Czy PPK to zachęta?

Pracodawcy powinni poważnie potraktować swoje uczestnictwo
w Pracowniczych Planach Kapitałowych.

W Polsce zaczyna brakować pracowników. Według badania przeprowadzonego przez Work Service ponad połowa firm w Polsce ma niekiedy problem z pozyskaniem osób do pracy.
Jak wynika z sondażu Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec czerwca 2018 roku – czyli już dość dawno – było 165 tys. nieobsadzonych stanowisk.
Pracodawcy chcą zachęcić pracowników oferując im oprócz podstawowych świadczeń różnego rodzaju benefity. Czy oferta Pracowniczych Planów Kapitałowych, która jest prywatnym sposobem oszczędzania przez zatrudnionego z udziałem pracodawcy, będzie jednym z nich?
Rynek pracodawcy, który zaczyna obecnie przekształcać się w rynek pracownika spowodował, że niektóre przedsiębiorstwa starają się uatrakcyjnić ofertę pracy dla potencjalnego pracownika. Karnety na siłownię, świadczenia medyczne, bony na zakupy to tylko niektóre z nich. Teraz może dojść jeszcze jeden.
– Jestem przekonany, że oferta oszczędzania w PPK i składek płaconych przez pracodawców, może przyciągnąć wielu kandydatów. PPK mogą zmienić sytuację co do oszczędzania własnych środków na przyszłość. Jeśli pracodawcy będą wyraźnie komunikować, że u nich w firmie program może być realizowany i został zgromadzony odpowiedni budżet to zyskają w ten sposób nowe narzędzie pomocne w procesach rekrutacyjnych – uważa prof. Marcin Dyl, prezes Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami.
Partycypowanie pracodawców w oszczędzaniu na przyszłość jest bardzo popularne szczególnie w Europie Zachodniej. Prym wiodą Holandia, Islandia, Irlandia czy kraje skandynawskie. Polska w tych rankingach jest niestety na szarym końcu.
PPK to prywatny sposób oszczędzania zatrudnionego uwzględniający też ograniczony udział pracodawcy i państwa. Uzbieraną kwotę można przeznaczyć na emeryturę, mieszkanie, ale także na poratowanie zdrowia. Przystępując do programu jesteśmy właścicielami składek już na początku oszczędzania. Środki zgromadzone na rachunku PPK nie podlegają egzekucji sądowej ani administracyjnej (poza alimentami), istnieje też możliwość dziedziczenia aktywów.
– Przy łącznej wpłacie 3,5% wynagrodzenia i udziale państwa uczestnik przez okres 40 lat pracy może uzbierać około 100 000 zł – oblicza prof. Marcin Dyl, prezes Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami.
Nie są to kokosy, zważywszy, że przy wciąż rosnącej inflacji, za 40 lat te pieniądze nie będą wiele warte. Dlatego pracodawcy, którzy zapiszą w budżecie maksymalną stawkę płaconą w imieniu swoich pracowników, będą mogą łatwiej ich pozyskać.

Węgiel niszczy hutnictwo w Polsce

Wysokie ceny prądu wytwarzanego przez elektrownie węglowe oraz rosnące koszty emisji dwutlenku węgla to główne powody ograniczenia produkcji stali w Nowej Hucie, podane przez hinduskich właścicieli.

W kilka dni po Święcie Hutnika kierownictwo ArcelorMittal, światowego giganta stalowego, ogłosiło w prasie, a także podczas walnego zebrania pracowników w krakowskiej stalowni COS (ciągłego odlewania stali), plany tymczasowego wyłączenia części surowcowej huty – począwszy od września, bez daty końcowej.
Oznacza to wygaszenie wielkiego pieca oraz w konsekwencji brak produkcji stalowni konwertorowej i stalowni COS. W tych zakładach pracuje w sumie około 1200 pracowników (cała krakowska huta zatrudnia niemal 4 tysiące pracowników).
Dyrekcja koncernu jako przyczyny wygaszenia wymienia kryzys nadprodukcji na rynku stali, wojnę handlową w której przegrywają europejscy producenci oraz wysokie koszty produkcji w Polsce (spowodowane wysokimi cenami energii i kosztami emisji CO2).

Już nie będzie płonął wielki piec

Wygaszenie pieca i zatrzymanie produkcji oznaczać będzie radykalny spadek zapotrzebowania na siłę roboczą w Wielkich Piecach-Stalowni.
Na chwilę obecną nie ogłoszono planu zwolnień, według wstępnych deklaracji szefostwa, pracownicy mają być oddelegowani do pracy w innych jednostkach (zwłaszcza w hucie Katowice) lub przejść na postojowe (brak obowiązku świadczenia pracy i znaczna obniżka wynagrodzenia). Jednak już zapowiedziano cięcia we współpracy z podwykonawcami oraz zmianę ram czasowych zaplanowanych inwestycji. Nie wiadomo na razie czy dojdzie do zwolnień pracowników interim (zatrudnianych do wykonywania określonych zadań wymagających specjalistycznych kwalifikacji).
Wielu robotników obawia się, czy po wygaszeniu „wielkiego” produkcja kiedykolwiek wróci do zakładu. Obawy te mają swoje uzasadnienie, jeśli przyjrzymy się jak ArcelorMittal wybebeszył w przeszłości podobne zakłady w zachodniej Europie, np w belgijskim Liege. Decyzja o zawieszeniu produkcji w Nowej Hucie jest również kwestionowana wśród wielu pracowników z uwagi na wielomilionowe inwestycje poczynione w ostatnich latach – remont wielkiego pieca, inwestycje w ochronę środowiska na konwertorach, budowa nowej walcowni gorącej (ponoć najnowocześniejszej w Europie).
Podejrzewa się również, że koncern chce przy okazji uzyskać od polskiego rządu „prezenty dla biznesu” w postaci szczególnych ulg czy osobnej taryfy na energię.
Nowa Huta i jej największy kombinat przeżyły już terapię szokową, kiedy podczas prywatyzacji zatrudnienie w zakładzie spadło o 90% – drastyczne cięcia były też wymagane przez Unię Europejską.
Przez lata zatrudnienie spadało a średni wiek załogi zwiększał się – aż do niedawna, kiedy powoli zaczęto znowu zatrudniać młodych hutników (aczkolwiek przeważnie w charakterze interim). Teraz widmo śmierci przemysłowej i upadku kultury technicznej znowu staje przed oczyma hutników.

Co dalej?

