Dobrze, dobrze być przedsiębiorcą?

Wraz ze zmianami pokoleniowymi zmieniają się również motywacje rozpoczynania własnego biznesu. Nie jest to już tylko chęć zarobienia dużych pieniędzy

Jakie są w Polsce najbardziej uciążliwe wady bycia przedsiębiorcą i bariery w prowadzeniu biznesu? Ankietowani przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wymieniali między innymi: wysokie koszty pracy i składki ZUS – 53 proc. badanych, nieregularne zarobki – 41 proc., odpowiedzialność finansowa i prawna – 40 proc., wysokie podatki – też 40 proc., duży poziom stresu – 37 proc., nadmiar obowiązków biurokratycznych – 23 proc., niestabilność prawa –22 proc.
Zdaniem Cezarego Kaźmierczaka, prezesa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, możemy być dumni z polskich przedsiębiorców, że w tak trudnych okolicznościach radzą sobie dobrze – a polskie firmy idą do przodu, mimo braków kapitału i gorszych warunków do prowadzenia biznesu w porównaniu do większości krajów Unii. Jak mówi, aż strach pomyśleć o ile szybciej moglibyśmy się rozwijać, gdyby udało się uruchomić całą energię i przedsiębiorczość blokowaną przez obsesyjną chęć polityków do ciągłego zmieniania prawa, kontroli wszystkiego oraz chroniczny brak zaufania do prowadzących interesy.
Oczywiście bycie przedsiębiorcą ma i rozliczne pozytywy. 37 proc. badanych stwierdziło, że głównym powodem założenia firmy była chęć zrealizowania swojej pasji, 25 proc. przedsiębiorców nigdy nie chciało pracować na etacie i szukało pomysłu na własny biznes. Dla 23 proc. o założeniu firmy zdecydował przymus ekonomiczny, a dla 10 proc. – nakaz ze strony byłego pracodawcy. Takie wyniki przyniosło badanie ZPP „Portret Przedsiębiorcy” przeprowadzone w tym roku na reprezentatywnej próbie polskich przedsiębiorców.
Prof. Dominika Maison tak komentuje te rezultaty: „Obserwując od lat zmiany zachodzące wśród polskich przedsiębiorców widzimy, że wraz ze zmianami pokoleniowymi zmieniają się również motywacje rozpoczynania własnego biznesu. Nie jest to już tylko chęć zarobienia dużych pieniędzy lub bycia wielkim przedsiębiorcą zatrudniającym setki pracowników. Szczególnie wśród młodych ludzi tym co skłania ich do odejścia z bezpiecznej pracy na etacie i rozpoczęcie własnej działalności coraz częściej jest chęć samorealizacji i wolności oraz decydowania o własnym losie nawet kosztem czasami niższych zarobków czy niepewności i ryzyka związanego z prowadzeniem własnego, czasami małego i niszowego biznesu”.

Firmy wciąż jeszcze szukają ludzi

Końcówka roku powinna przynieść lepsze niż w trzecim kwartale perspektywy dla poszukiwaczy nowej pracy. W ostatnim kwartale 2020 r. najłatwiej o nią będzie w południowo-zachodnim regionie kraju.
To właśnie w takich województwach jak dolnośląskie i opolskie, przedsiębiorstwa będą poszukiwać najwięcej rąk do roboty. Chociaż prognozy rekrutacyjne wyrażane przez pracodawców są tam najbardziej optymistyczne ze wszystkich regionów Polski, to zapotrzebowanie na nowych pracowników będzie o połowę mniejsze niż rok temu. A najmniejsze w ogóle szanse znalezienia nowej pracy są we wschodniej i północno-zachodniej części kraju.
Duży spadek zapotrzebowania na nowych pracowników to oczywiście zła wiadomość. Za to dobrą wiadomością dla osób planujących zmianę kariery jest informacja, że we wszystkich regionach Polski firmy, które zamierzają rekrutować nowych pracowników, przeważają nad tymi, które chcą zmniejszać personel (przynajmniej w okresie od października do grudnia bieżącego roku) – wskazuje międzynarodowa agencja zatrudnienia ManpowerGroup. Przygotowywany przez nią Barometr Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców co do zwiększenia lub zmniejszenia zatrudnienia w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, obecnie ponad 38 000 pracodawców w 43 krajach. Raport dla IV kwartału 2020 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 17 do 31 lipca 2020 r.
Tak zwana prognoza netto zatrudnienia dla Polski (różnica między odsetkiem firm planujących powiększać zespoły, a tymi, które chcą je redukować) jest najkorzystniejsza także w południowo-zachodniej części kraju i wynosi tam plus 7 proc. Nieco mniejsze szanse czekają na poszukujących pracy w województwach łódzkim, mazowieckim, kujawsko-pomorskim, warmińsko-mazurskim, pomorskim, małopolskim i śląskim ( plus 6 proc. ).
Najmniej nowych pracowników będą rekrutować przedsiębiorstwa zlokalizowane w województwach lubelskim, podkarpackim, świętokrzyskim, podlaskim, wielkopolskim, zachodniopomorskim i lubuskim. Tam prognoza netto zatrudnienia wynosi + 3 proc. – Po dłuższym okresie negatywnego wpływu pandemii na zatrudnienie w wielu branżach, od początku września widzimy znaczące ożywienie. Po zakończonym sezonie urlopowym firmy mierzą się często z szybką potrzebą realizacji swoich zamówień, co łączy się z potrzebą pozyskania dodatkowych pracowników. Regiony, w których prognoza zatrudnienia jest najwyższa charakteryzują się dużym nasyceniem firm, a co za tym idzie większymi potrzebami personalnymi. Teraz te województwa reagują dynamicznie i wykazują gotowość do uzupełnienia stanów osobowych – mówi ekspertka Luiza Luranc z Manpower.
O wzroście liczby pracowników mówią zwłaszcza firmy produkcyjne, logistyczne i centra biznesowe, ale i handlowe, szczególnie w intensywnie rozwijającej się w czasie pandemii branży e-commerce. Ożywienie widać nawet w branży motoryzacyjnej skoncentrowanej, która była jedną z najbardziej dotkniętych kryzysem w Polsce.
Przedsiębiorstwa poszukują najczęściej osób do prac prostych, ale jednocześnie na polskim rynku nadal są dobre perspektywy zatrudnienia dla specjalistów. Nowych pracowników poszukują generalnie wszelkie firmy działające w obszarze obsługi klienta. Szczególnie pożądane są osoby znające języki obce.
Pandemia przyczyniła się do wzrostu popularności pracy zdalnej, którą cześć firm obiera jako docelową formę współpracy. Takie podejście otwiera szerokie, zupełnie nowe możliwości dla kandydatów, ponieważ miejsce zamieszkania przestaje być ograniczeniem. – Dodatkowo zachęca do zatrudnienia pracowników z niepełnosprawnościami, dla których świadczenie pracy w biurze było sporym wyzwaniem – dodaje ekspertka Manpower.
W stosunku do okresu od lipca do września, w ostatnim kwartale tego roku zapotrzebowanie na pracowników najbardziej wzrośnie w regionie centralnym Polski. Tam prognoza rekrutacyjna firm poprawiła się o 19 punktów procentowych. Więcej ofert pracy będzie też na północy i południu (wzrost o 16 pp.). Jedynym regionem, gdzie firmy będą poszukiwać mniejszej liczby pracowników jest jak zwykle wschód, czyli tzw. Polska B, zaniedbywana przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. Tam zapotrzebowanie na pracowników spadnie o 3 punkty procentowe – ale jednak wciąż będzie występować, bo według Manpower, w każdej części Polski więcej firm planuje na razie zatrudniać, niż zwalniać.

