PiS dusi Rzecznika Praw Obywatelskich

W biurze Rzecznika Praw Obywatelskich już teraz pracownicy zarabiają w okolicach najniższej krajowej. Powód? W 2019 roku rząd obciął środki na budżet płac o 2,5 miliona złotych.

Rząd Mateusza Morawieckiego, podobno „prospołeczny” i „propracowniczy”, wypowiadając wojnę Rzecznikowi Praw Obywatelskich, wziął na zakładników właśnie pracowników tej instytucji. W 2019 roku część zatrudnianych przez RPO odbierało pensję na najniższym możliwym poziomie, czyli 2250 zł. Budżet się z trudem dopinał. Po wzroście minimalnego wynagrodzenia do 2600 zł brutto od 1 stycznia, instytucja ma problem z zagwarantowaniem zatrudnionym nawet tego poziomu. Biuro alarmuje, że w kasie brakuje 1,7 mln zł.

Więcej zadań, mniej pieniędzy

– W 2019 roku zmniejszono fundusz wynagrodzeń o prawie 2,5 mln zł – mówi Agnieszka Jędrzejczyk z biura Rzecznika Praw Obywatelskich. – Parlament, nakładając na nas nowe zadania nie przeznaczył na ten cel żadnych środków. Z biura odchodzą osoby o wysokich kwalifikacjach ze względu na wynagrodzenie. Poziom zatrudnienia jest obecnie niższy niż w 2016 roku – podkreśla.

O jakie nowe zadania chodzi? – Ośmiu pracowników potrzebnych jest do zadań wynikających z ustawy o Sądzie Najwyższym, tj. skargi nadzwyczajnej. Kolejnych ośmiu zaś do pozostałych zespołów wnioskowych – w tym do Krajowego Mechanizmu Prewencji – wylicza Jędrzejczyk. Podkreśla, że biuro było świadome problemu, chciało zatrudniać dodatkowe osoby i myślało o podwyżkach dla tych, które już stanowią jego załogę. To jednak nie od niego zależy, a rząd najwyraźniej nie ma najmniejszego zamiaru ułatwiać życia Adamowi Bodnarowi, który wielokrotnie odważnie występował z krytyką jego poszczególnych pomysłów.

– Wielokrotnie już występowaliśmy o dodatkowe środki na utworzenie nowych etatów, za każdym razem jednak były one rozpatrywane negatywnie – podsumowuje Jędrzejczyk.

Kto ucierpi?

Dramatyczna sytuacja biura RPO może się przełożyć na brak wsparcia dla osób, których prawa są łamanie. Biuro już teraz nie ma adekwatnych środków m.in. na utrzymanie zespołu monitorującego zjawisko tortur i poniżającego traktowania. A to oznacza, że nie będzie komu przyglądać się sytuacji osób narażonych na przemoc, jakimi są w Polsce więźniowie i osoby zatrzymane przez służby mundurowe.

PiS „się przyjrzy”

Henryk Kowalczyk (PiS), szef sejmowej komisji finansów publicznych powiedział, że sprawie się przyjrzy. – Każdy budżet ustalany przez rząd będziemy prześwietlali, a co do minimalnych pensji, to oczywiście trzeba je zapewnić – wyjaśnił poseł PiS.

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, ekonomistka z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, uważa, że w momencie, gdy rząd proponował podniesienie płacy minimalnej, powinien przygotować ocenę skutków regulacji, w której wskazałby skutki wprowadzenia podwyżek dla poszczególnych sektorów gospodarki, a zwłaszcza dla tych, za które odpowiada – czyli przede wszystkim zdrowia, oświaty i sądownictwa.

– Powinny się w niej znaleźć wyliczenia, ile pracuje tam osób o najniższych wynagrodzeniach i wyższych, bo przecież podwyżki trzeba zapewnić również innym pracownikom, aby zachować proporcje w pensjach ludzi o różnych kwalifikacjach – podkreśla Starczewska-Krzysztoszek. – Tego niestety nikt nie zrobił, a rzucanie w przestrzeń kwot 2,6 tys., 3, 4 tys. zł bez sprawdzenia, ile więcej pieniędzy z tytułu takich podwyżek trzeba zabezpieczyć w budżetach, jest nieodpowiedzialne – dodaje.

Jeśli RPO nie wypłaci zatrudnionym pensji na ustawowym poziomie, może zostać ukarane grzywną od 1 do 30 tys. zł. Czyżby rząd tylko na to czekał?

Poczta zamyka usta pracownikom

Poczta Polska postanowiła wprowadzić cenzurę i zakazać swoim pracownikom jakiejkolwiek aktywności medialnej.