Trudno planować dokładną taktykę obrony miejsc pracy na tak wczesnym etapie, kiedy koncern twierdzi, że nie będzie zwolnień, a jego intencją jest produkcja stali w Krakowie. Jednak właścicielowi nie należy wierzyć na słowo – tym bardziej, że dalszy rozwój wydarzeń będzie zależeć od kilku czynników, zwłaszcza od sytuacji gospodarczej w Europie i na świecie.
Jeśli kryzys nadprodukcji okaże się jaskółką kolejnej fali kryzysu gospodarczego europejskiego kapitalizmu, to o deklaracjach ArcelorMittal możemy zapomnieć. Związki zawodowe muszą już przygotowywać się do walki o miejsca pracy.
Naszym zdaniem walka ta będzie najefektywniejsza jeśli zawiąże się wspólny front angażujący jak największą liczbę pracowników, w tym nieuzwiązkowionych, kierujący się następującymi punktami:
– Wgląd załogi w finanse koncernu. Nie mamy żadnego powodu, żeby wierzyć w deklaracje dyrekcji: czy naprawdę krakowski zakład ma najdroższą produkcję na kontynencie? Czy kontynuowanie działania części przetwórczej (walcownie) huty w Krakowie rzeczywiście ma uzasadnienie ekonomiczne i środowiskowe w oparciu o transport slabów (półwyrobów hutniczych) przez 80 km z huty Katowice zamiast z oddalonego o sto metrów COS-u? Pracowniczy audyt finansów jest kluczowy.
– Kwestia renacjonalizacji huty pod kontrolą pracowniczą. Jeśli właściciel nie jest zainteresowany kontynuowaniem produkcji i chce zmarnować warte setki milionów inwestycje oraz bezcenne „zasoby ludzkie” w postaci doświadczonych pracowników, powinniśmy domagać się od rządu przejęcia go przez państwo. Oczywiście wielu robotników byłoby nieufnych wobec rządowych/partyjnych biurokratów w kierownictwie huty, którzy ostatecznie kierują się kapitalistyczną logiką, są skłonni do nepotyzmu, korupcji itd. Dlatego modelem zarządzania do którego powinniśmy dążyć jest kontrola pracownicza nad produkcją i różnymi aspektami funkcjonowania zakładu – w końcu sami znamy najlepiej jego bolączki.
– Międzyzakładowa, międzybranżowa międzynarodowa solidarność. Musimy zjednoczyć załogę Wielkich Pieców-Stalowni, ale też załogi nieobjętych cięciami zakładów ArcelorMittal. Będzie to trudne zadanie, z pewnością część pracowników w Dąbrowie czy Zdzieszowicach czy nawet krakowskiej koksowni oddycha z ulgą, że to nie ich czekają turbulencje. Ale musimy przekonać ich, że musimy być zjednoczeni żeby wygrać, a dzisiejsze problemy w Nowej Hucie mogą być jutro ich problemami. Ponadto musimy budować solidarność z innymi branżami, podobnie jak wiele branż udzielało wsparcia strajkującym nauczycielom. Konieczne jest też budowanie wsparcia wśród lokalnej społeczności Nowej Huty itd. W końcu, problemy ArcelorMittal rozciągają się – podobnie jak sam koncern – na wiele krajów. Wg wstępnych informacji wygaszenia nastąpią też w hiszpańskim zakładzie; w wielu miejscach będzie się próbować antagonizować pracowników z różnych krajów – dlatego musimy budować relacje z naszymi kolegami w skali międzynarodowej.

Kapitalizm nie przynosi rozwiązań

Ostatnią kwestią, którą należy poruszyć, jest szeroki kontekst kryzysu gospodarczego i kryzysu klimatycznego. Żaden kraj nie jest samotną wyspą i nowa fala kryzysu światowego będzie miała ogromny wpływ na polską gospodarkę – spowolnienie gospodarki niemieckiej oznacza kryzys w polskim przemyśle. Cechą kapitalizmu są nawracające kryzysy i hutnicy wiedzą o tym najlepiej, słuchając co chwila o „braku klimatu dla podwyżek”, „złej sytuacji sektora” itp.
Kapitalizm nie ma trwałego rozwiązania dla kryzysów gospodarczych, podobnie jak dla kryzysu środowiska. System opłat za emisję nie poprawia stanu środowiska na świecie ani nie redukuje emisji gazów cieplarnianych – przemieszcza tylko problem z jednego kraju do drugiego, dodatkowo generując problemy dla peryferyjnych gospodarek takich jak Polska (w związku z podnoszeniem cen energii).
Musimy brać pod uwagę te kwestie w opracowywaniu naszej strategii walki o miejsca pracy. Dlatego obok nacjonalizacji pod kontrolą załogi proponujemy następujące postulaty:
– inwestycje w pożyteczne roboty publiczne, służące społeczeństwu i zwiększające popyt wewnętrzny (także na stal); zwłaszcza inwestycje w rozwój czystej energetyki – inwestycje w badania nad technologiami czystszej produkcji stali i redukcji emisji CO2
Kryzysy, wojny handlowe, działania wielkich korporacji jak ArcelorMittal, są nieodłącznymi elementami kapitalizmu; alternatywą jest socjalistyczne społeczeństwo – nie na zasadach stalinowskiej biurokratycznej dyktatury – lecz z racjonalnie i demokratycznie planowaną gospodarką w interesie całej ludzkości.

Rosną płace, koszty życia i długi

Wzrost zarobków nie wybawi Polaków od kłopotów finansowych. Przeciwnie, może sprawić, że będziemy zadłużać się chętniej.

Stabilna sytuacja na starym kontynencie oraz rozwój technologiczny i wzrost gospodarczy, napełniają portfele Europejczyków, w tym i Polaków. Prognozy dają powody do optymizmu.
Według brytyjskiego raportu PwC, do 2040 r. płaca realna w naszym kraju wzrośnie o przeszło 140 proc. Dzięki temu, za dwie dekady polskie zarobki będą wynosiły 71 proc. wynagrodzeń mieszkańców Wielkiej Brytanii. Jeżeli chodzi o tempo wzrostu płac, lepszym wynikiem będą mogły pochwalić się jedynie Indie, Malezja, Indonezja i Chiny.
Z drugiej strony, najnowsze wyniki badań Intrum mówią, że co 3 osoba w naszym kraju pożycza pieniądze na pokrycie bieżących rachunków i nie jest zadowolona ze swojej kondycji finansowej. Czy zatem prognozowane podwyżki pensji oznaczają tylko powód do radości, bo wybawią nas od długów? Czy może jednak stanowią zapowiedź, że wraz ze wzrostem przychodów wzrosną także koszty życia, które według 70 proc. Polaków już są za wysokie i paradoksalnie sprawią, że będziemy zadłużać się jeszcze chętniej