Polubiliśmy pracę w „domowych biurach”

Tylko co dziesiąty pracownik chciałby na stałe wrócić z home-office do firmowego mordoru. Firmom się to mniej podoba, bo wolą mieć pracowników na miejscu, pod kontrolą.
Polacy chcieliby pracować zdalnie w większym wymiarze, niż planują to w przyszłości ich pracodawcy. Podczas gdy tylko połowa firm chciałaby wyegzekwować od swoich pracowników pracę zdalną w różnym wymiarze, tak o potrzebie pracy w domowym home-office mówi dziewięciu na 10 zatrudnionych.
Najpopularniejszym rozwiązaniem wskazywanym zarówno przez pracowników, jak i pracodawców jest jednak model hybrydowy – pracę w biurze oraz w domu chciałoby łączyć 75 proc. Nie wszystkim się to niestety uda, bo zastosowanie tego rozwiązania planuje zaledwie 53 proc. firm. Takie informacje podaje raport ManpowerGroup i HRlink o tym, jak pandemia zmieniła podejście Polaków oraz pracodawców do pracy. Pierwsze wnioski z raportu potwierdzają istnienie spodziewanych, dużych różnic w tym, czego oczekują zatrudnieni – a co zamierzają wdrożyć firmy.
Aż 88 proc. zapytanych pracowników chciałoby pozostać, w różnym zakresie, przy home-office. W tej grupie 13 proc osób oczekuje, że będzie mogło pracować z domu w pełnym wymiarze swojego czasu pracy. O modelu hybrydowym, czyli częściowo w biurze i częściowo w trybie zdalnym, mówi trzy czwarte ankietowanych. Wśród pracowników stawiających na pracę rotacyjną 54 proc. chciałoby pracować zdalnie do 10 dni w miesiącu, a 46 proc. woli większą liczbę dni pracy w zaciszu domowym. Tylko 12 proc. badanych chciałoby powrócić do biur w pełnym wymiarze czasu pracy (widocznie w domach nie za bardzo im się układa, albo mają ciasne mieszkania).

-Polscy pracownicy dobrze zaadaptowali się do pracy zdalnej i oczekują, aby ten model został wprowadzony przez pracodawców na stałe. Dzięki możliwości home-office zatrudnieni zyskują większą elastyczność, która jest jednym z kluczowych oczekiwań na rynku pracy. Firmy wyrażają jednak mniejszą gotowość przyjęcia na stałe rozwiązań z czasów pandemii. Może się to wiązać z potrzebą głębszej integracji zespołu i budowania kultury organizacyjnej poprzez wspólną pracę w biurze. Tradycyjna formuła pracy daje też poczucie większej kontroli nad pracownikami i łatwiejsze możliwości weryfikowania realizacji obowiązków czy wyznaczonych celów – mówi dyr. Katarzyna Pączkowska z Manpower.
Jeżeli chodzi o pracodawców, to 55 proc. z nich planuje pozostać przy pracy zdalnej, w różnym zakresie, ale tylko 2 proc. chce kontynuować home-office w pełnym wymiarze czasu pracy. Natomiast 53 proc. planuje zastosowanie modelu rotacyjnego. Wśród organizacji, które myślą o pracy hybrydowej, 54 proc. chce zaproponować swoim pracownikom do 10 dni pracy z domu, a 46 proc. zgodziłoby się na przedłużenie tego okresu. Co czwarta firma planuje powrót do pracy z biura w pełnym zakresie, a co piąta nie zna jeszcze swoich planów.
W „starej rzeczywistości”, przed pojawieniem się wirusa COVID-19, tylko niewiele firm funkcjonowało w trybie pracy zdalnej. Wynikało to z różnych przekonań lub stereotypów, z małej wiary w efektywność takiego modelu oraz z niewystarczającego zaufania do pracowników. Pandemia i lockdown zmusiły firmy do nagłego, często z dnia na dzień i bez wcześniejszego przygotowania, przejścia do pracy w pełni zdalnej lub hybrydowej.
Po kilku miesiącach okazało się, że ten model sprawdza się oraz dodatkowo poprawia efektywność i wyniki. Model pracy zdalnej lub hybrydowej niesie jednak za sobą wiele wyzwań. Wymaga reorganizacji procesów i zespołów, oznacza zmianę w dotychczasowych trendach dotyczących przeznaczenia powierzchni biurowej, potrzeby bycia w biurze, stosowanych narzędzi i form komunikacji, zmian w systemach motywacyjnych i benefitach, innego podejścia do rekrutacji oraz zupełnie nowego podejścia do budowania i utrzymania relacji w zespole. Myślę, że coraz więcej firm będzie jednak sięgało po ten model, coraz lepiej radząc sobie z wyzwaniami i doceniając korzyści wynikające z pracy zdalnej – dodaje Arkadiusz Kuchto, prezes Hrlink.
Pracodawcy przez ostatnie lata inwestowali w powierzchnie biurowe, w nowoczesnych biurowcach powstawały pokoje do pracy w ciszy, do zadań zespołowych, a także przestrzenie do integracji czy wspólnego wypoczynku. Dlatego firmy wolą całkowity powrót do biur lub wprowadzenie modelu hybrydowego, w ramach którego zespoły mogą pracować rotacyjnie, czyli częściowo w biurze, a częściowo w trybie zdalnym.
Wydaje się, iż mieszany model pracy jest w stanie pogodzić różne interesy zarówno zatrudnionych, jak i pracodawców, zwłaszcza te związane z integracją czy kontrolą pracy. Może on stać się w przyszłości często spotykanym rozwiązaniem, zwłaszcza w sektorze usług dla biznesu, nowych technologii, finansów, telekomunikacji.
Kluczowe przy tym stanie się utrzymywanie odpowiedniego balansu pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. Wiele firm będzie stawać przed trudnymi wyzwaniami związanymi ze zmianą kultury organizacyjnej.

