Rosną płace, koszty życia i długi

Wzrost zarobków nie wybawi Polaków od kłopotów finansowych. Przeciwnie, może sprawić, że będziemy zadłużać się chętniej.

Stabilna sytuacja na starym kontynencie oraz rozwój technologiczny i wzrost gospodarczy, napełniają portfele Europejczyków, w tym i Polaków. Prognozy dają powody do optymizmu.
Według brytyjskiego raportu PwC, do 2040 r. płaca realna w naszym kraju wzrośnie o przeszło 140 proc. Dzięki temu, za dwie dekady polskie zarobki będą wynosiły 71 proc. wynagrodzeń mieszkańców Wielkiej Brytanii. Jeżeli chodzi o tempo wzrostu płac, lepszym wynikiem będą mogły pochwalić się jedynie Indie, Malezja, Indonezja i Chiny.
Z drugiej strony, najnowsze wyniki badań Intrum mówią, że co 3 osoba w naszym kraju pożycza pieniądze na pokrycie bieżących rachunków i nie jest zadowolona ze swojej kondycji finansowej. Czy zatem prognozowane podwyżki pensji oznaczają tylko powód do radości, bo wybawią nas od długów? Czy może jednak stanowią zapowiedź, że wraz ze wzrostem przychodów wzrosną także koszty życia, które według 70 proc. Polaków już są za wysokie i paradoksalnie sprawią, że będziemy zadłużać się jeszcze chętniej

Nigdy ich nie dogonimy

Według rozporządzenia Rady Ministrów minimalne wynagrodzenie w naszym kraju wynosi obecnie 2250 zł brutto miesięcznie. Jest to kwota daleko odbiegająca od pensji naszych marzeń.
Aż 40 proc. Polaków przyznaje, że nie ma wystarczających środków pozwalających na godne życie. Jesteśmy niezadowoleni z rosnących wydatków oraz z tego, ile pieniędzy zostaje nam pod koniec miesiąca po zapłaceniu rachunków i zrobieniu najpotrzebniejszych zakupów.
Pod rządami PiS, w ciągu ostatnich trzech lat wzrosły nasze rachunki za wodę, prąd, gaz, wywóz nieczystości, energię cieplną.
Mimo trudnej sytuacji finansowej niektórych Polaków okazuje się, że przyszłość może przynieść sporą poprawę. Spośród 21 państw przebadanych przez brytyjskich ekonomistów z PwC, nasz kraj pod względem dynamiki wzrostu pensji znalazł się na wysokiej, 5. pozycji.
Niestety, na tę poprawę będzie trzeba poczekać. Obecnie mieszkańcy Wielkiej Brytanii zarabiają średnio ok. 3 tys. dol, podczas gdy Polacy niewiele ponad 1,3 tys. dol. Nasze pensje w 2030 r. mają stanowić 57 proc. wynagrodzeń otrzymywanych na Wyspach.
Mimo zapowiadanego wzrostu płac w Polsce, średnie miesięczne wynagrodzenie w naszym kraju wciąż będzie niższe w porównaniu do innych, dojrzałych gospodarek na świecie. Kiedy pensja „Kowalskiego” zbliży się do 3 tys. dol., w Wielkiej Brytanii osiągnie prawie 4 tys. dol, a we Francji ponad 4 tys. dol.
To ciągle duża różnica, szczególnie biorąc pod uwagę zadłużenie, z jakim zmaga się niemała grupa Polaków. Średnio co 5. z nas pożycza pieniądze aby opłacić bieżące rachunki. Raty kredytów i pożyczek gotówkowych spłaca blisko 40 proc. Polaków, a kredytu hipotecznego 20 proc.
– Zadłużenie Polaków rośnie z każdym rokiem, a brak edukacji finansowej młodego pokolenia może prowadzić do pogłębiającego się na przestrzeni kolejnych lat kryzysu ekonomicznego zarówno w skali mikro, jaki i makro, mimo pozornie wzrostowych tendencji. Nie można także zapominać o pewnej zależności – podniesienie wynagrodzeń jest niestety często proporcjonalne do wzrostu cen, a więc w ostatecznym rozrachunku zupełnie nieodczuwalne – komentuje Tomasz Bienias, ekspert Intrum.

Czas dla wykwalifikowanych

Wysoka pozycja naszego kraju na liście państw, w których jest zapowiadany wzrost zarobków, to efekt szybkiego tempa rozwoju naszej gospodarki na tle pozostałych krajów Europy, ale także konsekwencja problemów demograficznych, które również dotyczą Polski. Chodzi tu przede wszystkim o starzenie się naszego społeczeństwa.
Powiększająca się luka kadrowa na rynku pracy widoczna w wielu branżach wpływa na wzrost wynagrodzeń. Powoli zbliżamy się do czołówki europejskich państw z minimalnym bezrobociem.
Pracownicy z wysokimi kwalifikacjami, pewni znalezienia satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy mają coraz większe wymagania dotyczące wynagrodzenia. A pracodawcy są doskonale świadomi, kto dziś dyktuje warunki na rynku pracy, dlatego nie mogą już oferować niskich pensji.
Do 2025 r. luka kadrowa w Polsce będzie się stale powiększać – możliwe, że do tego czasu konieczne będzie zatrudnienie ponad 1,5 mln osób. Takie prognozy wywierają presję na pracodawcach, którzy szukając kompetentnych i wykwalifikowanych pracowników, muszą o nich walczyć, proponując konkurencyjne warunki wynagrodzenia.
– Przez najbliższe dwie dekady wynagrodzenie w naszym kraju będzie stale rosnąć – mówi Tomasz Bienias.

Lepiej zarabiać więcej

Rozwiązaniem problemów na rynku pracy może być wzrost wynagrodzeń oraz inwestowanie w automatyzację niektórych procesów, które w niedługim czasie pomogą zastąpić pracę człowieka. Polska gospodarka ewoluuje i zmienia się. Nie tylko rynkowi giganci, ale także i mniejsze firmy w naszym kraju wdrażają najnowocześniejsze rozwiązania, by móc dalej się rozwijać i spełniać rosnące wymagania klientów.
Cyfryzacja i nowoczesne technologie wkraczają na dobre do polskich przedsiębiorstw, wyręczając człowieka, zarówno np. w kontakcie z klientem, jak i procesach produkcyjnych. Zachodzi prawdziwa rewolucja na rynku pracy. Coraz bardziej będą się na nim liczyć unikalne kompetencje i nietuzinkowe podejście do wykonywania powierzonych zadań.
Te zmiany oznaczają, że pracownicy w przyszłości będą angażowani w nowe, bardziej zaawansowane i wymagające zadania, otrzymując jednakże za swoją pracę lepsze wynagrodzenie, niż to ma miejsce obecnie.
Jest to tendencja zbliżona do panującej w rozwiniętych krajach zachodnich. Tam już dawno zauważono, że wraz z wzrostem zarobków rosną długi – ale i możliwości radzenia sobie z nimi. Dlatego, niezależnie od zadłużenia, dobrze byłoby, gdyby polskie płace wzrosły kiedyś o 140 proc.

Przymus emerytalny to nonsens

Jeśli ktoś nie chce płacić składek emerytalnych za samego siebie, nasze państwo nie powinno go do tego zmuszać.

