Bo jak nie my to kto

Po decyzji Donalda Tuska wszyscy komentatorzy prężą swoje intelekty, fali komentarzy nie ma końca. Zresztą i bardzo słusznie bo to niekonwencjonalna decyzja zwłaszcza dla obozu władzy i Prezydenta Andrzeja Dudy, który był zdeterminowany walczyć z Tuskiem o drugą kadencję mobilizując w pełni swój elektorat i elektorat antyplaformerski.

Dla Prawa i Sprawiedliwości i obozu prezydenta ta decyzja stanowi duże wyzwanie.Już naoliwione i pachnące prochem armaty wytoczone wobec Tuska mogą być zupełnie nieskuteczne wobec innych kandydatów, a tych będzie całkiem sporo w grze. Donald Tusk nosi w sobie gen kandydata obciążonego negatywnie polityką polską. To oczywiście scheda z czasów, kiedy był premierem. Z wielką satysfakcją, wręcz euforią PiS w trakcie kampanii wyborczej wyciągnąłby nagrania, z których wynika, że Tusk jest zwolennikiem podniesienia wieku emerytalnego, który PiS obniżył. Pięknym paliwem byłoby tez przypominanie Tuska mówiącego że nie ma pieniędzy na 500 plus Ach jaka szkoda, że nie będzie komu przywalić…

W moim głębokim przekonaniu nadchodzące wybory mogą być pierwszymi wygranymi dla opozycji od wielu elekcji i to niekoniecznie musi być super trudne. Niekonwencjonalnych kandydatów, niezużytych politycznie będzie cała masa. W Platformie Obywatelskiej Grzegorz Schetyna próbuje ocalić swoją skórę i jedyną szansą na jej ocalenie wydaje się zbliżająca kampania wyborcza. Właśnie w jej przededniu Grzegorz Schetyna zapewne powie: moment, to nie jest czas na rozliczenia w Platformie, czeka nas kolejna walka – zresztą najprawdopodobniej przegrana dla samego Schetyny, sam przecież w niej nie wystartuje. Wiedział to doskonale już dużo wcześniej, w związku z tym wysunięcie na pierwszy plan Małgorzaty Kidawy-Błońskiej zdaje się mieć swoje reperkusje także w kontekście zbliżającej się kampanii. To ona najprawdopodobniej będzie kandydatką Koalicji Obywatelskiej. Rafał Trzaskowski, pewnie wytłumaczy się, że absolutnie nie chce zostawić Warszawy, że będzie wspierał etc.Walka buldogów pod dywanem będzie jednak trwała do ostatniej chwili, frakcje w PO z nieukrywaną satysfakcją będą próbowały połączyć ogień z wodą z jednej strony nie szkodząc kandydatce w wyborach, a z drugiej przywalić Schetynie.

Absolutnie ciekawa sytuacja ma miejsce nie tylko w środowisku PO ale także po skrajnie prawej stronie polskiego parlamentu. Konfederacja, narodowcy zdobywając 13 mandatów udowodnili skuteczność, a ostatnie decyzje Prezydenta Andrzeja Dudy powołujące Marszałka Seniora Antoniego Macierewicza zdają się mobilizować twardy elektorat PiS i jednocześnie demobilizować elektorat satelitarny wokół partii rządzącej; w tym także Konfederacji, której działacze widząc co się dzieje zacierając ręce i pójdą z pewnością za ciosem wystawiając swojego kandydata.
Ciekawie jest nie tylko po prawej stronie sceny politycznej, ale także centrum i na lewicy.

Wiedząc wcześniej o decyzji Tuska (zanim oczywiście dowiedział się Schetyna) i widząc co się dzieje; wiatru w żagle próbuje nabrać Władysław Kosiniak-Kamysz, który ku zaskoczeniu wszystkich i samego PSL zdobył z Kukizem blisko 10 proc.

Pan Władysław zupełnie przypadkiem nagle leci do Brukseli na zupełnie przypadkowe spotkanie z Donaldem Tuskiem, po którym oznajmia i wymownie macha chorągwią już nie tylko zieloną ale biało-czerwoną… jestem gotowy do startu w wyborach prezydenckich i to ja będę oswobodzicielem narodu…Nie Grzegorz Schetyna, przecież nie jest on absolutnie już szefem opozycji o czym Władysław Kosiniak-Kamysz raczył już wspominać wielokrotnie.

A teraz lewicowo – tu także z wrażenia można… ano właśnie oceńcie Państwo sami. Oto na naszych oczach tworzy się właśnie lewicowy konglomerat – trzech formacji, które dopiero siadają do rozmów… Kto tak naprawdę ostatecznie będzie kandydatem lewicy w wyborach prezydenckich. Choć jeden z potencjalnych kandydatów krzyczy na twitterze „Yes we can” i wprowadza wielką nerwowość u pozostałych graczy.

Czeka nas bardzo ciekawa batalio-kampania na różne modele Polski. Owa batalia rozpoczęła się 11 listopada 2019 w którym to dniu Andrzej Duda będzie prężył muskuły i pokazywał jak zasobna i mocna w świecie jest Polska za jego prezydentury.

Dla Polaków mam nadzieję nie tylko PR, wirtualna zasobność, ale i obrona Konstytucji ma na szczęście coraz większe znaczenie. I to będzie prawdziwe wyzwanie dla nowej Pani Prezydent lub nowego Pana Prezydenta.

Zatem obserwujmy, notujmy i zaopatrzmy się dużą ilość popcornu bo czeka nas niesamowita epopeja trwająca z górą 6 miesięcy. Bo jak nie my to kto to mądrze zrecenzuje i wybierze wizję Polski na kolejne 5 lat. Bardzo chcę, aby była demokratyczna i proeuropejska – czego i Państwu życzę!

Czego oczekuję od prezydenta?

Byłem na imieninach znajomego w jednej z podwarszawskich restauracji. Mieszane towarzystwo, w znacznej części zupełnie mi nieznane. Z rozmów wynikało, że można by w tym gronie utworzyć miniaturę naszego parlamentu – wszystkie opcje były reprezentowane.

Byli też tacy, którzy odcinają się od wszelkich nurtów politycznych, nikt im się nie podoba, nikogo nie zamierzają wspierać.

Kryteria wyboru

Konsumowano umiarkowane ilości alkoholi i wymieniano poglądy na różne tematy, w końcu doszło do zbliżających się wyborów prezydenckich. Słuchałem z zainteresowaniem i popadałem w coraz głębszą frustrację.

Niech mi uczestnicy tego spotkania wybaczą, ale jestem negatywnie zaskoczony. Wymieniano różne kandydatury, ale argumentacja wspierająca zawsze oscylowała wokół takich samych argumentów. Bo reprezentuje partię, która popieram, bo jest inteligentny i ma dobry życiorys, bo jest popularny, bo jest kobietą, albo przystojnym mężczyzną, bo ma realne szanse wejść do drugiej tury. Może nie dosłyszałem, ale chyba nikt nie powiedział, czego tak naprawdę oczekuje od prezydenta.
Jak każdy sklerotyk udający mędrca usiadłem więc na boku i usiłowałem kilku osobom wytłumaczyć, do czego właściwie – moim zdaniem – w naszych warunkach ustrojowych potrzebny nam jest prezydent. Nie jesteśmy krajem, w którym prezydent pełni jednocześnie (upraszczając) funkcje premiera i tym samym kieruje rządem. U nas ma ograniczony zakres kompetencji właściwie tylko w kształtowaniu polityki zagranicznej i obrony narodowej. Może – przez prawo veta i zakulisowe rozmowy – hamować wprowadzanie rozwiązań prawnych, które uważa za niesłuszne. W tym zakresie jest rodzajem bezpiecznika, w skomplikowanym pistolecie gospodarko – społecznym kraju, konstruowanym przez rząd i parlament. No i powinien być bezwzględnym strażnikiem konstytucji, czyli reagować na wszelkie próby jej omijania.
Reprezentant państwa
To wszystko powinien robić w miarę potrzeby. Natomiast, tak „na co dzień”, ma być głównym reprezentantem państwa – czyli naszym – na tzw. arenie międzynarodowej. Czym więcej na tej „arenie” ma kontaktów, czym bardziej jest znany z działalności politycznej lub naukowej, czym więcej „ważnych ludzi” z innych krajów go lubi i docenia – tym dla nas lepiej. Często tak bywa, że kraj – z różnych względów – ma na świecie lub w Europie nienajlepszą opinię, ale jest ona łagodzona właśnie osobowością jego prezydenta. Ale bywa i odwrotnie – kraj jest lubiany, ale prezydent ma złą opinię.

Niezależność i czujność

Prezydent powinien też mieć umiejętność oderwania się od zaplecza politycznego, z którym kiedyś był powiązany, albo (lub i) które popierało jego kandydaturę. To trudne, ale znam kilka osób, które nie popierają żadnej opcji politycznej, które są autentycznie neutralne w ocenach działania politycznych ugrupowań. Prezydent nie tylko może, ale wręcz musi mieć właśnie taką cechę. W powojennym okresie zbliżał się do niej tylko, choć też nie do końca konsekwentnie, jeden prezydent. Był nim Aleksander Kwaśniewski.
Czego jeszcze oczekuję od „mego” prezydenta? Powinien reagować na rażące przejawy nienormalności w naszym życiu społecznym. Jeżeli nasza ukochana policja zamienia się w irańskich strażników rewolucji, ścigając chłopca, który schował do kieszeni hostię zamiast ją połknąć – to trzeba, chociażby w formie żartu, zwrócić uwagę społeczeństwa, na absurdalność tej sytuacji w „demokratycznym państwie prawa”.

Końcowa kandydatura

Czy obecnie „panujący” prezydent ma wszystkie wymienione cechy? Kilka ma i muszę przyznać, że bywały sytuacje, w których mnie pozytywnie zaskakiwał. Ale kilku nie ma. Znaczna część „elektoratu” ma też do niego pretensje, że zbyt często popada w dwie skrajności – albo jest zbyt swobodny, albo przyjmuje pozy wieszcza, starszemu pokoleniu przypominające wodza przedwojennej Italii. Czy zatem wśród wymienianych potencjalnych kandydatów jest ktoś, kto tych pożądanych cech ma znacznie więcej, kto zbliża się do pożądanego ideału? Jest taka osoba i nie muszę wymieniać jej nazwiska, bo Czytelnicy Trybuny są ludźmi inteligentnymi.

Nie przyniesie wstydu

Tą osobę kojarzą we wszystkich państwach świata, nawet tych najmniej znanych w Ameryce Południowej i Środkowej, nawet w państwie San Escobar, którego geograficzne położenie zna tylko były minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej. Wielokrotne kontakty procentujące wzajemnym zrozumieniem łączą tą osobę z większością europejskich przywódców na zachodzie i wschodzie, z establishmentem politycznym USA i politykami azjatyckimi.

