Andrzej Walicki – filozof niepokorny

Śmierć Andrzeja Walickiego (1930-2020) zamyka pewien okres historii polskiej filozofii i myśli społecznej – historii w której Zmarły odegrał wielką, nie zawsze i nie przez wszystkich docenianą – rolę.

Warto więc zastanowić się nad sensem, jaki nadawał swojej pracy, traktowanej nie tylko jako działalność czysto naukowa, ale także jako szczególny rodzaj służby społecznej. W wydanej w 2010 roku autobiografii („Idee i ludzie”) mocno podkreślał, że jego dokonany w młodości wybór zainteresowań naukowych polską i rosyjską filozofią i myślą społeczną był wyrazem nie tylko czysto intelektualnej ciekawości, ale także przekonania, ze ta drogą będzie mógł wpływać na ewolucje klimatu intelektualnego a tym samym – warunków politycznych.

Właśnie ewolucję! Walicki był jednym z najwybitniejszych – ale bynajmniej w Polsce nie tak licznych – przedstawicieli realizmu politycznego, który każe podejmować działania mające szanse powodzenia: liczyć zamiary na siły, a nie – jak to u nas popularne – odwrotnie. Studiował w najgorszym okresie polskiego stalinizmu (w latach 1949-54), ale już wtedy potrafił znajdować dla swego niepospolitego intelektu nisze, w których mógł chronić się przed przemożnym wpływem panującej ideologii. W odróżnieniu od wielu jego ówczesnych i przyszłych przyjaciół ( w tym Leszka Kołakowskiego, z którym przez wiele lat wiódł niezwykle ciekawy dialog) nigdy nie został zarażony bakcylem fanatyzmu i uwielbienia dla wizji arkadii, która miała zrodzić się w wyniku dyktatury. Był przed takim fanatyzmem uodporniony swym pochodzeniem (prawnuk powstańca styczniowego i zesłańca syberyjskiego Ludwika Walickiego, syn wybitnego historyka sztuki i więźnia politycznego w okresie stalinowskim Michała Walickiego), ale przede wszystkim swym niezwykle głębokim umysłem, który chronił go przed politycznym fanatyzmem.

Dla Walickiego przełom październikowy 1956 roku oznaczał przede wszystkim – jak o tym wielokrotnie pisał – kres totalitaryzmu i wolność badań naukowych. Dla tych, którzy tej strony ówczesnego przełomu nie dostrzegają, zapoznanie się z ogromnym dorobkiem Walickiego powinno być odtrutką na naiwne przyswajanie sobie poglądu o „zaprzepaszczonym” Październiku. Walicki – inaczej niż ówcześni „rewizjoniści” – rozumiał, ze zasadnicza zmiana polityczna w kierunku pełnej demokracji nie była możliwa, jak długo utrzymywała się radziecka (ale akceptowana przez Zachód) hegemonia w naszej części Europy. Doceniał natomiast zasadniczą zmianę klimatu dla badan naukowych i był przekonany, że podejmując zadanie zrozumienia i odkłamania historii rosyjskiej filozofii i myśli politycznej najlepiej może służyć przyszłej, korzystnej ewolucji stosunków politycznych w Rosji, a tym samym także sprawie nowych stosunków polsko-rosyjskich opartych na poszanowaniu polskiej suwerenności i na dążeniu do zbliżenia obu, ciężko przez historię doświadczonych, narodów.
Twórczość naukowa Walickiego zapewniła mu pozycję wielkiego autorytetu w skali światowej. Jego prace ukazywały się w wielu językach i stanowią dziś nieodłączną część światowego dorobku w dziedzinie historii filozofii rosyjskiej. Był profesorem uczelni australijskich i amerykańskich, członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Nauk, laureatem nagrody Eugenio Balzana (w 1998 roku), doktorem honoris causa, kawalerem Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski, nadanego mu przez prezydenta Kwaśniewskiego w 2005 roku.