Dwa artykuły w Trybunie („Rzecznik chce likwidacji nonsensu emerytalnego” oraz „Strata emerytalna, której nie będzie”) o których wspomina powyżej prof. Inetta Jędrasik-Jankowska nie dotyczą sytuacji, gdy pracodawca jest obowiązany płacić do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych część składki emerytalnej za swojego pracownika. Co do tego, że musi, nikt nie ma żadnych wątpliwości.
Oczywiste jest, że składki za zatrudnionych trzeba płacić i nikt, kto zatrudnia pracowników, nie może być uwolniony od tego obowiązku. Oczywiste jest też, że nigdy żaden artykuł opublikowany w Trybunie nie proponował – i nie zaproponuje – by ów obowiązek został zniesiony. Przypadki – wciąż się niestety zdarzające – że pracodawca nie płaci składek za swego pracownika trzeba zaś ścigać z całą surowością prawa.
Zupełnie inaczej jest – a przynajmniej powinno być – gdy chodzi o płacenie składek za samego siebie. Wydaje się oczywiste, że nikt nie powinien być do tego zmuszany – i temu właśnie były poświęcone dwa wspomniane artykuły w Trybunie. Publikacje te zwracały uwagę na niczym nieuzasadniony przymus, jakiego doświadczają w Polsce jednoosobowe firmy, czyli osoby mające zarejestrowaną działalność gospodarczą.
Prawo zmusza do tego, by ludzie ci płacili za siebie składki do ZUS, z których najbardziej obciążająca jest składka emerytalne. Tymczasem to absolutnie nie powinno mieć miejsca!. Jedyna uczciwa reguła wydaje się tu prosta i jasna: ten, kto chce mieć w przyszłości emeryturę, ten płaci za siebie składki emerytalne. (w wysokości dowolnie ustalanej przez siebie). Ten, kto godzi się z tym, że nie będzie mieć emerytury, nie płaci składek emerytalnych. Tertium non datur.
Są ludzie, którzy mają inny niż emerytura, pomysł na sfinansowanie jesieni życia. Mogą mieć odziedziczony majątek. Mogli zarobić już w życiu tyle, że nie interesuje ich to, co w przyszłości dostaną ze swoich obowiązkowych składek emerytalnych. Może mają bogatą rodzinę i środki spływające co miesiąc na konto z tytułu dożywotniego zapisu. Może wreszcie (oby nie) są poważnie chorzy – i wiedzą, że na pewno nie doczekają wieku emerytalnego. Powodów, dla których ktoś może nie chcieć płacić za siebie składek emerytalnych, jest wiele – i nie powinno tu być żadnego przymusu, a aparatowi państwowemu i przepisom nic do tego.
Od 1999 r. istnieje w Polsce system emerytalny, polegający na tym, że każdy będzie mieć taką emeryturę, ile sobie na nią odłożył. W związku z tym, nie ma racji istnienia przymus odkładania składek emerytalnych za samego siebie. Przepisy, które to nakazują należy jak najszybciej zlikwidować.
Jeśli ktoś świadomie nie chce płacić składek na własną emeryturę, to jest to tylko jego sprawa. Ludzie mają wolną wolę i nie należy za nich decydować w sprawach finansowych. Oczywiste wydaje się, że każdy powinien mieć prawo decydowania o tym, czy i jaka część swoich dochodów chce zamrozić – i korzystać z nich dopiero po ukończeniu 60 lub 65 roku życia. Jeśli ktoś chce natomiast wykorzystać swoje zasoby finansowe wcześniej, to jego święte prawo. Państwo nie powinno się w to wtrącać za pomocą żadnych nakazów płacenia składek. Niechże zapanuje tu wreszcie dobrowolność.
Tymczasem dziś mikroprzedsiębiorcy, czyli osoby mające zarejestrowaną własną działalność gospodarczą, podlegają usankcjonowanemu terrorowi państwa. Przepisy nakazujące płacenie minimalnych składek emerytalnych za samego siebie, to nic innego, jak zalegalizowany prawnie zabór prywatnego mienia przez państwo. I należy jak najusilniej poprzeć wszelkie parlamentarne czy społeczne inicjatywy, mające na celu likwidację tego groźnego nonsensu emerytalnego.
Jeśli Prawo i Sprawiedliwość chciałoby naprawdę zyskać głosy milionów drobnych przedsiębiorców, powinno jak najszybciej zlikwidować obowiązek płacenia składek emerytalnych za samego siebie.

Większość nie chce wyjechać

Przedsiębiorcy mają nadzieję, że imigranci zarobkowi z Ukrainy zostaną w Polsce na długo. Inaczej trzeba by podnosić płace naszym pracownikom.

75 proc. zatrudnionych w Polsce pracowników z Ukrainy chce zostać w naszym kraju – głównie z powodu zadowolenia z obecnej pracy oraz obecności w naszym kraju ich rodzin oraz przyjaciół.
Migrację w celach zarobkowych planuje więc tylko co czwarty Ukrainiec, najczęściej do Niemiec lub do Czech. Największą motywacją do opuszczenia Polski jest, co oczywiste, chęć uzyskania wyższego wynagrodzenia.

Liczy się tania siła robocza

W świetle planowanych przez polskich sąsiadów ułatwień dla pracowników z Ukrainy, a także zmniejszonej liczby napływających do Polski obywateli tego kraju, agencja Manpower zapytała zatrudnionych w Polsce Ukraińców o ich plany zawodowe. Raport „Plany migracyjne pracowników z Ukrainy” powstał na podstawie badania, w którym wzięło udział 744 pracowników z Ukrainy w przedziale wiekowym 18–60 lat.
Jak pokazuje raport, w tej 25-procentowej grupie planującej wyjazd z Polski do innego kraju w celach zarobkowych, zdecydowaną większość stanowią mężczyźni (68 proc.), osoby z wykształceniem wyższym (44 proc.), osiągające miesięczny dochód netto w wysokości 2 000–2 999 zł (także 68 proc.) oraz mieszkające w Polsce do sześciu miesięcy (32 proc.).
Główną przyczyną migracji jest chęć uzyskania wyższego wynagrodzenia, potrzeba pracy w kraju o wyższym standardzie życia, a także podjęcie zatrudnienia zgodnego z ich kompetencjami. Po wyjeździe z Polski najwięcej osób chce pracować w sektorze produkcji przemysłowej, logistyce, budownictwie i w branży technik informatycznych.
– Migracja obywateli Ukrainy z Polski do innych krajów obejmie w znacznym stopniu branżę motoryzacyjną, artykułów gospodarstwa domowego, informatyczną oraz spożywczą. Oznacza to, ze problemy z niedoborem pracowników odnotują polskie przedsiębiorstwa, które zatrudniają pracowników fizycznych, a szczególnie pracowników produkcji, magazynierów, pakowaczy czy operatorów wózków widłowych – wyjaśnia Karolina Rząsa z Manpower.

Nasi miłośnicy wielokulturowości

Sposobem przedsiębiorców w naszym kraju na wypełnienie przewidywanej luki kadrowej jest zatrudnianie kandydatów z Dalekiego Wschodu i Azji. Polski rynek pracy otwiera się na pracowników z Nepalu, Indii, Bangladeszu i Filipin.
– Wielu przedsiębiorców docenia pracę osób z zagranicy, mając świadomość, że kluczem do sukcesu organizacji jest wielokulturowość – twierdzi Karolina Rząsa. Jak dodaje, Polska jest dla wszystkich, którzy pomagają rozwijać gospodarkę i pozytywnie wpływają na rozwój przedsiębiorstw.
Ważnym wnioskiem płynącym z raportu jest to, że aż 75 proc. badanych chce nadal pracować w Polsce. To istotna wiadomość, szczególnie w nawiązaniu do danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych oraz Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej świadczących o zmniejszonym napływie obywateli Ukrainy do Polski.
Chęć pozostania w Polsce to przede wszystkim efekt satysfakcji z obecnej pracy, obecność w naszym kraju ich członków rodziny i przyjaciół, a także bliskość kulturowa naszych krajów. Badani wspominali również o niskiej barierze językowej oraz bliskości geograficznej naszych krajów.
Z raportu wynika więc, że Ukraińcom pracuje się i żyje w Polsce naprawdę dobrze i większość z nich wiąże z naszym krajem długofalowe plany.

