Koń, sprawa polska i podpis na Trzaskowskiego

Wychudzone i zaniedbane konie ze stadniny w Janowie Podlaskim stanowią wyjątkowo celny symbol polityki kadrowej PiS, ale to nic nowego i nadzwyczajnego.

Koni żal, ale co ma powiedzieć polskie państwo, którym rządzą: największy polityczny manipulator, marionetkowo-partyjny prezydent, notorycznie mijający się z prawdą premier, nieprzestrzegający prawa minister sprawiedliwości, podatny na partyjne dyrektywy oraz niewyjaśnione interesy minister zdrowia i wszechpotężna telewizyjna wańka-wstańka, wspomagani przez ułaskawionego przed wyrokiem kolejnego ministra. W tym świetle awantura w radiowej Trójce wydaje się mało istotnym incydentem, zaś wszystko to razem wzięte wcale nie jest nowością, a jedynie obrzydliwym smrodem ciągnącym się w Polsce od ponad trzydziestu lat.

Józefa Hennelowa

w wywiadzie zamieszczonym w marcowym wydaniu miesięcznika „Kraków” bardzo się użalała: „Nie tak dawno z Radia Kraków wyrzucono naczelną miesięcznika „Znak” Dominikę Kozłowską, bo ośmieliła się do swojej audycji zaprosić innego przedstawiciela katolicyzmu otwartego Henryka Woźniakowskiego.” Natomiast nie przypominam sobie aby pani redaktor – wieloletni dziennikarz bardzo ważnego tygodnika – w jakiejkolwiek postaci wyraziła co najmniej niepokój, nie mówiąc już o proteście, wobec wyrzucenia na bruk redaktora naczelnego jednego z najważniejszych, partyjnych dzienników w kraju. Też znanego dziennikarza, otwartego, a w stosunku do opozycji nadzwyczaj koncyliacyjnego, metodą wyjątkowej kurtuazji poprzez wręczenie zwolnienia na redakcyjnym korytarzu przez pełnomocnika, lepiej będzie, przez komisarza solidarnościowej, zwycięskiej władzy.

To symbol

powszechnych dokonań nowych, pono demokratycznych rządów oraz różnych środowisk i tzw. autorytetów, którym dziwnie zamurował się słuch, wzrok, nie wspominając już o najzwyklejszej przyzwoitości. Weryfikacja dziennikarzy u początku stanu wojennego jawi się wręcz jako akcja humanitarna w porównaniu do powszechnej czystki, na wzór radziecki, dokonanej w tym środowisku u początku III RP. Do symbolicznej nicości podążali kolejni z racji partyjnej przynależności bądź nadania, albo z jakichkolwiek innych względów, albo i bez takowych, wskazywani przez solidarnościowe „sądy ludowe” i rządzących teraz pono sprawiedliwą Polską. I nie ważne były wieloletnie doświadczenie i wysokie kwalifikacje, dotychczasowe niewątpliwe osiągniecia, naukowe tytuły i rzetelnie wykonywane obowiązki. Nawet kierowca z byłego partyjnego komitetu miał kłopoty ze znalezieniem pracy, co oznacza wyjątkową aberrację na początku tamtej polskiej rzeczywistości. Na jaką taką sprawiedliwość załapali się jedynie zweryfikowani funkcjonariusze b. SB, ale tylko do czasu. I tak po dziś dzień trwa, w różnych odmianach, ta postsolidarnościowa polityka kadrowa, do hiper-absurdu i finansowej prywaty doprowadzona przez PiS.

Wśród tych głuchych i niewidzących

znaleźli się także liczni przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, również z jego najistotniejszych urzędów – Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego, których decyzje, nie tylko w sprawie zbiorowej odpowiedzialności byłych zatrudnionych w SB czy w podobnych służbach, lub w kwestii przestrzegania zasad Konstytucji, stanowią plamę na polskim wymiarze sprawiedliwości. Wszyscy właśnie tacy, którzy swój désintéressement wyjaśniali i usprawiedliwiali na różne sposoby, mogli w swoim czasie zapobiec, bądź ograniczyć nieprawość w Rzeczpospolitej. Dziś przyszli i po nich: po wolne sądy i krytykujące ich media, protestujących przedsiębiorców i krnąbrnych medyków, samorządy i stowarzyszenia, po wszystkich innych poza swoimi wyznawcami, aparatczykami i dobrze opłaconym terenowym aktywem PiS. I wcale nie na koniec po studentów sprzeciwiających się głoszeniu bzdur na państwowej wyższej uczelni.

