Kraj niskich zarobków

Z obliczeń GUS wynika, że kompletnie nieprawdziwe były szacunki, mówiące, że z powodu zniesienia limitu trzydziestokrotności składek płaconych na ZUS, ucierpiałoby finansowo aż 370 tys. Polaków.

Połowa zatrudnionych Polaków zarabia niespełna 3200 zł miesięcznie na rękę – wynika z szacunków Bankier.pl na podstawie najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego.
Raz na dwa lata GUS publikuje szczegółowe dane o wynagrodzeniach w Polsce. Opublikowany niedawno raport opisuje stan na październik 2018 r., a więc nie uwzględnia ostatniego roku, w trakcie którego obserwowaliśmy dalszy, kilkuprocentowy wzrost wynagrodzeń. Z wynikami raportu warto się zapoznać, ponieważ jest to jedyne tak szerokie i oficjalne dane opisujące sytuację polskich pracowników.
Połowa zatrudnionych pracowników otrzymywała do 4094,98 zł brutto (jest to mediana płac; czyli siłą rzeczy druga połowa zarabia więcej).
Oznacza to, że ta grupa rodaków, których płace mieściły się w dolnej połowie, w ubiegłym roku zarabiała średnio na rękę 2919,54 zł netto – wynika z obliczeń Bankier.pl. Trudno uznać to za kokosy, więc tzw. presja płacowa ze strony tak nisko zarabiających pracowników jest w pełni uzasadniona.
Warto zauważyć, że jest to jednak wynik o 584 zł brutto – czyli o 407,5 zł netto – wyższy od mediany płac obliczonej w październiku 2016 r. Dobrze to pokazuje, za jak nędzne pieniądze Polacy musieli wiązać koniec z końcem w ostatnich latach.
Przy założeniu, że przez ostatni rok środkowa płaca rosła w podobnym tempie co średnie wynagrodzenie, można z dużym prawdopodobieństwem obliczyć, że w październiku 2019 r. średnia płaca tej niżej zarabiającej połowy pracowników wyniosła 4337,85 zł brutto – czyli 3146,25 zł netto, do ręki. Takie są realne płace dużej części mieszkańców naszego kraju.
W raporcie GUS znajdziemy też informacje o najlepiej i najgorzej zarabiających. Okazuje się, że powyżej 40 000 zł miesięcznie brutto zarabiało w Polsce ok. 10 tys. osób pracujących w firmach zatrudniających ponad 9 osób. Wynagrodzenie w wysokości powyżej 10 000 zł otrzymywało zaś ponad pół miliona Polaków.
Te obliczenia dobrze pokazują, jak kłamliwe były szacunki, wskazujące, jakoby aż 370 tys dobrze zarabiających Polaków miało stracić na zniesieniu limitu trzydziestokrotności składek płaconych na ZUS.

 

Jak się kończy zabawa z płacą minimalną

Zwolnienia z pracy, protesty zarówno pracowników jak i pracodawców, próby omijania przepisów. Takie są skutki eksperymentu południowokoreańskiego prezydenta z drastycznym podniesieniem najniższej płacy.

Na świecie trudno znaleźć lepszy przykład sukcesu gospodarczego niż Korea Południowa.
Nieprzerwany od 20 lat wzrost PKB łączy się z niskim zadłużeniem publicznym i utrzymującą się od ponad dekady wysoką nadwyżką na rachunku obrotów bieżących.

Przedwyborcza obietnica

Co więcej, Seul może pochwalić się globalnymi championami w przemyśle motoryzacyjnym czy elektronice użytkowej, a także niezwykle wysokimi wydatkami na badania i rozwój, które znacznie zwiększają szanse długotrwałego utrzymania dobrej koniunktury.
Jednak nawet tak silna i latami dobrze zarządzana gospodarka nie jest odporna na fatalne decyzje polityczne. Jedną z nich była kampanijna obietnica o podniesieniu pensji minimalnej.
Ubiegający się o fotel prezydenta Moon Jae-in szedł po władzę, zapewniając, że najniższe wynagrodzenie wzrośnie o ok. 55 proc w zaledwie trzy lata. Podobne tempo podwyżek obiecują rządzący w Polsce.
Po impeachmencie i skazaniu na wieloletnie więzienie byłej prezydent Korei Park Geun-hye w 2017 r. Moon miał szeroko otwarte drzwi do Błękitnego Domu.

Po 10 tys dla każdego

Lewicowy kandydat popełnił niestety kardynalny błąd i wbrew zdrowemu rozsądkowi, a nawet chłodnej kalkulacji politycznej, obiecał dokonać niemożliwego. Chciał podnieść do 2020 r. godzinowe wynagrodzenie minimalne z 6,47 tys. do 10 tys. wonów, czyli do równowartości niespełna 9 dolarów amerykańskich (poziom znacznie wyższy niż w USA).
Według szacunków obejmujących oczekiwany wzrost płacy w całej gospodarce minimalna wypłata stanowiłaby ok. 70 proc. mediany i 60 proc. średniego wynagrodzenia, czyli najwięcej w OECD.
Na nic się zdały protesty Federacji Mikroprzedsiębiorców, których 92 proc. ankietowanych członków w połowie 2017 r. sprzeciwiało się tak drastycznej podwyżce wynagrodzeń. Głosy rozsądku i opamiętania napływały jednak nie tylko z kraju, ale i z zagranicy.
Krótko po decyzji o podniesieniu najniższego wynagrodzenia o 16 proc. na rok 2018 głos zabrał Międzynarodowy Fundusz Walutowy. W listopadzie 2017 r. szef misji MFW dla Korei Tarhan Feyzioglu mówił, że rząd powinien znacznie zmniejszyć tempo podwyżek, gdyż może to negatywnie wpływać na konkurencyjność kraju oraz zatrudnienie.
W kolejnych miesiącach negatywnie na temat decyzji Moona wypowiadała się także Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), sugerując, że zbyt wysokie minimalne wynagrodzenie może zaszkodzić zatrudnieniu, jeżeli wyższe koszty pracy nie będą związane z poprawą produktywności.
Nawet publiczny think-tank Korean Development Institute przygotował opracowanie dotyczące wpływu wzrostu płacy minimalnej na zatrudnienie (Employment Effect of Minimum Wage Increase), w którym krytycznie odnosił się do szybkiego wzrostu wynagrodzeń. Wskazywał, że utrzymanie tempa wzrostu pensji minimalnej spowoduje utratę 96 tys. miejsc pracy w 2019 r. i 144 tys. w 2020 r.

