Chcą oszczędzać na ludziach

W Polsce nie brakuje rąk i głów do pracy. Nasi przedsiębiorcy domagają się jednak wprowadzenia ułatwień dla pracowników ze wschodu, gdyż godzą się oni na mniejsze wynagrodzenia niż Polacy.

Kryzys migracyjny to jeden z najbardziej palących problemów w Unii Europejskiej. Liczba imigrantów rośnie w ostatnich latach, a kwestia imigracji stała się w państwach UE przedmiotem politycznego sporu, który zdeterminował kształt debaty politycznej po 2015 roku.
Jednak Polska do tej pory faktycznie nie miała spójnej polityki migracyjnej. Była ona zastępowana doraźnymi reakcjami na różnokierunkowe wyzwania, nieskładającymi się w uzasadnioną całość. Stąd też coraz częściej pojawiają się apele o budowę merytorycznych fundamentów naszej strategii migracyjnej.

Przyjechały już miliony

Mimo zwiększenia imigracji w ostatnich latach, Polska nadal należy do krajów emigracyjnych, czyli do takich, z których więcej ludzi wyjeżdża, niż do nich przyjeżdża.
Tym samym Polska klasyfikowana jest jako państwo niedotknięte bezpośrednio kryzysem migracyjnym. To zaś ma ma wpływ na postawę rządu polskiego wobec kryzysu oraz sposobu jego rozwiązania.
Wśród motywów imigracji do Polski wciąż przeważa czynnik ekonomiczny oraz perspektywa stabilnego zatrudniania i zarobków, a czynnikiem ułatwiającym decyzję o imigracji do Polski są więzy rodzinne i bliskość kulturowa.
Według informacji Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w Polsce pracuje około 1,5 mln cudzoziemców, choć dane te mogą być zaniżone ze względu na fakt, iż niektórzy cudzoziemcy przebywają na terenie Polski nielegalnie i podejmują pracę „na czarno”.
Wśród obywateli państw, które uznają Polskę za atrakcyjny kierunek imigracji znajdują się Ukraińcy, Rosjanie i Białorusini, a także obywatele państw azjatyckich (Wietnamczycy, Chińczycy, Hindusi) i obywatele państw Kaukazu Południowego.

Inni się tak nie palą

Według szacunków Rządowej Rady Ludnościowej, z uwagi na niską dzietność kobiet Polska będzie potrzebowała ok. 5 mln imigrantów, tylko dla utrzymania obecnego poziomu gospodarczego.
Są to oczywiście tylko niesprecyzowane przewidywania, ale nie ulega wątpliwości, że obecność pracowników ukraińskich na polskim rynku pracy dziś często jest pożądana.
W ostatnich latach w Polsce wprowadzono szereg ułatwień dla cudzoziemców. Z drugiej strony społeczeństwo polskie jest wciąż postrzegane (dość stereotypowo) jako niechętne cudzoziemcom, a przepisy polskiego prawa, mimo aktualizacji, wciąż stanowią dość istotną barierę w dostępie do rynku pracy i edukacji.
Organizacje WEI i Nowa Konfederacja twierdzą: „Obecność pracowników z Ukrainy w Polsce jest coraz bardziej konieczna, a stwarzanie ułatwień dla nich bardzo potrzebne, bowiem stają się pożądani także na innych rynkach zachodnich”.
Trudno się jednak zgodzić z tym poglądem, bo państwa zachodnie jakoś nie palą się do ułatwiania mieszkańcom Ukrainy dostępu do swego rynku pracy. Widocznie nie uważają, że to jest konieczne. Nie ma więc też powodu, by i Polska otwierała swój rynek pracy dla obcokrajowców.

Najpierw pracownicy krajowi

Nasi przedsiębiorcy z łatwością mogliby sięgnąć po niewykorzystane zasoby krajowych rąk i głów do pracy. Aktywność zawodowa Polaków wciąż przecież pozostaje na niskim poziomie.
Przedsiębiorcy chcą jednak płacić ludziom jak najmniej. Dlatego wolą tańszych pracowników ze wschodu Europy – choć to sprzeczne z szeroko pojętym interesem Polski.
Tym niemniej niektóre propozycje WEI i Nowej Konfederacji w zakresie polityki migracyjnej Polski są warte rozpatrzenia. Zwłaszcza zaś pogląd, że polityka migracyjna może i powinna być uzupełnieniem innych narzędzi polityki ekonomicznej oraz demograficznej, lecz ich nie zastąpi.
Trudno też nie zgodzić się z postulatem, iż konieczne jest oparcie asymilacji i integracji migrantów na naturalnych procesach społeczno-gospodarczych, nie zaś na biurokratycznym przymusie. Rzeczywiście, na siłę nie ma co kogokolwiek ściągać do Polski.
Z pewnością też warto rozważyć propozycję uproszczenia procedur nostryfikacji dyplomów wysoko kwalifikowanych pracowników zagranicznych. Ich obecność w Polsce z pewnością się przyda.

Niedostatek pracowników to lipa

Coraz częściej powtarza się, że w Polsce zaczyna brakować rąk do pracy. Okazuje się jednak, że to nieprawda.

Jak wynika z badania (przeprowadzonego na zlecenie Otto Work Force) pracodawcy określają problem braku pracowników jako niezbyt poważny.
Nie jest więc prawdą, że na naszym rynku pracy na wagę złota są już nie tylko informatycy i programiści, ale także handlowcy i pracownicy fizyczni.