Kilka miesięcy temu Poczta zwolniła dyscyplinarnie przewodniczącego Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty, Piotra Moniuszki za wpis na Facebooku. Lider związku napisał, że firmie grozi upadłość. Kilka tygodni później rządowe Centrum Analiz Strategicznych przyznało, że spółce grozi utrata płynności, jednak Moniuszki nie przywrócono do pracy.
Zarząd Poczty najwyraźniej jednak przestraszył się krytycznych wypowiedzi działaczy związkowych i postanowił wprowadzić całkowity zakaz wystąpień medialnych dla wszystkich pracowników firmy.
Tylko rzecznik porozmawia
Kilka dni temu Poczta rozesłała do swoich pracowników komunikat, w którym stanowczo sprzeciwia się ich wystąpieniom medialnym bez zgody spółki. „Przypominam, że wszelkie aktywności medialne pracowników Poczty Polskiej mogą odbywać się jedynie po otrzymaniu zgody rzecznika prasowego Pani Justyny Siwek lub Pana Grzegorza Warchoła. Dotyczy to udzielania wywiadów, organizacji spotkań z mediami, udziału w konferencjach prasowych organizowanych przez inne organizacje oraz wszelkich wystąpień, które mogą mieć wydźwięk medialny (np. konferencje branżowe)”.
Jednocześnie przedstawicielka władz firmy zasugerowała, że o ważnych dla pracowników sprawach będzie wypowiadał się zarząd firmy, który sam oceni, które problemy nagłośnić, a które zataić. Firma też dała do zrozumienia pracownikom, że musi znać wszystkie plany działań załogi. „Proszę o przekazywanie wszelkich informacji i planów działań, które moglibyśmy wykorzystać w komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej. Istotne są sprawy strategiczne, nowe przedsięwzięcia, ale także wydarzenia regionalne i lokalne” – czytamy w piśmie, które otrzymali pracownicy Poczty na Podlasiu.
Sprzeczne z konstytucją
Pismo rozpowszechniane przez Pocztę Polską nie tylko stanowi próbę zastraszenia pracowników firmy i zamknięcia im ust, ale jest też sprzeczne z Konstytucją RP. Zgodnie z art. 54 ustawy zasadniczej . „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Władze Poczty nie mają więc prawa zakazywać działalności medialnej swoim pracownikom. Nie ma też takich zapisów w ich umowach o pracę. To zwykła cenzura, której celem jest prewencyjne zabezpieczenie się pracodawcy przed ewentualną krytyką.
Pod tym względem pismo Poczty stoi również w sprzeczności z art. 12 Konstytucji, w którym czytamy, że „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność tworzenia i działania związków zawodowych”. Trudno sobie wyobrazić działalność organizacji związkowej, która każdy swój komunikat konsultuje z zarządem firmy i która pyta go o zgodę na nagłośnienie wiedzy na temat patologii mających miejsce w przedsiębiorstwie.

Praca jeszcze czeka

Liczba wolnych miejsc pracy jest w Polsce coraz mniejsza. To dlatego, że trudno znaleźć ludzi, którymi można by je obsadzić.

Na początku czwartego kwartału ubiegłego roku liczba wolnych miejsc pracy w Polsce wyniosła 148,6 tys. i była o 5,4 proc. niższa niż przed rokiem.
Wolnymi miejscami pracy dysponowało 48,9 tys. firm, instytucji i innych podmiotów (wobec 50,8 tys. ogółem przed rokiem). Spadek liczby wolnych miejsc pracy notowano we wszystkich kategoriach jednostek. Największy – w podmiotach zatrudniających poniżej 10 osób (o 6,0 proc.), w grupie od 10 do 49 osób – o 1,7 proc., oraz powyżej 49 osób – o 6,8 proc.
W porównaniu z sytuacją sprzed roku, w ogólnej liczbie wolnych miejsc pracy najbardziej obniżył się udział przetwórstwa przemysłowego (o 4,7 p.proc. do 21,2 proc.). Zmniejszył się również udział handlu; naprawy pojazdów samochodowych, administrowania, transportu i gospodarki magazynowej. W strukturze wolnych miejsc pracy według zawodów, w porównaniu z początkiem czwartego kwartału 2018 r. zmniejszył się udział miejsc pracy dla robotników przemysłowych i rzemieślników (o 3,6 p.proc. do 24,7 proc.) oraz operatorów i monterów maszyn i urządzeń (o 1,1 p.proc. do 16,3 proc.).
Wzrósł natomiast udział wolnych miejsc pracy przeznaczonych dla specjalistów (o 3,3 p.proc. do 19,6 proc.), przedstawicieli władz publicznych, wyższych urzędników i kierowników (o 0,7 p.proc. do 3,0 proc.), techników i innego średniego personelu (o 0,5 p.proc. do 6,7 proc.), a także pracowników usług i sprzedawców, pracowników biurowych oraz wykonujących prace proste (odpowiednio do 8,3 proc, 12,2 proc. i 9,2 proc.).
W sumie, w okresie styczeń–wrzesień ubiegłego roku utworzono 560,4 tys. nowych miejsc pracy, czyli o 5,5 proc. mniej niż w analogicznym okresie ub. roku.
Spadek odnotowano we wszystkich kategoriach wielkości podmiotów: poniżej 10 osób – o 4,4 proc., 10–49 osób – o 3,0 proc. oraz powyżej 49 osób – o 10,3 proc.
W strukturze nowo utworzonych miejsc pracy zmniejszył się udział m.in. przetwórstwa przemysłowego (o 3,1 p.proc. do 15,7 proc.) oraz edukacji (o 1,0 p.proc. do 7,0 proc.). Zwiększył się natomiast udział stanowisk utworzonych w handlu; naprawie pojazdów samochodowych, zakwaterowaniu i gastronomii oraz w transporcie i gospodarce magazynowej.
Spośród nowo utworzonych miejsc pracy, na początku czwartego kwartału ubiegłego roku wolnych było jeszcze 32,9 tys. miejsc – z tego najwięcej w przetwórstwie przemysłowym (17,4 proc.), handlu; naprawie pojazdów samochodowych (14,8 proc.) oraz budownictwie (13,0 proc.).
Od stycznia do września ubiegłego roku zlikwidowano w Polsce 252,7 tys. miejsc pracy, czyli o 11,2 proc. Zwiększyła się skala likwidacji miejsc pracy we wszystkich kategoriach wielkości podmiotów. To nie jest jeszcze informacja wskazująca, że w Polsce przestaje funkcjonować rynek pracownika. Liczba wolnych miejsc spada głownie dlatego, że trudno znaleźć chętnych do ich obsadzenia. Jednakże to, że przedsiębiorcy tworzą coraz mniej miejsc pracy wskazuje na to, że i tempo rozwoju gospodarczego będzie coraz wolniejsze. Na tym zaś stracą wszyscy.

