Flaczki tygodnia

Na pytanie: „Co decyduje o sukcesie filmu?, Andrzej Wajda odpowiadał zawsze: „Obsada, obsada”.

Czas pokazał, że mistrz kina miał rację. Bo scenariusz filmu zawsze można, nawet w trakcie realizacji filmu, poprawić. Zdjęcia są niezwykle ważne, ale można je wzbogacić nowatorskim montażem. Podobnie muzykę aranżem, scenografię zdjęciami. I nawet reżyser filmu nie zawsze jest najważniejszy, bo w razie kryzysu twórczego można go zastąpić drugim reżyserem z ekipy. Albo awaryjnie ściągniętym nowym. „Flaczki” znają z historii kina takie przypadki.

Jedynie aktorów, zwłaszcza pierwszoplanowych, nie da się łatwo podkręcić. A w trakcie realizacji filmu skutecznie zastąpić. Wcześniej nakręcony materiał filmowy zostaje, trudno ich z niego usunąć.

Proponowana przez Wajdę recepta nie dotyczyła tylko ról pierwszoplanowych. Każdy świadomy widz wie jak ważne są role drugoplanowe. Często nagradzane na prestiżowych festiwalach filmowych. Bywają aktorzy okrzyknięci przez krytykę mistrzami drugiego planu. Charakterystyczni, szczególnie ukochani przez filmową publikę.

Realizacja filmu podobna jest do realizacji projektu politycznego.
Bo efektem produkcji filmowej jest dzieło oglądane potem w kinach i omawiane w mediach.
Efektem realizowanego w trakcie kampanii wyborczej, projektu politycznego jest klub parlamentarny kandydującego komitetu wyborczego. Oglądany potem w Sejmie i Senacie i też często omawiany w mediach.

Film znika zwykle z kin po roku eksploatacji. Klub parlamentarny ma dłuższy, bo czteroletni okres emisji.

Bywa, że produkcja filmu zostaje przerwana i trud ekipy idzie do przysłowiowego piachu. Bywa, że lista wyborczy nie przekracza progu wyborczego i kandydujący do parlamentuj tracą szansę na emisję.
Bywa też, że ambitnie zakrojony na pełnometrażowy projekt filmowy, w trakcie realizacji kończy się formą krótkometrażową.
Podobnie w polityce. Zakrojony na duży klub parlamentarny projekt polityczny może przynieść w efekcie kilkuosobowe poselskie.

I kino i parlament nie istnieją bez publiczności. Fani projektów filmowych głosują swą obecnością w salach kinowych, fani projektów politycznych w lokalach wyborczych.

„Flaczki tygodnia” nieraz pytały redaktora naczelnego „Trybuny”, byłego posła na Sejm RP, uznawanego wtedy za jednego z najbardziej pracowitych i skutecznych posłów, współtwórcę ustawy o kinematografii, czyli Piotra Gadzinowskiego, o warunki sukcesu listy wyborczej i jej klubu parlamentarnego.

I wtedy „Flaczki” zawsze słyszały receptę Wajdy. Bo każda ekipa filmowa ma scenariusz przyszłego filmu, a komitet wyborczy swój program. Oba mogą być od początku solidnie napisane i skończone. Czasem mogą być jedynie pomysłem na realizację filmową lub polityczną. Zmienianą w trakcie realizacji, dostosowywaną do falującej rzeczywistości.
Często odejście od pierwotnego scenariusza kończy się klapą filmu. Podobnie jak nierealizowanie złożonych w trakcie kampanii obietnic wyborczych przez klub parlamentarny.

Każdy film ma swojego reżysera. Każda partia swojego lidera. Każda publika, i filmowa i polityczna, lubi w nich widzieć swego „charyzmatycznego” wodza.

Nie ma precyzyjnej definicji „charyzmatyczności”. Ową „charyzmę”, podobnie jak piegi, albo się genetycznie ma, albo się nie ma.
Czasem „charyzma” wyskakuje na bladym wizerunku reżysera albo lidera politycznego w czasie ich działalności. Czasem owe piegi u reżyserów i liderów dostrzegają jedynie sprzyjające im media. Jeśli media informują o tych piegach często i intensywnie, to w końcu widzowie i wyborcy też mają podobne zwidy.

Jednak w ostatecznym rozrachunku to nie charyzmatyczne piegi są najistotniejsze. Zawsze o prawdziwym sukcesie branżach filmowych i politycznych decyduje obsada.

Ważne są oczywiście role pierwszoplanowe. Widzowi chodzą do kina aby zobaczyć swe gwiazdy. Wyborcy, zwłaszcza polscy, też kochają polityków, których od dawna znają.
Gwiazdą kampanii do Parlamentu Europejskiego okazała się pani poseł Beata Szydło. Królowa małopolskich serc. Krytycy odnotowali sukces Bartosza Arłukowicza, reprezentującego średnie pokolenie aktora sceny politycznej. I ku ich zdumieniu powrót starych mistrzów, premierów Belki, Cimoszewicza i Millera.
W przypadku premierów sprawdziła się zasada, że dawny gwiazdor, powracający po okresie nieobecności w filmie i polityce, może liczyć na renesans sympatii swego dawnego elektoratu.