Nigdy ich nie dogonimy

Według rozporządzenia Rady Ministrów minimalne wynagrodzenie w naszym kraju wynosi obecnie 2250 zł brutto miesięcznie. Jest to kwota daleko odbiegająca od pensji naszych marzeń.
Aż 40 proc. Polaków przyznaje, że nie ma wystarczających środków pozwalających na godne życie. Jesteśmy niezadowoleni z rosnących wydatków oraz z tego, ile pieniędzy zostaje nam pod koniec miesiąca po zapłaceniu rachunków i zrobieniu najpotrzebniejszych zakupów.
Pod rządami PiS, w ciągu ostatnich trzech lat wzrosły nasze rachunki za wodę, prąd, gaz, wywóz nieczystości, energię cieplną.
Mimo trudnej sytuacji finansowej niektórych Polaków okazuje się, że przyszłość może przynieść sporą poprawę. Spośród 21 państw przebadanych przez brytyjskich ekonomistów z PwC, nasz kraj pod względem dynamiki wzrostu pensji znalazł się na wysokiej, 5. pozycji.
Niestety, na tę poprawę będzie trzeba poczekać. Obecnie mieszkańcy Wielkiej Brytanii zarabiają średnio ok. 3 tys. dol, podczas gdy Polacy niewiele ponad 1,3 tys. dol. Nasze pensje w 2030 r. mają stanowić 57 proc. wynagrodzeń otrzymywanych na Wyspach.
Mimo zapowiadanego wzrostu płac w Polsce, średnie miesięczne wynagrodzenie w naszym kraju wciąż będzie niższe w porównaniu do innych, dojrzałych gospodarek na świecie. Kiedy pensja „Kowalskiego” zbliży się do 3 tys. dol., w Wielkiej Brytanii osiągnie prawie 4 tys. dol, a we Francji ponad 4 tys. dol.
To ciągle duża różnica, szczególnie biorąc pod uwagę zadłużenie, z jakim zmaga się niemała grupa Polaków. Średnio co 5. z nas pożycza pieniądze aby opłacić bieżące rachunki. Raty kredytów i pożyczek gotówkowych spłaca blisko 40 proc. Polaków, a kredytu hipotecznego 20 proc.
– Zadłużenie Polaków rośnie z każdym rokiem, a brak edukacji finansowej młodego pokolenia może prowadzić do pogłębiającego się na przestrzeni kolejnych lat kryzysu ekonomicznego zarówno w skali mikro, jaki i makro, mimo pozornie wzrostowych tendencji. Nie można także zapominać o pewnej zależności – podniesienie wynagrodzeń jest niestety często proporcjonalne do wzrostu cen, a więc w ostatecznym rozrachunku zupełnie nieodczuwalne – komentuje Tomasz Bienias, ekspert Intrum.

Czas dla wykwalifikowanych

Wysoka pozycja naszego kraju na liście państw, w których jest zapowiadany wzrost zarobków, to efekt szybkiego tempa rozwoju naszej gospodarki na tle pozostałych krajów Europy, ale także konsekwencja problemów demograficznych, które również dotyczą Polski. Chodzi tu przede wszystkim o starzenie się naszego społeczeństwa.
Powiększająca się luka kadrowa na rynku pracy widoczna w wielu branżach wpływa na wzrost wynagrodzeń. Powoli zbliżamy się do czołówki europejskich państw z minimalnym bezrobociem.
Pracownicy z wysokimi kwalifikacjami, pewni znalezienia satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy mają coraz większe wymagania dotyczące wynagrodzenia. A pracodawcy są doskonale świadomi, kto dziś dyktuje warunki na rynku pracy, dlatego nie mogą już oferować niskich pensji.
Do 2025 r. luka kadrowa w Polsce będzie się stale powiększać – możliwe, że do tego czasu konieczne będzie zatrudnienie ponad 1,5 mln osób. Takie prognozy wywierają presję na pracodawcach, którzy szukając kompetentnych i wykwalifikowanych pracowników, muszą o nich walczyć, proponując konkurencyjne warunki wynagrodzenia.
– Przez najbliższe dwie dekady wynagrodzenie w naszym kraju będzie stale rosnąć – mówi Tomasz Bienias.

Lepiej zarabiać więcej

Rozwiązaniem problemów na rynku pracy może być wzrost wynagrodzeń oraz inwestowanie w automatyzację niektórych procesów, które w niedługim czasie pomogą zastąpić pracę człowieka. Polska gospodarka ewoluuje i zmienia się. Nie tylko rynkowi giganci, ale także i mniejsze firmy w naszym kraju wdrażają najnowocześniejsze rozwiązania, by móc dalej się rozwijać i spełniać rosnące wymagania klientów.
Cyfryzacja i nowoczesne technologie wkraczają na dobre do polskich przedsiębiorstw, wyręczając człowieka, zarówno np. w kontakcie z klientem, jak i procesach produkcyjnych. Zachodzi prawdziwa rewolucja na rynku pracy. Coraz bardziej będą się na nim liczyć unikalne kompetencje i nietuzinkowe podejście do wykonywania powierzonych zadań.
Te zmiany oznaczają, że pracownicy w przyszłości będą angażowani w nowe, bardziej zaawansowane i wymagające zadania, otrzymując jednakże za swoją pracę lepsze wynagrodzenie, niż to ma miejsce obecnie.
Jest to tendencja zbliżona do panującej w rozwiniętych krajach zachodnich. Tam już dawno zauważono, że wraz z wzrostem zarobków rosną długi – ale i możliwości radzenia sobie z nimi. Dlatego, niezależnie od zadłużenia, dobrze byłoby, gdyby polskie płace wzrosły kiedyś o 140 proc.

Przymus emerytalny to nonsens

Jeśli ktoś nie chce płacić składek emerytalnych za samego siebie, nasze państwo nie powinno go do tego zmuszać.