Odsetki za niepłacenie wynagrodzeń!

Bezrobocie w Polsce utrzymuje się na stosunkowo niskim poziomie, średnie pensje rosną, wzrost PKB należy do najszybszych w Unii Europejskiej. Niestety rozwój gospodarczy nie wiąże się z ograniczeniem skali łamania przepisów na polskim rynku pracy.

Jedną z głównych patologii jest niepłacenie wynagrodzeń na czas, co dotyczy tak umów etatowych, jak i, tym bardziej, umów cywilno-prawnych. Wielu pracowników jest wręcz przyzwyczajonych do otrzymywania wynagrodzenia ze znacznym opóźnieniem i myśli tylko o tym, aby otrzymać pieniądze – o jakichkolwiek odsetkach za opóźnienie wypłaty nikt nie mówi.
Niepłacenie na czas jest procederem masowym i z raportów Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że co roku dotyczy kilkunastu procent badanych firm. Warto zwrócić uwagę, że opóźnienia w wypłatach odnośnie umów nieetatowych dotyczą nie tylko małych firm działających na granicy rentowności, ale też dużych przedsiębiorstw, które nie mają problemów z płynnością finansową.

Dlatego Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa przedstawił propozycję wprowadzenia obligatoryjnych odsetek za niepłacenie wynagrodzeń na czas wysokości 0,5 proc. zaległej wypłaty dziennie. Obecnie dochodzenie odszkodowań czy odsetek za opóźnienia w wypłacie wynagrodzenia należy do rzadkości. Ustawowe odsetki obecnie wynoszą 7 proc. w skali roku, ale nie są naliczane automatycznie i pracownik musiałby iść do sądu, aby je wyegzekwować. Mało kto korzysta z tego prawa, bo procesy ciągną się latami, a odsetki są niskie.
Tymczasem nie ma żadnego usprawiedliwienia dla niepłacenia pensji na czas. Terminowa wypłata stanowi jeden z podstawowych obowiązków pracodawcy i od każdej zwłoki pracodawca powinien płacić wysokie odsetki. Niewypłacanie pensji na czas to jedno z najcięższych naruszeń prawa pracy, więc kary w tym przypadku również powinny być wysokie. Ważne jednak jest to, aby nie tylko były one bolesne dla pracodawcy, ale przede wszystkim aby pracownik otrzymywał ekwiwalent za opóźnienie w wypłacie pensji. Stąd pomysł odsetek, które powinny być naliczane automatycznie, wedle przejrzystych reguł i niezależnie od rodzaju umowy.
Zgodnie z propozycją Związkowej Alternatywy za każdy dzień zwłoki pracodawca musiałby doliczać dodatkowe 0,5 proc. w stosunku do kwoty brutto zawartej w umowie. Przykładowo, gdyby chodziło o kwotę 4000 zł, jeden dzień opóźnienia oznaczałby obowiązek wypłacenia dodatkowych 20 zł brutto, a po miesiącu kwota by wzrosła o 30×0,5 proc. , czyli 15 proc. , a zatem 600 zł.
0,5 proc. dziennie to kara dosyć wysoka, ale wypłata wynagrodzenia jest podstawowym obowiązkiem pracodawcy, który powinien być bezwzględnie egzekwowany. Wszak jako konsumenci płacimy wysokie kary za łamanie przepisów, co dotyczy chociażby jazdy transportem publicznym bez biletu, różnych rodzajów mandatów czy opóźnień w płaceniu rachunków. Niepłacenie za mieszkanie może wiązać się nie tylko z odsetkami, ale w wielu przypadkach prowadzi do eksmisji. Również odsetki od kredytów bankowych, nie mówiąc o chwilówkach, znacznie przewyższają kary grożące pracodawcom nie płacącym wynagrodzeń terminowo. Nieregulowanie świadczeń na czas i niedotrzymywanie umów zazwyczaj kosztuje więc nas jako konsumentów i obywateli o wiele więcej niż pracodawców, którzy oszukują pracowników.

Państwowa firma idzie na dno

Kontrahenci agencji ST3 Offshore, zajmującej się produkcją elementów do elektrowni wiatrowych, od dwóch lat czekają na swoje pieniądze. Na lodzie pozostawieni zostali również pracownicy, a wszystko dzieje się pod okiem rządu.

Właścicielem ST3O jest bowiem fundusz inwestycyjny Mars, którego głównym udziałowcem jest skarb państwa.

Firma ST3 Offshore posiada jeden z najnowocześniejszych parków maszynowych i systemów infrastruktury produkcyjnej w Europie. W 2015 r. zagraniczny inwestor postawił 120-metrową, najwyższą na Starym Kontynencie suwnicę bramową. Miał to być symbol reindustrializacji Szczecina. Dołożyło się również miasto, które specjalnie dla firmy zbudowało nowy most na Ostrów Brdowski, gdzie prowadzona była produkcja.

W 2017 r. podmiot trafił w ręce funduszu Mars, który miał się zająć jego rozwojem. Z takim powodzeniem, że ST3 Offshore znajduje się obecnie w stanie kroczącego bankructwa. Firma jest zadłużona, jej wierzyciele nie mogą się doprosić przelewów od dwóch lat. Na skraju plajty stanęło ponad 400 przedsiębiorstw kooperujących z agencją, Do końca roku miał zostać wdrożony układ pomiędzy wierzycielami a ST3O, niestety zarządcy zadłużonego podmiotu nie popisali się sprawnością.

