Ogary poszły w las

Można powiedzieć, że kampania prezydencka ruszyła, tylko lasów jakby mniej. A i przy zbliżaniu się do nich kandydaci powinni zachować ostrożność, zwłaszcza ci, mogący uchodzić za dzika. Niestety naszym myśliwym wszystko się z dzikiem kojarzy.
Wszyscy bawią się w historię albo historia bawi się nami. Nasi Politycy starają się bardzo, by Polska jak najbardziej przypominała te sanacyjną. Co prawda Prezydenta wybierają wszyscy Polacy, to znaczy wszyscy głosujący Polacy, a nie jak przed wojną Parlament. Pardon Zgromadzenie elektorów. Taki model zresztą pierwszemu prezesowi wszystkich prezesów pewnie najbardziej by się podobał. Ale na razie Prezydenta wybierają Polacy. Jak już zauważałem wybierają ci, którzy głosują. Wybierają spośród tych, którzy kandydują.
Co prawda wszyscy pełnoletni Polacy są elektorami, ale wielu zależy, by na zdanie elektorów wpłynąć. Od telewizji publiczno-narodowej i radia począwszy. Choć w sumie radio możemy sobie darować, niedługo prawie nikt go (tego publicznego) nie będzie słuchał, przynajmniej z tych którzy mają telewizję i są w stanie wyjść z domu.
Telewizja narodowa to potęga. Ktoś powiedział, że gdyby w III Rzeszy telewizja był powszechna to Niemcy nigdy by się nie dowiedzieli że przegrali wojnę. Nasza telewizja tez w gruncie rzeczy dba bardziej o to, by telewidzowie za dużo się nie dowiedzieli.
Ciekawe wnioski można wyciągnąć np. z sondażu opinii na temat sporu dotyczącego niezależności sędziów. Okazuje się, że to jaką kto ogląda (najczęściej) telewizję, wpływa na jego opinie nie mniej niż preferencje polityczne jakie posiada.
Spośród elektoratów partii politycznych niemal wszyscy wyborcy opozycji stoją po stronie niezależności sędziów. Tylko wyborcy PiS uważają, że to rząd ma rację i to w stosunku 45% do 20%. Co ciekawe podobnie jest wśród tych, którzy twierdzą, że nie brali udziału w wyborach – 42 do 30.
Natomiast jeszcze ciekawiej się robi, gdy przyjrzymy się audytoriom programów informacyjnych głównych stacji telewizyjnych. O ile widzowie Wiadomości raczej zdecydowanie wspierają racje rządu (39 proc.), widzowie Faktów TVN i Wydarzeń Polsatu równo tylko w 16 proc. . Różnica jest jedynie w niezdecydowanych oraz popierających racje sędziów odpowiednio 32 i 51 dla widzów TVN oraz 22 i 59 dla widzów Polsatu. Co ciekawe poparcie dla racji sędziów jest istotnie większe wśród widzów Polsatu. Może dlatego, że Polsat jest najbardziej popularny wśród wyborców lewicy a ci z kolei są najbardziej ze wszystkich ugrupowań krytyczni wobec działań PiS.
A co na to Kandydaci ? Robert Biedroń przewodzi w krytyce rządu, co raczej nikogo nie zdziwi. Platforma była ostatnio zajęta sobą ale nowo wybrany lider, Borys Budka zadeklarował, że wszyscy którzy teraz łamią prawo zostaną ukarani (w domyśle politycy PiS). Jak będzie, może się przekonamy, wspomnienia w tej sprawie nie są najlepsze, ponieważ PO odpuściła w 2007 stawianie przed Trybunałem Stanu polityków PiS (z ZEROZERO Ziobrą włącznie) a ostateczny finał spraw karnych dopadł tylko Mariusza Kamińskiego i jego zastępcę w CBA Macieja Wąsika. A w zasadzie nie dopadł, bo przed prawomocnym wyrokiem spłynęła na nich łaska Prezydenta. Po ewentualnym oddaniu władzy przez PiS stanie przed specjalistami od prawa konstytucyjnego ciekawy problem – czy Prezydent może ułaskawić sam siebie, bo idę o zakład, że takie ułaskawienie Andrzej Duda, ze swoim podpisem, nosi ze sobą wszędzie razem z dowodem osobistym.
No cóż. Kandydaci nie ogłosili jeszcze swoich programów ale jeśli ktoś naprawdę chce być PiS spotkała za ich czyny zgodna z prawem sprawiedliwość powinien głosować na kandydata lewicy. Nie ma innego wyjścia.
I tylko on dopuszcza możliwość wypowiedzenia konkordatu. A bez tego nie będzie powrotu Polski do teraźniejszości.

R. S. V. P.

Ku mojemu zdziwieniu, zaczynam mieć z prezesem PiS coraz więcej wspólnego, niźli samo imię. Mieszkamy niedaleko od siebie, to jest raz. Dwa: wczoraj na Górce Szczęśliwieckiej, na nartach, stłukłem sobie boleśnie kolano i dziś kuśtykm tak jak sam prezes albo i gorzej, bo jego kolano też nie domaga. No a trzy: i ja i On wiemy, że prezydent Duda jaki jest, taki jest, ale lojalny to on jest. Względem partii matki.

Wczoraj, na 17 popołudniu, prezydent zawezwał do siebie przedstawicieli opozycji, żeby zapoznać się z ich stanowiskiem odnośnie ustawy kagańcowej i innych ustaw, tyczących się Sądu Najwyższego. Jak mniemam, prezydent czyta gazety i słucha radia, więc z dużą dozą prawdopodobieństwa można zaryzykować twierdzenie, że wie, co na ten temat sądzą politycy Platformy czy Lewicy. Mimo tego, wolał osobiście to od nich usłyszeć, bo może coś źle przeczytał, albo nie wszystko zrozumiał. Przy okazji spotkania poinformowano naród, że pan prezydent chce wsłuchać się w głos opozycji, przed podjęciem ostatecznej decyzji, czy ustawę z Sejmu podpisać, czy zawetować. Tak jakby naród i opozycja w tym narodzie nie czytała gazet i nie słuchała radia, a w nim transmisji przemówień prezydenta z pobytu na Lubelszczyźnie i Ziemi Radomskiej, w których to pan prezydent dość jasno dał do zrozumienia, co sądzi o aktualnym stanie wymiaru sprawiedliwości i jaki ma stosunek do pisowskich reform.

To jednak za mało. Andrzej Duda organizuje miniszopkę z liderami opozycji, żeby pokazać, jak bardzo leży mu na sercu zdanie mniejszości i jak głęboko wsłuchuje się w każdy głos przed podjęciem kluczowych dla kraju decyzji. Doprawdy, dawno nie widziałem w praktyce większego kabotyństwa. Wizyty duszpasterskie księży „po kolędzie” mogą się równać się z prezydencką akcją; wysprzątany dom, stół, krucyfiks, święcona woda, koperta. Pośród stołu rodzina: senior rodu, na co dzień chleje i bije czym popadnie, zastraszone dzieci i matka, której od dawna już wszystko jedno, kiedy spada kolejny cios. Tymczasem, w obliczu wezwania, wszyscy gromadzą się wokół stołu, bo łączy ich siła uświęconej tradycji i osoba w sutannie spozierająca raz to na zegarek, raz to na kopertę.

