Żywa tarcza

Nie mówmy o tarczy antykryzysowej. To, co szykuje rząd i co w formie medialnych przecieków na raty dociera do opinii publicznej, zanim zostanie przegłosowane w piątek, na tę nazwę nie zasługuje.

Prawdziwą tarczą, prawdziwym zabezpieczeniem społeczeństwa przed epidemią byłaby sprawnie działająca publiczna służba zdrowia, odpowiednio wyposażone szpitale, dobrze zarabiające pielęgniarki. Polska prawica wolała jednak zbywać pracowników medycznych obietnicami, udawać, że wszystko jest w porządku lub skrycie marzyć o prywatyzacji. Głosy socjaldemokratów, odkąd ci zaczęli głośniej upominać się o usługi publiczne na godnym poziomie, były ignorowane. Marne pocieszenie, że było tak nie tylko w Polsce: owoce cięcia wydatków publicznych w postaci niedoboru łóżek szpitalnych, respiratorów czy nawet rękawiczek zbierają właśnie Włosi i Hiszpanie. W Madrycie lewicowy rząd, w obliczu sytuacji naprawdę ekstremalnej, zamachnął się – fakt, że z założenia tymczasowo – na dogmat o własności prywatnej i ogłosił, że cała niepubliczna służba zdrowia przechodzi do dyspozycji władz regionalnych. Naszych polityków nie stać nawet na połowę takiej odwagi.

Lewica podsuwała PiS gotowe rozwiązania, by równocześnie zachować socjalną twarz i ratować polski kapitalizm. Wśród jej pięciu postulatów było objęcie pracowników na umowach śmieciowych podstawowymi gwarancjami, zwolnienie przedsiębiorców z opłat za usługi komunalne oraz wypłacanie przez państwo 75 proc. pensji, pod warunkiem, że pracodawca nikogo z pracy nie wyrzuci. Szkoda, że poza debatę w internecie czy publicystykę nie wyszły krok dalej idące pomysły, jak podstawowy dochód gwarantowany, podwyżka podatków dla określonych grup, zawieszenie spłat rat kredytowych dla zwykłych konsumentów czy powszechne ubezpieczenie zdrowotne. Warto, by sejmowi socjaldemokraci się nimi zainteresowali. Niedługo takie ruchy mogą okazać się niezbędne, by najsłabsi w ogóle przetrwali.

PiS-u nie stać nawet na tyle. Jak każda konserwatywna prawica, będzie ratować banki i większy biznes. Nie pracowników i nawet nie te małe firmy, które przez całą III RP chwalono jako najlepszy pomysł na życie. Upadną razem ze spadkiem popytu i siły nabywczej, jaką wywoła obniżenie zarobków i wydłużenie czasu pracy. A taka właśnie ma być polska tarcza antykryzysowa: obniżenie płac, wydłużenie czasu pracy, pozbawienie organizacji pracowniczych prawa głosu. Związki zawodowe nie będą mogły realnie wpłynąć na decyzje pracodawcy, jak ratować firmę.

Firma, która wpadnie w kłopoty, dostanie prawo pod pewnymi warunkami wydłużyć czas pracy do 12 godzin. Inny scenariusz ratowania biznesu? Przy spadku obrotów o 15 proc. pracodawca będzie mógł, skracając czas pracy, równocześnie obniżyć pensję do 80 proc. Jedyne, czego mu nie wolno, to zejść poniżej płacy minimalnej. Połowę tak obniżonego wynagrodzenia i tak zapłaci nasze tanie państwo ze swoich ograniczonych zasobów, ograniczonych tyleż przez tak popularne przed kryzysem „optymalizacje”, co przez trwonienie kasy na propagandę. Pamiętacie, ile kosztowała Telewizja Kurskiego? Polska Fundacja Narodowa? IPN? „Żołnierze wyklęci” nie chronią przed epidemią. Gdyby było inaczej, wirus nawet nie zbliżyłby się do polskich granic.

To zaś, co „socjalny” rząd szykuje dla osób bez umów o pracę, jest zwyczajnie haniebne. Po latach tolerowania rozkwitu śmieciówek i łamania prawa pracy nawet w okresie niezłej koniunktury, wciskania, że taka umowa jest korzystniejsza (w większości przypadków jest tylko pozornie), w momencie załamania rzuca im się nędzną jałmużnę. Samozatrudnieni, ludzie ze zleceniami i umowami o dzieło dostaną jednorazowo 80 proc. płacy minimalnej. Przypomnijmy: ona wynosiła 4000 zł tylko w przedwyborczych obietnicach PiS i w katastroficznych wizjach anty-PiS. W prawdziwym życiu nie przekroczyła 2600 zł brutto. Można policzyć, na ile teraz mogą liczyć ludzie na śmieciówkach czy samozatrudnieniu (często zresztą wymuszonym), zanim przestaną móc liczyć w ogóle na cokolwiek. O zawieszeniu programów socjalnych PiS na razie nie słychać. Ale spokojnie, niech tylko Duda wygra wybory… Kryzys uzasadnia wiele „kroków nadzwyczajnych”.

A kryzys będzie trwał. Epidemiolodzy nie mają dobrych wiadomości, jeśli chodzi o czas walki z wirusem. Państwo, które zrobi z obywateli żywą tarczę, za kilka miesięcy przekona się, że brak popytu i tak zabija firmy ratowane z takim poświęceniem publicznych pieniędzy, a tych pieniędzy, czyli możliwości interwencji publicznej, jest coraz mniej.

Było takie hasło na antykapitalistycznych demonstracjach: Nie będziemy płacić za wasz kryzys! Jeśli tarcza antykryzysowa wejdzie w życie w takiej postaci, co jest najbardziej prawdopodobne, to jednak będziemy, tak jak zapłaciliśmy za poprzedni. Podziękujmy „socjalnemu” rządowi. I szukajmy prawdziwej alternatywy, skoro neoliberalny kapitalizm wdeptuje nas w ziemię po raz kolejny.