Obcokrajowcom można płacić mniej

– Jak dotąd, polscy pracodawcy wciąż cierpią na brak zasobów do pracy. Czas pokaże, czy sytuacja zmieni się w kolejnych miesiącach w związku z niepokojącymi danymi płynącymi z niemieckiej gospodarki, od której jesteśmy w znacznym stopniu uzależnieni. Wszystko to sprawia, że część firm już wieszczy, że rok 2019 będzie czasem optymalizacji i oszczędności. To w konsekwencji może wygenerować mniej inwestycji, zmniejszyć dynamikę rynku pracy. Nie wydaje się jednak, by w sposób zasadniczy zmniejszyły się potrzeby pracodawców co do zatrudnienia – dodaje Tomasz Walenczak z Manpower.
Pracownicy z Ukrainy planujący opuścić Polskę zostali również zapytani o to, co mogłoby ich zatrzymać nad Wisłą. Wśród najczęściej wskazywanych zachęt znalazły się wzrost wynagrodzenia, łatwiejsze uzyskanie pozwolenia na pobyt stały w Polsce oraz wprowadzenie zmian prawnych, które pozwolą im na dłuższy pobyt w naszym kraju celem poszukiwania pracy.
– Obecnie firmy w Polsce powinny potraktować zatrudnianie obcokrajowców jako naturalne, jeśli chcą podtrzymać efektywność i dynamikę rozwoju, a w niektórych branżach wręcz swój biznesowy byt. Pracodawcy coraz częściej więc tworząc strategie zatrudnienia, przestają dokonywać podziałów na pracowników z Polski i obcokrajowców, a bardziej oceniają łącznie potencjał danego rynku. Zamknięcie się polskich firm na pracowników z zagranicy w wielu branżach doprowadziłoby nawet do katastrofy, nie tylko związanej z brakiem realizacji celów, lecz także niejednokrotnie z funkcjonowaniem w ogóle – dodaje Tomasz Walenczak.

Czesi dają nam przykład

Bezrobocie nad Wełtawą wynosi zaledwie 1,9 proc. i jest jednym z najniższych na świecie, a ludzie dobrze zarabiają. Jak oni to robią?

O wyjątkowości rynku pracy naszego południowego sąsiada, oprócz rekordowo niskiego bezrobocia, decydują również: olbrzymia liczba wolnych miejsc pracy, bardzo wysoki współczynnik zatrudnienia osób bez wyższego wykształcenia, atrakcyjny rozkład płac oraz stabilne trendy imigracyjne.
101 tys. – tylko tylu było bezrobotnych w Czechach według danych Eurostatu (unijnego urzędu statystycznego) za listopad 2018. To zaledwie 1,9 proc. aktywnych zawodowo. Według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego, na koniec 2018 r. żaden kraj demokratyczny funkcjonujący na zasadach gospodarki rynkowej nie ma tak niskiego poziomu bezrobocia. W Unii Europejskiej drugi najniższy odsetek osób szukających pracy jest w Niemczech i wynosi on 3,3 proc.
Jeszcze większe zdumienie budzą dane dotyczące liczby wolnych etatów. Wg Eurostatu w trzecim kwartale 2018 r. było ich 282 tys. Wakatów jest zatem blisko trzy razy więcej niż osób szukających zatrudnienia. Żaden unijny kraj nie może pochwalić się większą liczbą wolnych miejsc pracy niż chcących znaleźć płatne zajęcie. Dla porównania – w Polsce wakatów jest 157 tys. przy 661 tys. bezrobotnych.
Czesi, którzy od lat stawiają na przemysł, bliskie relacje z Niemcami i przyciąganie kapitału zagranicznego inwestującego np. w motoryzację, mogą pochwalić się także niezwykle wysokimi współczynnikami zatrudnienia ludzi bez wyższego wykształcenia. To ważny element zapewniający spójność społeczną i w miarę płaski rozkład wynagrodzeń w gospodarce.
Pracę ma ponad 80 proc populacji w wieku 15-64 lata z wykształceniem poniżej wyższego. Wynik ten oscyluje w okolicach europejskich liderów (Szwajcaria, Dania, Niemcy). W Polsce jest to 68,6 proc. By osiągnąć wynik znad Wełtawy, zatrudnienie w Polsce musiałoby znaleźć ponad 1,5 miliona osób.
Dane Czeskiego Urzędu Statystycznego (CSO) za trzeci kwartał pokazują, że wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 31500 koron (5250 zł). W tym samym okresie według informacji GUS średnia pensja w Polsce była o ponad 600 zł niższa – 4580 zł.
Różnica w średniej płacy nie wydaje się ogromna, a biorąc pod uwagę poziom cen, siła nabywcza krajowych pensji w obu krajach jest podobna. To jednak tylko pół prawdy, gdyż rozkład zarobków w Czechach jest korzystniejszy niż w Polsce – zauważa Cinkciarz.pl. Według danych CSO mediana wynagrodzeń (połowa otrzymuje powyżej tego poziomu, a połowa poniżej) wynosi u naszego południowego sąsiada ok. 86 proc. średniej (dla trzeciego kwartału byłoby to ok. 4515 zł), podczas gdy w Polsce jedynie 80 proc (3664 zł).
Wysoki poziom zatrudnienia jest korzystny nie tylko dla gospodarstw domowych, ale także dla przedsiębiorstw czy budżetu państwa. Dług w relacji do PKB Czech jest jednym z niższych w Unii i wynosi tylko 33,9 proc.
Łatwość i chęć znalezienia pracy przez Czechów sprzyja również najniższemu w Unii wskaźnikowi ryzyka zagrożenia relatywnym ubóstwem. Tylko 8,1 proc. populacji jest zagrożonej relatywnym ubóstwem, podczas gdy w Polsce jest to prawie dwukrotnie więcej (15,9 proc.).
Duży odsetek pracujących powoduje również, że nie brakuje środków na badania i rozwój. Czeskie przedsiębiorstwa, uczelnie oraz sektor publiczny wydawały na ten cel w 2017 r. 1,8 proc. PKB, podczas gdy w Polsce wskaźnik ten ledwie przekroczył 1 proc.
W ostatnich latach do Polski napłynęło setki tys. imigrantów z Ukrainy. Rekordowo wysoka liczba wakatów oraz niezwykle niskie bezrobocie powoduje napływ pracowników również do Czech. W latach 2015-2017 zatrudnienie obcokrajowców zwiększyło się o ponad 150 tys., do 560 tys. – według danych CSO. Biorąc pod uwagę liczbę obywateli kraju (ok. 10,6 mln), był to bardzo duży przyrost.
Do Czech przenoszą się pracownicy przede wszystkim z państw unijnych: Bułgaria, Węgry, Polska, Rumunia i Słowacja. W sumie wzrost zatrudnienia obywateli UE zwiększył się w Czechach o 90 tys. osób w dwa lata. Z Ukrainy napływ też był widoczny, ale wyniósł jedynie ok. 40 tys. Rozkład imigracji do Czech wydaje się więc korzystniejszy niż w Polsce. Opiera się on na przyjezdnych z wielu państw, a u nas są to praktycznie tylko pracownicy z Ukrainy.

