Wydzieliny w zwierciadle humanistyki

Osobom, które zwykło się zabawnie i błędnie z językowego punktu widzenia („humor zeszytów”) określać jako „obrzydliwe”, czyli te które są szczególnie wrażliwe na bodźce obrzydzające, odradzam lekturę tej książki. Bo to rzecz o wydzielinach ludzkiego organizmu: krwi, kale, moczu, pocie, woszczynie, śluzie z różnych otworów. Jednak praca zbiorowa „Wydzieliny” nie została wydana nakładem jakiegokolwiek wydawnictwa medycznego (czy istnieje jeszcze historyczne „Wydawnictwo Lekarskie”?) jako podręcznik medyczny z zakresu fizjologii.

Jest to praca z zakresu literaturoznawstwa, bowiem czternaścioro autorów tego zbioru, jak należy się domyślać uniwersyteccy humaniści, jest zapewne głównie literaturoznawcami, choć być może nie tylko. W końcu: wydzieliny rzecz ludzka, a więc to, że interesują się nimi także humaniści, nie powinno dziwić.
Od czasów powstania historycznej, francuskiej szkoły „Annales” Fernanda Braudela historiografia nie koncentruje się wyłącznie, jak to było od dziejopisów starożytnych, na dziejach władców, wielkich gier politycznych i konfliktów, lecz jest w niej pasmo zajmujące się dziejami cywilizacji, obyczajów, życia materialnego, codziennego, także osobistego.
Także zatem i humanistyka (a raczej jej część) musiała zejść z wyżyn, na których bada się górne i wielkie zagadnienia duchowe i zająć się także „dolnymi” aspektami ludzkiej egzystencji. Zacytowany we wstępie Hayden White, autor dzieła „Ciała i ich fabuły” napisał: „Z czego składają się normalne łzy, pot, mocz, kał, krew, smarki i włoszczyna.
Ciało cieknie, nawet jeśli nie zostało poddane perforacji, przekłute czy też w jakiś inny sposób spenetrowane. Jest to fizyczno-ontologiczna prawda (…) Pielęgnacja, kontrola, usuwanie i zabiegi wokół cielesnych wydzielin są podstawą wszelkiej kultury”.
A przecież ta prawda była przez tysiąclecia przykryta tabu. Do XIX – zasadniczo – wieku, fizjologiczna rzeczywistość towarzysząca człowiekowi była w kulturze generalnie pomijana, wstydliwa, a jeśli się pojawiała to rzadko i cząstkowo.
Owszem, krew i pot i łzy miały prawo obywatelstwa, ale dyskretnego, raczej abstrakcyjnego i podniosłego czy heroicznego w literaturze, teatrze, malarstwie (spocone, brudne czy owrzodzone ciała namalowanych postaci), później także w filmie.
Natomiast wydzieliny „brzydkie”, odrażające, wstydliwe, takie jak kał, mocz, czy wydzieliny płciowe, w sztuce zasadniczo nie istniały. Zapewne, gdyby wnikliwie przeanalizować dzieła kultury do XIX wieku włącznie także i pod tym względem, natrafiłoby się na obecność „wydzielin” i wtedy, ale była to obecność o umiarkowanej naoczności, aluzyjna, zasugerowana, pośrednia, mało dosłowna.
Można je zapewne odkryć choćby u Szekspira czy w renesansowej literaturze włoskiej i francuskiej (n.p. „Dekameron” Boccaccia, „Gargantua i Pantagruel” Franciszka Rabelais, opowiastki Pietro Aretino, czy choćby staropolska „Legenda o świętym Aleksym”), ale też oczywiście „za woalką”, „na matowo” (skądinąd taki model pokazywania człowieka nadal funkcjonuje, n.p. w reklamie, nawet środków higienicznych).
Jako zasadniczy cel omawianej tu pracy uznali redaktorzy „skonstruowanie wyczerpującej, wielokontekstowej oraz wieloaspektowej wypowiedzi o „ciele potwornym” interpretowanym w kontekście „cieknących z niego płynów”.
I tak, m.in. Maciej Duda zajął się spermą i jej kontekstem współczesnym w najnowszej prozie polskiej dochodząc do wniosku, że została w niej ona „oddzielona od orgazmu rozumianego jako osiągnięcie seksualnego spełnienia”, a stała się raczej „narzędziem konstruowania tożsamości, oznaczania, budowania hierarchii władzy, bliskości i zależności”.