Nie ma sukcesu filmu i listy wyborczej bez efektownych debiutantów. Widzowie- wyborcy lubią znanych sobie aktorów scen, ale w każdym sezonie jednocześnie tęsknią za zmianą. Za nowymi, najlepiej młodymi twarzami.
Dlatego w dobrym filmie musi być w głównej obsadzie aktorka lub aktor debiutujący. Nowość. Podobnie na liście wyborczej muszą być nowe, wielce obiecujące twarze.
Niektórzy z nich karierę swą zakończą na efektownym debiucie. Ale widzowie i obserwatorzy polityki lubią, czasem sadystycznie nieco, śledzić kariery gwiazd, które nagle rozbłysły i zaraz potem szybko zgasły.

Niezwykle istotni, a może najważniejsi, w obsadzie filmowej i klubach parlamentarnych są aktorzy drugiego planu. Rzadko dostrzegani w mediach, rzadko zapraszani do nich, ale ciężko pracujący na planie filmowym i w parlamencie. Gwiazdy co prawda strzelają bramki, ale ktoś wpierw musi im piłkę podać.

Dlatego „Flaczki” podpowiadają liderom SLD receptę Wajdy. Kiedy będą ustalać kandydatów SLD na listy wyborcze, czyli skład przyszłego klubu parlamentarnego lewicy, niech uczynią to roztropnie. Zadbają o gwiazdy, wyszukają debiutantów. Ale przede wszystkim niech pamiętają o jakości drugiego planu. Widzowie i wyborcy lubią postacie charakterystyczne. Czyli z te charakterem.

Bigos tygodniowy

W aferze Srebrnej pojawił się wątek jak z sarmackiej komedii: postać chciwego plebana. My tu, nad Wisłą, żarłoczną chciwość kleru dobrze znamy, nie od dziś, wiemy że to jego kardynalna cecha, ale dla Austriaka doświadczenie tego na własnej kieszeni, to musiało być doświadczenie nie lada. Nawiasem mówiąc, chciwy pleban (już ex-pleban) gdzieś się ulotnił. A poza tym, jak stwierdził w prokuraturze Austriak, oberszef całego srebrnego interesu, prezes PiS osobiście trzymał w ręku kopertę z łapówą dla plebana. Bez przesłuchania prezesa się nie może się obejść. Tym bardziej jeśli prawdą jest, że Birgfellnera nakłaniano w prokuraturze do odwołania tego zeznania. Pytanie tylko, czy do przesłuchania dojdzie w tej kadencji.

Mecenas Jacek Dubois reprezentujący Geralda Birgfellnera, feralnego powinowatego Jarosława Kaczyńskiego i niedoszłego budowniczego srebrnych wież powiedział, że przeraził go fakt, iż wkrótce po tym, gdy złożył w prokuraturze zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa oszustwa przez prezesa PiS, „na Nowogródzkiej odbywa się spotkanie, na które przyjeżdżają wszystkie najważniejsze osoby w państwie. Do osoby potencjalnie podejrzanej stawiają się osoby z administracji państwowej, które wspólnie przygotowują stanowisko w tej sprawie”. Sugestywnie to mecenas ujął. Toż to scena jakby rodem z „Ojca chrzestnego IV. Epizod warszawski”. Szkoda, że Marlon Brando już by tego nie zagrał.

Mecenas Dubois powiedział po przesłuchaniach Birgfellnera w prokuraturze: „Byliśmy przekonani, że nie toczy się postępowanie w sprawie, tylko postępowanie, które ma na celu działanie na rzecz partii politycznej i które ma ustalić, jakie są plany i zagrożenia ze strony naszego klienta”. To o sposobie prowadzenia przesłuchania przez prokurator Renatę Śpiewak, która odmówiła też pełnomocnikowi Birgfellnera zapewnienia, że protokoły przesłuchania nie zostaną przekazane prokuratorowi generalnemu.

Podobno wiceprezydent USA Mike Pence, który w zeszłym tygodniu nawiedził Polskę, z obcymi kobietami nigdy nie rozmawia na osobności, nigdy w cztery oczy, a jedynie w obecności osoby trzeciej. Motywuje go imperatyw cnoty chrześcijańskiej. Mike Pence jest cnotliwym chrześcijaninem, a zarazem chrześcijańskim realistą, który ostrożnie nie do końca ufa źródłom swej cnoty. A może to nie aż tak, a tylko lekcja Billa Clintona i Moniki Lewinsky?

Pal jednak licho Pence’a. Prawdziwe nieszczęście to nowa odsłona, niemal równo po roku, zimnej wojny nacjonalizmów polskiego i izraelskiego. Zbyt to skomplikowana i drażliwa materia by zwekslować ją w kilku zdaniach. Jednego można być pewnym: ta wojna nie skończy się dopóki PiS nie utraci władzy.

„Doceniamy również wagę rozwiązywania nierozstrzygniętych kwestii z przeszłości i wzywam/namawiam moich polskich kolegów, aby poczynili postępy w zakresie kompleksowego ustawodawstwa dotyczącego restytucji mienia prywatnego dla osób, które utraciły nieruchomości w dobie Holocaustu” – powiedział w Polsce drugi Mike, czyli sekretarz stanu USA Mike Pompeo. Tak to jest, gdy się nadgorliwie nastawia tylnej części państwowego ciała, jak rząd PiS robiąc nieszczęsną konferencje bliskowschodnią.