Zamiast wzrostu – zwolnienia

Na te wszystkie głosy prezydent Moon był głuchy i kontynuował swoją kontrowersyjną politykę gospodarczą stymulującą rozwój m.in. wyższymi płacami. Zderzenie z rzeczywistością przyszło jednak bardzo szybko.
Jeszcze w połowie 2017 r. ogólny poziom zatrudnienia w ujęciu rok do roku rósł w Korei Południowej o 1,5 proc. Po kilku miesiącach tempo wzrostu zatrudnienia obniżyło się do mniej niż 1 proc., a pod koniec 2018 r. wyhamowało do 0,1 proc.
Najbardziej ucierpieli pracownicy, którzy otrzymywali wynagrodzenia minimalne lub bliskie tej wartości (handel, restauracje i hotele). Pomiędzy październikiem 2017 r. a październikiem 2018 r. zatrudnienie w tych branżach spadło z 6,1 miliona do 5,91 mln, czyli o prawie 200 tys. osób (dane Statistics Korea).
Reuters pisał swojej analizie, że strategia gospodarcza rządu, zamiast spowodować wzrost wynagrodzeń, skutkowała mniejszymi wypłatami (krótszy tydzień pracy) i brakiem możliwości dorobienia podczas nadgodzin (ograniczenie kosztów przedsiębiorstw).
Tak negatywnie zmiany na rynku pracy nie mogły zostać zignorowane. Co więc zrobił prezydent Moon?

Przeprosiny i niskie płace

Masowe zwolnienia spowodowały, że tempo wzrostu minimalnego wynagrodzenia zostało zmniejszone, ale stawka na 2019 r. i tak była podniesiona o prawie 11 proc. do 8350 wonów. Jednak już w momencie ogłoszenia tej decyzji (druga połowa 2018 r.) było wiadomo, że sytuacja gospodarcza nie pozwoli na zwiększenie najniższej pensji do 10 tys. wonów w 2020 r.
Prezydent wtedy przeprosił, obiecując przy tym, że 10 tys. zostanie „osiągnięte w najbliższym możliwym czasie”. Ta obietnica jednak także, nie będzie szybko zrealizowana (na pewno nie w trakcie bieżącej kadencji Moona).
Obecnie wiadomo, że w przyszłym roku wzrost minimalnego wynagrodzenia wyniesie tylko 2,9 proc, czyli będzie najwolniejszy w minionej dekadzie i trzeci z najsłabszych w ostatnim 30-leciu.
Jak ocenia Cinkciarz.pl, wydarzenia w Korei Południowej jasno pokazują, że zbyt gwałtowne i niepowiązane z poprawą kwalifikacji pracowników podnoszenie minimalnego wynagrodzenia powoduje wyłącznie problemy. Skutkuje ono zwolnieniami oraz protestami najpierw mikroprzedsiębiorców, a potem zawiedzionych pracowników (dziesiątki tysięcy osób demonstrowały w Korei Południowej w 2018 i 2019 r.) lecz w żaden sposób nie wspomaga wzrostu gospodarczego.
Zresztą, w przeszłości inne kraje również eksperymentowały z gwałtownym wzrostem najniższych płac: Francja w latach 1997-2005 czy Węgry w latach 2000-2002. I w żadnym przypadku nie była to dobra decyzja.

Powtórzymy nieudany eksperyment?

Kampanijne zapowiedzi w Polsce również zakładały gwałtowną podwyżkę minimalnego wynagrodzenia, którego procentowe wzrosty i relacja do mediany czy średniej wypłaty mają być analogiczne do tych obiecywanych przez Moona. Skutki dla naszego kraju mogą być jeszcze gorsze niż dla fundamentalnie silnej Korei Południowej. Dlaczego?
W Polsce ponad 20 proc. zatrudnionych (najwięcej w Unii Europejskiej) nie zarabia więcej niż 110 proc. pensji minimalnej. Silne skupienie się wynagrodzeń blisko najniższej krajowej oznacza drastyczne podwyżki dla dużej grupy osób. Te podwyżki nie są powiązane z poprawą kwalifikacji tych osób, różnicami kosztów życia pomiędzy regionami czy wiekiem – zauważa Cinkciarz.pl.
Brak zależności wynagrodzenia od produktywności i umiejętności będzie oznaczać konieczność zwolnień. Wzrośnie również pokusa do omijania regulacji, jak to miało miejsce w Korei Południowej.
Relatywnie wysokie wynagrodzenie może także oznaczać wzrost bierności zawodowej młodych ludzi, gdyż pracodawcy za narzucone z góry zbyt wysokie koszty pracy będą wymagali wygórowanych kompetencji w relacji do wieku kandydata.
Polska jest więc narażona na znacznie dotkliwsze konsekwencje zbyt szybkiego wzrostu minimalnego wynagrodzenia niż Korea Południowa.

 

Nie tylko kasa

Warto stale przypominać o tym, że biznes to nie tylko pomnażanie pieniędzy i możliwości.