Nie mam żadnych wątpliwości, że ta osoba nigdy nie skompromituje mego kraju i mnie w kontaktach zagranicznych, nie błyśnie niestosownym żartem w nieodpowiednich okolicznościach, że może skutecznie pomóc w „załatwianiu” spraw, wspomagających polską gospodarkę. Uważam też, że jej charyzma i naturalny prestiż mogą tonująco wpływać na nasze wewnętrzne spory, doprowadzać stopniowo nie tyle do „poczucia jedności”, bo to wydaje mi się na razie niemożliwe, ale do wzajemnego zrozumienia.

Zdaję sobie sprawę, że to, co napisałem może być przez wielu Czytelników uznane za niesłuszne lub nierealne. Bo przecież każde ugrupowanie polityczne chce w wyborach prezydenckich zaprezentować i popierać swego kandydata, który – ich zdaniem – jest najlepszy i może mieć szanse ich wygrania. Przykładem jest pan Korwin Mikke, jakże sympatyczny kandydat skrajnej prawicy, który startował już w kilku wyborach i zapewne wystartuje w tych nadchodzących. Jak zwykle bez pozytywnego rezultatu.

Rozumiem te tendencje i zarazem zwyczaj, nawet sam się w nie wpisuję, jako sympatyk lewicy. Ale jeśli zdecyduje się wystartować też osoba, o której piszę i będzie druga tura, to wtedy zagłosuję na nią. Bo to ona, i chyba w obecnej sytuacji tylko ona, może mi dać nadzieję na rzeczywiste wejście Polski do europejskiej pierwszej ligi.

Nasz prezydent

Czy Senat w rękach opozycji zatrzyma PiS? A może nowy Prezydent?

Utworzenie Senatu w 1989 roku było powrotem do kształtu polskiego parlamentu z okresu II Rzeczypospolitej. Ale już pierwsze kadencje tej izby przekonały znaczną część polskiego społeczeństwa, że była to decyzja błędna. W 2005 roku w sondażu Biura Badania Rynku i Opinii Estymator aż 62 proc. respondentów opowiedziało się za likwidacją Senatu. Taki postulat zgłaszali zarówno politycy Platformy Obywatelskiej jak i Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Tak pisałem o Senacie w czerwcu tego roku na łamach Trybuny. Również moje doświadczenie sejmowe potwierdzało tezę, że kosztująca rocznie ponad 100 milionów złotych izba wyższa parlamentu nie ma racji bytu. W ciągu czterech lat bytności w Sejmie tysiące razy miałem styczność z poprawkami wprowadzanymi do ustaw przez Senat. Problem w tym, że 99 procent poprawek dotyczyło kropek, przecinków, innego szyku zdań lub ewidentnych błędów w ustawach uchwalonych przez Sejm. Kilku dobrych prawników i legislatorów by wystarczyło – taka była moja ocena. Tymczasem dzisiaj na Senat zwrócone są oczy milionów Polek i Polaków.

Rządzą rządzący

Marginalizacja roli Senatu ma swoje uzasadnienie. Od wielu lat większość w Senacie miały te ugrupowania, które miały również większość w Sejmie. Największą ilością senatorów dysponowała rządząca od 2001 roku koalicja SLD-Unia Pracy. Było ich aż 75. Również koalicja PO-PSL nie miała problemów z większością w Senacie. W latach 2007-2011 Platforma i ludowcy mieli w sumie 60 mandatów w Senacie, a w latach 2011-2015 nawet 65 mandatów. Podobnie Prawo i Sprawiedliwość. Podczas swoich pierwszych rządów, PiS wraz z koalicjantami dysponował 59 mandatami senatorskimi, a w kończącej się właśnie IX kadencji 60 mandatami.
Rządząca w Sejmie większość nigdy nie oczekiwała od Senatu ani „refleksji”, ani „zadumy”. W żargonie parlamentarnym mówiło się, że ustawę trzeba „przepuścić” przez Senat. Gdy zaś ustawa była pilna, pilnując przy tym, by senatorom nie przyszło do głowy wprowadzanie poprawek. Bez poprawek ustawa prosto z Senatu trafiała na biurko prezydenta.
Zgodnie z art. 118 Konstytucji Senatowi przysługuje inicjatywa ustawodawcza. W trakcie mojej czteroletniej kadencji senatorowie korzystali z tej możliwości ponad 100 razy. W ostatniej kadencji – o połowę rzadziej. Trudno jednak oczekiwać, że PiS pochyli się nad projektami przygotowanymi przez opozycyjnych senatorów. Czy wobec tego Senat, w którym większość ma opozycja, jest w stanie zatrzymać PiS?

Zatrzymać PiS

Każda ustawa po uchwaleniu przez Sejm trafia do Senatu. Senat ma trzy możliwości. Może uchwalić odrzucenie ustawy w całości. Wprowadzić do ustawy dowolną liczbę poprawek – również zmieniających diametralnie pierwotny kształt projektu. Lub pozostawić projekt w niezmienionym kształcie. W dwóch pierwszych wypadkach projekt ustawy wraca z powrotem do Sejmu.
W Sejmie do odrzucenia senackich poprawek potrzebna jest większość bezwzględna. To oznacza, że ilość głosów przeciw poprawce musi być większa niż suma głosów za poprawką i głosów wstrzymujących się. Taka sama większość jest wymagana do odrzucenia senackiej uchwały o odrzuceniu ustawy w całości. Taką większość PiS w Sejmie ma. I z pewnością wykorzysta ją, by odrzucić każdą inicjatywę Senatu nie będącą po myśli Jarosława Kaczyńskiego.
Dodatkowo twórcy Konstytucji z 1997 roku zadbali, by w sytuacji gdy w Senacie rządzi opozycja, nie doprowadzono do paraliżu państwa. Artykuł 121 Konstytucji daje Senatowi 30 dni na uporanie się z projektami ustaw, które trafiły z Sejmu. W przypadku projektów uznanych za pilne – tylko 14 dni. Jeśli w tym czasie Senat nie podejmie decyzji, obowiązującą staje się wersja projektu uchwalona przez Sejm.

Debata

Konkluzja jest prosta: większość opozycyjna w Senacie nie zablokuje destrukcyjnych działań Prawa i Sprawiedliwości. Sejm – opanowany przez PiS – w dalszym ciągu będzie traktowany przez rządzących jak „maszynka do głosowania”. Dlatego głównym zadaniem Senatu stanie się przywrócenie debaty parlamentarnej. Szczególnie że – pisałem też o tym w czerwcu – Senat (podobnie jak Sejm) dysponuje możliwością przeprowadzania wysłuchań publicznych. Pozwalających uspołecznić proces legislacyjny i dających możliwość wypowiedzenia się ekspertom.
Nawet jeśli w ostatecznym rachunku dorobek Senatu zostanie zniweczony przez posłuszną Kaczyńskiemu większość sejmową, jedno jest pewne. Ekspresowe stanowienie prawa i jego psucie na jedno kiwnięcie palca Kaczyńskiego lub Ziobry nie będzie możliwe. To dlatego PiS tak walczy o Senat. Posuwając się nawet do kwestionowania wyników wyborów.

Przeliczenie

Pisząc ten tekst w środę, nie wiem jaka będzie decyzja sędziów Sądu Najwyższego dotycząca protestów złożonych przez Prawo i Sprawiedliwość. Ale jestem zdania, że licząc na powtórne przeliczenie głosów w sześciu okręgach – PiS się przeliczył. Dziennikarze Onetu przyjrzeli się bliżej głosom nieważnym w tych okręgach. Bo po wyborach samorządowych w 2014 roku, kiedy to liczba nieważnych głosów była rekordowa, wprowadzono do kodeksu wyborczego zapis dotyczący kwalifikacji tychże głosów w protokołach powyborczych. Najwięcej głosów nieważnych nie miało na karcie wyborczej zaznaczonego żadnego kandydata. Tu nie sposób mówić o jakimkolwiek „fałszerstwie”. Zdecydowanie mniej było kart wyborczych ze skreślonymi dwoma lub więcej kandydatami – to te głosy są teoretycznie „podejrzane”.
Onet podliczył, że w skali kraju ponad 72 proc. nieważnych głosów było pustymi kartkami, a tylko niespełna 28 proc. kartami do głosowania z podwójną (lub większą) liczbą skreśleń. Według dziennikarzy Onetu, gdyby nawet wszystkie karty do głosowania z podwójnymi skreśleniami zaliczyć na poczet głosów przegranego kontrkandydata, niewiele by to dało. Z sześciu zakwestionowanych przez PiS okręgów, jedynie w okręgu koszalińskim mogłoby to coś zmienić. Co? Tego nie wiemy. Bo w tym okręgu, oprócz kandydata PiS-u i kandydata popieranego przez KO (Stanisława Gawłowskiego), startował również Krzysztof Berezowski, będący kandydatem niezależnym. I zebrał zaledwie 1700 głosów mniej od kandydata PiS-u. Więc i on mógłby być beneficjentem tych rzekomo „sfałszowanych” głosów.
Jeden z komentatorów zwrócił uwagę, że zgoda Sądu Najwyższego na powtórne przeliczenie głosów miałaby trudne do przewidzenia konsekwencje w przyszłości. Zwłaszcza podczas przyszłych wyborów samorządowych. Tam bowiem w wielu wypadkach kandydaci wygrywają lub przegrywają nieznaczną ilością głosów. I protesty wyborcze żądające powtórnego liczenia głosów mogłyby iść w tysiące.

Trzecia kratka

Zupełnie na marginesie trwającej dyskusji o takiej, a nie innej liczbie głosów nieważnych, można zadać pytanie. Dlaczego wyborcy – w tym wypadku wyborcy senatorów – oddają tysiące głosów nieważnych. Odpowiedź wydaje się prosta. Lista kandydatów do Senatu jest z reguły bardzo krótka. Zawiera dwa lub trzy nazwiska. Zmuszając tym samym wyborcę – pod rygorem oddania głosu nieważnego – do wybrania któregoś z nich. Może warto zastanowić się nad dodaniem jeszcze jednej kratki. Opisanej jako „żaden z wymienionych”. Redukując tym samym liczbę głosów nieważnych. A przy okazji pokazując rzeczywiste poparcie startujących kandydatów.

Pakt senacki

Większość opozycji w Senacie nie powinna zaskakiwać. Przecież w wyborach do Sejmu opozycja też zebrała więcej głosów niż PiS. Spośród 18,5 mln wyborców, na Prawo i Sprawiedliwość głos oddało tylko nieco ponad 8 mln wyborców. Na opozycję (zaliczając do niej Konfederację i mniejsze komitety) – ponad 10 mln głosów.
Swoje zrobił również tak zwany pakt senacki, którego zadaniem było wytypowanie wspólnych kandydatów dla całej opozycji w każdym okręgu. Niestety, nie wszędzie to się udało. W Toruniu senatorem mógł zostać Jerzy Wenderlich. Zabrakło mu 5 tys. głosów. A tymczasem Józef Lewandowski – kandydat partii o nazwie Polska Lewica – zebrał prawie 10 tys. głosów. Tak, tej samej partii Polska Lewica, która próbowała zablokować w sądzie utworzenie wyborczego porozumienia SLD, Wiosny i Razem.
Polska Lewica okazała się „koniem trojańskim” Kaczyńskiego również w Jeleniej Górze. Startujący tam jako trzeci, Kazimierz Klimek – kandydat Polskiej Lewicy – walnie przyczynił się do zwycięstwa kandydata PiS-u. Który zebrał o 1200 głosów więcej niż Jerzy Pokój – kandydat uzgodniony w ramach paktu senackiego.
Już na przykładzie tych dwóch okręgów widać, że przewaga opozycji w Senacie mogła być większa. W Łodzi też starło się dwoje kandydatów z grona opozycji: wiceprzewodnicząca SLD, kandydatka wspólnej opozycji, Małgorzata Niewiadomska-Cudak oraz startujący jako kandydat niezależny, były szef NIK Krzysztof Kwiatkowski. Tym razem, mimo rozłożenia się głosów opozycji, mandat nie trafił w ręce Prawa i Sprawiedliwości. Wygrał Krzysztof Kwiatkowski – zdobywając 5 tys. głosów więcej od kandydata PiS-u.

