Joga zamiast ludzkiego podejścia

Półtora miliona zwolnień lekarskich z powodu zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania przekazano do ZUS w ubiegłym roku.
Pracownicy cierpieli przede wszystkim z powodu reakcji na ciężki stres i zaburzenia adaptacyjne. Pracodawcy próbują otwierać się na problemy psychiczne zatrudnionych, czy efektywnie? – to już inna historia.
Koszty ekonomiczne i społeczne depresji łatwo obrazują statystyki. Do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wpłynęły zwolnienia z powodu chorób psychicznych, które oznaczały łącznie 10 mln dni na „L4”. Według danych udostępnionych Bankier.pl, z powodu epizodu depresyjnego wydano w ubiegłym roku 252915 zaświadczeń, z powodu zaburzeń depresyjnych nawracających – 132918. Średnia liczba dni przypadających na jedno zwolnienie lekarskie to 20 dni. Dla porównania, choroby górnego układu oddechowego to zwolnienie trwające około 5 dni. Co więcej, według statystyk Komendy Głównej Policji głównym źródłem utrzymania osób, które popełniły samobójstwo jest praca.
Pracodawcy dostrzegają problem, widać to chociażby w danych pochodzących od sieci prywatnych placówek medycznych. W TU Zdrowie i w PZU Zdrowie według informacji przekazanych redakcji Bankier.pl zainteresowanie usługami psychologów i psychiatrów wzrosło o 20 proc. Inne instytucje inwestują w nowe poradnie zdrowia psychicznego. Pracodawcy szukają również swoich sposobów – od szkoleń po prywatnych psychologów. Pracownicy z kolei chcieliby zwykłego ludzkiego podejścia.
Pracownicy, zapytani podczas rozmów na temat radzenia sobie z depresją przy jednoczesnej pracy na etacie, mówią o tym, że nie zarządzanie stresem w ramach szkoleń czy poranna joga w firmie to aspekty, które specjalnie docenią jako osoby chore.
– Problem korporacji jest taki, że w ogóle nie patrzy się na jednostkę. Tak jak na moim przykładzie – miałam mieć zespół trzyosobowy, a pracowałam sama, najpewniej z powodu oszczędności. W środy mieliśmy darmową jogę, w biurze był pokój do medytacji, który można było wykorzystać jako dodatkową przestrzeń do telekonferencji albo żeby się tam wypłakać. Brakuje takiego ludzkiego czynnika. Chciałam spotkać się z moją przełożoną i porozmawiać, że nie na takie warunki zgadzałam się, podpisując umowę, że się nie wyrabiam. Szefowa nie miała dla mnie czasu przez dwa tygodnie. W czasie spotkania, po wysłuchaniu mnie, powiedziała: Słuchaj Monika, mam taki super pomysł, że zatrudnimy takiego behawiorystę, który będzie cię „shadowował w pracy” i po tygodniu usiądziemy do tego i on powie wtedy, gdzie widzi błędy w twojej pracy i jak poprawić twoje zarządzanie czasem. Ten świat korporacji jest tak bardzo odklejony od rzeczywistości – opowiada Monika, 34-letnia pracownica agencji reklamowej.
Z kolei Marcin, pracownik IT, administrator, współpracujący z jednym z producentów oprogramowania, który mierzy się z depresją i jednocześnie wykonuje swoje obowiązki pełnoetatowo, chciałby po prostu akceptacji problemu. – Czego bym oczekiwał od przełożonych? Zrozumienia, akceptacji, tolerancji – to przede wszystkim. Bezproblemowego urlopu, jeśli zajdzie taka potrzeba – mam na myśli oczywiście realizację zwolnienia lekarskiego. A w krytycznych sytuacjach wymagałbym nieco innego podejścia: nie wrzucania mi na głowę rzeczy ponad moje codzienne obowiązki – mówi.
Mariusz, pracownik prawniczej korporacji, mówi w rozmowie z Bankier.pl, że nie ma specjalnych oczekiwań i nie wymaga specjalnego traktowania. Kiedy dopytuję, czy gdyby miał niczym nieograniczony budżet, to co by chciał mieć zapewnione?, odpowiada, że dostęp do darmowej opieki psychologów i psychiatrów. – Byłaby to prywatna opieka psychologiczna i psychiatryczna, która mogłaby skutkować analizą, czy to praca jest przyczyną depresji, czy jest tu jakiś błąd po stronie korporacji, który można realnie naprawić przez wprowadzenie zmian w strukturze czy obowiązkach – odpowiada.
Jedną z dróg radzenia sobie z problemami psychicznymi pracowników jest rozszerzenie prywatnej opieki medycznej i uwzględnienie w pakietach konsultacji z psychologami i psychiatrami. Zauważa się również wzrost zainteresowania bonami na opiekę psychologiczną dla swoich pracowników.
– W 2020 roku odnotowaliśmy znaczne zwiększenie zapotrzebowania na opiekę psychologiczną (ok. 20-proc. względem 2019 roku). Jest to konsekwencja pandemii, ale także skutek ogólnego wzrostu świadomości Polaków w zakresie zdrowia psychicznego, jaki miał miejsce w ostatnich latach. Zainteresowanie dotyczyło zarówno firm, jak i pacjentów indywidualnych. Pracodawcy, którzy dotychczas nie posiadali tej opcji w swoich pakietach medycznych, decydowali się na zakup puli voucherów na konsultacje dla pracowników – tłumaczy w rozmowie z Bankier.pl biuro prasowe PZU.
W TU Zdrowie z kolei postawiono na telekonsultacje. – Na początku pandemii uruchomiliśmy dodatkowe wizyty psychologa w postaci telekonsultacji. Pierwsze e-konsultacje miały miejsce już w marcu 2020 r. Była to odpowiedź na zgłaszane przez firmy potrzeby wsparcia ich pracowników w czasie trwania pierwszego lockdownu. Zrealizowanych konsultacji psychiatrycznych ogółem w 2019 r. było 1578, a psychologicznych 1592. W 2020 r. dane te kształtowały się na poziomach: 1908 konsultacji psychiatrycznych i 1954 psychologicznych – uzupełnia dyr. Teresa Domańska z TU Zdrowie.
Zdrowie psychiczne nadal pozostaje tematem tabu, mimo że w Polsce według danych WHO 15 osób dziennie popełnia samobójstwo – a 12 z nich to mężczyźni.

