Historia również czerwona

Zakłamywanie wydarzeń historycznych oraz pomijanie niewygodnych faktów to chleb powszedni w podręcznikach do historii. Próba wyjścia naprzeciw owym przekłamaniom jest trudna, ale warta poświęcenia. Szczególnie wiosną, która obfituje w rocznice.

Święto Pracy to doskonała okazja do pokazania ludowej, robotniczej historii naszego kraju. Przecież 1 maja to nie „PRL-owska pozostałość”, ale jeden dzień w roku, który jest uhonorowaniem wszystkich walczących o równą pracę za godną płacę. To dzień sięgający korzeniami XIX w. Trudno jednak odczarować tę datę, szczególnie wobec domorosłych antykomunistów i starszego pokolenia, którego wiedza na temat genezy owego święta jest nieduża.

Dużo jest za to pracy, żeby pokazać historię nie tylko z perspektywy jaśnie hrabiów, panów generałów i międzywojennych inteligentów, ale przede wszystkim robotnic i robotników. W ubiegłą niedzielę, 26 kwietnia, minęło 100 lat od krwawego stłumienia poznańskiego strajku kolejarzy, którzy domagali się wypłaty obiecanych przez rząd centralny „13-stek”. 9 zginęło, 30 odniosło rany. Żaden policjant, ani endecki polityk wydający wówczas polecenia nie poniósł kary, historia robotniczego strajku jest zapomniana. Symbolizuje go wyłącznie tablica w murach b. zamku cesarskiego, pod którą rokrocznie wiązanki kwiatów składają działaczki i działacze lewicy. Władze miasta? Województwa? Próżno ich szukać. To tylko 9 osób. Tylko kolejarze.
Informacji o Wielkim Strajku Chłopskim z 1937 r. również na próżno szukać w podręcznikach do historii, a przecież to wtedy kilka milionów rolników wzięło udział w blokowaniu dostaw żywności buntując się przeciwko autorytarnym rządom piłsudczyków. Śmierć poniosły 44 osoby, 5 tys. aresztowano. Ale to Piłsudskiemu składa się kwiaty na różne rocznice, rzadko wspominając o jego powojennym umiłowaniu do rządów twardej ręki, pacyfikacji opozycji, upolitycznieniu sądownictwa czy budowie kultu własnej jednostki. Czasem trzeba włożyć kij w mrowisko podważając istniejące autorytety, bo tylko taka strategia pozwala na odnalezienie szerszej perspektywy.

Trzeba ze smutkiem przyznać, że tzw. „polityka historyczna” jest domeną prawicy wszelkiej maści. Do pewnego czasu lewica nie tylko była w defensywie, co całkowicie porzuciła walkę o pamięć historyczną. Dopiero od kilku lat dobrą robotę w tym zakresie realizuje partia Razem, lewicowe media i oddolne inicjatywy na rzecz Dąbrowszczaków walczących o demokratyczną Hiszpanię, przywrócenia pamięci o pierwszym niepodległościowym rządzie Daszyńskiego z 7 listopada 1918 r. czy promując postępowych autorów i autorki (Konopnicka, Boy-Żeleński i inni). Swego czasu SLD wychodziło z inicjatywami na rzecz historii, ale jako 23-latkowi jest mi zdecydowanie bliżej do ruchów robotniczych i kobiecych z dwudziestolecia niż prób wybielania PRL-u, który dla mnie miał zdecydowanie więcej ciemnych niż jasnych kart. Choć i tutaj jestem otwarty na dyskusje.

Dziś w Polsce nietrudno wpaść na ulice Daszyńskiego, Pużaka czy Arciszewskiego. Ilu z mieszkańców czy przejezdnych chociaż przez minutę zastanowiło się nad tymi patronami? Pewnie znikoma część. Jest co robić. Historię trzeba odkłamywać, pokazywać jej inne oblicze. Szczególnie to czerwone. Ludowe.