Dwa artykuły w Trybunie („Rzecznik chce likwidacji nonsensu emerytalnego” oraz „Strata emerytalna, której nie będzie”) o których wspomina powyżej prof. Inetta Jędrasik-Jankowska nie dotyczą sytuacji, gdy pracodawca jest obowiązany płacić do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych część składki emerytalnej za swojego pracownika. Co do tego, że musi, nikt nie ma żadnych wątpliwości.
Oczywiste jest, że składki za zatrudnionych trzeba płacić i nikt, kto zatrudnia pracowników, nie może być uwolniony od tego obowiązku. Oczywiste jest też, że nigdy żaden artykuł opublikowany w Trybunie nie proponował – i nie zaproponuje – by ów obowiązek został zniesiony. Przypadki – wciąż się niestety zdarzające – że pracodawca nie płaci składek za swego pracownika trzeba zaś ścigać z całą surowością prawa.
Zupełnie inaczej jest – a przynajmniej powinno być – gdy chodzi o płacenie składek za samego siebie. Wydaje się oczywiste, że nikt nie powinien być do tego zmuszany – i temu właśnie były poświęcone dwa wspomniane artykuły w Trybunie. Publikacje te zwracały uwagę na niczym nieuzasadniony przymus, jakiego doświadczają w Polsce jednoosobowe firmy, czyli osoby mające zarejestrowaną działalność gospodarczą.
Prawo zmusza do tego, by ludzie ci płacili za siebie składki do ZUS, z których najbardziej obciążająca jest składka emerytalne. Tymczasem to absolutnie nie powinno mieć miejsca!. Jedyna uczciwa reguła wydaje się tu prosta i jasna: ten, kto chce mieć w przyszłości emeryturę, ten płaci za siebie składki emerytalne. (w wysokości dowolnie ustalanej przez siebie). Ten, kto godzi się z tym, że nie będzie mieć emerytury, nie płaci składek emerytalnych. Tertium non datur.
Są ludzie, którzy mają inny niż emerytura, pomysł na sfinansowanie jesieni życia. Mogą mieć odziedziczony majątek. Mogli zarobić już w życiu tyle, że nie interesuje ich to, co w przyszłości dostaną ze swoich obowiązkowych składek emerytalnych. Może mają bogatą rodzinę i środki spływające co miesiąc na konto z tytułu dożywotniego zapisu. Może wreszcie (oby nie) są poważnie chorzy – i wiedzą, że na pewno nie doczekają wieku emerytalnego. Powodów, dla których ktoś może nie chcieć płacić za siebie składek emerytalnych, jest wiele – i nie powinno tu być żadnego przymusu, a aparatowi państwowemu i przepisom nic do tego.
Od 1999 r. istnieje w Polsce system emerytalny, polegający na tym, że każdy będzie mieć taką emeryturę, ile sobie na nią odłożył. W związku z tym, nie ma racji istnienia przymus odkładania składek emerytalnych za samego siebie. Przepisy, które to nakazują należy jak najszybciej zlikwidować.
Jeśli ktoś świadomie nie chce płacić składek na własną emeryturę, to jest to tylko jego sprawa. Ludzie mają wolną wolę i nie należy za nich decydować w sprawach finansowych. Oczywiste wydaje się, że każdy powinien mieć prawo decydowania o tym, czy i jaka część swoich dochodów chce zamrozić – i korzystać z nich dopiero po ukończeniu 60 lub 65 roku życia. Jeśli ktoś chce natomiast wykorzystać swoje zasoby finansowe wcześniej, to jego święte prawo. Państwo nie powinno się w to wtrącać za pomocą żadnych nakazów płacenia składek. Niechże zapanuje tu wreszcie dobrowolność.
Tymczasem dziś mikroprzedsiębiorcy, czyli osoby mające zarejestrowaną własną działalność gospodarczą, podlegają usankcjonowanemu terrorowi państwa. Przepisy nakazujące płacenie minimalnych składek emerytalnych za samego siebie, to nic innego, jak zalegalizowany prawnie zabór prywatnego mienia przez państwo. I należy jak najusilniej poprzeć wszelkie parlamentarne czy społeczne inicjatywy, mające na celu likwidację tego groźnego nonsensu emerytalnego.
Jeśli Prawo i Sprawiedliwość chciałoby naprawdę zyskać głosy milionów drobnych przedsiębiorców, powinno jak najszybciej zlikwidować obowiązek płacenia składek emerytalnych za samego siebie.

Większość nie chce wyjechać

Przedsiębiorcy mają nadzieję, że imigranci zarobkowi z Ukrainy zostaną w Polsce na długo. Inaczej trzeba by podnosić płace naszym pracownikom.

75 proc. zatrudnionych w Polsce pracowników z Ukrainy chce zostać w naszym kraju – głównie z powodu zadowolenia z obecnej pracy oraz obecności w naszym kraju ich rodzin oraz przyjaciół.
Migrację w celach zarobkowych planuje więc tylko co czwarty Ukrainiec, najczęściej do Niemiec lub do Czech. Największą motywacją do opuszczenia Polski jest, co oczywiste, chęć uzyskania wyższego wynagrodzenia.

Liczy się tania siła robocza

W świetle planowanych przez polskich sąsiadów ułatwień dla pracowników z Ukrainy, a także zmniejszonej liczby napływających do Polski obywateli tego kraju, agencja Manpower zapytała zatrudnionych w Polsce Ukraińców o ich plany zawodowe. Raport „Plany migracyjne pracowników z Ukrainy” powstał na podstawie badania, w którym wzięło udział 744 pracowników z Ukrainy w przedziale wiekowym 18–60 lat.
Jak pokazuje raport, w tej 25-procentowej grupie planującej wyjazd z Polski do innego kraju w celach zarobkowych, zdecydowaną większość stanowią mężczyźni (68 proc.), osoby z wykształceniem wyższym (44 proc.), osiągające miesięczny dochód netto w wysokości 2 000–2 999 zł (także 68 proc.) oraz mieszkające w Polsce do sześciu miesięcy (32 proc.).
Główną przyczyną migracji jest chęć uzyskania wyższego wynagrodzenia, potrzeba pracy w kraju o wyższym standardzie życia, a także podjęcie zatrudnienia zgodnego z ich kompetencjami. Po wyjeździe z Polski najwięcej osób chce pracować w sektorze produkcji przemysłowej, logistyce, budownictwie i w branży technik informatycznych.
– Migracja obywateli Ukrainy z Polski do innych krajów obejmie w znacznym stopniu branżę motoryzacyjną, artykułów gospodarstwa domowego, informatyczną oraz spożywczą. Oznacza to, ze problemy z niedoborem pracowników odnotują polskie przedsiębiorstwa, które zatrudniają pracowników fizycznych, a szczególnie pracowników produkcji, magazynierów, pakowaczy czy operatorów wózków widłowych – wyjaśnia Karolina Rząsa z Manpower.

Nasi miłośnicy wielokulturowości

Sposobem przedsiębiorców w naszym kraju na wypełnienie przewidywanej luki kadrowej jest zatrudnianie kandydatów z Dalekiego Wschodu i Azji. Polski rynek pracy otwiera się na pracowników z Nepalu, Indii, Bangladeszu i Filipin.
– Wielu przedsiębiorców docenia pracę osób z zagranicy, mając świadomość, że kluczem do sukcesu organizacji jest wielokulturowość – twierdzi Karolina Rząsa. Jak dodaje, Polska jest dla wszystkich, którzy pomagają rozwijać gospodarkę i pozytywnie wpływają na rozwój przedsiębiorstw.
Ważnym wnioskiem płynącym z raportu jest to, że aż 75 proc. badanych chce nadal pracować w Polsce. To istotna wiadomość, szczególnie w nawiązaniu do danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych oraz Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej świadczących o zmniejszonym napływie obywateli Ukrainy do Polski.
Chęć pozostania w Polsce to przede wszystkim efekt satysfakcji z obecnej pracy, obecność w naszym kraju ich członków rodziny i przyjaciół, a także bliskość kulturowa naszych krajów. Badani wspominali również o niskiej barierze językowej oraz bliskości geograficznej naszych krajów.
Z raportu wynika więc, że Ukraińcom pracuje się i żyje w Polsce naprawdę dobrze i większość z nich wiąże z naszym krajem długofalowe plany.