Tykająca bomba zegarowa

Na rynek, w trakcie kryzysu, wchodzi duża grupa młodych osób naznaczonych koronawirusem.
Mowa tu o tykającej bombie zegarowej, gdyż pozostawienie młodych ludzi poza rynkiem pracy na długi czas zmniejsza ich szanse znalezienia lepszej pracy w przyszłości.
Dla rządu powolnie rosnące bezrobocie rejestrowane świadczy rzekomo o skuteczności podjętych działań. Tymczasem sytuacja na rynku pracy to nie tylko dane dotyczące bezrobocia rejestrowanego. Stan rynku pracy znajduje odbicie również w liczbie i atrakcyjności ofert pracy, wysokości oferowanych wynagrodzeń i benefitów czy perspektyw inwestycyjnych firm na rynku – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Już badanie Diagnoza Plus , przygotowane przez Uniwersytet Warszawski, Ośrodek Badawczy GRAPE i Centrum Analiz Społeczno Ekonomicznych, pokazało jak bardzo nieadekwatne do rzeczywistości jest nasze spojrzenie na samo zjawisko bezrobocia.
Gdy wybuchła pandemia COVID-19, wiele rządów, w tym polski, zdecydowało się, w ramach specjalnych programów (w Polsce: tarcz antykryzysowych), zapobiegać zwolnieniom pracowników zatrudnionych na umowy o pracę. W ten sposób część miejsc pracy jest utrzymywana przy życiu, lecz de facto są one „martwe” – tylko czekają na odłączenie kroplówki. To tak zwane zombie jobs. Mogą w Europie stanowić nawet 6 proc. całkowitego zatrudnienia (czyli 9 mln miejsc pracy; dane na podstawie badania Allianz).
Ocena jak wiele zombie jobs istnieje w Polsce jest trudna, gdyż stan rynku pracy postrzegany jest głównie przez pryzmat bezrobocia rejestrowanego. A ono ulega zmianie powoli, bo pracownicy w firmach korzystających z tarcz antykryzysowych objęci są okresem ochronnym. Gdy on się skończy, bezrobocie będzie rosło szybciej niż dotychczas – przewiduje TEP. Poza tym, przez obniżoną aktywność gospodarczą na świecie zmniejszy się także popyt na pracę.
Polska gospodarka skurczy się w tym roku o 5,4 proc., a pod koniec roku bezrobocie mocno wzrośnie – wynika z lipcowej prognozy Narodowego Banku Polskiego „Raport o inflacji”. Kryzys, jednak nie wszystkich dotknie w równym stopniu. Daje się zauważyć, że w wyniku ograniczeń działalności gospodarczej, osoby pracujące w oparciu o różne formy zatrudnienia, w różny też sposób zostały dotknięte kryzysem. Osoby zatrudnione na umowę o dzieło czy zlecenie znacznie poważniej odczuły skutki kryzysu niż zatrudnieni na umowę o pracę. Z usług osób pracujących w oparciu o umowy cywilno-prawne z dnia na dzień można zrezygnować. Statystyki nie obejmują skali tego zjawiska.
Podobnie, w nieproporcjonalnie dotkliwy sposób dotknięte kryzysem zostały osoby młode, do 25 roku życia, stawiające pierwsze kroki na rynku pracy oraz osoby do 29 roku życia, które często wykonują pracę właśnie w ramach umów cywilno-prawnych (umowa o dzieło, zlecenie). To one są największymi ofiarami kryzysu.
Pandemia COVID-19 ma niszczycielski wpływ na zatrudnienie młodych ludzi na całym świecie. Według raportu Międzynarodowej Organizacji Pracy (ILO) pt. „COVID-19 i świat pracy. Czwarta edycja” pandemia ma nieproporcjonalnie duży wpływ na wzrost bezrobocia wśród młodzieży. W szczególności dotyka młode kobiety. Jedna osoba na sześć wśród osób młodych była zmuszonych do zaprzestania pracy już na początku epidemii. Ponad czterech na dziesięciu młodych pracowników było zatrudnionych w usługach gastronomicznych, hotelarstwie, handlu hurtowym i detalicznym – sektorach najbardziej dotkniętych kryzysem.
W Polsce rocznie niemal 400 tys. osób wchodzi na rynek pracy. Osobom poniżej 25 roku życia doskwierają nie tylko problemy w procesie edukacji (nauka zdalna wiąże się m.in. z wyzwaniami sprawdzania wiedzy, obecności, aktywności), ale również mniejsza liczba szkoleń, w związku z ciosem zadanym branży szkoleniowo-eventowej przez koronawirusa, jak i mniejszą pulą środków na szkolenia, którą dysponują pracodawcy. Młodzi odczuwają także barierę wejścia na rynek pracy w okresie stanu epidemii – nikt nie chce zatrudniać od razu osób młodych do pracy zdalnej.
Istnieje wiele obaw, że wstrząs gospodarczy wywołany pandemią może głęboko odbić się na rocznikach wchodzących na rynek pracy. Niezależnie czy nazwiemy osoby rozpoczynające teraz karierę zawodową „pokoleniem Lockdownu”, „Covidialsami” „Coronialsami”, „Kwarantanialsami” (pojęcia nawiązujące do COVID19 i koronawirusa), czy „generacją Zoom” (sformułowanie pochodzące od aplikacji do wideokonferencji), to faktem jest, że tegoroczni absolwentów szkół wyższych stracili taką szansę na budowanie swojej pozycji na rynku pracy, jaką miały poprzednie generacje.
Statystycznie, na podstawie badań osób rozpoczynających karierę zawodową w trakcie kryzysu 2008-2009, możemy powiedzieć, że wchodzący na rynek pracy w 2020 roku będą dłużej wykonywać gorzej płatne prace i więcej czasu zabierze im uzyskanie awansu – ocenia TEP. Później wezmą kredyt na mieszkanie i później zdecydują się na dzieci. Istnieją również badania na temat wzrostu awersji do ryzyka u osób dorastających w czasie pandemii, rodzące długotrwałe konsekwencje dla wzorców oszczędzania, czy zasad życia społecznego (np. dystansu w relacjach społecznych).
Z powodu swoistej konstrukcji systemu zabezpieczeń społecznych oraz przywilejów socjalnych dla osób wykonujących pracę na etat, rządowe programy utrzymywania zatrudnienia w firmach są jednocześnie kulą u nogi dla osób młodych, które pracy szukają. W ten sposób pandemia oraz działania rządu pogarszają nierówności międzypokoleniowe. Raport „COVID-19 i mobilność społeczna” opublikowany przez London School of Economics wskazuje, że przed kryzysem młodsze pokolenia już zmagały się z niskimi płacami, mniejszymi szansami na zatrudnienie, podejmowaniem pracy „na czarno”.
Co gorsza, według raportu Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) „Młodzi i COVID-19” prognozy na najbliższe dwa lata dotyczące sytuacji młodych osób na rynku pracy są fatalne. Pracodawcy mogą preferować przyjmowanie nowych pracowników na krótkie kontrakty, staże, umowy zlecenia czy o dzieło – i niechętnie będą sięgali po rozwiązanie, jakim jest umowa o pracę.