Biznes to również wykorzystywanie tychże pieniędzy i możliwości w dobrym celu. Na przykład po to, by tworzyć jak najlepsze warunki pracy.
Za parę tygodni, w pierwszej połowie października, poznamy laureatów IX edycji konkursu o tytuł „Pracodawca Godny Zaufania”, współorganizowanego przez Fundację „Teraz Polska” i Krajową Izbę Gospodarczą.
W konkursie nagradzane są firmy i instytucje, sięgające po niebanalne i skuteczne rozwiązania w zakresie polityki pracowniczej – uwzględniające rozwój zawodowy pracowników i ochronę ich praw. Laureatów wyłania Kapituła, złożona z przedstawicieli uczelni wyższych, organizacji przedsiębiorców i think tanków. Są w niej reprezentowane m.in.: Instytut Staszica, Instytut Libertatis, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne, Wyższa Szkoła Ekologii i Zarządzania, Stowarzyszenie Integracja i Współpraca.
W tym roku konkursowi stuknie dziesięć lat, bo pierwsza edycja została rozstrzygnięta dokładnie 20 października 2009 roku. Przez tę dekadę dokonały się bardzo duże zmiany w zakresie zrozumienia celów polityki pracowniczej. Widać to również w podejściu do konkursu i zainteresowaniu firm.
Na początku chęć pochwalenia się stosowanymi rozwiązaniami mieszała się z obawą: po co się wychylać, po co budzić zawiść konkurencji, narażać się na oskarżenia, że coś można było zrobić lepiej… Wiele firm, zanim zdecydowało się wypełnić ankietę, musiało rozwiać wątpliwości. Teraz te obawy zniknęły. Nie tylko dlatego, że mamy dobrą sytuację gospodarczą i firmy zabiegają o pracowników. Po prostu prowadzenie polityki partnerstwa wobec pracowników stało się normą. Dobrą normą.

Maksymalne minimum Kaczyńskiego

Mądrze osadzone w realiach minimum płacowe, może spełniać dwie bardzo ważne funkcje. Stymulować rozwój technologiczny a równocześnie zabezpieczać pracowników przed zakusami nieuczciwych pracodawców. Tyle teoria. Zamiast niej, właśnie bijemy rekord świata w wyborczym podnoszeniu minimalnych wynagrodzeń.

Po zapowiedzi Kaczyńskiego, że płaca minimalna będzie wynosić 3 tys. zł brutto w 2020 r. i 4 tys. zł w 2023 r. w mediach niepisowskich rozpoczął się festiwal lamentu opozycyjnych polityków, ekonomistów i organizacji pracodawców.

Praca dla Polaków

PiS broni swojej obietnicy dla najmniej zarabiających opowiadaniem, że taki skok w płaceniu pracownikom zmusi przedsiębiorców do inwestowania w technologie nie wymagające drogiej pracy człowieka.
Koncepcja ta na pozór jest słuszna. Dzięki nowoczesnym liniom produkcyjnym ci, którzy będą mieli robotę, zarobią dużo więcej, zaś ludzie, którzy w związku z tym stracą pracę, znajdą ją gdzie indziej, za dużo większe pieniądze. W domyśle takiego rozumowania, tkwi bowiem przekonanie, że na naszym rynku pracy jest ponoć 1,5 mln wakatów.
To bajka. Gdyby bowiem tak było, to nowoczesna, zautomatyzowana i świetnie zorganizowana gospodarka Niemiec, nie przerzucałaby części swoich zakładów do Polski, Czech, czy na Węgry. Biznesmeni zza Odry zainwestowaliby przecież u siebie w takie maszyny, które same robiłyby wszystko.
Praktyka pokazuje jednak, że to tak nie działa. Roboty nie są w stanie zastąpić robotników. Ci zaś, tańsi niż za Odrą są właśnie u nas. Wypracowują oni zyski dla niemieckich firm, te zaś zasilają niemieckiego fiskusa. I jeśli w Polsce praca podrożeje tak jak chce PiS, to niemieckie koncerny przerzucą się z Polski, na Białoruś, czy inną Ukrainę. Tamtejsi robotnicy będą mieć zajęcie, zaś państwo niemieckie takie same zyski z opodatkowania swoich koncernów – jak wcześniej.
Stracą tylko Polacy. I to zarówno bezpośrednio – bo niektórzy zostaną bez roboty, jak i pośrednio – bo nie będzie kto miał płacić VAT, PIT i CIT.
A jeśli komuś w PiS marzy się, że dzięki zastosowaniu w Polsce niewymagających ludzi technologii, pozbędziemy się 1,5 mln gastarbeitrów z Ukrainy, to się myli. Nigdzie na świecie tak nie było. Rodowity, Francuz, Belg, czy Niemiec gdy raz przestał zamiatać ulice w swoim kraju, już nigdy do tego zajęcia nie wrócił. Robili to tam Arabowie, Murzyni, Polacy i Rumuni. I robią do dziś.
W opowieściach o inwestowaniu w nowoczesne technologie, spowodowanym windowaniem płacy minimalnej jest jeszcze jeden błąd. Zasadniczy. Tam bowiem, gdzie można by zastosować nowoczesną infrastrukturę, czyli w przemyśle i przetwórstwie, to po pierwsze już ona jest. A po drugie, w tych branżach od dawna każdy robotnik dostaje wynagrodzenie znacznie wyższe od minimalnego.