Obcokrajowcom można płacić mniej

– Jak dotąd, polscy pracodawcy wciąż cierpią na brak zasobów do pracy. Czas pokaże, czy sytuacja zmieni się w kolejnych miesiącach w związku z niepokojącymi danymi płynącymi z niemieckiej gospodarki, od której jesteśmy w znacznym stopniu uzależnieni. Wszystko to sprawia, że część firm już wieszczy, że rok 2019 będzie czasem optymalizacji i oszczędności. To w konsekwencji może wygenerować mniej inwestycji, zmniejszyć dynamikę rynku pracy. Nie wydaje się jednak, by w sposób zasadniczy zmniejszyły się potrzeby pracodawców co do zatrudnienia – dodaje Tomasz Walenczak z Manpower.
Pracownicy z Ukrainy planujący opuścić Polskę zostali również zapytani o to, co mogłoby ich zatrzymać nad Wisłą. Wśród najczęściej wskazywanych zachęt znalazły się wzrost wynagrodzenia, łatwiejsze uzyskanie pozwolenia na pobyt stały w Polsce oraz wprowadzenie zmian prawnych, które pozwolą im na dłuższy pobyt w naszym kraju celem poszukiwania pracy.
– Obecnie firmy w Polsce powinny potraktować zatrudnianie obcokrajowców jako naturalne, jeśli chcą podtrzymać efektywność i dynamikę rozwoju, a w niektórych branżach wręcz swój biznesowy byt. Pracodawcy coraz częściej więc tworząc strategie zatrudnienia, przestają dokonywać podziałów na pracowników z Polski i obcokrajowców, a bardziej oceniają łącznie potencjał danego rynku. Zamknięcie się polskich firm na pracowników z zagranicy w wielu branżach doprowadziłoby nawet do katastrofy, nie tylko związanej z brakiem realizacji celów, lecz także niejednokrotnie z funkcjonowaniem w ogóle – dodaje Tomasz Walenczak.

Czesi dają nam przykład

Bezrobocie nad Wełtawą wynosi zaledwie 1,9 proc. i jest jednym z najniższych na świecie, a ludzie dobrze zarabiają. Jak oni to robią?

O wyjątkowości rynku pracy naszego południowego sąsiada, oprócz rekordowo niskiego bezrobocia, decydują również: olbrzymia liczba wolnych miejsc pracy, bardzo wysoki współczynnik zatrudnienia osób bez wyższego wykształcenia, atrakcyjny rozkład płac oraz stabilne trendy imigracyjne.
101 tys. – tylko tylu było bezrobotnych w Czechach według danych Eurostatu (unijnego urzędu statystycznego) za listopad 2018. To zaledwie 1,9 proc. aktywnych zawodowo. Według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego, na koniec 2018 r. żaden kraj demokratyczny funkcjonujący na zasadach gospodarki rynkowej nie ma tak niskiego poziomu bezrobocia. W Unii Europejskiej drugi najniższy odsetek osób szukających pracy jest w Niemczech i wynosi on 3,3 proc.
Jeszcze większe zdumienie budzą dane dotyczące liczby wolnych etatów. Wg Eurostatu w trzecim kwartale 2018 r. było ich 282 tys. Wakatów jest zatem blisko trzy razy więcej niż osób szukających zatrudnienia. Żaden unijny kraj nie może pochwalić się większą liczbą wolnych miejsc pracy niż chcących znaleźć płatne zajęcie. Dla porównania – w Polsce wakatów jest 157 tys. przy 661 tys. bezrobotnych.
Czesi, którzy od lat stawiają na przemysł, bliskie relacje z Niemcami i przyciąganie kapitału zagranicznego inwestującego np. w motoryzację, mogą pochwalić się także niezwykle wysokimi współczynnikami zatrudnienia ludzi bez wyższego wykształcenia. To ważny element zapewniający spójność społeczną i w miarę płaski rozkład wynagrodzeń w gospodarce.
Pracę ma ponad 80 proc populacji w wieku 15-64 lata z wykształceniem poniżej wyższego. Wynik ten oscyluje w okolicach europejskich liderów (Szwajcaria, Dania, Niemcy). W Polsce jest to 68,6 proc. By osiągnąć wynik znad Wełtawy, zatrudnienie w Polsce musiałoby znaleźć ponad 1,5 miliona osób.
Dane Czeskiego Urzędu Statystycznego (CSO) za trzeci kwartał pokazują, że wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 31500 koron (5250 zł). W tym samym okresie według informacji GUS średnia pensja w Polsce była o ponad 600 zł niższa – 4580 zł.
Różnica w średniej płacy nie wydaje się ogromna, a biorąc pod uwagę poziom cen, siła nabywcza krajowych pensji w obu krajach jest podobna. To jednak tylko pół prawdy, gdyż rozkład zarobków w Czechach jest korzystniejszy niż w Polsce – zauważa Cinkciarz.pl. Według danych CSO mediana wynagrodzeń (połowa otrzymuje powyżej tego poziomu, a połowa poniżej) wynosi u naszego południowego sąsiada ok. 86 proc. średniej (dla trzeciego kwartału byłoby to ok. 4515 zł), podczas gdy w Polsce jedynie 80 proc (3664 zł).
Wysoki poziom zatrudnienia jest korzystny nie tylko dla gospodarstw domowych, ale także dla przedsiębiorstw czy budżetu państwa. Dług w relacji do PKB Czech jest jednym z niższych w Unii i wynosi tylko 33,9 proc.
Łatwość i chęć znalezienia pracy przez Czechów sprzyja również najniższemu w Unii wskaźnikowi ryzyka zagrożenia relatywnym ubóstwem. Tylko 8,1 proc. populacji jest zagrożonej relatywnym ubóstwem, podczas gdy w Polsce jest to prawie dwukrotnie więcej (15,9 proc.).
Duży odsetek pracujących powoduje również, że nie brakuje środków na badania i rozwój. Czeskie przedsiębiorstwa, uczelnie oraz sektor publiczny wydawały na ten cel w 2017 r. 1,8 proc. PKB, podczas gdy w Polsce wskaźnik ten ledwie przekroczył 1 proc.
W ostatnich latach do Polski napłynęło setki tys. imigrantów z Ukrainy. Rekordowo wysoka liczba wakatów oraz niezwykle niskie bezrobocie powoduje napływ pracowników również do Czech. W latach 2015-2017 zatrudnienie obcokrajowców zwiększyło się o ponad 150 tys., do 560 tys. – według danych CSO. Biorąc pod uwagę liczbę obywateli kraju (ok. 10,6 mln), był to bardzo duży przyrost.
Do Czech przenoszą się pracownicy przede wszystkim z państw unijnych: Bułgaria, Węgry, Polska, Rumunia i Słowacja. W sumie wzrost zatrudnienia obywateli UE zwiększył się w Czechach o 90 tys. osób w dwa lata. Z Ukrainy napływ też był widoczny, ale wyniósł jedynie ok. 40 tys. Rozkład imigracji do Czech wydaje się więc korzystniejszy niż w Polsce. Opiera się on na przyjezdnych z wielu państw, a u nas są to praktycznie tylko pracownicy z Ukrainy.