Sojusz Lewicy Demokratycznej przystąpił do Koalicji Europejskiej na majowe wybory do Parlamentu Europejskiego. Wszystko na to wskazuje, że słusznie…

Leszek Miller wyznał, że już niedługo po wysunięciu Ogórkowej na SLD-owską kandydatkę do prezydentury, miał jej dość powyżej uszu i ledwo się powstrzymał od posłania jej do diabla. Nigdy więcej ogórkopodobnych na lewicy.

Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar przypomniał, że jest za zniesieniem art. 212 kodeksu karnego, na mocy którego na grzywnę skazany został dziennikarz tygodnika „Sieci” i portalu w polityce.pl Wojciech Biedroń. Szanowny Panie Rzeczniku, jesteśmy „za” pod warunkiem, że jednocześnie podejmie Pan działania w celu zniesienia artykułu 196 kk, przewidującego represje za „naruszanie uczuć religijnych”.

„Kłamstwo organizowane przez władzę za publiczne pieniądze to perfidna i groźna forma przemocy, której ofiarami jesteśmy wszyscy. I wszyscy powinni solidarnie, w ramach prawa, przeciw temu kłamstwu protestować” – te słowa warto ponownie przypomnieć po tym, jak bezprawnie ujawnione przez TVPiS wizerunki osób protestujących pod jej siedzibą wywołały falę hejtu i szykan w stosunku do nich. Dwie z nich nawet wyrzucono z pracy. TVPiS jest szkodliwa nie tylko przez przekaz, ale i skutki uboczne.

Klerykałowie wrzeszczą, że umieszczenie lekcji religii w szkole na pierwszej i na ostatniej pozycji cyklu lekcyjnego, to walka z religią i Kościołem. Oni niedługo uznają, że brak krzyży na dachach szaletów publicznych, to też walka z religią.

„Wiem, że jeśli w tym roku w wyborach wygra „opcja proeuropejska”, to Polska jaka znamy, zniknie w ciągu jednego pokolenia” – napisał w sakiewiczowej „Gazecie Polskiej” Robert Tekieli. I daj Panie Boże. Im mniej takiej Polski w Polsce, tym lepiej dla wszystkich, w pierwszym rzędzie dla Polaków.

Przy okazji pochówku (z hałasem) „kryształowego człowieka” i „wielkiego autorytetu” Jana Olszewskiego wydało się, że ten „szlachetny, szanujący każdego człowieka” pogardliwie zwykł określać swoich przeciwników jako „małpy”. Chciałoby się rzec: dżentelmen odchodzi popuszczając wokoło.

A afera Srebrnej sączy się, sączy, sączy… Stosunki na ulicy Srebrnej i stosunki jerozolimskie, to dwa najgłówniejsze stosunki uprawiane dziś w polityce w Polsce.

Bigos tygodniowy

Prezes przemówił po raz pierwszy od ujawnienia afery KNF czyli od 13 listopada. Milczał co prawda sporo wcześniej, ale po 13 listopada milczał – by tak rzec – na temat. Prezes przemówił na spędzie klubu PiS w Jachrance i zapewniał, że nie jest prawdą, iż PiS jest partią jak inne. Było to przemówienie bardzo defensywne i pozbawione zwykłych u prezesa akcentów triumfalistycznych i imperialistycznych. Prezes zabawił się też w mentora intelektualnego swoich posłów. Antyaborcyjnym ultrasom naciskającym, przy poparciu biskupszczyzny, na zaostrzenie zakazu aborcji, zalecił lekturę „Etyki odpowiedzialności” Maxa Webera, z której mają wywieść naukę, że rozsądek i odpowiedzialność muszą czasem wziąć górę nad pobudkami moralnymi i ideologicznymi, w imię wyższych celów. Chodzi oczywiście o odpowiedzialność za utrzymanie władzy.

 

***

Niegdyś prawicowy publicysta, a dziś naukowiec i ceniony analityk polityczny z Nowego Sącza Rafał Matyja twierdzi, że afera KNF nieuchronnie rozwinie się jak kula śniegowa, która będzie nabierała masy i strąci PiS z głównego szlaku. Matyja przypomniał, że po wybuchu afery Rywina SLD miał przez pewien czas nawet wzrost notowań, a potem poszło, jak poszło.

 

***

Pisowskiej psychoprawicy marzy się, by jej idol Donald Trump stosował wobec jej obecnych rządów starą zasadę Jankesów: „To skurwysyn, ale to nasz skurwysyn”, więc list Georgette, ambasadorki amerykańskiej w Warszawie, do Młodego Morawieckiego bardzo jej się (psychoprawicy) nie spodobał („kogo nam pan tu przysłał, panie prezydencie?”). Jednak amerykański modus społeczno-polityczny, nawet pod rządami Trumpa, jest jednak tradycyjnie oparty na skrupulatnym szacunku dla wolności mediów czyli wolności słowa. To jest taka jankeska mania. Oczywiście, nie miejmy złudzeń, interes finansowy Discovery odgrywa bardzo ważną rolę w obronie TVN, ale najważniejszy jest efekt chłodzący zapędy PiS w kierunku ograniczania wolności mediów.