Jeszcze pracy nie zabraknie

Przybywa jednak sygnałów, mogących świadczyć o tym, że w niedalekiej przyszłości w Polsce powróci niekorzystna sytuacja, gdy to przedsiębiorcy dyktowali warunki potencjalnym zatrudnionym.

 

Tylko co piąta firma z sektora przemysłowego planuje zwiększenie liczby pracowników w pierwszym kwartale bieżącego roku.
To na pozór jest nienajlepsza informacja dla pracowników i dla całej naszej gospodarki. Może ona stanowić ostrzeżenie, że powoli kończy się dobry dla zatrudnionych czas na polskim rynku pracy.
Powstaje też pytanie: dlaczego ogromna większość firm działających w naszym kraju nie chce zwiększać zatrudnienia? Czy ich menadżerowie nie widzą szans na rozwój?
Niestety, tak właśnie może się wydawać na podstawie wskaźników optymizmu i wyprzedzającej koniunktury w polskiej gospodarce, które systematycznie spadają, a także i na podstawie informacji o rosnącej liczbie niewypłacalnych przedsiębiorstw.

 

Przemysł wciąż szuka ludzi

Z drugiej jednak strony – chyba nie jest jeszcze aż tak źle.
To prawda, że tylko 22 proc. firm przemysłowych chce w pierwszych trzech miesiącach tego roku zwiększyć liczbę pracowników. Jednakże, jak podaje raport „Barometr perspektyw zatrudnienia” przygotowany przez ManpowerGroup, w ogromnej większości, bo aż w 65 proc. firm wielkosć zatrudnienia będzie stabilna, a tylko 6 proc. będzie redukować etaty w pierwszym kwartale 2019 r.
Czyli, duża przewaga wciaż jest po stronie tych, którzy zamierzają zatrudniać.
Wprawdzie w stosunku do ubiegłego kwartału prognoza zatrudnienia pogorszyła się o 4 punkty procentowe, co bez wątpienia jest niekorzystnym sygnałem. Jednak wobec pierwszego kwartału w roku ubiegłym pozostaje bez zmian, co oznacza, iż pogorszenie koniunktury gospodarczej nie będzie gwałtowne.
Warto też zauważyć, że prognoza zatrudnienia, czyli wyrażona w procentach różnica pomiędzy firmami, które przewidują wzrost a tymi, które planują redukcję liczby zatrudnionych, wynosi w produkcji przemysłowej 21 proc.
Jest to najwyższy wynik, jaki odnotowano wśród 10 najważniejszych sektorów polskiej gospodarki. A to właśnie przemysł decyduje o rozwoju kraju i wzroście dochodu narodowego.

 

Dwa skuteczne sposoby

Przemysł jest jednocześnie tym sektorem, który w Polsce zgłosił największe zapotrzebowanie na ręce do pracy, na okres od stycznia do marca 2019 roku.
Początek nowego roku będzie zatem wciąż jeszcze dosyć dobrym czasem dla osób poszukujących pracy w branżach produkcyjnych.
Dla pracodawców to będzie zaś kolejny – ale kto wie, czy nie ostatni – kwartał, który upłynie im pod znakiem poszukiwania sposobów na przyciąganie i zatrzymywanie pracowników. Nie muszą zresztą daleko szukać, bo najskuteczniejsze są dwa sposoby: normalna umowa o pracę (a nie śmieciówka) i wyższe wynagrodzenie.
– Planowane nowe zatrudnienia to ze strony polskich przedsiębiorców nie tylko efekt wciąż dobrych wskaźników gospodarczych, lecz także zabezpieczenie przed potencjalną rotacją, która zdecydowanie wzrosła. Pracownicy produkcyjni w większości regionów Polski mają znacząco większe niż przed laty możliwości. Chętniej też decydują się na zmianę pracodawcy, wybierając nie tylko tego, który płaci lepiej, lecz także zwyczajnie bardziej o nich dba – mówi ekspert rynku pracy Tomasz Walenczak.

 

Może Azjaci będą za drodzy?

Walka o pracownika trwa już nie tylko w sferze samych wynagrodzeń czy różnych benefitów. Jak potwierdzają rozmowy z pracownikami, istotną rolę odgrywają takie aspekty jak atmosfera w pracy i kultura, nie tylko organizacyjna. Zyskują one na znaczeniu, w myśl zasady: traktuj swojego pracownika, tak jak chciałbyś, by on traktował klienta.
Przed nami kolejny okres, kiedy pracodawcy wciąż jeszcze będą musieli walczyć o pracownika – bo jeśli tego zaniedbają, będziemy częściej słyszeć o sytuacjach, gdzie firmy nie będą w stanie realizować swoich zamówień z powodu braków kadrowych.
Dobrym sygnałem dla polskiego rynku pracy może być potencjalny odpływ części pracowników z Ukrainy – o ile wreszcie dla nich otworzy się perspektywa pracy u naszych sąsiadów zza Odry. Zapewne będzie to dotyczyć grupy osób z określonymi kwalifikacjami, ale nasz rynek pracy to odczuje.
Naturalną konsekwencją takiej sytuacji powinny być coraz lepsze warunki zatrudnienia, oferowane pracownikom w Polsce.
Niestety, wiele firm, chcąc zaoszczędzić na pensjach, już zaczyna sięgać po pracowników, ściąganych z kierunków azjatyckich. Niewykluczone jednak, że – z pożytkiem dla rodzimych pracowników – okaże się, iż potrzebny będzie znacznie dłuższy czas na pozyskanie Azjaty, a także i koszty okażą się jednak wyższe od przewidywanych, ze względu na konieczność opłacenia dalekiej podróży oraz zakwaterowania w naszym kraju.
– Kluczowe będzie zadbanie o pracownika, którego już mamy. Szanujmy swoich pracowników, bo rynek niekoniecznie obfituje dziś nie tylko w lepszych, ale w ogóle, w innych – podsumowuje Tomasz Walenczak.

 

U sąsiadów prognozy są gorsze

Jak wynika z prognozy dla przemysłu, wskazanej przez pracodawców z 26 krajów Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki, polscy pracownicy jeszcze nie powinni mieć większych powodów do narzekań.
Zestawienie krajów, gdzie w pierwszym kwartale 2019 roku najwięcej firm chce zatrudniać nowych pracowników otwierają Rumunia i Słowenia z jednakowym wynikiem plus 26 proc.
Polska produkcja przemysłowa plasuje się na wysokim trzecim miejscu, z wspomnianym wynikiem plus 21 proc., ex aequo ze Słowacją. U naszych czeskich i niemieckich sąsiadów jest już sporo gorzej. W Niemczech prognoza zatrudnienia w przemyśle wynosi plus 12 proc., a w Czechach tylko 6 proc.
Nasza produkcja jest w dużym stopniu zależna od obu tych partnerów, będących ważnymi odbiorcami rozmaitych półproduktów i podzespołów wytwarzanych w Polsce. Zauważalne spowolnienie gospodarcze na zachodzie Europy, które dotarło do znacznie lepiej od nas rozwiniętych Niemiec i Czech, swoje żniwa zbierze nad Wisłą z pewnym opóźnieniem. W przyszłym roku należy więc spodziewać się wyzwań z tym związanych.
Konsumpcja wewnętrzna, która tak wzrosła w 2018 r., na dłuższą metę nie utrzyma obecnego trendu rozwoju gospodarczego.
Zasobniejsze portfele sprawiły, że wzrosła siła nabywcza Polaków, trudno jednak spodziewać się abyśmy na przykład decydowali się dalej na tak masowe zakupy sprzętu RTV i AGD, skoro ten świeżo zakupiony sprzęt będzie dobrze służył jeszcze przez kilka lat.

