Jak Pedro Castillo wygrał w Peru

Na nic się zdała medialna kampania nienawiści, wielkie bilbordy straszące ,,drugą Kubą i Wenezuelą” oraz płaczliwe apele ,,autorytetów” ostrzegające przed ,,komunistą”. Peruwiańczycy zdecydowali, a Krajowy Trybunał Wyborczy oficjalnie ogłosił, że prezydentem kraju zostanie Pedro Castillo, wiejski nauczyciel i związkowiec. To jasny sygnał wysłany całej skompromitowanej klasie politycznej i pierwsza od dekad szansa na realną prospołeczną zmianę w tym kraju.

Powiedzieć o sytuacji w Peru, że panuje tam wszechogarniający kryzys, to jak nic nie powiedzieć. Najpierw w początkach ubiegłego roku pandemia COVID-19 brutalnie obnażyła dekady zaniedbań w zakresie ochrony zdrowia, pochłaniając dotychczas 190 tys. ofiar (najwyższy współczynnik śmiertelności na świecie). W ślad za nią przyszła zapaść gospodarcza, w wyniku której cztery miliony Peruwiańczyków straciły pracę, pięć milionów popadło w ubóstwo, a dziesiątki tysięcy straciły dach nad głową. Jakby tego było mało, jesienią nałożył się na to kryzys polityczny. Parlamentarne intrygi prawicy doprowadziły do tego, że Peru miało trzech prezydentów w ciągu tygodnia, a dziesiątki tysięcy ludzi wyszły na ulice, by domagać się zmian. Było wielu zabitych i rannych.
Powszechnie zdawano sobie zatem sprawę, że nadchodzące wybory prezydenckie i parlamentarne będą zdecydowanie inne niż poprzednie. I rzeczywiście takie były – I turę niespodziewanie wygrał kandydat, którego media głównego nurtu ignorowały, nie zaliczając nawet do szerokiego grona faworytów i któremu sondaże dawały poparcie na granicy błędu statystycznego. Na przekór temu Pedro Castillo zdobył 19 proc. głosów, a jego partia Perú Libre wygrała wybory parlamentarne, uzyskując 37 mandatów w 130-osobowym Kongresie Republiki.
Warto tu na chwilę zatrzymać się przy samej postaci Castillo oraz jego programie. Jest on nauczycielem w wiejskiej szkole podstawowej w Puña w górskiej prowincji Chota, gdzie mieszka wraz z żoną (również nauczycielką) i trójką dzieci. Ogólnokrajowy rozgłos zdobył w 2017 roku, kiedy dał się poznać jako bezkompromisowy lider ogólnokrajowego strajku nauczycieli. W wyborach startował z ramienia partii Perú Libre (choć sam nie jest jej członkiem), określającej się jako marksistowska i socjalistyczna.
W swoim programie Pedro Castillo postuluje przede wszystkim zdecydowaną podwyżkę podatków dla zagranicznych koncernów wydobywczych. Peru posiada bowiem ogromne złoża surowców naturalnych – jest największym na świecie producentem srebra, drugim na świecie producentem miedzi i cynku, znajduje się również w czołówce światowych rankingów wydobycia cyny, ołowiu, złota, rtęci i molibdenu.
Jednak zdecydowana większość zysków z tych bogactw trafia obecnie do rąk zagranicznych koncernów górniczych i lokalnych oligarchów biznesowych, w żaden sposób nie przyczyniając się do poprawy sytuacji zwykłych Peruwiańczyków.
Dzieje się to głównie za sprawą tzw. umów o stabilności podatkowej, których wiele władze Peru od lat dziewięćdziesiątych podpisały z wielkimi firmami wydobywczymi. Gwarantują im one na wiele lat zamrożenie bardzo niskich taryf podatkowych. Dla przykładu, firma MMG, zarządzająca kopalnią miedzi Las Bambas w Peru, w 2011 roku podpisała umowę, która gwarantuje jej brak zmian w kilkuprocentowych stawkach podatkowych do końca 2030 roku, zaś gigant wydobywczy Anglo American wraz z Mitsubishi dla swojej kopalni miedzi Quellaveco mają taką umowę do 2037 roku.
W trakcie kampanii Castillo deklarował, że jeśli zostanie prezydentem, to ,,dokona gruntownego przeglądu kontraktów” i podejmie działania, by 70 proc. zysków z surowców naturalnych pozostawało w Peru. Niejednokrotnie podkreślał też, że państwo powinno przejawiać większą aktywność w większości kluczowych sektorów gospodarki, takich jak górnictwo, ropa naftowa, hydroenergetyka, gaz i transport oraz że w tym celu gotów jest przeprowadzić nacjonalizację części przedsiębiorstw. Z uzyskanych w ten sposób środków zamierza zreformować i dofinansować edukację, publiczną służbę zdrowia oraz zabezpieczenia socjalne (przede wszystkim system emerytalny).
,,Aby wypowiadać się w sprawie edukacji, trzeba mieć do tego moralną legitymację. Moje dzieci chodzą do szkoły publicznej. Mi nikt nie płacił za studia” – powiedział w czasie kampanii, zapowiadając dążenie do zwiększenia nakładów na szkolnictwo i naukę do 10 proc. PKB.
Lider Perú Libre głośno mówi także o drugiej reformie rolnej i potrzebie zmiany neoliberalnej konstytucji z 1993 roku, będącej reliktem dyktatury Alberto Fujimoriego i filarem władzy elit biznesowo-politycznych. Obiecuje zwołanie w tym celu zgromadzenia ustawodawczego, mającego przygotować projekt nowej ustawy zasadniczej, która „będzie miała kolor, woń i smak ludu”. Planuje również obciąć o połowę pensje ministrów i deputowanych oraz wydać wojnę korupcji, szczególnie na najwyższych szczeblach władzy. W polityce międzynarodowej opowiada się za współpracą z innymi lewicowymi rządami w regionie i wspólnym przeciwstawianiem się imperialistycznym działaniom USA. Wszystko to w celu realnej demokratyzacji kraju, poprawy warunków życia większości obywateli i ograniczenia wszechwładzy polityczno-biznesowej oligarchii.