Po prostu lepiej płaćcie

Nie zmienia to faktu, że przedsiębiorstwa mogą mieć pewne trudności z szybkim znalezieniem pracowników.
Polski pracodawca idzie poniekąd z duchem czasu – ważne są dla niego kompetencje analityczne, cyfrowe, a także znajomość języków.
Siatka płac w wielu firmach jest jednak mało elastyczna, więc za te kompetencje trudno uzyskać odpowiednie wynagrodzenie, co jest mało zachęcające dla potencjalnych pracowników. Pod względem płacowym nasi pracodawcy jakoś nie chc iść z duchem czasu.
Zatrudniający ponoć prześcigają się w uatrakcyjnieniu ofert pracy, a pracownicy mogą liczyć na rozmaite benefity.
Szkoda, że pracodawcom jakoś nie przychodzi do głowy, że najlepszym benefitem byłaby po prostu wyższa pensja, zachęcająca do pozostania w firmie.

Problem niewielkiej wagi

W skali od 1 („nie mamy problemów”) do 5 („mamy bardzo duże problemy”) pracodawcy ocenili problem braku kompetentnych pracowników zaledwie na 3,16.
Waga tego problemu jest zatem niewielka, jedynie dostateczna – a nie duża czy bardzo duża.
Może przyszedłby więc już czas, by zerwać z opowiadaniem bajek o niedostatku pracowników, inicjowanym przez pracodawców, którzy chcą płacić ludziom możliwie jak najmniej.
Duże przedsiębiorstwa wyceniły wagę problemu braku pracowników na 3,13. Jeszcze niżej wyceniają go przedsiębiorstwa średnie (3,03) oraz małe (zaledwie 2,69). Pytanie więc, kto zawyża tę średnią do 3,16, skoro firmy duże, średnie i małe niżej oceniają wagę problemu braku pracowników?. Raport z wspomnianego badania niestety nie daje na to odpowiedzi.

Ludzi trzeba szkolić

Jeśli pracodawcy w ogóle narzekają na niedostatek rąk do pracy, to przeszkadza im niedopasowanie poziomu kompetencji zatrudnionych do potrzeb przedsiębiorstwa.
Pracodawcom warto podpowiedzieć, że jest to problem stary jak świat i występujący wszędzie. Znanym i sprawdzonym lekarstwem są tu szkolenia, organizowane przez pracodawców.
Przedsiębiorcy narzekają też jednak, że ich podwładni mają problemy z ukierunkowaniem na cele biznesowe, działaniem w wielokulturowym środowisku i kompetencjami analitycznymi.
Widocznie nie potrafią znaleźć bodźców, które orientowałyby zatrudnionych na ów „cel biznesowy” oraz zachęcały do rozwijania kompetencji wielokulturowych i zachęcały do działania w wielokulturowym środowisku.
Z drugiej strony, polscy pracownicy nie są zwykle wzorem wybitnych kompetencji i rzeczywiście może brakować im umiejętności wspólnego rozwiązywania problemów, pracy w grupie, znajomości języków i technik cyfrowych.
Problemem, który trudno od razu rozwiązać przez podnoszenie płac, mogą być też niedostatki w zakresie kompetencji analitycznych.
Tymczasem zaś, praca z najnowszymi technologiami oraz dużą ilością danych będących fundamentem czwartej rewolucji przemysłowej, to coraz częściej nieodłączny element niemal każdej nowoczesnej profesji.

Hydraulicy wyjechali

Dziś w Polsce sprzedawca, pracownik fizyczny i programista zawsze znajdą pracę. Nowe technologie zmieniają rynek pracy na nieznaną dotąd skalę. Rośnie popularność rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji, co przekłada się na wzrost zapotrzebowania na specjalistów z tej dziedziny.
Jednocześnie, wraz z konkurencyjnością zagranicznych rynków pracy stale wzrasta w Polsce popyt na pracowników fizycznych. Przedsiębiorcom coraz trudniej jest też znaleźć podwładnych mających zaawansowane umiejętności cyfrowe: programistów, analityków, inżynierów, wykładowców specjalizujących się w technologiach informatycznych.
Ze względu na otwarcie granic i znacznie lepsze zarobki u naszych zachodnich i północnych sąsiadów, zatrudniający narzekają także na niedobór wykwalifikowanych pracowników fizycznych, w szczególności hydraulików (prawie wszyscy wyjechali do Francji?) oraz elektryków i montażystów.

Gdzie ci przyzwyczajeni?

Zgodnie z przeprowadzonym badaniem, pracodawcy konkretnie najczęściej poszukują przedstawicieli następujących profesji: handlowców, pracowników fizycznych, informatyków ze znajomością języka programowania Java oraz analityków Big Data.
Przedsiębiorcy starają się znaleźć różne formy pozyskania wartościowego pracownika. Najczęściej oferują zatrudnionym dodatkowe programy rozwojowe i ścieżki kariery, przeprowadzają (wedle tego co sami mówią) rozmaite szkolenia , a także proponują dodatkowe benefity.
„Pracownicy są przyzwyczajeni do otrzymywania kart sportowych i dodatkowej opieki medycznej. Multisport i opieka medyczna to już standard” – stwierdza raport z badania Otto Work Force.
Nietrudno zauważyć, że powszechne odczucia są zupełnie inne i konia z rzędem temu, kto w Polsce znajdzie rzesze pracowników przyzwyczajonych do otrzymywania kart sportowych i dodatkowej opieki medycznej, traktujących to jako standard. Widocznie, mimo, że jest to jeden kraj, są w nim różne światy i różne sposoby oglądu rzeczywistości.
Warto zauważyć, że zaledwie połowa polskich firm (49 proc. ) deklaruje, że oferuje pracownikom karty sportowe i dodatkową opiekę medyczną. Nie wiadomo też, na jakich warunkach. Jeszcze mniej (46 proc. ) proponuje wprowadzanie dodatkowych ubezpieczeń grupowych. Zmieniający się rynek pracy z jednej strony wymusza na pracownikach stałe podnoszenie kompetencji, z drugiej daje pole do popisu polskiemu pracodawcy, który powinien uświadomić sobie, że nadchodzi czas, gdy będzie musiał zabiegać o personel z określonymi kompetencjami.
Wysokie zarobki i cykliczne premie z pewnością mogą okazać się najlepszym sposobem, by zachęcać do zatrudnienia w danej firmie.

