namiocie wynajętym aż za milion złotych polskich odczytano protokół relacjonujący jej przebieg. Ku pamięci potomnym. W protokole ani słowem nie odnotowano bojkotu opozycyjnej rai. Kiedy jedyny, pozostający w namiocie, opozycyjny poseł próbował wnieść zgodną z prawdą i z obowiązującym Regulaminem Sejmu poprawkę odnotowującą protest opozycji parlamentarnej, to wspomniany wyżej, eunuchowaty politycznie pan Marszałek udawał, że nie widzi parlamentarzysty i jego poprawki.

***

Takim zachowaniem pan Marszałek Kuchciński złamał Regulamin Sejmu RP i tradycje polskiego parlamentaryzmu nakazują dopuszczanie do głosu opozycji. Nie uszanował zasad polskiego parlamentaryzmu nawet na obchodząc jego 550-lecie.

***

Jakub Hartwich, Iwona Hartwich, Aneta Rzepka, znani w protestu w Sejmie w obronie interesów niepełnosprawnych obywateli naszego kraju dostali zakaz wstępu do Sejmu. Wydał go wspomniany już wyżej pan marszałek Marek Kuchciński. Najgorszy marszałek w historii Sejmów III i IV Rzeczpospolitej, Regularnie mylący role marszałka polskiego Sejmu z funkcją kapo polskiego obozu koncentracyjnego.

***

Pan poseł Marek Suski w rozmowie z Robertem Mazurkiem ujawnił w „Dzienniku. Gazeta Prawna”, że miał poważną ofertę pracy w Hollywood na stanowisku perukarza damsko – męskiego. Szansę spełnienia się w tym zawodzie, bycia najlepszym nawet tam. Niestety zapisał się do PiS. Nie pierwszy to, i nie ostatni niestety, przypadek zmarnowania kariery, a może i życia, przez partię pana sułtana Kaczyńskiego.