 

***

Duda Andrzej z Krakowa, z papierów prezydent RP, został na falach Polskiego Radia Rzeszów nazwany figurantem. Szefostwo stacji zawiesiło dziennikarkę prowadzącą audycję, ale prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania o znieważenie głowy państwa. To pisowska prokuratura i ona najlepiej wie, kto jest figurantem, a kto naprawdę rządzi, dlatego zachowała się realistycznie. Tymczasem figurant znów popisał się kabotyństwem i ogłosił, że „dopóki on jest prezydentem, nie pozwoli zamordować polskiego górnictwa węglowego”. Zapomniał biedak w swoim znanym samodurnym samoupojeniu własną mową, że nawet dwie kadencje prezydenckie są krótsze od pragenealogii węgla.

 

***

Czynię wyłom w swojej generalnie krytycznej postawie wobec zamiarów i poczynań PiS, ale raz zdarza mi się wyjątek. Otóż tak jak PiS jestem za odbudowaniem Pałacu Saskiego w Warszawie. Tyle tylko, że zanim przystąpi się od zbudowania tego pałacu na nowo, powinno się odrestaurować Pałac Błękitny u zbiegu Senatorskiej i placu Bankowego. Znajduje się on od lat w stanie opłakanym, a to prawdziwy, historyczny, piękny pałac. Byłoby paradne wznoszenie staro-nowej budowli przy jednoczesnym pozostawieniu na pastwę zniszczenia, położonego zupełnie niedaleko, prawdziwego zabytku.

 

***

Alleluja, alleluja, alleluja. Nie, to jeszcze nie Wielkanoc, ale już raduje się serce moje. Diecezja warszawska ogłosiła statystyki, z których wynika, że najmniej wiernych uczestniczących w mszach zaliczają kościoły warszawskiego Grochowa (dla czytelników zamiejscowych: to część dzielnicy Praga). Otóż do kościoła Nawrócenia Świętego Pawła Apostoła przy ulicy Kobielskiej na msze uczęszcza 12 procent parafian. Podobnie jest w kościele Matki Boskiej Loretańskiej przy Ratuszowej, nieopodal ZOO, który stoi na Pradze, ale już nie na Grochowie. A że Warszawa jest najbardziej zsekularyzowanym i odmszonym (nie mylić z „odwszonym”) miastem w Polsce, więc konkurencja tu wygrana oznacza, że Grochów jest krajowym czempionem polskiej laicyzacji. To największe dokonanie Grochowa od czasu bitwy pod Olszynką Grochowską w 1831 roku.

 

***

PiS-media milczą jak zaklęte w sprawie charyzmatycznego kapelana Solidarności, księdza prałata Henryka Jankowskiego z Gdańska, odnośnie którego pojawiły się informacje w poważnym tytule prasowym, że miał skłonności pedofilskie czytaj: krzywdził dzieci. Ani słowa o tym w wiadomościach i innych programach publicystycznych. Ani dudu o tym u Holeckiej w „Wiadomościach”, u Rachonia, u Karnowskich, u Klarenbacha, u Adamczyka, u Ogórkowej i Łęskiego et consortes. Oni naprawdę myślą, że w dobie internetu można to przykryć? Tymczasem dłonie księdza prałata od świętej Brygidy na jego pomniku pomalowano na czerwono, bratając go w ten sposób z „Żelaznym Feliksem”. Tymczasem Ojciec Inwestor z Torunia inspiruje podobno partię klerykalną na prawo od PiS. Czy jednym z postulatów będzie prawo do krzywdzenia przez kler w różnych formach polskich dzieci?

 

***

Sąd Administracyjny nakazał przywrócenie dawnych nazw warszawskim ulicom i alejom „zdekomunizowanym” przez PiS. I tak aleja Lecha Kaczyńskiego odzyska dawną nazwę Armii Ludowej i tak dalej. Niestety, nie obejmuje to alei Jana Pawła II, który już dawno zastąpił poprzedniego patrona Juliana Marchlewskiego. Ja bym wolał aleje Marchlewskiego niż JP2, bo większym szacunkiem darzę Marchlewskiego niż Wojtyłę.

 

***

Za haniebne potraktowanie Wojciecha Kwaśniaka, byłego wiceszefa KNF, omal nie zatłuczonego przez bandytów od SKOK Wołomin, Ziobro powinien usmażyć się w piekle. A ponieważ piekło w zaświatach niestety nie istnieje, więc marzy mi się dożyć ujrzenia scenki przedstawiającej wyprowadzanie Ziobry od żonki, o 6 rano, z łbem zakrytym kapturem. A tak, na marginesie: czy nazwisko senatora Biereckiego z PiS pochodzi od słowa: „bierę”? I czy, jak stwierdził znany dziennikarz, obecna władza to „państwo mafijne, grupa ludzi wybitnie zdemoralizowanych, to jest gang”? Moim zdaniem nic dodać, nic ująć.