Wycisnąć prywaciarza

Najniższe płace dominują w sektorach na automatyzację zupełnie niepodatnych. A na dodatek, nie otrzymuje ich – tak jak to pokazują statystyki – 14 proc. zatrudnionych w Polsce. Czyli dwa razy więcej, niż wynosi przeciętna unijna. Czyli 7 razy więcej niż w Czechach.
Te zastraszające dane biorą się oczywiście z oficjalnych deklaracji pracodawców. Zarówno tych dużych, jak i małych. Mali zaś nader często prowadzą swoje biznesy na pograniczu legalności i szarej strefy. I wcale nie chodzi o handel narkotykami, nierząd, czy działalność gangsterską. Szara strefa to głównie płacenie pod stołem, niewystawianie faktur i nie wykazywanie znakomitej części przychodów.
Mali biznesmeni zatrudniający pracowników, najczęściej umawiają się z nimi na oficjalny etat z wynagrodzeniem, na poziomie minimum krajowego. Natomiast pod stołem osoby takie dostają na rękę dwa, a nawet trzy razy tyle. Oszczędzają i oni, i pracodawcy. Po kieszeni dostają ZUS i fiskus.
Ze statystyk wynika, że wśród zarabiających minimum ustawowe połowa pracuje w takich właśnie mikro firmach, w sektorach takich jak usługi, budownictwo i rolnictwo. Przy dzisiejszym rynku pracy, w którym pracownik jest na wagę złota, takie dane brzmią bardziej niż niewiarygodnie. Gdyby jednak od oficjalnej liczby minimalnie zarabiających odjąć tę grupę, to zostałoby dokładnie tyle, ile osób uposażonych na najniższym poziomie jest w Unii.
Jeśliby PiS wygrało wybory i podnosiło ustawowo minimum, to grupa ta, nie tylko wciąż wisiałaby w statystykach minimalizmu płacowego, ale nawet (w większości) nie odnotowałaby żadnej zmiany w swoich prawdziwych zarobkach. Pracodawcy płaciliby im jak dotąd – nad i pod stołem. A popłynęliby wyłącznie na tym, że teraz składki i PIT musieliby odprowadzać od kwot wyższych.
I tak naprawdę rządowi chodzi właśnie o to. O ściągnięcie do budżetu kolejnych miliardów. Nie, zaś o jakieś wydumany skok technologiczny, czy państwo dobrobytu.

Kij na samorząd

Bo o państwie właśnie, świadczy pozostała część zarabiających minimalnie. I to realnie minimalnie. Tym osobom nikt nie wypłaca drugiej pensji pod stołem, bo nie ma takich środków. Nie ma zaś dlatego, że jest jednostką budżetową. Czy to samorządową, czy państwową, czy jakąkolwiek inną instytucją publiczną.
Tych zarabiających dziś realnie w okolicach 1700 zł na rękę, dość łatwo zresztą wymienić. To pracownicy tak szacownych instytucji jak sądy i prokuratury. To osoby zatrudnione w urzędach wszystkich szczebli na stanowiskach recepcjonistów, sprzątaczek, czy ochroniarzy. To ludzie tyrający w szkołach i przedszkolach na etatach administracyjnych. To szpitalny personel sprzątający, kierowcy ambulansów, sekretarki medyczne, personel kuchenny, część personelu technicznego, a także ochrona. To ludzie pracujący w pomocy społecznej.
Wszystkich ich obowiązują widełki płacowe wymyślane przez urzędników i posłów. Każdemu z nich, odpowiednim rozporządzeniem, czy ustawą można by zatem uwłaczającą wysokość wynagrodzenia zmienić. A jednak państwo tego nie robi. Woli spektakularny zabieg podwyższający płacę minimalną. Dlaczego? To proste, bo przynajmniej część z tych podwyżek zostanie sfinansowana przez oszukujących na zarobkach pracowników prywaciarzy.
Ta część, która odnosi się do ludzi zatrudnionych przez administrację państwową. Co jednak, z administracją samorządową i podległymi jej służbami socjalnymi? I co z pracownikami zadłużającej się coraz bardziej służby zdrowia?
Tym będzie musiał zająć się samorząd. Co może być interesujące w obliczu zapowiadanego przez PiS obniżania stawek PIT, podnoszenia kwoty wolnej i zwolnienia podatkowego dla młodych osób. A właśnie z podatku od dochodów osobistych pochodzi lwia część przychodów samorządów.
Skłócona z centralą, władza lokalna na kasę od państwa nie ma co liczyć. Skąd zatem weźmie kasę? Z podniesienia cen biletów komunikacji miejskiej, opłat za żłobki i przedszkola, czy rezygnacji z zajmowania się pielęgnowaniem parków i sprzątaniem ulic?

Z głowy na nogi

Na te pytania, które po enuncjacjach PiS się pojawiają, odpowiedzi nie ma. Jest za to kuriozalna zapowiedź Koalicji Obywatelskiej dopłacania do najniższych wynagrodzeń co miesiąc 600 zł.
Gdyby miała zostać wcielona w życie, to można być pewnym jednego. Że liczba pracujących za minimalne wynagrodzenie, z ok 1,5 miliona skoczyłaby pewnie dwakroć. Bo każdy prywatny biznesmen skorzystałby z okazji, aby wszyscy podatnicy zrzucali się to co on ma płacić ludziom. Dzięki czemu, taki prywaciarz zatrudniający 5 osób, byłby co miesiąc bogatszy o 3 tys. zł.
Do licytacji wysokości minimum płacowego włączyli się wszyscy uczestnicy kampanii wyborczej. Nikt z nich nie zająknął się jednak, żeby rzecz ustawić na nogach raz na zawsze. I zapisać ustawowo, że minimalne wynagrodzenie rząd ma określić raz w połowie roku. Na poziomie – na przykład – 66 proc. średnich zarobków wyliczanych przez GUS. I wtedy każdy będzie wiedział co i jak. A przede wszystkim ci, którzy chcieliby zatrudniać pracowników za miskę ryżu.

Chcą oszczędzać na ludziach

W Polsce nie brakuje rąk i głów do pracy. Nasi przedsiębiorcy domagają się jednak wprowadzenia ułatwień dla pracowników ze wschodu, gdyż godzą się oni na mniejsze wynagrodzenia niż Polacy.