Profilaktyka, czyli inwestycja gospodarcza

Niby wiadomo, że lepiej zapobiegać niż leczyć, ale ten pogląd wciąż nie przekłada się na pożądane zmiany w praktyce naszej opieki medycznej.

Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), państwa rozwinięte ponad połowę budżetu przeznaczonego na ochronę zdrowia przekazują na opiekę zdrowotną. Tak ważna profilaktyka i programy z nią związane otrzymują zaledwie niewiele ponad 2 procent.
Czy to oznacza, że rządzącym bardziej opłaca się nas leczyć niż zapobiegać chorobom?
W Polsce wciąż nie ma kompleksowego, spójnego i sprawnego systemu profilaktyki zdrowotnej, zaś środki finansowe przeznaczane na profilaktykę oscylują w okolicy jednego procenta łącznych wydatków na ochronę zdrowia. Brakuje systemów edukacyjnych na każdym poziomie wiekowym; rzetelnych i wiarygodnych – a jednocześnie przystępnych informacji o zastosowaniu działań prozdrowotnych w codziennym, także zawodowym życiu.
Zdrowy pracownik to zdrowa gospodarka. Do profilaktyki należą zaś między innymi szczepienia.
Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 3 stycznia 2012 r. wyraźnie określa rodzaje czynności zawodowych, w których zalecane są szczepienia. Na przykład, pracownicy budowlani mający kontakt z ziemią powinni szczepić się regularnie przeciwko tężcowi. Pracujący w okolicach leśnych – przeciwko kleszczowemu zapaleniu mózgu. Osoby pracujące przy odpadach komunalnych, zarówno stałych, jak i ciekłych, powinny zaszczepić się przeciwko durowi brzusznemu, wirusowemu zapaleniu wątroby typu B oraz tężcowi. Szczegółową listę zawodów określa wspomniane rozporządzenie.
Nierozsądnym byłoby kwestionowanie tego rodzaju profilaktyki, zwłaszcza w zawodach wysokiego ryzyka. Jednak wielu osobom błędnie wydaje się, że samo szczepienie bez większego wysiłku zapewni im zdrowie.
Szczepionka często bywa wymówką od należytej dbałości o odporność. A przecież bez niezbędnej profilaktyki i stałego budowania odporności organizmu, szczepionka jest jak dziurawy parasol w ulewny deszcz.
Każdy pracodawca, chcący zminimalizować absencję pracowników spowodowaną chorobami, powinien przede wszystkim wprowadzić do swojego przedsiębiorstwa konkretne rozwiązania w budowaniu odporności członków zespołu – czyli właśnie profilaktykę. Coraz więcej właścicieli firm ma tego świadomość. Decydują się na działania mające motywować pracowników do uprawiania sportu, korzystania z przyrody czy jedzenia żywności organicznej. To wszystko służy budowaniu odporności i jest inwestycją.
Jesienny powrót pandemii nadal jest kwestią sporną. Naukowcy i pseudonaukowcy prześcigają się w sprzecznych opiniach co do prawdopodobieństwa jej wystąpienia. Jednak faktem jest, że we współczesnym świecie będzie pojawiać się coraz więcej chorób, których przyczyną rozwoju oraz rozprzestrzeniania jest postęp cywilizacji.
Są one tykającą bombą, do rozbrojenia której niezbędne są działania profilaktyczne. Dlatego przedsiębiorcy zrzeszeni w Warszawskiej Izbie Gospodarczej nie od dziś apelują o opracowanie systemu profilaktyki zdrowotnej, obejmującego planowanie działań, nadzór nad ich realizacją oraz ocenę uzyskiwanych efektów.
Profilaktyka to nieprzerwana inwestycja państwa w zdrowe społeczeństwo, gdzie włożone środki finansowe mogą zwrócić się zaskakująco szybko.

Jeszcze nie całkiem wypaleni

Jedna trzecia polskich pracowników odczuwa zmęczenie oraz przygnębienie. Ciekawe, czy praca w domu, bez nadzorcy stojącego nad głową, poprawi im nastrój?