 

***

Diabli mi nadali tę podróż do Paryża na obchody 11 Listopada. Chciałem zobaczyć piękną defiladę na Polach Elizejskich, ale Macron mi ją zdmuchnął sprzed nosa, gdy już nabyłem bilety lotnicze. A mogłem tam pojechać kilka tygodni później czyli teraz i wziąć udział w nowej „rewolucji francuskiej” , wziąć w ryj od francuskiej policji i wpisać to sobie do CV. Nie jestem jednak duchem świętym i nie mogłem przewidzieć biegu wypadków.

 

***

Jerzy Urban, redaktor naczelny tygodnika „Nie” ma zapłacić 120 tysięcy złotych grzywny za „obrazę uczuć religijnych” poprzez znieważenie Jezusa Chrystusa. Ej tam, czy ktoś może mnie poinformować, kto to jest Jezus Chrystus?

Bigos tygodniowy

Zwłoki Zbigniewa Ziobry. Chodzi o słynne trzy dziwne zwłoki po stronie tak dynamicznej i szybszej od wiatru w ściganiu koszulek z napisem „konstytucja” prokuratury pana Zbyszka. Po pierwsze, mimo złożenia 7 listopada o godz. 8.34 przez mecenasa Giertycha, pełnomocnika Leszka Czarneckiego, doniesienia w prokuraturze dotyczącego propozycji korupcyjnej szefa KNF, urząd ten zajął się sprawą dopiero 13 listopada. Po drugie, ów słynny wyścig Singapur-siedziba KNF w Warszawie między Markiem Chrzanowskim od szumideł, startującym z drugiej półkuli i funkcjonariuszami startującymi z ulicy odległej o silny rzut beretem, został przez funkcjonariuszy przegrany, mimo zdecydowanych forów, jakie mieli w punkcie wyjścia, właśnie z powodu braku polecenia ze strony pana Zbyszka. Zdymisjonowany już Chrzanowski nie tylko dotarł na miejsce jako pierwszy, ustanawiając rekord świata na sto lat co najmniej, ale zdążył jeszcze pobyć w swoim gabinecie około dwóch godzin. Różnie ludzie mówią o tym, co on tam robił. Mnie przychodzi do głowy choćby o takie małe zetknięcie ognika zapalniczki z małą karteczką z zapisanym na niej małym procentem od wielkiej kwoty. A tymczasem w Sejmie PiS zrealizowało plan Zdzisława, czyli ustawę pozwalającą przejmować banki za małą złotówkę. Trzecia zwłoka Ziobry dotyczy postępowania w sprawie nazistów, którzy rok temu w Katowicach powiesili na szubienicach wizerunki grona eurodputowanych. Rok temu. Sprawcy jak na patelni, jak na wspólnym zdjęciu pamiątkowym, przestępstwo oczywiste, ale prokuratura Ziobry jakoś dziwnie nie może się z tym uporać. Natomiast do domu dziennikarza TVN z wcieleniowego reportażu o urodzinach Hitlera weszli w try miga.

 

***

Wycofanie czyli stosunek przerwany. Władza PiS (czyli znów także pan Zbyszek, który ma nie za dobry okres) skończyła brutalny w przebiegu stosunek z instytucjami UE tzw. wycofaniem. Wycofała się mianowicie rakiem z części deformy wymiaru sprawiedliwości, czyli z części ustawy o Sądzie Najwyższym. To była – uwaga – tylko metafora! – jak wycofanie się armii niemieckiej po klęsce pod Stalingradem. Jak finisz „silnych, zwartych, gotowych” w 1939. Przyczyna była tylko jedna. Przelękli się, że opór przed wyrokiem TSUE będzie dla nich politycznie, a w dalszej konsekwencji także finansowo, tak kosztowny, że nie dadzą rady. Uznali, że dalsze przeginanie unijnej pały, może być ryzykowne ponad miarę. Żeby osłabić wrażenie swojej klęski i dla zmniejszenia uczucia upokorzenia wybrali ubranie tego wycofania się w kostium ustawowy. Że to niby wynik ich własnej, suwerennej, niczym nieprzymuszonej woli. Rysio Misio Czarnecki powiedział nawet, że to kolejny sukces władzy. A juści! W tej radości z rejterady PiS należy jednak zachować umiar, bo Izba Dyscyplinarna oraz ta, która zatwierdza wybory pozostaje w ręku PiS, tudzież KRS i TK.

 

***

„Po co nam to było”. Tytuł piosenki sprzed pół wieku, śpiewanej przez Joannę Rawik, robi ostatnio niejaką karierę. Przy tej okazji zapachniało mi młodością najbardziej wtedy, gdy usłyszałem recytatyw (nie zdecydował się na zanucenie) w wykonaniu senatora Marka Borowskiego z trybuny senackiej. Inni też cytują

 

***

IPN, posługując się wojskiem jak hetką pętelką czy najemnymi tragarzami, usunął w Zgorzelcu tablicę upamiętniającą ofiary wojny domowej w Grecji. Tablicę ufundowali już po 1989 roku przedstawiciele mniejszości greckiej w Polsce. Ipeeniory uznały ją za co prawda narodową (grecką) w formie, ale „komunistyczną” w treści, choć ani jeden przecinek w napisie nie dawał podstaw do takiego wniosku. W Polsce nie od dziś ma miejsce zjawisko, które nigdzie w Europie nie występuje w tak drastycznej formie: już nawet nie jaskiniowego antykomunizmu, ale jaskiniowej, oszalałej, bezrozumnej antylewicowości.