PPL ścigają

15 lipca odbyła się pierwsza rozprawa Państwowych Portów Lotniczych w sprawie o naruszenie dóbr osobistych firmy przez dwóch działaczy Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa, czyli mnie i Wojciecha Łobodzińskiego. Firma pozywa za tezy zawarte w tym wywiadzie: „Pracownicy jak woda w akwarium (strajk.eu)
PPL pozwał też wydawcę i redaktora naczelnego portalu www.strajk.eu, na którym ukazał się wywiad.
Rozprawa była kompromitacją firmy. 15 lipca zeznawać mieli świadkowie wezwani przez stronę pozywającą. Tymczasem Krzysztof Kasiorek nie przyszedł, bo był na urlopie, PPL wycofał wezwanie byłego szefa Służby Ochrony Lotniska, Roberta Stachurskiego, który kilka tygodni temu bardzo ostro skrytykował politykę firmy (strona pozwana wyraziła wolę, aby Stachurski zeznawał, co będzie miało miejsce na następnym posiedzeniu sądu). Jedynym świadkiem, który zeznawał, był ostatecznie Łukasz Suchecki, zastępca dyrektora Portu Lotniczego im. Fryderyka Chopina i dyrektor biura ochrony, a zarazem pełnomocnik Prawa i Sprawiedliwości w powiecie nowodworskim. Warto przypomnieć niedawny wywiad, którego Suchecki udzielił Gazecie Nowodworskiej. Przedstawiciel kadry kierowniczej Portu otwarcie agituje w nim za PiS-em.
Przyznanie kierowniczych stanowisk nominatom PiS-u pokazuje, jak wygląda polityka kadrowa firmy państwowej. W tym kontekście nie należy się dziwić, że pozew PPL-u dotyczy między innymi nagłośnienia przez pozwanych zwolnień dyscyplinarnych pracowników ochrony lotniska za to, że nie zareagowali, gdy Rafał Trzaskowski zorganizował konferencję prasową na przystanku autobusowym przy lotnisku. Trudno natomiast pojąć, dlaczego prezes Szpikowski poczuł się dotknięty wyrażeniem opinii, zgodnie z którą PPL jest folwarkiem „dobrej zmiany”.
Kolejna rozprawa sądu odbędzie się 26 września. Liczymy, że do tego czasu minister infrastruktury zdymisjonuje prezesa Mariusza Szpikowskiego, a firma wycofa się z kompromitującego dla niej procesu.

Ożywić związek

Jak ożywić ruch związkowy w Polsce? Związkowa Alternatywa ma kilka propozycji.

Ruch związkowy w Polsce znajduje się w stanie głębokiego kryzysu, który ma przyczyny strukturalne. Uważamy, że czas na zmiany w ustawie o związkach zawodowych i przypisanie organizacjom związkowym nowej roli.
W Polsce kompetencje związków zawodowych są bardzo ograniczone. Mają one niewielki wpływ na funkcjonowanie przedsiębiorstwa, a na dodatek często są ofiarami represji ze strony pracodawców. Również Państwowa Inspekcja Pracy co roku kontroluje około 70 tys. firm, czyli mniej niż 5 proc. wszystkich przedsiębiorstw. Nawet jednak w przedsiębiorstwach kontrolowanych przez PIP skala łamania przepisów jest gigantyczna.
W dużych zakładach pracy związkowcom przysługują etaty finansowane przez pracodawcę. Ich istnienie daje reprezentacji pracowniczej większą siłę, ale kompetencje etatowych związkowców są niewielkie. W tym kontekście postulujemy zmianę zakresu obowiązków i usytuowania pracowników zatrudnionych na etatach związkowych.
Uważamy, że aby wzmocnić pozycję związków, a zarazem zmniejszyć skalę łamania praw pracowniczych należy uczynić etatowych związkowców inspektorami Państwowej Inspekcji Pracy. W razie stwierdzenia naruszenia przepisów etatowy związkowiec byłby uprawniony do usunięcia stwierdzonych uchybień, w tym zaległej wypłaty należnego wynagrodzenia za pracę i innych świadczeń przysługujących pracownikom oraz ukarania nieuczciwego pracodawcy. Związkowcy mogliby więc nakładać mandaty za łamanie prawa pracy. Dzięki temu znacznie zwiększyłaby się skala kontroli firm, a PIP byłaby częściowo odciążona w swoich obowiązkach. Otrzymując nową pozycję i kompetencje, etatowi związkowcy staliby się instancją kontrolującą przestrzeganie przepisów prawa pracy. Przyznanie związkowcom uprawnień Inspekcji Pracy dałoby im większe możliwości działania, a zarazem spoczywałaby na nich większa odpowiedzialność.

We wszystkim jesteśmy przeciętni

Rząd musi podjąć bardziej aktywne i przemyślane działania na rzecz polskiej gospodarki. Powinniśmy się wreszcie skoncentrować na kilku wybranych dziedzinach.