– Agencja, pomimo upływu jutro wskazanego przez siebie terminu nie tylko nie sygnalizuje w żaden sposób woli przedłużenia zawartej z ST3 Offshore i Mars TFI umowy. Ale wręcz (składając wniosek o pisemne uzasadnienie postanowienia o zatwierdzeniu przyjętego układu) sama skutecznie blokuje jej wykonanie – poinformował mec. Patryk Zbroja, reprezentujący część wierzycieli.
Wspomniane porozumienie zostało zatwierdzone przez sąd i miało się uprawomocnić jeszcze w 2019 r., co umożliwiałoby otrzymanie przez spółkę 38 mln zł z Polskiej Agencji Rozwoju na rozkręcenie produkcji. Obecnie, mimo posiadania tak okazałej bazy, ST3O zajmuje się jedynie produkcją prostych elementów stalowych. Nie ma środków na wykonanie poważniejszych kontraktów i nie staje w ogóle do przetargów. Co zatem stanie się z 38 milionami? Prawdopodobnie zostaną przejęte przez wierzycieli.

Spółce grozi też 100 mln zł dofinansowania unijnego, które dostała na postawienie fabryki. Nie został bowiem spełniony podstawowy warunek przyznania środków – zatrudnienie 500 osób. Obecnie ST3 Offshore ma ok. 350 pracowników. których sytuacja również rysuje się fatalnie. Wypłaty za listopad dostali z opóźnieniem, w dwóch ratach i po interwencji lokalnych mediów. Zatrudnieni obawiają się, że pieniędzy za grudzień mogą nie zobaczyć w ogóle. Przedstawiciele wierzycieli przekonują, że spółka lada dzień ogłosić bankructwo.

Palą zamiast pracować

Nasi pracodawcy policzyli, że pracownicy, robiąc sobie przerwy w pracy na papierosa, uzyskują dzięki temu dodatkowo 20 dni wolnych od pracy rocznie.

Trzy miliony złotych od państwa (a ściślej od państwowego Funduszu Rozwiązywania Problemów Hazardowych) na działania propagujące niepalenie otrzymali Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej. Jest to największa organizacja pracodawców w Polsce, skupiająca 19 tys firm więc pieniędzy jej nie brakuje. Rząd PiS uznał jednak, iż pracodawcy zasługują na wsparcie. Inna sprawa, że bez zastrzyku państwowych pieniędzy Pracodawcy RP nie kwapili się do podejmowania działań mających promować niepalenie i zdrowe życie.
Fundusz Rozwiązywania Problemów Hazardowych został stworzony za rządów Platformy Obywatelskiej. Prawo i Sprawiedliwość po objęciu władzy zaczęło dość szeroko traktować pojęcie hazardu – i dlatego pracodawcy mogli dostać wsparcie w związku ze szkodliwością palenia.
To trochę tak jak z Funduszem Sprawiedliwości mającym pomagać ofiarom przestępstw, z którego PiS finansuje między innymi działania różnych organizacji powiązanych z prawicą. Posłowie opozycji mówili, iż działacze PiS uznali Fundusz Sprawiedliwości po prostu za Fundusz Prawa i Sprawiedliwości.
Za otrzymane pieniądze Pracodawcy RP organizują ogólnopolską kampanię „Nie palę, bo…”. Jak informują, „celem jest edukacja pracodawców i pracowników w zakresie możliwości rzucenia nałogu palenia wyrobów tytoniowych i wyrobów powiązanych. Będzie ona realizowana poprzez akcje informacyjno-edukacyjno-profilaktyczne prowadzone w miejscach pracy”.
Kampania jest generalnie skierowana do pracodawców zachęcających swoich pracowników do rzucenia palenia i wspierających ich w walce z nałogiem. W jej ramach zorganizowano cykl konferencji, konkurs „Firma wolna od tytoniu” oraz przygotowano pakiety informacji o pożytkach z rzucania palenia.
Pracodawcy są autentycznie i żywo zainteresowani tym, by ich pracownicy nie palili. Organizacja podliczyła, że, jak wynika z przeprowadzonych przez nią badań, pracownicy robiący sobie przerwy „na papieroska”, mają w ten sposób dodatkowo wolnych 20 dni roboczych w roku (robią bowiem średnio pięć ośmiominutowych przerw w ciągu 250 dni roboczych, co daje 160 „przepalonych” godzin pracy). Jeśli zaś nie będą palić, to w tym czasie będą pracować.
Ten problem obrazuje film nakręcony w ramach kampanii, w którym pokazano, jak pracownicy gremialnie udają się na papierosa, paląc przed drzwiami firmy zamiast pracować. „A ty za to płacisz” – mówi kolega do zmartwionego tym pracodawcy. W filmie nie pokazano natomiast pracodawców, robiących sobie przerwy na papierosa.
– Palenie w pracy to obniżenie efektywności pracy, przekładające się na wymierne, dodatkowe obciążenie i straty ekonomiczne dla przedsiębiorstwa – podkreśla Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Kraj niskich zarobków

Z obliczeń GUS wynika, że kompletnie nieprawdziwe były szacunki, mówiące, że z powodu zniesienia limitu trzydziestokrotności składek płaconych na ZUS, ucierpiałoby finansowo aż 370 tys. Polaków.