 

Nas to nie ominie

Na zachodzie Europy plany pracodawców są jeszcze mniej korzystne dla pracowników niż w naszej części kontynentu.
W Wielkiej Brytanii prognoza zatrudnienia wynosi tylko plus 2 proc., w Austrii plus 3 proc., we Francji i Irlandii po plus 5 proc. Natomiast w Holandii regres – aż minus 6 proc., co zapowiada znaczne redukcje etatów.
Dużo lepiej sytuacja przedstawia się w Skandynawii: w Finlandii prognoza zatrudnienia wynosi plus 16 proc., w Norwegii plus 10 proc., w Szwecji plus 7.
Ważna jest też jednak tendencja. Dla większości zachodnioeuropejskich rynków pracy prognozy zatrudnienia znacznie się pogorszyły, zarówno w ujęciu rocznym, jak i kwartalnym. Tak stanie się niestety w przyszłości również i w Polsce.

Bardziej zadowoleni z pracy Sytuacja na rynku pracy

Po okresie wieloletniego spadku satysfakcji Polaków z tego, co robią zawodowo, w tym roku nastąpiło odwrócenie trendu.

 

Ludzie maja się nieco lepiej w swoich miejscach pracy, częściej mówią o nich pozytywnie i bardziej identyfikują się z nimi. Połowa Polaków jest zaangażowana w swoją pracę. To zaangażowanie zwiększyło się w 2018 r. o 2 punkty procentowe – z 48 do 50 proc.
W tym roku aż 54 badane wskaźniki ocen środowiska pracy odnotowały wzrost w porównaniu do 2017 r. Wówczas aż 71 wskaźników na 74 zostało ocenionych niżej. Teraz pracownicy, jak śpiewał Jacek Kaczmarski „poczuli siłę i czas”. Wiedzą, że już nie muszą bezwolnie ulegać dyktatowi pracodawców.
Takie właśnie wnioski płyną z najnowszego badania Aon Best Employers. Czujemy się bezpieczniej i stabilniej. To odwrócenie trendu z 2017 roku, kiedy takie wyznaczniki jak lojalność, poczucie wpływu czy chęć pozytywnego mówienia o firmie zanotowały znaczące spadki. Wspomniane badanie jest bardzo reprezentatywne, bo przeprowadzone zostało na grupie ponad 57 tysięcy respondentów ze 131 polskich firm.
Polska jest jednym z krajów w UE o najniższej stopie bezrobocia. Wydawać by się zatem mogło, że „rynek pracownika” wciąż ma się dobrze, a utrzymanie pracowników pozostaje w sferze głównych wyzwań.
– Warto jednak zwrócić uwagę na aktualne sygnały, które płyną z rynku pracy – wyhamowanie zarówno wzrostu płac jak i spadku wskaźnika bezrobocia w połączeniu z większym docenianiem obecnych pracodawców. Może to świadczyć o powolnym zmierzchu rynku pracownika – komentuje ekspertka Magdalena Warzybok,
W każdym razie, optymizmem napawa fakt, że polski pracodawca wziął sobie do serca to, co najbardziej bolało „najcenniejszy kapitał” jego organizacji. Aż 54 z 74 badanych aspektów środowiska pracy odnotowało wzrost w porównaniu do roku 2017.
Ostatnie dwa lata to czas ogromnych zmian na naszym rynku pracy. Rekordowo niskie bezrobocie, wyzwania z pozyskiwaniem i utrzymywaniem pracowników, ogromna presja na wzrost wynagrodzeń – wszystko to stanowiło jedne z najważniejszych strategicznych wyzwań polskich firm. Ta sytuacja spowodowała wzrost oczekiwań pracowników, któremu pracodawcy musieli sprostać.
Dziś przyszłość firm, w których są zatrudnieni polscy pracodawcy jest bardziej przewidywalna. Wiedzą oni, jakie możliwości rozwoju przed nimi stoją (wzrost z 42 do 46 proc.), a także rozumieją, w jaki sposób postawione im cele wiążą się z celami firmy (wzrost z 64 do 68 proc. ).
Wiedza zatrudnionych o tym, jak sukces firmy wpływa na ich wynagrodzenie wzrosła z 37 do 45 proc. Do przedsiębiorców wreszcie dotarło, że dobre wyniki biznesowe firmy powinny przekładać się na korzyści finansowe dla pracowników. Jednocześnie, stali się oni bardziej przekonani, iż firma, w której pracują jest odpowiedzialna za obietnice składane pracownikom (wzrost z 38 do 42 proc.). Płaca minimalna i średnie zarobki wzrosły – ale mimo to, wciąż większość pracowników ma poczucie, że w porównaniu do innych miejsc, w których mogliby pracować, nie są sprawiedliwie wynagradzani. W tym obszarze zanotowano spadek z 33 do 29 proc. Uważają również, że ich firmy poprzez sztywność procedur nie nadążają za coraz powszechniejszą cyfryzacją i nowoczesnymi technologiami.

Więcej ochrony

Fot. Umowa o pracę daje ochronę, jakiej nie mają miliony Polaków na „śmieciówkach”.

 

 

Nowe przepisy wzmacniają pewność zatrudnienia – ale tylko tych osób, które mają umowy o pracę.

 

22 listopada weszły w życie ważne zmiany prawne dla pracodawców i pracowników. Tego dnia minęły bowiem 33 miesiące od wprowadzenia w 2016 roku zmian w Kodeksie Pracy, które przekształcają sposób przechodzenia od umów czasowych – do tych na czas nieokreślony.
Przedsiębiorcy, którzy zatrudnili pracowników przed 22 lutym 2016 r. i jeszcze nie uregulowali z nimi tej kwestii, muszą pamiętać, że teraz zmiana umowy na zawartą na czas nieokreślony stanie się automatycznie.

 

Z przyczyn obiektywnych

Te 33 miesiące to dodatkowy element zabezpieczający pewność zatrudnienia. Jest to nowość w stosunku do poprzedniego brzmienia zapisu, który dotychczas za jedyne kryterium uznawał ilość podpisanych do tej pory umów – czyli w tym wypadku trzy. Każda kolejna umowa musiała już być bezterminowa.
Znowelizowany Kodeks Pracy zawiera jednak ukłon w stronę pracodawców, gdyż art. 251 § 4 k.p. przewiduje pewne wyjątki od tej reguły. Najważniejszy z wyjątków dotyczy sytuacji, w której pracodawca „wskaże obiektywne przyczyny” dla których mimo wszystko nie może zatrudnić pracownika na czas nieokreślony.
Jest to zupełnie niepotrzebne otwarcie furtki dla odmawiania ludziom umów na czas nieokreślony, także i z przyczyn kompletnie nieobiektywnych, leżących w interesie pracodawcy.
Można więc spodziewać się dużej ilości sporów sądowych o to, czy jakaś przyczyna nieprzedłużenia umowy, podana przez pracodawcę, rzeczywiście miała charakter obiektywny czy nie.