 

***

Milczenie prezesa. Prezes PiS stawił się w Gdańsku na procesie, który wytoczył Lechowi Wałęsie o obrazę i bywał momentami nawet filuterny, z uśmiechem w korytarzowych przemówkach z procesowym adwersarzem. Konsekwentnie milczy natomiast w sprawie afery KNF. Obstawiam taki wariant: uznał, względnie mu doradzili, żeby sprawę przemilczać póki się da, w nadziei, że jest to tylko ogarek, który szybko zgaśnie, a nie wielka gromnica, która przewracając się, podpali chudobę.

 

***

Dobra wiadomość z warszawskiego Ratusza. Rafał Trzaskowski nie zwrócił się do Boga o pomoc podczas składania prezydenckiej przysięgi. Zapewne zgodnie z zasadą: umiesz liczyć, licz na siebie.

 

***

W sprawie penisa prokuratura pana Zbyszka działa natomiast prężnie i bez zwłoki. W Olsztynie zajęła się galerią artystyczną, w której penis miał znieważyć uczucia religijne. Jak penis może obrażać uczucia religijne, gdy jest współnarzędziem Stwórcy w dziele poczynania życia poczętego?

 

***

Według badania sondażowni i to rządowego CBOS, 35 procent ankietowanych jest za obecnym poziomem integracji Europy, aż 33 za pogłębieniem integracji, 14 za wzmocnieniem narodowego charakteru państw, a tylko 4 procent za polexitem. Nic więc dziwnego, że prezes pogroził palcem posłance Siarkowskiej schodzącej z trybuny sejmowej po antyeuropejskim wystąpieniu.

 

***

Rzeczniczka PiS Beata Mazurek zbeształa 77 posłów, w większości z PiS, którzy wystąpili z listem do Julii Przyłębskiej, aby dalej nie zwlekała i pilnie zajęła się tzw. aborcją eugeniczną, czytaj: doprowadziła do wyroku, który by ją zdelegalizował. Nawiasem mówiąc, to jedno z kilku działań antyaborcyjnych fanatyków zmierzających do obejścia sposobem obecnej ustawy, też przecież restrykcyjnej. Inny myk polega na rozszerzaniu tzw. klauzuli sumienia na kolejne medyczne grupy zawodowe. Tymczasem Mazurek list określiła jako „niedopuszczalny nacisk na TK”. I już Julia wie co robić, nawet dzwonić do prezesa nie musi. A tak swoją drogą, to męczenie sprawy aborcyjnej wbrew wyraźnej woli prezesa ma co najmniej cechy wewnątrzpartyjnej niesubordynacji i prób rzucania prezesowi kłód pod nogi.

 

***

Sędziowie Sądu Apelacyjnego w Gdańsku znaleźli sposób na pohamowanie działań pana Zbyszka. Tamtejsze Zgromadzenie Przedstawicieli Sędziów odmawia, do czasu wyroku TSUE w sprawie pytań prejudycjalnych, opiniowania kandydatur na sędziów, co jest wymogiem przed przedłożeniem tychże Krajowej Radzie Sądownictwa. Ministerstwo Sprawiedliwości w osobie Łukasza Piebiaka unosi się oburzeniem i grozi konsekwencjami. Jeśli w ślad za apelacją gdańską pójdą inne apelacje w kraju, to nabór kadrowy pana Zbyszka na stanowiska sędziowskie zostanie zahamowany, a co najmniej przyhamowany. Może to zmusić to PiS to kolejnej zmiany ustawowej i chwilowe zawieszenie broni PiS z UE okaże się naprawdę chwilowe. A zatem: „Trwaj chwilo. Jesteś piękna”.

 

***

Czy to należy rozumieć jako przerwanie milczenia prezesa? Może wyraził się na migi? W każdym razie wczoraj nad ranem Warszawie CBA zatrzymało człowieka o najwyższych standardach etycznych i patriotycznych (tak o nim mówił prezes NBP), byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego.

Bez żadnego trybu

– czyli sztos przedwakacyjny

 

Już się wydawało, że PiS zakończy sezon polityczny niezmąconym zwycięstwem w postaci ostatecznego zmajoryzowania Sądu najwyższego, co zdawał się potwierdzać ekspresowy po nią podpis złożony przez PAD.
Już posłowie rozjechali się na wakacje, gdy jak grom jasnego nieba popsuło ten stan przyjemności orzeczenie Sądu Najwyższego, zawieszające działanie owych ustaw i skierowanie sprawy do Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu.
I choć powstało wrażenie, że – jak mawiał Franc Fiszer – „cały pogrzeb na nic”, to rozglądałem się niespokojnie, czy Prezes Polski nie wścieknie się „do imentu” i bez żadnego trybu nie odwoła parlamentarzystów z wakacji, zarządzi na Nowogrodzkiej jeszcze jedno posiedzenie Sejmu z powodu zaistnienia okoliczności nadzwyczajnych, „pożarowych”. By wprowadzić kolejną zmianę w ustawach o SN. Mało to jest prawdopodobne, bo oznaczałoby ciężką, kosztowną i nerwową operację logistyczną a przy tym aferę polityczną na cztery fajerki, ale na podobieństwo pobitego kiedyś na jakiejś ulicy neurotyka, który po wielu latach nie może przejść nią bez bicia serca, ciągle wydaje mi się, że prezes byłby w stanie to zarządzić. Chyba jednak uznał, że nie będzie robił zamieszania.