Mimo tej całej do bólu żenującej fasadowości imprezy u prezydenta, uważam, że dobrze się stało, że opozycja się u niego pojawiła. Nie dlatego, że imprezy u Andrzeja są najlepsze, i każdy na mieście o tym wie. Idzie mi raczej o szacunek dla urzędu, który u nas od lat nie doczekał się odpowiedniego miejsca w historii i pragmatyce politycznej wojny, którą co dzień toczy ze sobą opozycja z koalicją, jak Pan Bóg przykazał. Kto by bowiem prezydentem nie był, nie wybrał się na urząd sam ani żaden abstrakt nie obwołał go głową państwa. Zrobili to ludzie, którzy poszli do urn i oddali głosy. Poszło ich więcej, niż tych, którzy chcieliby widzieć w Pałacu inną osobą i to przez szacunek dla woli ludu i woli większości należy do prezydenta chodzić, jeśli ten o to poprosi. Tak jak w mediach przyjęło się, że na wywiady chodzi się do prezydenta, a nie prezydent szlaja się po redakcjach, tak i w tym przypadku: jak prezydent wzywa, to się do niego idzie, ktokolwiek by nim nie był. Zaciska się zęby i się idzie. Zupełnie inną kwestią jest to, jakie intencje towarzyszą prezydentowi, kiedy zaprasza do siebie na rozmowę tych czy owych. Życzyłbym sobie, żeby prezydent równie ochoczo zapraszał do siebie, czy to opozycję, czy to naukowców, fachowców w danej dziedzinie, na samym początku procesu legislacyjnego, albo w czasie, kiedy dopiero zaczynają się pojawiać wątpliwości co do słuszności proponowanych zapisów prawnych, a nie kiedy mleko się rozlało i jest już dawno po herbacie. Wtedy prezydenckie zaproszenia miałyby jakiś sens i kto wie, może nawet część obywateli uwierzyłaby, że prezydentowi idzie rzeczywiści o zapoznanie się z wielogłosem społeczeństwa i słuchaniem mądrzejszych od siebie.

Z doświadczenia wiem, że na nudnych nasiadówkach służbowych, dobrze mieć ze sobą coś do czytania. Opakowuje się wtedy swoją lekturę własną w skoroszyt, który wnosi się na takie spotkanie. Kiedy nudziarze nawijają makaron na uszy, człowiek otwiera niby to dokumenty i udaje, że coś tam sprawdza albo notuje, a wówczas, spokojnie, przez nikogo nie niepokojony, oddaje się lekturze. Na legalu i bez przypału.

Protesty przeciwko obozom dla uchodźców

Grecki parlament większością głosów wybrał na prezydenta sędzię Katerinę Sakellaropoulou. W tym samym dniu miały miejsce strajki i liczne protesty na wyspach, gdzie zlokalizowane są obozy dla uchodźców.

Grecki parlament po raz pierwszy na prezydenta wybrał kobietę – 63-letnią Katerinę Sakellaropoulou będącą aktualnie prezesem naczelnego sądu administracyjnego.
Obejmie ona urząd w dniu 13 marca, kiedy zakończy się kadencja obecnego prezydenta Prokopisa Pavlopoulosa. Sakellaropoulou nie jest powiązana z żadną partią polityczną co niewątpliwie zapewniło jej bezkonfliktowy wybór. Jej kandydaturę poparła zarówno rządząca prawicowa Nowa Demokracja, jak i lewicowa opozycyjna Syriza. Za jej kandydaturą opowiedziało się 261 spośród 300 deputowanych.
Przemawiając w parlamencie premier Kyriakos Mitsotakis nie krył swojego entuzjazmu mówiąc, iż nowo wybrana prezydent będąc postępową sędzią symbolizuje jedność greckiego narodu a wraz z jej wyborem „nadszedł czas aby Grecja otworzyła się na przyszłość”, cokolwiek miałoby to oznaczać. Również szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen stwierdziła, iż „Grecja wkroczyła w nowa erę równości”. Także zdaniem lidera Syrizy, byłego premiera Aleksisa Tsiprasa, Sakellaropoulou jest doświadczonym sędzią oraz obrońcą praw człowieka. Według niemieckiej Deutsche Welle, reprezentuje ona postępowe poglądy w kwestii walki z dyskryminacją i zmian klimatycznych.
Greccy analitycy uważają, iż nowa prezydent jest osobą koncyliacyjną unikającą konfrontacji, co, jak twierdzi politolożka Stella Ladi, jest szczególnie ważne w przypadku urzędu prezydenta. Grecka konstytucja przyznaje prezydentowi niewiele uprawnień.
Jest on co prawda nominalnym zwierzchnikiem sił zbrojnych z prawem wypowiedzenia wojny, jednak może to uczynić jedynie za zgodą rządu.
W tym czasie, kiedy parlament dokonywał wyboru prezydenta na trzech greckich wyspach – Lesbos, Samos i Chios ich mieszkańcy protestowali przeciwko obecności zbyt dużej, ich zdaniem, liczbie uchodźców. Zamykano sklepy, nie działały usługi publiczne a liczne rzesze ludzi demonstrowały na ulicach powiewając greckimi flagami i skandując „chcemy z powrotem naszych wysp”.
Do protestów przyłączyły się miejscowe władze oraz związki zawodowe. Związkowcy oraz miejscowi samorządowcy domagają się od rządu, aby w trybie pilnym przetransportował uchodźców wgłąb kraju. Wskazują na to, że niektóre obozy są przeludnione i przebywa w nich 10 razy więcej osób niż przewiduje norma. Również burmistrz Wathi, największego miasta na wyspie Samos mówił, iż „nasza wyspa nie może być dłużej miejscem dla zagubionych dusz i cierpiących ludzi”. Gubernatorzy regionów administracyjnych obejmujących wyspy Morza Egejskiego oraz burmistrzowie miast mają zamiar udać się Aten aby swoje postulaty przekazać rządowi.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że prawicowy rząd Mitsotakiasa zapowiedział w październiku 2019, że do końca obecnego roku ma zamiar odesłać z powrotem do Turcji 10 tys. imigrantów.
Ciekawe jak do tego problemu podejdzie koncyliacyjna i czuła na prawa człowieka nowa pani prezydent.

Obiektywizm prezydenta

Wszyscy prezydenci III RP w czasie kampanii wyborczych podkreślali, że będą „prezydentami wszystkich Polaków”. Potem szybko się okazywało, że jednak czują się bardziej związani z ugrupowaniami politycznymi, z których się wywodzą.

To wobec tych ugrupowań byli mniej krytyczni. Rzadko im się zdarzało nie podpisać czegoś, na czym tym ugrupowaniom specjalnie zależało.
Z moich nieudolnych obserwacji wynika, że największy obiektywizm wykazywał Aleksander Kwaśniewski. Starał się to robić Lech Kaczyński, chociaż w w okresie, kiedy premierem był jego brat – bliźniak, niezależność prezydenta w ogóle nie była widoczna.

Prezydent dobry, czyli spolegliwy

Apogeum uzależnienia decyzji prezydenta od życzeń „partii i rządu” osiągnęliśmy jednak dopiero w czasie ostatnich czterech lat. Prezydent Andrzej Duda grzeszy wobec suwerena nie tylko łatwością podpisywania niedostatecznie przemyślanych ustaw. Jeszcze bardziej – moim zdaniem – grzeszy nienaturalną aktywnością w popieraniu rządowych koncepcji, pełnieniem roli agitatora w ich obronie przed krytyką opozycji i wątpliwościami obywateli, podsycanymi przez „ulicę i zagranicę”. Szczytem rozbieżności między deklaracjami pełnienia roli „prezydenta wszystkich Polaków” i politycznym zaangażowaniem w sankcjonowanie wątpliwych pomysłów władzy wykonawczej i ustawodawczej, jest trwająca od kilku miesięcy akcja walki z sądami i sędziami.