Bogusława Bronowicka pokazała, na przykładzie postaci don Rigoberta z prozy Mario Vargasa Llosy opozycję między naturą (wydzielinami) i kulturą (pozbywaniem się ich poprzez zabiegi higieniczne), ale jednocześnie zachodzące między nimi związki a nawet filiacje (uosobienie nieskazitelnej kultury i czystości, esteta don Rigoberto „podczas gry wstępnej, wsłuchując się w odgłosy płynące z wnętrza ciała swojej żony Lukrecji, doznaje ekscytacji (…) Jest zachwycony dźwiękami układu trawiennego i wydalanych gazów, jak również słyszalnymi skurczami macicy i warg sromowych” (…) spocone ciała podczas samego aktu nie wydają się Rigobertowi nieatrakcyjne, wręcz przeciwnie (…)”).
Ewa Kuliś zajęła się „fizjologiczną”, „wydzielinową” i „nie-czystą” poezją Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Dominik Dziedzic „przygodami analnymi literaturoznawcy z tekstem” na przykładzie „W ptaszarni” Grzegorza Musiała, Aleksandra Drzał-Sierocka „filmową muszlą” (klozetową) czyli „wrotami do otchłani ciemnej materii” w filmie, od „Psychozy” Alfreda Hitchcocka przez „Widmo wolności” Luisa Bunuela po „Wilgotne miejsca” Davida Wnendta i „Trainspointing” Danny Boyle’a.
Małgorzata Major, współredaktorka zbioru, zajęła się „krwią menstruacyjną w (neo)serialach dla dziewczyn i kobiet”. Krwią menstruacyjną zajęły się też Marta Tużnik i Dagmara Rode, a Natalia Grubizna „kobiecą lubryfikacją i męskim porno”, natomiast Kasper Kalinowski i Marta Zajczyk odpowiedzieli na pytanie „dlaczego Marylin Monroe sypiała z kroplą Chanel 5 (…)?” czyli feromonami, ale także hormonami i neuroprzekaźnikami.
Problematyka „Wydzielin” jest na tyle rzadko podejmowana i na tyle „kontrowersyjna”, że może wzbudzić pytanie czy, a jeśli tak to jaki sens ma zajmowanie się nią w badaniach humanistycznych.
Przyzwyczajenie do tradycyjnego paradygmatu, w którym humanistyka zajmuje się przede wszystkim naturą duchową człowieka, jego myślami, uczuciami, wyobraźnia, ideami jest bowiem bardzo silnie zakorzenione.
Jaki jest powód zajmowania się najniższymi rejestrami ludzkiej egzystencji, wydzielinami jego anusa, narządów płciowych, skóry itd.? – można zapytać. Nie należy odmawiać takim pytaniom mniejszej czy większej zasadności. Można też jednak zapytać – dlaczego nie?
Dlaczego wydzieliny, które są częścią egzystencji cielesnej człowieka, i to częścią bardzo intensywnie funkcjonującą, powodującą poważne często konsekwencje i będące wyrazem, odczynem ważnych dla człowieka doznań, nie miałyby być przedmiotem humanistycznej refleksji?
Dlaczego można pisać w tonie patetycznym o „przelewaniu krwi za ojczyznę”, dlaczego można cytować słowa Winstona Churchilla o „pocie, krwi i łzach”, a nie można by pisać o „kobiecej lubryfikacji”, „męskiej ejakulacji” a nawet o „ekskrementach” i związanych z nimi kontekstach?
Przecież w pornografii jest ona intensywnie obecna już od końca XIX wieku Przyznam, że jako bardzo młodego widza i czytelnika zastanawiało mnie, dlaczego bohaterowie czytanych przeze mnie książek i oglądanych filmów nigdy nie oddają moczu ani kału? Nie brakowało mi tego, ale zastanawiało.
Dlaczego w filmach historycznych (jak „Krzyżacy”) czy westernach (n.p. „Rio Bravo”) nie pojawiała się także krew (nie licząc sugestii w postaci „plamek”), mimo, że „trup ścielił się gęsto” mniej mnie zastanawiało, bo nie miałem skali porównawczej).
Myślę, że jakąś część odpowiedzi na wątpliwości „purystów”, daje – pośrednio – cytat pomieszczony w szkicu Pawła Sołodkiego „Ślina”, odwołującym się do „Pink Flamingos” Johna Watersa. Sołodki cytuje w nim Joannę Tokarską-Bakir, która w pewnym zakresie wyjaśnia przyczyny zainteresowania tematem „wydzieliny”.