Polska gospodarka jest na rozdrożu. Dotychczasowymi motorami rozwoju były w uproszczeniu, niskie koszty, w tym przede wszystkim niskie koszty pracy oraz inteligencja operacyjna i motywacja polskich przedsiębiorców. Niskie koszty pracy mamy już za sobą. Pozostałe atrybuty nadal możemy uznawać za naszą przewagę konkurencyjną.
Jak zatem konkurować? Aby wygrać trzeba robić coś albo lepiej, albo inaczej, albo taniej. To samo jest w konkurencji między państwami. “Taniej” mamy już za sobą.
Czy możemy “lepiej” wątpię – 50 letnia przerwa w ciągłości rozwoju nam na to nie pozwala. Gdy Zachód akumulował kapitał, doskonalił technologie, systemy zarządzania, zdobywał know how – my doskonaliliśmy się w polowaniu na papier toaletowy w sklepach. Nie jesteśmy w stanie konkurować z Zachodem kapitałem czy technologiami – bo ich zwyczajnie nie mamy. Musimy wybrać inne dziedziny, w których realnie możemy osiągnąć przewagę.
Według mnie narzędziami naszej konkurencji powinny być:
Konkurencja prawno-instytucjonalna – należy stworzyć najlepsze na świecie instytucje otoczenia biznesu, w tym sądownictwo oraz najlepsze i najprostsze prawo gospodarcze i podatkowe na świecie. Tworzyć akty prawne, jako pierwsi na świecie, dla nowych dziedzin (np. samochody autonomiczne). Jeśli będziemy jednym z najlepszych miejsc na świecie do prowadzenia działalności gospodarczej – zbiegną nam się przedsiębiorcy i innowatorzy z całego świata. Uwolni to też pełny potencjał inteligencji operacyjnej polskich przedsiębiorców. Jest to możliwe – wystarczy wola polityczna.
Pracownicy – w XIX wieku pracownicy sunęli ze wszystkich stron do fabryk. W XXI wieku fabryki suną tam gdzie są pracownicy. Polska powinna zastosować bardzo agresywną politykę demograficzną, żeby Polki chciały rodzić drugie i trzecie dziecko. Dążyć do standardu polskiej rodziny 2+3. To co do tej pory jest robione – chwała za to – to działalność bardzo lajtowa. Trzeba znacznie bardziej agresywnie. Jeśli chodzi o mnie jestem gotowy poprzeć wyłączanie o 18.00 światła w soboty (w ramach sprzyjania większej dzietności), jednak taka działalność może przynieść owoce za 25 lat. Teraz trzeba podjąć realne działania na rzecz ściągnięcia Polaków z Europy Zachodniej, Ameryki Północnej i Brazylii.
Jak wykonamy punkt pierwszy i staniemy się rajem dla działalności gospodarczej na świecie – może wrócić ich nawet milion. Kolejne narzędzie to suwerenna polityka imigracyjna i przyjmowanie oraz asymilowanie imigrantów zarobkowych ze sprawdzonych kierunków tj. z Wietnamu, Białorusi i Ukrainy, w ilościach potrzebnych naszej gospodarce. Celem naszej polityki demograficznej powinno być 50 milionów obywateli Polski w 2050 roku.
Potrzebujemy też bardziej aktywnej i przemyślanej polityki oraz działania rządu. Przede wszystkim na forum Unii Europejskiej. Musimy stanowczo i agresywnie przystąpić do pełnego wdrożenia unijnej dyrektywy usługowej. Polskie przedsiębiorstwa są dyskryminowane, zwłaszcza we Francji, metodami najróżniejszymi – poczynając od legalnych na nielegalnych kończąc. Zamknięcie firmy na podstawie anonimowego donosu na pół roku do wyjaśnienia to standard.
Ponad 10-letnie wysiłki Polski na forum UE nie przyniosły żadnych efektów. Trzeba zastosować retorsje wobec krajów, które z nami tak postępują – i zakomunikować im wyraźnie, że ich firmy będą mogły bez przeszkód działać w Polsce, jeśli nasze będą mogły działać u nich. Na tym poprzestanę, ale powinniśmy przestać się cackać i dawać się tak traktować. Jeśli nie zareagujemy – będzie tylko gorzej. Rząd musi zacząć działać zdecydowanie.
Pomoc publiczna dla biznesu. Nie mamy za dużo pieniędzy, to tym bardziej te które mamy powinniśmy wydawać rozsądnie. Tymczasem wydajemy je od sasa do lasa. Trudno dostrzec w tym jakąś strategię i myśl. Znaczna część tych środków trafia do… międzynarodowych koncernów!!! Zachowujemy się jakbyśmy chcieli wszystkiego naraz. Izrael, jak powstawał postawił na cztery obszary: hydrologię, optykę, przemysł zbrojeniowy i rolnictwo – i na tym skoncentrował wszystkie pieniądze i wysiłki. Dzisiaj sprzedaje 1 kg nasion pomidorów rosnących na pustyni za 100 tysięcy dolarów, a z ich optyki muszą korzystać wszystkie arabskie armie.
Musimy zrezygnować z megalomanii i gigantomanii i wybrać kilka dziedzin, w które skierujemy, to co mamy. Powinny to być raczej dziedziny nowe – nie sądzę, żebyśmy mieli jakieś szanse z Niemcami np. w silnikach Diesla. Jakie to dziedziny to odrębna dyskusja, ale nie powinno być ich na pewno więcej niż pięć.
Oczywiście już słyszę ten śmiech, że się nie da, niemożliwe, na pewno się nie uda etc. etc. Przyzwyczajony jestem – całe lata 80. słyszałem, że komunizmu nie da się obalić, a na pomysł wyprowadzenia wojsk sowieckich z Polski, co poniektórzy tarzali się ze śmiechu po podłodze. Każdy naród ma to na co zasługuje. My też. Musimy zerwać z naszą chorobą przeciętności. We wszystkim jesteśmy przeciętni. Wszystko w naszych rękach.