Atak na szeroko rozumiany wymiar sprawiedliwości ma charakter kompleksowy. Zaczął się od lekceważenia wyroków Trybunału Konstytucyjnego i opanowaniu go przez „swoich”, czyli uległych wobec rządzącej partii i jej rządu. Potem przyszła kolej na Sąd Najwyższy. Tu bitwa nie była w pełni wygrana, bastiony trzech izb pozostały niezdobyte i budząca u Prezydenta odruchy wstydu i zniecierpliwienia Pierwsza Prezes SN też pozostała na swojej barykadzie. Ale udało się stworzyć nową, wewnętrzną fortecę, której zadaniem ma być pilnowanie porządku, wyłapywanie niepokornych sędziów i ich przykładne karanie. A Pierwszej Prezes kończy się kadencja, więc postanowiono poczekać i potem doprowadzić do powołania „swojego człowieka”. Kandydaci już stoją w kolejce.

Teraz zostało zadanie najbardziej szerokie i tym samym najtrudniejsze. Podporządkować jedynie słusznej władzy i jej niesprecyzowanym ideom sądy powszechne, czyli te, które mają bezpośredni i codzienny wpływ na życie suwerena.

Sędziowie – wrogowie

Teoretyczne podstawy tych dokonanych i planowanych zmian były by śmieszne, gdyby traktowano je jako ćwiczenie akademickie z teorii zarządzania. Ale – niestety – nie są teorią, mają w realu zrewolucjonizować nasze sądownictwo. Aby zyskać przychylność obywateli, wymyślono cały pakiet argumentów, wyjaśniających nieodpartą potrzebę tej rewolucji.

Po pierwsze – wygraliśmy pierwsze i drugie wybory, bo 80 proc. społeczeństwa chciało, aby usprawnić działanie wymiaru sprawiedliwości. I to właśnie – mimo oporów ze strony „kasty” – robimy, chociaż efekty nie są na razie widoczne.Po drugie – musimy zmienić większość kadry sędziowskiej bo nie chce dobrej zmiany i nie potrafi jej wprowadzić. Pamiętajmy, że – cześć tej kadry została powołana jeszcze za czasów PRL i jest splamiona współpracą z komunistycznymi służbami i wydawaniem niesprawiedliwych wyroków na działaczy demokratycznego podziemia;
– są wśród nich ludzie nieuczciwi, korzystający z każdej okazji aby ukraść kawałek kiełbasy, kilkadziesiąt złotych albo część do jakiegoś urządzenia;
– wielu z nich wydaje wyroki zaniżone, stosując tylko prawo i nie biorąc pod uwagę społecznych nastrojów;
– uważają władzę sądowniczą za niezależną, utrudniając tworzenie ustroju, w którym życie kraju jest bezbłędnie sterowane z jednego miejsca. To miejsce jest na razie na skromnej ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie, ale dożyjemy czasów, kiedy będzie górować nad miastem w ogromnym wieżowcu. Może nawet dwuwieżowym.
Po trzecie – musimy zapewnić niezawisłość i swobodę działania nowej Krajowej Rady Sądowniczej – z trudem utworzonego organu, którego skład składa się z ludzi rozumiejących potrzebę i stosowane metody zmian. Nie możemy jednak ujawniać, kto popierał ich wybór, bo złośliwi ludzie drugiego sortu mogliby mieć do nich pretensje.
I po czwarte – nie możemy dopuścić do tego, aby totalna opozycja wykorzystywała swoje znajomości i przenosiła wewnętrzny spór za granicę – zwłaszcza do Unii Europejskiej. Jak słusznie wykrzyczał pan Prezydent Duda – „nikt nam nie będzie dyktował w obcych językach, jak mamy organizować nasz wymiar sprawiedliwości”.

Na progu kampanii wyborczej

Analizując ten bardzo uproszczony zestaw argumentów, uzasadniających partyjno – rządową koncepcję uzdrowienia systemu wymierzania sprawiedliwości, nie znalazłem żadnych znaczących sugestii poprawy jego organizacji. A – moim zdaniem – właśnie w organizacji sądownictwa i prokuratury „der Hund ist begraben”. Wprawdzie tow. Lenin mówił, że „kadry decydują o wszystkim” i tow. Stalin to powtarzał, jednak samymi zmianami kadrowymi można wprawdzie ułatwić życie ludziom sprawującym władzę, ale nie skróci się procesów sądowych, nie zmniejszy skali niesprawiedliwych wyroków i nie ograniczy biurokracji.
Pan prezydent tak bardzo przejął się zadaniem poprawy wymiaru sprawiedliwości, że w ostatnich tygodniach mówi o tym przy każdej okazji. Mam wrażenie, że z dnia na dzień pogarsza mu się ocena sytuacji w sądownictwie i traci resztki sympatii dla sędziów. Jego krzykliwe przemówienia na ten temat wywołują wrażenie, że nie jest prezydentem, tylko przedstawicielem rządu odpowiedzialnym za wprowadzenie konkretnej ustawy. Nie porównuje głosów „za” i „przeciw”, udaje, że nie widzi protestujących autorytetów w kraju i zagranicą, nie rozważa celowości i konsekwencji proponowanych ograniczeń niezawisłości sędziów. Nie zastanawia się nad innymi koncepcjami, zwłaszcza sugerowanymi „w obcych językach”. Świadomie lub podświadomie umacnia podział społeczeństwa, zwracając się przede wszystkim do tych, którzy nie lubią „obcych”, wierzą, że jesteśmy bezgrzesznym narodem wybranym, mają pretensje do wszystkich sąsiadów.

Na piwnej imprezie w Katowicach pan prezydent zwrócił się do górników i hutników o pomoc w przekonaniu społeczeństwa, że trzeba nałożyć sędziom kagańce, uniemożliwiające okazywanie nieufności wobec poglądów i życzeń nieomylnej władzy. Nie poprosił o pomoc prawników, ubolewając przy okazji, nad niezrozumieniem prawa przez profesorów, zajmujących się tą dziedziną. Współczuję. To musi być bolesne uczucie, jak dochodzi się do wniosku, że dobrzy prawnicy już odeszli do lepszego świata, albo kierują tylko odnowionym Trybunałem Konstytucyjnym.
Przez kilka takich wypowiedzi pan prezydent dał nam do zrozumienia, że już nie jest „prezydentem wszystkich Polaków”, że przystępując do bitwy o drugą kadencję, postanowił być przedstawicielem jednej, zwycięskiej partii politycznej i jej wielbicieli. Sądzę, że nie mamy co liczyć na obiektywizm i pojednawczo – rozjemcze działania Prezydenta Andrzeja Dudy, także w innych kontrowersyjnych sprawach, które na pewno pojawią się na naszym nerwowym politycznym rynku. A to oznacza, że przed wrzuceniem kartki w majowych wyborach prezydenckich, trzeba bardzo wnikliwie rozważyć zalety i wady kandydujących pań i panów. Kilku moich przyjaciół jeszcze nie wie, na kogo zagłosują. Ale już wiedzą, że na pewno nie będzie to obecny prezydent.