Castillo ma zatem program zbliżony do Evo Moralesa, byłego prezydenta sąsiedniej Boliwii i ojca jej sukcesu gospodarczego. Sam Morales z uznaniem wypowiadał się o liderze Perú Libre. ,,Pozdrawiamy i wyrażamy nasz szacunek dla Pedro Castillo, który ma program podobny do naszego: demokratyczną, kulturalną i pokojową rewolucję, aby zapanowała sprawiedliwość społeczna. Życzymy sukcesów Pedro, który proponuje zmianę dla Peru” – napisał niedawno na Twitterze.
Wyborcze hasło Pedro Castillo, „koniec z biedą w bogatym kraju!”, stało się promykiem nadziei dla najbiedniejszych warstw społeczeństwa, robotników, chłopów, ogromnej szerzy pracowników sektora nieformalnego oraz ubogich mieszkańców miast i wsi.
Bastionem poparcia dla Perú Libre jest tzw. ,,Perú profundo” (głębokie Peru) – biedne, prowincjalne regiony, których mieszkańcy czują, że od dziesięcioleci są ignorowani przez elity Limy i Arequipy, traktujące sferę publiczną jak swoją własność.
Tym razem jednak to ich reprezentant będzie prezydentem Republiki Peru. „Castillo jest biedny jak my. Mieszka na wsi. Cierpiał i osobiście doświadczył tego, co my przeżywamy, pracując w pocie czoła” – powiedziała dziennikarzom EFE Marcelina Condor, sprzedawczyni owoców z rodzinnej wsi nowego prezydenta. „Kiedy wygra, na pewno nam pomoże” – dodała młoda kobieta, handlująca na targu miejskim w stolicy prowincji, Chocie.
Przed pierwszą turą Pedro Castillo, tak jak większość peruwiańskiej lewicy, był przez należące do biznesowych oligarchów media głównego nurtu po prostu ignorowany. Kiedy jednak po jego zdecydowanym zwycięstwie w I turze dalsze ignorowanie stało się niemożliwe, media te wykorzystano do zmasowanej kampanii nienawiści przeciwko liderowi Perú Libre. Stołeczne elity polityczne, przyzwyczajone do ostrych sporów, ale pozostających w ich prawicowej rodzinie, udzieliły en masse poparcia Keiko Fujimori i aktywnie pomagały w kampanii, widząc w niej ostatnią deskę ratunku dla utrzymania (tak korzystnego dla siebie) status quo. Sama Fujimori, córka i polityczna spadkobierczyni dyktatora Alberto Fujimoriego, odpowiedzialnego m. in.: za organizowanie zbrodniczych szwadronów śmierci i przymusową sterylizację setek tysięcy ubogich Peruwiańczyków, nie miała w kampanii żadnych hamulców. Ewentualne zwycięstwo wyborcze stanowiło bowiem dla niej prawdopodobnie jedyną szansą na uniknięcie wieloletniego więzienia, które grozi jej za korupcję. „Kampania wyborcza Fujimori jest najbrudniejszą, jaką w życiu widziałem” – mówił analityk ds. międzynarodowych Isaac Bigio, poproszony o komentarz przez dziennikarzy HispanTV. Lokalni dziennikarze skarżyli się na silną presję ze strony właścicieli mediów, by demonizowali Castillo i głosili, iż reprezentuje on ,,marksistowskie zagrożenie”.
Prym w tych atakach wiodła Grupa El Comercio – największy koncern medialny w kraju, zarządzany przez rodzinę biznesowych oligarchów Miró Quesada. Grupa ta posiada dwa kanały telewizyjne (w tym jeden z największą oglądalnością w kraju), dwie stacje radiowe oraz kilka tytułów prasowych, na czele z najstarszą (założoną w 1839 roku) i jedną z najbardziej opiniotwórczych peruwiańskich gazet – dziennikiem El Comercio. Szefostwo koncernu otwarcie poparło Fujimori i wykorzystywało wszystkie swoje media, by bić na alarm przed „niebezpiecznym komunistą”, który „zmieni Peru w nową Wenezuelę”, a jego kontrkandydatkę kreować na ,,obrończynię demokracji i praworządności”.
Na przemian straszono ,,widmem komunizmu” uosabianym przez Castillo i wyśmiewano jego wiejskie pochodzenie.
Na ulicach dużych miast pojawiły się także wielkie bilbordy z hasłami: „Komunizm to ubóstwo”, „Socjalizm prowadzi do komunizmu” etc. Zmasowana kampania propagandowa zdała się przynosić efekty – o ile pierwsze sondaże po I turze dawały zdecydowaną przewagę Castillo, to na chwilę przed wyborami badania wskazywały praktyczne równe poparcie obojga kandydatów.
W takiej atmosferze Peruwiańczycy poszli w niedzielę 6 czerwca do urn. Spodziewano się, że o zwycięstwie w II turze mogą rozstrzygnąć dziesiątki tysięcy, albo nawet tysiące głosów. Frekwencja wyborcza była niższa niż 5 lat temu i wyniosła niecałe 75 proc. Wyniki sondażu exit poll dawały minimalne zwycięstwo Keiko Fujimori (50,2 do 49,8 proc.), jednak samo przeprowadzającego go Ipsos Peru zaznaczyło, iż jest to przewaga w granicach błędu statystycznego. Stało się jasne, że pewne rozstrzygnięcie przyniosą dopiero oficjalne wyniki. W początkowej fazie liczenia głosów przewaga była po stronie liderki Fuerza Popular (pierwsze spłynęły wyniki z obszarów wielkomiejskich, gdzie cieszyła się ona większym poparciem), jednak w poniedziałek wieczorem czasu polskiego Castillo wyszedł na prowadzenie, którego już nie oddał. Liczenie zakończyło się 15 czerwca – wybory, z przewagą nieco ponad 44 tys. głosów, wygrał lider Perú Libre.