Jeszcze pracy nie zabraknie

Przybywa jednak sygnałów, mogących świadczyć o tym, że w niedalekiej przyszłości w Polsce powróci niekorzystna sytuacja, gdy to przedsiębiorcy dyktowali warunki potencjalnym zatrudnionym.

 

Tylko co piąta firma z sektora przemysłowego planuje zwiększenie liczby pracowników w pierwszym kwartale bieżącego roku.
To na pozór jest nienajlepsza informacja dla pracowników i dla całej naszej gospodarki. Może ona stanowić ostrzeżenie, że powoli kończy się dobry dla zatrudnionych czas na polskim rynku pracy.
Powstaje też pytanie: dlaczego ogromna większość firm działających w naszym kraju nie chce zwiększać zatrudnienia? Czy ich menadżerowie nie widzą szans na rozwój?
Niestety, tak właśnie może się wydawać na podstawie wskaźników optymizmu i wyprzedzającej koniunktury w polskiej gospodarce, które systematycznie spadają, a także i na podstawie informacji o rosnącej liczbie niewypłacalnych przedsiębiorstw.

 

Przemysł wciąż szuka ludzi

Z drugiej jednak strony – chyba nie jest jeszcze aż tak źle.
To prawda, że tylko 22 proc. firm przemysłowych chce w pierwszych trzech miesiącach tego roku zwiększyć liczbę pracowników. Jednakże, jak podaje raport „Barometr perspektyw zatrudnienia” przygotowany przez ManpowerGroup, w ogromnej większości, bo aż w 65 proc. firm wielkosć zatrudnienia będzie stabilna, a tylko 6 proc. będzie redukować etaty w pierwszym kwartale 2019 r.
Czyli, duża przewaga wciaż jest po stronie tych, którzy zamierzają zatrudniać.
Wprawdzie w stosunku do ubiegłego kwartału prognoza zatrudnienia pogorszyła się o 4 punkty procentowe, co bez wątpienia jest niekorzystnym sygnałem. Jednak wobec pierwszego kwartału w roku ubiegłym pozostaje bez zmian, co oznacza, iż pogorszenie koniunktury gospodarczej nie będzie gwałtowne.
Warto też zauważyć, że prognoza zatrudnienia, czyli wyrażona w procentach różnica pomiędzy firmami, które przewidują wzrost a tymi, które planują redukcję liczby zatrudnionych, wynosi w produkcji przemysłowej 21 proc.
Jest to najwyższy wynik, jaki odnotowano wśród 10 najważniejszych sektorów polskiej gospodarki. A to właśnie przemysł decyduje o rozwoju kraju i wzroście dochodu narodowego.

 

Dwa skuteczne sposoby

Przemysł jest jednocześnie tym sektorem, który w Polsce zgłosił największe zapotrzebowanie na ręce do pracy, na okres od stycznia do marca 2019 roku.
Początek nowego roku będzie zatem wciąż jeszcze dosyć dobrym czasem dla osób poszukujących pracy w branżach produkcyjnych.
Dla pracodawców to będzie zaś kolejny – ale kto wie, czy nie ostatni – kwartał, który upłynie im pod znakiem poszukiwania sposobów na przyciąganie i zatrzymywanie pracowników. Nie muszą zresztą daleko szukać, bo najskuteczniejsze są dwa sposoby: normalna umowa o pracę (a nie śmieciówka) i wyższe wynagrodzenie.
– Planowane nowe zatrudnienia to ze strony polskich przedsiębiorców nie tylko efekt wciąż dobrych wskaźników gospodarczych, lecz także zabezpieczenie przed potencjalną rotacją, która zdecydowanie wzrosła. Pracownicy produkcyjni w większości regionów Polski mają znacząco większe niż przed laty możliwości. Chętniej też decydują się na zmianę pracodawcy, wybierając nie tylko tego, który płaci lepiej, lecz także zwyczajnie bardziej o nich dba – mówi ekspert rynku pracy Tomasz Walenczak.

 

Może Azjaci będą za drodzy?

Walka o pracownika trwa już nie tylko w sferze samych wynagrodzeń czy różnych benefitów. Jak potwierdzają rozmowy z pracownikami, istotną rolę odgrywają takie aspekty jak atmosfera w pracy i kultura, nie tylko organizacyjna. Zyskują one na znaczeniu, w myśl zasady: traktuj swojego pracownika, tak jak chciałbyś, by on traktował klienta.
Przed nami kolejny okres, kiedy pracodawcy wciąż jeszcze będą musieli walczyć o pracownika – bo jeśli tego zaniedbają, będziemy częściej słyszeć o sytuacjach, gdzie firmy nie będą w stanie realizować swoich zamówień z powodu braków kadrowych.
Dobrym sygnałem dla polskiego rynku pracy może być potencjalny odpływ części pracowników z Ukrainy – o ile wreszcie dla nich otworzy się perspektywa pracy u naszych sąsiadów zza Odry. Zapewne będzie to dotyczyć grupy osób z określonymi kwalifikacjami, ale nasz rynek pracy to odczuje.
Naturalną konsekwencją takiej sytuacji powinny być coraz lepsze warunki zatrudnienia, oferowane pracownikom w Polsce.
Niestety, wiele firm, chcąc zaoszczędzić na pensjach, już zaczyna sięgać po pracowników, ściąganych z kierunków azjatyckich. Niewykluczone jednak, że – z pożytkiem dla rodzimych pracowników – okaże się, iż potrzebny będzie znacznie dłuższy czas na pozyskanie Azjaty, a także i koszty okażą się jednak wyższe od przewidywanych, ze względu na konieczność opłacenia dalekiej podróży oraz zakwaterowania w naszym kraju.
– Kluczowe będzie zadbanie o pracownika, którego już mamy. Szanujmy swoich pracowników, bo rynek niekoniecznie obfituje dziś nie tylko w lepszych, ale w ogóle, w innych – podsumowuje Tomasz Walenczak.

 

U sąsiadów prognozy są gorsze

Jak wynika z prognozy dla przemysłu, wskazanej przez pracodawców z 26 krajów Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki, polscy pracownicy jeszcze nie powinni mieć większych powodów do narzekań.
Zestawienie krajów, gdzie w pierwszym kwartale 2019 roku najwięcej firm chce zatrudniać nowych pracowników otwierają Rumunia i Słowenia z jednakowym wynikiem plus 26 proc.
Polska produkcja przemysłowa plasuje się na wysokim trzecim miejscu, z wspomnianym wynikiem plus 21 proc., ex aequo ze Słowacją. U naszych czeskich i niemieckich sąsiadów jest już sporo gorzej. W Niemczech prognoza zatrudnienia w przemyśle wynosi plus 12 proc., a w Czechach tylko 6 proc.
Nasza produkcja jest w dużym stopniu zależna od obu tych partnerów, będących ważnymi odbiorcami rozmaitych półproduktów i podzespołów wytwarzanych w Polsce. Zauważalne spowolnienie gospodarcze na zachodzie Europy, które dotarło do znacznie lepiej od nas rozwiniętych Niemiec i Czech, swoje żniwa zbierze nad Wisłą z pewnym opóźnieniem. W przyszłym roku należy więc spodziewać się wyzwań z tym związanych.
Konsumpcja wewnętrzna, która tak wzrosła w 2018 r., na dłuższą metę nie utrzyma obecnego trendu rozwoju gospodarczego.
Zasobniejsze portfele sprawiły, że wzrosła siła nabywcza Polaków, trudno jednak spodziewać się abyśmy na przykład decydowali się dalej na tak masowe zakupy sprzętu RTV i AGD, skoro ten świeżo zakupiony sprzęt będzie dobrze służył jeszcze przez kilka lat.