W szkicu „Energia odpadków” stwierdziła ona, że „społeczeństwo, które w swoich rytuałach natrętnie eksponuje obrzeża, cielesne otwory i wydobywającą się z nich materię, można zinterpretować dwojako: albo jako społeczeństwo dostatku, które niczego się nie boi, w związku z czym w ogóle nie dba o granice, albo wręcz przeciwnie, jako niewyobrażalnie rozczłonkowaną, wyczerpaną, poszukującą bodźców życiowych cywilizację, która sama siebie prowokuje do wzmocnienia (wyznaczenia) granic (…)
Obie interpretacje (…) nie muszą się zresztą wykluczać”. A teraz, nie brzydźcie się i bez żachania się przystąpcie do tej niecodziennej i naprawdę pouczającej lektury.

„Wydzieliny”, red. Karol Jachymek, Małgorzata Major, Wydawnictwo Naukowe Katedra, Gdańsk 2019, str. 325, ISBN 978-83-65155-24-5

15 lat polskiej turystyki w UE

Jak otwieraliśmy polską turystykę na Unię Europejską i wprowadzaliśmy polską turystykę do Unii Europejskiej.

Okres mojej pracy w Polskiej Organizacji Turystycznej w latach 2002-2005, a wcześniej w Gromadzie i działalności w Polskiej Izbie Turystyki stanowił dla mnie ważne doświadczenie. Należałem do grona osób , którym dane było uczestniczenie w tworzeniu warunków do działalności turystycznej w nowej rzeczywistości politycznej i ekonomicznej. Korzystaliśmy przy tym z własnych doświadczeń oraz wiedzy i doświadczeń innych krajów europejskich odgrywających dominującą rolę w europejskiej i światowej turystyce.
Dla mnie niezmiernie cenna była wiedza i praktyka nabyta podczas pracy w Ambasadzie (zwłaszcza zajmowanie się problematyką współpracy regionalnej i przygranicznej) oraz spółce Gromady w Berlinie, współpraca z niemieckim samorządem turystycznym, w tym zwłaszcza Deutscher Reiseverband (DRV), czy udział w gremiach kierowniczych międzynarodowych organizacji turystycznych.
Czynnikiem, który niewątpliwie przyspieszył i ułatwił przenoszenie dobrych wzorców na polski rynek turystyczny , było dążenie Polski do członkostwa w Unii Europejskiej i związana z tym konieczność dostosowania polskiego prawa do norm obowiązujących w krajach Unii. Przygotowywaliśmy polską turystykę do funkcjonowania w UE. Realizując program promocji w latach 2003-2004 i ciesząc się ze wzrostu przyjazdów niemal ze wszystkich rynków walczyliśmy o większy budżet, dodatkowe środki niezbędne na promocję. Zdawaliśmy sobie bowiem sprawę, ze mamy korzystną sytuację, dobrą koniunkturę dla polskiej turystyki – mamy „swoje pięć minut” i musimy je maksymalnie wykorzystać, że ten efekt nowości związany z wstępowaniem i członkostwem w UE nie będzie trwał długo . Jeśli nie zrobimy więcej, to „pięć minut” minie i znów nastąpi okres stagnacji czy spadków. Przez promocję można temu przeciwdziałać. Wiedzieliśmy także, że nasi sąsiedzi Czesi, Węgrzy, Rumunii zwiększają środki na promocję turystyki i otwierają nowe ośrodki zagraniczne.
Nie dysponując środkami na przeprowadzenie kampanii reklamowych, stale poszerzaliśmy formy i wprowadzaliśmy nowe narzędzia promocyjne. Bardzo udaną była organizowana jesienią 2003 r. podróż studyjna połączona z workshopem grupy ok. 100 touroperatorów z krajów Unii Europejskiej i Węgier. Wielu z nich było w Polsce po raz pierwszy. Już pierwszego dnia podczas powitalnego lunchu w hotelu Mariott w Warszawie powiedzieli nam o swoim pozytywnym zaskoczeniu Polską i Warszawą – „że Polska to nie Syberia, że Warszawa, lotnisko w Warszawie bardzo im się podobają, że nie sądzili, że będą mogli wymienić pieniądze w bankomatach, że mogą się dodzwonić za pośrednictwem sieci telefonów komórkowych”. Tak daleki był brak wiedzy o naszym kraju – to były opinie organizatorów turystyki z Belgii, Wielkiej Brytanii, a nawet Niemiec. Byli zachwyceni koncertem „Mazowsza” z niezapomnianym „furmanem” – Stanisławem Jopkiem, duże wrażenie wywarła na nich wizyta w Parlamencie i otwarte spotkanie z ówczesnym marszałkiem Senatu – prof. Longinem Pastusiakiem. Dążąc do pokazania tej części Polski , której nie znają zabraliśmy ich na Podlasie do „Dworku nad Łąkami”. Była regionalna biesiada, a następnie przy wspaniałej pogodzie typowej dla „złotej polskiej jesieni” w malowniczej scenerii ,pełen przygód, radości i śmiechu spływ kajakami po Narwi.