Na ogłoszenie oficjalnych wyników przyszło jednak czekać jeszcze ponad miesiąc – Keiko Fujimori, widząc na horyzoncie nadciągającą porażkę, rozpaczliwie próbowała na różne sposoby wpłynąć na zmianę werdyktu.
Głośno podnosiła zarzuty rzekomych ,,fałszerstw”, żądając unieważnienia ok. 200 tys. głosów oraz ponownego przeliczenia kolejnych 300 tys. W ślad za oskarżeniami nie poszło jednak przedstawienie dowodów, które by je potwierdziły. Zarówno krajowe komisje, jak i zagraniczni obserwatorzy wyborczy z OAS, Unii Europejskiej i Wlk. Brytanii zgodnie stwierdzili, iż głosowanie przebiegło prawidłowo, w zgodzie z międzynarodowymi standardami. Mobilizując swoich zwolenników córka dyktatora pomstowała również na ,,spisek międzynarodowej lewicy”, który miał stać za zwycięstwem Castillo. ,,Peru jest kluczowym strategicznie oraz geopolitycznie krajem w Ameryce Łacińskiej i właśnie dlatego międzynarodowa lewica to robi” – mówiła. W tym samym czasie lider Perú Libre wzywał do cierpliwego czekania na oficjalne wyniki.
Emocje w kraju sięgnęły jednak zenitu, gdy 18 czerwca światło dzienne ujrzał list wysłany do dowództwa sił zbrojnych i podpisany przez 80 emerytowanych oficerów. Wzywali oni, by wojsko odmówiło uznania Pedro Castillo, gdyby został on ogłoszony prezydentem i by wystąpiło zbrojnie celem uniemożliwienia mu objęcia urzędu. Tysiące Peruwiańczyków, mające w pamięci prawicowo-wojskowy pucz w sąsiedniej Boliwii z 2019 roku oraz rolę armii w zdobyciu dyktatorskiej władzy przez Alberto Fujimoriego, wyszło na ulice by bronić demokratycznego werdyktu. Największe protesty miały miejsce na Plaza San Martín w Limie, w pobliżu którego doszło do przepychanek z kontrdemonstracją zwolenników Fujimori.
Jakby tego było mało, kilka dni później poseł do Kongresu Fernando Olivera ujawnił nagrania rozmów, które były szef wywiadu z czasów dyktatury Fujimoriego i szara eminencja jego reżimu Vladimiro Montesinos (odsiadujący obecnie wieloletni wyrok w więzieniu o zaostrzonym rygorze) prowadził z emerytowanym pułkownikiem – stronnikiem Fujimorich. Montesinos instruował go, jak powinien przekupić członków komisji wyborczej, aby zwyciężczynią wyborów ogłosili Keiko Fujimori. Podkreślał, że należy „znaleźć dojście” do trzech członków komisji i wręczyć im po milionie dolarów. Telefoniczne rozmowy odbywały się za wiedzą dyrektora więzienia i (prawdopodobnie) dowództwa marynarki wojennej, której podlega zakład karny w twierdzy morskiej Callao. Po wykryciu afery dyrektor został szybko zwolniony, a sztab marynarki nabrał wody w usta. Przedłużające się zwlekanie z oficjalnym ogłoszeniem zwycięscy i kolejne wychodzące na jaw prawicowe próby oszustw wyborczych jeszcze bardziej rozogniły sytuację. Ulicami całego kraju przeszły wielotysięczne demonstracje z żądaniem ,,uszanowania woli ludu” i potwierdzenia triumfu Castillo.
W końcu, po 44 dniach oczekiwania, w poniedziałek 20 lipca Krajowy Trybunał Wyborczy oficjalnie ogłosił, że wybory prezydenckie wygrał Pedro Castillo. Uzyskał 8 836 380 głosów – o 44 263 więcej od swojej skrajnie prawicowej rywalki. Zaprzysiężony na urząd zostanie 28 lipca – w dwusetną rocznicę uzyskania przez Peru niepodległości. Keiko Fujimori zadeklarowała już, że uznaje wynik wyborów, na odchodne dodając, że ,,prawda i tak wyjdzie na jaw”.
Zwycięstwo Castillo powszechnie okrzyknięto już mianem ,,historycznego” i nie ma w tym ani cienia przesady.
Peru nigdy nie miało takiego prezydenta – jednoznacznie lewicowego, związkowego, tubylczego.
Od dekad prawica niepodzielnie rządziła krajem i strasząc ludzi widmem terrorystycznego Świetlistego Szlaku przez lata torpedowała wszystkie poważniejsze lewicowe inicjatywy. Także Castillo media głównego nurtu próbowały przypiąć łatkę „terrorysty”, on jednak nie dał się sprowokować, opowiadając, że w Peru „prawdziwymi terrorystami są głód, nędza, zaniedbanie, nierówności, niesprawiedliwość”. I większość Peruwiańczyków przyznała mu rację. Stało się to, czego zawsze obawiały się stołeczne elity władzy – ,,burza w Andach” (jak to określił w tytule swojej książki peruwiański pisarz Luis Valcárcel), skuteczna mobilizacja mieszkańców biednych górskich prowincji przeciwko dyktatowi oligarchów z Limy. Dzięki niej Peru zyskało w końcu prezydenta, którego myślenie o kraju potrafi przekroczyć rogatki biznesowych dzielnic stolicy. Prezydenta, który rozumie potrzeby ludu i ma zamiar wyjść im naprzeciw. Zwycięstwo Castillo, razem z wygraną Luisa Arce i MAS w Boliwii oraz optymistycznymi sondażami dla lewicowych kandydatów w zbliżających się wyborach w Brazylii, Chile i Kolumbii niesie dla całego regionu nadzieję na prospołeczne zmiany.