O prawdziwą solidarność!

Koronawirus kiedyś ustąpi. Musimy – my, pracownicy najemni, oraz wszyscy ludzie dobrej woli – szczególnie dziś pilnować, aby straty jakie wszyscy poniosą, nie zostały jak zawsze po stronie społecznej, a dochody i zyski po stronie właścicieli kapitału czy pracowników wyższego szczebla administracji rządowej, samorządowej i innych instytucji państwowych.

Pracownikom służb ratownictwa medycznego, pielęgniarkom, lekarzom, salowym, ratownikom medycznym, ludziom zatrudnionym w nielicznych laboratoriów państwowych, szpitalnym gońcom i personelowi sprzątającemu, ochroniarzom na „śmieciówkach”, osobom przy kasach w sklepach wielkopowierzchniowych jesteśmy winni nie tylko słowa wsparcia i gesty pokrzepienia. One są wspaniałe, ludzkie. Ale nie można dopuścić, by nasza wdzięczność dla tych, którzy nie przerywają pracy i służby, ograniczyła się do nich i skończyła się wtedy, gdy minie bezpośrednie niebezpieczeństwo.

Nie wolno dopuścić do tego, by stało się tak, jak np. po powodzi we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku w 1997 r., gdy premie, podwyżki plac i splendor spadły wyłącznie na Prezesów, Dyrektorów, Starostów, Burmistrzów, Prezydentów Miast i ich świty, na dyrektorów Sanepidu, menadżerów różnego rodzaju, urzędników i sekretarki owych „szefów”, siedzących dziś albo w domach albo w sterylnych biurach i pomieszczeniach urzędów na telekonferencjach. Tym rzeczywiście walczącym dostały się tylko ochłapy z pańskiego stołu. Nie wszyscy mogą pracować zdalnie przy laptopie. Dopilnujmy, by zasłużone nagrody trafiły do ludzi z pierwszej linii frontu.

Okazujmy wdzięczność nie tylko machaniem kciukiem na Facebooku
podpisywaniem odezw i solidarnościowych apeli mnożących się w sieci, udziałem w akcjach balkonowych. Nadejdzie czas po epidemii i wtedy potrzebny będzie społeczny nacisk na rządzących, aby ludzie, którym dziś kibicujemy i za których trzymamy kciuki, byli odpowiednio wynagrodzeni i docenieni. Wtedy dopiero okażemy prawdziwą solidarność, wdzięczność i człowieczeństwo.

Rząd sobie poradzi. Na razie ogłosił z pompą założenia planu antykryzysowego w związku z pandemią koronawirusa. Nie miejscu tu na odniesienie się do szczegółów. Intencja naszego apelu jest inna. Ale jeśli z ust wysokiego funkcjonariusza NBP (Adama Glapińskiego) padają słowa o możliwości „czasowego obniżenia wynagrodzeń do minimalnego”, to jest to groźne memento. Gdy premier lekko zapowiada opłacanie przez państwo 40 proc. pensji równocześnie z przyzwoleniem na ich cięcie, możemy spodziewać się wielu złych rozwiązań. Musimy być niezwykle czujni.

Walka z kryzysem może zmienić się w pierwszy krok ku dalszej pauperyzacji ludzi pracy realizowanego przez polityków stojących na straży mega-biznesu i właścicieli kapitału. Nie może być naszej zgody, aby skutki pandemii ponieśli tylko pracownicy najemni. Tak chętnie mówimy o solidarności. Tym razem bądźmy solidarni w rzeczywistości.

Piotr Lewandowski, Radosław Czarnecki (Strajk.eu)

Koronawirus a prawa pracowników

Decyzją rządu z 11 marca br. działalność placówek oświatowych, szkół wyższych oraz wszystkich placówek kultury, w tym kin i muzeów została zawieszona. Od 12 do 25 marca na pewno nie będą odbywać się zajęcia dydaktyczne oraz wydarzenia i imprezy kulturalne, część instytucji będzie zamknięta całkowicie, inne tylko częściowo. Niektóre firmy prywatne także podjęły decyzję o reorganizacji pracy w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa.

W przypadku jeżeli działalność waszego zakładu pracy została całkowicie lub częściowo ograniczona albo zakład został czasowo zamknięty,
wasz pracodawca ma możliwość
1) Zlecenia wam pracy zdalnej (np. pracy z domu) – zachowujecie wtedy prawo do wynagrodzenia; To rozwiązanie wprowadzone nową Ustawą z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (w skrócie: „specustawa”).
2) Wypłacenia wam wynagrodzenia za okres przestoju (często zwanego „postojowym”) – zgodnie z art. 81 Kodeksu Pracy, takie wynagrodzenie jest wypłacane w sytuacji gdy pracownik był gotów do wykonywania pracy, ale nie mógł jej wykonywać z powodu przeszkód leżących po stronie pracodawcy.
Sytuacja związana z zawieszeniem działalności zakładu pracy, ograniczeniem jej lub zamknięciem zakładu w związku z zapobieganiem rozprzestrzeniania się koronawirusa jest dokładnie takim przypadkiem – nagłej przeszkody uniemożliwiającej świadczenie pracy, która nie jest zawiniona przez pracowników i pracownice.
W takiej sytuacji pracownicy nie świadczą pracy, ale otrzymują wynagrodzenie wynoszące:
– 100 proc. wynagrodzenia (obliczanego jak dla urlopu wypoczynkowego, czyli jest to średnia z ostatnich 12 miesięcy uwzględniająca także zmienne składniki wynagrodzenia takie jak: dodatki za pracę w porze nocnej, premie itp.), gdy w umowie zostało określone wynagrodzenie wynikające z osobistego zaszeregowania pracownika określone stawką godzinową lub miesięczną;
– 60 proc. wynagrodzenia, gdy w umowie nie zostało określone wynagrodzenie wynikające z osobistego zaszeregowania pracownika określone stawką godzinową lub miesięczną.
Może się także zdarzyć, że w związku z przestojem, pracodawca powierzy wam wykonywanie innej pracy niż ta, którą wykonujecie na co dzień – wynagrodzenie za tę pracę nie może być jednak niższe niż to obliczone na podstawie przepisów o wynagrodzeniu za przestój.