Zapraszamy pracowników LGBTQ+!

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa z rozczarowaniem przyjął stanowisko dwóch związków zawodowych działających we wrocławskim zakładzie Volvo, które było wrogie wobec LGBTQ+.

Trudno zrozumieć, skąd niechęć wobec emisji materiałów uwrażliwiających na trudną sytuacją osób LGBTQ+. Jednym z ważnych zadań związków zawodowych jest walka z wszelkimi formami dyskryminacji, w tym takimi, które dotyczą orientacji i tożsamości seksualnej.
Agresywna reakcja części pracowników firmy wobec LGBTQ+ dowodzi, że uprzedzenia i stereotypy dotyczące tych osób wciąż są silne. Związkowa Alternatywa walczy o to, aby w Polsce każdy pracownik czuł się bezpiecznie i komfortowo, niezależnie od płci, wieku, pochodzenia czy orientacji seksualnej.
Dlatego zapraszamy do działania w naszych szeregach wszystkich pracowników LGBTQ+! Możecie liczyć na nasze wsparcie!

Ukraińca daj mi luby

Przedsiębiorcy chcą przyciągnąć (i zatrzymać) pracowników ze wschodu.

Do 2025 r. możemy potrzebować ponad 2 mln pracowników. Organizacje przedsiębiorców uważają, ze lukę na rynku pracy, spowodowaną m.in. obniżeniem wieku emerytalnego, „działaniami zniechęcającymi do podejmowania pracy” (tak przedsiębiorcy określają program Rodzina 500 plus), oraz zmianami demograficznymi, mogą uzupełnić tylko pracownicy zza wschodniej granicy.
Ich zdaniem pracownicy z zagranicy, a zwłaszcza z Ukrainy stanowią gwarancję dobrobytu i rozwoju Rzeczpospolitej.
„Bez napływu pracowników z Ukrainy i innych krajów w ostatnich kilku latach, PKB Polski byłby o około 10 proc. niższy niż jest obecnie, z niesłychanie negatywnymi skutkami dla stanu i stabilności finansów państwa” – stwierdza Business Centre Club.
I dlatego przedsiębiorcy domagają się skrócenia czasu oczekiwania na pozwolenia na pracę dla obcokrajowców. W większości województw cudzoziemcy oczekują na zezwolenia na pobyt i pracę nawet ponad rok, podczas gdy powinni otrzymać takie zezwolenia w 2-3 miesiące.
BCC proponuje, by wydłużyć okres pracy wykonywanej bez zezwolenia (tylko na podstawie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi) do 12 miesięcy w ciągu kolejnych 18 miesięcy, lub do 18 miesięcy w ciągu kolejnych dwóch lat. Takie udogodnienia miałyby dotyczyć obywateli kilku wybranych państw z Ukrainą na czele.

Czy PPK to zachęta?

Pracodawcy powinni poważnie potraktować swoje uczestnictwo
w Pracowniczych Planach Kapitałowych.

W Polsce zaczyna brakować pracowników. Według badania przeprowadzonego przez Work Service ponad połowa firm w Polsce ma niekiedy problem z pozyskaniem osób do pracy.
Jak wynika z sondażu Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec czerwca 2018 roku – czyli już dość dawno – było 165 tys. nieobsadzonych stanowisk.
Pracodawcy chcą zachęcić pracowników oferując im oprócz podstawowych świadczeń różnego rodzaju benefity. Czy oferta Pracowniczych Planów Kapitałowych, która jest prywatnym sposobem oszczędzania przez zatrudnionego z udziałem pracodawcy, będzie jednym z nich?
Rynek pracodawcy, który zaczyna obecnie przekształcać się w rynek pracownika spowodował, że niektóre przedsiębiorstwa starają się uatrakcyjnić ofertę pracy dla potencjalnego pracownika. Karnety na siłownię, świadczenia medyczne, bony na zakupy to tylko niektóre z nich. Teraz może dojść jeszcze jeden.
– Jestem przekonany, że oferta oszczędzania w PPK i składek płaconych przez pracodawców, może przyciągnąć wielu kandydatów. PPK mogą zmienić sytuację co do oszczędzania własnych środków na przyszłość. Jeśli pracodawcy będą wyraźnie komunikować, że u nich w firmie program może być realizowany i został zgromadzony odpowiedni budżet to zyskają w ten sposób nowe narzędzie pomocne w procesach rekrutacyjnych – uważa prof. Marcin Dyl, prezes Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami.
Partycypowanie pracodawców w oszczędzaniu na przyszłość jest bardzo popularne szczególnie w Europie Zachodniej. Prym wiodą Holandia, Islandia, Irlandia czy kraje skandynawskie. Polska w tych rankingach jest niestety na szarym końcu.
PPK to prywatny sposób oszczędzania zatrudnionego uwzględniający też ograniczony udział pracodawcy i państwa. Uzbieraną kwotę można przeznaczyć na emeryturę, mieszkanie, ale także na poratowanie zdrowia. Przystępując do programu jesteśmy właścicielami składek już na początku oszczędzania. Środki zgromadzone na rachunku PPK nie podlegają egzekucji sądowej ani administracyjnej (poza alimentami), istnieje też możliwość dziedziczenia aktywów.
– Przy łącznej wpłacie 3,5% wynagrodzenia i udziale państwa uczestnik przez okres 40 lat pracy może uzbierać około 100 000 zł – oblicza prof. Marcin Dyl, prezes Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami.
Nie są to kokosy, zważywszy, że przy wciąż rosnącej inflacji, za 40 lat te pieniądze nie będą wiele warte. Dlatego pracodawcy, którzy zapiszą w budżecie maksymalną stawkę płaconą w imieniu swoich pracowników, będą mogą łatwiej ich pozyskać.