Wyborczy triumf to Castillo jednak nie koniec, a dopiero początek drogi. Mimo rozdrobnienia partie prawicowe wciąż mają większość w Kongresie Republiki i bez wątpienia będą (w interesie swoich oligarchicznych mocodawców) próbować sabotować reformy prezydenta. Istnieje przynajmniej szansa, że nie pomoże im w tym Keiko Fujimori – prokurator Jose Domingo Perez zażądał odwołania jej warunkowego zwolnienia i powrotu do więzienia w oczekiwaniu na proces, argumentując, że złamała zasady kontaktując się z jednym ze świadków w jej sprawie. Sam Castillo będzie musiał pogodzić również skrajności we własnym obozie, szczególnie między radykalnym Vladimirem Cerrónem, sekretarzem generalnym Perú Libre, a umiarkowanym Pedro Francke, ekonomistą, który w toku kampanii wyrósł na głównego doradcę nowego prezydenta.
To wszystko jeszcze pieśń przyszłości – dziś pozostaje cieszyć się, że mimo wymierzonej w niego kampanii nienawiści i kłód rzucanych pod nogi przez polityczno-biznesowe elity głową Republiki Peru zostanie rzecznik ubogich i wykluczonych, Pedro Castillo. Oby całej jego prezydenturze przyświecały słowa, którymi wobec zgromadzonych zwolenników przywitał wieść o wyborczym zwycięstwie: Niech żyje demokracja! Niech żyje lud Peru!

Prezydent polskich spraw

Wszyscy powtarzają, że to ostatnia kadencja pana prezydenta Dudy. Ale dlaczego ma być ostatnią?
Pan prezydent Duda złożył wymaganą przysięgę. W trakcie uroczystości parlamentarzyści PiS fetowali go jakby naprawdę wielkim politykiem był.
Pewnie dlatego nawet nie drgnęła mu powieka kiedy przedstawiał się jako „polski demokrata”. Kiedy mówił, że wszyscy obywatele naszej Polski są sobie równi. A tym prawdziwym, niekwestionowanym Polakiem jest „każda osoba lojalna wobec Rzeczpospolitej”. Każdy, kto „ma Polskę w sercu”.
Polskę, która, jak stwierdził, jest „krajem gościnnym” dla wszystkich. O czym zapewne wiedzą już ci wszyscy, niezależnie od ich koloru skóry, wyznania, orientacji politycznej i seksualnej, którzy mieli szczęście zakosztować polskiej gościnności w naszym kraju.
Nie drgnęła mu powieka nawet, kiedy zaprezentował się jako niezłomny obrońca zasady: „Pokój przez prawo, a nie prawo przez siłę”.
Zaprawdę pierwszy raz słyszałem w polskim parlamencie tak zakłamane wystąpienie nowo wybranego prezydenta. I trzeba też przyznać, że w kategoriach hipokryzja i zakłamanie pan prezydent Duda wielce podciągnął się przez ostatnie pięć lat.
Bo podczas swego zaprzysiężenia w 2015 roku mówił jedynie: „
Chciałem dzisiaj, proszę państwa, bardzo mocno powiedzieć: jednym z podstawowych oczekiwań jest to, byśmy zaczęli odbudowywać wspólnotę. Ludzie marzą o takiej wspólnocie, jaka wśród Polaków powstała w latach osiemdziesiątych, w czasach Solidarności i dlatego mówię dzisiaj do ludzi o różnych poglądach, o różnym światopoglądzie, wierzących i niewierzących.
I prosił: „O wzajemny szacunek. Proszę o to, abyśmy szanowali swoje prawa, oczywiście bez narzucania ich innym, ale żebyśmy umieli te prawa nawzajem szanować. Proszę, żebyśmy umieli szanować się nawzajem. Mówię do polskich polityków, mówię to także do siebie. Chciałbym, żebyśmy budowali wzajemny szacunek, bo to szacunek musi być podstawą wspólnoty, a tylko wtedy, kiedy będziemy wspólnotą, jesteśmy w stanie naprawić Polskę, a dzisiaj Polska – przede wszystkim Polacy – tej naprawy bardzo potrzebują.”
A politykę zagraniczną i relacje z Unia Europejską wtedy tak postrzegał:
„Polska polityka zagraniczna, która nie powinna podlegać rewolucji, bo polityka zagraniczna rewolucji nie lubi, potrzebuje dzisiaj korekty. Ta korekta to zwiększenie aktywności. Ta korekta to mówienie o naszych celach. To mówienie o naszych aspiracjach. To przedstawianie naszego punktu widzenia w sposób spokojny, ale zdecydowany i jednoznaczny poprzez komunikowanie tego partnerom w przestrzeni międzynarodowej.
W ten sposób powinniśmy dbać o spójność Unii Europejskiej, tak żeby przy budowaniu tej spójności nasze sprawy były także uwzględniane”.
Pięć lat temu mówił też o budowaniu bezwarunkowej wspólnoty. Teraz też budujemy wspólnotę, ale jej warunkiem jest wola współpracy ze strony opozycji. Zatem jeśli opozycja nie przyjmie warunków stawianych przez władzę, to właśnie ona będzie winną jej braku postulowanej wspólnoty, lub jej wad.
Pięć lat temu nowy prezydent mówił: „My, Polacy, mamy wielką historię i nie mamy się czego wstydzić, wręcz przeciwnie, powinniśmy być z niej dumni. Powinniśmy mówić prawdę, ale powinniśmy także walczyć o prawdę w stosunkach z naszymi sąsiadami, bo dobre stosunki międzysąsiedzkie, międzyludzkie mogą być zbudowane tylko na prawdzie.”