A jednak ten wielki uczony i mądry intelektualista spotykał się z niezrozumieniem – a nawet z pochopnymi krytykami – we własnym kraju, i to zwłaszcza w kręgu liberalno-demokratycznej opozycji, o czym świadczyły nader krytyczne omówienia jego autobiografii przez Marka Beylina i Aleksandra Halla („Gazeta Wyborcza, 17-18 lipca 2010), czy napastliwy artykuł Mirosława Czecha poświęcony stosunkowi Walickiego do Rosji (w tejże gazecie 18 lipca 2015). Autorzy ci nie mogli Walickiemu darować jego krytycznej (ale przecież bynajmniej nie wrogiej!) oceny działań opozycji solidarnościowej w latach 1980-81 a także (w wypadku M. Czecha) jego stosunku do dzisiejszej Rosji, wyraźnie odbiegającego od obowiązującego tonu totalnej krytyki.

Wydana w 1995 roku praca Walickiego „Marxism and the Leap to the Kingdom of Freedom” (“Marksizm i skok do królestwa wolności”) stanowi najpoważniejszą w literaturze światowej analizę marksowskiej utopii. Nacechowana jest chęcią zrozumienia przyczyn, dla których teoria odwołująca się do odwiecznego marzenia o wolności zrodziła jeden z najbardziej zbrodniczych systemów dwudziestego wieku. Krytycy tej książki (m.in. Andrzej Paczkowski, Wojciech Roszkowski i Paweł Śpiewak) zarzucali mu relatywizm moralny a nawet obojętność wobec reguł etycznych.

Walicki te ataki znosił ciężko, o czym mogłem się nieraz przekonać w wielogodzinnych rozmowach, które z nim prowadziłem. Krytyka jego stanowiska wynikała, moim zdaniem, z pewnego rodzaju absolutyzmu moralnego, któremu hołdują jego krytycy. Nie pozwala on im zrozumieć, dlaczego uczony o bezspornie demokratycznych przekonaniach nie był w stanie angażować się w ruch demokratycznej opozycji, gdyż sądził, iż jest on zagrożeniem dla tej dozy ograniczonej suwerenności i wolności intelektualnej, którą Polsce udało się nie tylko wywalczyć w 1956 roku, ale także utrzymać w latach następnych. żywił nadzieję na to, że stopniowa zmiana klimatu politycznego w ZSRR otworzy drogę do głębszych i dalej idących zmian – także w Polsce. Ze zrozumieniem i sympatia obserwował politykę Gorbaczowa i bolał nad jej niepowodzeniem. Ostatnia książka Walickiego („O Rosji inaczej”, 2019) pokazuje go jako wnikliwego obserwatora polityki rosyjskiej, wolnego od apologii, ale tez wolnego od tendencji do bezwzględnego potępienia.

Dla ludzi lewicy Walicki pozostaje bardzo ważnym, ale wymagającym studiowania, punktem odniesienia. Sam o sobie pisał, że „nie potrafiłby stać się działaczem lewicy”, ale zarazem deklarował: „Owszem, jestem po stronie lewicy wedle kryteriów nie tylko polskich, lecz również światowych, oburza mnie bowiem dramatyczny, nieprawdopodobny wzrost nierówności społecznych, krytykuję demontaż osiągnięć państwa opiekuńczego, reprezentującego przecież złoty okres kapitalizmu, przeciwstawiam się fałszowaniu znaczenia terminu ‘gospodarka rynkowa’ przez utożsamianie rynku z ‘wolnym rynkiem’ w sensie neoliberalnym” („Idee i ludzie, s. 426). Sam siebie określał mianem „lewicowego liberała”.