Nikt nie policzy

bo to niewykonalne, skutków politycznego dzielenia Polaków na lepszych czyli naszych (z nadzwyczaj szeroko liczonej politycznej opozycji w PRL, Solidarności, ze Zjednoczonej Prawicy) i tej całej podobno gorszej, odrzuconej reszty, nazwanej ostatnio chamską hołotą. Także tego, jak zubożał kraj przez te kadrowe wykluczenia. Ile zmarnowano dobra wspólnego i jak wielu błędów można by było uniknąć we wszystkich dziedzinach aktywności, gdzie bylibyśmy dziś z tymi straconymi talentami, doświadczeniem, wysokim profesjonalizmem i oddaniem dla kraju. Żadne tu historyczne analogie nie przyszły na myśl: do 1918 roku, gdy nowopowstałej niepodległości wiernie służyć postanowili wysocy urzędnicy i ważni wojskowi z zaborczych urzędów i armii; do 1945 roku, gdy wybitni przedwojenni fachowcy kierowali odbudową Warszawy, przejmowaniem Ziem Zachodnich oraz tworzeniem industrialnej Polski. Ideologicznego opętania antykomunizmem i w powszechnym wymiarze również kapitalistycznej prywaty, która w porównaniu do czasów PRL-u jawi się jak kolosalny skok na kasę, nie mogła w żadnym stopniu przebić myśl, że miliony Polaków, a wśród nich przeważająca cześć b. członków PZPR i aktywnych w okresie Polski Ludowej zaakceptowała III Rzeczpospolitą jako nadzieję na nowoczesne, rzeczywiście demokratyczne i sprawiedliwe państwo. I chciała, i chce w nim nadal, tak jak wszyscy inni odmiennie myślący niż PiS, obywatelsko uczestniczyć na równych prawach i obowiązkach.

Do tego rejestru ekstremalnych skutków neobolszewickiej polityki kadrowej i nowej kapitalistycznej rzeczywistości zaliczyć należy nie tylko degradację społeczną tysięcznych rzesz, a wśród nich pozbawionych na lepszy start ludzi młodych, ale także tych wielu, którym przyśpieszono ostateczne opuszczenie tego świata.

„W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny,…

my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej,…równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski,…pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność,… ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa…oparte na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości, współdziałaniu władz, dialogu społecznym oraz na zasadzie pomocniczości umacniającej uprawnienia obywateli i ich wspólnot.”

Nie mogę oddychać w Polsce

– parafrazując ostatnie słowa George’a Floyda – nie z powodu smogu, a powszechnego, od lat nieprzestrzegania, łamania i duszenia podstawowych zasad ustawy zasadniczej. Inni, liczni zapewne też, acz drogi poszukiwania czystego powietrza są nie tylko odmienne, co zrozumiałe, ale niektóre z nich złudne, co jest już niewybaczalne, bo prowadzą donikąd. Ośrodek KARTA w rocznicę wyborów 4 czerwca 1989 i w roku czterdziestolecia powstania Solidarności opublikował 21 nowych tez na pamiątkę 21 postulatów sformułowanych w 1980 roku. Wydarzenia z przeszłości upamiętniać można oczywiście w różny sposób, ale nie stanowi remedium na współczesne polskie kłopoty ta oto opinia: „Potrzeba nowego ruchu społecznego, który zrozumie sens tej osłabłej linii kraju. Kolejna odsłona Solidarności będzie znów drogą do zintegrowanej wspólnoty, chroniącej nas od zatrucia polityczną toksyną.” Solidarność, nie ta związkowa, ale zwykła-codzienna objawia się przede wszystkim w warunkach zagrożenia jakiejś wspólnoty, konieczności obrony jej praw czy bytu, natomiast jako ruch polityczny w demokratycznym państwie jest zbędna gdyż zastępuje ją z powodzeniem przestrzeganie obowiązującego prawa. Idealistyczne przekonanie o zintegrowanej wspólnocie, która ma jakoby zapobiegać politycznej toksynie jest naiwne co najmniej do granic zdziwienia.
Odwoływanie się do tej idei – a czyni to także Andrzej Duda słowami „Razem, zgodnie, razem, solidarność” – nic nie znaczy poza wyświechtanym sloganem. Wykorzystuje ją także w bieżącej, prezydenckiej kampanii wyborczej, Rafał Trzaskowski wołając o nową solidarność. Uwspółcześniony slogan ma niewątpliwie nadal pewną pijarowską nośność i stąd się pojawił służąc przedwyborczej mobilizacji, ale mnie dużo bardziej przekonują słowa o odnowie, szacunku i poszanowaniu wszystkich Polaków.