Węgiel niszczy hutnictwo w Polsce

Wysokie ceny prądu wytwarzanego przez elektrownie węglowe oraz rosnące koszty emisji dwutlenku węgla to główne powody ograniczenia produkcji stali w Nowej Hucie, podane przez hinduskich właścicieli.

W kilka dni po Święcie Hutnika kierownictwo ArcelorMittal, światowego giganta stalowego, ogłosiło w prasie, a także podczas walnego zebrania pracowników w krakowskiej stalowni COS (ciągłego odlewania stali), plany tymczasowego wyłączenia części surowcowej huty – począwszy od września, bez daty końcowej.
Oznacza to wygaszenie wielkiego pieca oraz w konsekwencji brak produkcji stalowni konwertorowej i stalowni COS. W tych zakładach pracuje w sumie około 1200 pracowników (cała krakowska huta zatrudnia niemal 4 tysiące pracowników).
Dyrekcja koncernu jako przyczyny wygaszenia wymienia kryzys nadprodukcji na rynku stali, wojnę handlową w której przegrywają europejscy producenci oraz wysokie koszty produkcji w Polsce (spowodowane wysokimi cenami energii i kosztami emisji CO2).

Już nie będzie płonął wielki piec

Wygaszenie pieca i zatrzymanie produkcji oznaczać będzie radykalny spadek zapotrzebowania na siłę roboczą w Wielkich Piecach-Stalowni.
Na chwilę obecną nie ogłoszono planu zwolnień, według wstępnych deklaracji szefostwa, pracownicy mają być oddelegowani do pracy w innych jednostkach (zwłaszcza w hucie Katowice) lub przejść na postojowe (brak obowiązku świadczenia pracy i znaczna obniżka wynagrodzenia). Jednak już zapowiedziano cięcia we współpracy z podwykonawcami oraz zmianę ram czasowych zaplanowanych inwestycji. Nie wiadomo na razie czy dojdzie do zwolnień pracowników interim (zatrudnianych do wykonywania określonych zadań wymagających specjalistycznych kwalifikacji).
Wielu robotników obawia się, czy po wygaszeniu „wielkiego” produkcja kiedykolwiek wróci do zakładu. Obawy te mają swoje uzasadnienie, jeśli przyjrzymy się jak ArcelorMittal wybebeszył w przeszłości podobne zakłady w zachodniej Europie, np w belgijskim Liege. Decyzja o zawieszeniu produkcji w Nowej Hucie jest również kwestionowana wśród wielu pracowników z uwagi na wielomilionowe inwestycje poczynione w ostatnich latach – remont wielkiego pieca, inwestycje w ochronę środowiska na konwertorach, budowa nowej walcowni gorącej (ponoć najnowocześniejszej w Europie).
Podejrzewa się również, że koncern chce przy okazji uzyskać od polskiego rządu „prezenty dla biznesu” w postaci szczególnych ulg czy osobnej taryfy na energię.
Nowa Huta i jej największy kombinat przeżyły już terapię szokową, kiedy podczas prywatyzacji zatrudnienie w zakładzie spadło o 90% – drastyczne cięcia były też wymagane przez Unię Europejską.
Przez lata zatrudnienie spadało a średni wiek załogi zwiększał się – aż do niedawna, kiedy powoli zaczęto znowu zatrudniać młodych hutników (aczkolwiek przeważnie w charakterze interim). Teraz widmo śmierci przemysłowej i upadku kultury technicznej znowu staje przed oczyma hutników.

Co dalej?