Nasz prezydent

Zdobycie większości przez opozycję w Senacie to dopiero przyczółek na drodze do odsunięcia ekipy Jarosława Kaczyńskiego od władzy. Porozumienie opozycji – powstanie Koalicji Europejskiej przed wyborami do Europarlamentu i Paktu senackiego przed wyborami so Senatu – to właściwy kierunek. Choć i tu i tam nie obyło się bez potknięć. W maju w Koalicji Europejskiej zabrakło Wiosny Roberta Biedronia i Lewicy Razem Adriana Zandberga. W wyborach do Senatu w kilku okręgach w bratobójczej walce starli się kandydaci antypisowskiej opozycji. Takie błędy trzeba wyeliminować w kolejnych wyborach. Prezydenckich.
Senat może jedynie utrudnić destrukcyjne działanie PiS-u. Prezydent może je zablokować. Bo PiS nie ma w Sejmie 276 posłów, by móc odrzucać prezydenckie weta.
W tym roku opozycja już dwa razy zdobyła więcej głosów od Prawa i Sprawiedliwości. W wyborach do Europarlamentu i w wyborach parlamentarnych. Przegrała z D’Hondtem – metodą liczenia głosów premiującą zwycięską partię. W wyborach prezydenckich nie ma D’Hondta. Wygra kandydat lub kandydatka, która zdobędzie najwięcej głosów. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby był to ktoś z opozycji.

 

Niebezpieczeństwa strategii szaleńca

Dwa mocarstwa nie zamierzają oddawać pola na gospodarczym polu bitwy.

Zaostrzenie wojny handlowej USA – Chiny może mieć katastrofalne skutki nie tylko dla gospodarek tych krajów, ale także dla gospodarki globalnej. Tym bardziej, że opiera się na „strategii szaleńca”, czyli na podejmowaniu pozornie nieracjonalnych decyzji, żeby zdezorientować przeciwnika.
Za chwilę nie będziemy wiedzieli, które decyzje są realne, a które „dezorientacyjne”. To wprowadza chaos, niepewność i znacząco zwiększa ryzyko globalne.
Na przełomie lipca i sierpnia na rynkach finansowych zapanował chaos. Nie było to coś, co można by uznać za typową dla lata flautę często przeradzającą się nawet w letnią hossę. Tym razem była to letnia bessa. Teoretycznie najważniejszym wydarzeniem miało być to, że 31 lipca amerykańska Rezerwa Federalna (Fed) podejmie decyzję o obniżce stóp procentowych. I rzeczywiście stopy zostały obniżone o 25 pb. (do 2,25 proc.).
Jerome Powell, szef Fed, zasmucił jednak inwestorów mówiąc podczas konferencji prasowej, że cięcie nie jest początkiem całej serii obniżek. Powiedział też jednak, że jego wypowiedź nie musi sygnalizować, iż lipcowa obniżka będzie ostatnią. W ten sposób zostawił sobie możliwość cięcia stóp w przyszłości o ile sytuacja gospodarki USA będzie tego wymagała. Prawda jest taka, że ta gospodarka trzyma się na razie bardzo dobrze i co prawda widać pierwsze sygnały spowolnienia (rynek pracy, rynek nieruchomości), ale i tak jest ona w dużo lepszej formie niż na przykład gospodarka strefy euro.
Reakcją Wall Street na niedostatecznie „gołębie” przesłanie Powella były jednoprocentowe spadki indeksów. Już następnego dnia rynek wrócił jednak do formy, bo przecież Powell nie powiedział nic, co usprawiedliwiałoby przecenę.
Indeksy w połowie sesji odrobiły całe spadki z 31 lipca, ale wtedy pojawiły się tweety prezydenta Donalda Trumpa i sesja zakończyła się jednoprocentowymi spadkami.
Dzień po zakończeniu rozmów USA-Chiny w Szanghaju, które miały być preludium do kontynuacji rozmów we wrześniu, prezydent poinformował, że 1 września nałoży 10. procentowe cło na 300 mld dolarów importu z Chin.
Smaczkiem tej decyzji jest to, że prezydent twierdzi, iż to Chiny zapłacą te cła, kiedy każdy wie, że zapłacą je amerykańscy konsumenci. Pretekstem do takiej decyzja miało być to, że rozmowy idą za wolno, a Chiny nie wywiązują się z zobowiązań kupna wystarczającej ilości produktów rolnych produkowanych w USA. Ta decyzja doprowadziła do potężnej przeceny na globalnych giełdach.
Wall Street twierdzi, że prawdziwy powód decyzji Trumpa mógł być inny. Szef Fed podczas swojej konferencji prasowej mówił, że Rezerwa Federalna stopy obniża niejako ostrożnościowo, bo obawia się skutków wojny handlowej na linii USA – Chiny (a potem zapewne USA – UE). Donald Trump bez przerwy krytykuje Fed za to, że ten utrzymuje wysokie stopy procentowe (niesłusznie krytykuje). Mógł sobie wymyślić, że jeśli podkręci ogień pod wojną handlową USA – Chiny to zmusi Fed do kolejnych obniżek stóp, a potem doprowadzi do zawarcia umowy z Chinami (a niskie stopy na dłużej zostaną).
Ta „strategia szaleńca” (nie obrażam prezydenta – eksperci twierdzą, że to znana strategia polegająca na podejmowaniu pozornie nieracjonalnych decyzji, żeby zdezorientować przeciwnika), może doprowadzić do katastrofalnych skutków.
Donald Trump nie bierze według mnie pod uwagę tego, że dla Azjaty utrata twarzy jest dramatem, który np. w Japonii prowadził często do seppuku.
Xi Jinping, chiński prezydent, jest uważany za potężniejszego, niż w szczycie swojej władzy był Mao Zedong. On nie zostawi tego upokarzania Chin bez odpowiedzi. Być może nie natychmiast (Chiny potrafią czekać), ale z pewnością USA kiedyś za to wszystko zapłacą.
Na razie Chiny pozwoliły na dalsze osłabienie juana (pomagając w ten sposób eksporterom) oraz zakazały importu amerykańskich produktów rolnych. USA odpowiedziały twierdząc (po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat), że Chiny manipulują walutą (to akurat prawda) i żądając pomocy ze strony MFW.
W tej chwili Chiny zahamowały osłabianie się juana (za szybkie doprowadzałoby do ucieczki zagranicznych inwestorów), ale problemem jest to, że ciąg dalszy tej rozgrywki zależy jedynie od tego, co nowego wymyśli i zatweetuje prezydent USA. A tego nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Głos lewicy

Liczę na pozytywna kampanię

Liczę na pozytywną kampanię wyborczą, polegającą na tym, że zostanie obrany jeden kierunek narracji i nie będziemy się wzajemnie, po stronie opozycyjnej krytykować. Koalicja lewicowa ma bardzo duże zaplecze osobowe, a także intelektualne, więc bez problemu samodzielnie wystawi w wyborach pełne listy do parlamentu – powiedział na antenie Polskiego Radia 24 Piotr Kusznieruk, szef SLD w województwie podlaskim.
– SLD nie jest przeciwnikiem PO i nie ma zamiaru zwalczać ugrupowania Grzegorza Schetyny. Uważamy wszyscy wspólnie, że trzeba zmienić partię rządzącą – podkreślił polityk Sojuszu.
Żródło: sld.org.pl

Nie możemy odpowiadać agresją na agresję

Nie możemy odpowiadać agresją na agresję, musimy być mądrzejsi i mądrzejsze. Musimy odpowiedzieć siłą spokoju. Wszyscy jesteśmy Polkami i Polakami niezależnie od orientacji, identyfikacji płciowej, tożsamości seksualnej. Myślę, że do tej pory nikt Was – dziewczyn i chłopaków, mężczyzn i kobiet oraz osób – nie przeprosił za to, że do tej pory nie udało się uchwalić związków partnerskich, równości małżeńskiej. Ja Was, w imieniu nas, polityczek i polityków przepraszam, że zawiedliśmy! Chcę i marzę o tym, by w Marszach Równości nie trzeba już było chodzić po to, by walczyć o równe prawa, tylko po to, by podczas nich po prostu radośnie celebrować równość – powiedziała Anna-Maria Żukowska, na wiecu przeciwko przemocy w Warszawie.
Żródło: sld.org.pl

Biedroń na prezydenta lewicy?

Bojan Stanisławski na portalu strajk.eu streszcza ostatnie rewelacje dotyczące szefa Wiosny:
Wydaje się, że liderzy nowego lewicowego bloku zaczynają myśleć poważnie i snują sensowne polityczne plany. Kolejnym tego potwierdzeniem wydaje się „przeciek” do GW, z którego wynika, że w 2020 r., w wyborach prezydenckich, zostanie wysunięta kandydatura Roberta Biedronia.
Żadna z partii nie potwierdziła informacji do których „dotarła” Wyborcza. Milczy również rzecznik prasowy Wiosny, choć pomysł ten miało wysunąć właśnie to stronnictwo.
Z tekstu w GW dowiadujemy się także, iż decyzja ta nie oznacza, iż Biedroń nie będzie brał czynnego udziału w kampanii przed wyborami parlamentarnymi. Wręcz przeciwnie – ma zostać mianowany szefem sztabu. Sam on nie będzie jednak kandydował. Obecnie piastuje funkcję europosła; mandat wywalczył podczas majowych wyborów do PE.
Gdyby informacje te zostały potwierdzone, oznaczać to będzie, że liderem warszawskiej listy będzie albo Włodzimierz Czarzasty, albo Adrian Zandberg.
Wprawdzie trudno w tej chwili spekulować w sprawie ewentualnego przyszłorocznego wyniku Bidronia w wyborach prezydenckich, ale z dużą dozą pewności można założyć, że uzyska większe poparcie niż ktokolwiek z Razem lub z SLD. Ostatnie sondaż prezydenckie wskazują na wyraźną przewagę Andrzeja Dudy. We wszystkich badaniach to on cieszy się największym poparciem. Na drugim miejscu plasuje się Donald Tusk, a na trzecim właśnie Robert Biedroń.

Bezkompromisowa inauguracja

Objęcie rządów przez najmłodszego Prezydenta Ukrainy Wołodymira Zełenskiego to zapowiedź zmian w wielu dziedzinach życia kraju.