Kryzys migracyjny to jeden z najbardziej palących problemów w Unii Europejskiej. Liczba imigrantów rośnie w ostatnich latach, a kwestia imigracji stała się w państwach UE przedmiotem politycznego sporu, który zdeterminował kształt debaty politycznej po 2015 roku.
Jednak Polska do tej pory faktycznie nie miała spójnej polityki migracyjnej. Była ona zastępowana doraźnymi reakcjami na różnokierunkowe wyzwania, nieskładającymi się w uzasadnioną całość. Stąd też coraz częściej pojawiają się apele o budowę merytorycznych fundamentów naszej strategii migracyjnej.

Przyjechały już miliony

Mimo zwiększenia imigracji w ostatnich latach, Polska nadal należy do krajów emigracyjnych, czyli do takich, z których więcej ludzi wyjeżdża, niż do nich przyjeżdża.
Tym samym Polska klasyfikowana jest jako państwo niedotknięte bezpośrednio kryzysem migracyjnym. To zaś ma ma wpływ na postawę rządu polskiego wobec kryzysu oraz sposobu jego rozwiązania.
Wśród motywów imigracji do Polski wciąż przeważa czynnik ekonomiczny oraz perspektywa stabilnego zatrudniania i zarobków, a czynnikiem ułatwiającym decyzję o imigracji do Polski są więzy rodzinne i bliskość kulturowa.
Według informacji Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w Polsce pracuje około 1,5 mln cudzoziemców, choć dane te mogą być zaniżone ze względu na fakt, iż niektórzy cudzoziemcy przebywają na terenie Polski nielegalnie i podejmują pracę „na czarno”.
Wśród obywateli państw, które uznają Polskę za atrakcyjny kierunek imigracji znajdują się Ukraińcy, Rosjanie i Białorusini, a także obywatele państw azjatyckich (Wietnamczycy, Chińczycy, Hindusi) i obywatele państw Kaukazu Południowego.

Inni się tak nie palą

Według szacunków Rządowej Rady Ludnościowej, z uwagi na niską dzietność kobiet Polska będzie potrzebowała ok. 5 mln imigrantów, tylko dla utrzymania obecnego poziomu gospodarczego.
Są to oczywiście tylko niesprecyzowane przewidywania, ale nie ulega wątpliwości, że obecność pracowników ukraińskich na polskim rynku pracy dziś często jest pożądana.
W ostatnich latach w Polsce wprowadzono szereg ułatwień dla cudzoziemców. Z drugiej strony społeczeństwo polskie jest wciąż postrzegane (dość stereotypowo) jako niechętne cudzoziemcom, a przepisy polskiego prawa, mimo aktualizacji, wciąż stanowią dość istotną barierę w dostępie do rynku pracy i edukacji.
Organizacje WEI i Nowa Konfederacja twierdzą: „Obecność pracowników z Ukrainy w Polsce jest coraz bardziej konieczna, a stwarzanie ułatwień dla nich bardzo potrzebne, bowiem stają się pożądani także na innych rynkach zachodnich”.
Trudno się jednak zgodzić z tym poglądem, bo państwa zachodnie jakoś nie palą się do ułatwiania mieszkańcom Ukrainy dostępu do swego rynku pracy. Widocznie nie uważają, że to jest konieczne. Nie ma więc też powodu, by i Polska otwierała swój rynek pracy dla obcokrajowców.

Najpierw pracownicy krajowi

Nasi przedsiębiorcy z łatwością mogliby sięgnąć po niewykorzystane zasoby krajowych rąk i głów do pracy. Aktywność zawodowa Polaków wciąż przecież pozostaje na niskim poziomie.
Przedsiębiorcy chcą jednak płacić ludziom jak najmniej. Dlatego wolą tańszych pracowników ze wschodu Europy – choć to sprzeczne z szeroko pojętym interesem Polski.
Tym niemniej niektóre propozycje WEI i Nowej Konfederacji w zakresie polityki migracyjnej Polski są warte rozpatrzenia. Zwłaszcza zaś pogląd, że polityka migracyjna może i powinna być uzupełnieniem innych narzędzi polityki ekonomicznej oraz demograficznej, lecz ich nie zastąpi.
Trudno też nie zgodzić się z postulatem, iż konieczne jest oparcie asymilacji i integracji migrantów na naturalnych procesach społeczno-gospodarczych, nie zaś na biurokratycznym przymusie. Rzeczywiście, na siłę nie ma co kogokolwiek ściągać do Polski.
Z pewnością też warto rozważyć propozycję uproszczenia procedur nostryfikacji dyplomów wysoko kwalifikowanych pracowników zagranicznych. Ich obecność w Polsce z pewnością się przyda.

Niedostatek pracowników to lipa

Coraz częściej powtarza się, że w Polsce zaczyna brakować rąk do pracy. Okazuje się jednak, że to nieprawda.

Jak wynika z badania (przeprowadzonego na zlecenie Otto Work Force) pracodawcy określają problem braku pracowników jako niezbyt poważny.
Nie jest więc prawdą, że na naszym rynku pracy na wagę złota są już nie tylko informatycy i programiści, ale także handlowcy i pracownicy fizyczni.

Po prostu lepiej płaćcie

Nie zmienia to faktu, że przedsiębiorstwa mogą mieć pewne trudności z szybkim znalezieniem pracowników.
Polski pracodawca idzie poniekąd z duchem czasu – ważne są dla niego kompetencje analityczne, cyfrowe, a także znajomość języków.
Siatka płac w wielu firmach jest jednak mało elastyczna, więc za te kompetencje trudno uzyskać odpowiednie wynagrodzenie, co jest mało zachęcające dla potencjalnych pracowników. Pod względem płacowym nasi pracodawcy jakoś nie chc iść z duchem czasu.
Zatrudniający ponoć prześcigają się w uatrakcyjnieniu ofert pracy, a pracownicy mogą liczyć na rozmaite benefity.
Szkoda, że pracodawcom jakoś nie przychodzi do głowy, że najlepszym benefitem byłaby po prostu wyższa pensja, zachęcająca do pozostania w firmie.