31proc. pracowników umysłowych w Polsce twierdzi, że są wypaleni zawodowo. Czyli, patrząc na to z drugiej strony, ogromna większość, bo aż 69 proc., nie odczuwa takiego wypalenia. To oczywiście dobra wiadomość, choć jeszcze lepiej byłoby, gdyby także te 31 proc. się nie wypaliło (zawodowo).
W pierwszej trójce możliwych przyczyn wyczerpania emocjonalnego i obniżenia oceny własnych możliwości, (co się właśnie sklada na to wypalenie) pracownicy wskazują dużą odpowiedzialność przy niskim wynagrodzeniu (54 proc.), potrzebę rozwoju zawodowego przy małych szansach na awans (43 proc.) oraz dużą ilość pracy przy małej ilości czasu (41 proc.).na jego wykonanie. Co ciekawe, w tym ostatnim przypadku odsetek maleje wraz ze stażem pracy (67 proc. przy pracy krótszej niż rok i 42 proc. przy pracy powyżej 8 lat). Jak deklaruje część respondentów (28 proc.), w obecnym miejscu pracy zdecydowanie brakuje im nowych wyzwań, a obowiązki stały się nużące i powtarzalne. Takie wyniki przynosi badanie przeprowadzone przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Gumtree.pl, przy współpracy z Randstad Polska.
Wprawdzie większa część badanych nie uważa się za wypalonych zawodowo, ale wielu z nich przyznaje się do pojedynczych symptomów, które negatywnie wpływają na ich komfort psychiczny, mogąc prowadzić do wypalenia. Niektórzy pracownicy,zapytani o samopoczucie, odpowiadają, iż są stale zmęczeni (22 proc.), przygnębieni (21 proc.), brak im wiary we własne możliwości (18 proc.), a w pracy mają poczucie marnowania czasu (17 proc.).
W ubiegłym roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wprowadziła wypalenie zawodowe do Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych, uznając je za „syndrom zawodowy”. Nowa wersja klasyfikacji wejdzie w życie w 2022 r. Oznacza to, że najwcześniej za półtora roku lekarze będą mogli diagnozować wypalenie zawodowe i wystawiać na nie zwolnienia lekarskie.
Dziś uważa się, iż wypalenie zawodowe to wielowymiarowe zaburzenie, które składa się z szeregu nieprawidłowości psychologicznych, występujących w trzech obszarach. Przede wszystkim jest to wyczerpanie emocjonalne objawiające się m.in. bólami głowy, bezsennością, poczuciem ciągłego zmęczenia. Następny obszar to depersonalizacja – obojętny, wręcz bezduszny stosunek do klienta, pacjenta, członka zespołu.
Osoba wypalona unika kontaktu z innymi, zachowuje duży dystans, a jakość wykonywanej pracy ulega zdecydowanemu obniżeniu. Na końcu występuje obniżona ocena własnych możliwości. Praca staje się źródłem udręki i cierpienia. Ta faza może zakończyć się rezygnacją z pracy lub „ucieczką” w rozmaite uzależnienia.
Czy z perspektywy pracodawcy możliwe jest, aby wśród czujących wypalenie zawodowe pracowników zastosować środki zaradcze i uchronić ich przed emocjonalnym wyczerpaniem? -Działania zapobiegawcze wymagają głębokich zmian systemowych, takich jak wyższe wynagrodzenie, przejrzysta i motywująca ścieżka rozwoju zawodowego, bardziej sprzyjające warunki pracy, możliwość kontaktu z psychologiem czy psychoterapeutą oraz dbanie o zachowanie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym – wyjaśnia Aleksandra Bończewska, psycholog i psychoterapeuta. Jak widać, są to warunki nie do spełnienia dla ogromnej większości polskich pracodawców.
Choć wydawać by się mogło, że praca zdalna to forma azylu sprzyjającego poczuciu bezpieczeństwa, ten rodzaj wykonywania obowiązków nie zawsze przyczynia się do zmniejszenia poczucia stresu u pracowników. Obrazują to wyniki badania – 33 proc. respondentów uważa, iż poziom stresu w pracy stacjonarnej jest podobny jak w przypadku zdalnej, kolejne 33 proc ma poczucie większego stresu w pracy poza biurem, a tylko 34 proc. wskazuje, że praca stacjonarna nie generuje u nich większego stresu niż praca zdalna.
Według 55 proc. pracodawców, praca zdalna nie chroni przed wypaleniem. Podobnego zdania jest 37 proc. pracowników. 43 proc z nich uważa zaś, że home office w tym przypadku może być pewnego rodzaju „lekarstwem” zapobiegającym wypaleniu zawodowemu. Co piąty zapytany nie ma na ten temat zdania.
Chociaż home office nie zawsze jest dla pracowników sposobem na odciążenie psychiczne i emocjonalne, tym niemniej według 40 proc. z nich, umożliwienie przez pracodawcę takiej formy pracy, jest dla nich przejawem partnerskich relacji, a dla co trzeciego to wyraz uznania ze strony przełożonego. Nieco inaczej postrzegają to sami pracodawcy – połowa z nich uważa, że umożliwienie pracy zdalnej pracownikowi nie ma związku z relacją pracownik – pracodawca. Tylko co piąty wskazuje na wyraz uznania wobec podwładnego, a trzech na dziesięciu traktuje to jako przejaw partnerskiej relacji.