Mały

Niezwykle zdumiała mnie ostatnia zmiana stylu i środków wyrazu prezydenta Andrzeja Dudy podczas niedawnych wystąpień publicznych. Z budyniowego safanduły stał się tytanowym Andrzejem. Nie spodziewałem się takiej wolty, ale skłamałbym, gdybym napisał, że wolę starego, poczciwego, przymilnego Andrzejka od nowego pana Andrzeja. Tam gdzie po jednej stronie jest wyrazistość, a po drugiej jej brak, ja wybieram tą pierwszą. Tylko czy aby w tym przypadku to realna potrzeba serca czy polityczna kreacja skrojona na potrzeby?

Koledzy opowiadali mi, że kiedy załogi punkowe tworzyły się w mieście, każdy kto coś chciał znaczyć i jakoś zaistnieć weń towarzysko, musiał dorobić się ksywy. Pseudonim zazwyczaj wymyślany był przypadkiem. Wymyślał go najstarszy w grupie, albo ten, kto był obdarzony największym autorytetem, co zwykle szło w parze z wiekiem, choć niekoniecznie. Ksywy brały się więc najczęściej od przymiotów cielesnych (Mały, Duży, Chudy, Gruby, Rudy, Łysy etc.) albo właściwości charakteru (Komandos, Wariat, Lipa). Gdy się człek niczym nie wyróżniał ani nie charakteryzował, wtedy zazwyczaj szło po nazwisku. Gorzej, jeśli ktoś przedstawiał sobą obraz raczej mało wyszukany, a do tego miał jeszcze nazwisko niezbyt wdzięczne do kreacji; wtedy to już prawdziwa, czarna rozpacz.

Był pośród załogantów jeden chłopiec, który właśnie swoją osobą wpisywał się w tę prawidłowość. Nazwano go „Mały”, co i tak było dlań najmniejszym wymiarem kary. Jednak Mały nigdy do końca się nie pogodził ze swoją ksywą. No i oczywiście z tym, jak był przez nią postrzegany w grupie. Któregoś dnia przyszedł „na zbiórkę” odmieniony; nowa fryzura, ciuchy, okulary; i pewność siebie, jakby większa. Kiedy ktoś zdobył się na odwagę i zapytał go: „Mały, co z Tobą”, on dogasił papierosa, włożył okulary, splunął i powiedział: „Od dziś nie mówcie na mnie Mały. Od dziś jestem Klimat”. Koleś sam sobie wymyślił ksywkę, bo sądził, że to tak właśnie działa. No niestety, nie zadziałało.

Kiedy słucham „nowego” pana prezydenta, tego ze spotkań z wyborcami w Opolu Lubelskim, Zwoleniu czy na Śląsku, mam nieodparte wrażenie, że ktoś kiedyś opowiadał mi już podobną historię. Jest sobie człowiek niepewny siebie, zalękniony, nieprzekonany co do swojej własnej wartości. Ale posłuszny, wierzący w sprawę. Sterowalny. Podejmuje się zadania, które poczyna go przerastać, bo kiedy decyduje się zaangażować całym sobą, nie śni nawet o tym, że sukces jest możliwy. A ten przyjeżdża na pstrym koniu, nie wiadomo skąd. Sukces jednak zjada go od środka. Nie jest dla niego. Ale człowiek nie odrzuci tego, co los przyniósł mu na złotej tacy. Będzie wypełniał sobą przestrzeń, jak tylko potrafi. Niestety, przestrzeń okazuje się zbyt rozległa, a siła charakteru i odporność na stres, mizerne. Człowiek znajduje jednak w sobie dodatkową porcję boskiej mocy. Pewnego wieczoru, kiedy przegląda internet, wpada na pomysł, że musi coś w sobie zmienić. Że musi pokazać ludziom, że nie jest tylko „Mały”. Że ma ludziom naprawdę wiele do zaoferowania, ale przez ten ostatni czas trochę pokpił sprawę i teraz zamierza to wszystko nadgonić. Bierze do pomocy dwóch albo trzech tzw. fachowców. Jeden od mowy ciała, drugi od mowy polskiej a trzeci od mowy-trawy. Wespół w zespół przygotowują strategię, piszą przemówienia. Malują, ubierają, pudrują i wysyłają w Polskę. Zamiast „Małego” jedzie już „Klimat”. Mówi jak Klimat, zachowuje się jak Klimat, znakiem tego Człowiek to Klimat. Szacun na dzielni. Wizyty w zakładach pracy. Uwielbienie dam. I wszystko by się w tej układance zgadzało, gdyby nie to, że ta zmiana też kiedyś wreszcie zacznie „Małemu” ciążyć. Bo to nie jego buty. A lud zbożny to dostrzeże i szwindel się wyda. Szkoda tylko, że do czasu aż się ludzie zorientują, minie parę miesięcy. Może wystarczy. A może nie.

Bigos tygodniowy

„Panie Duda (…) jest pan złym człowiekiem, marnym prezydentem, ziejącym nienawiścią w imię swoich politycznych i partyjnych, doraźnych i partyjnych celów. Szkodzi Pan Polsce” – napisał sędzia Jarosław Ochocki z Poznania. Nic dodać nic ująć. Chociaż do dodania byłoby sporo o tej żałosnej figurze, jaką jest adresat twettu.

Reakcje polskich polityków i mediów na „rewelacje historyczne” ogłaszane przez Kreml przypominają OBŁĘD i jedną z jego cech, tzw. fiksację, polegającą na obsesyjnej koncentracji na jednym motywie, wątku, oraz na perseweracji, czyli na obsesyjnym jego powtarzaniu. Wiem co mówię, jako psycholog kliniczny z pierwszego, przedpotopowego co prawda wykształcenia, ale to i owo z zamierzchłych czasów zapamiętałem. Żeby jednak nie zadrażniać, nazwę to łagodnie grą w „pomidor”. Znacie? Znacie. Kreml o polskim antysemityzmie i współpracy obozu sanacyjnego z III Rzeszą, a oni (polscy politycy i media), że Polska była ofiarą II wojny światowej. Ano, była, była ofiarą, ale i współpraca była i antysemityzm był. Kreml przypomniał o – nieoficjalnym – udziale Polski w monachijskim podziale Hitler-Mussolini-Chamberlain-Daladier, a oni (polscy politycy i media) na to: „Polska była ofiarą II wojny światowej”. Ano była, była, ale Zaolzie od Hitlera wzięła, acz do wybuchu wojny się nie przyczyniła. Teraz znów Kreml przypomniał, że niektóre oddziały Armii Krajowej mordowały Żydów i Ukraińców. Polska na to: „Byliśmy ofiarą II wojny światowej, napadli na nas Hitler i Stalin”. Ano napadli, napadli, ale że są dokumenty świadczące o zbrodniach niektórych oddziałów AK, to też prawda. A gdzie są te dokumenty? W tym także osławiona wypowiedź z raportu Lipskiego, której wszystko się zaczęło? Otóż ów raport Lipskiego z 20 września 1938 roku, w którym relacjonował rozmowę z Hitlerem, znajduje się jako jak najbardziej oficjalny dokument w jak najbardziej oficjalnym zbiorze o nazwie „Polskie Dokumenty Dyplomatyczne”. Zatkało, kakało? – jak mawia pewien przebrzydły pisior. No nie, oni (politycy i media) dalej z uporem: „Polska była…” i tak dalej. Pomidor.