Problem niewielkiej wagi

W skali od 1 („nie mamy problemów”) do 5 („mamy bardzo duże problemy”) pracodawcy ocenili problem braku kompetentnych pracowników zaledwie na 3,16.
Waga tego problemu jest zatem niewielka, jedynie dostateczna – a nie duża czy bardzo duża.
Może przyszedłby więc już czas, by zerwać z opowiadaniem bajek o niedostatku pracowników, inicjowanym przez pracodawców, którzy chcą płacić ludziom możliwie jak najmniej.
Duże przedsiębiorstwa wyceniły wagę problemu braku pracowników na 3,13. Jeszcze niżej wyceniają go przedsiębiorstwa średnie (3,03) oraz małe (zaledwie 2,69). Pytanie więc, kto zawyża tę średnią do 3,16, skoro firmy duże, średnie i małe niżej oceniają wagę problemu braku pracowników?. Raport z wspomnianego badania niestety nie daje na to odpowiedzi.

Ludzi trzeba szkolić

Jeśli pracodawcy w ogóle narzekają na niedostatek rąk do pracy, to przeszkadza im niedopasowanie poziomu kompetencji zatrudnionych do potrzeb przedsiębiorstwa.
Pracodawcom warto podpowiedzieć, że jest to problem stary jak świat i występujący wszędzie. Znanym i sprawdzonym lekarstwem są tu szkolenia, organizowane przez pracodawców.
Przedsiębiorcy narzekają też jednak, że ich podwładni mają problemy z ukierunkowaniem na cele biznesowe, działaniem w wielokulturowym środowisku i kompetencjami analitycznymi.
Widocznie nie potrafią znaleźć bodźców, które orientowałyby zatrudnionych na ów „cel biznesowy” oraz zachęcały do rozwijania kompetencji wielokulturowych i zachęcały do działania w wielokulturowym środowisku.
Z drugiej strony, polscy pracownicy nie są zwykle wzorem wybitnych kompetencji i rzeczywiście może brakować im umiejętności wspólnego rozwiązywania problemów, pracy w grupie, znajomości języków i technik cyfrowych.
Problemem, który trudno od razu rozwiązać przez podnoszenie płac, mogą być też niedostatki w zakresie kompetencji analitycznych.
Tymczasem zaś, praca z najnowszymi technologiami oraz dużą ilością danych będących fundamentem czwartej rewolucji przemysłowej, to coraz częściej nieodłączny element niemal każdej nowoczesnej profesji.

Hydraulicy wyjechali

Dziś w Polsce sprzedawca, pracownik fizyczny i programista zawsze znajdą pracę. Nowe technologie zmieniają rynek pracy na nieznaną dotąd skalę. Rośnie popularność rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji, co przekłada się na wzrost zapotrzebowania na specjalistów z tej dziedziny.
Jednocześnie, wraz z konkurencyjnością zagranicznych rynków pracy stale wzrasta w Polsce popyt na pracowników fizycznych. Przedsiębiorcom coraz trudniej jest też znaleźć podwładnych mających zaawansowane umiejętności cyfrowe: programistów, analityków, inżynierów, wykładowców specjalizujących się w technologiach informatycznych.
Ze względu na otwarcie granic i znacznie lepsze zarobki u naszych zachodnich i północnych sąsiadów, zatrudniający narzekają także na niedobór wykwalifikowanych pracowników fizycznych, w szczególności hydraulików (prawie wszyscy wyjechali do Francji?) oraz elektryków i montażystów.

Gdzie ci przyzwyczajeni?

Zgodnie z przeprowadzonym badaniem, pracodawcy konkretnie najczęściej poszukują przedstawicieli następujących profesji: handlowców, pracowników fizycznych, informatyków ze znajomością języka programowania Java oraz analityków Big Data.
Przedsiębiorcy starają się znaleźć różne formy pozyskania wartościowego pracownika. Najczęściej oferują zatrudnionym dodatkowe programy rozwojowe i ścieżki kariery, przeprowadzają (wedle tego co sami mówią) rozmaite szkolenia , a także proponują dodatkowe benefity.
„Pracownicy są przyzwyczajeni do otrzymywania kart sportowych i dodatkowej opieki medycznej. Multisport i opieka medyczna to już standard” – stwierdza raport z badania Otto Work Force.
Nietrudno zauważyć, że powszechne odczucia są zupełnie inne i konia z rzędem temu, kto w Polsce znajdzie rzesze pracowników przyzwyczajonych do otrzymywania kart sportowych i dodatkowej opieki medycznej, traktujących to jako standard. Widocznie, mimo, że jest to jeden kraj, są w nim różne światy i różne sposoby oglądu rzeczywistości.
Warto zauważyć, że zaledwie połowa polskich firm (49 proc. ) deklaruje, że oferuje pracownikom karty sportowe i dodatkową opiekę medyczną. Nie wiadomo też, na jakich warunkach. Jeszcze mniej (46 proc. ) proponuje wprowadzanie dodatkowych ubezpieczeń grupowych. Zmieniający się rynek pracy z jednej strony wymusza na pracownikach stałe podnoszenie kompetencji, z drugiej daje pole do popisu polskiemu pracodawcy, który powinien uświadomić sobie, że nadchodzi czas, gdy będzie musiał zabiegać o personel z określonymi kompetencjami.
Wysokie zarobki i cykliczne premie z pewnością mogą okazać się najlepszym sposobem, by zachęcać do zatrudnienia w danej firmie.