UWAGA! Zdarza się, że w niektórych zakładach pracy, które zostały zamknięte na skutek decyzji rządu lub władz samorządowych, części lub całości załogi pracodawca nakazuje stawienie się w pracy.

Tak jest w przypadku np. personelu sprzątającego i administracyjnego na uczelniach, albo pracownic żłobków w Poznaniu. W tym zakresie
przepisy dają pracodawcy pewną swobodę w decydowaniu o tym czy i wobec których pracowników i pracownic zastosować przepisy o przestoju oraz reorganizacji wykonywanej przez nich pracy. Natomiast związek zawodowy ma możliwość zwrócenia się do pracodawcy z wnioskiem np.:
– o zastosowanie przepisów o przestoju wobec poszczególnych kategorii pracowników;
– o zastosowanie bardziej korzystnych zasad obliczania wynagrodzenia za okres przestoju;
– o taką organizację pracy, która zmniejszy liczbę osób od których wymagane jest stawianie się w pracy w okresie zawieszenia działalności zakładu pracy (np. dyżury dla personelu sprzątającego).
Pracodawca nie jest zobowiązany do wprowadzenia rozwiązań o które wnosi związek zawodowy, natomiast w sytuacji gdy w opinii organizacji związkowej odmowa stanowi zagrożenie dla zdrowia publicznego,
istnieje możliwość złożenia skargi do Państwowej Inspekcji Pracy lub Inspekcji Sanitarnej.
Związki zawodowe powinny także monitorować czy pracodawcy nie próbują obchodzić przepisów o przestoju np. wysyłając pracowników na urlop bezpłatny albo dając wolne i nakazując „odpracowanie” tego czasu w przyszłości – w takich sytuacjach, poza skargą do PIP, istnieje możliwość skierowania pozwu do sądu pracy.
W przypadku skierowania przez inspektora sanitarnego na kwarantannę pracownikom przysługuje za okres kwarantanny zasiłek chorobowy w wysokości 80 proc. wynagrodzenia (obliczanego analogicznie jak w przypadku urlopu wypoczynkowego).
W przypadku, jeśli lekarz wypisze Ci zwolnienie z pracy w powodu choroby, także przysługuje ci zasiłek chorobowy w wysokości 80 proc. wynagrodzenia. W przypadku skierowania do szpitala, zasiłek chorobowy wynosić będzie 70 proc. wynagrodzenia.

Zasiłek opiekuńczy

Jeśli opiekujesz się dzieckiem do 8. roku życia, a szkoła, przedszkole lub żłobek są zamknięte z powodu rozprzestrzeniania się koronawirusa, przysługuje ci wolne na opiekę nad dzieckiem, za czas którego otrzymasz specjalny zasiłek opiekuńczy maksymalnie na okres 14 dni (tylko jeśli masz ubezpieczenie chorobowe, a inne osoby w rodzinie nie mogą zaopiekować się dzieckiem).
O wypłatę zasiłku specjalnego należy zwrócić się do kadr wypełniając specjalny formularz (druki Z15a oraz ZAS-36, które powinny być dostępne w kadrach). Masz do niego prawo o ile:
– masz ubezpieczenie chorobowe;
– inne osoby w rodzinie nie mogą opiekować się dzieckiem w tym czasie;
– placówka została nieprzewidzianie zamknięta – czyli o zamknięciu placówki dowiedzieliście się w terminie nie dłuższym niż 7 dni przed jej zamknięciem;
– nie został przekroczony limit 60 dni pobierania zasiłku opiekuńczego w roku kalendarzowym (został on wydłużony specustawą o dodatkowe 14 dni, jeśli opieka jest związana z koronawirusem);
– dziecko ma maksymalnie 8 lat.
BHP, środki ochrony osobistej i możliwość odmowy pracy
Art. 15 Kodeksu pracy nakazuje pracodawcy „dbanie o bezpieczne i higieniczne warunki pracy”, a art. 104¹ Kodeksu pracy nakazuje ujęcie w regulaminie pracy środków ochrony indywidualnej i higieny osobistej.
Przepisy nie nakazują więc pracodawcom zastosowania konkretnych środków higienicznych (masek ochronnych, rękawiczek jednorazowych, żeli do dezynfekcji), natomiast w kontekście działań podjętych przez władze publiczne i zaleceń instytucji odpowiedzialnych za zdrowie publiczne, zasadne jest podjęcie przez pracodawców takich działań, które zminimalizują ryzyko narażenia pracowników i pracownic na kontakt z osobami zarażonymi koronawirusem.

Szczególnie zasadne wydaje się wprowadzenie dodatkowych środków ochrony indywidualnej (masek ochronnych, rękawiczek i żeli) w przypadku tych pracowników i pracownic, którzy i które pracują w branżach gdzie częsty jest kontakt z dużą liczbą ludzi: w handlu, usługach gastronomicznych, transporcie publicznym, edukacji, opiece, służbie zdrowia, urzędach, gdzie obsługuje się interesantów itp.
Na tym polu o odpowiednie zmiany w organizacji pracy może do pracodawcy wystąpić związek zawodowy, a w przypadku braku reakcji ze strony pracodawcy istnieje możliwość złożenia skargi do Inspekcji Pracy.