Teraz przestał już wspominać o „prawdzie” w historii. Teraz my Polacy jesteśmy wspaniałym narodem i mamy jedynie piękne karty w historii.
Jak choćby przywołany przez pana prezydenta Rząd Obrony Narodowej z roku 1920.Jako symbol porozumienia ponad partyjnymi podziałami i zgody narodowej.
Pewnie dlatego nie wspomniał, że dziesięć lat później wielce zasłużony premier tego rządu, czyli Wincenty Witos, został bezprawnie aresztowany, uwięziony w twierdzy brzeskiej, upokarzany tam, skazany w sfingowanym procesie politycznym i zmuszony do emigracji z Polski. Przez autorytarne władze sanacyjne, które tak dzisiaj elity PiS hołubią.
Nie mówił też pan prezydent Duda wiele o polityce zagranicznej. Czym wedle Konstytucji powinien się zajmować. O Unii Europejskiej wspomniał tylko raz, jedynie w kontekście Trójmorza. Inicjatywy powstałej w efekcie wielkomocarstwowych, wodzowskich ambicji elit PiS. Rozdmuchanej jak medialny balon. Prezentowanej jako alternatywa wobec integracji „starych” państw UE.
Jak jest naprawdę wystarczy porównać reklamowany w prezydenckim wystąpieniu Fundusz Trójmorza z Funduszem Odbudowy UE. Fundusz Trójmorza zebrał obecnie ponad 3 miliardy euro. Chce w najbliższych latach ambitnie pozyskać kolejne 2 miliardy. A na swe plany inwestycyjne do 2030roku potrzebuje około 500 miliardów euro.
Fundusz Odbudowy UE ma już 750 miliardów na lata 2021-2027. Ale pan prezydent Duda nie wspomina publicznie o Funduszu UE, bo przecież od lat eksponuje anty unijną retorykę. A miraż wielkiego Funduszu Trójmorza „ciemny lud” wyborczy z radością kupi.
Pan prezydent Duda zadeklarował w 2020 roku, że teraz chce być „prezydentem polskich spraw”. To pięknie brzmiące, pijarowskie określenie brzmi jak kalka, echo „Królowy ludzkich serc”. Tak określano brytyjską Lady Dianę.
Jako „prezydent polskich spraw” pan prezydent Duda ma szansę wybitnie wpisać się w nurt polityki celebrycko – twiterowej. Czyli pięknie wyglądać, gładko przemawiać, rozdawać uśmiechy i uczestniczyć w patriotyczno – religijnych imprezach. Śmigać na stokach narciarskich i na Tik-Toku. Wyciągać rękę do opozycji. Tej grzecznej, tej wspierającej pana prezydenta.
W czasie swej kampanii wyborczej pan prezydent Duda obwieścił, że podczas drugiej kadencji będzie już innym prezydentem. Bo wtedy będzie odpowiadał jedynie przez Bogiem i Historią.
Taką zapowiedź niektórzy komentatorzy odczytali jako deklarację zerwania z politycznej smyczy trzymanej przez jaśniepana prezesa Kaczyńskiego. Wybicie się pana prezydenta Duda na polityczną niepodległość.
Czy tak się stanie? Czy może pozostanie tak jak było, czyli nadal Bogiem i Historią będzie dla pana prezydenta Dudy jaśnie pan prezes Kaczyński?
Czas pokaże. Czas pokazać też może, że mówienie o „drugiej i ostatniej” kadencji pana prezydenta Dudy było nieuzasadnione.
Przecież pan prezydent Duda jest kochany na polskiej prowincji równie jak prezydent Łukaszenka na białoruskiej. Jest przystojny i wysportowany jak prezydent Putin.
Jeśli zatem jaśniepan prezes Kaczyński uzna, że Polska potrzebuje politycznego „pokoju przez prawo”, a nie stosowania prawa „na siłę”, to zrobi nam narodowe referendum. I zmieni prawo. Obejdzie Konstytucję.
A wtedy popularny jak Lady Diana pan „Prezydent ludzkich spraw” będzie nam prezydęcił kolejne pięć – siedem lat. Na zasadzie: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”.
Boże coś Polsce?

Delirium Jaira Bolsonaro

Jeżeli Donald Trump jest parodią atlantyckiego męża stanu, to Jair Bolsonaro jest parodią drugiego stopnia: parodią parodii, parodią Donalda Trumpa. Republikanin Trump, przy okazji koronawirusowych restrykcji, podburzał swoich zwolenników przeciwko władzom stanów rządzonych przez Demokratów, gdzie takie restrykcje zaprowadzono. Bolsonaro na demonstracji 19 kwietnia wyrażał tęsknotę za wojskowym zamachem stanu – przeciwko własnemu rządowi. Czyżby Bolsonaro wzywał wojsko, by obaliło jego samego? Na szczytach brazylijskiej polityki groza miesza się z farsą.

Wraz ze zgromadzonymi, Bolsonaro wyrażał swoją tęsknotę za nowym AI-5, czyli Aktem Instytucjonalnym nr 5, piątym, najbardziej brzemiennym w skutki z siedmiu dekretów ogłoszonych przez wojskową dyktaturę po zamachu stanu w 1964. AI-5 został ogłoszony w 1968, skonsolidował i spotęgował brutalną naturę reżimu. Wtedy dopiero zaczęły się największe pogwałcenia praw człowieka.