 

Nas to nie ominie

Na zachodzie Europy plany pracodawców są jeszcze mniej korzystne dla pracowników niż w naszej części kontynentu.
W Wielkiej Brytanii prognoza zatrudnienia wynosi tylko plus 2 proc., w Austrii plus 3 proc., we Francji i Irlandii po plus 5 proc. Natomiast w Holandii regres – aż minus 6 proc., co zapowiada znaczne redukcje etatów.
Dużo lepiej sytuacja przedstawia się w Skandynawii: w Finlandii prognoza zatrudnienia wynosi plus 16 proc., w Norwegii plus 10 proc., w Szwecji plus 7.
Ważna jest też jednak tendencja. Dla większości zachodnioeuropejskich rynków pracy prognozy zatrudnienia znacznie się pogorszyły, zarówno w ujęciu rocznym, jak i kwartalnym. Tak stanie się niestety w przyszłości również i w Polsce.

Bardziej zadowoleni z pracy Sytuacja na rynku pracy

Po okresie wieloletniego spadku satysfakcji Polaków z tego, co robią zawodowo, w tym roku nastąpiło odwrócenie trendu.

 

Ludzie maja się nieco lepiej w swoich miejscach pracy, częściej mówią o nich pozytywnie i bardziej identyfikują się z nimi. Połowa Polaków jest zaangażowana w swoją pracę. To zaangażowanie zwiększyło się w 2018 r. o 2 punkty procentowe – z 48 do 50 proc.
W tym roku aż 54 badane wskaźniki ocen środowiska pracy odnotowały wzrost w porównaniu do 2017 r. Wówczas aż 71 wskaźników na 74 zostało ocenionych niżej. Teraz pracownicy, jak śpiewał Jacek Kaczmarski „poczuli siłę i czas”. Wiedzą, że już nie muszą bezwolnie ulegać dyktatowi pracodawców.
Takie właśnie wnioski płyną z najnowszego badania Aon Best Employers. Czujemy się bezpieczniej i stabilniej. To odwrócenie trendu z 2017 roku, kiedy takie wyznaczniki jak lojalność, poczucie wpływu czy chęć pozytywnego mówienia o firmie zanotowały znaczące spadki. Wspomniane badanie jest bardzo reprezentatywne, bo przeprowadzone zostało na grupie ponad 57 tysięcy respondentów ze 131 polskich firm.
Polska jest jednym z krajów w UE o najniższej stopie bezrobocia. Wydawać by się zatem mogło, że „rynek pracownika” wciąż ma się dobrze, a utrzymanie pracowników pozostaje w sferze głównych wyzwań.
– Warto jednak zwrócić uwagę na aktualne sygnały, które płyną z rynku pracy – wyhamowanie zarówno wzrostu płac jak i spadku wskaźnika bezrobocia w połączeniu z większym docenianiem obecnych pracodawców. Może to świadczyć o powolnym zmierzchu rynku pracownika – komentuje ekspertka Magdalena Warzybok,
W każdym razie, optymizmem napawa fakt, że polski pracodawca wziął sobie do serca to, co najbardziej bolało „najcenniejszy kapitał” jego organizacji. Aż 54 z 74 badanych aspektów środowiska pracy odnotowało wzrost w porównaniu do roku 2017.
Ostatnie dwa lata to czas ogromnych zmian na naszym rynku pracy. Rekordowo niskie bezrobocie, wyzwania z pozyskiwaniem i utrzymywaniem pracowników, ogromna presja na wzrost wynagrodzeń – wszystko to stanowiło jedne z najważniejszych strategicznych wyzwań polskich firm. Ta sytuacja spowodowała wzrost oczekiwań pracowników, któremu pracodawcy musieli sprostać.
Dziś przyszłość firm, w których są zatrudnieni polscy pracodawcy jest bardziej przewidywalna. Wiedzą oni, jakie możliwości rozwoju przed nimi stoją (wzrost z 42 do 46 proc.), a także rozumieją, w jaki sposób postawione im cele wiążą się z celami firmy (wzrost z 64 do 68 proc. ).
Wiedza zatrudnionych o tym, jak sukces firmy wpływa na ich wynagrodzenie wzrosła z 37 do 45 proc. Do przedsiębiorców wreszcie dotarło, że dobre wyniki biznesowe firmy powinny przekładać się na korzyści finansowe dla pracowników. Jednocześnie, stali się oni bardziej przekonani, iż firma, w której pracują jest odpowiedzialna za obietnice składane pracownikom (wzrost z 38 do 42 proc.). Płaca minimalna i średnie zarobki wzrosły – ale mimo to, wciąż większość pracowników ma poczucie, że w porównaniu do innych miejsc, w których mogliby pracować, nie są sprawiedliwie wynagradzani. W tym obszarze zanotowano spadek z 33 do 29 proc. Uważają również, że ich firmy poprzez sztywność procedur nie nadążają za coraz powszechniejszą cyfryzacją i nowoczesnymi technologiami.

Więcej ochrony

Fot. Umowa o pracę daje ochronę, jakiej nie mają miliony Polaków na „śmieciówkach”.

 

 

Nowe przepisy wzmacniają pewność zatrudnienia – ale tylko tych osób, które mają umowy o pracę.

 

22 listopada weszły w życie ważne zmiany prawne dla pracodawców i pracowników. Tego dnia minęły bowiem 33 miesiące od wprowadzenia w 2016 roku zmian w Kodeksie Pracy, które przekształcają sposób przechodzenia od umów czasowych – do tych na czas nieokreślony.
Przedsiębiorcy, którzy zatrudnili pracowników przed 22 lutym 2016 r. i jeszcze nie uregulowali z nimi tej kwestii, muszą pamiętać, że teraz zmiana umowy na zawartą na czas nieokreślony stanie się automatycznie.