Co więcej, na podstawie art. 210 Kodeksu Pracy, w sytuacji gdyby warunki pracy nie odpowiadają przepisom bezpieczeństwa i higieny pracy i stwarzają bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia lub życia pracownika,
pracownik lub pracownica mają prawo powstrzymać się od wykonywania pracy, zawiadamiając o tym niezwłocznie przełożonych. Przepisy nie precyzują w jakich sytuacjach związanych z rozprzestrzenianiem się koronawirusa zachodzi „bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia”, natomiast można uznać, że w przypadku:
– osób należących do grup ryzyka;
– osób pracujących w miejscach w których praca polega na długotrwałym kontakcie z dużymi grupami osób;
którym pracodawca odmówił zapewnienia środków ochrony osobistej minimalizujących ryzyko zakażenia się wirusem można uznać, że dochodzi do sytuacji uzasadniającej powstrzymanie się od wykonywania pracy.

Sytuacja osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych

Osób zatrudnionych na podstawie umów zlecenia, umów o dzieło czy samozatrudnionych nie obowiązują przepisy o wynagrodzeniu za przestój.
Jeśli nie mogą świadczyć pracy i nie są chore / objęte kwarantanną, to istnieje możliwość, że nie otrzymają za ten czas wynagrodzenia. W niektórych przypadkach istnieje natomiast możliwość skierowania ich do pracy zdalnej (w zależności od charakteru wykonywanej pracy) – zwłaszcza jeśli umowy nie precyzują miejsca w jakim ma być wykonywane zlecenie lub dzieło.

Osoby samozatrudnione i zatrudnione na umowach zlecenie,
jeśli zdecydowały się na opłacanie dobrowolnej składki chorobowej,
mają prawo do zasiłku chorobowego na podobnych zasadach jak osoby na umowach o pracę. Mogą także skorzystać z dodatkowego zasiłku opiekuńczego wprowadzonego „specustawą”.

Patologia w małych firmach?

Poniedziałkowa Trybuna wydrukowała materiał Piotra Szumlewicza pod tytułem „Małe firmy- dużo patologii”. Z materiału wynika, że autor nie miał zbyt wiele do czynienia z małymi firmami. Gdyby miał, to na tytułowe pytanie odpowiedziałby: tak, ale ze strony pracowników!

Jestem od zawsze lewicowcem. Doszedłem w SLD przez pewien czas do stanowiska sekretarza RW na Podkarpaciu. Od kilku lat prowadzę własną działalność w branży zakwaterowanie i gastronomia, w branży, którą Piotr Szumlewicz określa jako najbardziej patologiczną. Przed podjęciem tej działalności dałbym sobie rękę uciąć za każdego skarżącego się na pracodawcę pracownika. Teraz zmieniłem zdanie. Może nie diametralnie, ale w sposób dość zasadniczy.

Po pierwsze potwierdzam stare powiedzenie, że człowiek zrobi wszystko
byle tylko nic nie zrobić.

Natomiast prawdą jest, że przy każdej wypłacie wypłakuje o podwyżkę.
Nie ma w pracy pojęcia stosunków partnerskich z pracownikami. Wykorzystają to natychmiast. Dopiszą sobie godziny, nakarmią rodzinę, gdy cię nie ma, skorzystają z owoców, jarzyn, wędlin, mięsa. Ja wiem, że nie można uogólniać. Są też ludzie uczciwi, niestety jest ich mniejszość. Przez trzy lata kompletuje załogę i końca nie widać.

Nowo zatrudnieni pracują w miarę dobrze prze kilka miesięcy, później zaczyna się gra, szef nie widzi to luz i laba. Kończy się to rozstaniem, a wtedy masz pewne, że wywaleni obrobią ci pewną część ciała. Płacę jak w zegarku, bez jakiegokolwiek spóźnienia, a w mieście idzie fama, że zalegam z poborami. Wiem kto robi mi taka opinię, między innymi pani barmanka, która wielką miłością darzyła towar, który sprzedawała, czyli alkohol. Zapominała też wbijać do kasy fiskalnej sprzedany towar, ale nadwyżki w kasie nigdy nie było.

Osoba prowadząca działalność gospodarczą w czasach PRL-u uznawana była przez wszelkie urzędy jako potencjalny przestępca, transformacja niczego nie zmieniła. Dalej prywaciarz to w powszechnym pojęciu kombinator i oszust. Duże firmy stać na dobrych adwokatów i tym sposobem potrafią wybrnąć z różnego rodzaju wpadek i przekrętów. Małych firm na to nie stać.

Przez cały czas mam rotację za barem. Owszem przychodzą chętni do pracy, ale…

wygląda to mniej więcej tak. Mogę pracować, ale na czarno, bo inaczej stracę dopłatę do mieszkania, zasiłek z MOPS-u, pomoc z PCK. Proszę mi powiedzieć jak można – w małym mieście, gdzie wszyscy się znają – postawić kogoś do pracy na czarno i to jeszcze za barem.

Inny ciekawy, acz powszechny przypadek, Panie Piotrze. Pracuje dziewczyna na pół etatu, bo tak jej pasowało. Po czasie poprosiła jednak o możliwość pracy na pełny etat. Sprawdziła się wcześniej ,więc się zgodziłem. Jaki był tego efekt? Po sześciu dniach przyniosła zwolnienie lekarskie i ciągnie chorobowe już trzeci miesiąc. Tak wygląda rynek pracy na prowincji. Kelnerka nigdy nie zauważy zabrudzonego obrusu, śmieci na podłodze, nieumytych szklanek, kufli. Nie ma czasu, bo przecież mogło by ją ominąć coś ważnego na facebooku.