Połowa zatrudnionych Polaków zarabia niespełna 3200 zł miesięcznie na rękę – wynika z szacunków Bankier.pl na podstawie najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego.
Raz na dwa lata GUS publikuje szczegółowe dane o wynagrodzeniach w Polsce. Opublikowany niedawno raport opisuje stan na październik 2018 r., a więc nie uwzględnia ostatniego roku, w trakcie którego obserwowaliśmy dalszy, kilkuprocentowy wzrost wynagrodzeń. Z wynikami raportu warto się zapoznać, ponieważ jest to jedyne tak szerokie i oficjalne dane opisujące sytuację polskich pracowników.
Połowa zatrudnionych pracowników otrzymywała do 4094,98 zł brutto (jest to mediana płac; czyli siłą rzeczy druga połowa zarabia więcej).
Oznacza to, że ta grupa rodaków, których płace mieściły się w dolnej połowie, w ubiegłym roku zarabiała średnio na rękę 2919,54 zł netto – wynika z obliczeń Bankier.pl. Trudno uznać to za kokosy, więc tzw. presja płacowa ze strony tak nisko zarabiających pracowników jest w pełni uzasadniona.
Warto zauważyć, że jest to jednak wynik o 584 zł brutto – czyli o 407,5 zł netto – wyższy od mediany płac obliczonej w październiku 2016 r. Dobrze to pokazuje, za jak nędzne pieniądze Polacy musieli wiązać koniec z końcem w ostatnich latach.
Przy założeniu, że przez ostatni rok środkowa płaca rosła w podobnym tempie co średnie wynagrodzenie, można z dużym prawdopodobieństwem obliczyć, że w październiku 2019 r. średnia płaca tej niżej zarabiającej połowy pracowników wyniosła 4337,85 zł brutto – czyli 3146,25 zł netto, do ręki. Takie są realne płace dużej części mieszkańców naszego kraju.
W raporcie GUS znajdziemy też informacje o najlepiej i najgorzej zarabiających. Okazuje się, że powyżej 40 000 zł miesięcznie brutto zarabiało w Polsce ok. 10 tys. osób pracujących w firmach zatrudniających ponad 9 osób. Wynagrodzenie w wysokości powyżej 10 000 zł otrzymywało zaś ponad pół miliona Polaków.
Te obliczenia dobrze pokazują, jak kłamliwe były szacunki, wskazujące, jakoby aż 370 tys dobrze zarabiających Polaków miało stracić na zniesieniu limitu trzydziestokrotności składek płaconych na ZUS.

 

Jak się kończy zabawa z płacą minimalną

Zwolnienia z pracy, protesty zarówno pracowników jak i pracodawców, próby omijania przepisów. Takie są skutki eksperymentu południowokoreańskiego prezydenta z drastycznym podniesieniem najniższej płacy.

Na świecie trudno znaleźć lepszy przykład sukcesu gospodarczego niż Korea Południowa.
Nieprzerwany od 20 lat wzrost PKB łączy się z niskim zadłużeniem publicznym i utrzymującą się od ponad dekady wysoką nadwyżką na rachunku obrotów bieżących.

Przedwyborcza obietnica

Co więcej, Seul może pochwalić się globalnymi championami w przemyśle motoryzacyjnym czy elektronice użytkowej, a także niezwykle wysokimi wydatkami na badania i rozwój, które znacznie zwiększają szanse długotrwałego utrzymania dobrej koniunktury.
Jednak nawet tak silna i latami dobrze zarządzana gospodarka nie jest odporna na fatalne decyzje polityczne. Jedną z nich była kampanijna obietnica o podniesieniu pensji minimalnej.
Ubiegający się o fotel prezydenta Moon Jae-in szedł po władzę, zapewniając, że najniższe wynagrodzenie wzrośnie o ok. 55 proc w zaledwie trzy lata. Podobne tempo podwyżek obiecują rządzący w Polsce.
Po impeachmencie i skazaniu na wieloletnie więzienie byłej prezydent Korei Park Geun-hye w 2017 r. Moon miał szeroko otwarte drzwi do Błękitnego Domu.

Po 10 tys dla każdego

Lewicowy kandydat popełnił niestety kardynalny błąd i wbrew zdrowemu rozsądkowi, a nawet chłodnej kalkulacji politycznej, obiecał dokonać niemożliwego. Chciał podnieść do 2020 r. godzinowe wynagrodzenie minimalne z 6,47 tys. do 10 tys. wonów, czyli do równowartości niespełna 9 dolarów amerykańskich (poziom znacznie wyższy niż w USA).
Według szacunków obejmujących oczekiwany wzrost płacy w całej gospodarce minimalna wypłata stanowiłaby ok. 70 proc. mediany i 60 proc. średniego wynagrodzenia, czyli najwięcej w OECD.
Na nic się zdały protesty Federacji Mikroprzedsiębiorców, których 92 proc. ankietowanych członków w połowie 2017 r. sprzeciwiało się tak drastycznej podwyżce wynagrodzeń. Głosy rozsądku i opamiętania napływały jednak nie tylko z kraju, ale i z zagranicy.
Krótko po decyzji o podniesieniu najniższego wynagrodzenia o 16 proc. na rok 2018 głos zabrał Międzynarodowy Fundusz Walutowy. W listopadzie 2017 r. szef misji MFW dla Korei Tarhan Feyzioglu mówił, że rząd powinien znacznie zmniejszyć tempo podwyżek, gdyż może to negatywnie wpływać na konkurencyjność kraju oraz zatrudnienie.
W kolejnych miesiącach negatywnie na temat decyzji Moona wypowiadała się także Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), sugerując, że zbyt wysokie minimalne wynagrodzenie może zaszkodzić zatrudnieniu, jeżeli wyższe koszty pracy nie będą związane z poprawą produktywności.
Nawet publiczny think-tank Korean Development Institute przygotował opracowanie dotyczące wpływu wzrostu płacy minimalnej na zatrudnienie (Employment Effect of Minimum Wage Increase), w którym krytycznie odnosił się do szybkiego wzrostu wynagrodzeń. Wskazywał, że utrzymanie tempa wzrostu pensji minimalnej spowoduje utratę 96 tys. miejsc pracy w 2019 r. i 144 tys. w 2020 r.