Z daleka od szefa

Zatrudnionym raczej podoba się praca zdalna. Natomiast polscy przedsiębiorcy obawiają się, że zmniejsza ona produktywność ich podwładnych i utrudnia kierowanie nimi.

Polscy pracownicy doceniają pozytywne strony pracy zdalnej. Co trzeciego cieszą elastyczne godziny pracy, co piątego oszczędności związane z dojazdem do biura oraz możliwość pracy w dowolnym miejscu. Najmniej osób wskazuje jako plus możliwość spędzenia większej ilości czasu z bliskimi (7 proc.) oraz brak dress code (4 proc.).
Odsetek osób pracujących zdalnie po wybuchu pandemii koronawirusa wzrósł w czerwcu do 76 proc. Przed marcem 2020 r., możliwość pracy zdalnej miało 41 proc. pracowników umysłowych. Miejscem, z którego polscy pracownicy najczęściej wykonywali pracę zdalną, zarówno przed wybuchem pandemii koronawirusa jak i teraz jest oczywiście dom. Pracę zdalną na świeżym powietrzu wykonuje obecnie 19 proc. pracowników (co jest związane z ciepłymi dniami).
To, jak Polacy odnajdują się w pracy zdalnej, pokazuje badanie wykonane na zlecenie Gumtree.pl oraz Randstad Polska. 69 proc. pracowników uczestniczących w badaniu uważa ją za łatwą lub bardzo łatwą do zorganizowania. Najlepiej z tą organizacją radzą sobie oczywiście ci pracownicy, którzy mają w pracy zdalnej doświadczenie jeszcze sprzed okresu pandemii (75 proc.), choć ci nowi też nie mają z tym większych kłopotów. Aż dwóch na trzech z nich uważa, że organizacja pracy zdalnej nie nastręcza im specjalnych problemów. większych kłopotów.
Zorganizowanie sobie dnia pracy zdalnej jako łatwe lub bardzo łatwe nieco częściej oceniają mężczyźni (74 proc.) niż kobiety (65 proc.). To zrozumiałe, bo na polskich kobietach ciąży znacznie więcej obowiązków domowych niż na mężczyznach.
Im ktoś ma większe doświadczenie w pracy z domu, tym bardziej stawia na dobrą organizację swojego „home office”. – Pracownicy zdalni, działając z domu, starają się dbać o swój komfort fizyczny i psychiczny. Pomaga im z jednej strony stworzenie wygodnej przestrzeni do pracy, w tym cichego pomieszczenia z dala od domowników, z drugiej zaś trzymanie się sztywno wyznaczonych ram czasowych – mówi Katarzyna Merska z Gumtree.pl.
O tym, jak niektórzy polscy pracownicy postrzegają organizację pracy w domu, mówią ich wypowiedzi uwzględnione w badaniu. Wskazują oni na takie jej zalety jak spokój, ciszę, brak kontaktów z innymi osobami, to, że w domu można się skupić i bardzo efektywnie pracować. Są jednak i opinie, podkreślające, że zwłaszcza dla kobiet jest to niemałe wyzwanie. Trzeba być zmobilizowanym, dobrze zorganizowanym, poradzic sobie z opieką nad dziećmi i innymi obowiązkami.
Z pracowaniem zdalnym jest taki problem, że obecność w domu podczas pracy zdalnej stanowi dla Polaków dużą pokusę do wykonywania niezwiązanych z pracą czynności. Do dodatkowych aktywności w godzinach pracy przyznaje się 61 proc. osób, które pracują zdalnie od momentu wybuchu pandemii (a także 76 proc. spośród tych, którzy pracowali w ten sposób już wcześniej).
Wśród tych czynności, które mają największy wpływ na dezorganizację pracy, najczęściej wymieniane są: surfowanie po internecie lub oglądanie telewizji, na co wskazuje 55 proc. respondentów. Zaskakuje wysokie miejsce sprzątania (43 proc.). Co trzeci pracownik podczas pracy zdalnej zajmuje się swoimi dziećmi, a co piąty załatwia takie sprawy, jak e-wizyty u lekarza czy w urzędzie.
Okazuje się, że aż 51 proc. polskich pracodawców miało rozmaite obawy przed wysłaniem swego personelu na pracę zdalną, uważając z reguły, że pracownika, który jest daleko, trudniej skutecznie skarcić, albo, że zaczną oni w domu zajmować się różnymi głupotami, na czym ucierpi ich efektywność – bądź w czasie „home office” będzie im brakować rzetelności.
Jak wskazuje badanie Gumtree.pl polscy pracodawcy obawiali się także różnego rodzaju „przeszkadzaczy”, które czyhają na pracowników zdalnych.
Tylko 49 proc. polskich przedsiębiorców umożliwiających swoim podwładnym całkowitą lub częściową pracę zdalną, nie wskazywało na jakieś powody do niepokoju przed podjęciem tej decyzji.
– Jak pokazują wyniki naszego badania,ci z przedsiębiorców, którzy obawy mieli, najczęściej jako problem w organizacji pracy zdalnej wskazywali brak bezpośredniego kontaktu z pracownikiem (19 proc.) oraz brak pewności co do rzetelnego wypełniania zleconych zadań w godzinach pracy (14 proc.). Okazuje się, że obawy te nie były zupełnie bezpodstawne – wielu pracowników przyznaje bowiem, że ma kłopot ze skupieniem się wyłącznie na obowiązkach zawodowych, kiedy pracują z domu – wyjaśnia Katarzyna Merska.
Kłopoty ze skupieniem nie są czymś najgorszym, ale praca zdalna ma też i inne swoje minusy – tym, co najbardziej doskwiera polskim pracownikom, jest ograniczony kontakt ze współpracownikami (26 proc.) oraz wspomniana już duża liczba rozpraszających bodźców, takich jak np. telewizor, ciągle kuszący by go włączyć i oglądać – na ten aspekt wskazało 21 proc. osób.
Wybuch pandemii sprawił, że praca zdalna zyskała grono nowych, zagorzałych zwolenników. Jak wskazuje aż 89 proc. respondentów, praca zdalna w najbliższej przyszłości będzie ich zdaniem zyskiwać na znaczeniu, a ponad połowa (52 proc.) jest przekonana, że po uspokojeniu się obecnej sytuacji, będzie mogła wykonywać część obowiązków zdalnie. Z kolei na całkowite przejście na zdalną formę pracy liczy co piąty pracownik. – Są już pierwsi pracodawcy, którzy rezygnują z części swoich przestrzeni biurowych. To jasny sygnał, że niektórzy pracownicy do biur już w ogóle nie wrócą. Bardziej prawdopodobny jednak będzie scenariusz hybrydowy, który uwzględni oczekiwania nowych entuzjastów pracy zdalnej. Na pewno możemy się go spodziewać w najbliższych miesiącach, bo firmy będą dążyły do minimalizowania ryzyka związanego z COVID-19 – podkreśla Mateusz Żydek, ekspert rynku pracy .
W efekcie może się okazać, że część przedsiębiorstw pozostanie przy tego typu zmianowym systemie, dzieląc pracę w firmie na część zdalną i stacjonarną – a podział ten w wielu miejscach stanie się standardem. Wielu pracowników, jak i pracodawców widzi bowiem, że przynajmniej częściowa praca zdalna to na dłuższą metę więcej korzyści niż wyzwań.
Obaw jednak wciąż nie brakuje. Z jednej więc strony, ponad połowa przedsiębiorców deklaruje, że w przyszłości ich pracownicy będą mogli część lub całość obowiązków wykonywać zdalnie.
Z drugiej strony, aż 71 proc. polskich pracodawców, którzy umożliwili wszystkim lub niektórym pracownikom pracę zdalną, narzeka, że ich produktywność w porównaniu do pracy stacjonarnej jest na niższym poziomie. Niestety, nie zapytano pracowników, co myślą o produktywności pracy swych pracodawców.