Powiedzmy sobie szczerze. Ci co chcą pracować, robią to za granicą,
lub tutaj w Polsce. Ci co pracy nie mają, to lenie i nieudacznicy, mówiąc kolokwialnie roszczeniowcy. Znają dokładnie stawki, jakie płacą inne firmy w mieście, ale zupełnie nie interesuje ich przestrzeganie zakresu obowiązków. Największy żal mam do lekarzy, którzy sypią zwolnieniami bez ograniczeń. Powiesz, że masz problemy z kręgosłupem i pół roku laby gwarantowane. No ale lekarz teraz to nie służba, a biznes, jak mówią w kabarecie – klient nasz pan.

Panie Piotrze – oczywiście są wyjątki od tej reguły. Takim wyjątkiem są ludzie 50 plus. Panie w tym wieku pracują na kuchni i proszę mi wierzyć znają swoje obowiązki, nie patrzą tępo w ekran smartfona, nie kombinują co zrobić by nie zrobić nic, a jedynie pozorować pracę. Gdy mają chwile spokoju sprzątają i myją podłogi, sprzęt. Niestety nie mają już tyle sił by noce spędzać za barem.

Jeśli się chce pisać o wyzysku pracowników przez wrednych właścicieli, to najlepiej samemu założyć firmę i spojrzeć na to wszystko z drugiej strony, a wtedy – zapewniam- obraz nie będzie już tak wyrazisty jak Pan pisze.

PiS dusi Rzecznika Praw Obywatelskich

W biurze Rzecznika Praw Obywatelskich już teraz pracownicy zarabiają w okolicach najniższej krajowej. Powód? W 2019 roku rząd obciął środki na budżet płac o 2,5 miliona złotych.

Rząd Mateusza Morawieckiego, podobno „prospołeczny” i „propracowniczy”, wypowiadając wojnę Rzecznikowi Praw Obywatelskich, wziął na zakładników właśnie pracowników tej instytucji. W 2019 roku część zatrudnianych przez RPO odbierało pensję na najniższym możliwym poziomie, czyli 2250 zł. Budżet się z trudem dopinał. Po wzroście minimalnego wynagrodzenia do 2600 zł brutto od 1 stycznia, instytucja ma problem z zagwarantowaniem zatrudnionym nawet tego poziomu. Biuro alarmuje, że w kasie brakuje 1,7 mln zł.

Więcej zadań, mniej pieniędzy

– W 2019 roku zmniejszono fundusz wynagrodzeń o prawie 2,5 mln zł – mówi Agnieszka Jędrzejczyk z biura Rzecznika Praw Obywatelskich. – Parlament, nakładając na nas nowe zadania nie przeznaczył na ten cel żadnych środków. Z biura odchodzą osoby o wysokich kwalifikacjach ze względu na wynagrodzenie. Poziom zatrudnienia jest obecnie niższy niż w 2016 roku – podkreśla.

O jakie nowe zadania chodzi? – Ośmiu pracowników potrzebnych jest do zadań wynikających z ustawy o Sądzie Najwyższym, tj. skargi nadzwyczajnej. Kolejnych ośmiu zaś do pozostałych zespołów wnioskowych – w tym do Krajowego Mechanizmu Prewencji – wylicza Jędrzejczyk. Podkreśla, że biuro było świadome problemu, chciało zatrudniać dodatkowe osoby i myślało o podwyżkach dla tych, które już stanowią jego załogę. To jednak nie od niego zależy, a rząd najwyraźniej nie ma najmniejszego zamiaru ułatwiać życia Adamowi Bodnarowi, który wielokrotnie odważnie występował z krytyką jego poszczególnych pomysłów.

– Wielokrotnie już występowaliśmy o dodatkowe środki na utworzenie nowych etatów, za każdym razem jednak były one rozpatrywane negatywnie – podsumowuje Jędrzejczyk.

Kto ucierpi?

Dramatyczna sytuacja biura RPO może się przełożyć na brak wsparcia dla osób, których prawa są łamanie. Biuro już teraz nie ma adekwatnych środków m.in. na utrzymanie zespołu monitorującego zjawisko tortur i poniżającego traktowania. A to oznacza, że nie będzie komu przyglądać się sytuacji osób narażonych na przemoc, jakimi są w Polsce więźniowie i osoby zatrzymane przez służby mundurowe.

PiS „się przyjrzy”

Henryk Kowalczyk (PiS), szef sejmowej komisji finansów publicznych powiedział, że sprawie się przyjrzy. – Każdy budżet ustalany przez rząd będziemy prześwietlali, a co do minimalnych pensji, to oczywiście trzeba je zapewnić – wyjaśnił poseł PiS.

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, ekonomistka z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, uważa, że w momencie, gdy rząd proponował podniesienie płacy minimalnej, powinien przygotować ocenę skutków regulacji, w której wskazałby skutki wprowadzenia podwyżek dla poszczególnych sektorów gospodarki, a zwłaszcza dla tych, za które odpowiada – czyli przede wszystkim zdrowia, oświaty i sądownictwa.

– Powinny się w niej znaleźć wyliczenia, ile pracuje tam osób o najniższych wynagrodzeniach i wyższych, bo przecież podwyżki trzeba zapewnić również innym pracownikom, aby zachować proporcje w pensjach ludzi o różnych kwalifikacjach – podkreśla Starczewska-Krzysztoszek. – Tego niestety nikt nie zrobił, a rzucanie w przestrzeń kwot 2,6 tys., 3, 4 tys. zł bez sprawdzenia, ile więcej pieniędzy z tytułu takich podwyżek trzeba zabezpieczyć w budżetach, jest nieodpowiedzialne – dodaje.

Jeśli RPO nie wypłaci zatrudnionym pensji na ustawowym poziomie, może zostać ukarane grzywną od 1 do 30 tys. zł. Czyżby rząd tylko na to czekał?