 

Kopniak przed odjazdem

Natomiast co do SN, to ktoś dobrze pomyślał, żeby zrobić coś, co przypomina sytuację, w której jegomość dostaje kopa w tyłek, gdy wchodzi do pociągu lub samolotu, z bagażem i zarezerwowanym miejscem pobytu. Nijak wtedy się wycofać, by kopa oddać, by się odwinąć, bo wtedy wszystkie plany na nic – pociąg odjedzie, samolot odleci, forsa stracona. „Jenot” Tarczyński pewnie by jeszcze wyskoczył na dany znak z luksusowej pływalni, odłożywszy etolę i odstawiwszy kieliszek szampana, ale co miałby zrobić biedny parlamentarzysta plażujący już na Majorce? Trzeba więc upokorzenie znieść i lecieć lub jechać, choć tyłek boli, a lekki kociokwik dokucza. Ktoś, kto tak szachowo przemyślał ten ruch w SN, bo nie chce mi się wierzyć, że było to przypadkowe, ma mój szacun za łebskość i przemyślność. I nie jestem pewien, czy chodzi tu o molierowską „przemyślność kobiety niewiernej”. Rzecz jasna, wypoczęte i nabuzowane wolą zemsty PiS po wakacjach zechce się zrewanżować, ale półtoramiesięczna zwłoka nie będzie bez znaczenia. Rzecz się nieco „jak figa ucukruje, jak tytuń uleży”, i to nie tylko w Warszawie, ale i w Luksemburgu. Orzeczenie SN pożyje trochę własnym życiem, z lekka okrzepnie. Okoliczność ta znaczenia rozstrzygającego mieć nie będzie, ale pewien potencjał dla SN i opozycji w tym jest. Teraz odkręcanie czegoś, co znalazło się już Luksemburgu będzie znacznie trudniejsze logistycznie, taktycznie i strategicznie. W tej sytuacji cały ciężar dania odporu spadł na propagandę PiS (Ziemkiewicz, Karnowscy, Adrian – nomen omen – Stanowski i inni) oraz na jednoosobowe głosy PAD oraz „agenta Muszyńskiego” i „magister Przyłębskiej”, jak zwykł określać te figury profesor Wojciech Sadurski. PAD wydał dychawiczny komunikat chyba już z Helu, „agent Muszyński” popisał się komentarzem knajackim, a „magister Przyłębska”, choć ma do dyspozycji tzw. Trybunał Konstytucyjny, wypowiedziała się jednoosobowo, co może jest wskazówką, że można by się obejść bez pozostałych sędziów i na przyszłość. Byłoby sprawniej i przede wszystkim taniej. Piękny pałacyk Trybunału przy Alei Szucha można by przeznaczyć na rzecz jakiejś organizacji pożytku publicznego albo n.p. na teatr, a „magister Przyłębskiej” przydzielić jakiś pokój na mieście. Reasumując: ten wyraźnie zaskakujący dla władzy i jej propagandy przedwakacyjny sztos ze strony SN, nie był dla niej przyjemny, jak to czasem ze sztosem bywa. Nie był to też życzliwy kopniak przedegzaminacyjny „na szczęście”.

 

Forsa wszystko wprawia w ruch

Sytuacja ta nie jest dla obozu władzy tragiczna, ale – nie da się ukryć – kłopotliwa, tym bardziej, że gdy przystąpi do dzieła „odkręcania”, w połowie września, może się właśnie zacząć fala protestów branżowych. Nie kto inny, jak Maria Ochman, szefowa „Solidarności” służby zdrowia, niemal wieszczy ( a nawet zachęca) kolejne grupy zawodów medycznych do pójścia w ślady pielęgniarek. Już są zapowiedziane protesty nauczycielskie, a i w szeregach policji też coś fermentuje, nie mówiąc już o zapowiedzianych procesach rolników. Nie na darmo zabłysła gwiazdka Michała Kołodziejczaka i jego Unii Wrzywno-Ziemniaczanej. „Solidarność” Dudy Piotra jest bowiem niby stronnikiem rządu, ale jako – trudno i darmo – ruch związkowy, nie może zupełnie nie brać pod uwagę nastrojów i aspiracji płacowych świecie pracy. Tym bardziej, że propaganda władzy z TVPiS na czele, po ochłonięciu z protestów osób niepełnosprawnych, znów dmie w trąbkę znakomitej sytuacji w finansach państwa, znów pokazują w „Wiadomościach” Holeckiej-Adamczyka-Ziemca przewalające się paczki banknotów, jak w dawnych filmach kryminalnych. A skoro pokazują stosy forsy, to ktoś się o nią znów upomni, tym bardziej, że rozpocznie się ostatni rok przed wyborami 2019. W tej sytuacji niechybna pisowska operacja zacierania skutków orzeczenia SN, utrudniona z wyżej wyłożonych przyczyn, może odbywać się przy akompaniamencie protestów lub przygotowań do nich.