Rafał Trzaskowski

stanowi dla licznych wyborców poważny dylemat i problem. Członek postsolidarnościowej Platformy Obywatelskiej, która przez lat osiem wiodła spor z PiS-em o czapkę gruszek, czyli tylko o władzę, a nie o dobro obywateli, postrzeganej jako partia swoich wyłącznie interesów, sprawnie motająca rzeczywistością przez Donalda Tuska i niezbyt udanie przez Grzegorza Schetynę. Uczestniczył w tych działaniach i Trzaskowski, i swoje ma za uszami, nota bene jak większość polityków. Jednocześnie nie można mu odmówić bardzo wielu godnych uznania przymiotów, odwagi programowej gdy walczył o prezydenturę Warszawy, mądrych ocen i haseł obecnie wygłaszanych oraz ważnego zdania, które umknęło komentatorom, że w Polsce zmienić się musi wiele, w tym także programy i działalność politycznych partii. Odczytuję to przede wszystkim pod adresem PO i wiem, że dla dalszego istnienia tej formacji jest to warunek sine quo non. A to oznaczać może w konsekwencji zasadnicze przewartościowania w paradygmatach politycznych polskiej rzeczywistości.

Z aktualnej kalkulacji wyborczej wynika, że to Trzaskowski ma nie tylko szansę wejść do drugiej tury prezydenckich wyborów, ale i dalej skutecznie powalczyć, i dlatego wielu lewicowych wyborców podpisuje właśnie listy poparcia na tego kandydata. Nie jest on co prawda postacią naszych lewicowych marzeń, ale wiele wskazuje na to, że doświadczony nie tylko klęskami PO, ale przede wszystkim dramatem obecnych czasów i oczekiwaniami większości obywateli, obierze inną, aktywną drogę swojej prezydentury niż Bronisław Komorowski. Warto przy tej okazji przypomnieć, ile wątpliwości, ataków i proroczych złych ocen kierowano w swoim czasie pod adresem Aleksandra Kwaśniewskiego, którego dwie prezydenckie kadencje okazały się, w powszechnej opinii, za najlepsze w III RP.

Idziemy do wyborów bo mamy rzeczywiście już dość i nie tylko koni żal, ale i ludzi też.

Solidarité

pisane po francusku bowiem wszystko co to pojęcie zawierało w Polsce, zniszczyła skutecznie Solidarność i postsolidarnościowe partie.

 

Z socjologicznych badań, przeprowadzonych w 1973 roku wśród robotników wielkich zakładów przemysłowych, wynikało, że przez solidarność rozumieją oni działania, zjawiska i kontakty społeczne związane z organizacją i wykonywaniem pracy zawodowej oraz jedność, wspólnotę poglądów i poczynań robotniczych. Co prawda opinię o jej istnieniu podzieliło tylko dwie trzecie badanych, ale jednocześnie uznawali ją za rzecz nie tylko dobrą, ale i budującą.

 

Siedem lat wcześniej,

nim nastał Sierpień 1980 roku, wspomniane badania sygnalizowały wiele krytycznych opinii, o różnych sferach życia społecznego. Wyrażali je robotnicy już w co najmniej drugim pokoleniu (50%) oraz pozostali o pochodzeniu chłopskim bądź chłopsko-robotniczym, prawie wszyscy pierwszą pracę zawodową zaczynający w Polsce Ludowej. Większość z nich uważała, że nie zarabia więcej ten, kto lepiej i więcej pracuje oraz, że pracownik nie ma realnego wpływu na życie zakładu. Uznali też za niecelowe krytykowanie nieprawidłowości mających miejsce w pracy, bowiem może to być niebezpieczne. Niesprawiedliwość i nierówność społeczna objawia się w podziale społeczeństwa na biednych – bogatych, tych co u władzy – i reszta, bezpartyjni – członkowie PZPR – arystokracja PZPR, a zaledwie 40 proc. badanych miało przekonanie o przodującej roli klasy robotniczej. Największa grupa wyrażała ograniczony optymizm dotyczący oceny sytuacji w kraju i polityki PZPR. Było jeszcze sporo innych krytycznych ocen.
Badania, obejmujące 2,5 tys. osób miały charakter reprezentatywny dla ponad 100 tys. zatrudnionych w trzynastu zakładach przemysłowych i dawały podstawę do uogólnień na całą ówczesną część klasy robotniczej, zatrudnionej w wielkich przedsiębiorstwach na terenie całego kraju.
Wyniki badań skrytykował dobrze notowany w tamtym czasie literat twierdząc, że „jak na mój nos to jest to czarnowidztwo”, nieświadomy faktu, że ta część ludzkiego ciała nie była nigdy narzędziem badawczym w socjologii. Na odmianę równie znany partyjny, prominentny socjolog zaproponował poprawienie wyników i wniosków z badań. Oczywiście nikt z najważniejszych decydentów przedstawionym raportem z badań się nie przejął – był przecież dopiero początek dekady Gierka i panował powszechny, urzędowy optymizm.