Poczta zamyka usta pracownikom

Poczta Polska postanowiła wprowadzić cenzurę i zakazać swoim pracownikom jakiejkolwiek aktywności medialnej.

Kilka miesięcy temu Poczta zwolniła dyscyplinarnie przewodniczącego Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty, Piotra Moniuszki za wpis na Facebooku. Lider związku napisał, że firmie grozi upadłość. Kilka tygodni później rządowe Centrum Analiz Strategicznych przyznało, że spółce grozi utrata płynności, jednak Moniuszki nie przywrócono do pracy.
Zarząd Poczty najwyraźniej jednak przestraszył się krytycznych wypowiedzi działaczy związkowych i postanowił wprowadzić całkowity zakaz wystąpień medialnych dla wszystkich pracowników firmy.
Tylko rzecznik porozmawia
Kilka dni temu Poczta rozesłała do swoich pracowników komunikat, w którym stanowczo sprzeciwia się ich wystąpieniom medialnym bez zgody spółki. „Przypominam, że wszelkie aktywności medialne pracowników Poczty Polskiej mogą odbywać się jedynie po otrzymaniu zgody rzecznika prasowego Pani Justyny Siwek lub Pana Grzegorza Warchoła. Dotyczy to udzielania wywiadów, organizacji spotkań z mediami, udziału w konferencjach prasowych organizowanych przez inne organizacje oraz wszelkich wystąpień, które mogą mieć wydźwięk medialny (np. konferencje branżowe)”.
Jednocześnie przedstawicielka władz firmy zasugerowała, że o ważnych dla pracowników sprawach będzie wypowiadał się zarząd firmy, który sam oceni, które problemy nagłośnić, a które zataić. Firma też dała do zrozumienia pracownikom, że musi znać wszystkie plany działań załogi. „Proszę o przekazywanie wszelkich informacji i planów działań, które moglibyśmy wykorzystać w komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej. Istotne są sprawy strategiczne, nowe przedsięwzięcia, ale także wydarzenia regionalne i lokalne” – czytamy w piśmie, które otrzymali pracownicy Poczty na Podlasiu.
Sprzeczne z konstytucją
Pismo rozpowszechniane przez Pocztę Polską nie tylko stanowi próbę zastraszenia pracowników firmy i zamknięcia im ust, ale jest też sprzeczne z Konstytucją RP. Zgodnie z art. 54 ustawy zasadniczej . „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Władze Poczty nie mają więc prawa zakazywać działalności medialnej swoim pracownikom. Nie ma też takich zapisów w ich umowach o pracę. To zwykła cenzura, której celem jest prewencyjne zabezpieczenie się pracodawcy przed ewentualną krytyką.
Pod tym względem pismo Poczty stoi również w sprzeczności z art. 12 Konstytucji, w którym czytamy, że „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność tworzenia i działania związków zawodowych”. Trudno sobie wyobrazić działalność organizacji związkowej, która każdy swój komunikat konsultuje z zarządem firmy i która pyta go o zgodę na nagłośnienie wiedzy na temat patologii mających miejsce w przedsiębiorstwie.

Praca jeszcze czeka

Liczba wolnych miejsc pracy jest w Polsce coraz mniejsza. To dlatego, że trudno znaleźć ludzi, którymi można by je obsadzić.

Na początku czwartego kwartału ubiegłego roku liczba wolnych miejsc pracy w Polsce wyniosła 148,6 tys. i była o 5,4 proc. niższa niż przed rokiem.
Wolnymi miejscami pracy dysponowało 48,9 tys. firm, instytucji i innych podmiotów (wobec 50,8 tys. ogółem przed rokiem). Spadek liczby wolnych miejsc pracy notowano we wszystkich kategoriach jednostek. Największy – w podmiotach zatrudniających poniżej 10 osób (o 6,0 proc.), w grupie od 10 do 49 osób – o 1,7 proc., oraz powyżej 49 osób – o 6,8 proc.
W porównaniu z sytuacją sprzed roku, w ogólnej liczbie wolnych miejsc pracy najbardziej obniżył się udział przetwórstwa przemysłowego (o 4,7 p.proc. do 21,2 proc.). Zmniejszył się również udział handlu; naprawy pojazdów samochodowych, administrowania, transportu i gospodarki magazynowej. W strukturze wolnych miejsc pracy według zawodów, w porównaniu z początkiem czwartego kwartału 2018 r. zmniejszył się udział miejsc pracy dla robotników przemysłowych i rzemieślników (o 3,6 p.proc. do 24,7 proc.) oraz operatorów i monterów maszyn i urządzeń (o 1,1 p.proc. do 16,3 proc.).
Wzrósł natomiast udział wolnych miejsc pracy przeznaczonych dla specjalistów (o 3,3 p.proc. do 19,6 proc.), przedstawicieli władz publicznych, wyższych urzędników i kierowników (o 0,7 p.proc. do 3,0 proc.), techników i innego średniego personelu (o 0,5 p.proc. do 6,7 proc.), a także pracowników usług i sprzedawców, pracowników biurowych oraz wykonujących prace proste (odpowiednio do 8,3 proc, 12,2 proc. i 9,2 proc.).
W sumie, w okresie styczeń–wrzesień ubiegłego roku utworzono 560,4 tys. nowych miejsc pracy, czyli o 5,5 proc. mniej niż w analogicznym okresie ub. roku.
Spadek odnotowano we wszystkich kategoriach wielkości podmiotów: poniżej 10 osób – o 4,4 proc., 10–49 osób – o 3,0 proc. oraz powyżej 49 osób – o 10,3 proc.
W strukturze nowo utworzonych miejsc pracy zmniejszył się udział m.in. przetwórstwa przemysłowego (o 3,1 p.proc. do 15,7 proc.) oraz edukacji (o 1,0 p.proc. do 7,0 proc.). Zwiększył się natomiast udział stanowisk utworzonych w handlu; naprawie pojazdów samochodowych, zakwaterowaniu i gastronomii oraz w transporcie i gospodarce magazynowej.
Spośród nowo utworzonych miejsc pracy, na początku czwartego kwartału ubiegłego roku wolnych było jeszcze 32,9 tys. miejsc – z tego najwięcej w przetwórstwie przemysłowym (17,4 proc.), handlu; naprawie pojazdów samochodowych (14,8 proc.) oraz budownictwie (13,0 proc.).
Od stycznia do września ubiegłego roku zlikwidowano w Polsce 252,7 tys. miejsc pracy, czyli o 11,2 proc. Zwiększyła się skala likwidacji miejsc pracy we wszystkich kategoriach wielkości podmiotów. To nie jest jeszcze informacja wskazująca, że w Polsce przestaje funkcjonować rynek pracownika. Liczba wolnych miejsc spada głownie dlatego, że trudno znaleźć chętnych do ich obsadzenia. Jednakże to, że przedsiębiorcy tworzą coraz mniej miejsc pracy wskazuje na to, że i tempo rozwoju gospodarczego będzie coraz wolniejsze. Na tym zaś stracą wszyscy.