Wystarczy powiedzieć, że na zakończenie swojego inauguracyjnego przemówienia Zełensky rozwiązał Wierchowną Radę (parlament) i zapowiedział przedterminowe wybory. Do tego zażądał od parlamentarzystów uchwalenia ustaw znoszących ich immunitet, jak również wprowadzenia przepisów o odpowiedzialności karnej parlamentarzystów i wysokich urzędników za nielegalne wzbogacenie się, oraz odwołanie ministrów obrony narodowej, szefa ukraińskiej służby bezpieczeństwa i prokuratora generalnego.

Zawieszenie broni z Rosją

Pierwszym zadaniem, jakie postawił sobie Zełensky po zaprzysiężeniu, będzie zakończenie wojny na wschodzie kraju, gdzie pięcioletni konflikt z popieranymi przez Rosję separatystami pochłonął 13 000 ukraińskich ofiar. Dodał, że dialog z Rosją może nastąpić dopiero po powrocie utraconych terytoriów do Ukrainy oraz po uwolnieniu jeńców wojennych. „Donbas i Odessa to ukraińskie ziemie”, a Ukraina to kraj dla wszystkich jej mieszkańców ukraińsko i rosyjskojęzycznych. Prezydent powiedział, że „To nie my zaczęliśmy te wojnę. Ale to my musimy ją skończyć”.
W reakcji na te słowa – jak donosi Reuters – rzecznik Kremla, Dmitrij Peskow, oświadczył, że prezydent Putin pogratuluje prezydentowi Ukrainy, jeśli Zełensky poczyni postępy w rozwiązywaniu konfliktu z prorosyjskimi separatystami we wschodniej Ukrainie i naprawi stosunki z Rosją.

Rząd nie jest dla nas rozwiązaniem, jest dla nas problemem.

W swoim przemówieniu, merytorycznym acz zadziornym, Zełensky zwrócił również uwagę na konieczność zmiany świadomości Ukraińców w kwestii myślenia o Unii Europejskiej i NATO. Podkreślił on wolę dążenia do dołączenia do tych wspólnot, przy czym koniecznym jest – jak to określił, pokazując palcem głowę – „odpowiednie myślenie o tym, a nie tylko mówienie”. „Nie chcę abyście wieszali mój portret jako prezydenta w waszych instytucjach. Postawcie na biurkach zdjęcia waszych dzieci abyście pamiętali o ich powodzeniu podejmując decyzje”.
Cytując słowa prezydenta USA Ronalda Reagana „Rząd nie jest dla nas rozwiązaniem, jest dla nas problemem” – poprosił on skonsternowanych ministrów o podanie się do dymisji, aby „uwolnić miejsca dla ludzi, którzy będą myśleć o przyszłych pokoleniach, a nie o przyszłych wyborach”.
Następnie korzystając ze swoich uprawnień konstytucyjnych zapowiedział dymisje w ciągu dwóch miesięcy prokuratora generalnego, ministra obrony i szefa ukraińskiej służby bezpieczeństwa.

Wierchowna Rada – nowe wybory

Wielu prawników i obserwatorów politycznych zadawało sobie wcześniej pytanie, czy nowo powołany prezydent może legalnie rozwiązać Wierchowną Radę? Chodzi o ty by Zełensky mógł – na kanwie swojego sukcesu wyborczego – wprowadzić do parlamentu przedstawicieli własnej partii. Istniejące w obecnym składzie rady partie nie mogły zawrzeć koalicji tworzącej rząd, stąd powstała sytuacja umożliwiająca prezydentowi rozwiązanie parlamentu.
Opozycja zręcznie manipulowała dniem zaprzysiężenia Zełenskiego, jednak nie udało jej się przeciągnąć zorganizowanie tej uroczystości po 27 maja, którego to dnia upływał termin legalnego rozwiązania parlamentu. Istniejące uregulowania prawne parlamentu nie zezwalają na rozwiązanie rady w ciągu 30 dni po ogłoszeniu upadku koalicji rządzącej. Przy czym wybory parlamentarne na Ukrainie zaplanowano na 27 października, a kadencja obecnego parlamentu wygasa pod koniec listopada. Stąd też prawo zezwala prezydentowi Ukrainy na rozwiązanie Wierchownej Rady nie później niż 6 miesięcy przed wygaśnięciem kadencji.
Prezydent Wołodymir Zełensky skorzystał z tego uprawnienia i rozwiązał ukraiński parlament w dniu swojego zaprzysiężenia.

By Ukraińcy nie płakali

Zełensky wygrał wybory na Ukrainie otrzymując 73 procentowe poparcie. Wygrał, bowiem zapowiedział walkę z korupcją, bogacącymi się parlamentarzystami i zmianą polityki wobec Rosji. Na ceremonię zaprzysiężenia poszedł piechotą przez park, gdzie „przybijał piątki” oraz robił selfie ze zwolennikami. Nie było więc tradycyjnej parady.
W przeciwieństwie do swojego poprzednika ustępującego prezydenta Poroszenki, który swoją kampanię prezydencką jak również okres sprawowania urzędu opierał o podziały społeczne i nacjonalistyczne idee i trendy, Zełensky zwrócił się z apelem o jedność do wszystkich Ukraińców na świecie. „My was bardzo potrzebujemy. Wszystkim, którzy są gotowi zbudować nową silną i odnoszącą sukcesy Ukrainę, chętnie przyznam obywatelstwo ukraińskie. Musicie przyjechać na Ukrainę, nie w odwiedziny, ale po to, aby wrócić do domu. Czekamy na was. Nie potrzebujemy prezentów z zagranicy, proszę przynieś nam swoją wiedzę, doświadczenie i wartości umysłowe”.
Na koniec bardzo emocjonalnego, ciekawego i bezkompromisowego swojego przemówienia, przypomniał wszystkim, że jest aktorem-komikiem: „Przez całe życie starałem się rozweselać Ukraińców. Za pięć lat, na koniec kadencji, postaram się, aby Ukraińcy nie płakali”.
W inauguracji prezydentury Zełenskiego uczestniczyli prezydenci i premierzy sąsiadujących państw. Polskę reprezentował minister Jacek Czaputowicz. Szkoda, że obecny polski rząd nie przywiązuje odpowiedniej wagi do protokołu dyplomatycznego i nie wysłał do Kijowa przynajmniej osoby w randze wicepremiera. Była to najlepsza okazja do zresetowania polsko-ukraińskich stosunków.
Na dekret w sprawie rozwiązania Wierchownej Rany i wyznaczenie terminu przedterminowych wyborów nie trzeba było długo czekać – odbędą się one 21 lipca. Rada nie zaakceptowała za to propozycji zmian w ordynacji wyborczej zaproponowanych przez Zełenskiego.

Sługo narodu, do dzieła!

Tydzień minął od ukraińskich wyborów prezydenckich. Niezwykle ważnych też dla Polski.

Bo Ukraina to nasz sąsiad aspirujący do NATO i Unii Europejskiej. Bo w Polsce pracuje i studiuje już ponad 1,5 miliona przybyłych stamtąd Ukraińców. I jeśli doliczyć do nich ponad półmilionową społeczność ukraińską od lat mieszkającą w Polsce, posiadająca polskie obywatelstwa, to nietrudno zauważyć jak wielu tutaj czeka na deklaracje nowo wybranego tam prezydenta.
W trakcie kampanii wyborczej Wołodymyr Żełenski zapowiadał nowy styl uprawiania polityki. Wymianę pokoleniową ukraińskich politycznych elit. Miał ułatwione zadanie, bo jego najpoważniejszym rywalem okazał się urzędujący prezydent Petro Poroszenko. Prowadzący kampanię pod patriotycznymi, pobożnymi, nacjonalistycznie pobrzmiewającymi hasłami: „Język, armia, religia”.
Hasłami jeszcze niedawno ekscytującymi, wzbudzającymi poparcie. Dziś już niepopularnymi, brzmiącymi wczorajszymi problemami i emocjami.
Prezydent Petro Poroszenko pomimo swych zasług, politycznego doświadczenia i licznych osobistych przymiotów, przegrał z młodszym debiutantem. Jego klęskę radośnie komentowano w Rosji, bo Poroszenko swą politykę oparł na konflikcie z Kremlem i na religijno-kulturowym rozwodem z Rosją.
Nie opłakiwano go też w stolicach państw Unii Europejskiej. Paryż zdążył już, nieoficjalnie, przyjąć ukraińskiego następcę na tronie, oswoić się z nim. Trochę łez uronił Berlin, bo Poroszenko Z Niemcami próbował budować długoletnie strategiczne partnerstwo. Ale od razu też popłynęło z Berlina gorące zaproszenie dla oczekiwanego tam Żełeńskiego.
Władze w Warszawie odejście Poroszenki przyjęły z ulgą. Kanceliści pana prezydenta Dudy od dawna narzekali zaprzyjaźnionym dziennikarzom na brak dobrej współpracy z administracją Poroszenki.
Centrum rządzenia Polską zlokalizowane przy Nowogrodzkiej też polityki prezydenta Poroszenki nie akceptowało. Miało mu za złe, że zlekceważył zalecenie pana prezesa Kaczyńskiego. Przekazane do wiadomości wszystkim aktualnym i przyszłym przywódcom Ukrainy.
Zalecenie przestrzegające, że „Z Banderą Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej”.
Dodatkowo prominentom PiS bardzo nie podobało się zatrudnianie przez ekipę Poroszenki byłych polskich polityków związanych z Platformą Obywatelska. Czemu naszych nie zatrudnia? – narzekali nieoficjalnie mediom.
Tydzień minął, a następca na prezydenckim, kijowskim tronie nie zaprezentował głównych kierunków swej polityki. Można dalej na takie wystąpienie cierpliwie czekać. A nuż wreszcie uchyli rąbka tajemnicy.
Można też, o czym coraz częściej i głośniej polscy parlamentarzyści rozmawiają, publicznie o to zapytać nowo wybranego prezydenta. A pytań jest wiele. Po stronie ław rządzących i opozycji też.
Opozycyjni polscy parlamentarzyści chcieliby usłyszeć, czy pan prezydent Żełenski będzie nadal kroczył w kierunku integracji z Unią Europejską? Nawet jeśli będzie miał „pod górkę”?
Czy może wybierze „wariant turecki”, czyli będzie dążył do integracji z gospodarką Unii Europejskiej, nie przyjmując wszystkich jej demokratycznych wartości i rozwiązań?
Zintegruje obie gospodarki przy zachowaniu niezgodnego z unijnymi standardami i wartościami ustroju ukraińskiego państwa, systemu sądowniczego, samorządowego.
I tu trzeba zadać nowemu prezydentowi Ukrainy powszechne wśród parlamentarzystów „Nowoczesnej” pytanie: czy podpisze i wprowadzi w życie kartę praw LGBT?
Bo na Ukrainie prawa mniejszości seksualnych nadal nie są przestrzegane. Osoby o homoseksualnej orientacji nadal są często prześladowane.
Skoro w czasie kampanii prezydenckiej pan Wołodymyr Żełenski zapowiadał nową politykę, inną od obecnej, to czy jej zmiana nastąpi też wobec środowisk LGBT?
Następnie warto zapytać nowego prezydenta, nadzorującego armię ukraińską, o politykę wobec Donbasu i Ługańska. Dwóch zbuntowanych wobec władzy w Kijowie regionów państwa ukraińskiego.
Czy pan prezydent Żełenski uzna buntowników za „partyzantów”, jak już raz powiedział, i zacznie z nimi negocjować warunki rozejmu i pokoju?
Czy utrzyma politykę swego poprzednika deklarującego, że z najemnikami Kremla nie rozmawia się, tylko walczy się z nimi?
Bardziej zainteresowani polityką międzynarodową parlamentarzyści chcieliby widzieć, czy pan prezydent Żełenski akceptuje „wariant normandzki” przy rozwiązywaniu konfliktu w zbuntowanych regionach? Nawet jeśli jest on niekorzystny dla władzy w Kijowie, bo może prowadzić do dużej autonomii zbuntowanych obecnie prowincji.
Trzeba też zapytać nowego prezydenta Ukrainy, co zamierza zrobić z zabranym Ukrainie Krymem. Żaden poważny polityk z UE nie neguje praw Ukrainy do tego terytorium.
Ale żaden z poważnych polityków nie wierzy, że Ukraina szybko Krym odzyska. Prędzej już wejdzie do NATO i Unii Europejskiej.
Ale aby państwo ukraińskie przystąpiło do NATO i UE, to wpierw musi mieć uregulowane swe państwowe granice.
Czyli za cenę wejścia do NATO i UE Ukraina będzie musiała zrzec się Krymu, albo kwestię jego odzyskania odłożyć w nieokreśloną przyszłość.
Co o tym myśli pan prezydent Żełenski? Czy gotowy jest taką cenę zapłacić?
Czy pomimo utraty Krymu jest gotowy do poprawy stosunków z Rosją?
Relacje Ukraina – Rosja bardzo interesują parlamentarzystów z PSL i wszystkich innych pochodzących ze wsi. Bo ewentualna poprawa relacji Moskwa – Kijów to zniesienie sankcji gospodarczych Unii Europejskiej. To ponowne otwarcie rynku rosyjskiego dla polskich produktów żywnościowych. To dla polskiego rolnictwa kwestia niezwykle ważna.
I problem ważny nie tylko dla parlamentarzystów PiS. Także tych z Kukiz’15 i PSL.
Czy nowy pan prezydent zerwie z kultywowaniem tradycji OUN-UPA, z gloryfikowaniem Stefana Bandery?
Czy potępi organizacje gloryfikujące ukraiński faszyzm?
Czy przeprosi za ludobójstwo ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu w latach 1943-1944?
Przeprosi nie tylko w czasie wizyty w Polsce, ale także w czasie wizyty na Wołyniu?
I na koniec pytanie, które powinno być pierwsze. Kiedy pan prezydent Wołodymyr Żełenski odwiedzi Warszawę?
Kancelaria pana prezydenta Dudy poinformowała o wysłaniu oficjalnego zaproszenia.
Wówczas zapewne parlamentarzyści polscy, którzy podzielili się ze mną intrygującymi ich pytaniami, będą mieli okazję zadać je sami.