Czwarta tarcza antypracownicza

Jeśli czwarta tarcza antykryzysowa zostanie przyjęta w postaci, o jakiej dowiedziały się media, to mamy do czynienia z kolejnym przerzuceniem ciężaru kryzysu na pracowników.

Rząd nie kryje się nawet specjalnie z tym, że jego celem jest ratowanie firm, a tylko przy okazji – ludzi. Równocześnie organizacje pracodawców nieustannie sugerują mu dalsze „uelastycznianie” (czytaj: demontaż) kodeksu pracy. Do tego w czwartej „tarczy” na razie nie dochodzi, ale zapisów znacząco zabezpieczających pracowników czy bezrobotnych również nie widać.

Związki zawodowe oburza zwłaszcza rozważane odebranie pracownikom możliwości samodzielnego decydowania o terminie wykorzystania zaległego urlopu. To pracodawca miałby zdecydować, kiedy zatrudniane przez niego osoby skorzystają z urlopu.

Nowe prerogatywy pracodawców

Jeśli projekt zostanie przyjęty, pracodawcy będą mogli pomijać postanowienia układów zbiorowych lub regulaminów wynagrodzeń, jeśli te przewidują wyższą wysokość odpisu na zakładowy fundusz socjalny niż wymagane ustawowo minimum. Inne obowiązki związane z prowadzeniem zakładowego funduszu socjalnego również będą mogły zostać anulowane, ale tutaj pracodawca będzie już musiał uzyskać akceptację ze strony związków zawodowych. Dodatkowo tarcza nr 4 narzuca maksymalną wysokość odprawy: dziesięciokrotność pensji minimalnej. Z tym, że większość pracowników i tak nie może liczyć na taką kwotę.

Mamy dość!

OPZZ komentuje projektowane zapisy tarczy bardzo krótko. – Mamy dość antypracowniczych rozwiązań – czytamy na stronie centrali związkowej. OPZZ negatywnie odnosił się również do poprzednich zapisów tarcz, w których deklarowano wsparcie dla pracodawców, a od pracowników żądano zaciskania pasa. Rząd puścił jednak te zastrzeżenia mimo uszu.

Ciągle bez ochrony

Zdaniem przedsiębiorców, zanim, dość zresztą dziurawa, „tarcza antykryzysowa” zacznie obowiązywać, wielu z nich może upaść.

Rząd PiS wciąż nie wdrożył „tarczy antykryzysowej”, mającej chronić przedsiębiorstwa w Polsce przed skutkami epidemii koronawirusa.

Sytuacja robi się jednak coraz bardziej nagląca, trzeba działać, a więc Zakład Ubezpieczeń Społecznych wprowadził pierwsze rozwiązania, które powinny łagodzić problemy firm w naszym kraju. Budzą one jednak liczne zastrzeżenia tych, do których są adresowane.

I tak, przyjęte zostało rozwiązanie, zgodnie z którym, jeśli firma z powodu epidemii ma problemy, aby zapłacić bieżące składki lub należności – mimo zawartej już z ZUS umowy o rozłożeniu zadłużenia na raty bądź odroczeniu terminu płatności –  to może skorzystać z tzw. uproszczonych form pomocy.

Polegają one na odroczeniu o trzy miesiące terminu płatności składek, za okres od lutego do kwietnia 2020 r. – oraz na wydłużeniu o trzy miesiące terminu realizacji zawartej już z ZUS umowy, w której płatności rat bądź składek wyznaczono w okresie od marca do maja 2020 r. 

Jak informuje Warszawska Izba Gospodarcza, aby skorzystać z takiego odroczenia, należy złożyć odpowiedni wniosek. We wniosku trzeba wskazać, w jaki sposób epidemia koronawirusa wpłynęła na sytuację finansową firmy i brak możliwości terminowego opłacenia należności. Następnie trzeba uzupełnić dokumentację o dodatkowe dokumenty dotyczące ewentualnego korzystania z pomocy publicznej. Jak widać, formalności jest niemało. Jeżeli w ciągu trzech miesięcy sytuacja finansowa przedsiębiorstwa nie ulegnie poprawie, będzie możliwość wystąpienia z wnioskiem o przedłużenie odroczenia.