Promocja naszej oferty – w tym szczególnie polskich uzdrowisk – w berlińskim centrum handlowym „Pod Arkadami” wiosną 2004 r. przyciągnęła 1,3 mln osób. Otwierałem ją wspólnie z ówczesnym ministrem spraw zagranicznych Włodzimierzem Cimoszewiczem. Zainteresowanie gości niemieckich naszą wystawą i ta forma promocji wywarły duże wrażenie na ministrze. Wykorzystałem nadarzającą się okazję do poskarżenia się i interwencji w kwestii przedłużającej się akceptacji przez Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów przyznanej POT kwoty 3,2 mln złotych z rezerwy celowej na dodatkowe zadania promocyjne związane z członkostwem Polaki w UE. Minister poprosił o notatkę i sprawa wkrótce została załatwiona.
Otwieraliśmy polską turystykę na Unię Europejską i wprowadzaliśmy polską turystykę do Unii Europejskiej.
Spektakularnym tego wyrazem była promocja naszych atrakcji turystycznych i regionów w Brukseli w dni bezpośrednio poprzedzające wstąpienie i po wstąpieniu (zorganizowana przy dużym zaangażowaniu i dzięki dobrym kontaktom ówczesnego dyrektora POIT – Krzysztofa Turowskiego), w tym koncert, który organizowaliśmy w centralnym punkcie w Brukseli na Grand Place w wieczór i noc 30.04./1.05.2004 r. z udziałem naszych gwiazd: Andrzeja Sikorowskiego z córką, Natalii Kukulskiej z zespołem oraz zespołu „Blue Cafe”, dla którego miał to być występ promocyjny i szlif przed festiwalem Eurowizji. Ta noc, kiedy zegar wybił punktualnie godz. 24.00 w nocy na wypełnionym wielojęzyczną publicznością centralnym placu w stolicy europejskiej była dla nas niezapomniana, w jednym momencie staliśmy się i poczuliśmy się Europejczykami. To była polska noc w Brukseli. Scenografię tego koncertu przygotowywał wspaniały Marek Grabowski z Krakowa z firmą „Mała Wytwórnia Wielkich Snów – Maxmedia Group”. Następnie miał miejsce Koncert Galowy adresowany przede wszystkim do elit europejskich w wykonaniu fantastycznych Małgorzaty Walewskiej i Michała Bajora z udziałem polskich ambasadorów Marka Greli w Unii Europejskiej i Iwo Byczewskiego w Królestwie Belgii.
Byliśmy w tych momentach i szczęśliwi i dumni.
Ale w czasie pobytu w Belgii miały miejsce i zabawne momenty i nowe zaskakujące „doświadczenia europejskie”.
Nowe doświadczenie europejskie zdobywaliśmy w czasie pobytu w czterogwiazdkowym hotelu Mariott, w którym mieszkaliśmy w Brukseli. Ponieważ po koncercie galowym wróciliśmy późną nocą do hotelu, następnego dnia na śniadanie, które było wydawane do godz. 10.00 rano udałem się, podobnie jak większość polskiej ekipy ok. godz. 9.40. Okazało się, ze do konsumpcji ze „szwedzkiego stołu” pozostało zaledwie kilka plasterków sera i podrzędnej kiełbasy oraz kilka jabłek. Zaskoczony i ja i pozostałe osoby z Polski, wiedzieliśmy bowiem jak wygląda prawdziwy „szwedzki stół” w Polsce, skromnie zaczęliśmy konsumować to, co pozostało. Ale ok. godz. 9.55 przyszła na śniadanie Małgorzata Walewska, kiedy na „szwedzkim stole” pozostały już tylko dwa jabłka i w sposób zdecydowany upomniała się u obsługujących kelnerów o przysługujące jej i innym gościom hotelowym z Polski śniadanie. Przy okazji poinformowała ich, że w Polsce , która dopiero wstąpiła do Unii Europejskiej, „szwedzki stół” w hotelu określonej kategorii wygląda zupełnie inaczej, jest tak samo obfity przez cały okres wydawania śniadania i podobna sytuacja w czterogwiazdkowym hotelu jest nie do pomyślenia. Oczywiście, reakcja na taką reklamację polskiej gwiazdy była natychmiastowa i dzięki temu wszyscy nieco zszokowani, ale zadowoleni zjedliśmy wraz z Małgorzatą Walewską prawdziwe śniadanie.