 

Solidarność

wg słownika języka polskiego to poczucie wspólnoty i współodpowiedzialności wynikające ze zgodności poglądów i dążeń, a także odpowiedzialność zbiorowa i indywidualna określonej grupy osób za całość wspólnego zobowiązania.
I taką właśnie wydawała się tamta, wykreowana w latach 1980-1981, solidarność, nie tylko wśród robotniczych załóg i członków Niezależnego Związku Zawodowego, ale także w licznych częściach polskiego społeczeństwa.
Zgłoszone 17 sierpnia 1980 roku przez Międzyzakładowy Komitet Strajkowy 21 postulatów dotyczyło kwestii związkowych (cztery), ogółu obywateli (czternaście)), spraw politycznych (trzy), a aż dziesięć z nich miało charakter ekonomiczny.
Ale obok znalazło się, dziś celowo zapomniane, a wówczas powszechnie akceptowane hasło: SOCJALIZAM – TAK, WYPACZENIA NIE. I to ono właśnie konstytuowało ówczesne postawy zdecydowanej większości polskiego społeczeństwa dążącej do naprawy ówczesnej, ludowej Rzeczpospolitej.
Kształt tamtej, wyidealizowanej niekiedy, solidarności Polaków odnaleźć można w wartościach Polskiego Sierpnia, na które, za prof. Marianem Stępniem („Zdanie”, nr 6, 1982) warto zwrócić szczególną uwagę, bowiem wiele z nich, acz w innym wymiarze, odnajduje się nadal jako wielkie, niespełnione oczekiwanie:
„… nie można bezkarnie dokonywać gwałtu na imponderabiliach bliskich społeczeństwu i narodowi, z którymi łączy on poczucie godności własnej i swej tożsamości…
…trzeba rozumieć, na czym polega godność polskiego społeczeństwa, jego dążenia i aspiracje, i że trzeba się z nimi liczyć. W przeciwnym wypadku nabrzmiewać będzie gniew społeczny, który nie pozwoli się stłumić. Prędzej czy później wyeliminuje tych, którzy nie dorośli do sprawowania władzy lub są tego niegodni…
….Prawda mówiąca, że człowiek, społeczeństwo jest miarą rzeczy, a władza polityczna ze społeczeństwa wyłoniona została po to, by mu służyć…
…granice wolności człowieka zależą w niemałym stopniu również od niego samego, od tego, czy nie braknie mu odwagi i rozwagi, by ich strzec skutecznie, a nawet je poszerzać…
…odrzucenie kłamstwa, fałszu, koniecznych rzekomo przemilczeń; zdecydowany protest przeciwko półprawdom, aluzjom, niedopowiedzeniom….”
Wreszcie „idea sprawiedliwości społecznej, podstawowa wartość”.
Znane powszechnie wydarzenia i uwarunkowania doprowadziły do tego, że to był ostatni czas, w którym solidarność po raz ostatni jednoczyła większość Polaków.

 

W latach późniejszych

stanu wojennego i w dalszych czasach, w związku z głębokim podziałem społeczeństwa, zanikły warunki dla ogólnonarodowej solidarności. Próbowano jednak w całym okresie PRL-u jakoś ją odbudowywać – początkowo jako Front Jedności Narodu, dużo później poprzez Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego i Radę Konsultacyjna przy Przewodniczącym Rady Państwa. A gdy po Okrągłym Stole odradzała się, wraz z reaktywowanym związkiem zawodowym Solidarność, to mimo wyborczego sukcesu z 4 czerwca 1989 roku, już nigdy ani nie zyskała tak wielu orędowników, ani też nie stała się, w jakimkolwiek wymiarze, powszechnie akceptowaną wartością.
Przyczyn prowadzących ku zmierzchowi było kilka, a zaistniałe wspólnie, acz w odmiennym czasie, przyniosły jej deprecjację.
Nowa rzeczywistość społeczno-polityczna po 1989 roku, dokonująca się w warunkach reaktywowanego ustroju kapitalistycznego, nie mogła, z racji jego cech podstawowych, utrwalać, bądź budować nową narodową solidarność. Wręcz przeciwnie – przywoływała stare podziały przedwojennej Polski czego pierwszymi dowodami były skutki reform Balcerowicza, owocujących zamykaniem zakładach przemysłowych i wyrzucaniem na bruk pracowników, likwidacją PGR-ów i degradacją wsi, ekonomicznym wykluczeniem licznych grup obywateli i głodującymi dziećmi.
Później sprawiedliwość społeczna w solidarnościowym wydaniu zaowocowała rosnącymi różnicami dochodów i podziałem na tych, którzy budowali wille-pałace na przykład w Szwajcarii, innymi skazanymi na kilkudziesięcioletnie spłacanie jednosalonowego mieszkania, a także tymi, mieszkającymi pod przysłowiowym mostem.
Zwycięski obóz polityczny Solidarności, wraz z sekundującą mu prawicą, dokonując powszechnych czystek kadrowych, zapewne w imię wcześniej deklarowanej demokracji i równości obywateli, doprowadził do kolejnego podziału na komuchów i solidaruchów, na tych, którym więcej i którym mniej wolno. Następnie doszukał się zdrajców we własnych szeregach, „tych co stali tam, gdzie ZOMO stało”, wreszcie stworzył własną wizję najnowszej polskiej historii, także głęboko spolaryzowaną.