Są jednak i tacy pracodawcy, którzy byliby w stanie zapłacić więcej tym swoim pracownikom, którzy całkowicie zrezygnowaliby z pracy zdalnej. Zdaniem 18 proc. polskich szefów jest to dobry pomysł. Z drugiej jednak strony, w przypadku pracy stacjonarnej na „tak” byłoby aż 37 proc. zapytanych pracodawców. Tak więc, ponad jedna trzecia polskich przedsiębiorców wciąż traktuje pracę zdalną jak „zło konieczne” i jest w stanie zrobić naprawdę wiele, aby zatrzymać pracowników w biurach.
Psychologowie podkreślają, że praca zdalna, choć jest atrakcyjna dla wielu pracowników nie tylko w czasie pandemii, nie powinna być traktowana jako forma „terapii” w przypadku wyraźnych symptomów wypalenia zawodowego. Tak jak w przypadku każdej innej jednostki chorobowej, najlepszym rozwiązaniem jest wtedy wizyta u specjalisty.

Gospodarka 48 godzin

Ministerstwo ds. reelekcji A.Dudy
Ministerstwo Finansów opóźnia przekazywanie informacji, mówiących o tym, jak pandemia koronawirusa wpłynęła na wpływy z podatku VAT. Prawdopodobnie mamy do czynienia z dużym załamaniem wpływów podatkowych, ale resort finansów zamierza podać te dane dopiero po drugiej turze wyborów. Chodzi o to, że ich opublikowanie przed wyborami zmniejszyłoby szanse Andrzeja Dudy na reelekcję – a przecież, wedle oficjalnej propagandy partyjno-rządowej, Polska znakomicie radzi sobie z kryzysem.

Nie pracuj w wakacje
Wakacyjny rynek pracy wygląda tak, że najwięcej ofert pracy jest na wschodzie Polski, a najmniej na południu oraz – o dziwo – w centrum. Redukcje etatów zapowiadają pracodawcy z pozostałych czterech regionów, gdzie plany rekrutacyjne są najniższe od 2008 roku. Generalnie, okres wakacyjny nie oznacza korzystnych warunków do poszukiwania nowej pracy, ponieważ ofert w całym kraju jest i będzie dużo mniej niż w ostatnich latach – co oznacza spadek liczby zatrudnionych. Ciekawe, że nie ma większego zapotrzebowania na pracę sezonową nad polskim morzem. Takie wyniki przynosi analiza przygotowana przez ManpowerGroup. Jeśli ktoś nie musi, niech więc nie traci czasu na szukanie roboty w lipcu i sierpniu lecz wypocznie i nabierze zdrowia, zanim jesienią koronawirus uderzy w nas z wzmożoną siłą – chyba, że chce się wybrać pod naszą wschodnią granicę. Dodatnia prognoza letniego zatrudnienia w regionie wschodnim wynika przede wszystkim z prężnie rozwijającej się tam branży przetwórstwa spożywczego, która mimo pandemii, notuje duże zapotrzebowanie na ręce do pracy. Producenci ze wschodnich województw Polski często zaś borykają się z brakiem kadr. Polska wschodnia to również obszar rolniczy, gdzie w sezonie letnim właściciele gospodarstw poszukują pracowników do pomocy przy zbiorach. Również przedsiębiorstwa z Dolnego Śląska i województwa opolskiego będą poszukiwać nowych pracowników, jednak już nie w takiej skali, jak to miało miejsce przed rozwojem koronawirusa. W tych regionach, gdzie wciąż szuka się pracowników, największe braki kadrowe, jak podaje ManpowerGroup, odczuwają obecnie właściciele magazynów, firm produkcyjnych, kurierskich i logistycznych, potrzebni są również niewykwalifikowani i wykwalifikowani pracownicy fizyczni, osoby do obsługi wózków widłowych z uprawnieniami. Pracodawcy poszukują również specjalistów IT i osób o specjalnościach technicznych. Mimo pandemii, nie maleje zapotrzebowanie na pracowników ze znajomością języków obcych. W cenie jest szczególnie niemiecki, francuski, hiszpański, włoski. Kandydaci, którzy biegle posługują się jednym z nich, a także językiem angielskim, w dalszym ciągu mogą liczyć na atrakcyjne oferty pracy. To zasługa dobrze rozwiniętego i dalej rozwijającego się sektora usług biznesowych w Polsce. Natomiast cięcia etatów zapowiadane na południu, wynikają z decyzji umiejscowionych tam firm produkcyjnych, szczególnie tych z branży motoryzacyjnej, które najbardziej odczuły skutki kryzysu. Brak ciągłości w utrzymaniu łańcucha dostaw, opóźnienia w transporcie komponentów spowodowały zatrzymanie produkcji, a co za tym idzie spadek obrotów i redukcję miejsc pracy. Oprócz tego producenci aut walczą ze zmniejszonym popytem na ich produkty Tak więc, najbliższy kwartał będzie trudnym okresem na rynku pracy. Sytuacja jest wciąż nieprzewidywalna i nie wiadomo, jaki będzie finalny wpływ pandemii na polską gospodarkę.