Był także Walicki zdecydowanym obrońcą dorobku Polski Ludowej i krytykiem oficjalnej „polityki historycznej” opartej na totalnym potępieniu całego tego okresu. „Władze ustawodawcze i sądowe nie mogą orzekać, co ma być obowiązującą prawdą o przeszłości” – pisał w wydanych w 2000 roku „Polskich zmaganiach z wolnością” (s.174). W tejże pracy bronił decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego jako tej, która zapobiegła radzieckiej zbrojnej interwencji. Nic dziwnego, że był tak ostro krytykowany przez zwolenników czarno-białego widzenia polskiej historii.
Pod koniec życia Walicki był pesymistycznie nastawiony do tego, co go otaczało. Bolał go pogarszający się stan stosunków polsko-rosyjskich i narastający klimat nacjonalistycznego fanatyzmu w Polsce, dawał wyraz swemu rozgoryczeniu z powodu spotykających go ataków prasowych. Pisał, że świat poszedł w kierunku dezawuującym jego „plan życiowy” i podważającym sensowność jego pracy. Rozumiem rozczarowanie wielkiego uczonego, ale w tej sprawie jestem innego zdania. Uważam, że dorobek intelektualny Walickiego, jego sposób widzenia świata i miejsca w nim Polski mają wielkie znaczenie nie tylko dziś, ale i w latach, które są przed nami. Właśnie lewica, tak bardzo spragniona wielkich autorytetów moralnych i intelektualnych, ma obowiązek – ale i prawo – traktować myśli Andrzeja Walickiego jako drogowskaz na powikłanych szlakach historii.

Z żółtego kalendarza

Był jednym z najpopularniejszych piosenkarzy lat sześćdziesiątych.

Jego pełne liryzmu i uczuciowości przeboje, jak „Kochać”, „Żółte kalendarze”, „Goniąc kormorany”, „Puste koperty”, „Zabawa podmiejska” przez lata rozbrzmiewały z radioodbiorników i płyt, a jako łatwo wpadające w ucho były nucone przez słuchaczy kilku generacji. Reprezentował styl ludowego barda miłości.

Urodził się w Lublinie, tam się wychował i wykształcił. Debiutował w lubelskim kabarecie „Czart” w kawiarni „Czarcia Łapa” na Starym Mieście oraz kabarecie tamtejszej Akademii Medycznej „Dren59”. Stąd wystartował do wieloletniej ogólnopolskiej kariery wokalno-gitarowej, której apogeum przypadło na lata sześćdziesiąte i początek siedemdziesiątych.

Piotr Szczepanik zmarł 20 sierpnia 2020 roku.

KLUB

Odszedł „człowiek-orkiestra”

Sześć lat po ukończeniu Wydziału Aktorskiego warszawskiej PWST (1974) ukończył Wydział Reżyserii tejże uczelni (1980), bo jak sam wspominał, czuł, że „zamknięty tylko w aktorstwie będzie się dusił, „oszaleje”.