Jak przy wielu innych okazjach, Bolsonaro, otoczony przez tłum gęsto ściśniętych „bolsominions” (zgryźliwy zbiorowy przydomek fanatyków prezydenta), ignorujących epidemiczne zalecenia fizycznego dystansu, kaszlał prosto na nich, wszędzie wokół, nie zasłaniając się nawet dłonią, nie mówiąc o łokciu. Nie tak dawno jednemu z synów Bolsonaro wymsknęło się do mediów (amerykańskich), że jego ojciec przebadał się na obecność koronawirusa i wynik był pozytywny. Pałac prezydencki w Brasilii zaraz ogłosił, że Bolsonaro poddał się drugiemu badaniu i tym razem wynik był definitywnie negatywny. Pałac odmówił jednak publikacji tego wyniku, a prośby lekarzy, by poddał się dobrowolnej kwarantannie, Bolsonaro ignoruje. Gdy piszę te słowa, centroprawicowy, wydawany w São Paulo dziennik „Estadão” usiłuje wyniki tego testu uzyskać drogą sądową.
Wszyscy wrogowie prezydenta
Czy Jair Bolsonaro, prezydent piątego najludniejszego państwa świata, największego państwa w Ameryce Południowej, traci po prostu resztki zmysłów? Niektórzy Brazylijczycy spekulują, że gra już tylko o to, by uratować reszki swojego wizerunku – że gdyby go odsunięto od władzy, to będzie mógł utrzymywać, że to nie była niekompetencja tylko „nie dali mu rządzić”. Ale możliwe, że takie interpretacje to próby przypisania sensu jego coraz bardziej niezrozumiałemu zachowaniu.
Jeżeli Bolsonaro panikuje i miota się jak kurczak bez głowy, to być może dlatego, że jest coraz bardziej osamotniony. Na początku kwietnia zasłużony argentyński dziennikarz Horacio Verbitsky ujawnił w argentyńskim radio El Destape, że najwyższe kręgi władzy w Buenos Aires otrzymały już po cichu komunikaty z Brasilii, że Bolsonaro nie ma już żadnej realnej władzy, że prawdziwe decyzje podejmuje „pełniący faktyczne obowiązki prezydenta” generał Walter Braga Netto i to z nim należy wszystkie sprawy międzynarodowe konsultować. W Brasilii nikt jednak nie powiedział tego na głos, bo brazylijska konstytucja nie przewiduje przecież niczego takiego jak „pełniący obowiązki prezydenta” generał.
Wybitny brazylijski politolog Emir Sader, autor znanej i w Polsce książki „Kret rewolucji”, zwrócił uwagę – również w mediach argentyńskich, na łamach pisma „Pagina 12” – na znaczenie gwałtownego zwrotu wszystkich dominujących mediów przeciwko Bolsonaro. W Brazylii nie ma mediów publicznych w europejskim znaczeniu tego słowa. Wielkie media w Brazylii zawsze były i nadal są prywatne, oligarchiczne.W obliczu kryzysu koronawirusowego wszystkie one, jednogłośnie i w bezlitosny sposób krytykują prezydenta Bolsonaro. Sader utrzymuje, że taki obrót spraw w brazylijskiej polityce zwiastuje rychły upadek władzy, może nawet jakiś zamach stanu. Podobne antyrządowe unisono oligarchicznych środków masowego przekazu zwiastowało w ciągu minionego stulecia tylko kilka wydarzeń – od samobójstwa prezydenta Getúlio Vargasa w 1954, po impeachment presidenty Dilmy Rousseff w 2016. To ostatnie wydarzenie paradoksalnie było częścią pełzającego zamachu stanu, który ostatecznie przecież doprowadził Bolsonaro do władzy.
Koronawirus w Brazylii
Bolsonaro jest największym współczesnym „denialistą koronawirusowym”. Jego administracja nie prowadzi na poziomie federalnym żadnej spójnej polityki stawiania czoła zagrożeniu. Brazylia jest już w liczbach bezwzględnych najbardziej dotkniętym koronawirusem SARS-CoV-2 państwem Ameryki Łacińskiej, do tego jednym z krajów, w których koronawirus rozprzestrzenia się najszybciej na świecie. Kraj przekroczył już próg siedmiu tysięcy ofiar śmiertelnych, dawno prześcigając Chiny. Pomimo to nie ma nawet żadnych ograniczeń ruchu międzynarodowego czy badania lub monitorowania osób podróżujących z najbardziej zainfekowanych miejsc, co wywołuje przerażenie w innych państwach kontynentu – Brazylia graniczy prawie ze wszystkimi. Bolsonaro mówi o wirusie, że to „tylko mała grypka” (só um gripezinha), a kiedy dziennikarze zwracają mu uwagę, ilu ludzi już umiera, odpowiada: „I co z tego?”
Najpopularniejszy polityk XXI wieku, były prezydent Lula da Silva, ostrzegał, że ta nonszalancja grozi katastrofą. Miażdżąca większość ponad dwustumilionowej populacji Brazylii żyje w miastach, i to miastach często bardzo dużych, gęsto zaludnionych. Siedemnaście miast Brazylii ma ponad milion mieszkańców. Dwie największe aglomeracje kraju (São Paulo i Rio de Janeiro) mają łącznie 34 miliony mieszkańców, więcej niż średni kraj w Europie. 11 milionów Brazylijczyków mieszka w bardzo przeludnionych lokalach – cztery lub więcej osób na jedno pomieszczenie. Ponad 30 milionów nie ma w domu bieżącej wody. Jak w takich warunkach utrzymywać dystans i podwyższone standardy higieny? Neoliberalne deformy Jaira Bolsonaro i jego poprzednika, Michela Temera (bezwarunkowe zamrożenie wydatków publicznych i skasowanie programu Mais Medicos, Więcej Lekarzy) całkowicie cofnęły postęp w zakresie ochrony zdrowia dokonany na przestrzeni czterech administracji Partii Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT), Luli i Dilmy Rousseff. W takich warunkach katastrofa jest tylko kwestią czasu.