Wszędzie kupimy zwykłe żarówki

Fot. Każdy, z wyjątkiem Prezydenta RP, jego doradców i grupy komentatorów, wie, że tradycyjne, nie energooszczędne żarówki można kupić bez najmniejszych kłopotów.

 

 

Andrzej Duda i jego doradcy nie robią zakupów, więc ich wiedza o tym, czego Unia nie pozwala sprzedawać, jest delikatnie mówiąc, umiarkowana.

 

Wszyscy już wiemy, jaki jest najbardziej drastyczny przejaw opresyjności dyktatury Unii Europejskiej.
Jak zawsze w niezrównany sposób, ujął to prezydent Andrzej Duda.

 

Obrońca żarówkowej demokracji

Przypomnijmy więc Jego natchnione słowa w obronie demokracji (której jak wiadomo prezydent Duda jest gorliwym obrońcą), wypowiedziane na ważnym Niemiecko-Polskim Forum w obecności prezydenta Franka Waltera Steinmeiera: „Mam poczucie, że my w ramach Unii Europejskiej mamy niedosyt demokracji. Wielu ludzi zadaje sobie pytanie, dlaczego UE zabrania tego, zabrania tamtego. Dlaczego na przykład w sklepie nie można w tej chwili kupić już zwykłej żarówki, można kupić tylko żarówkę energooszczędną? Nie wolno kupić, bo UE zakazała. To są problemy, nad którymi zastanawiają się ludzie” – oświadczył nasz prezydent.
Tak jest, Panie Prezydencie! Ujął Pan to najtrafniej jak tylko można!. Rzeczywiście, właśnie nad tym zastanawiają się ludzie w Polsce i w całej Unii.
Tyle, że im bardziej się zastanawiają, tym bardziej się dziwią słowom Pana Prezydenta – bo rzecz w tym, że te zwykłe, nie energooszczędne żarówki można wszędzie kupić bez żadnych problemów, co też i uczynił autor niniejszego tekstu. Przykładem niech będzie zamieszczone zdjęcie.

 

Żarówka jaka jest, każdy widzi

Jest to, jak każdy widzi, najzwyklejsza żarówka, znana od dziesięcioleci – a w zasadzie znacznie dłużej, bo pierwsze modele nadające się do dłuższego użytkowania zaczęto sprzedawać pod koniec dziewiętnastego wieku.
I takie właśnie żarówki sprzedaje się bez problemów do dziś, leżą w sklepach zaraz przy żarówkach energooszczędnych, a Unia Europejska nic do tego nie ma.
Jest tylko jeden drobiazg – te żarówki już nie są w Polsce sprzedawane jako „żarówki” lecz pod nazwą „lampy sygnalizacyjne” (a za granicą „signal bulb”).
W ten oto prosty sposób wilk jest syty i owca cała: normalne żarówki są nadal w sprzedaży i każdy bez problemu może je kupić, zaś prawo Unii Europejskiej nie zostało złamane. Wymóg energooszczędności dotyczy bowiem żarówek, a nie „lamp sygnalizacyjnych”.
Nikt też nie może zaprzeczyć, że za pomocą takich wyrobów, jak na zdjęciu, można jak najbardziej wysyłać sygnały. Nazwa jest więc całkowicie zgodna z rzeczywistością.

 

Tajemna wiedza

Nie można oczywiście wymagać, by o tym wszystkim wiedział prezydent Andrzej Duda. Wiadomo przecież, że nie chodzi on do sklepów i nie kupuje żarówek ani zwykłych, ani energooszczędnych – i nie czynił tego także przed objęciem swego zaszczytnego urzędu (bo gdyby kupował, to miałby świadomość, że te tradycyjne żarówki są powszechnie dostępne).
Ciekawe jednak, że o tym, iż najzwyklejsze, nie energooszczędne żarówki są w ciągłej sprzedaży, nie mieli też pojęcia doradcy Pana Prezydenta, którzy podsunęli mu ten błyskotliwy bon mot z żarówkami.
Nie wiedzieli o tym także i wszyscy ci, którzy komentowali „żarówkową” wypowiedź Pana Prezydenta – i mozolnie wyjaśniali, dlaczego Unia, dla naszego wspólnego dobra, wyeliminowała ze sprzedaży zwykłe żarówki, zużywające więcej prądu.
Cóż, po prostu są to przedstawiciele naszych, pożal się Boże elit, którzy nie zniżają się do tak poziomych czynności jak robienie zakupów. Nie mogą więc oni wiedzieć, że Unia Europejska bynajmniej nie wyeliminowała zwykłych żarówek ze sprzedaży.

Jair Bolsonaro i upadek Partii Pracowników

Jair Messias Bolsonaro, jeszcze dwa lata temu element politycznego folkloru, marginalny skrajnie prawicowy pajac pyskujący na wszystkie strony zniewagami, został 28 października, w drugiej turze, z ponad 55 proc. głosów, wybrany prezydentem piątego najludniejszego państwa świata, największego państwa Ameryki Łacińskiej, drugiego najludniejszego państwa Zachodniej Półkuli. Od miesięcy mówiono, że będą to najważniejsze wybory w Brazylii od czasu przywrócenia tam liberalnej demokracji w 1985 roku. Biorąc pod uwagę choćby klimatyczne konsekwencje wyboru Bolsonaro dla całej planety, były na pewno najważniejszymi w tym roku wyborami na świecie.

 

Prezydent-elekt jest nie tylko faszystą. Nie wierzy w globalne ocieplenie; finansowany przez wielką własność ziemską i przemysły ekstraktywne obiecał im wolną rękę w ich wymarzonej grabieży Amazonii, co niewątpliwie przyspieszy i pogłębi katastrofę klimatyczną. Jego zwycięstwo oznacza też najprawdopodobniej rychły upadek lub kapitulację pozostałych na polu walki lewicowych projektów politycznych w Ameryce Południowej. Bolsonaro reprezentuje militarystyczną (był wojskowym) brazylijską tradycję polityczną, która głosiła, że „co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii” i dumnie uczestniczyła w Operacji Kondor mającej na celu brutalne wyniszczenie lewicy w całej Ameryce Łacińskiej.
Niektórzy moi brazylijscy znajomi zareagowali na wynik wyboru publikując na Facebooku statusy w rodzaju „witajcie w roku 1964” (roku wojskowego zamachu stanu). Prawdopodobnie niebawem skończy się w Brazylii demokracja. Fakt, że Bolsonaro wygrał w demokratycznych wyborach nic tu nie zmienia.