 

Z przyczyn obiektywnych

Te 33 miesiące to dodatkowy element zabezpieczający pewność zatrudnienia. Jest to nowość w stosunku do poprzedniego brzmienia zapisu, który dotychczas za jedyne kryterium uznawał ilość podpisanych do tej pory umów – czyli w tym wypadku trzy. Każda kolejna umowa musiała już być bezterminowa.
Znowelizowany Kodeks Pracy zawiera jednak ukłon w stronę pracodawców, gdyż art. 251 § 4 k.p. przewiduje pewne wyjątki od tej reguły. Najważniejszy z wyjątków dotyczy sytuacji, w której pracodawca „wskaże obiektywne przyczyny” dla których mimo wszystko nie może zatrudnić pracownika na czas nieokreślony.
Jest to zupełnie niepotrzebne otwarcie furtki dla odmawiania ludziom umów na czas nieokreślony, także i z przyczyn kompletnie nieobiektywnych, leżących w interesie pracodawcy.
Można więc spodziewać się dużej ilości sporów sądowych o to, czy jakaś przyczyna nieprzedłużenia umowy, podana przez pracodawcę, rzeczywiście miała charakter obiektywny czy nie.

 

Zatrudniony może więcej

Generalnie jednak, nowelizacja przepisów dotyczących umów o pracę to dobra wiadomość dla wszystkich pracowników, ponieważ ochrona prawna ich pracy stała się szczelniejsza. Przekształcenie obowiązujących umów czasowych w bezterminowe jest też istotne z innego względu.
– Osoby zatrudnione na takich warunkach mają znacznie lepszą zdolność kredytową – banki zdecydowanie lepiej wyceniają ją w przypadku zatrudnienia na czas nieokreślony – komentuje ekspert Kamil Wolański.
Ostatnie zmiany w przepisach dotyczyły również obliczania okresu wypowiedzenia. Obecnie, wszystkie umowy, niezależnie od ich rodzaju, mają zachowany jednolity okres wypowiedzenia, który obejmuje 2 tygodnie jeśli staż pracownika wynosi mniej niż 6 miesięcy, miesiąc jeśli staż ten jest dłuższy niż pół roku, oraz 3 miesiące jeśli ktoś przepracował w danej firmie więcej niż 3 lata.
Przedsiębiorca, którego pracownicy przeszli na zatrudnienie bezterminowe, musi pamiętać, że gdyby z jakiegoś powodu chciał rozwiązać z nimi stosunek pracy, obowiązany jest przedstawić pełne uzasadnienie tej decyzji. Jeśli w danej firmie funkcjonują związki zawodowe, powinny zostać w takiej sytuacji o tym poinformowane.
Istotne jest również to, że gdy zmienia się tożsamość prawna pracodawcy (na przykład w wyniku przejęcia firmy przez nowy podmiot) czas obowiązywania zawartych wcześniej umów nie ulega zmianie.

 

Fali zwolnień nie było

Upływ okresu dotyczącego zmiany charakteru umów rodził pewne obawy, czy nie dojdzie do fali zwolnień – gdy pracodawcy nie będą chcieli, aby umowy z ich pracownikami stały się automatycznie bezterminowe.
Tak się jednak nie stało, bo w sytuacji rynku pracownika, wielu przedsiębiorców raczej zabiega o ręce do pracy zamiast się ich pozbywać.
– Konieczność przejścia na umowy bezterminowe sprzyja raczej zatrzymaniu pracowników w firmie, ponieważ daje im niezbędną stabilność zatrudnienia, która staje się coraz ważniejszą rzeczą na dzisiejszym rynku pracy oraz pomaga zbudować wzajemne zaufanie – wskazuje Kamil Wolański.
Oczywiście to dobrze, że zatrudnieni w Polsce korzystają z coraz lepszego zabezpieczenia pewności stosunku pracy. Szkoda tylko, że poza tymi barierami ochronnymi pozostają miliony ludzi na umowach śmieciowych, którymi w Polsce nikt się nie przejmuje – i w żaden sposób nie dba o poprawę ich barbarzyńskiej sytuacji, nie dającej ani prawa do emerytury, ani jakichkolwiek uprawnień socjalnych.
A przecież oczywiste jest (choć nie dla rządzących i pracodawców), że w kraju w miarę cywilizowanym, jakiekolwiek świadczenie pracy powinno zapewniać naliczanie składek emerytalnych oraz możliwość korzystania z uspołecznionej służby zdrowia.

Relacja z pola bitwy

Sobota, 20 października: upływa 3. dzień strajku pracowników LOT  o swoje permanentnie naruszane prawa. Mimo bezpardonowego sprzeciwu i brutalnych metod stosowanych przez władze LOT, determinacja strajkujących nie maleje. Byłem tam, chłonąłem ducha walki.

 

Przed biurowcem LOT stało około 70 osób. Protest wygląda na dobrze zorganizowany. Jest jedzenie, ciepłe napoje, stoły z przekąskami. Humory strajkującym dopisują, zresztą w proteście uczestniczą całymi rodzinami. Na transparentach stojących obok miejsca demonstracji możemy przeczytać: „Prawo do strajku prawem konstytucyjnym” i różnymi czcionkami samo słowo „strajk”.
Jak na razie zarząd robi dobrą minę do złej gry, zapewniając media, że strajkujący to zaledwie drobna część pracujących w spółce i żadne loty nie zostały odwołane. Zarząd zakazał protestującym wchodzenia do biurowca LOT i m.in. korzystania z toalet. Zakazano także rozkładania ochrony przed zimnym deszczem na placyku przed biurowcem.
Według strajkujących niezagrożony grafik połączeń to nieprawda. Dziś przed południem odwołano 4 loty. Kapitanowie Dreamlinerów przystąpią do strajku w najbliższych dniach. Według strajkujących, zarząd, by uniknąć odwoływania kolejnych lotów, ucieka się do łamania przepisów, poprzez zastępowanie np. szefowych pokładu pracownicami, które nie maja do tego niezbędnych kwalifikacji i szkoleń. Albo kierując do pracy ludzi bez umundurowania, co jest poważnym naruszeniem obowiązujących w europejskim i światowym lotnictwie przepisów, jak to miało miejsce podczas szkolenia dla młodszych stewardess. Inspektora w trybie nagłym wezwano do pracy. Strajkujący są w posiadaniu dowodów na naruszenie przepisów bezpieczeństwa. Obiecują, że zgłoszą to do odpowiednich władz.
Część ludzi, którzy zastępują strajkujących pod naciskiem zarządu, zgadza się na to po prostu ze strachu przed utratą pracy.
Na pytanie, jakie będą ostateczne efekty strajku, protestujący nie maja wątpliwości: zarząd LOT-u musi ustąpić. Już w tej chwili wynajmuje pilotów, załogi i samoloty z innych linii, co ma kosztować miliony złotych. Te same miliony, podkreślają, których nie chce zapłacić protestującym. Jednocześnie mówią, że nie widzą najmniejszej nawet woli porozumienia ze strony władz spółki. Skłaniają się ku poglądowi, by dalsze rozmowy, przy takiej postawie prezesa, toczyć z przedstawicielem właściciela czyli państwa: ministrem lub premierem Morawieckim.