Zamiast wzrostu – zwolnienia

Na te wszystkie głosy prezydent Moon był głuchy i kontynuował swoją kontrowersyjną politykę gospodarczą stymulującą rozwój m.in. wyższymi płacami. Zderzenie z rzeczywistością przyszło jednak bardzo szybko.
Jeszcze w połowie 2017 r. ogólny poziom zatrudnienia w ujęciu rok do roku rósł w Korei Południowej o 1,5 proc. Po kilku miesiącach tempo wzrostu zatrudnienia obniżyło się do mniej niż 1 proc., a pod koniec 2018 r. wyhamowało do 0,1 proc.
Najbardziej ucierpieli pracownicy, którzy otrzymywali wynagrodzenia minimalne lub bliskie tej wartości (handel, restauracje i hotele). Pomiędzy październikiem 2017 r. a październikiem 2018 r. zatrudnienie w tych branżach spadło z 6,1 miliona do 5,91 mln, czyli o prawie 200 tys. osób (dane Statistics Korea).
Reuters pisał swojej analizie, że strategia gospodarcza rządu, zamiast spowodować wzrost wynagrodzeń, skutkowała mniejszymi wypłatami (krótszy tydzień pracy) i brakiem możliwości dorobienia podczas nadgodzin (ograniczenie kosztów przedsiębiorstw).
Tak negatywnie zmiany na rynku pracy nie mogły zostać zignorowane. Co więc zrobił prezydent Moon?

Przeprosiny i niskie płace

Masowe zwolnienia spowodowały, że tempo wzrostu minimalnego wynagrodzenia zostało zmniejszone, ale stawka na 2019 r. i tak była podniesiona o prawie 11 proc. do 8350 wonów. Jednak już w momencie ogłoszenia tej decyzji (druga połowa 2018 r.) było wiadomo, że sytuacja gospodarcza nie pozwoli na zwiększenie najniższej pensji do 10 tys. wonów w 2020 r.
Prezydent wtedy przeprosił, obiecując przy tym, że 10 tys. zostanie „osiągnięte w najbliższym możliwym czasie”. Ta obietnica jednak także, nie będzie szybko zrealizowana (na pewno nie w trakcie bieżącej kadencji Moona).
Obecnie wiadomo, że w przyszłym roku wzrost minimalnego wynagrodzenia wyniesie tylko 2,9 proc, czyli będzie najwolniejszy w minionej dekadzie i trzeci z najsłabszych w ostatnim 30-leciu.
Jak ocenia Cinkciarz.pl, wydarzenia w Korei Południowej jasno pokazują, że zbyt gwałtowne i niepowiązane z poprawą kwalifikacji pracowników podnoszenie minimalnego wynagrodzenia powoduje wyłącznie problemy. Skutkuje ono zwolnieniami oraz protestami najpierw mikroprzedsiębiorców, a potem zawiedzionych pracowników (dziesiątki tysięcy osób demonstrowały w Korei Południowej w 2018 i 2019 r.) lecz w żaden sposób nie wspomaga wzrostu gospodarczego.
Zresztą, w przeszłości inne kraje również eksperymentowały z gwałtownym wzrostem najniższych płac: Francja w latach 1997-2005 czy Węgry w latach 2000-2002. I w żadnym przypadku nie była to dobra decyzja.

Powtórzymy nieudany eksperyment?

Kampanijne zapowiedzi w Polsce również zakładały gwałtowną podwyżkę minimalnego wynagrodzenia, którego procentowe wzrosty i relacja do mediany czy średniej wypłaty mają być analogiczne do tych obiecywanych przez Moona. Skutki dla naszego kraju mogą być jeszcze gorsze niż dla fundamentalnie silnej Korei Południowej. Dlaczego?
W Polsce ponad 20 proc. zatrudnionych (najwięcej w Unii Europejskiej) nie zarabia więcej niż 110 proc. pensji minimalnej. Silne skupienie się wynagrodzeń blisko najniższej krajowej oznacza drastyczne podwyżki dla dużej grupy osób. Te podwyżki nie są powiązane z poprawą kwalifikacji tych osób, różnicami kosztów życia pomiędzy regionami czy wiekiem – zauważa Cinkciarz.pl.
Brak zależności wynagrodzenia od produktywności i umiejętności będzie oznaczać konieczność zwolnień. Wzrośnie również pokusa do omijania regulacji, jak to miało miejsce w Korei Południowej.
Relatywnie wysokie wynagrodzenie może także oznaczać wzrost bierności zawodowej młodych ludzi, gdyż pracodawcy za narzucone z góry zbyt wysokie koszty pracy będą wymagali wygórowanych kompetencji w relacji do wieku kandydata.
Polska jest więc narażona na znacznie dotkliwsze konsekwencje zbyt szybkiego wzrostu minimalnego wynagrodzenia niż Korea Południowa.

 

Nie tylko kasa

Warto stale przypominać o tym, że biznes to nie tylko pomnażanie pieniędzy i możliwości.