 

Tropikalny faszyzm

Na pierwszy rzut oka, przeszkodę dla najbardziej ekstremalnych pomysłów Bolsonaro powinno stanowić to, że na rozdrobnionej scenie politycznej Brazylii (liczba partii politycznych w Kongresie Narodowym sięga trzydziestki) każde posunięcie legislacyjne wymaga długotrwałego budowania koalicji ugrupowań gotowych je poprzeć. Nie musi to być przeszkoda wystarczająca. Bolsonaro otwarcie mówił, że Kongres „nic nie robi” i dlatego natychmiast rozwiązałby go albo zawiesił. Trzon elity wojskowej, której pozycji i przywilejów (w tym wolności od odpowiedzialności karnej za zbrodnie w latach dyktatury) nikt nie ważył się przez trzydzieści lat ruszyć, jest mu przychylny i zapewne gotów na jego wezwanie. Jego wiceprezydentem będzie emerytowany generał Hamilton Mourão. Jego administrację zaludnią najpewniej liczni wojskowi, żeby skompensować kadrową słabość jego własnej partii politycznej. Przewodzona przez niego Partia Socjalno-Liberalna (PSL; nazwy większości brazylijskich partii politycznych nie mają nic wspólnego z ich realnym programem i profilem politycznym) przed tymi wyborami była zupełnie marginalnym ugrupowaniem i nie dysponuje doświadczonymi kadrami zdolnymi administrować dwustumilionowym krajem.
Od lutego bieżącego roku przejmowanie kontroli wojsko testuje już w Rio de Janeiro, za sprawą zaprowadzonego tam decyzją prezydenta Michela Temera de facto stanu wyjątkowego. W noc powyborczą na ulice leżącego nieopodal Rio de Janeiro miasta Niteroi wyjechało wojsko, by głośno świętować zwycięstwo swojego faworyta. Dzienniki “Estadão” i “Folha de São” podały, że w dniach bezpośrednio poprzedzających drugą turę wyborów 20 uniwersytetów zostało „najechanych” przez oddziały policji wojskowej, bo odbywały się tam spotkania i debaty na temat faszyzmu.
Bolsonaro jest zwolennikiem wolnego dostępu do broni i nieograniczonego prawa policji do jej użycia – w kraju o już najwyższych na świecie statystykach mordów policyjnych. Jest otwartym rasistą, mizoginem i „dumnym homofobem”. Indiańskie ruchy społeczne chce ogłosić organizacjami terrorystycznymi. Skandalicznych komentarzy o gwałcie używa jak najzwyklejszej figury retorycznej, by upokorzyć swoje polityczne oponentki. Kiedy głosował za impeachmentem pierwszej kobiety na stanowisku prezydenta Brazylii, swój głos zadedykował w kabotyńskim geście Carlosowi Brilhante Ustrze, który nadzorował tortury więźniów politycznych w okresie wojskowej dyktatury i był odpowiedzialny także za tortury młodej marksistki, córki bułgarskiego imigranta, Dilmy Rousseff. Jest otwartym zwolennikiem i jawnym obrońcą reżimu wojskowego z lat 1964-1985 – jeżeli ma mu coś za złe, to to, że zbyt wiele jego ofiar wychodziło z tortur żywych, że nie wymordował dość komuchów, lewaków i bandytów, co on by chętnie zrobił. Dlatego, jak dojdzie do władzy, to „przeprowadzi taką czystkę, jakiej jeszcze w Brazylii nie było”.
Czy naprawdę ponad połowa brazylijskiego społeczeństwa tak szybko skręciła tak mocno w prawo, że podziela te poglądy? W Brazylii jest obowiązek wyborczy, ale miliony ludzi i tak nie głosowały lub oddały głosy nieważne, zwiększając szanse na zwycięstwo Bolsonaro. Nie mam jeszcze dowodów statystycznych, ale na podstawie lektury politycznych deklaracji licznych znajomych paulistanos i cariocas obstawiam, że decydującą rolę w tym gronie odegrała wielkomiejska, głównie biała, klasa średnia, która ma największą skłonność do elitarystycznego kręcenia nosem, że Bolsonaro i Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT) to samo zło. Mogą sobie pozwolić na taką „estetyczną” postawę, bo to nie oni zapłacą prawdziwą cenę za dojście Bolsonaro do władzy. Oprócz wszystkiego, co o nim wyżej powiedziałem, jest on jednocześnie skrajnym neoliberałem, zwolennikiem prywatyzacji i deregulacji wszystkiego, a także demontażu prawa pracy i państwowego systemu emerytalnego. Dlatego tak już go polubiły mityczne „rynki światowe”, a giełda brazylijska wpadła po wyborach w euforię.
Za wcześnie na definitywne konstatacje na temat składu i motywacji elektoratu Bolsonaro, ale różne badania już prowadzono i na razie wynika z nich, że twardy rdzeń jego wyborców to faktycznie konserwatywna, rasistowska i religijna prawica. Niemniej w kraju, którego ponad połowa mieszkańców deklaruje swoje afrykańskie pochodzenie, to za mało, żeby samo dało mu aż taką przewagę nad namaszczonym przez uwięzionego byłego prezydenta Lulę, najpopularniejszego polityka w historii kraju, kandydatem PT Fernando Haddadem. Wygląda na to, że był to wyjątkowo eklektyczny miszmasz wyborców, z których wielu głosowało na niego pomimo jego ekstremalnych poglądów. Tłumaczyli sobie, że „przecież on tylko tak mówi”, że to takie ekscentryczne poczucie humoru, albo że inne sprawy (walka z korupcją i przestępczością) są ważniejsze.
W zalewie przedwyborczych informacji, w tym także fałszywych informacji rozpowszechnianych przez kampanię Bolsonaro na przemysłową skalę za pośrednictwem WhatsApp, wielu reagowało ograniczaniem się do rejestrowania tylko tych, które im pasowały do już podjętego postanowienia, i ignorowaniem reszty. W przypadku tego polityka było to tym łatwiejsze, że Bolsonaro przypomina Donalda Trumpa. Jak? Mówi byle co, a głosuje jeszcze inaczej; nie zależy mu na budowaniu wrażenia, że ma jakąś spójną wizję świata, potrafi sobie przeczyć w odstępie kilku dni, kierując się raczej pragnieniem wstrzelenia się w nastrój tej publiczności, do której się akurat zwraca, i wywołania silnej, emocjonalnej reakcji. Tylko głosowaniem pomimo można wytłumaczyć tak dziwaczne fenomeny, jak oddający głosy na Bolsonaro czarni favelados, czy wyborcy LGBT. Prawie 30 proc. tych ostatnich zignorowało jego wypowiedzi, że wolałby, żeby jego syn zginął w wypadku niż był gejem, albo że gdyby zobaczył męsko-męską parę na ulicy, to by im obu dał po mordach, a także to, że zamierza zalegalizować terapie „leczenia z homoseksualizmu”.
Pisarka, którą poznałem w Belo Horizonte, była przez ostatnie tygodnie autentycznie załamana. Powiedziała mi, że z całej jej rodziny tylko ona i jej najmłodszy brat zagłosowali na Haddada – cała reszta, po ciotki i kuzynów, na Bolsonaro. Nie potrafiła tego ogarnąć; oni nie podzielają jego poglądów, tylko puszczają je mimo uszu, wierzą, że jakimś cudem przyniesie on oczyszczenie brazylijskiej polityki „z tej całej korupcji”. Inny znany mi przypadek: znajomy znajomej, z którą imprezowałem w São Paulo, czarny biseksualny dwudziestoparolatek z Rio utrzymujący się m. in. ze świadczenia usług seksualnych mężczyznom (nie wiem, czy do dzisiaj). Wszystko to razem wzięte ustawia go przecież na celowniku Bolsonaro z kilku stron jednocześnie – a jednak przywitał jego zwycięstwo radosnym statusem na Facebooku jako początek nowej, lepszej ery, z odwołaniem do Boga.
To była jedna z najbardziej irracjonalnych, paradoksalnych, chyba nawet absurdalnych kampanii wyborczych naszych czasów. Ogromna część ponad dwustumilionowego narodu postanowiła w akcie zbiorowego szaleństwa strzelać sobie w kolano i widzieć w tym nadzieję.

 

Jak to się stało?

Jak to się stało, że PT, partia, która przez kilkanaście lat u władzy, zwłaszcza w okresie rządów Luli da Silvy, podźwignęła z nędzy kilkadziesiąt milionów ludzi i zlikwidowała w kraju głód, przegrała z takim politykiem jak Bolsonaro?
Najbardziej bezpośrednią przyczyną jest oczywiście to, że oligarchom udało się, przy pomocy lojalnego wobec niej systemu sprawiedliwości, wsadzić w kwietniu br. do więzienia najpopularniejszego kandydata, Lulę właśnie, rzekomo za korupcję. Lula bez dwóch zdań wygrałby te wybory. Przypomnę, że jedyną udowodnioną winą byłego prezydenta jest to, że jeden z wielkich koncernów budowlanych podarował mu luksusowy apartament z widokiem na ocean, a jedynym dowodem, że Lula ten prezent przyjął, są zeznania samych łapówkodawców, którzy w zamian za to świadectwo sami zostali zwolnieni od odpowiedzialności. Żadnych dokumentów ani innych dowodów materialnych, że Lula kiedykolwiek ten „prezent” przyjął, że postawił tam stopę – nie przedstawiono. Jakby komuś tego było mało na dowód, że wyrok motywowany był wyłącznie politycznie, interesem oligarchów, Lulę poddano takiemu rygorowi, że prasa nie ma do niego dostępu – w kraju, w którym skazani szefowie gangów narkotykowych nie doświadczali takich obostrzeń. A jakby i tego było mało, to Bolsonaro właśnie zaoferował odpowiedzialnemu za śledztwo Lava Jato sędziemu Sergio Moro, który doprowadził do uwięzienia Luli, polityczną nagrodę: tekę ministra sprawiedliwości.
Ale to by znaczyło, że utrata jednego najbardziej charyzmatycznego polityka (i pomimo wszystkich popełnionych błędów, największego prezydenta w historii Brazylii) wystarczyła, żeby zneutralizować PT i sprawić, by tak doświadczona partia przegrała z takim ignorantem i pajacem jak Bolsonaro, który w Kongresie Narodowym ślizgał się, co kilka lat zmieniając jedną małą partyjkę na inną. To też domaga się więc głębszego wyjaśnienia. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do wyborców amerykańskich w 2016, nawet po eliminacji Luli, Brazylijczycy nie byli zmuszeni wybierać mniejszego zła spomiędzy dwójki równie amoralnych kandydatów. Haddad był dobrą propozycją, miał program i doświadczenie polityczne (był ministrem edukacji, który milionom dzieci biedoty otworzył drzwi do wyższego wykształcenia i awansu społecznego, a potem burmistrzem São Paulo, największego miasta Półkuli Południowej). To, że na swoją wiceprezydentkę wystawił Manuelę d’Avila z Komunistycznej Partii Brazylii, oznaczało zwrot PT w lewo (a tym, co robotniczych wyborców w ostatnich latach stopniowo zniechęcało do PT, były jej ustępstwa na rzecz neoliberalnego centrum paraliżujące w szczególności obydwie administracje Dilmy Rousseff). Dlaczego więc przegrał?