Dodatkowo ZUS planuje wstrzymanie działań egzekucyjnych dotyczących należności od lutego do kwietnia 2020 r. Wstrzymanie egzekucji dotyczy jednak tylko aktywnych płatników, którzy do końca stycznia 2020 r. nie zalegali z opłacaniem żadnych składek.

Wszystkie te rozwiązania nie budzą entuzjazmu osób prowadzących działalność gospodarczą. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla, że działania ZUS są: „absolutnie niewystarczające”. Wskazuje, iż odroczenie terminu płatności składek oznacza, że za trzy miesiące przedsiębiorcy zostaną obarczeni podwójnymi kosztami składek – a to może mieć fatalny wpływ na kondycję ich firm oraz tempo przywracania polskiej gospodarki do stanu normalności po kryzysie.

ZPiP uważa, że mikro przedsiębiorstwa, w których płatnik jest jednocześnie ubezpieczonym, powinny mieć możliwość zawieszenia płatności składek za okres od lutego bieżącego roku,  na okres od dwóch miesięcy z możliwością przedłużenia tego okresu. Czas zawieszenia nie byłby wliczany w okres składkowy.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców zaapelował więc o wdrożenie pakietu rozwiązań, dotyczącego ulg i umorzeń długów wobec ZUS.

Cezary Kaźmierczak, prezes ZPiP mówi:  – Jeśli ktoś chce wyłożyć mikro i mały biznes, to niech dalej lansuje pomysły “odroczenia płatności ZUS”. Wówczas ci, którzy przetrwają teraz, mogą paść pod ciężarem skumulowanych długów w czasie odbudowy gospodarki. ZUS dla mikro i małych firm należy zawiesić do czerwca (bez wliczania tego w okres składkowy.

Przedsiębiorcy wskazują także, że już sam czas ograniczenia terminów odroczeń i zawieszeń proponowanych przez ZUS jedynie na miesiące luty – kwiecień 2020 r. budzi poważne wątpliwości. Perturbacje związane z stanem zagrożenia epidemiologicznego, mogą mieć przecież wpływ na działanie firm w znacznie dłuższym okresie.

Zdaniem ZPiP, Zakład Ubezpieczeń Społecznych powinien również ponosić całkowity koszt wypłacania wynagrodzenia chorobowego dla pracowników poddanych obowiązkowej kwarantannie – od pierwszego dnia trwania kwarantanny.

Przedsiębiorcy mają oczywiście swoje racje. Ale trzeba też pamiętać, że możliwości finansowe ZUS-u, utrzymywanego ze składek pracowników, nie są nieograniczone. A wszelkie – tak optymistyczne jak i pesymistyczne – scenariusze finansowania ubezpieczeń Polaków w kolejnych latach, przewidują, że konieczny będzie wzrost dotacji z budżetu państwa do ZUS. Z tego coraz bardziej pękającego w szwach budżetu, zasilanego pieniędzmi podatników. Cała ta kasa nie jest więc bez dna.

Patologia w małych firmach?

Poniedziałkowa Trybuna wydrukowała materiał Piotra Szumlewicza pod tytułem „Małe firmy- dużo patologii”. Z materiału wynika, że autor nie miał zbyt wiele do czynienia z małymi firmami. Gdyby miał, to na tytułowe pytanie odpowiedziałby: tak, ale ze strony pracowników!

Jestem od zawsze lewicowcem. Doszedłem w SLD przez pewien czas do stanowiska sekretarza RW na Podkarpaciu. Od kilku lat prowadzę własną działalność w branży zakwaterowanie i gastronomia, w branży, którą Piotr Szumlewicz określa jako najbardziej patologiczną. Przed podjęciem tej działalności dałbym sobie rękę uciąć za każdego skarżącego się na pracodawcę pracownika. Teraz zmieniłem zdanie. Może nie diametralnie, ale w sposób dość zasadniczy.

Po pierwsze potwierdzam stare powiedzenie, że człowiek zrobi wszystko
byle tylko nic nie zrobić.

Natomiast prawdą jest, że przy każdej wypłacie wypłakuje o podwyżkę.
Nie ma w pracy pojęcia stosunków partnerskich z pracownikami. Wykorzystają to natychmiast. Dopiszą sobie godziny, nakarmią rodzinę, gdy cię nie ma, skorzystają z owoców, jarzyn, wędlin, mięsa. Ja wiem, że nie można uogólniać. Są też ludzie uczciwi, niestety jest ich mniejszość. Przez trzy lata kompletuje załogę i końca nie widać.

Nowo zatrudnieni pracują w miarę dobrze prze kilka miesięcy, później zaczyna się gra, szef nie widzi to luz i laba. Kończy się to rozstaniem, a wtedy masz pewne, że wywaleni obrobią ci pewną część ciała. Płacę jak w zegarku, bez jakiegokolwiek spóźnienia, a w mieście idzie fama, że zalegam z poborami. Wiem kto robi mi taka opinię, między innymi pani barmanka, która wielką miłością darzyła towar, który sprzedawała, czyli alkohol. Zapominała też wbijać do kasy fiskalnej sprzedany towar, ale nadwyżki w kasie nigdy nie było.

Osoba prowadząca działalność gospodarczą w czasach PRL-u uznawana była przez wszelkie urzędy jako potencjalny przestępca, transformacja niczego nie zmieniła. Dalej prywaciarz to w powszechnym pojęciu kombinator i oszust. Duże firmy stać na dobrych adwokatów i tym sposobem potrafią wybrnąć z różnego rodzaju wpadek i przekrętów. Małych firm na to nie stać.

Przez cały czas mam rotację za barem. Owszem przychodzą chętni do pracy, ale…

wygląda to mniej więcej tak. Mogę pracować, ale na czarno, bo inaczej stracę dopłatę do mieszkania, zasiłek z MOPS-u, pomoc z PCK. Proszę mi powiedzieć jak można – w małym mieście, gdzie wszyscy się znają – postawić kogoś do pracy na czarno i to jeszcze za barem.