Senat odrzucił ustawę kagańcową o sędziach. Radość nie będzie długa, bo PiS to odkręci w Sejmie, a Adrian Dewot Ministrant (ADM) to klepnie. Nie jest to jednak bez znaczenia, bo daje efekt demonstracji: sygnał dla Unii Europejskiej, żeby nas nie odpuszczała, żeby się nie zniechęcała, bo w Polsce obóz opozycji demokratycznej jest – mimo wszystko – skoro odwojował z rąk PiS Senat. Marszałek Tomasz Grodzki, przeciw któremu PiS skoncentrował wszystkie siły propagandowe powiedział, że ta walka ma charakter cywilizacyjny.

A propos Adriana: spocony, z wytrzeszczonymi oczami i tzw. groźną miną (przypomina to jednego z sygnatariuszy paktu monachijskiego, lokatora Palazzo Venezia) nadymał się jak balon, warczał, wydzierał się w Zwoleniu, że nie będą nam czegoś tam dyktowali w obcych językach. Gdy obce języki zaczynają być traktowane w retoryce jako coś złego czy podejrzanego, to znaczy, że zaczyna ona – retoryka – przyjmować cechy, powiedzmy delikatnie, nazizujące. Nie żartuję ani trochę. Poza tym jak zwykle onanizował się swoim urzędem („ja jako prezydent Rzeczypospolitej”, „jestem prezydentem Rzeczypospolitej” itp.). Mam nadzieję, że już za pół roku będę mógł go słuchać w trybie „jaja kobyły” czyli „Ja jako były prezydent Rzeczypospolitej”
Wydzieranie się, podniesiony, drżący z wściekłości głos w ogóle charakteryzował ekspresję pisiorskich deputowanych podczas zeszłotygodniowej debaty w Brukseli. Drżącym, podniesionym od furii głosem darła się Szydło, darła się Kempa, wydzierał się Jaki, wydzierał się Brudziński. Nawet Zalewska próbowała się wydrzeć, ale warunki wokalne jej to uniemożliwiły.

Ziobro, jak wiadomo, za mądry nie jest, a tylko ma w głowie parę wodną pod silnym ciśnieniem. I jako taki dokonał, pewnie mimowolnie, autodemaskacji intencji swoich i swojej kamaryli. Stwierdził oto w Senacie, że jak opozycja wygra wybory, to se będzie mogła wybrać „swoich sędziów, Tuleyę, Żurka, Łączewskiego i tym podobnych”. To jest właśnie to, co potocznie, czyli upraszczająco zwykło się określać, jako freudystyczne, mimowolne ujawnienie skrytych instynktów i impulsów. Oni naprawdę nie chcą niezależnych sądów i niezawisłych sędziów, tylko zbudować korpus sędziów „swoich”, politycznych.

Jakoś ucichło wokół kościelnej pedofilii. A tymczasem kościelna walką z nią, to jawna ściema. Właśnie abepe Gądecki zatrudnił w kurii w Poznaniu księdza pedofila. A propos kościoła kat., na antenie TVPiS, w „Salonie” Karnowskich redaktor naczelny „idziemy” ksiądz Zieliński powiedział o zmarłym biskupie Stefanku, że „to był naprawdę wierzący biskup” i dobitnie to po chwili powtórzył. Aluzju poniali?

Wiotkie, androgyniczne, acz niegłupie „orlęcie-chłopięcie” („Ferdydurke” Witolda Gombrowicza), Krzyś Bosak został kandydatem Konfederacji w wyborach prezydenckich. Wygrał rywalizację z bardziej męskimi rywalami, nawet z męskim jak cholera, brodatym, testoteronowym, basowym Grzegorzem Braunem, tym co grozi „batożeniem sodomitów”. Z hipermęskim gronem, przypominającym reklamę „Mensilu”. Ostentacyjna męskość poległa. Dziwne dlaczego taki kandydat będzie reprezentował tak męską Konfederację. Czyżby Konfederacja była kobietą?

Na prezydenta ma też kandydować Jan hrabia Potocki. Uważa, że nadal jesteśmy w stanie wojny z III Rzeszą i obiecuje każdemu po 5 tysięcy złotych. Nie wyjaśnił jednak czy raz na miesiąc, rocznie, czy tylko jednorazowo.

Czy niemożliwe będzie możliwym?

Niedzielne Konwencje SLD i Wiosny wybiorą Roberta Biedronia
kandydatem polskiej lewicy na prezydenta RP.

Jaki jest Rober Biedroń każdy może zobaczyć. Bo każdy decydujący się na kandydowanie w wyborach prezydenckich przestaje być osobą prywatną. Zwłaszcza w czasach polskiej mediokratycznej demokracji.