Z daleka od szefa

Zatrudnionym raczej podoba się praca zdalna. Natomiast polscy przedsiębiorcy obawiają się, że zmniejsza ona produktywność ich podwładnych i utrudnia kierowanie nimi.

Polscy pracownicy doceniają pozytywne strony pracy zdalnej. Co trzeciego cieszą elastyczne godziny pracy, co piątego oszczędności związane z dojazdem do biura oraz możliwość pracy w dowolnym miejscu. Najmniej osób wskazuje jako plus możliwość spędzenia większej ilości czasu z bliskimi (7 proc.) oraz brak dress code (4 proc.).
Odsetek osób pracujących zdalnie po wybuchu pandemii koronawirusa wzrósł w czerwcu do 76 proc. Przed marcem 2020 r., możliwość pracy zdalnej miało 41 proc. pracowników umysłowych. Miejscem, z którego polscy pracownicy najczęściej wykonywali pracę zdalną, zarówno przed wybuchem pandemii koronawirusa jak i teraz jest oczywiście dom. Pracę zdalną na świeżym powietrzu wykonuje obecnie 19 proc. pracowników (co jest związane z ciepłymi dniami).
To, jak Polacy odnajdują się w pracy zdalnej, pokazuje badanie wykonane na zlecenie Gumtree.pl oraz Randstad Polska. 69 proc. pracowników uczestniczących w badaniu uważa ją za łatwą lub bardzo łatwą do zorganizowania. Najlepiej z tą organizacją radzą sobie oczywiście ci pracownicy, którzy mają w pracy zdalnej doświadczenie jeszcze sprzed okresu pandemii (75 proc.), choć ci nowi też nie mają z tym większych kłopotów. Aż dwóch na trzech z nich uważa, że organizacja pracy zdalnej nie nastręcza im specjalnych problemów. większych kłopotów.
Zorganizowanie sobie dnia pracy zdalnej jako łatwe lub bardzo łatwe nieco częściej oceniają mężczyźni (74 proc.) niż kobiety (65 proc.). To zrozumiałe, bo na polskich kobietach ciąży znacznie więcej obowiązków domowych niż na mężczyznach.
Im ktoś ma większe doświadczenie w pracy z domu, tym bardziej stawia na dobrą organizację swojego „home office”. – Pracownicy zdalni, działając z domu, starają się dbać o swój komfort fizyczny i psychiczny. Pomaga im z jednej strony stworzenie wygodnej przestrzeni do pracy, w tym cichego pomieszczenia z dala od domowników, z drugiej zaś trzymanie się sztywno wyznaczonych ram czasowych – mówi Katarzyna Merska z Gumtree.pl.
O tym, jak niektórzy polscy pracownicy postrzegają organizację pracy w domu, mówią ich wypowiedzi uwzględnione w badaniu. Wskazują oni na takie jej zalety jak spokój, ciszę, brak kontaktów z innymi osobami, to, że w domu można się skupić i bardzo efektywnie pracować. Są jednak i opinie, podkreślające, że zwłaszcza dla kobiet jest to niemałe wyzwanie. Trzeba być zmobilizowanym, dobrze zorganizowanym, poradzic sobie z opieką nad dziećmi i innymi obowiązkami.
Z pracowaniem zdalnym jest taki problem, że obecność w domu podczas pracy zdalnej stanowi dla Polaków dużą pokusę do wykonywania niezwiązanych z pracą czynności. Do dodatkowych aktywności w godzinach pracy przyznaje się 61 proc. osób, które pracują zdalnie od momentu wybuchu pandemii (a także 76 proc. spośród tych, którzy pracowali w ten sposób już wcześniej).
Wśród tych czynności, które mają największy wpływ na dezorganizację pracy, najczęściej wymieniane są: surfowanie po internecie lub oglądanie telewizji, na co wskazuje 55 proc. respondentów. Zaskakuje wysokie miejsce sprzątania (43 proc.). Co trzeci pracownik podczas pracy zdalnej zajmuje się swoimi dziećmi, a co piąty załatwia takie sprawy, jak e-wizyty u lekarza czy w urzędzie.
Okazuje się, że aż 51 proc. polskich pracodawców miało rozmaite obawy przed wysłaniem swego personelu na pracę zdalną, uważając z reguły, że pracownika, który jest daleko, trudniej skutecznie skarcić, albo, że zaczną oni w domu zajmować się różnymi głupotami, na czym ucierpi ich efektywność – bądź w czasie „home office” będzie im brakować rzetelności.
Jak wskazuje badanie Gumtree.pl polscy pracodawcy obawiali się także różnego rodzaju „przeszkadzaczy”, które czyhają na pracowników zdalnych.
Tylko 49 proc. polskich przedsiębiorców umożliwiających swoim podwładnym całkowitą lub częściową pracę zdalną, nie wskazywało na jakieś powody do niepokoju przed podjęciem tej decyzji.
– Jak pokazują wyniki naszego badania,ci z przedsiębiorców, którzy obawy mieli, najczęściej jako problem w organizacji pracy zdalnej wskazywali brak bezpośredniego kontaktu z pracownikiem (19 proc.) oraz brak pewności co do rzetelnego wypełniania zleconych zadań w godzinach pracy (14 proc.). Okazuje się, że obawy te nie były zupełnie bezpodstawne – wielu pracowników przyznaje bowiem, że ma kłopot ze skupieniem się wyłącznie na obowiązkach zawodowych, kiedy pracują z domu – wyjaśnia Katarzyna Merska.
Kłopoty ze skupieniem nie są czymś najgorszym, ale praca zdalna ma też i inne swoje minusy – tym, co najbardziej doskwiera polskim pracownikom, jest ograniczony kontakt ze współpracownikami (26 proc.) oraz wspomniana już duża liczba rozpraszających bodźców, takich jak np. telewizor, ciągle kuszący by go włączyć i oglądać – na ten aspekt wskazało 21 proc. osób.
Wybuch pandemii sprawił, że praca zdalna zyskała grono nowych, zagorzałych zwolenników. Jak wskazuje aż 89 proc. respondentów, praca zdalna w najbliższej przyszłości będzie ich zdaniem zyskiwać na znaczeniu, a ponad połowa (52 proc.) jest przekonana, że po uspokojeniu się obecnej sytuacji, będzie mogła wykonywać część obowiązków zdalnie. Z kolei na całkowite przejście na zdalną formę pracy liczy co piąty pracownik. – Są już pierwsi pracodawcy, którzy rezygnują z części swoich przestrzeni biurowych. To jasny sygnał, że niektórzy pracownicy do biur już w ogóle nie wrócą. Bardziej prawdopodobny jednak będzie scenariusz hybrydowy, który uwzględni oczekiwania nowych entuzjastów pracy zdalnej. Na pewno możemy się go spodziewać w najbliższych miesiącach, bo firmy będą dążyły do minimalizowania ryzyka związanego z COVID-19 – podkreśla Mateusz Żydek, ekspert rynku pracy .
W efekcie może się okazać, że część przedsiębiorstw pozostanie przy tego typu zmianowym systemie, dzieląc pracę w firmie na część zdalną i stacjonarną – a podział ten w wielu miejscach stanie się standardem. Wielu pracowników, jak i pracodawców widzi bowiem, że przynajmniej częściowa praca zdalna to na dłuższą metę więcej korzyści niż wyzwań.
Obaw jednak wciąż nie brakuje. Z jednej więc strony, ponad połowa przedsiębiorców deklaruje, że w przyszłości ich pracownicy będą mogli część lub całość obowiązków wykonywać zdalnie.
Z drugiej strony, aż 71 proc. polskich pracodawców, którzy umożliwili wszystkim lub niektórym pracownikom pracę zdalną, narzeka, że ich produktywność w porównaniu do pracy stacjonarnej jest na niższym poziomie. Niestety, nie zapytano pracowników, co myślą o produktywności pracy swych pracodawców.