Inny ciekawy, acz powszechny przypadek, Panie Piotrze. Pracuje dziewczyna na pół etatu, bo tak jej pasowało. Po czasie poprosiła jednak o możliwość pracy na pełny etat. Sprawdziła się wcześniej ,więc się zgodziłem. Jaki był tego efekt? Po sześciu dniach przyniosła zwolnienie lekarskie i ciągnie chorobowe już trzeci miesiąc. Tak wygląda rynek pracy na prowincji. Kelnerka nigdy nie zauważy zabrudzonego obrusu, śmieci na podłodze, nieumytych szklanek, kufli. Nie ma czasu, bo przecież mogło by ją ominąć coś ważnego na facebooku.

Powiedzmy sobie szczerze. Ci co chcą pracować, robią to za granicą,
lub tutaj w Polsce. Ci co pracy nie mają, to lenie i nieudacznicy, mówiąc kolokwialnie roszczeniowcy. Znają dokładnie stawki, jakie płacą inne firmy w mieście, ale zupełnie nie interesuje ich przestrzeganie zakresu obowiązków. Największy żal mam do lekarzy, którzy sypią zwolnieniami bez ograniczeń. Powiesz, że masz problemy z kręgosłupem i pół roku laby gwarantowane. No ale lekarz teraz to nie służba, a biznes, jak mówią w kabarecie – klient nasz pan.

Panie Piotrze – oczywiście są wyjątki od tej reguły. Takim wyjątkiem są ludzie 50 plus. Panie w tym wieku pracują na kuchni i proszę mi wierzyć znają swoje obowiązki, nie patrzą tępo w ekran smartfona, nie kombinują co zrobić by nie zrobić nic, a jedynie pozorować pracę. Gdy mają chwile spokoju sprzątają i myją podłogi, sprzęt. Niestety nie mają już tyle sił by noce spędzać za barem.

Jeśli się chce pisać o wyzysku pracowników przez wrednych właścicieli, to najlepiej samemu założyć firmę i spojrzeć na to wszystko z drugiej strony, a wtedy – zapewniam- obraz nie będzie już tak wyrazisty jak Pan pisze.

Więcej chce zatrudniać niż zwalniać

Czy w Polsce przestaje istnieć rynek pracownika? Na razie chyba jeszcze nie.

Jak wykazują badania, obecnie w naszym kraju jest najmniejsze od dwóch lat zapotrzebowanie na nowych pracowników.
Cały czas jednak więcej przedsiębiorstw chce zatrudniać niż zwalniać.

Prognoza na plus

W pierwszym kwartale bieżącego roku 6 proc. polskich pracodawców będzie poszukiwać nowych pracowników, podczas gdy 3 proc. planuje redukować zespoły – wynika z raportu agencji zatrudnienia ManpowerGroup na temat planów rekrutacyjnych firm. Tak więc, tych co chcą zatrudniać jest dwa razy więcej niż tych, którzy planują zwolnienia.
Najłatwiej o nową pracę będzie w budownictwie, produkcji przemysłowej oraz w energetyce, gazownictwie i wodociągach. Najtrudniej – w restauracjach i hotelarstwie. Generalnie, szanse na znalezienie nowej pracy będą w Polsce mniejsze, niż w dwóch poprzednich latach.
Rynek pracy zapowiada się jako dość stabilny. Od stycznia do marca 2020 roku aż 86 proc. polskich firm nie przewiduje zmian personalnych. Razem z tymi 9 proc. przewidującymi ruch kadrowy daje to 95 proc, gdyż 5 proc. przedsiębiorstw jesienią ubiegłego roku nie znało jeszcze planów personalnych na najbliższe miesiące.
Prognoza netto zatrudnienia dla Polski, czyli różnica między pracodawcami planującymi wzrost i spadek zatrudnienia wynosi +7 proc. To wynik niższy o 2 punkty procentowe w stosunku do poprzedniego kwartału oraz o 5 punktów procentowych w porównaniu do pierwszego kwartału minionego roku.

Budowlanka wciąż szuka ludzi

– Choć na tle ostatnich dwóch lat najnowsze plany rekrutacyjne firm nie wyglądają tak optymistycznie, to pracownicy nie powinni obawiać się o utratę posady. Mimo że przedsiębiorstw, które będą powiększać swoje zespoły, jest mniej niż przed rokiem, to jednocześnie mniej firm chce też redukować liczbę pracowników. Znacznie wzrósł natomiast odsetek organizacji, które chcą zachować obecną liczbę zatrudnionych. Takie dane to zapowiedź stabilizacji rynku pracy nad Wisłą – ocenia Iwona Janas, dyrektorka generalna ManpowerGroup w Polsce.
Jak mówi, pracownicy, którzy myślą o zmianie zawodowej powinni uzbroić się w cierpliwość, ponieważ w związku z mniejszą liczbą ofert zatrudnienia, proces poszukiwania i zmiany pracy może się wydłużyć. Po bardzo intensywnych poszukiwaniach pracowników, wiele firm zapełniło wreszcie swoje wakaty, a w najbliższych miesiącach czeka ich mniejsza rywalizacja o kadry. Zmianę może jednak przynieść otwarcie niemieckich granic dla pracowników spoza Unii i migracja obywateli Ukrainy za naszą zachodnią granicę.
W ramach raportu przeanalizowano prognozy zatrudnienia przedsiębiorstw z 10 sektorów polskiego rynku. Najlepsze perspektywy czekają na osoby poszukujące pracy w branży budowlanej, ponieważ tam najwięcej firm będzie poszukiwać nowych pracowników (prognoza wynosi +16 proc.).
Ze znalezieniem nowego zatrudnienia nie powinny mieć trudności także osoby zainteresowane pracą w produkcji przemysłowej (+11 proc.). Mniejsze szanse mają kandydaci szukający pracy w energetyce, gazownictwie i wodociągach (+8 proc.), w handlu, transporcie, logistyce, komunikacji (+7 proc.).
Mniej ofert pracy będzie w rolnictwie, leśnictwie i rybołówstwie (+4 proc.), zaś najmniej: w restauracjach i hotelarstwie (+2 proc.).