PPL ścigają

15 lipca odbyła się pierwsza rozprawa Państwowych Portów Lotniczych w sprawie o naruszenie dóbr osobistych firmy przez dwóch działaczy Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa, czyli mnie i Wojciecha Łobodzińskiego. Firma pozywa za tezy zawarte w tym wywiadzie: „Pracownicy jak woda w akwarium (strajk.eu)
PPL pozwał też wydawcę i redaktora naczelnego portalu www.strajk.eu, na którym ukazał się wywiad.
Rozprawa była kompromitacją firmy. 15 lipca zeznawać mieli świadkowie wezwani przez stronę pozywającą. Tymczasem Krzysztof Kasiorek nie przyszedł, bo był na urlopie, PPL wycofał wezwanie byłego szefa Służby Ochrony Lotniska, Roberta Stachurskiego, który kilka tygodni temu bardzo ostro skrytykował politykę firmy (strona pozwana wyraziła wolę, aby Stachurski zeznawał, co będzie miało miejsce na następnym posiedzeniu sądu). Jedynym świadkiem, który zeznawał, był ostatecznie Łukasz Suchecki, zastępca dyrektora Portu Lotniczego im. Fryderyka Chopina i dyrektor biura ochrony, a zarazem pełnomocnik Prawa i Sprawiedliwości w powiecie nowodworskim. Warto przypomnieć niedawny wywiad, którego Suchecki udzielił Gazecie Nowodworskiej. Przedstawiciel kadry kierowniczej Portu otwarcie agituje w nim za PiS-em.
Przyznanie kierowniczych stanowisk nominatom PiS-u pokazuje, jak wygląda polityka kadrowa firmy państwowej. W tym kontekście nie należy się dziwić, że pozew PPL-u dotyczy między innymi nagłośnienia przez pozwanych zwolnień dyscyplinarnych pracowników ochrony lotniska za to, że nie zareagowali, gdy Rafał Trzaskowski zorganizował konferencję prasową na przystanku autobusowym przy lotnisku. Trudno natomiast pojąć, dlaczego prezes Szpikowski poczuł się dotknięty wyrażeniem opinii, zgodnie z którą PPL jest folwarkiem „dobrej zmiany”.
Kolejna rozprawa sądu odbędzie się 26 września. Liczymy, że do tego czasu minister infrastruktury zdymisjonuje prezesa Mariusza Szpikowskiego, a firma wycofa się z kompromitującego dla niej procesu.

Ożywić związek

Jak ożywić ruch związkowy w Polsce? Związkowa Alternatywa ma kilka propozycji.

Ruch związkowy w Polsce znajduje się w stanie głębokiego kryzysu, który ma przyczyny strukturalne. Uważamy, że czas na zmiany w ustawie o związkach zawodowych i przypisanie organizacjom związkowym nowej roli.
W Polsce kompetencje związków zawodowych są bardzo ograniczone. Mają one niewielki wpływ na funkcjonowanie przedsiębiorstwa, a na dodatek często są ofiarami represji ze strony pracodawców. Również Państwowa Inspekcja Pracy co roku kontroluje około 70 tys. firm, czyli mniej niż 5 proc. wszystkich przedsiębiorstw. Nawet jednak w przedsiębiorstwach kontrolowanych przez PIP skala łamania przepisów jest gigantyczna.
W dużych zakładach pracy związkowcom przysługują etaty finansowane przez pracodawcę. Ich istnienie daje reprezentacji pracowniczej większą siłę, ale kompetencje etatowych związkowców są niewielkie. W tym kontekście postulujemy zmianę zakresu obowiązków i usytuowania pracowników zatrudnionych na etatach związkowych.
Uważamy, że aby wzmocnić pozycję związków, a zarazem zmniejszyć skalę łamania praw pracowniczych należy uczynić etatowych związkowców inspektorami Państwowej Inspekcji Pracy. W razie stwierdzenia naruszenia przepisów etatowy związkowiec byłby uprawniony do usunięcia stwierdzonych uchybień, w tym zaległej wypłaty należnego wynagrodzenia za pracę i innych świadczeń przysługujących pracownikom oraz ukarania nieuczciwego pracodawcy. Związkowcy mogliby więc nakładać mandaty za łamanie prawa pracy. Dzięki temu znacznie zwiększyłaby się skala kontroli firm, a PIP byłaby częściowo odciążona w swoich obowiązkach. Otrzymując nową pozycję i kompetencje, etatowi związkowcy staliby się instancją kontrolującą przestrzeganie przepisów prawa pracy. Przyznanie związkowcom uprawnień Inspekcji Pracy dałoby im większe możliwości działania, a zarazem spoczywałaby na nich większa odpowiedzialność.

We wszystkim jesteśmy przeciętni

Rząd musi podjąć bardziej aktywne i przemyślane działania na rzecz polskiej gospodarki. Powinniśmy się wreszcie skoncentrować na kilku wybranych dziedzinach.