 

Antipetismo i macki Waszyngtonu

Powody bezpośrednie to wszystko to, co się działo w brazylijskiej polityce w okresie od pierwszych prób wysadzenia z urzędu prezydenckiego Dilmy Rousseff w jej drugiej kadencji. Próby te zwieńczył w 2016 impeachment, który – ze względu na jego śmieszne podstawy prawne (nie udowodniono jej żadnego deliktu konstytucyjnego) – należy rozumieć jako parlamentarny zamach stanu. Mówiąc wprost – przeprowadzony przez oligarchów we współpracy z CIA i/lub amerykańskim Departamentem Stanu. Wydarzył się on niedługo po tym, gdy w podobny sposób prawica obaliła prezydenta Lugo w Paragwaju.
Dziwnym zbiegiem okoliczności ambasadorką Stanów Zjednoczonych w Asunción w momencie impeachmentu paragwajskiego i w Brasilii w momencie impeachmentu brazylijskiego była ta sama Liliana Ayalde, którą najwyraźniej po udanej operacji w małym kraju przeniesiono do większego, w tym samym celu. Michel Temer, zdradziecki wiceprezydent Dilmy z ramienia Brazylijskiego Ruchu Demokratycznego (kolejna nazwa bez znaczenia), który dzięki jej usunięciu został prezydentem, był od 2006 informatorem amerykańskiej ambasady. CIA i Departament Stanu służyły pomocą zarówno w obaleniu Rousseff, jak i w uwięzieniu Luli.
Dlatego, choć za wcześnie na niezbite dowody, bylibyśmy niepoważni, gdybyśmy nie węszyli w niespodziewanym wywindowaniu Bolsonaro palców CIA i Departamentu Stanu, tym bardziej, że nie byłby to pierwszy raz z ich strony. Tak jak w latach 60., Waszyngton wolałby w pałacach Brasilii faszystę niż powrót lewicy, nawet łagodnej socjaldemokracji. Pierwszym miejscem, gdzie należy szukać, jest rozmach i skuteczność kampanii wymierzonych w PT fałszywych wiadomości (w rodzaju, że Haddad jako minister edukacji wydawał podręczniki „promujące homoseksualizm wśród młodzieży”) rozpowszechnianych w mediach społecznościowych, w szczególności przez WhatsApp.
Ta kampanii oszczerstw mogła się powieść dlatego, że od czasu drugiego wyborczego zwycięstwa Rousseff w 2014 wszystkie wielkie media głównego nurtu (w Brazylii skupione w rękach kilku oligarchicznych rodzin i dlatego prawoskrętne, telewizji publicznej w europejskim sensie tego słowa nie ma) przygotowywały grunt, łącząc się zwartym szeregiem w wielkich kampaniach zniechęcania do PT i obarczania jej winą za wszystko, co się złego w kraju dzieje, z korupcją na czele. Tak, PT umaczała się w korupcji, ale ani nie bardziej, ani też nie dłużej niż partie, które w establiszmencie Brazylii funkcjonowały od dużo dłuższego czasu i na endemicznej w tym kraju korupcji pasły się od dawna. Na podstawie brazylijskiej telewizji można natomiast było odnieść wrażenie, że PT wręcz wymyśliła korupcję. Kampania zmasowanego zniechęcania do PT wytworzyła coś na kształt światopoglądu, który dorobił się swojego własnego „izmu”: antipetismo, od anti-PT. Oznacza on postawę „wszystko, byle nie PT” i „co złego to PT”.

 

Farbowany outsider

Jednocześnie wielkie antykorupcyjne śledztwo pod kryptonimem Operação Lava Jato (Operacja Myjnia Samochodowa), z impeachmentem Dilmy Rousseff odpalonym przy jego okazji, choć bez dowodów korupcji po stronie samej Rousseff, rozpętało piekło, które wydostało się spod kontroli wszystkich, którzy początkowo używali go, żeby odsunąć od władzy PT. Z ponad trzema setkami podejrzanych i oskarżonych, rykoszety pozbierały głowy nawet tych, którzy początkowo grali pierwsze skrzypce w politycznej instrumentalizacji afery przeciwko PT. Rezultatem była daleko posunięta delegitymizacja całej brazylijskiej sceny politycznej. Stąd w wyborach do Kongresu Narodowego, które odbyły się wraz z pierwszą turą prezydenckich, takie zdziesiątkowanie kilku tradycyjnych partii establiszmentowych.
Wielka delegitymizacja całej klasy politycznej wywołała pragnienie jej gruntownej wymiany nowymi lub przynajmniej marginalnymi do tej pory twarzami, oczyszczenia tej stajni Augiasza przez wpuszczenie na scenę outsiderów. Bolsonaro nie jest żadnym outsiderem – od trzech dekad jest zawodowym politykiem, od 1991 deputowanym ze stanu Rio de Janeiro do Kongresu Narodowego. W oligarchicznym systemie politycznym, w którym kampanie wyborcze pochłaniają takie pieniądze, że tylko w Stanach Zjednoczonych kosztuje to więcej, przebicie się na poziom ogólnokrajowej polityki wymaga takich środków, że jest praktycznie niemożliwe dla prawdziwych outsiderów. Bolsonaro stał się więc „outsiderem z braku laku”, pod nieobecność prawdziwych. Za „outsideryzm” robiło to, że jak dotąd nic mu się w zasadzie nie udawało. Ani w wojsku, które opuścił bez osiągnięć w stopniu kapitana, ani w polityce, w której tylko wykrzykiwał swoje bluzgi jako deputowany marginalnych partii.
Jednak wydarzenia ostatnich trzech lat, no i bieżącego roku w szczególności, przybrały taki, a nie inny obrót dlatego, że eksplodowały w nich napięcia i rozczarowania całego okresu liberalnej demokracji po oddaniu władzy przez wojskowych w 1985, a także kilkunastu lat rządów PT, która przeprowadziła jedynie „rewolucję na pół gwizdka” i za bardzo wpasowała się w obowiązujące w brazylijskiej polityce „reguły gry”. Jest coś symbolicznego w tym, że Bolsonaro zawodową karierę polityczną rozpoczął równo trzydzieści lat temu, w 1988, roku uchwalenia obecnej, liberalnej, demokratycznej konstytucji Brazylii. Został wtedy radnym miejskim w Rio de Janeiro.

 

Kościół, oligarchowie, kaznodzieje i wojskowi

Jak możemy bardziej szczegółowo poczytać w książce Michaela Löwy’ego War of Gods, w latach 60. i 70. XX w. Brazylia była tym wyjątkowym miejscem (drugi był maleńki Salwador), w którym teologia wyzwolenia osiągnęła pozycję jeżeli nie dominującego, to co najmniej mainstreamowego nurtu w Kościele katolickim, nawet w episkopacie. Zradykalizowane segmenty Kościoła udzielały pomocy prześladowanym działaczom lewicowym, między innymi założycielom Partii Pracowników. Kiedy na tronie Piotrowym w Watykanie zasiadł Jan Paweł II, wytępienie teologii wyzwolenia okazało się jedną z jego większych obsesji. Jednak zrekonstruowany na konserwatywny sposób brazylijski Kościół katolicki nie zdołał skutecznie wypełnić sobą społecznej próżni pozostawionej po tamtej radykalnej tradycji. Ofiary brazylijskich stosunków własności, ludzie sfrustrowani i rozgoryczeni przemocą ekonomiczną kształtującą ich życie w kraju o jednych z największych nierówności na świecie, stali się łatwym łupem protestanckich sekt pochodzenia północnoamerykańskiego, które rozmnożyły się w Brazylii na potęgę. I choć są być może jeszcze bardziej konserwatywne niż Kościół katolicki, to posługują się charyzmatycznymi technikami duszpasterskimi, które w porównaniu ze skostniałym i wrośniętym w strukturę klasową Kościołem rzymskim sprawiają powierzchowne wrażenie czegoś radykalnie innego. W 2018 sekty te stanowiły rdzeń oddolnego aktywizmu kampanii Bolsonaro. Wbrew fantazjom wielu na polskiej lewicy, w protestantyzmie nie ma nic z natury lepszego od katolicyzmu.
Liberalna konstytucja z 1988 roku pogrzebała szanse na jakąkolwiek przebudowę stosunków własności w Brazylii, a pomysły reformy rolnej przecież w latach 80. rozważano. Oligarchia – wielka, latyfundialna własność ziemska, finansjera, przemysłowcy, kapitał medialny – garstka nieprzyzwoicie bogatych rodzin, które gromadziły zasoby kraju odgradzając od dostępu do nich większość społeczeństwa jeszcze od czasów, kiedy harowali na nich niewolnicy, a na koniec pomnożyła je w okresie dyktatury (jak właściciele koncernu medialnego Globo), mogła spać spokojnie.
Warto tu jeszcze zaznaczyć, że w Brazylii wojsko zdołało wyjść z okresu dyktatury ze znacznie lepszą twarzą niż w Chile czy Argentynie. W Brazylii pogląd, że „mimo wszystko, w ogólnym rozrachunku, dyktatura okazała się sukcesem”, przynajmniej gospodarczym (wojskowi przejęli władzę w warunkach galopującej inflacji), jest znacznie powszechniejszy, zwłaszcza wśród klasy średniej. Poza sferą ambitnej produkcji kulturalnej w rodzaju niszowych filmów, PT nie rzuciła wystarczającego systematycznego wyzwania tej narracji.

 