Andrzej Strzelecki czuł to, jako człowiek inteligentny i nie zadufany w sobie, choć debiutował na ekranie filmowym jeszcze w 1967 roku jako nastolatek, w trybie zupełnie przypadkowym, „amatorskim”, w filmie Jana Rybkowskiego „Kiedy miłość była zbrodnią”. Pojawił się lub zagrał epizody w kilku zaledwie filmach kinowych („Przepraszam czy tu biją?” M. Piwowskiego (1976), „Ostatnie okrążenie” K. Rogulskiego (1977), „Rozmowy nocą” M. Żaka, „Bitwa warszawska 1920” J. Hoffmana (2011) oraz w kilku telewizyjnych serialach, m.in. „W pustyni i w puszczy” (2001), choć jedyną serialową rolę wiodącą zagrał tylko w „Klanie” (dr Koziełło). Zagrał też w kilkunastu spektaklach Teatru Telewizji, głównie o komediowym charakterze. Paradoksalnie, choć miał w sobie pewną dawkę naturalnej siły komicznej (choćby w nieco „klaunowskich” rysach twarzy), właściwie nie grał ról komediowych. Dlatego, choć występował także na scenie teatralnej jako aktor, to przede wszystkim reżyserował, w teatrach Warszawy (Rozmaitości, Rampa, w którym także dyrektorował w latach 1987-1997) i gościnnie w wielu teatrach kraju. Wybierał teksty z kręgu dobrej literatury, miał wyrafinowany gust, ale jego zainteresowania nakierowane były nie na klasycznie dramatyczną, lecz na lżejszą muzę teatralną, bliższą komedii, często korelującą z wodewilem, musicalem, rozmaitymi formami muzycznymi, wokalnymi. Ten nurt sceniczny znał najlepiej, w nim czuł się „jak ryba w wodzie”. Doceniano sposób uprawiania przez niego tego gatunku, o czym świadczy, że najważniejsze nagrody reżyserskie otrzymał za reżyserię „Alicji w krainie czarów” (1979), „Clowni” (1981), „Złe zachowanie” (1984), „Cabaretro” (1988), „Love” (1991), a także za „Tutti e nessuno” wystawione we włoskim Arezzo (1985). Był zresztą laureatem wielu innych nagród za rozmaite dokonania. Jednak Andrzej Strzelecki pełnił znacznie więcej ról, niż tylko role aktora-epizodysty czy reżysera teatralnego. Był także satyrykiem, prezenterem telewizyjnym (prowadził szereg programów autorskich, np. „Paradę blagierów”, a także jeden z teleturniejów), reżyserem pokaźnej liczby prestiżowych krajowych festiwali, przeglądów, koncertów, gal filmowych, telewizyjnych, muzycznych (np. Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu, Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, wrocławski Przegląd Piosenki Aktorskiej, toruński Camerimage, czy Festiwal Gwiazd w Międzyzdrojach), a także prezentacji artystycznych za granicą. Był istnym „człowiekiem orkiestrą”, a przy tym odznaczał się wyrafinowanym, specyficznie inteligenckim dowcipem, charakterystycznym dla jego własnego i nieco starszego pokolenia twórców. Był też erudytą w domenie sztuk wszelakich, szczególnie filmu, teatru i muzyki, prawdziwym chodzącym magazynem wiedzy w tej dziedzinie, także cenionym „anegdociarzem”. Znany był też jako pasjonat golfa i odniósł szereg sukcesów na niwie tej dziedziny zarówno jako gracz jak i działacz golfowy. Uwieńczeniem jego dokonań był przyznany mu w 2004 roku tytuł profesora sztuk teatralnych oraz funkcja rektora warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, którą pełnił w latach 2008-2016. Choć sam tylko w ograniczonym stopniu zrealizował się w aktorstwie, to był wybornym, wszechstronnym (od sfery czystych umiejętności po typologię i psychologię) znawcą tego zawodu. W wywiadzie, którego udzielił mi w 2011 roku, tak mówił o przemianach dokonujących się w tej profesji: „Podstawową zmianą, jaka zaszła, jest zmiana ustroju. Co to oznacza? Do momentu zmiany ustroju teatr pełnił różne funkcje o charakterze społecznym. Po zmianie stał się tylko jednym z licznych sposobów korzystania z życia, także przez studentów i młodych aktorów. Oni są nastawieni egoistycznie na siebie, bo zmusza ich do tego kapitalizm, rynek. Ja wychowałem się w czasach zespołowych. Poza tym teatr utracił mistyczną magię przekaźnika prawdy. W zamian zaproponował publiczności przypatrywanie się światu aktorskiemu jako światu celebryckiemu. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest eliminacja wszelkich kryteriów wartości. Kiedyś wiedzieliśmy, kto jest kim w środowisku, a piramida hierarchiczna powstawała naturalnie. Teraz obca siła, spoza środowiska, zaczęła budować swoje piramidy i namieszała ludziom we łbach. Kiedy mówiło się „aktor”, to miało się na myśli Holoubka, Stuhra, Fronczewskiego, a teraz określa się tym słowem jakieś młodziutkie efemerydy bez najmniejszego dorobku. Pewna pani z Indii zapytała mnie, tu w Warszawie, gdzie podziali się znani jej polscy aktorzy starszego i średniego pokolenia. Spytała, czy my ich chowamy czy palimy na stosie (śmiech). Bo zobaczyła we wszystkich spektaklach samych młodych ludzi”.