Trudno planować dokładną taktykę obrony miejsc pracy na tak wczesnym etapie, kiedy koncern twierdzi, że nie będzie zwolnień, a jego intencją jest produkcja stali w Krakowie. Jednak właścicielowi nie należy wierzyć na słowo – tym bardziej, że dalszy rozwój wydarzeń będzie zależeć od kilku czynników, zwłaszcza od sytuacji gospodarczej w Europie i na świecie.
Jeśli kryzys nadprodukcji okaże się jaskółką kolejnej fali kryzysu gospodarczego europejskiego kapitalizmu, to o deklaracjach ArcelorMittal możemy zapomnieć. Związki zawodowe muszą już przygotowywać się do walki o miejsca pracy.
Naszym zdaniem walka ta będzie najefektywniejsza jeśli zawiąże się wspólny front angażujący jak największą liczbę pracowników, w tym nieuzwiązkowionych, kierujący się następującymi punktami:
– Wgląd załogi w finanse koncernu. Nie mamy żadnego powodu, żeby wierzyć w deklaracje dyrekcji: czy naprawdę krakowski zakład ma najdroższą produkcję na kontynencie? Czy kontynuowanie działania części przetwórczej (walcownie) huty w Krakowie rzeczywiście ma uzasadnienie ekonomiczne i środowiskowe w oparciu o transport slabów (półwyrobów hutniczych) przez 80 km z huty Katowice zamiast z oddalonego o sto metrów COS-u? Pracowniczy audyt finansów jest kluczowy.
– Kwestia renacjonalizacji huty pod kontrolą pracowniczą. Jeśli właściciel nie jest zainteresowany kontynuowaniem produkcji i chce zmarnować warte setki milionów inwestycje oraz bezcenne „zasoby ludzkie” w postaci doświadczonych pracowników, powinniśmy domagać się od rządu przejęcia go przez państwo. Oczywiście wielu robotników byłoby nieufnych wobec rządowych/partyjnych biurokratów w kierownictwie huty, którzy ostatecznie kierują się kapitalistyczną logiką, są skłonni do nepotyzmu, korupcji itd. Dlatego modelem zarządzania do którego powinniśmy dążyć jest kontrola pracownicza nad produkcją i różnymi aspektami funkcjonowania zakładu – w końcu sami znamy najlepiej jego bolączki.
– Międzyzakładowa, międzybranżowa międzynarodowa solidarność. Musimy zjednoczyć załogę Wielkich Pieców-Stalowni, ale też załogi nieobjętych cięciami zakładów ArcelorMittal. Będzie to trudne zadanie, z pewnością część pracowników w Dąbrowie czy Zdzieszowicach czy nawet krakowskiej koksowni oddycha z ulgą, że to nie ich czekają turbulencje. Ale musimy przekonać ich, że musimy być zjednoczeni żeby wygrać, a dzisiejsze problemy w Nowej Hucie mogą być jutro ich problemami. Ponadto musimy budować solidarność z innymi branżami, podobnie jak wiele branż udzielało wsparcia strajkującym nauczycielom. Konieczne jest też budowanie wsparcia wśród lokalnej społeczności Nowej Huty itd. W końcu, problemy ArcelorMittal rozciągają się – podobnie jak sam koncern – na wiele krajów. Wg wstępnych informacji wygaszenia nastąpią też w hiszpańskim zakładzie; w wielu miejscach będzie się próbować antagonizować pracowników z różnych krajów – dlatego musimy budować relacje z naszymi kolegami w skali międzynarodowej.

Kapitalizm nie przynosi rozwiązań

Ostatnią kwestią, którą należy poruszyć, jest szeroki kontekst kryzysu gospodarczego i kryzysu klimatycznego. Żaden kraj nie jest samotną wyspą i nowa fala kryzysu światowego będzie miała ogromny wpływ na polską gospodarkę – spowolnienie gospodarki niemieckiej oznacza kryzys w polskim przemyśle. Cechą kapitalizmu są nawracające kryzysy i hutnicy wiedzą o tym najlepiej, słuchając co chwila o „braku klimatu dla podwyżek”, „złej sytuacji sektora” itp.
Kapitalizm nie ma trwałego rozwiązania dla kryzysów gospodarczych, podobnie jak dla kryzysu środowiska. System opłat za emisję nie poprawia stanu środowiska na świecie ani nie redukuje emisji gazów cieplarnianych – przemieszcza tylko problem z jednego kraju do drugiego, dodatkowo generując problemy dla peryferyjnych gospodarek takich jak Polska (w związku z podnoszeniem cen energii).
Musimy brać pod uwagę te kwestie w opracowywaniu naszej strategii walki o miejsca pracy. Dlatego obok nacjonalizacji pod kontrolą załogi proponujemy następujące postulaty:
– inwestycje w pożyteczne roboty publiczne, służące społeczeństwu i zwiększające popyt wewnętrzny (także na stal); zwłaszcza inwestycje w rozwój czystej energetyki – inwestycje w badania nad technologiami czystszej produkcji stali i redukcji emisji CO2
Kryzysy, wojny handlowe, działania wielkich korporacji jak ArcelorMittal, są nieodłącznymi elementami kapitalizmu; alternatywą jest socjalistyczne społeczeństwo – nie na zasadach stalinowskiej biurokratycznej dyktatury – lecz z racjonalnie i demokratycznie planowaną gospodarką w interesie całej ludzkości.

Rosną płace, koszty życia i długi

Wzrost zarobków nie wybawi Polaków od kłopotów finansowych. Przeciwnie, może sprawić, że będziemy zadłużać się chętniej.

Stabilna sytuacja na starym kontynencie oraz rozwój technologiczny i wzrost gospodarczy, napełniają portfele Europejczyków, w tym i Polaków. Prognozy dają powody do optymizmu.
Według brytyjskiego raportu PwC, do 2040 r. płaca realna w naszym kraju wzrośnie o przeszło 140 proc. Dzięki temu, za dwie dekady polskie zarobki będą wynosiły 71 proc. wynagrodzeń mieszkańców Wielkiej Brytanii. Jeżeli chodzi o tempo wzrostu płac, lepszym wynikiem będą mogły pochwalić się jedynie Indie, Malezja, Indonezja i Chiny.
Z drugiej strony, najnowsze wyniki badań Intrum mówią, że co 3 osoba w naszym kraju pożycza pieniądze na pokrycie bieżących rachunków i nie jest zadowolona ze swojej kondycji finansowej. Czy zatem prognozowane podwyżki pensji oznaczają tylko powód do radości, bo wybawią nas od długów? Czy może jednak stanowią zapowiedź, że wraz ze wzrostem przychodów wzrosną także koszty życia, które według 70 proc. Polaków już są za wysokie i paradoksalnie sprawią, że będziemy zadłużać się jeszcze chętniej