Polska gospodarka jest na rozdrożu. Dotychczasowymi motorami rozwoju były w uproszczeniu, niskie koszty, w tym przede wszystkim niskie koszty pracy oraz inteligencja operacyjna i motywacja polskich przedsiębiorców. Niskie koszty pracy mamy już za sobą. Pozostałe atrybuty nadal możemy uznawać za naszą przewagę konkurencyjną.
Jak zatem konkurować? Aby wygrać trzeba robić coś albo lepiej, albo inaczej, albo taniej. To samo jest w konkurencji między państwami. “Taniej” mamy już za sobą.
Czy możemy “lepiej” wątpię – 50 letnia przerwa w ciągłości rozwoju nam na to nie pozwala. Gdy Zachód akumulował kapitał, doskonalił technologie, systemy zarządzania, zdobywał know how – my doskonaliliśmy się w polowaniu na papier toaletowy w sklepach. Nie jesteśmy w stanie konkurować z Zachodem kapitałem czy technologiami – bo ich zwyczajnie nie mamy. Musimy wybrać inne dziedziny, w których realnie możemy osiągnąć przewagę.
Według mnie narzędziami naszej konkurencji powinny być:
Konkurencja prawno-instytucjonalna – należy stworzyć najlepsze na świecie instytucje otoczenia biznesu, w tym sądownictwo oraz najlepsze i najprostsze prawo gospodarcze i podatkowe na świecie. Tworzyć akty prawne, jako pierwsi na świecie, dla nowych dziedzin (np. samochody autonomiczne). Jeśli będziemy jednym z najlepszych miejsc na świecie do prowadzenia działalności gospodarczej – zbiegną nam się przedsiębiorcy i innowatorzy z całego świata. Uwolni to też pełny potencjał inteligencji operacyjnej polskich przedsiębiorców. Jest to możliwe – wystarczy wola polityczna.
Pracownicy – w XIX wieku pracownicy sunęli ze wszystkich stron do fabryk. W XXI wieku fabryki suną tam gdzie są pracownicy. Polska powinna zastosować bardzo agresywną politykę demograficzną, żeby Polki chciały rodzić drugie i trzecie dziecko. Dążyć do standardu polskiej rodziny 2+3. To co do tej pory jest robione – chwała za to – to działalność bardzo lajtowa. Trzeba znacznie bardziej agresywnie. Jeśli chodzi o mnie jestem gotowy poprzeć wyłączanie o 18.00 światła w soboty (w ramach sprzyjania większej dzietności), jednak taka działalność może przynieść owoce za 25 lat. Teraz trzeba podjąć realne działania na rzecz ściągnięcia Polaków z Europy Zachodniej, Ameryki Północnej i Brazylii.
Jak wykonamy punkt pierwszy i staniemy się rajem dla działalności gospodarczej na świecie – może wrócić ich nawet milion. Kolejne narzędzie to suwerenna polityka imigracyjna i przyjmowanie oraz asymilowanie imigrantów zarobkowych ze sprawdzonych kierunków tj. z Wietnamu, Białorusi i Ukrainy, w ilościach potrzebnych naszej gospodarce. Celem naszej polityki demograficznej powinno być 50 milionów obywateli Polski w 2050 roku.
Potrzebujemy też bardziej aktywnej i przemyślanej polityki oraz działania rządu. Przede wszystkim na forum Unii Europejskiej. Musimy stanowczo i agresywnie przystąpić do pełnego wdrożenia unijnej dyrektywy usługowej. Polskie przedsiębiorstwa są dyskryminowane, zwłaszcza we Francji, metodami najróżniejszymi – poczynając od legalnych na nielegalnych kończąc. Zamknięcie firmy na podstawie anonimowego donosu na pół roku do wyjaśnienia to standard.
Ponad 10-letnie wysiłki Polski na forum UE nie przyniosły żadnych efektów. Trzeba zastosować retorsje wobec krajów, które z nami tak postępują – i zakomunikować im wyraźnie, że ich firmy będą mogły bez przeszkód działać w Polsce, jeśli nasze będą mogły działać u nich. Na tym poprzestanę, ale powinniśmy przestać się cackać i dawać się tak traktować. Jeśli nie zareagujemy – będzie tylko gorzej. Rząd musi zacząć działać zdecydowanie.
Pomoc publiczna dla biznesu. Nie mamy za dużo pieniędzy, to tym bardziej te które mamy powinniśmy wydawać rozsądnie. Tymczasem wydajemy je od sasa do lasa. Trudno dostrzec w tym jakąś strategię i myśl. Znaczna część tych środków trafia do… międzynarodowych koncernów!!! Zachowujemy się jakbyśmy chcieli wszystkiego naraz. Izrael, jak powstawał postawił na cztery obszary: hydrologię, optykę, przemysł zbrojeniowy i rolnictwo – i na tym skoncentrował wszystkie pieniądze i wysiłki. Dzisiaj sprzedaje 1 kg nasion pomidorów rosnących na pustyni za 100 tysięcy dolarów, a z ich optyki muszą korzystać wszystkie arabskie armie.
Musimy zrezygnować z megalomanii i gigantomanii i wybrać kilka dziedzin, w które skierujemy, to co mamy. Powinny to być raczej dziedziny nowe – nie sądzę, żebyśmy mieli jakieś szanse z Niemcami np. w silnikach Diesla. Jakie to dziedziny to odrębna dyskusja, ale nie powinno być ich na pewno więcej niż pięć.
Oczywiście już słyszę ten śmiech, że się nie da, niemożliwe, na pewno się nie uda etc. etc. Przyzwyczajony jestem – całe lata 80. słyszałem, że komunizmu nie da się obalić, a na pomysł wyprowadzenia wojsk sowieckich z Polski, co poniektórzy tarzali się ze śmiechu po podłodze. Każdy naród ma to na co zasługuje. My też. Musimy zerwać z naszą chorobą przeciętności. We wszystkim jesteśmy przeciętni. Wszystko w naszych rękach.

Zapraszamy pracowników LGBTQ+!

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa z rozczarowaniem przyjął stanowisko dwóch związków zawodowych działających we wrocławskim zakładzie Volvo, które było wrogie wobec LGBTQ+.

Trudno zrozumieć, skąd niechęć wobec emisji materiałów uwrażliwiających na trudną sytuacją osób LGBTQ+. Jednym z ważnych zadań związków zawodowych jest walka z wszelkimi formami dyskryminacji, w tym takimi, które dotyczą orientacji i tożsamości seksualnej.
Agresywna reakcja części pracowników firmy wobec LGBTQ+ dowodzi, że uprzedzenia i stereotypy dotyczące tych osób wciąż są silne. Związkowa Alternatywa walczy o to, aby w Polsce każdy pracownik czuł się bezpiecznie i komfortowo, niezależnie od płci, wieku, pochodzenia czy orientacji seksualnej.
Dlatego zapraszamy do działania w naszych szeregach wszystkich pracowników LGBTQ+! Możecie liczyć na nasze wsparcie!