 

Dobijanie idei narodowej solidarności

przejęło Prawo i Sprawiedliwość, jako swój naczelny cel polityczny, i nadzwyczaj skutecznie go zrealizowało. Zaczęło się od podziałów na „Polskę liberalną” i „Polskę solidarną”, później dotyczyło przyczyn tragicznie zakończonego lotu, co zaowocowało narodzinami religii i solidarności, ale tylko ludu smoleńskiego.
Dziś – wg Roberta Biedronia –„ Polska nie musi być podzielona na plemiona, które nieustannie się zwalczają. Nie musimy żyć w duopolu – kto za PiS, kto za Platformą, kto patriota, kto zdrajca… PiS przywraca godność ludziom, ale tylko „swoim”, nie swoich zalicza do „gorszego sortu”, bo najłatwiej rządzi się społeczeństwem podzielonym. Dlatego potrzebna jest prawdziwa solidarność, przez małe „s”.”
„PiS mówi: [budując swoją PiS-owską solidarność i jedność narodową – Z.T.] macie głosować na jedną partię, kierowaną przez jednego wodza, chodzić do jednego kościoła i do szkoły gdzie jest jedna, jedynie słuszna wersja historii oraz jeden pomnik jednego słusznego bohatera na głównej ulicy.”

 

Podziały w każdym społeczeństwie

nie są niczym nadzwyczajnym i od wieków postrzegane były tak przez rozlicznych badaczy, jak też doświadczane przez członków danej społeczności. Narodowa solidarność objawia się na ogół, i we zmożonej postaci, w momentach szczególnych, ważnych, wyjątkowych dla danej nacji. Są nimi np. nawarstwienie określonych problemów społeczno-ekonomiczno-politycznych, kwestii religijnych, obrona wspólnych narodowych interesów, bądź walka o uzyskanie niepodległości.
Ale nawet i w tej, przywołanej jako ostatnia, skrajnej sytuacji poczucie solidarności narodowej nie obejmuje, z bardzo wielu powodów, wszystkich członków danej zbiorowości. W roku 100-lecia naszej niepodległości warto przypomnieć, że mieszkający w Oblęgorku Henryk Sienkiewicz z wielkim dystansem powitał w 1914 roku odwiedzających go ułanów Beliny-Prażmowskiego, a owi legioniści, po nieudanym wywołaniu powstania w Kongresówce, śpiewali: „ Skończyły się dni kołatania / Do waszych serc, do waszych kies.”

 

Kto, jak i kiedy wreszcie

zakołata skutecznie do rozumu i serc współczesnych Polaków, pozostaje dziś wielką niewiadomą, zagubioną między bardzo wieloma najróżniejszymi beneficjentami polityki PiS, grupą obojętnych na sprawy publiczne, politykami grającymi o swoje i wreszcie wielką częścią tych, którzy próbują odbudować narodową solidarność, opartą na rzeczywistych wartościach demokratycznych i sprawiedliwości społecznej oraz na stałej, europejskiej przynależności naszego kraju.
Narodowa solidarność stała się obecnie wyświechtanym, nic nie znaczącym pojęciem, którego już nawet nie odważą się przywoływać postsolidarnościowi działacze i ich partie w czasie zbliżającej się rocznicy sierpniowych porozumień.
Ale niewątpliwie, jak to nie raz w Polsce bywało, odrodzi się. Z taką nadzieją i przekonaniem kończę ten tekst.