Zapytany o przemiany technik i stylów gry aktorskiej stwierdził: „Odpowiedź na to uzyska pan oglądając stare taśmy ze spektaklami teatru telewizji, np. spektakl „Mistrza” Jerzego Antczaka sprzed 45 lat, gdzie stary już wtedy aktor Janusz Warnecki gra tak, że to do dziś jest współczesne. Podobne wrażenie odnosi się, gdy patrzy się na Bogumiła Kobielę w „Mieszczaninie szlachcicem” Moliera w reżyserii Jerzego Gruzy sprzed 43 lat. Ale już tak szacowni aktorzy jak Tadeusz Białoszczyński czy Zdzisław Mrożewski nawet jako młodzi grali tradycyjnie, hieratycznie, na wysokim C. Czyli nie metryka i czas, ale typ talentu i indywidualności decyduje”.
Urodzony w Warszawie 4 lutego 1952 roku zmarł tamże, w wyniku ciężkiej choroby, 17 lipca 2020 roku.

POLDEK

5 czerwca zmarł Leopold Dzikowski – Poldek, fotoreporter.

Właśnie uświadomiłem sobie, że nie mam zdjęcia Poldka, choć mam w archiwum sporo zdjęć, które zrobił Poldek. Z Sejmu, gdzie na korytarzu „łapałem” komentarz nowo wybranego premiera M.R. Rakowskiego. Z Phenianu, gdzie namówił mnie bym stanął u stóp ogromnego pomnika „Wielkiego Wodza”. Mam zdjęcia zrobione przez Poldka na moim ślubie, na spotkaniach imieninowych i z pożegnania z Kancelarią Prezydenta. Pewnie nie jestem odosobniony – w podobnej sytuacji jest wielu, którzy spotkali Go na swojej drodze. Mają zdjęcia zrobione przez Poldka, dokumentujące często bardzo osobiste wydarzenia, ale nie mają jednak zdjęcia samego Poldka. Pomógł Jacek Barcz, także fotoreporter „Sztandaru Młodych”, który udostępnił zdjęcie Poldka takiego, jakim był. Zadowolonego z życia, uśmiechniętego, w ruchu. I oczywiście z aparatem w ręce.

Dzisiaj prawie każdy może udawać fotoreportera. W smartfonach zainstalowali obiektywy Leici, Canona można kupić w sklepie na raty, Internet odarł świat z tajemnicy. Kiedyś, choć wcale nie tak „dawno, dawno temu”, fotoreporterzy byli wybrańcami. Jeśli mieli odwagę, szczęście i umiejętności warsztatowe pokazywali to, czego inni nie mogli zobaczyć. I zdobywali sławę. Poldek miał to wszystko w sobie i zdobył sławę.

Odwaga: „Jednym z najbardziej dramatycznych zdarzeń, jakie fotografowałem to był obóz głodu w Etiopii. To był niewielki szpital radziecki, gdzie lekarze byli zmuszeni selekcjonować chorych. Tylko niewielka część i to w najlepszym stanie była leczona, a reszta automatyczne skazana była na śmierć. Fotografowałem tragedię trzęsienia ziemi w Azerbejdżanie i Bukareszcie. Udało mi się sfotografować dziewczynę, którą żywą odkopano po 56 godzinach.” Jakiej odwagi wymagała taka praca, powoli dowiadujemy się dziś z tragicznych nieraz historii życiowych sprawozdawców wojennych. Nie byłoby tych zdjęć, gdyby nie upór i konsekwencja Poldka. Bo jak w 1985 roku można było wyjechać do Etiopii? Do celowości nagłej podroży służbowej najpierw trzeba było przekonać redakcyjnych szefów, potem Robotniczą Spółdzielnię Wydawniczą, ale i to nie wystarczało – bo skąd wziąć dewizy i jak dostać paszport? Poldek potrafił to wszystko poskładać.