Problem biedy, problem bogactwa

Problem z rządami PT i wizją Luli, gdy po wielu wyborczych podejściach w 2002 wygrał w końcu wyścig prezydencki i w styczniu 2003 objął urząd jako pierwszy brazylijski prezydent z klasy robotniczej, polega na tym, że obudził nadzieje na gruntowną przebudowę brazylijskiego społeczeństwa, jednego z najbardziej niesprawiedliwych na świecie, ale liczył na to, że uda się tego dokonać wyłącznie drobnymi reformami redystrybucyjnymi. W dodatku dotyczyły one jedynie bieżącego dochodu (a nie np. ziemi), a w gruncie rzeczy była to redystrybucja samego wzrostu gospodarczego. Ten ostatni na dodatek oparty był w znacznym stopniu na hossie surowcowej, która nigdy nie trwa wiecznie. Ale to nieprawda, że wszystko rozbiło się o ropę, że PT wpadła w tarapaty i skończyła tam, gdzie jest dzisiaj, tylko dlatego, że jej ceny się załamały.
Chodzi o to, że Lula chciał rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa. Chciał zlikwidować biedę, nie odbierając niczego oligarchom. Dlatego nie ruszył latyfundystów (żadnej reformy rolnej), nie ruszył finansjery (utrzymał absurdalnie wysokie stopy procentowe, jedne z najwyższych na świecie), nie ruszył wielkich mediów (nie rozbił monopoli, nie znacjonalizował choćby części Globo, nie założył telewizji publicznej), przemysłowcom zapewnił rządowe kontrakty, a wojskowym poczucie, że Brazylia znowu jest mocarstwem, a więc i oni są ważni.
Nie można go za to wszystko zbyt łatwo winić – być może nie był dość silny, by iść z nimi wszystkimi na wojnę i chciał zrobić tyle, ile się da. A wojskowi? – biorąc pod uwagę historię amerykańskich interwencji na kontynencie, Lula doskonale wiedział, że bez silnej armii, choć trochę do niego przywiązanej, jego projekt upadnie (nawet tak pokorny wobec Waszyngtonu, neoliberalny prezydent jak Fernando Henrique Cardoso zakładał możliwość, że „antynarkotykowy” Plan Colombia może być przez Pentagon użyty jako platforma ewentualnego ataku na Brazylię od strony Amazonii; tym bardziej musiał się z tym liczyć rząd lewicowy).
Fakty pozostają jednak faktami, zwłaszcza, gdy jest już pozamiatane. Oligarchia nie utraciła nic ze swojej władzy i tak długo, jak długo sama też czerpała z rządów PT wystarczające korzyści – za sprawą rządowych kontraktów infrastrukturalnych, za sprawą wzrostu popytu wewnętrznego napędzanego podnoszeniem płacy minimalnej, spadkiem bezrobocia, transferami społecznymi (z programem Bolsa Familia na czele) – tak długo była w stanie je tolerować. Gdy jednak do Brazylii dotarł w końcu kryzys, oligarchia użyła całej zachowanej władzy, by uniknąć, choćby po trupach, zapłacenia za niego choćby części rachunku.
Użyła barier klasowych strzegących dostępu do prestiżowych zawodów, które zapewniają, że ostatecznie sędziami zostają tylko dzieci bogatych, dzieci ich lub ich klientów, by wsadzić Lulę do więzienia. Użyła kolosalnie wysokich finansowych progów dostępu do zawodowej polityki, by mieć pewność, że w Kongresie będzie dość ludzi na jej pasku, żeby przegłosować impeachment Dilmy Rousseff pomimo braku podstaw prawnych. A potem, by zapewnić, że Brazylijczycy nie będą nigdy mieli żadnego prawdziwego outsidera jako alternatywy, wpadną więc w sidła takiego błazna jak Bolsonaro. Użyła swoich nienaruszonych monopoli medialnych, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za kryzys, pomimo iż to właśnie polityka PT zdołała w rzeczywistości opóźnić jego uderzenie o kilka dobrych lat. Użyła ich, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za brazylijską korupcję, pomimo iż to PT uruchomiła zmiany w prawie i jego egzekwowaniu, które spowodowały, że korupcję zaczęto w ogóle poważnie traktować, a sama co najwyżej zaadaptowała się do praktyk obowiązujących w brazylijskiej klasie politycznej od dawna, i to nie zawsze w złych intencjach.
Nie zawsze w złych intencjach, bo jest co najmniej prawdopodobne, że jedną z najważniejszych reform pierwszej kadencji Luli, program Bolsa Familia, udało się przepchnąć przez Kongres za pomocą mechanizmu, który odpalił pierwszy wielki skandal korupcyjny epoki rządów PT, znany pod nazwą mensalão. Słowo to oznacza wypłacaną co miesiąc sumę pieniędzy – pierwsza administracja Luli (udziału samego Luli w tym procederze nie udowodniono) kupowała głosy szeregu deputowanych formalnie opozycyjnych w zamian za regularne, wypłacane „na lewo”, dodatkowe wynagrodzenie przychodzące z dziwnych źródeł.
Strategia PT polegająca na tym, żeby rozwiązać problem biedy, nie dotykając problemu bogactwa, a więc nie antagonizując oligarchii, miała wysoką cenę. Rezygnując z zadania zmiany struktury brazylijskich stosunków władzy, ograniczając się głównie do usuwania i minimalizowania jej szkód, PT musiała się dostosować do obowiązujących w tej strukturze zasad postępowania i coraz bardziej upodobniła się do reszty klasy politycznej. Umaczała się w korupcji, a gdy mechanizm mensalão „się rypnął”, okazało się, że jest skazana na kupczenie stołkami w administracji i wielkich firmach państwowych w zamian za budowanie krótkotrwałych koalicji celem poparcia kolejnych reform. W tym procesie PT stopniowo spuszczała parę ze swoich ambicji i przesuwała się coraz bardziej w stronę neoliberalnego centrum. Dowód? Wiceprezydentem w drugiej administracji Rousseff mógł zostać taki neoliberał jak Michel Temer, jej późniejsza nemesis. Sukcesy programów takich jak Bolsa Familia i Fome Zero (Zero Głodu), zamiast stanowić punkt wyjścia do coraz odważniejszej polityki, okazały się górnym pułapem ambicji, z którego po cichu schodzono coraz niżej. Haddad miał wolę i energię odbić mocno w lewo, ale dla milionów pracujących i bezrobotnych Brazylijczyków było już too little too late – ich kredyt zaufania się wyczerpał.
Wielkomiejska klasa średnia, z wyjątkiem może środowisk kultury i akademii, w większości nigdy nie kochała PT – albo ją tolerowała, albo hodowała w sobie głęboki resentyment. Nie chodzi nawet o to, że dosłownie płaciła ona za reformy PT, która nie ważyła się uderzyć w najbogatszych. Dochody brazylijskiej klasy średniej pozostawały wysokie (znajomy psychoanalityk powiedział mi w 2014, że w São Paulo zarabia dobrych kilka razy więcej, niż by zarabiał w Londynie; młody francuski akademik pracujący w Recife powiedział mi, że w Paryżu nigdy by sobie z tej pracy nie mógł pozwolić na taki poziom życia). Chodziło bardziej o to, że w warunkach rosnącej co roku płacy minimalnej i niskiego bezrobocia, coraz więcej musieli płacić za gosposię, opiekunkę do dzieci, ogrodnika, itp. – usługi, do których „oczywistości” byli od zawsze przyzwyczajeni.

 

Język walki klas, język moralizatorski

Ważnym składnikiem polityki wkupywania się w łaski oligarchii była całkowita rezygnacja PT z samego języka klasowej konfrontacji, z klasowych kategorii opisu problemów społecznych – w obawie, że już samo to mogłoby rozwścieczyć garstkę najbogatszych. Brazylijczycy żyli więc od dawna w rzeczywistości, której niemal nikt nie tłumaczył im w kategoriach klasowych interesów. Dodajmy do tego scenę polityczną, która jest mętną zupą dziesiątek partii politycznych o wyssanych z palca, pozbawionych znaczenia nazwach, Miliony Brazylijczyków straciły lub nigdy nie otrzymały konceptualnych współrzędnych pozwalających na elementarne odróżnianie lewicy od prawicy, polityki postępowej od zachowawczej czy reakcyjnej, rozpoznawanie interesów, jakim dana polityka służy, odróżnianie tych interesów. Pod nieobecność takich kategorii funkcję opisu problemów społecznych przejął język moralizatorski, język zła i walki z nim.
Korupcja i przemoc miejska (liczba morderstw i zabójstw przekroczyła 60 tys. rocznie, to więcej ludzi niż ginie w Syrii), główne magnesy kampanii Bolsonaro, to problemy polityczne. Oba wynikają z brazylijskich stosunków klasowych. Korupcja – bo przy brazylijskich nierównościach bogactwa są skoncentrowane w tak niewielu rękach, a odległości pomiędzy poszczególnymi szczeblami struktury klasowej są tak rozstrzelone, że trudno do czegoś dojść, coś osiągnąć. Uczciwą pracą, pozostają więc: wymiana przysług i prezentów oraz materialne akty łaski ze strony najsilniejszych. Przemoc – bo dla mężczyzn u dołu drabiny społecznej, wykluczonych z dostępu do bogactwa, walka o przetrwanie i zachowanie godności to często walka na śmierć i życie. Bo frustracji i gniewu wynikających z krzyczącej niesprawiedliwości nierówności, których przejawy widoczne są na każdym kroku gołym okiem, wielu nie potrafi opanować. Znaczący fakt: w czasie rządów Luli, gdy 35 milionów ludzi wychodziło z biedy, przestępczość wymiernie spadła.
Unikając ruszenia nierówności, ujmowania ich w klasowych kategoriach, PT skazało wynikające z nich problemy korupcji i przemocy na opis wyłącznie moralizatorski. Oddając politykę moralizowaniu, oddano ją irracjonalnym kaznodziejom – to ich naturalny język i nikt ich w nim nie przegada. Takim kaznodziejom, jak liderzy protestanckich sekt, które stanowiły trzon oddolnej części kampanii Bolsonaro. Jairowi Bolsonaro sprzyjało w tych okolicznościach nawet jego drugie imię: Messias, czyli Mesjasz.

Elgiebete mocno śpi

Są rzeczy, których nie mówi się głośno, będąc prezydentem 40-milionowego kraju w środku Europy, nawet wtedy, kiedy twojej partii spada poparcie tak mocno, jak teraz spada PiS-owi. I nawet jak boli cię z tego powodu serduszko.
Nie wiadomo, czy Andrzej Duda sam z siebie postanowił nagle bez wazeliny wejść w tyłki skrajnie konserwatywnych, katolickich środowisk, czy może to doradcy prezesa, przekonani, że to jedyna możliwa strategia, jaka pozostała im po stracie wyborcy centrowego, szepnęli mu na uszko: „Andrzejek, a weź teraz powiedz coś, co może się spodobać kibolom”. Grunt, że pan prezydent dostał wzmożenia bogobojności i rozgadał się dziennikarzom „Niedzieli” oraz „Naszego Dziennika”, że tylko czeka, aby poprzeć ustawy o zakazie „aborcji eugenicznej” i „propagandy homoseksualnej”. Bo właśnie to jest Polsce potrzebne najbardziej w tygodniu poprzedzającym pierwszą rozprawę dotycząca praworządności przed TSUE.

Chciałabym teraz zobaczyć minę Rafała Wosia, któremu jeszcze niedawno marzyło się wychowywanie polityków PiS do równości i szacunku do odmienności. Chyba że współpraca ta miałaby polegać na wspólnej pogoni za odszczepieńcami pod hasłem „bić pedała!”, ale o taką formę wyrażania lewicowej solidarności z klasą ludową redaktora Wosia nie posądzam. Niestety, znów przekonaliśmy się dobitnie, że jakkolwiek by nie pudrować homo – i ksenofobii obecnych rządzących, ona bulgocze pod powierzchnią i oficjalnie trzyma się ją w szafie jako arsenał awaryjny, gdy poparcie osiągnie punkt krytyczny. Osobiście myślę, że wypowiedź Dudy mogła być częścią przedmarszowej gry z narodowcami, nastawionej na ich uspokojenie przed 11 listopada i puszczeniem do nich oka: „spokojnie, wasz prezydent też nie jest za pedałami i ciapatymi”.
Swoją drogą, zupełnie hipotetycznie, ciekawe jak pan prezydent sobie taki zakaz „homopropagandy” wyobraża. Co musiałoby znaleźć się w ustawie, aby zaspokoić najtwardszy elektorat? Przymusowa deportacja Roberta Biedronia? Likwidacja fundacji walczących o prawa osób LGBT? Zakaz transmisji we wszystkich stacjach telewizyjnych zagranicznych uroczystości, na których pojawiają się politycy tej samej płci?

Wypowiedź Andrzeja Dudy powinna być dla lewicy ostatecznym dowodem na to, że jakakolwiek współpraca czy choćby miligram kredytu zaufania dla jego formacji nie powinien mieć racji bytu. Duda udowodnił bowiem, że jeśli będzie tego wymagała polityczna kalkulacja, nie zawaha się poszczuć na najsłabszych. Kiedy głowa państwa, wykształcony człowiek, świadomie gra na ukrytych lękach, że wraz z przyswojeniem rozwinięcia skrótu LGBT polskie dzieci przyswoją sobie zamiłowanie do rozpusty – to jest to podobny mechanizm do tego, za pomocą którego w latach dwudziestych trzydziestych podsycano lęki wokół przerabiania niemowląt na macę. Zawsze i wszędzie takie działania zasługują na potępienie ze strony wszystkich lewicowo myślących ludzi. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś teraz powiedział wszystkim osobom nieheteronormatywnym, czy osobom transpłciowym, żeby taką wypowiedź puściły mimo uszu, bo ich prawa są dopiero na dwudziestym miejscu planu „udomowienia” prawicy.