Biznes to również wykorzystywanie tychże pieniędzy i możliwości w dobrym celu. Na przykład po to, by tworzyć jak najlepsze warunki pracy.
Za parę tygodni, w pierwszej połowie października, poznamy laureatów IX edycji konkursu o tytuł „Pracodawca Godny Zaufania”, współorganizowanego przez Fundację „Teraz Polska” i Krajową Izbę Gospodarczą.
W konkursie nagradzane są firmy i instytucje, sięgające po niebanalne i skuteczne rozwiązania w zakresie polityki pracowniczej – uwzględniające rozwój zawodowy pracowników i ochronę ich praw. Laureatów wyłania Kapituła, złożona z przedstawicieli uczelni wyższych, organizacji przedsiębiorców i think tanków. Są w niej reprezentowane m.in.: Instytut Staszica, Instytut Libertatis, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Wyższa Szkoła Ekologii i Zarządzania, Stowarzyszenie Integracja i Współpraca.
W tym roku konkursowi stuknie dziesięć lat, bo pierwsza edycja została rozstrzygnięta dokładnie 20 października 2009 roku. Przez tę dekadę dokonały się bardzo duże zmiany w zakresie zrozumienia celów polityki pracowniczej. Widać to również w podejściu do konkursu i zainteresowaniu firm.
Na początku chęć pochwalenia się stosowanymi rozwiązaniami mieszała się z obawą: po co się wychylać, po co budzić zawiść konkurencji, narażać się na oskarżenia, że coś można było zrobić lepiej… Wiele firm, zanim zdecydowało się wypełnić ankietę, musiało rozwiać wątpliwości. Teraz te obawy zniknęły. Nie tylko dlatego, że mamy dobrą sytuację gospodarczą i firmy zabiegają o pracowników. Po prostu prowadzenie polityki partnerstwa wobec pracowników stało się normą. Dobrą normą.

Maksymalne minimum Kaczyńskiego

Mądrze osadzone w realiach minimum płacowe, może spełniać dwie bardzo ważne funkcje. Stymulować rozwój technologiczny a równocześnie zabezpieczać pracowników przed zakusami nieuczciwych pracodawców. Tyle teoria. Zamiast niej, właśnie bijemy rekord świata w wyborczym podnoszeniu minimalnych wynagrodzeń.

Po zapowiedzi Kaczyńskiego, że płaca minimalna będzie wynosić 3 tys. zł brutto w 2020 r. i 4 tys. zł w 2023 r. w mediach niepisowskich rozpoczął się festiwal lamentu opozycyjnych polityków, ekonomistów i organizacji pracodawców.

Praca dla Polaków

PiS broni swojej obietnicy dla najmniej zarabiających opowiadaniem, że taki skok w płaceniu pracownikom zmusi przedsiębiorców do inwestowania w technologie nie wymagające drogiej pracy człowieka.
Koncepcja ta na pozór jest słuszna. Dzięki nowoczesnym liniom produkcyjnym ci, którzy będą mieli robotę, zarobią dużo więcej, zaś ludzie, którzy w związku z tym stracą pracę, znajdą ją gdzie indziej, za dużo większe pieniądze. W domyśle takiego rozumowania, tkwi bowiem przekonanie, że na naszym rynku pracy jest ponoć 1,5 mln wakatów.
To bajka. Gdyby bowiem tak było, to nowoczesna, zautomatyzowana i świetnie zorganizowana gospodarka Niemiec, nie przerzucałaby części swoich zakładów do Polski, Czech, czy na Węgry. Biznesmeni zza Odry zainwestowaliby przecież u siebie w takie maszyny, które same robiłyby wszystko.
Praktyka pokazuje jednak, że to tak nie działa. Roboty nie są w stanie zastąpić robotników. Ci zaś, tańsi niż za Odrą są właśnie u nas. Wypracowują oni zyski dla niemieckich firm, te zaś zasilają niemieckiego fiskusa. I jeśli w Polsce praca podrożeje tak jak chce PiS, to niemieckie koncerny przerzucą się z Polski, na Białoruś, czy inną Ukrainę. Tamtejsi robotnicy będą mieć zajęcie, zaś państwo niemieckie takie same zyski z opodatkowania swoich koncernów – jak wcześniej.
Stracą tylko Polacy. I to zarówno bezpośrednio – bo niektórzy zostaną bez roboty, jak i pośrednio – bo nie będzie kto miał płacić VAT, PIT i CIT.
A jeśli komuś w PiS marzy się, że dzięki zastosowaniu w Polsce niewymagających ludzi technologii, pozbędziemy się 1,5 mln gastarbeitrów z Ukrainy, to się myli. Nigdzie na świecie tak nie było. Rodowity, Francuz, Belg, czy Niemiec gdy raz przestał zamiatać ulice w swoim kraju, już nigdy do tego zajęcia nie wrócił. Robili to tam Arabowie, Murzyni, Polacy i Rumuni. I robią do dziś.
W opowieściach o inwestowaniu w nowoczesne technologie, spowodowanym windowaniem płacy minimalnej jest jeszcze jeden błąd. Zasadniczy. Tam bowiem, gdzie można by zastosować nowoczesną infrastrukturę, czyli w przemyśle i przetwórstwie, to po pierwsze już ona jest. A po drugie, w tych branżach od dawna każdy robotnik dostaje wynagrodzenie znacznie wyższe od minimalnego.