Idźcie do wodociągów

Biorąc pod uwagę dane sprzed roku, obecne plany rekrutacyjne są mniej optymistyczne w 8 z 10 branż gospodarki. Perspektywy znalezienia nowej pracy pogorszyły się najbardziej w transporcie, logistyce i komunikacji (prognoza jest teraz niższa o 11 pp.), w produkcji przemysłowej (10 pp.) a także w kopalniach i przemyśle wydobywczym (8 pp.). Z kolei zmiana na plus czeka na kandydatów w energetyce, gazownictwie i wodociągach (prognoza wyższa o 6 pp.) oraz w budownictwie (1 pp.). W porównaniu z ostatnim kwartałem ubiegłego roku prognozy pogorszyły się w 7 z 10 sektorów. Największa zmiana widoczna jest dla kopalni i przemysłu wydobywczego, gdzie plany rekrutacyjne firm pogorszyły się o 5 punktów procentowych. W produkcji przemysłowej oraz w energetyce, gazownictwie i wodociągach prognoza jest niższa o 4 punkty procentowe.
Lepsze niż w ubiegłym kwartale perspektywy znalezienia nowej pracy czekają na osoby zainteresowanie zatrudnieniem w budownictwie (prognoza wyższa o 3 pp.), w rolnictwie, leśnictwie, rybołówstwie (2 pp.) i finansach oraz usługach dla biznesu (2 pp.).
Barometr perspektyw zatrudnienia ManpowerGroup to badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich przedsiębiorstwie w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, aktualnie wśród 58 000 pracodawców w 43 krajach. Raport dla pierwszego kwartału 2020 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 16 do 29 października 2019 r.
Raport uwzględnia również prognozy zatrudnienia dla 26 krajów regionu EMEA (czyli Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki). W pierwszym kwartale 2020 roku o nową pracę będzie najłatwiej w Grecji (prognoza aż +25 proc.) i w Rumunii (+14 proc.).
Polska z wynikiem +7 proc. znajduje się na ósmym miejscu, ex aequo z Bułgarią, Francją i Słowenią. Rok temu w tej klasyfikacji polski rynek pracy był piąty a w poprzednim kwartale szósty w regionie. Gorzej od nas wypadają dwa wielkie europejskie rynki pracy: przedsiębiorcy w Wielkiej Brytanii sformułowali prognozę najniższą od ponad siedmiu lat (+2 proc.) a w Niemczech od ponad trzech (+4 proc.).
Najmniejsze szanse na godziwą zmianę zatrudnienia mają mieszkańcy Włoch i Hiszpanii, gdzie prognoza wynosi zaledwie +1 proc. Stanowczo nie są więc to państwa, do których warto się wybrać w poszukiwaniu dobrej pracy.

Odsetki za niepłacenie wynagrodzeń!

Bezrobocie w Polsce utrzymuje się na stosunkowo niskim poziomie, średnie pensje rosną, wzrost PKB należy do najszybszych w Unii Europejskiej. Niestety rozwój gospodarczy nie wiąże się z ograniczeniem skali łamania przepisów na polskim rynku pracy.

Jedną z głównych patologii jest niepłacenie wynagrodzeń na czas, co dotyczy tak umów etatowych, jak i, tym bardziej, umów cywilno-prawnych. Wielu pracowników jest wręcz przyzwyczajonych do otrzymywania wynagrodzenia ze znacznym opóźnieniem i myśli tylko o tym, aby otrzymać pieniądze – o jakichkolwiek odsetkach za opóźnienie wypłaty nikt nie mówi.
Niepłacenie na czas jest procederem masowym i z raportów Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że co roku dotyczy kilkunastu procent badanych firm. Warto zwrócić uwagę, że opóźnienia w wypłatach odnośnie umów nieetatowych dotyczą nie tylko małych firm działających na granicy rentowności, ale też dużych przedsiębiorstw, które nie mają problemów z płynnością finansową.

Dlatego Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa przedstawił propozycję wprowadzenia obligatoryjnych odsetek za niepłacenie wynagrodzeń na czas wysokości 0,5 proc. zaległej wypłaty dziennie. Obecnie dochodzenie odszkodowań czy odsetek za opóźnienia w wypłacie wynagrodzenia należy do rzadkości. Ustawowe odsetki obecnie wynoszą 7 proc. w skali roku, ale nie są naliczane automatycznie i pracownik musiałby iść do sądu, aby je wyegzekwować. Mało kto korzysta z tego prawa, bo procesy ciągną się latami, a odsetki są niskie.
Tymczasem nie ma żadnego usprawiedliwienia dla niepłacenia pensji na czas. Terminowa wypłata stanowi jeden z podstawowych obowiązków pracodawcy i od każdej zwłoki pracodawca powinien płacić wysokie odsetki. Niewypłacanie pensji na czas to jedno z najcięższych naruszeń prawa pracy, więc kary w tym przypadku również powinny być wysokie. Ważne jednak jest to, aby nie tylko były one bolesne dla pracodawcy, ale przede wszystkim aby pracownik otrzymywał ekwiwalent za opóźnienie w wypłacie pensji. Stąd pomysł odsetek, które powinny być naliczane automatycznie, wedle przejrzystych reguł i niezależnie od rodzaju umowy.
Zgodnie z propozycją Związkowej Alternatywy za każdy dzień zwłoki pracodawca musiałby doliczać dodatkowe 0,5 proc. w stosunku do kwoty brutto zawartej w umowie. Przykładowo, gdyby chodziło o kwotę 4000 zł, jeden dzień opóźnienia oznaczałby obowiązek wypłacenia dodatkowych 20 zł brutto, a po miesiącu kwota by wzrosła o 30×0,5 proc. , czyli 15 proc. , a zatem 600 zł.
0,5 proc. dziennie to kara dosyć wysoka, ale wypłata wynagrodzenia jest podstawowym obowiązkiem pracodawcy, który powinien być bezwzględnie egzekwowany. Wszak jako konsumenci płacimy wysokie kary za łamanie przepisów, co dotyczy chociażby jazdy transportem publicznym bez biletu, różnych rodzajów mandatów czy opóźnień w płaceniu rachunków. Niepłacenie za mieszkanie może wiązać się nie tylko z odsetkami, ale w wielu przypadkach prowadzi do eksmisji. Również odsetki od kredytów bankowych, nie mówiąc o chwilówkach, znacznie przewyższają kary grożące pracodawcom nie płacącym wynagrodzeń terminowo. Nieregulowanie świadczeń na czas i niedotrzymywanie umów zazwyczaj kosztuje więc nas jako konsumentów i obywateli o wiele więcej niż pracodawców, którzy oszukują pracowników.