Wtedy bowiem media, zwłaszcza te nieprzychylne kandydatowi, skrupulatnie prześwietlają każdy szczegół jego życia. Czasem nawet życia przed narodzeniem kandydata, bo w IV Rzeczpospolite narodowo – katolickie media sprawdzają również pochodzenie i genealogię kandydatów.
Ze starannością godną entuzjastów ustaw norymberskich z 1935 roku.
Nie zdziwcie się zatem, kiedy zobaczycie w Internecie wszystkie głupie wypowiedzi Roberta Biedronia i jego udziały w głupszych programach telewizyjnych. Nietrudno takie znaleźć, bo mądrych telewizyjnych programów wielce nam brakuje.
Warto przypomnieć sobie, że każdy kto dłużej uczestniczy w polskim życiu publicznym też zdążył nieraz głupio się wypowiedział i też nieraz uczestniczył w przeróżnych „teledurniejach”.
Na szczęście nie każdy z nas kandyduje na prezydenta RP. Dlatego może zachować w swej niepamięci chwile swej minionej głupoty.
Kampania rusza i pomimo, iż każdy z nas może, i będzie mógł zobaczyć jak wygląda Robert Biedroń, to nie każdy jeszcze wie jakim Robert Biedroń dzisiaj jest.
Znam go od ponad dwudziestu lat. Zaczynał jako lewicowy aktywista. Związany z grupami organizującymi pierwsze Parady Równości i środowiskiem młodych polityków SLD.
Potem Robert Biedroń kilkakrotnie udowadniał, że możliwe jest coś, co wszyscy śmiertelnie poważni politycy i dyżurni znawcy polskiej sceny politycznej, uważali za niemożliwe.
Został wybrany pierwszym posłem na Sejm RP otwarcie deklarującym swą homoseksualną orientację.
Potem został pierwszym progresywnym prezydentem miasta Słupska. Uchodzącego wtedy za biedną, konserwatywną, prowincjonalną dziurę. Wtedy ponownie przekroczył polską, mentalną barierę.
Kiedy w zeszłym roku został wybrany posłem do Parlamenty Europejskiego było już mniej zdziwień. Widać opinia publiczna uznała, że Biedroń jest bardziej europejskim politykiem niż tym swojsko-polskim.
Teraz w swoim Słupsku rozpocznie kampanię prezydencką. Jako jedyny kandydat polskiej lewicy. Jedyny kandydat lewej strony polskiej sceny politycznej. Progresywny, mówiąc po europejsku.
Minimum, maksimum
Każdy krajowy realista polityczny nie postawi dolarów na Roberta Biedronia w politycznym wyścigu do prezydenckiego pałacu.
Każdy realista stwierdzi, że plan minimum dla polskiej lewicy to dobrze przeprowadzona kampania wyborcza. Promująca kandydata Biedronia i lewicowy program całej formacji.
Aby to czynić Robert Biedroń musi przekroczyć kolejną mentalną granicę.
Dotychczasowy gej i lidera lewicy musi przekształcić się w lidera lewicy. O znanej powszechnie homoseksualnej orientacji.
Promocja programu polskiej lewicy może okazać się w tej kampanii wyborczej ważniejsza od promowania samej osoby kandydującego. Robert jest wystarczająco rozpoznawalny jako barwny, śmigający polityk młodszej generacji.
Teraz Robert musi udowodnić też, że jest kandydatem wszystkich lewicowców w naszym kraju. Nie tylko młodych, śmigających.
Prominenci PiS nie ukrywają, że uczynią wszystko aby kampania wyborcza była jak najkrótsza. Aby pan prezydent Duda wygrał już w I turze wyborczej. Bo doskonale wiedzą, że w II turze ma wielkie szanse aby przegrać z wspólną kandydaturą zjednoczonej opozycji. A taka przegrana zablokowałaby szaleństwa polityczne elit PiS.
Plan minimum dla lewicy i Roberta Biedronia to skuteczne rozpropagowanie lewicowych idei w każdym zakątku naszego kraju. I uzyskanie dwucyfrowego wyniku przez tego naszego kandydat.
A potem wspólna walka wyborcza, wsparcie najlepiej ocenionego kandydata wspólnej opozycji demokratycznej z urzędującym panem prezydentem Andrzejem Dudą.
Plan maksimum to udział jedynego kandydata lewicy w drugiej turze wyborczej. I wspólna walka wyborcza opozycji z narodowo – katolicką konserwą polityczną.
Czy to co dzisiaj uznawane za niemożliwe, może już jutro okazać się możliwym?
Wszystko jest w naszych głowach i naszych rękach. W naszych kartach wyborczych.
Trzeba dziś przyjąć, że skoro „Roma locuta, causa finta”, to Robert Biedroń jest naszym jedynym kandydatem.
To oznacza, że popieramy go niezależnie od jego wcześniejszych błędów.
Bo lewicowi wyborcy nie mogą zachowywać się jak mazgaje polityczni. Dawać się rozgrywać i wodzić przez narodowo – katolickich prominentów PiS.
W 1990 roku Włodzimierz Cimoszewicz kandydując jako ten z góry skazany na porażkę pokazał lewicowy wyborcom, że jeszcze lewica w Polsce nie umarła.
W roku 1995 Aleksander Kwaśniewski dowiódł, że niemożliwe może być możliwym. Że warto wybierać przyszłość zamiast ekshumować polityczne trumny z poprzedniego wieku.
Teraz Robert Biedroń i jego sztab wyborczy mają szansę udowodnić, że inna polityka jest możliwa. I przyszłość Polski to zjednoczona lewica.
Redakcja „Trybuny” będzie jawnie i aktywnie popierać kandydata lewicy na prezydenta RP, czyli Roberta Biedronia.

PS. Ale już po wyborach prezydenckich okres ochronny dla Roberta Biedronia na naszych lamach skończy się.

Dziwne wypowiedzi Trumpa w 2019 roku

Agencja CNN obliczyła 23 października 2019 r, że w ciągu ostatniego tygodnia Trump miał 87 błędnych wypowiedzi, w tym 40 błędnych wypowiedzi w ciągu jednego dnia. Co piąty dzień w roku 2019 prezydent grał w golfa.

• „Mógłbym być najbardziej popularną osobą w Europie. Mógłbym ubiegać się o dowolny urząd jeśli chciałbym, ale nie chcę” (02.01.2019).
• „Jestem profesjonalistą jeżeli chodzi o technologię” (10.01.2019).
• „Świat nie jest dobry, my jesteśmy wielcy” (30.01.2019).
• „Czy jest jakiekolwiek miejsce bardziej radosne od wieży Trumpa?” (11.02.2019).
• „Wkrótce będziemy mówić uczyńmy Amerykę wielką” (11.02.2019).
• „Mówi się, że mury (na granicy – L.P.) nie spełniają swej roli. Mury spełniają ją w 100 proc.” (15.02.2019).
• „Wiecie, że nie zajmowałem się polityką wcześniej. Zajmuję się polityką dopiero teraz” (15.02.2019).
• Jak widzicie nie mam tekstu (przemówienia – L.P.) przed sobą. Dlatego zostałem wybrany, bo przemawiałem bez tekstu. To prawda” (02.03.2019).
• „Mam dość dobrą wizję. Biorąc pod uwagę mój wiek, mam dobra wizję. Przypuszczam, że jak na mój wiek mam wielką wizję” (02.02.2019).
• „Nikt nie był bardziej twardy wobec Rosji aniżeli ja” (27.03.2019).
• „Kiedy myślę o Pocahontas… to ja mam więcej Indiańskiej krwi od niej” (27.04.2019).
• „Czy możecie uwierzyć, że jestem politykiem? Nawet ja nie mogę uwierzyć” (27.04.2019).
• „Uważam, że mieszkańcy Portoryko są bardzo wdzięczni Donaldowi Trumpowi za to co zrobił dla nich” (08.05.2019).
• „Oni chcą rozwalić wszystkie budynki na Manhattanie i zbudować nowe bez okien” (20.05.2019).
• „Nasz kraj jest pełen ludzi. Nie chcemy, aby ludzie przyjeżdżali do nas. Chcemy, aby Meksyk wstrzymał przyjazdy”… Nie chcemy ich” (20.05.2019).
• „Miałem łatwe życie. Ludzie mówią, że miałem łatwe życie” (20.05.2019).
• „Uważam, że Nancy Pelosi jest hańbą. Nie uważam jej za utalentowaną osobę” (06.06.2019).
• „Nie jesteśmy już głupcami. Nie jesteśmy krajem głupców, którzy źle czynią” (10.06.2019).
• Przestępstwo popełnione zostało przez demokratów. Według mnie popełnili oni wiele przestępstw” (11.06.2019).
• „Uważam, że Biden jest mentalnie najsłabszy. Lubię rywalizować z ludźmi, którzy są słabi mentalnie” (11.06.2019).
• „Farmerzy są moimi najlepszymi przyjaciółmi” (11.06.2019).
• „Miałem spotkanie z osobą badająca opinię publiczną. Wygrywamy wszędzie” (16.06.2019).
• „Nikt nigdy nie był gorzej potraktowany ode mnie” (16.06.2019).
• „Jedna osoba miała lepsze notowania od waszego ulubionego prezydenta Donalda Trumpa… Nazywa się on Jerzy Waszyngton” (18.06.2019).
• „Głos na jakiegokolwiek demokratę w 2020 r. jest głosem na rzecz radykalnego socjalizmu i zniszczenia amerykańskiego marzenia” (18.06.2019).
• „Ok. Jimmy Carter był miłym człowiekiem. Ale był fatalnym prezydentem” (01.07.2019).
• „Nie martwcie się o deszcz. Parasolki funkcjonuję bardzo dobrze, zwłaszcza jeśli są produkowane w Ameryce” (13.08.2019).
• „Prezydent Putin przechytrzył Obamę” (26.08.2019).
• „Mamy najgorsze prawo. Mamy najsłabsze prawa w historii jakiegokolwiek kraju” (09.09.2019).
• „Z historii Donalda Trumpa dowiecie się, że byłem cywilem. Nie miałem nic wspólnego z wojną w Iraku i byłem całkowicie jej przeciwny” (27.10.2019).
• „Nie śledzę notowań na giełdzie” (04.12.2019)
• „Okręg wyborczy Nancy Pelosi w Kalifornii jest najgorszym w Stanach Zjednoczonych jeżeli chodzi o bezdomność i przestępczość. Ona straciła całkowitą kontrolę” (26.12.2019).