Bolsonaro nie tylko nie prowadzi żadnej aktywnej polityki walki z epidemią, ale w połowie kwietnia zdymisjonował ministra zdrowia Luiza Henrique Mandettę, który opowiadał się za zaprowadzeniem w Brazylii środków rekomendowanych przez Światową Organizację Zdrowia. Mandetta zbyt często podważał słowa prezydenta i rósł powoli na polityczną gwiazdę tej administracji, odbierając punkty prezydentowi.
Bolsonaro niestrudzenie podważa i sabotuje działania podejmowane przez gubernatorów poszczególnych stanów i burmistrzów miast, którzy w kwestii epidemii wkroczyli z administracją federalną na ścieżkę nieposłuszeństwa. Nie tylko w stanach i miastach rządzonych przez opozycję, choć dziewięć stanów tradycyjnie lewicowego regionu Nordeste (Północny Wschód, część Brazylii, w której Bolsonaro uzyskał w 2018 mniej głosów niż kandydat PT Fernando Haddad) zawiązało największy nieformalny sojusz w tej sprawie. Jeden z tych stanów, najbiedniejsze w kraju Maranhão, rządzone przez komunistycznego gubernatora, niczym w stanie wojny, szmuglowało respiratory z Chin w tajnej operacji z pośrednictwem Etiopii, żeby uniknąć zarówno obstrukcji ze strony administracji Bolsonaro, jak i przechwycenia przez Amerykanów, którzy na przestrzeni ostatnich tygodni zabezpieczali sobie dostawy krytycznego także za pomocą aktów międzynarodowego piractwa.
Sędzia Moro
O tym, że dni Bolsonaro mogą być policzone, świadczy choćby to, że odwrócił się od niego Sérgio Moro, cyniczny, amoralny sędzia z Kurytyby, który zdobył sławę jako głowa „antykorupcyjnej” operacji Lava Jato, która doprowadziła do odsunięcia Dilmy Rousseff od władzy. W dalszej części afery, tuż przed wyborami 2018 roku Moro uniemożliwił Luli kandydowanie w wyborach, wsadzając go do więzienia pod dość sfingowanymi zarzutami. Bez tego Bolsonaro nigdy nie wygrałby wyborów, za co odwdzięczył się potem sędziemu Moro teką ministra sprawiedliwości. Moro był prawdziwym gwiazdorem administracji Bolsonaro, udzielając jej kapitału symbolicznego, jaki zgromadził kreując się na „pogromcę korupcji”, a jako ten, który zniszczył Lulę i Rousseff, pomagał konsolidować elektorat „antipetista” (od anty-PT).
Jednak 24 kwietnia Moro podał się do dymisji, jako powód przedstawiając mieszanie się Bolsonaro w funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, a bardziej konkretnie – niespodziewane odwołanie przez prezydenta, bez przedstawienia przyczyn, dyrektora policji federalnej Maurício Valeixo. Wygląda na to, że Bolsonaro ingerował w śledztwa w sprawach, w które zamieszani są jego synowie, a być może i on sam. Od kampanii rozpowszechniania fałszywych wiadomości wymierzonej w sędziów sądu najwyższego po kontakty z brutalnymi organizacjami przestępczymi Rio de Janeiro – w tym w powiązaniu z morderstwem lewicowej działaczki z faveli, czarnej lesbijki Marielle Franco.
Kolejny brazylijski impeachment?
Wkrótce potem prokurator generalny Augusto Aras, na podstawie skarg Moro, wniósł do Sądu Najwyższego o otwarcie dochodzenia w sprawie możliwych przestępstw popełnionych przez urzędującego prezydenta, otwierając drogę do jego potencjalnego impeachmentu. Sędzia Celso de Mello zatwierdził dochodzenie. Atmosfery szekspirowskiej tragedii lub ponurej baśni o upadającym złym władcy dopełnia inwazja szczurów na jego rezydencję w Brasilii. Podobno niemal biegają między nogami kierujących się do Pałacu Planalto dziennikarzy.
Gdyby rzeczywiście doszło do impeachmentu, czas ma ogromne znaczenie dla dalszego rozwoju wypadków, bo brazylijska konstytucja przewiduje inny scenariusz przed a inny po upływie połowy czteroletniej prezydenckiej kadencji. W pierwszym przypadku – przedterminowe wybory, w drugim – przejęcie urzędu do końca kadencji przez wiceprezydenta. Obecnie jest nim generał Hamilton Mourão.
Jak to się stało, że akurat pandemia i towarzyszące jej wstrząsy zachwiały pozycją najdziwniejszego prezydenta w brazylijskiej historii? Rządząca krajem oligarchia nie ma wszak we krwi szczególnej troski o dobrostan najbiedniejszych (i najbardziej narażonych na skutki epidemii) sektorów brazylijskiego społeczeństwa. Nie tak znowu dawno zdarzało jej się nawet wspierać szwadrony śmierci odstrzeliwujące po nocach bezdomne dzieci. Mogłaby się przecież pozamykać w swoich rezydencjach i kondominiach – i czekać.
Koronawirusowy kryzys polityczny
Być może jednak boi się społecznych reperkusji i gniewu ludu, jeśli wszystko wymknie się zupełnie spod kontroli. Może ma tu też znaczenie geografia ekspansji koronawirusa w Brazylii. Zapewne największe żniwo zbierze on wkrótce w favelach wielkich miast, ale przywlekli go z Europy zamożni Brazylijczycy bujający się na wakacje lub w interesach do Europy. Do niedawna epicentrami Covid-19 były nie najbiedniejsze, a najdroższe dzielnice dwóch „nieoficjalnych stolic kraju” – finansowej (São Paulo) i kulturalnej (Rio de Janeiro).