 

Zatrudniony może więcej

Generalnie jednak, nowelizacja przepisów dotyczących umów o pracę to dobra wiadomość dla wszystkich pracowników, ponieważ ochrona prawna ich pracy stała się szczelniejsza. Przekształcenie obowiązujących umów czasowych w bezterminowe jest też istotne z innego względu.
– Osoby zatrudnione na takich warunkach mają znacznie lepszą zdolność kredytową – banki zdecydowanie lepiej wyceniają ją w przypadku zatrudnienia na czas nieokreślony – komentuje ekspert Kamil Wolański.
Ostatnie zmiany w przepisach dotyczyły również obliczania okresu wypowiedzenia. Obecnie, wszystkie umowy, niezależnie od ich rodzaju, mają zachowany jednolity okres wypowiedzenia, który obejmuje 2 tygodnie jeśli staż pracownika wynosi mniej niż 6 miesięcy, miesiąc jeśli staż ten jest dłuższy niż pół roku, oraz 3 miesiące jeśli ktoś przepracował w danej firmie więcej niż 3 lata.
Przedsiębiorca, którego pracownicy przeszli na zatrudnienie bezterminowe, musi pamiętać, że gdyby z jakiegoś powodu chciał rozwiązać z nimi stosunek pracy, obowiązany jest przedstawić pełne uzasadnienie tej decyzji. Jeśli w danej firmie funkcjonują związki zawodowe, powinny zostać w takiej sytuacji o tym poinformowane.
Istotne jest również to, że gdy zmienia się tożsamość prawna pracodawcy (na przykład w wyniku przejęcia firmy przez nowy podmiot) czas obowiązywania zawartych wcześniej umów nie ulega zmianie.

 

Fali zwolnień nie było

Upływ okresu dotyczącego zmiany charakteru umów rodził pewne obawy, czy nie dojdzie do fali zwolnień – gdy pracodawcy nie będą chcieli, aby umowy z ich pracownikami stały się automatycznie bezterminowe.
Tak się jednak nie stało, bo w sytuacji rynku pracownika, wielu przedsiębiorców raczej zabiega o ręce do pracy zamiast się ich pozbywać.
– Konieczność przejścia na umowy bezterminowe sprzyja raczej zatrzymaniu pracowników w firmie, ponieważ daje im niezbędną stabilność zatrudnienia, która staje się coraz ważniejszą rzeczą na dzisiejszym rynku pracy oraz pomaga zbudować wzajemne zaufanie – wskazuje Kamil Wolański.
Oczywiście to dobrze, że zatrudnieni w Polsce korzystają z coraz lepszego zabezpieczenia pewności stosunku pracy. Szkoda tylko, że poza tymi barierami ochronnymi pozostają miliony ludzi na umowach śmieciowych, którymi w Polsce nikt się nie przejmuje – i w żaden sposób nie dba o poprawę ich barbarzyńskiej sytuacji, nie dającej ani prawa do emerytury, ani jakichkolwiek uprawnień socjalnych.
A przecież oczywiste jest (choć nie dla rządzących i pracodawców), że w kraju w miarę cywilizowanym, jakiekolwiek świadczenie pracy powinno zapewniać naliczanie składek emerytalnych oraz możliwość korzystania z uspołecznionej służby zdrowia.

Relacja z pola bitwy

Sobota, 20 października: upływa 3. dzień strajku pracowników LOT  o swoje permanentnie naruszane prawa. Mimo bezpardonowego sprzeciwu i brutalnych metod stosowanych przez władze LOT, determinacja strajkujących nie maleje. Byłem tam, chłonąłem ducha walki.

 

Przed biurowcem LOT stało około 70 osób. Protest wygląda na dobrze zorganizowany. Jest jedzenie, ciepłe napoje, stoły z przekąskami. Humory strajkującym dopisują, zresztą w proteście uczestniczą całymi rodzinami. Na transparentach stojących obok miejsca demonstracji możemy przeczytać: „Prawo do strajku prawem konstytucyjnym” i różnymi czcionkami samo słowo „strajk”.
Jak na razie zarząd robi dobrą minę do złej gry, zapewniając media, że strajkujący to zaledwie drobna część pracujących w spółce i żadne loty nie zostały odwołane. Zarząd zakazał protestującym wchodzenia do biurowca LOT i m.in. korzystania z toalet. Zakazano także rozkładania ochrony przed zimnym deszczem na placyku przed biurowcem.
Według strajkujących niezagrożony grafik połączeń to nieprawda. Dziś przed południem odwołano 4 loty. Kapitanowie Dreamlinerów przystąpią do strajku w najbliższych dniach. Według strajkujących, zarząd, by uniknąć odwoływania kolejnych lotów, ucieka się do łamania przepisów, poprzez zastępowanie np. szefowych pokładu pracownicami, które nie maja do tego niezbędnych kwalifikacji i szkoleń. Albo kierując do pracy ludzi bez umundurowania, co jest poważnym naruszeniem obowiązujących w europejskim i światowym lotnictwie przepisów, jak to miało miejsce podczas szkolenia dla młodszych stewardess. Inspektora w trybie nagłym wezwano do pracy. Strajkujący są w posiadaniu dowodów na naruszenie przepisów bezpieczeństwa. Obiecują, że zgłoszą to do odpowiednich władz.
Część ludzi, którzy zastępują strajkujących pod naciskiem zarządu, zgadza się na to po prostu ze strachu przed utratą pracy.
Na pytanie, jakie będą ostateczne efekty strajku, protestujący nie maja wątpliwości: zarząd LOT-u musi ustąpić. Już w tej chwili wynajmuje pilotów, załogi i samoloty z innych linii, co ma kosztować miliony złotych. Te same miliony, podkreślają, których nie chce zapłacić protestującym. Jednocześnie mówią, że nie widzą najmniejszej nawet woli porozumienia ze strony władz spółki. Skłaniają się ku poglądowi, by dalsze rozmowy, przy takiej postawie prezesa, toczyć z przedstawicielem właściciela czyli państwa: ministrem lub premierem Morawieckim.

Budowlany sygnał rozwoju

Rozkręca się koniunktura w budownictwie przemysłowym, co jest oznaką niezłej kondycji naszej gospodarki.

 

Czy budownictwo stanie się motorem rozwoju polskiej gospodarki?
Może na to wskazywać badanie, które pokazuje, że co piąty pracodawca z branży budowlanej planuje zwiększyć liczbę zatrudnionych w ciągu najbliższych trzech miesięcy. A jeśli planuje zwiększenie zatrudnienia, to zamierza i zwiększać produkcję.
Jest to dobra informacja dla całej naszej gospodarki, bo oznaką jej tempa wzrostu jest właśnie przyśpieszenie w budownictwie przemysłowym.
Jest to także dobra wiadomość dla osób poszukujących pracy w tym obszarze – ale zarazem sygnał dla pracodawców, że o pracownika może być jeszcze trudniej.

 

Tylko co setny chce zwalniać

Co piąty przedsiębiorca budowlany planujący wzrost zatrudnienia to może niewiele – ale to już wyraźny postęp w porównaniu z zapaścią i pesymizmem, panującym jeszcze nie tak dawno. Wprawdzie tylko 20 proc. pracodawców z tego sektora planuje powiększać swoje zespoły, ale jednocześnie 79 proc nie przewiduje zmian personalnych, a tylko 1 proc. planuje redukcję etatów.
Prognoza zatrudnienia na ostatni kwartał 2018 roku, zadeklarowana przez polskich pracodawców z branży budowlanej, wynosi plus 21 proc i jest najwyższa od blisko dwóch lat. W stosunku do poprzedniego kwartału poprawiła się o 1 punkt procentowy, a w stosunku do tego samego okresu w roku ubiegłym, aż o 7 punktów procentowych.
Polski sektor budownictwa jest również w czołówce wśród 26 najważniejszych rynków, w których najwięcej firm chce pozyskiwać nowych pracowników.
Biorąc pod uwagę dane tylko dla sektora budownictwo odnotowane w krajach regionu EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka), to prognoza dla Polski jest czwartą najwyższą w regionie – ocenia ManpowerGroup.
Ranking krajów, gdzie w branży budowlanej będzie najłatwiej o pracę otwierają Rumunia (+ 36 proc.), Węgry (+ 26 proc.) i Słowenia (+ 25 proc.). Kolejne trzy pozycje w rankingu, za Polską, zajmują Grecja (+17 proc.), Izrael (+ 16 proc.) i Niemcy (+14 proc.).