Szczęście (?): „Byłem w Katowicach. Śpieszyłem się do Warszawy, żeby oddać zdjęcia i szybko przemieścić się do Sopotu na festiwal. Siedziałem w przedzie samolotu. Tuż po starcie wstał mężczyzna, oparł się tyłem o drzwi kabiny pilotów, pokazał pakunek twierdząc, że w jednej ręce trzyma kostkę trotylu a w drugiej zawleczkę i chce lecieć do Wiednia. Pilot bezmyślnie przypikował i porywacz uderzył w drzwi kabiny pilota rozkładając ręce. Ładunek wybuchł, całe szczęście, nie rozszczelniając samolotu. Wyleciały drzwi kabiny pilotów uderzając w głowę nawigatora. Porywaczowi urwało rękę, stracił ucho i oko. Nasze ubrania zaczęły się palić. Ja w tym momencie straciłem słuch. Odruchowo sięgnąłem po aparat dokumentując wydarzenie.” „Szczęśliwy” dla Poldka lot odbył się w 1970 roku.

Warsztat zawodowy: „Fotografowanie konkursów chopinowskich było bardzo utrudnione ze względu na konieczność zachowania absolutnej ciszy w sali filharmonii. Przy uruchomieniu migawki aparatu zawsze słychać charakterystyczny „pstryk”. Żeby to wygłuszyć owijałem go kilkoma warstwami irchy. Miałem taki przypadek, kiedy artysta pogroził mi palcem z estrady.” W 1985 roku Poldek razem z Grzegorzem Rogińskim zdobył 2. nagrodę w World Press Foto, w kategorii Arts and Entertainment stories, za serię fotografii właśnie z Konkursu Chopinowskiego.

Pewnie każdy z nas, dziennikarzy, którzy trafili do „Sztandaru Młodych”, mógłby opowiedzieć swoją historię o tym, jak Poldek „przyjmował do współpracy”. Był wymagający, ale sprawiedliwy. Nie pozwalał, by fotografię traktować jako mniej ważny dodatek do artykułu. Kłócił się, kiedy dziennikarze wybierali, jego zdaniem, gorszą fotografię. Jednak różnica wieku i statusu zawodowego nie wykluczała jego koleżeństwa. Przełożonym mówił co myślał i pewnie dlatego szefował stowarzyszeniu dziennikarskiemu w redakcji, w której przepracował prawie całe zawodowe życie. Kiedy nie było już „Sztandaru Młodych”, przez lata zwoływał redakcję na koleżeńskie spotkania.

Poldek opowiadał, że pracuje jako fotoreporter, bo lubi taki sposób spędzania wolnego czasu w ramach urlopu dziekańskiego, który wziął na prawie. Wybrał nieustanną przygodę, ale cenił też uroki życia. Tak jak pewną ręką korzystał z menu obsługowego aparatów, tak z klasą, i według swoich upodobań, układał menu naszych spotkań. Zostawił po sobie dobre zdjęcia i dobre wspomnienia.

Cytaty pochodzą z rozmowy, jaką Ryszard Jasiński przeprowadził z Poldkiem dla Radia PiK w 2004 roku.

Edward Brzostowski (1935-2020)

Opuścił nas Edek Brzostowski.

Wydawało to się niemożliwe. Człowiek, który uporczywie trzymał się życia i nie zaniedbywał żadnej okazji, aby być obecny i aktywny. Jego tubalny śmiech słychać było na ulicach ukochanej Dębicy, w Sali Sejmowej i w ministerialnych gabinetach. Całe życie w polityce. Jako minister, poseł, burmistrz, radny, działacz partyjny. Zawsze po lewej stronie, na dobre i na złe. Nigdy nie miał w tej sprawie wątpliwości.