Potępiajcie system, nie jego ofiary

Polska obrodziła w samozwańczych moralizatorów i ekspertów, tym razem na temat Stanów Zjednoczonych. Bo jak przedstawia się w naszych mediach i internetowych komentarzach dramatyczny doprawdy zryw, który objął amerykańskie miasta? Doniesienia o brutalności policji kontruje się memami ukazującymi sceny kradzieży wielkopowierzchniowych sklepów celem wykpienia powagi sytuacji.

Treści, które starały się wskazać na źródła takiego przebiegu manifestacji – tak jak przejmujące przemówienie czarnej aktywistki Tamiki Mallory – spotkały się natomiast z zarzutami o “polityczne usprawiedliwianie rabunków”, “uzasadnianie grabieży”, podszytymi fałszywą troską komentarzami o “szkodzeniu szczytnej sprawie”. Cóż, im silniejsza potrzeba dorzucenia swoich trzech groszy do internetowej wrzawy, by poczuć się przenikliwym komentatorem, tym mniej zrozumienia procesów społecznych oraz klasowych, których wydarzenia towarzyszące buntowi w Stanach Zjednoczonych są jedynie nieuchronnym efektem końcowym.
Kapitalistyczno-konsumpcyjne społeczeństwo, w którym żyjemy, od kołyski wmawia nam, że godność i wartość społeczna mierzona jest materialnymi produktami: elektronicznymi gadżetami, metkami, logami, usługami. Wszechobecne reklamy – niosące ładunek ideologiczny – każą aspirować do posiadania coraz większej liczby rzeczy oraz wymieniać je co sezon. Do śmierci mamy być konsumentami, w których zostaliśmy przekształceni z obywateli. Kupujemy poczucie bezpieczeństwa, stabilną przyszłość, wolność od strachu. W dużej mierze mają to poczucie zapewnić produkty, których – choć ich realna wartość społeczna często jest nikła – to dają poczucie zażegnania dyskomfortu funkcjonowania w konsumpcyjnym społeczeństwie. Jeśli masz starego ajfona, to jest to oznaka, że jesteś biedniejszy i gorszy od tego, co ma najnowszego – masz się z tego powodu wstydzić. Jeśli masz najnowszego – świetnie sobie radzisz w życiu, należysz do klasy tych, którym się powodzi, choćby w rzeczywistości było zgoła inaczej. Jednocześnie ten sam kapitalistyczny system całe rzesze ludzi spycha w nędzę i skutecznie w niej utrzymuje. Oni nigdy nie nabędą tych najmodniejszych dóbr, pozostaną skazani na podróbki i poczucie dyskomfortu.
Dostrzegając ten kontekst, który w USA jest jeszcze bardziej wyrazisty niż w Europie, możemy zrozumieć, czemu w trakcie gwałtownych niepokojów społecznych są tacy, którzy korzystają z okazji i kierują się w ogólnym chaosie w stronę markowych sklepów. Wynosząc rzeczy dla siebie w ich odczuciu odzyskują jakieś poczucie godności, społeczną pozycję. Bo wielu z nich pewnie czuje, że zamieszki się skończą, rasistowska przemoc policyjna i ekonomiczna będzie trwać w najlepsze, wciąż będą pracować za najniższą stawkę pozbawieni praw pracowniczych oraz tkwić w nędzy getta, ale za to będą chodzić w najnowszych najkach, rozmawiać przez entą generację ajfona, wrzucać z niego zdjęcia na instagramie, grać na najnowszym plejstejszyn siedząc na bezrobociu albo spędzając czas po pracy za grosze. Choćby przez chwilę nie będą “gorsi od innych”. To jest ta okrutna rzeczywistość, której autorzy moralizatorskich komentarzy nie chcą zauważyć. Widzą drzewa, ale nie widzą lasu.
Jeśli więc naprawdę uważacie, że szlachetny protest został „skalany” i przez to mniej zasługuje na wasze poparcie, skierujcie ostrze swojej krytyki w kapitalistyczny i konsumpcyjny system, który skutecznie niszczy to, co wspólnotowe, zamieniając człowieka w konsumenta napędzającego popyt i podaż. Jako ludzie lewicy zaangażowani w organizacje społeczne, polityczne i związkowe staramy się zmienić tę okrutną rzeczywistość degradującą człowieka. Jesteśmy za politycznym organizowaniem świadomego swoich interesów społeczeństwa i klasy pracującej, która będzie miała poczucie godności dzięki społecznej sprawczości – nie poprzez realizowanie się w roli trybika-konsumenta w rynkowej, prekaryjnej machinie. Jednak służby w Stanach Zjednoczonych od samego początku za cel stawiały sobie niedopuszczenie do politycznej i społecznej samoorganizacji. Rozbijano związki zawodowe, stowarzyszenia i organizacje czarnoskórych. Dziś doskonale już wiemy, jak z premedytacją i chirurgiczną dokładnością służby niszczyły Czarne Pantery i inne organizacje, jak mordowano i kryminalizowano działaczy politycznych, jak fabrykowano zarzuty, jak finansowano handel narkotykami w czarnych dzielnicach biedy, by zdezorganizować działalność polityczną.
Dziś widzimy efekty tego przemocowego pozbawienia ludzi możliwości politycznego wychowania i sprawstwa – mamy do czynienia z rewoltami, które nie mają praktycznie żadnej formy politycznego przywództwa, mającego zdolność wpływać na dynamikę protestów. Takie są owoce działań finansowych i politycznych elit USA, które od zarania dziejów dążą do politycznej dezorganizacji społeczeństwa, które zdolne byłoby zmieniać otaczającą je rzeczywistość i reguły gry. To oni doprowadzili do tego, co teraz widzimy. Do tego, że część demonstrujących zajmuje się ślepym niszczeniem i grabieniem – też. Nie wolno przy tym zapominać, że dyskusja o stosunku do przemocy odbywa się od samego początku powstania masowych ruchów emancypacyjnych czarnych Amerykanów. I to nie tylko teoria. Warto przejrzeć uważnie filmy z amerykańskich demonstracji, by zobaczyć bunt we wszystkich jego odcieniach: gdy jedni rabują, inni próbują ich powstrzymywać przed rzuceniem kamieniem w witryny sklepu. Demolują sklepy i czarni, i biali, czasem czarni upominają białych rabusiów. Są jeszcze i prowokatorzy… Dyskusja o przemocy towarzyszącej wybuchom społecznym nie jest zamknięta.
I jeszcze jeden kontekst: w Stanach Zjednoczonych (i w każdym wielokulturowym społeczeństwie) kwestia rasizmu jest także kwestią klasową – dobitnie widzimy to w czasie epidemii, że to właśnie czarni Amerykanie oraz Latynosi są głównymi ofiarami wirusa Covid-19 oraz obecnego kryzysu ekonomicznego. Brak dostępu do powszechnej służby zdrowia, prekaryjne zatrudnienie, złe warunki mieszkaniowe, brak dostępu do porządnej edukacji i przeludnienie dzielnic ludowych zbierają swoje żniwo. Szansa, że osoba biała zarazi się wirusem, jest kilkunastokrotnie mniejsza, podobnie jak to, że odczuje ona skutki kryzysu. Radykalny skok bezrobocia spycha konkretne grupy społeczne w jeszcze większą nędzę. Tą grupą, która obecnie masowo traci pracę, są m.in. właśnie czarni Amerykanie z klas ludowych. Tymczasem Stany Zjednoczone są “wolnorynkowym rajem”, w którym socjalne zabezpieczenia praktycznie nie istnieją. Człowiek jest tam w pełni “kowalem własnego losu”, jednak pozbawiony narzędzi do jego “wykuwania” radzi sobie jak może, byle utrzymać na powierzchni siebie i swoją rodzinę. Choćby grabiąc, choćby potem sprzedając skradzione towary.
Przy okazji grabieże obnażają nam właśnie to, co skrzętnie ukrywamy jako społeczeństwo i czego staramy się do siebie nie dopuścić – że żyjemy w rzeczywistości, w której pożądanie produktów stało się dzikim instynktem. Można być pewnym, że wielu autorów moralizatorskich komentarzy wyznaje te same konsumpcyjne pragnienia (nikt od nich nie jest zupełnie wolny), tak samo odczuwa poczucie niższości z powodu nieposiadania tych czy innych dóbr albo boi się, że kiedyś przestanie nadążać za oczekiwaniami społeczeństwa. W imię samorealizacji i zachowania prywatnego komfortu są w stanie przemilczeć niesprawiedliwości społeczne i ekonomiczne. Do tego dochodzi jeszcze wiara w “amerykański sen”: skutecznie wszak wpojono nam przekonanie, że jeśli tylko się postarać, to zostaniemy dostatnio żyjącymi przedsiębiorcami. Na takim tle faktycznie łatwiej bardziej przejmować się tym, że zdesperowani ludzie podpalili komuś biznes, niż systemową, wielowiekową przemocą.
Jeśli więc nie będąc częścią masowego buntu antyrasistowskiego oburzasz się na grabieże i akty wandalizmu obecne na marginesie rewolty w USA, ale akceptujesz systemowe uwarunkowania, które do nich doprowadzają i milczysz, gdy dzieją się wokół nas – nie tylko w USA – społeczne i ekonomiczne niesprawiedliwości, to zamilknij i tym razem. Na koniec dedykuję autorom tych nic niewnoszących komentarzy, fragment wiersza Juliana Tuwima pt. “Straszni mieszczanie” z nadzieją, że zaczną dostrzegać związki przyczynowo-skutkowe:

[…]
I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie
Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…
Jak ciasto biorą gazety w palce
I żują, żują na papkę pulchną,
Aż papierowym wzdęte zakalcem,
Wypchane głowy grubo im puchną.
I znowu mówią, że Ford… że kino…
Że Bóg… że Rosja… radio, sport, wojna…
Warstwami rośnie brednia potworna,
I w dżungli zdarzeń widmami płyną.
[…]
I znowu sprawdzą kieszonki, kwitki,
Spodnie na tyłkach zacerowane,
Własność wielebną, święte nabytki,
Swoje, wyłączne, zapracowane.
Potem się modlą: „od nagłej śmierci…
…od wojny… głodu… odpoczywanie”
I zasypiają z mordą na piersi
W strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie.