 

Będą nowe inwestycje?

Tak wysoka prognoza zatrudnienia zgłaszana przez firmy z branży budowlanej to jasny sygnał dla tej części gospodarki, że dalej będzie się ona rozwijać i potrzebować zasobów ludzkich do realizacji swoich zamówień, a także nowych inwestycji.
– Wysoki wskaźnik jest dla kandydatów szukających pracy w tym sektorze zapowiedzią komfortowej sytuacji, ponieważ oznacza, że mogą oni wybrać wśród ofert tę najlepszą i najlepiej płatną. Dla przedsiębiorców natomiast to zdecydowanie niepokojący znak, który zwiastuje jeszcze większe trudności w pozyskiwaniu pracowników dla realizacji swoich założeń biznesowych. Od jakiegoś czasu obserwujemy wycofywanie się firm z realizacji inwestycji z powodu niedoboru rąk do pracy, więc długofalowo taka sytuacja na rynku pracy może oznaczać nawet brak możliwości realizacji wygranych przetargów. Wzrost wynagrodzeń pracowników a także wzrost kosztów materiałów budowlanych powoduje, że już teraz największe spółki odnotowują ogromne straty – mówi Dominik Malec, ekspert rynku pracy.

 

Pracownikom trzeba lepiej płacić

W Polsce brakuje zarówno kandydatów na stanowiska niższego szczebla, jak i chętnych do pracy na stanowiskach kierowniczych.
Możnaby temu zaradzić podnosząc płace, lecz nasi pracodawcy, choć czasami zmuszeni do tego przez okoliczności, boją się zwiększania zarobków pracownikom jak diabeł świeconej wody.
Tę lukę w zatrudnieniu pracodawcy częściowo pokrywają siłą roboczą ze wschodu, ale na szczęście, proces zatrudniania i legalizacji pracowników z zagranicy jest wciąż dość skomplikowany i nie gwarantuje w stu procentach zapełnienia potrzeb kadrowych. Nie ma więc wyjścia, przedsiębiorcy będą musieli lepiej płacić.

Angielski sen (5) LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy piąty odcinek tego cyklu.

 

 

Kolejny tydzień mojej ekonomicznej emigracji. Imigracji z angielskiego punktu widzenia. Nie wydarzyło się nic specjalnego, żadnego trzęsienia ziemi. Po prostu, podobnie jak inni pracownicy – trwam. Trwam, bo nie mam innego pomysłu. Bardzo fajnie podsumował to jeden z moich kolegów. O czwartej nad ranem, gdy kończył swój shift zapytałem retorycznie: „Co, już koniec?” Odpowiedział: „Nie, jeszcze tylko jutro, przez tydzień i kolejnych dziesięć lat”.

 