Styl Ważny tunajt

Nigdy nie byłem dobry z matematyki. Prawdę mówiąc, zawsze byłem fatalny. Do dziś mi to zostało. Nic z niej nie rozumiem i nie poradziłbym sobie nawet z prostym równaniem. Wiem jednak, że w skomplikowanych obliczeniach na wielkich liczbach nie liczy się w finale porwany wynik, a przynajmniej nie tylko. Jest coś jeszcze.

Czytałem kiedyś o tym, jak dwóch młodych naukowców, fizyk i matematyk, przeprowadzało publicznie, w tej samej sali wykładowej, na oczach publiczności, wielogodzinne, skomplikowane obliczenia, żeby dowieść tego, czego należało dowieść. Ich rywalizacja była swego rodzaju konkursem. Używali metod i narzędzi według swojego uznania. Głosować miała publiczność, a nad całością konkursu czuwała komisja, złożona z profesury kilku technicznych uczelni. Zarówno fizyk jak i matematyk zakończyli swoje obliczenia mniej więcej w tym samym czasie. Osiągnęli te same wyniki. Głosy publiczności podzieliły się po równo. Zadecydować miał więc wyrok komisji. Ta debatowała długo i w końcu orzekła, że zwycięzcą zostaje jeden z nich, nie pamiętam, czy fizyk czy matematyk, ponieważ, mimo że obaj doszli do tych samych wniosków, obliczenia zwycięzcy były dla komisji bardziej „stylowe” i „zgrabniejsze”. Facet miał po prostu swój własny „styl”. I to przeważyło.
Na Lewicy trwały do niedawna dziwne gonitwy myśli, kogóż to biedaczka wystawi w wyborach prezydenckich jako swojego kandydata, i dlaczego będzie to ktoś z dwójki Biedroń-Zandberg. Pojawiały się głosy, że zwycięsko z tej rywalizacji wyjdzie ten trzeci, lub raczej, ta trzecia. Jak królika z kapelusza wyciągano wówczas kontrargument w postaci eksperymentu z Magdaleną Ogórek, i nie powiem, to mogło dawać do myślenia. Kiedy wszyscy, zarówno obserwatorzy polskiej scenki politycznej jak i sami ludzie Lewicy, pogodzili się z tym, że nazwisko kandydata poznają podług przyjętej i sprawdzonej metody: konwencja wyborcza, nazwisko w świetle jupiterów i konferencja prasowa, zwischenruf postanowił wykonać Włodzimierz Czarzasty, który między trzecią kawą a piątym papierosem zapowiedział, że kandydatem Lewicy będzie Robert Biedroń, a Razem musi to zaakceptować, bo nie ma innego wyjścia, gdyż tak się umówili. I kropka. Dopił kawę, dogasił papierosa i wrócił do swoich obowiązków. Pewnym było, że albo Biedroń albo Zandberg. Postawiono na Biedronia, niech ma. Ja postawiłbym pewnie na kogo innego, ale gra się zespołowo i do tego tak, jak przeciwnik pozwala. Ale czemu zrobiono to w tak marnym stylu. Na to nie mam wytłumaczenia. Ani usprawiedliwienia. Sprawy z wyborem własnego kandydata na najwyższy urząd w państwie, nie można potraktować jak uświadomionej konieczności. Po pierwsze trzeba to zrobić mądrze; utrzeć głosy, wypracować sensowną argumentację, dlaczego ten, a nie inny. Gdy się już to wszystko zrobi, postarać się nadać porządną i godną oprawę swoim własnym wyborom, a nie powiedzieć coś półgębkiem na korytarzu jakby człek wstydził się tego, co mówi.
Tak nie może zachowywać się ktoś, kto myśli o zwycięstwie. Kto chce zwyciężać, a nie być zwyciężanym. Przede wszystkim, nie może tak myśleć i postępować partia lewicowa ani lewicowy kandydat. On ma mieć styl. Własny, niepowtarzalny styl, którym zjedna wokół siebie ludzi. Dziś w Polsce, w starciu z astylowym Andrzejem Dudą i posłanką Kidawą w stylu retro, to wcale nie aż takie trudne. Trzeba jednak mieć świadomość, że coś takiego jak styl, w tym co się robi i mówi, jest istotny. I że pierwsze wrażenie, kiedy się je zepsuje, ciężko odzyskać. Komunały? Pewnie tak, ale w dobrym stylu.

Sterowana nienawiść

Z ust czołowych przedstawicieli rządzącej partii, jej rządu, i de facto jej prezydenta, coraz częściej słyszę przesiąknięte nienawiścią słowa i opinie o ciągle niedobitych i zagrażających narodowi komunistach, postkomunistach i w ogóle „lewakach”.

W tej kakofonii nienawiści wyróżnia się Pan Prezydent, który zawzięcie szuka komunistów wśród prawników, a zwłaszcza sędziów. Nie przeszkadza mu to jednak wręczać nominacji na sędziego Trybunału Konstytucyjnego znanemu prawnikowi i byłemu posłowi, prokuratorowi w czasach stanu wojennego.

Nieodparta potrzeba

Narasta we mnie przekonanie, że ta buńczucznie okazywana nienawiść ma podłoże czysto polityczne, staje się jednym z fundamentów modnego i zapewne potrzebnego rządzącej partii wypaczania historii i tworzenia wroga. Nienawiść do LGBT już się wyczerpuje, a powszechnie dostrzegany wróg był i jest zawsze niezbędny każdej sile politycznej, która świadomie lub podświadomie dąży do dyktatury. Zwłaszcza do dyktatury początkowo łagodnej i opakowanej pozorami demokracji. Bez wroga, na którym można koncentrować uwagę „suwerena” i którego można stopniowo niszczyć, trudno jest nawet opracowywać koncepcje dalszych „dobrych zmian”.
Moje przekonanie o strategicznej nienawiści obozu rządzącego do wszystkiego, co pachnie lewicą, ma racjonalne podstawy w bardzo długiej obserwacji naszej współczesnej historii.
Po II wojnie światowej obudziliśmy się w kraju formalnie niepodległym, ale politycznie i gospodarczo zależnym od wielkiego sąsiada – czyli wówczas ZSRR. Taki układ polityczny i geograficzny nie był naszym pomysłem, tylko trzech zwycięskich mocarstw. Jakoś znieśliśmy masową migrację części naszej ludności ze wschodu na zachód, ze Lwowa i Wilna do Wrocławia i Szczecina. To było bolesne, ale część „przesiedleńców” była nawet zadowolona z lepszych, poniemieckich mieszkań i domów. Wzięliśmy się za odbudowę miast, przemysł ponownie zaczął pracować, nie było bezrobocia.
Przez 10 pierwszych lat psuł nam humor nadmiernie aktywny aparat bezpieczeństwa zwalczający tych, którzy nie chcieli pogodzić się z trą polityczną rzeczywistością. Ten czynny opór powoli wygasał, represje stawały się łagodniejsze. W czasach gomułkowskiej odnowy po 1956 roku i w gierkowskiej dekadzie, naród w zdecydowanej większości przyzwyczajał się do istniejącej sytuacji, uczył się, pracował, z satysfakcją obserwował budowę i uruchamianie nowych przedsiębiorstw i osiedli mieszkaniowych, korzystał z przydziałów darmowych mieszkań i półdarmowych „wczasów”.
Centralnie zarządzana „gospodarka planowa” okazała się jednak niekonkurencyjna, zaczęła wpadać w kłopoty, które szybko przekształciły się w gospodarczo – polityczne objawy niezadowolenia. Podobne zjawiska wystąpiły w innych krajach zależnych od ZSRR i zakończyły się na początku lat 80-tych zmianą ustrojów, przejściem do rynkowych systemów gospodarczych i zakończeniem zależności od wielkiego sąsiada.