Gospodarka 48 godzin

Gorzej z pracą

W dobie pandemii koronawirusa tysiące ludzi straciło lub w najbliższym czasie straci pracę. W kwietniu liczba bezrobotnych w Polsce wzrosła o niemal 60 tysięcy osób, co jednak miało niewielki wpływ na statystyczny, ogólny wzrost bezrobocia. Jak wynika z raportu „Monitor Rynku Pracy” zrealizowanego przez Instytut Badawczy Randstad, w tej chwili ponad jedna czwarta pracowników w naszym kraju poważnie obawia się zwolnienia. W bardzo wielu przypadkach terminy wypowiedzeń już biegną, więc może dojść do szybkiego pogorszenia sytuacji na polskim rynku pracy. Niewykluczone, że wzrośnie liczba rodaków, pragnących wyjechać do pracy „na saksy”. W Niemczech urzędowa stawka minimalna wynosi 9,35 euro brutto za godzinę (około 42,50 zł). Kraj ten, jako członek Unii Europejskiej musi gwarantować równy dostęp do zatrudnienia obywatelom wszystkich innych państw należących do wspólnoty.
Nad Renem i Łabą, mimo kryzysu, występuje wysoki popyt na pracowników sezonowych zwłaszcza w rolnictwie – do prac sezonowych potrzeba tam ponad dwustu tysięcy ludzi. Kolejne tysiące poszukiwane są w sektorze handlu detalicznego oraz w handlu internetowym. Ponadto, jak informuje Niemiecki Związek Pielęgniarek (DPV), jeszcze przed koronakryzysem, brakowało w sumie prawie 200 tys. pracowników w szpitalach, opiece ambulatoryjnej i domach spokojnej starości. Zapotrzebowanie na kolejne prawie 100 tys. pracowników wyraża również tzw. branża opiekuńcza (dotyczy to pracy polegającej na bezpośredniej opiece nad seniorami w ich domach). Wciąż niełatwo jednak wyjechać z Polski do Niemiec. Teoretycznie, zgodnie z przepisami każdy obywatel naszego kraju może przekroczyć granicę polsko-niemiecką, posiadając przy sobie dokument tożsamości (dowód osobisty lub paszport), o ile posiada istotny powód. Takim istotnym powodem może być wyjazd do pracy. Jednak od 10 kwietnia osoby wjeżdżające do Niemiec objęte są obowiązkową, 14-dniową kwarantanną, w czasie której muszą pozostać w domu, a wjazd do tego kraju muszą zgłosić miejscowym władzom.
Od wyżej wymienionych przepisów obowiązuje tylko parę wyjątków, które dotyczą osób pracujących w branży transportowej, medycznej czy opiekuńczej (trzeba wykazać, że pracuje się w tych dziedzinach i że opieka nad starym człowiekiem jest niezbędnym elementem systemu opieki zdrowotnej oraz koniecznym wsparciem dla osoby wymagającej szczególnej troski ), a także pracowników przyjeżdżających do pracy w Niemczech codziennie lub co 5 dni. W dodatku w Niemczech wciąż funkcjonują ograniczenia w poruszaniu się w przestrzeni publicznej. Wyjścia na zewnątrz możliwe są tylko pojedynczo lub w parach, należy też zachowywać minimum 1,5 metrowy dystans od innych osób. We wszystkich niemieckich landach obowiązuje nakaz zakrywania ust i nosa w sklepach i środkach transportu publicznego. Łatwiejsze jest dziś przyjechanie z Niemiec do Polski niż odwrotnie. Od 4 maja zniesiono obowiązek 14-dniowej kwarantanny dla osób, które przekraczają wewnętrzną granicę unijną z państwem sąsiadującym i robią to w ramach wykonywania czynności zawodowych, służbowych lub zarobkowych. Niemcy jakoś nie palą się jednak do szukania pracy nad Wisłą.

Gospodarka 48 godzin

Optymiści gospodarczy
Organizacja przedsiębiorców Business Centre Club zaproponowała własny program odmrażania gospodarki, stworzony w o oparciu o badania opinii przedsiębiorców oraz konsultacje z Polskim Towarzystwem Epidemiologów i Chorób Zakaźnych. Według BCC, spadku dziennej liczby zachorowań możemy się spodziewać najwcześniej w połowie maja, co pokrywa się z prognozami Ministerstwa Zdrowia. Pojawienie się trendu spadkowego należy traktować jako punkt zwrotny. Jeżeli wystąpi w połowie maja będzie to jednak scenariusz optymistyczny. Pesymistyczny, oznacza przeciągnięcie się wzrostu liczby zakażeń do czerwca. Przyjmując scenariusz optymistyczny, następujące obszary gospodarki mogłyby ruszyć, jednakże przy pewnych zastrzeżeniach: hotele – z limitami liczby miejsc, sklepy w galeriach handlowych – początkowo z limitowaniem jednoczasowej liczby klientów i personelu w pomieszczeniach, zakłady fryzjerskie – z ograniczeniem usług do podstawowych i ich limitem czasowym oraz limitem liczby klientów w tym samym czasie. Nie należy traktować tożsamo salonów fryzjerskich i kosmetycznych. W tych drugich, kontakt miedzy klientem, a pracownikiem jest bliższy i dłuższy, więc stosowane środki ostrożności powinny być większe.
I to na razie tyle. Komunikacja międzynarodowa zależy od wielu uwarunkowań związanych z sytuacją w innych krajach. Kina i teatry mogłyby zostać zaś otwarte dopiero wówczas, gdy liczba zachorowań spadłaby do poziomu poniżej 50 dziennie. Trzeba jednak brać pod uwagę, że dane epidemiologiczne mogą być obarczone błędem z powodu zbyt małej liczby wykonywanych testów – stwierdza BCC. Aż 93,6 proc. przedsiębiorców uważa, że wznowienie działalności pod warunkiem korzystania (na koszt firmy) z maseczek, rękawiczek, środków dezynfekcyjnych itp. byłoby dla nich rozwiązaniem do zaakceptowania.
Przedsiębiorcy deklarują też, że chętnie wdrożą system dobrych praktyk związanych z ochroną i higieną miejsc pracy, które zabezpieczyłyby pracowników i klientów przed ryzykiem zakażenia koronawirusem, np.: zachowanie 2 metrów odstępu między pracownikami oraz między pracownikami i klientami, stosowanie rękawiczek, wprowadzenie wahadłowego trybu pracy w biurach (część pracowników na miejscu, część na pracy zdalnej), pomiar temperatury ciała pracowników przed przystąpieniem do pracy, obowiązkowe stosowanie maseczek. „Te propozycje działań już dzisiaj sprawdziły się w spożywczych placówkach handlowych. Wobec tego ich zastosowanie w innych dziedzinach nie powinno być problemem” – wskazuje Marek Goliszewski prezes BCC. Pytanie jednak, co na to wszystko pracownicy?