Większość z nas każdego dnia, wbrew sobie, wbrew chęci rzucenia tego w cholerę, pokonując wszelkie opory, niechęć i odrazę, loguje się na swoim stanowisku pracy, by odbębnić te godziny. Wymaga to tytanicznego wysiłku. Zastanawiam się, w jakim stopniu i czy w ogóle, kiedyś odbije się to na psychice.
Nie sama praca jest jednak przyczyną tej frustracji. To atmosfera terroru wprowadzona przez management, zastraszenie i pełna inwigilacja. Każdy dzień jest tu jednakowy. Za każdym razem przed swoja zmianą mam ochotę wziąć sicka – to zwyczajne chorobowe, do trzech dni można to załatwić telefonicznie, bez żadnego lekarskiego zaświadczenia.
Gdybym tylko miał jakiś pomysł, zwiałbym stąd do wszystkich diabłów. Pomysłu jednak brak. Przez ostatnią dekadę zmieniły się nieco realia pracy i zarobków w UK. W tym czasie ceny artykułów spożywczych wzrosły o sto, a w przypadku masła nawet o dwieście procent. Realne zarobki natomiast podniesiono o jakieś trzydzieści procent.
Nie mam tego komfortu, że mogę zacisnąć zęby, przemęczyć się i odłożyć jakieś pieniądze. Cała tygodniowa pensja kończy mi się w środę lub czwartek. Fakt, mam kłopoty z racjonalnym gospodarowaniem pieniędzmi, ale jedyne moje szaleństwa to papierosy, obiad w barze za 2.90 czy zakładowej kantynie za 3.50. Po opłaceniu mieszkania nie jestem w stanie odłożyć ani jednego funta. Pozostało trwanie. Od piątku, do piątku.
Na szczęście nowe mieszkanie składa się w większości z zalet. Naprawdę z przyjemnością tam wracam. Bijurek stał się już moją codzienną potrawą. Dostaję solidną porcję zawsze gdy gospodarze pieką ten albańsko-turecko-bułgarski przysmak. A że pieką często, to mam go pod dostatkiem. Czasami zabieram go nawet do pracy. W zamian, gdy wychodzą po zakupy, zajmuję się ich kilkuletnim synem. Dzięki temu pamiętam już jak dzieciak ma na imię – Igen. Pozostało już tylko podstępem wydobyć imiona pozostałych domowników. Mam już nawet pewien pomysł.
Wprawdzie na samym początku przedstawialiśmy się sobie wzajemnie. Od tego czasu wszyscy w tym domu zwracają się do mnie po imieniu. Każdego dnia witają mnie słowami: „Hello Peter, how are you?” Z głupią miną odwzajemniam bezosobowo. Nawet mieszkający w sąsiednim pokoju Cejlończyk ze Sri Lanki i niemówiąca po angielsku kuzynka z Albanii mówią do mnie Peter. Byłem jednak tak bardzo zaaferowany wynajmem pokoju, że te ich imiona gdzieś mi umknęły.
Rodzinna atmosfera jest główną zaletą mojego nowego mieszkania. Zalet mieszkania przy High Street jest zresztą znacznie więcej.
Wychodzące na główna arterię miasta okno jest jak telewizor, którego nie można ani wyłączyć, ani przyciszyć. Na ulicy zawsze coś się dzieje. Ten niegasnący gwar fascynuje i hipnotyzuje jednocześnie. Niekiedy, choć rzadko, irytuje.
W wolne dni biorę kawę, popielniczkę – tak, tak, w moim pokoju można palić – i podglądam świat. Trochę jak telenowela. Niektórzy przechodzą regularnie, po kilka razy dziennie. Tych już rozpoznaję. Inni, zaciekawieni zwiedzają egzotyczne, głównie afrykańskie sklepiki. Jeszcze inni – tylko przemykają. Mieszanka kultur i narodowości z całego świata. Hałas trwa przez całą dobę, niezależnie od pory dnia, nocy czy pogody. Dopiero po tygodniu zorientowałem się, jak bardzo jest to uciążliwe. W dniu, w którym się wprowadziłem, zaczynałem swój roboczy tydzień. Noce spędzałem więc w pracy, a rano przyjeżdżałem tak zmęczony, że od razu padałem. Zresztą, w dzień hałas brzmi zupełnie inaczej. Noc tylko potęguje dźwięki.
Gdy po tygodniowym shifcie przyszły wyczekiwane dwa dni wolnego, próbowałem zasnąć przy akompaniamencie śmiechów, krzyków, autoalarmu, klaksonów, awantur, radości, tupania, strzelania, tłuczonych butelek, rozkładanych lub składanych kramów, głośnych rozmów i pijanych zaśpiewów. Męczyłem się tak do rana. Był to jedyny raz, gdy naprawdę kląłem to miejsce.
Naprzeciwko mojego pokoju jest knajpka – Jannys’ Cafe. Wpadam tam czasami na śniadanie lub obiad. To coś w rodzaju polskiego baru mlecznego. Czynna od szóstej rano, więc jeśli mam kasę, to wracając z pracy jem u nich śniadanie, a w wolne dni zachodzę na obiad. Sadzone z frytkami kosztują dwa dziewięćdziesiąt. Porcja naprawdę duża. Gdy zaszedłem tam po raz trzeci, nie musiałem już składać zamówienia. Pani za ladą pierwsza zapytała: „Two eggs and chips?” I tak zostałem ich stałym klientem.
W Luton też miałem taki, prowadzony przez Banglijczyków (mieszkańcy Bangladeszu) bar. Tam z kolei zamawiałem: „One piece chicken and chips” (kurczak z frytkami). I też po dwóch czy trzech wizytach też awansowałem do miana stałego klienta, który nie musi mówić czego chce.
Z baru widzę okna swojego pokoju. Jest tak blisko, że telefon łapie domowe wi-fi. To też zaleta High Street. Wszystkie rodzaje sklepów i usług, nawet szewc (tak, maja szewca w Borehamwood) są w zasięgu domowego wi-fi. To o tyle istotne, że wyłączyli mi telefon, coś z roamingiem, i już tylko internet łączy mnie ze światem.
Obok Janny’s Cafe jest turecki sklep. Czynny chyba non stop. Niezależnie o której godzinie wyglądam przez okno, zawsze jest otwarty. Nawet gdy przebudzę się w środku nocy i spojrzę za okno widzę wystawiony owocowo warzywny kram. W tureckim sklepie sprzedają tureckie specjały. Obok nich oczywiście polskie piwo, kefir, mleko i żółty ser. Jest też oczywiście tytoń prosto z przemytu. Za piętnaście funciaków można kupić u nich pięćdziesięciogramowy Amber Leaf. W normalnym sklepie, za trzydziestogramowa paczka kosztuje trzynaście funtów. Cena jak na Anglię jest więc bardzo atrakcyjna.
Bardzo ciekawa jest zabudowa, w skład której wchodzi dom, gdzie wynająłem pokój.
To coś w rodzaju polskiej szeregówki, ale zbudowanej na dachach sklepów. Drzwi od klatki schodowej wciśnięte są między dwie sieciówki – Subway i Greggs. Wchodząc na piętro, wchodzę jednocześnie na podwórko i parter domu. Ponieważ budynek zajmuje połowę szerokości dachu, druga połowa jest zwyczajnym podwórkiem. I to pokryte papą obejście służy dzieciakom za plac zabaw, a dorośli wystawiają stoliki i grillują, imprezują lub po prostu siedzą.
Mieszkańcy chyba dobrze się tu znają, krążą od stolika do stolika. Przysiadają, pożyczają przyprawy, częstują. Też już raz się załapałem na żeberka z rusztu. Po lewej stronie mieszkają Kongijczycy, z prawej wyglądający na Beduina starszy mężczyzna w dżelabie. Spotykam go każdego ranka, gdy wracam z roboty. Czyści i składa tę swoją białą sutannę, niekiedy spotykamy się w Janny’s Cafe, gdzie też chyba jest ich stałym klientem. Trzeci i czwarty dom zasiedliły polskie rodziny. Mężczyzn już poznałem, to Łukasz i Mariusz z żonami i gromadką dzieci. Mężczyźni między czterdziestką a pięćdziesiątką. Oni też są znakomicie zintegrowani z resztą mieszkańców.
Jeśli tylko nie pada, to dzieciaki z Polski, Albanii, Kongo i bóg wie skąd jeszcze, grają w piłkę. Ponieważ jest to jednak dach, a ogrodzenie na krawędzi nie jest zbyt wysokie, to zawsze są pod okiem któregoś z rodziców. Kilka razy widziałem Mariusza, który aktywnie przyłączył się do tej zabawy i ganiał z dzieciakami po całym dachu. Raz i mnie namówił. Kopałem więc z nimi przez chwilę. Widok chyba nie do zaakceptowania przez krajowych nacjonalistów.
Przed każdym domem stoją niezabezpieczone łańcuchami rowery, wózki, grille, narzędzia i najróżniejsze – ogrodowo-balkonowe – sprzęty. Z początku dziwiła mnie niefrasobliwość moich gospodarzy, którzy idąc z Igenem na lody zostawiali otwarte na oścież drzwi.
Nie znam też imienia Hiszpana, który, podobnie jak i ja, każdego wieczora czeka dwie godziny na swój shift. Pracujemy w tych samych magazynach, z tą różnicą że na innej hali – on ambiencie, ja na chillu. Nie spotkałem go dotychczas, ponieważ on poza centrum handlowe raczej się nie zapuszcza.
Przyjeżdża autobusem kilka minut po mnie. W zasadzie prawie nie rozmawiamy, na samym początku zamieniliśmy tylko kilka zdań, stąd wiem że Hiszpan – typowy Latynos nie jakaś podróbka z Pakistanu. Pisałem kiedyś o chłopaku, który twierdził że jest z Hiszpanem, a potem się okazało że to Pakistańczyk, który pracował chwilę gdzieś pod Barceloną. Przedstawiał się jako Hiszpan ponieważ sądził, że to zwiększy jego notowania w pracy na towarzyskiej giełdzie. On dla odmiany był bardzo rozmowny i po kilkunastu minutach wygadał się, że jest Urdu z Pakistanu. Cóż, większość z nas nosi jakąś maskę lub udaje kogoś, kim nie jest.
Mój nowy towarzysz, gdy tylko wysiada na przystanku rozgląda się szukając mnie wzrokiem. Jeśli siedzę na ławce, podchodzi, mówi jedynie: „All right”, po czym ściskamy sobie dłonie. Siada, zakłada słuchawki i w milczeniu delektujemy się ciszą. Gdy jestem w kawodajni – zamawia espresso, przysiada się do mojego stolika – nawet jeśli inne są wolne – i też siedzimy zajęci swoimi myślami. O 21.20 mówię zwykle „Let’s go”, on w milczeniu wstaje i razem, również w ciszy, idziemy do firmy. Odzywa się jedynie gdy chcę skrócić drogę i przejść przez park, w którym spędzałem ciepłe wieczory. Zawraca mnie i prosi byśmy szli ulicą.
Za kilka dni ponownie wybieram się do Polski. To będzie krótka wizyta i nie zakłóci cyklu angielskich snów. Mam do załatwienia kilka dosyć istotnych spraw. Znowu wziąłem w pracy wolne. Bezpłatny urlop bez ograniczeń, to jedyna zaleta pracy przez agencję. Po przejściu na kontrakt takiej możliwości już nie ma. Kliner jednak szansy na kontrakt nie ma.

c.d.n.