Kombatanci antykomunistyczni

Są w Polsce ludzie i rodziny, które w latach 1945 – 90 a zwłaszcza 1945 – 1956 były prześladowane za swoje poglądy i działania. Ktoś siedział kilka lat w więzieniu, ktoś stracił życie. Zadziwiające jednak, że te rodziny mówią i piszą najmniej o poniesionych ofiarach i nader rzadko kojarzą to z wątpliwościami, czy „państwo polskie w ogóle wtedy istniało”.
Wstydzę się, ale czasem rozbawiają mnie kurczowe poszukiwania uszlachetniającego kombatanctwa z tego okresu. Coraz częściej słyszę, że „wujek był żołnierzem wyklętym”, „ciocia roznosiła gazetki i wyrzucono ją ze studiów”. A jeszcze wcześniej „kuzynka dziadka podawała wodę rannym w warszawskim powstaniu, a kuzyn był u Andersa”. I – oczywiście – cała rodzina była antykomunistyczna, nie przyjaźniła się z tymi, którzy byli w PZPR, czyli ówcześnie rządzącej partii.
Z niezdrowej ciekawości sprawdzam czasem daty urodzenia najbardziej dzisiaj aktywnych antykomunistów. Jeśli – przykładowo – obecny Prezydent urodził się w 1972 roku, w początkach gierkowskiej dekady, to nie znajduję nigdzie informacji, że jako dziecię nieletnie był prześladowany przez „komunistów”. Jego inteligencka, krakowska rodzina mogła mieć poglądy „anty”, – ale żyło jej się nieźle. A już w III RP, w 1984 roku działał aktywnie w harcerstwie, tym tradycyjnym, bardziej bezbożnym, czyli Związku Harcerstwa Polskiego. Tego bardziej religijnego, konkurencyjnego Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej jeszcze nie było, bo powstało dopiero w 1989 roku. Kiedy pan Prezydent bezproblemowo zdał maturę, potem obronił magisterium i w końcu pracę doktorską – komuniści już nie rządzili, więc też chyba nie mogli go prześladować.
Mam więc czelność wątpić, czy deklarowana przez Pana Prezydenta nienawiść do „komunistów i postkomunistów” wynika z własnych, smutnych doświadczeń albo rodzinnych legend, czy też jest propagandową otoczką procesu zjednywania bardziej prawicowej części elektoratu.
Trochę inaczej trzeba spojrzeć na antykomunizm szeregowego, ale Najważniejszego Posła. Jarosław Kaczyński urodził się wraz ze swoim bratem, bliźniakiem, w 1949 roku, także w rodzinie inteligenckiej. Było to zaledwie 4 lata po zakończeniu wojny. Ponad 30 lat żył więc w Polsce Ludowej. Przez pewien czas był młodzieżowym celebrytą, bo w wieku 13 lat zagrali z bratem w filmie „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Studiował i obronił doktorat z prawa bez problemów, mimo, że działał aktywnie w organizacjach i ruchach studenckich, które nie lubiły „władzy ludowej”. Był „anty”, – ale wie jak się wtedy żyło w najweselszym baraku obozu, jakie były stosunki międzyludzkie. Swego antykomunizmu nie wyraża więc tak dosadnie, jak Pan Prezydent. Powiedział nawet kiedyś, że Edward Gierek też był patriotą, tylko wybrał niewłaściwą drogę polityczną. Nieśmiało oceniam, że nie jest z natury zagorzałym „lewicożercą”. Namiętnie natomiast tworzy strategie, które mają jego ugrupowanie prowadzić do kolejnych zwycięstw. I dla potrzeb tych politycznych konstrukcji świadomie, i jeszcze bardziej niż pan Prezydent, traktuje hipotetycznych komunistów bardziej, jako potrzebnego wroga, niż rzeczywiste zagrożenie.

Cele sterowanej nienawiści

Bardzo wielu działaczy i zwolenników partii rządzącej powtarza slogany o złych, antypatriotycznych komunistach tylko z dwóch przyczyn – bo tak mówią ich idole i komunizm kojarzy im się z Rosją. Czym, teoretycznie, miał być komunizm, którego w praktyce nigdzie nie było – nie bardzo się orientują. Rosji natomiast nie lubią „od małego”. Taka jest tradycja, którą wynieśli z domu. Naciskani mówią zawsze o „nożu w plecy” i o Katyniu. Ale nie mówią, bo to było dawniej i często o tym nie wiedzą – o „naszych” w Moskwie, Smoleńsku czy w Kijowie.

Zwolennicy odbitych

Przypuszczam, że sterowana przez rządzącą partię nienawiść do postkomunistów, a w rzeczywistości do wszystkich ugrupowań lewicowych ma – w założeniu – wzmocnić determinację twardego, prawicowego elektoratu i zachęcić do współpracy lub chociażby poparcia ludzi ze „środka” sceny politycznej, którzy z jakiś względów czują się „podrapani” w czasach PRL. Pan Prezydent też zapewne liczy na taki efekt w przyszłorocznych wyborach. Są to jednak – moim zdaniem – błędne nadzieje.
Jeszcze dwa lata temu PIS mógłby rzeczywiście przez pozorowany atak na lewicę zyskać trochę dodatkowych zwolenników „odbitych” ze środkowego nurtu PO, a nawet z samej lewicy. Dzisiaj już nie. Jego gwardia popełniła zbyt dużo błędów. Coraz częściej słyszę komentarze, że „prokuratura jest stronnicza i nie można pozwolić, aby sądy poszły jej śladem. Tak było i za PRL, ale robiono to mądrzej”. Albo – „ani za PRL ani za rządów Tuska nie popełniano tylu błędów kadrowych i nie traktowano posad w aparacie państwa, jako miejsca robienia osobistych i czasem lewych interesów”. „A kolejki do lekarzy specjalistów były krótsze!” Te krytyczne głosy nasilają się, mimo rozszerzenia 500+ i nowych obietnic w rodzaju 13 emerytury.
Sądzę zatem, że w majowych wyborach prezydenckich poglądy polityczne wyborców i ogólna ocena sytuacji w kraju nie będą miały tak decydującego znaczenia, jak spodziewają się sztaby wyborcze. Większej wagi nabiorą natomiast indywidualne cechy kandydatów, ich zachowanie, umiejętności nawiązywania kontaktów i sposoby autoprezentacji. To może bardziej wyrównywać szanse dotarcia do umysłów i serc wyborców. I znacznie większy wpływ może mieć fakt, czy kandydat(ka) jest mężczyzną, czy kobietą. Kłania się tu niedawny przykład Finlandii, który sztaby wyborcze powinny przeanalizować.