Odsetki za niepłacenie wynagrodzeń!

Bezrobocie w Polsce utrzymuje się na stosunkowo niskim poziomie, średnie pensje rosną, wzrost PKB należy do najszybszych w Unii Europejskiej. Niestety rozwój gospodarczy nie wiąże się z ograniczeniem skali łamania przepisów na polskim rynku pracy.

Jedną z głównych patologii jest niepłacenie wynagrodzeń na czas, co dotyczy tak umów etatowych, jak i, tym bardziej, umów cywilno-prawnych. Wielu pracowników jest wręcz przyzwyczajonych do otrzymywania wynagrodzenia ze znacznym opóźnieniem i myśli tylko o tym, aby otrzymać pieniądze – o jakichkolwiek odsetkach za opóźnienie wypłaty nikt nie mówi.
Niepłacenie na czas jest procederem masowym i z raportów Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że co roku dotyczy kilkunastu procent badanych firm. Warto zwrócić uwagę, że opóźnienia w wypłatach odnośnie umów nieetatowych dotyczą nie tylko małych firm działających na granicy rentowności, ale też dużych przedsiębiorstw, które nie mają problemów z płynnością finansową.

Dlatego Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa przedstawił propozycję wprowadzenia obligatoryjnych odsetek za niepłacenie wynagrodzeń na czas wysokości 0,5 proc. zaległej wypłaty dziennie. Obecnie dochodzenie odszkodowań czy odsetek za opóźnienia w wypłacie wynagrodzenia należy do rzadkości. Ustawowe odsetki obecnie wynoszą 7 proc. w skali roku, ale nie są naliczane automatycznie i pracownik musiałby iść do sądu, aby je wyegzekwować. Mało kto korzysta z tego prawa, bo procesy ciągną się latami, a odsetki są niskie.
Tymczasem nie ma żadnego usprawiedliwienia dla niepłacenia pensji na czas. Terminowa wypłata stanowi jeden z podstawowych obowiązków pracodawcy i od każdej zwłoki pracodawca powinien płacić wysokie odsetki. Niewypłacanie pensji na czas to jedno z najcięższych naruszeń prawa pracy, więc kary w tym przypadku również powinny być wysokie. Ważne jednak jest to, aby nie tylko były one bolesne dla pracodawcy, ale przede wszystkim aby pracownik otrzymywał ekwiwalent za opóźnienie w wypłacie pensji. Stąd pomysł odsetek, które powinny być naliczane automatycznie, wedle przejrzystych reguł i niezależnie od rodzaju umowy.
Zgodnie z propozycją Związkowej Alternatywy za każdy dzień zwłoki pracodawca musiałby doliczać dodatkowe 0,5 proc. w stosunku do kwoty brutto zawartej w umowie. Przykładowo, gdyby chodziło o kwotę 4000 zł, jeden dzień opóźnienia oznaczałby obowiązek wypłacenia dodatkowych 20 zł brutto, a po miesiącu kwota by wzrosła o 30×0,5 proc. , czyli 15 proc. , a zatem 600 zł.
0,5 proc. dziennie to kara dosyć wysoka, ale wypłata wynagrodzenia jest podstawowym obowiązkiem pracodawcy, który powinien być bezwzględnie egzekwowany. Wszak jako konsumenci płacimy wysokie kary za łamanie przepisów, co dotyczy chociażby jazdy transportem publicznym bez biletu, różnych rodzajów mandatów czy opóźnień w płaceniu rachunków. Niepłacenie za mieszkanie może wiązać się nie tylko z odsetkami, ale w wielu przypadkach prowadzi do eksmisji. Również odsetki od kredytów bankowych, nie mówiąc o chwilówkach, znacznie przewyższają kary grożące pracodawcom nie płacącym wynagrodzeń terminowo. Nieregulowanie świadczeń na czas i niedotrzymywanie umów zazwyczaj kosztuje więc nas jako konsumentów i obywateli o wiele więcej niż pracodawców, którzy oszukują pracowników.

Państwowa firma idzie na dno

Kontrahenci agencji ST3 Offshore, zajmującej się produkcją elementów do elektrowni wiatrowych, od dwóch lat czekają na swoje pieniądze. Na lodzie pozostawieni zostali również pracownicy, a wszystko dzieje się pod okiem rządu.

Właścicielem ST3O jest bowiem fundusz inwestycyjny Mars, którego głównym udziałowcem jest skarb państwa.