I nieustanny Budowniczy. Za PRL-u zbudował i wiele lat kierował Kombinatem Igloopolu, który był pierwszym wielkim przedsiębiorstwem rolno-spożywczym w naszym kraju. Budował kluby i obiekty sportowe, domy kultury i mieszkania. Był zwolennikiem tezy, że pracownikowi – obok pensji – należy się od firmy znacznie coś więcej. Bywał apodyktyczny i surowy, ale trwało to chwilę. Potem żałował, choć nie zawsze się do tego przyznawał. Serdeczność była Jego wielką cechą.

Bo jednak kochał ludzi. Dobrze się czuł w towarzystwie. W każdym. Czy to byli przywódcy państwa, czy dębiccy sąsiedzi z ulicy. Tak samo rozmawiał z Marszałkiem Sejmu, jak i z kelnerką sejmowej restauracji. I wszystko traktował porządnie. Jak pracował to tyrał, jak biesiadował to do końca. Bardzo Go będzie brakować.

Zmarł Edward Brzostowski

                                                                 Zmarł

                                   Edward BRZOSTOWSKI

                                           Działacz społeczny i państwowy,

               Poseł na Sejm RP, burmistrz Dębicy, radny sejmiku podkarpackiego

                Twórca i szef Igloopolu, Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej

                       Człowiek niepospolity i wierny swoim wyborom ideowym,

                                                     Zawsze lewicowy

                                                      Grono przyjaciół

Nie żyje ikona polskiej lewicy

Wygrała WSZYSTKIE wybory, w których startowała. Świetna minister edukacji w rządzie Leszka Millera. Zagwarantowała całym rocznikom 1984 i 1985 (mój rocznik) możliwość tzw. starej matury, za co byłem Jej bardzo wdzięczny. Pamiętam jak przy pierwszym poznaniu podziękowałem Jej za to, a Pani minister uśmiechnęła się radośnie oczywiście zza dymu papierosowego, który naprawdę uwielbiała. Paliła bardzo dużo, a ja z Nią przy każdym spotkaniu. W Sejmie czy w Europarlamencie, w Hawełce czy w Jej biurze. Paliła niczym Helmut Schmidt. Pracowaliśmy razem w Radzie Polityczno-Programowej SLD pod kierownictwem Józefa Oleksego. Z Panią Minister wystąpiłem na pierwszej konferencji prasowej w Sejmie promując raport prof. Przemysława Sadury „Szkoła i nierówności społeczne”, od samego początku wspierała Centrum im. Ignacego Daszyńskiego. Byliśmy umówieni za miesiąc, 21 maja w Poznaniu gdzie mieliśmy zorganizować dyskusję „30 lat III – krytyczna perspektywa”. Powiedziała, że oczywiście z przyjemnością przyjdzie na nasze wydarzenie i da się nam zaprosić na kolację. Nadmieniła tylko, by było bez przepychu, bo w końcu jesteśmy z lewicy. Znów słyszałem Jej charakterystyczny śmiech. I taką Minister Łybacką zapamiętam!

Opuściła nas Krystyna Łybacka

20 kwietnia 2020 roku opuściła nas

                                   KRYSTYNA ŁYBACKA

Członek-założyciel Socjaldemokracji Rzeczpospolitej Polskiej
i Sojuszu Lewicy Demokratycznej,Wiceprzewodnicząca Partii, Wybitna            Kobieta Lewicy, Nauczycielka Akademicka, pryncypialna, życzliwa i                                                                  uśmiechnięta.

                                           Taką Ją będziemy pamiętać

Przyjaciele z Lewicy i Jej partii,
b. członkowie kierownictw SdRP i SLD,
bracia i siostry z ław poselskich