Palą zamiast pracować

Nasi pracodawcy policzyli, że pracownicy, robiąc sobie przerwy w pracy na papierosa, uzyskują dzięki temu dodatkowo 20 dni wolnych od pracy rocznie.

Trzy miliony złotych od państwa (a ściślej od państwowego Funduszu Rozwiązywania Problemów Hazardowych) na działania propagujące niepalenie otrzymali Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej. Jest to największa organizacja pracodawców w Polsce, skupiająca 19 tys firm więc pieniędzy jej nie brakuje. Rząd PiS uznał jednak, iż pracodawcy zasługują na wsparcie. Inna sprawa, że bez zastrzyku państwowych pieniędzy Pracodawcy RP nie kwapili się do podejmowania działań mających promować niepalenie i zdrowe życie.
Fundusz Rozwiązywania Problemów Hazardowych został stworzony za rządów Platformy Obywatelskiej. Prawo i Sprawiedliwość po objęciu władzy zaczęło dość szeroko traktować pojęcie hazardu – i dlatego pracodawcy mogli dostać wsparcie w związku ze szkodliwością palenia.
To trochę tak jak z Funduszem Sprawiedliwości mającym pomagać ofiarom przestępstw, z którego PiS finansuje między innymi działania różnych organizacji powiązanych z prawicą. Posłowie opozycji mówili, iż działacze PiS uznali Fundusz Sprawiedliwości po prostu za Fundusz Prawa i Sprawiedliwości.
Za otrzymane pieniądze Pracodawcy RP organizują ogólnopolską kampanię „Nie palę, bo…”. Jak informują, „celem jest edukacja pracodawców i pracowników w zakresie możliwości rzucenia nałogu palenia wyrobów tytoniowych i wyrobów powiązanych. Będzie ona realizowana poprzez akcje informacyjno-edukacyjno-profilaktyczne prowadzone w miejscach pracy”.
Kampania jest generalnie skierowana do pracodawców zachęcających swoich pracowników do rzucenia palenia i wspierających ich w walce z nałogiem. W jej ramach zorganizowano cykl konferencji, konkurs „Firma wolna od tytoniu” oraz przygotowano pakiety informacji o pożytkach z rzucania palenia.
Pracodawcy są autentycznie i żywo zainteresowani tym, by ich pracownicy nie palili. Organizacja podliczyła, że, jak wynika z przeprowadzonych przez nią badań, pracownicy robiący sobie przerwy „na papieroska”, mają w ten sposób dodatkowo wolnych 20 dni roboczych w roku (robią bowiem średnio pięć ośmiominutowych przerw w ciągu 250 dni roboczych, co daje 160 „przepalonych” godzin pracy). Jeśli zaś nie będą palić, to w tym czasie będą pracować.
Ten problem obrazuje film nakręcony w ramach kampanii, w którym pokazano, jak pracownicy gremialnie udają się na papierosa, paląc przed drzwiami firmy zamiast pracować. „A ty za to płacisz” – mówi kolega do zmartwionego tym pracodawcy. W filmie nie pokazano natomiast pracodawców, robiących sobie przerwy na papierosa.
– Palenie w pracy to obniżenie efektywności pracy, przekładające się na wymierne, dodatkowe obciążenie i straty ekonomiczne dla przedsiębiorstwa – podkreśla Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Dobrowolność nie wystarczy

Przyszłość emerytalna Polaków rysuje się niestety w dosyć ciemnych barwach. Obecnej władzy bardzo zależy więc, byśmy sami dodatkowo oszczędzali na swe emerytury.

Z raportu przygotowanego w 2018 roku przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju wynika, że obecni 20-latkowie otrzymają emeryturę na poziomie 31,6 proc. ich ostatniego wynagrodzenia netto.
Za przykładem innych państw, takich jak np. Wielka Brytania czy Nowa Zelandia, poszedł polski rząd tworząc Pracownicze Plany Kapitałowe. Program oparty jest na wpłatach pochodzących zarówno od samego pracownika, pracodawcy, jak i państwa. Jak zapewnia ustawodawca system jest całkowicie prywatny i dobrowolny.
Czy jednak rzeczywiście tak jest? Artykuł 3 ust. 2 Ustawy z dnia 4 października 2018 r. o Pracowniczych Planach Kapitałowych wskazuje, że „środki gromadzone w PPK stanowią prywatną własność uczestnika PPK”.
Formalnie wszystko jest więc tak jak być powinno i w przeciwieństwie do ustawy o Otwartych Funduszach Emerytalnych, która zniechęciła wielu Polaków do oszczędzania przy pomocy instrumentów zapewnianych przez państwo, teoretyczne bezpieczeństwo naszych pieniędzy wydaje się być zagwarantowane. Czy będzie tak w praktyce?
Dziś z pewnością trudno jest wyrokować o sytuacji gospodarczej w jakimkolwiek kraju na świecie w perspektywie choćby dziesięcioletniej. Z drugiej strony, środki z PPK można w każdej chwili wypłacić, w najgorszym wypadku tracąc zarobiony kapitał (pełną wysokość wpłat od państwa i 30 proc. wpłat od pracodawcy).
Czy zatem system PPK jest dobrowolny? Owszem, jest ale… brak chęci uczestnictwa w nim wymaga złożenia raz na cztery lata oświadczenia o braku tej woli. Bez podjęcia stosownego działania, każdy z nas staje się automatycznie członkiem programu. Pracowniczy Plan Kapitałowy jest największym wyzwaniem dla pracodawców – niezależnie od poziomu zatrudnienia, każdy z nich będzie zmuszony do wdrożenia procedury w swojej firmie musząc m.in wybrać reprezentację pracowników, przystosować oprogramowanie informatyczne, a w końcu podpisać umowy – najpierw o zarządzanie PPK, później o prowadzenie PPK (za niepodpisanie umowy w terminie grożą kary finansowe do 1 mln zł).
PPK to dla wielu pracodawców trudność. Problem może się powiększać, bowiem podmioty przystępujące do programu jako pierwsze, to firmy największe, a więc takie, których zasoby finansowe oraz kadrowe są znaczne. Co jednak czeka pracodawców zatrudniających kilkanaście osób? Czynności, które będą oni zmuszeni podjąć, są dokładnie takie same, jak te leżące po stronie dużych korporacji, zagrożenia również są tożsame.