Wycisnąć prywaciarza

Najniższe płace dominują w sektorach na automatyzację zupełnie niepodatnych. A na dodatek, nie otrzymuje ich – tak jak to pokazują statystyki – 14 proc. zatrudnionych w Polsce. Czyli dwa razy więcej, niż wynosi przeciętna unijna. Czyli 7 razy więcej niż w Czechach.
Te zastraszające dane biorą się oczywiście z oficjalnych deklaracji pracodawców. Zarówno tych dużych, jak i małych. Mali zaś nader często prowadzą swoje biznesy na pograniczu legalności i szarej strefy. I wcale nie chodzi o handel narkotykami, nierząd, czy działalność gangsterską. Szara strefa to głównie płacenie pod stołem, niewystawianie faktur i nie wykazywanie znakomitej części przychodów.
Mali biznesmeni zatrudniający pracowników, najczęściej umawiają się z nimi na oficjalny etat z wynagrodzeniem, na poziomie minimum krajowego. Natomiast pod stołem osoby takie dostają na rękę dwa, a nawet trzy razy tyle. Oszczędzają i oni, i pracodawcy. Po kieszeni dostają ZUS i fiskus.
Ze statystyk wynika, że wśród zarabiających minimum ustawowe połowa pracuje w takich właśnie mikro firmach, w sektorach takich jak usługi, budownictwo i rolnictwo. Przy dzisiejszym rynku pracy, w którym pracownik jest na wagę złota, takie dane brzmią bardziej niż niewiarygodnie. Gdyby jednak od oficjalnej liczby minimalnie zarabiających odjąć tę grupę, to zostałoby dokładnie tyle, ile osób uposażonych na najniższym poziomie jest w Unii.
Jeśliby PiS wygrało wybory i podnosiło ustawowo minimum, to grupa ta, nie tylko wciąż wisiałaby w statystykach minimalizmu płacowego, ale nawet (w większości) nie odnotowałaby żadnej zmiany w swoich prawdziwych zarobkach. Pracodawcy płaciliby im jak dotąd – nad i pod stołem. A popłynęliby wyłącznie na tym, że teraz składki i PIT musieliby odprowadzać od kwot wyższych.
I tak naprawdę rządowi chodzi właśnie o to. O ściągnięcie do budżetu kolejnych miliardów. Nie, zaś o jakieś wydumany skok technologiczny, czy państwo dobrobytu.

Kij na samorząd

Bo o państwie właśnie, świadczy pozostała część zarabiających minimalnie. I to realnie minimalnie. Tym osobom nikt nie wypłaca drugiej pensji pod stołem, bo nie ma takich środków. Nie ma zaś dlatego, że jest jednostką budżetową. Czy to samorządową, czy państwową, czy jakąkolwiek inną instytucją publiczną.
Tych zarabiających dziś realnie w okolicach 1700 zł na rękę, dość łatwo zresztą wymienić. To pracownicy tak szacownych instytucji jak sądy i prokuratury. To osoby zatrudnione w urzędach wszystkich szczebli na stanowiskach recepcjonistów, sprzątaczek, czy ochroniarzy. To ludzie tyrający w szkołach i przedszkolach na etatach administracyjnych. To szpitalny personel sprzątający, kierowcy ambulansów, sekretarki medyczne, personel kuchenny, część personelu technicznego, a także ochrona. To ludzie pracujący w pomocy społecznej.
Wszystkich ich obowiązują widełki płacowe wymyślane przez urzędników i posłów. Każdemu z nich, odpowiednim rozporządzeniem, czy ustawą można by zatem uwłaczającą wysokość wynagrodzenia zmienić. A jednak państwo tego nie robi. Woli spektakularny zabieg podwyższający płacę minimalną. Dlaczego? To proste, bo przynajmniej część z tych podwyżek zostanie sfinansowana przez oszukujących na zarobkach pracowników prywaciarzy.
Ta część, która odnosi się do ludzi zatrudnionych przez administrację państwową. Co jednak, z administracją samorządową i podległymi jej służbami socjalnymi? I co z pracownikami zadłużającej się coraz bardziej służby zdrowia?
Tym będzie musiał zająć się samorząd. Co może być interesujące w obliczu zapowiadanego przez PiS obniżania stawek PIT, podnoszenia kwoty wolnej i zwolnienia podatkowego dla młodych osób. A właśnie z podatku od dochodów osobistych pochodzi lwia część przychodów samorządów.
Skłócona z centralą, władza lokalna na kasę od państwa nie ma co liczyć. Skąd zatem weźmie kasę? Z podniesienia cen biletów komunikacji miejskiej, opłat za żłobki i przedszkola, czy rezygnacji z zajmowania się pielęgnowaniem parków i sprzątaniem ulic?

Z głowy na nogi

Na te pytania, które po enuncjacjach PiS się pojawiają, odpowiedzi nie ma. Jest za to kuriozalna zapowiedź Koalicji Obywatelskiej dopłacania do najniższych wynagrodzeń co miesiąc 600 zł.
Gdyby miała zostać wcielona w życie, to można być pewnym jednego. Że liczba pracujących za minimalne wynagrodzenie, z ok 1,5 miliona skoczyłaby pewnie dwakroć. Bo każdy prywatny biznesmen skorzystałby z okazji, aby wszyscy podatnicy zrzucali się to co on ma płacić ludziom. Dzięki czemu, taki prywaciarz zatrudniający 5 osób, byłby co miesiąc bogatszy o 3 tys. zł.
Do licytacji wysokości minimum płacowego włączyli się wszyscy uczestnicy kampanii wyborczej. Nikt z nich nie zająknął się jednak, żeby rzecz ustawić na nogach raz na zawsze. I zapisać ustawowo, że minimalne wynagrodzenie rząd ma określić raz w połowie roku. Na poziomie – na przykład – 66 proc. średnich zarobków wyliczanych przez GUS. I wtedy każdy będzie wiedział co i jak. A przede wszystkim ci, którzy chcieliby zatrudniać pracowników za miskę ryżu.