 

Ścibor-Rylski bez gwizdów

A było już tak całkiem przyjemnie, mimo zatrzymanego przez Ratusz warszawski pochodu „narodowców”, który jest nie tylko bezczelną uzurpacją neofaszystowską, ale i fałszem historycznym. Można różnie komentować powstanie warszawskie 1944, ale jego koloryt ideowy, społeczny i psychologiczny był o sto lat świetlnych odległy od ducha ONR-owsiego czy NSZ-owskiego. Była to klasyczna tyrtejsko- straceńcza, nieco nawet łobuzerska w duchu i z akcentami delikatnego anarchizmu ludowego operacja polska i z antypatycznym ordnungiem oraz ponurą, agresywną energią podgolonych karków nie miała nic wspólnego. Natomiast pisowska, nałogowa skłonność do kłamstwa, przemilczenia i manipulacji wyraziła się m.in. w komunikatach po śmierci prezesa Związku Powstańców Warszawskich generała Zbigniewa Ścibor-Rylskiego. Wspomniano o różnych jego zasługach, ale nie padło ani słówko o tym, jak przez kilka lat, pisowsko-prawolska tłuszcza wygwizdywała go, gdy przemawiał 1 sierpnia na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. W tym samym czasie narodziła się nowa świecka tradycja ubierania w koszulki z napisem „konstytucja” rozmaitych pisowskich pomników, w tym pomników Lecha Kaczyńskiego. I o ile gorliwe ściganie za malunki na ścianach biur pisowskich parlamentarzystów da się jakoś – słabo – uzasadnić z paragrafu o dewastację mienia, to już w przypadku przebieranek tekstylnych z niewinnym słowem „konstytucja”, gorliwość szefa MSW Brudzińskiego jest godna lepszej sprawy. Tego nie da się nie obronić w żadnym sądzie, może nawet w Suwałkach. Ale PiS pod tym względem rzeczywiście nieco przypomina szkolny segment władzy ludowej z czasów „Wiesława”, gdy z niezrozumiałą gorliwością ścigano uczniów za noszenie długich włosów. Za Edwarda Gierka najsłuszniej odpuszczono ten idiotyzm i na niejednym zdjęciu z jego spotkań z aktywem ZSMP widać mniej czy bardziej długowłosych działaczy, z Aleksandrem Kwaśniewskim na czele.

 

Oto słowo biskupa z Gliwic

Do tego pewien zamęt w szeregach pisowskich wywołały sprzeczne interpretacje co do ewentualnych skutków zmiany ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Przyjęta jako sposób na przyrost mandatów dla PiS może zmusić opozycję do wspólnych list i działań scalających i spodziewane pożytki mogą obrócić się się pyrrusowe zwycięstwo. Przychylny PiS-owi poseł Kukiz ’15 Tomasz Rzymkowski stwierdził wręcz, że „PiS strzelił sobie w stopę”. Uratować rzecz może teraz tylko PAD, ale ten wróciwszy do przedsionka Adriana już się chyba na to nie zdobędzie, acz na elektoracie Kukiza ’15 mu zależy. Chyba, że poszedłszy po rozum do głowy, Prezes Polski sam mu tego nie zaleci. W tej sytuacji mnożących się kłopotów hierarchia Kościoła kat. zaczyna tu i ówdzie cieniować zachowania. Po prymasie Polaku, po arcybiskupie Gądeckim, po emerycie Pieronku i po którymś tam jeszcze, odezwał się ostatnio biskup Jan Kopiec z Gliwic, który dość ostro „pojechał” (bez nazw i nazwisk) po władzy. Nie wierzę w operacyjne rozpisywanie w hierarchii episkopalnej ról „dobrego” i „złego” policjanta, dzielenia się z rozmysłem na „demokratów” i „zamordystów”, „progresywistów” i „konserwatystów”, ale wierzę, że taki podział ról w instytucji tak doświadczonej jak Kościół kat. dokonuje się bez dyrektyw, bez słów i zawoalowanych sugestii – dokonuje się niejako instynktownie, zgodnie z duchem odwiecznej strategii służącej „nadrzędnemu dobru – dobru Kościoła”.

 

Czy nowy polityczny pyton jest tuż za rogiem?

Zaczął się sierpień. W Polsce Ludowej, z wyjątkiem lat 1980 i 1981 był to czas totalnej kanikuły, łącznie z lipcem. Polityka oddalała się za horyzont uwagi. Polityczne programy publicystyczne były zawieszane na długie tygodnie. W latach 1989-2015 aż tak totalnej kanikuły w polityce już nie było, ale dopiero od przedwyborczych wakacji 2015 mamy obecny, nieprzerwany paroksyzm. Większość programów publicystycznych grzeje się w najlepsze, walka trwa. Dlatego nie gwarantuję, że mimo wakacji parlamentarnych, nie wychyli się za chwilę zza rogu chwilę jakiś polityczny pyton, który rozpali temperaturę i tak już tęgo rozpaloną nad naszą Ojczyzną i Europą przez Boga Febusa czyli Słońce.