Firma ST3 Offshore posiada jeden z najnowocześniejszych parków maszynowych i systemów infrastruktury produkcyjnej w Europie. W 2015 r. zagraniczny inwestor postawił 120-metrową, najwyższą na Starym Kontynencie suwnicę bramową. Miał to być symbol reindustrializacji Szczecina. Dołożyło się również miasto, które specjalnie dla firmy zbudowało nowy most na Ostrów Brdowski, gdzie prowadzona była produkcja.

W 2017 r. podmiot trafił w ręce funduszu Mars, który miał się zająć jego rozwojem. Z takim powodzeniem, że ST3 Offshore znajduje się obecnie w stanie kroczącego bankructwa. Firma jest zadłużona, jej wierzyciele nie mogą się doprosić przelewów od dwóch lat. Na skraju plajty stanęło ponad 400 przedsiębiorstw kooperujących z agencją, Do końca roku miał zostać wdrożony układ pomiędzy wierzycielami a ST3O, niestety zarządcy zadłużonego podmiotu nie popisali się sprawnością.

– Agencja, pomimo upływu jutro wskazanego przez siebie terminu nie tylko nie sygnalizuje w żaden sposób woli przedłużenia zawartej z ST3 Offshore i Mars TFI umowy. Ale wręcz (składając wniosek o pisemne uzasadnienie postanowienia o zatwierdzeniu przyjętego układu) sama skutecznie blokuje jej wykonanie – poinformował mec. Patryk Zbroja, reprezentujący część wierzycieli.
Wspomniane porozumienie zostało zatwierdzone przez sąd i miało się uprawomocnić jeszcze w 2019 r., co umożliwiałoby otrzymanie przez spółkę 38 mln zł z Polskiej Agencji Rozwoju na rozkręcenie produkcji. Obecnie, mimo posiadania tak okazałej bazy, ST3O zajmuje się jedynie produkcją prostych elementów stalowych. Nie ma środków na wykonanie poważniejszych kontraktów i nie staje w ogóle do przetargów. Co zatem stanie się z 38 milionami? Prawdopodobnie zostaną przejęte przez wierzycieli.

Spółce grozi też 100 mln zł dofinansowania unijnego, które dostała na postawienie fabryki. Nie został bowiem spełniony podstawowy warunek przyznania środków – zatrudnienie 500 osób. Obecnie ST3 Offshore ma ok. 350 pracowników. których sytuacja również rysuje się fatalnie. Wypłaty za listopad dostali z opóźnieniem, w dwóch ratach i po interwencji lokalnych mediów. Zatrudnieni obawiają się, że pieniędzy za grudzień mogą nie zobaczyć w ogóle. Przedstawiciele wierzycieli przekonują, że spółka lada dzień ogłosić bankructwo.

Palą zamiast pracować

Nasi pracodawcy policzyli, że pracownicy, robiąc sobie przerwy w pracy na papierosa, uzyskują dzięki temu dodatkowo 20 dni wolnych od pracy rocznie.

Trzy miliony złotych od państwa (a ściślej od państwowego Funduszu Rozwiązywania Problemów Hazardowych) na działania propagujące niepalenie otrzymali Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej. Jest to największa organizacja pracodawców w Polsce, skupiająca 19 tys firm więc pieniędzy jej nie brakuje. Rząd PiS uznał jednak, iż pracodawcy zasługują na wsparcie. Inna sprawa, że bez zastrzyku państwowych pieniędzy Pracodawcy RP nie kwapili się do podejmowania działań mających promować niepalenie i zdrowe życie.
Fundusz Rozwiązywania Problemów Hazardowych został stworzony za rządów Platformy Obywatelskiej. Prawo i Sprawiedliwość po objęciu władzy zaczęło dość szeroko traktować pojęcie hazardu – i dlatego pracodawcy mogli dostać wsparcie w związku ze szkodliwością palenia.
To trochę tak jak z Funduszem Sprawiedliwości mającym pomagać ofiarom przestępstw, z którego PiS finansuje między innymi działania różnych organizacji powiązanych z prawicą. Posłowie opozycji mówili, iż działacze PiS uznali Fundusz Sprawiedliwości po prostu za Fundusz Prawa i Sprawiedliwości.
Za otrzymane pieniądze Pracodawcy RP organizują ogólnopolską kampanię „Nie palę, bo…”. Jak informują, „celem jest edukacja pracodawców i pracowników w zakresie możliwości rzucenia nałogu palenia wyrobów tytoniowych i wyrobów powiązanych. Będzie ona realizowana poprzez akcje informacyjno-edukacyjno-profilaktyczne prowadzone w miejscach pracy”.
Kampania jest generalnie skierowana do pracodawców zachęcających swoich pracowników do rzucenia palenia i wspierających ich w walce z nałogiem. W jej ramach zorganizowano cykl konferencji, konkurs „Firma wolna od tytoniu” oraz przygotowano pakiety informacji o pożytkach z rzucania palenia.
Pracodawcy są autentycznie i żywo zainteresowani tym, by ich pracownicy nie palili. Organizacja podliczyła, że, jak wynika z przeprowadzonych przez nią badań, pracownicy robiący sobie przerwy „na papieroska”, mają w ten sposób dodatkowo wolnych 20 dni roboczych w roku (robią bowiem średnio pięć ośmiominutowych przerw w ciągu 250 dni roboczych, co daje 160 „przepalonych” godzin pracy). Jeśli zaś nie będą palić, to w tym czasie będą pracować.
Ten problem obrazuje film nakręcony w ramach kampanii, w którym pokazano, jak pracownicy gremialnie udają się na papierosa, paląc przed drzwiami firmy zamiast pracować. „A ty za to płacisz” – mówi kolega do zmartwionego tym pracodawcy. W filmie nie pokazano natomiast pracodawców, robiących sobie przerwy na papierosa.
– Palenie w pracy to obniżenie efektywności pracy, przekładające się na wymierne, dodatkowe obciążenie i straty ekonomiczne dla przedsiębiorstwa – podkreśla Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.