Cechą niewątpliwie wyróżniającą ten okres kształtowania nowej turystycznej rzeczywistości była harmonijna, czasami wręcz entuzjastyczna współpraca centralnych i terenowych organów władzy państwowej z powstającymi i działającymi organizacjami samorządu turystycznego. Każda ze stron miała na względzie przede wszystkim szeroko rozumiany interes polskiej turystyki, nie gubiąc z pola widzenia, rzadko z nim kolidującego, interesu własnego. Wprowadzane w życie rozwiązania organizacyjne i prawne były wypracowywane w drodze spotkań , sporów i dyskusji branży ze stroną rządową. Przy czym nadrzędnym celem był interes polskiej turystyki, branży turystycznej i w imię realizacji, czy obrony tego celu byliśmy gotowi na wszystko, nie zważając na to, czy to się podoba opcji politycznej sprawującej władzę, czy też nie i pracując w agendzie rządowej jaką była POT, poniesiemy za to konsekwencje osobiste. Posłużę się przy tym dwoma przykładami.
Dzięki takiej postawie udało nam się obronić samodzielność Polskiej Organizacji Turystycznej, nie dopuszczając do realizacji projektu ówczesnego v-ce premiera Jerzego Hausnera połączenia POT z PAIZ-em i utworzenia jednej agencji promocji gospodarczej. Uważaliśmy takie rozwiązanie za błędne , niezgodne ze standardami europejskimi , szkodliwe dla promocji turystycznej.
Przygotowany wówczas przeze mnie materiał broniący POT i podkreślający znaczenie narodowych organizacji turystycznych w ponad 100 krajach świata był wykorzystywany także przy kolejnym „zamachu na POT” w latach 2006-2007. Ale byliśmy wyczuleni także na to, aby wprowadzane rozwiązania unijne nie szkodziły polskiej turystyce. Takim działaniem było niedopuszczenie do bezkrytycznej implementacji przez polski rząd dyrektywy 77 UE ws. podatku VAT( od całości obrotu, a nie od marży) w turystyce przyjazdowej do Polski, co spowodowałoby, że polska oferta przestałaby być konkurencyjna wobec oferty innych krajów europejskich. Ministerstwo Finansów argumentowało takie stanowisko tym, ze dla Polski priorytetem jest członkostwo w Unii Europejskiej, dlatego będzie implementować tę dyrektywę. Na szczęście do tego nie doszło, po prostu nie pozwoliliśmy na to. Będąc przekonanymi do swych racji i broniąc obu wyżej wymienionych kwestii byliśmy gotowi na wszystko. Dla sprawy tej pozyskaliśmy partie będące wówczas w opozycji – Samoobronę i PSL.
Dzisiaj, patrząc z perspektywy 15 lat naszego członkostwa na korzyści, które osiągnęła polska turystyka dzięki obecności w UE, warto przypomnieć nazwiska osób (z pewnością nie wszystkie za co przepraszam)z którymi współpracując i działając w tym okresie w polskiej turystyce wprowadzaliśmy ją do Unii Europejskiej: Andrzej Kozłowski, Katarzyna Sobierajska, Rafał Szmytke, dr Jerzy Walasek, Zbigniew Kowal, Andrzej Saja, dr hab. Michał Słoniewski, Jan Korsak, Franciszek Ciemny, Tadeusz Milik, Józef Ratajski, Stanisław Piśko, Kazimierz Kowalski, Jan Błoński, Waldemar Błaszczuk, Jerzy Szegidewicz, prof. dr hab. Aleksander Ronikier, Barbara Tutak, Magdalena Krucz, Anna Maciąga, Dorota Zadrożna, Jacek Janowski, Sławomir Wróblewski, Irena Sokołowska, Marek Szczepański, Wojciech Kodłubański. Nie do przecenienia były tu także zaangażowanie i kreatywność dyrektorów ośrodków zagranicznych.