Nigdy ich nie dogonimy

Według rozporządzenia Rady Ministrów minimalne wynagrodzenie w naszym kraju wynosi obecnie 2250 zł brutto miesięcznie. Jest to kwota daleko odbiegająca od pensji naszych marzeń.
Aż 40 proc. Polaków przyznaje, że nie ma wystarczających środków pozwalających na godne życie. Jesteśmy niezadowoleni z rosnących wydatków oraz z tego, ile pieniędzy zostaje nam pod koniec miesiąca po zapłaceniu rachunków i zrobieniu najpotrzebniejszych zakupów.
Pod rządami PiS, w ciągu ostatnich trzech lat wzrosły nasze rachunki za wodę, prąd, gaz, wywóz nieczystości, energię cieplną.
Mimo trudnej sytuacji finansowej niektórych Polaków okazuje się, że przyszłość może przynieść sporą poprawę. Spośród 21 państw przebadanych przez brytyjskich ekonomistów z PwC, nasz kraj pod względem dynamiki wzrostu pensji znalazł się na wysokiej, 5. pozycji.
Niestety, na tę poprawę będzie trzeba poczekać. Obecnie mieszkańcy Wielkiej Brytanii zarabiają średnio ok. 3 tys. dol, podczas gdy Polacy niewiele ponad 1,3 tys. dol. Nasze pensje w 2030 r. mają stanowić 57 proc. wynagrodzeń otrzymywanych na Wyspach.
Mimo zapowiadanego wzrostu płac w Polsce, średnie miesięczne wynagrodzenie w naszym kraju wciąż będzie niższe w porównaniu do innych, dojrzałych gospodarek na świecie. Kiedy pensja „Kowalskiego” zbliży się do 3 tys. dol., w Wielkiej Brytanii osiągnie prawie 4 tys. dol, a we Francji ponad 4 tys. dol.
To ciągle duża różnica, szczególnie biorąc pod uwagę zadłużenie, z jakim zmaga się niemała grupa Polaków. Średnio co 5. z nas pożycza pieniądze aby opłacić bieżące rachunki. Raty kredytów i pożyczek gotówkowych spłaca blisko 40 proc. Polaków, a kredytu hipotecznego 20 proc.
– Zadłużenie Polaków rośnie z każdym rokiem, a brak edukacji finansowej młodego pokolenia może prowadzić do pogłębiającego się na przestrzeni kolejnych lat kryzysu ekonomicznego zarówno w skali mikro, jaki i makro, mimo pozornie wzrostowych tendencji. Nie można także zapominać o pewnej zależności – podniesienie wynagrodzeń jest niestety często proporcjonalne do wzrostu cen, a więc w ostatecznym rozrachunku zupełnie nieodczuwalne – komentuje Tomasz Bienias, ekspert Intrum.

Czas dla wykwalifikowanych

Wysoka pozycja naszego kraju na liście państw, w których jest zapowiadany wzrost zarobków, to efekt szybkiego tempa rozwoju naszej gospodarki na tle pozostałych krajów Europy, ale także konsekwencja problemów demograficznych, które również dotyczą Polski. Chodzi tu przede wszystkim o starzenie się naszego społeczeństwa.
Powiększająca się luka kadrowa na rynku pracy widoczna w wielu branżach wpływa na wzrost wynagrodzeń. Powoli zbliżamy się do czołówki europejskich państw z minimalnym bezrobociem.
Pracownicy z wysokimi kwalifikacjami, pewni znalezienia satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy mają coraz większe wymagania dotyczące wynagrodzenia. A pracodawcy są doskonale świadomi, kto dziś dyktuje warunki na rynku pracy, dlatego nie mogą już oferować niskich pensji.
Do 2025 r. luka kadrowa w Polsce będzie się stale powiększać – możliwe, że do tego czasu konieczne będzie zatrudnienie ponad 1,5 mln osób. Takie prognozy wywierają presję na pracodawcach, którzy szukając kompetentnych i wykwalifikowanych pracowników, muszą o nich walczyć, proponując konkurencyjne warunki wynagrodzenia.
– Przez najbliższe dwie dekady wynagrodzenie w naszym kraju będzie stale rosnąć – mówi Tomasz Bienias.

Lepiej zarabiać więcej

Rozwiązaniem problemów na rynku pracy może być wzrost wynagrodzeń oraz inwestowanie w automatyzację niektórych procesów, które w niedługim czasie pomogą zastąpić pracę człowieka. Polska gospodarka ewoluuje i zmienia się. Nie tylko rynkowi giganci, ale także i mniejsze firmy w naszym kraju wdrażają najnowocześniejsze rozwiązania, by móc dalej się rozwijać i spełniać rosnące wymagania klientów.
Cyfryzacja i nowoczesne technologie wkraczają na dobre do polskich przedsiębiorstw, wyręczając człowieka, zarówno np. w kontakcie z klientem, jak i procesach produkcyjnych. Zachodzi prawdziwa rewolucja na rynku pracy. Coraz bardziej będą się na nim liczyć unikalne kompetencje i nietuzinkowe podejście do wykonywania powierzonych zadań.
Te zmiany oznaczają, że pracownicy w przyszłości będą angażowani w nowe, bardziej zaawansowane i wymagające zadania, otrzymując jednakże za swoją pracę lepsze wynagrodzenie, niż to ma miejsce obecnie.
Jest to tendencja zbliżona do panującej w rozwiniętych krajach zachodnich. Tam już dawno zauważono, że wraz z wzrostem zarobków rosną długi – ale i możliwości radzenia sobie z nimi. Dlatego, niezależnie od zadłużenia, dobrze byłoby, gdyby polskie płace wzrosły kiedyś o 140 proc.