Ale może też być tak, że chaos koronawirusowy jest tylko symptomem problemu, jaki oligarchia miała z Bolsonaro od samego początku. Został wywindowany do władzy, żeby zabezpieczyć jej interesy (zniszczyć lewicę, odczynić wykonany przez nią przez kilkanaście lat postęp społeczny, wyprzedać za bezcen państwowe aktywa i dostęp do surowców), w nadziei, że otoczony „właściwymi” ludźmi będzie dał sobą kierować. Oligarchowie postawili na niego nie dlatego, że mieli do niego zaufanie, ale dlatego, że nie mieli nikogo innego, przy użyciu kogo mogliby zniszczyć PT i pozbawić ją władzy, zachowując jednocześnie ceremoniał „liberalnej demokracji”. Ignorowali fakt, jak bardzo Bolsonaro jest nieprzewidywalny i niesubordynowany, w końcu to dlatego jego kariera w wojsku tak szybko się urwała. Koronawirusowy kryzys polityczny i ekonomiczny postawił na ostrzu noża wszystko, co czyniło tę prezydenturę tak ryzykownym projektem politycznym – ryzykownym nawet dla oligarchicznych beneficjentów jego rządów.
Sytuacja różni się jednak bardzo od tej sprzed impeachmentu Dilmy Rousseff, nawet jeśli powierzchownie przypomina ją sojusz wszystkich wielkich mediów przeciwko prezydentowi. Żeby zrozumieć, jak bardzo jest paradoksalna i przez to trudna do przewidzenia, trzeba mieć jasny obraz roli, jaką wojsko odgrywa w brazylijskiej strukturze władzy. Tutaj znowu możemy udać się po konceptualną pomoc do Emira Sadera.
Kryzys inny niż wszystkie?
Wojsko jest swego rodzaju rezerwą siły, po której nagą przemoc oligarchia sięga, gdy jej klasowa władza zaczyna się chwiać w ramach rytuałów politycznych formalnej republiki – pod ciężarem czy to kryzysu ekonomicznego, czy to lewicowych ruchów społecznych. Między wojskiem a oligarchią nie ma napięcia, opozycji. Wojsko jest konserwatywną instytucją w głębokim sojuszu z oligarchią, jest jej zbrojnym ramieniem. Jeżeli władzę faktycznie przejmują już generałowie, to robią to w konsultacji z oligarchami, a wszystko dzieje się za zamkniętymi drzwiami, bo generałowie wolą korzystać z tego, jak wielu Brazylijczyków nie chce wierzyć, że wojsko mogłoby znowu zrobić „coś takiego”. Jednym z wielkich propagandowych sukcesów armii po demokratyzacji Brazylii w 1985 jest zachowanie przez nią wizerunku poważnej, rozsądnej instytucji, która „nie chce się mieszać”, choć wiele wskazuje, że przetrzymanie Luli w więzieniu przez czas wyborów w 2018 było możliwe między innymi za sprawą wojskowych nacisków na Sąd Najwyższy. To prawdopodobnie Bolsonaro miał na myśli, gdy przyjmując urząd dziękował generałom, i za to im się odwdzięczył, przyjmując do swojej administracji aż dziewięciu wojskowych.
Jak dotąd, wspólnota interesów charakteryzowała jednak nie tylko oligarchię i wojsko; ich nieświęte przymierze działało nie w duecie, a w tercecie – w długofalowym sojuszu z Imperium Amerykańskim. Zamach stanu w 1964 i jego dopełnienie w 1968, dwie dekady dyktatury, impeachment Dilmy Rousseff, operacja Lava Jato, wywindowanie Bolsonaro do władzy – wszystko to działo się przy nieraz bardzo aktywnym wsparciu Waszyngtonu (CIA oraz Departamentów Stanu i Sprawiedliwości). Tuż po zamachu stanu jeden z prawicowych polityków, Juracy Magalhães, wyłożył tę doktrynę wprost: „Co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii”.
Sytuacja tym różniłaby się dzisiaj od tej przed rokiem 1964 albo przed impeachmentem Rousseff, że rząd obecnie u władzy nie tylko niczego nie chce oligarchom odebrać czy ograniczyć, ale jest jej własnym dziełem, już jest skrajnie prawicowy, już jest produktem de facto pełzającego zamachu stanu, który zniszczył lewicę. Gdyby oligarchowie chcieli zastąpić Bolsonaro kimś „jeszcze bardziej swoim”, to nie bardzo mają kim. Nawet dyktator potrzebuje choć trochę zwolenników. Notowania Bolsonaro spadają, ale wciąż jego poparcie wynosi ponad 30 proc. – w warunkach delegitymizacji całej sceny politycznej, oligarchia ani żadna formacja prawicowa nie mają nikogo innego z porównywalnym poparciem.
Pojawia się jeszcze jedna, zupełnie wyjątkowa historycznie okoliczność: po raz pierwszy istnieje wyraźny rozdźwięk między tym, jak swoje interesy postrzega brazylijska oligarchia, a tym, jak je widzą Stany Zjednoczone. Jeżeli bowiem oligarchowie chcieliby już w pałacu Planalto kogoś bardziej przewidywalnego, to Bolsonaro cieszy się szczególną sympatią Białego Domu. Dla Donalda Trumpa samo istnienie takiego polityka, jego tropikalnego bliźniaka politycznego, jest jak pochlebstwo, wielki prezent dla jego nigdy dość dopieszczonego ego. Bolsonaro złożył Amerykanom osobiste wyrazy bezkrytycznego podporządkowania, wykraczające poza standardy brazylijskiej prawicy: złożył wizytę w siedzibie CIA, przeniósł za Trumpem ambasadę w Izraelu do Jerozolimy, otworzył Amazonię na grabież przez amerykański kapitał, a Boeingowi oddał brazylijskiego konkurenta, Embraer. Waszyngton nie mógłby marzyć o prezydencie bardziej proamerykańskim niż Bolsonaro.
Chyba, że na następcę Bolsonaro wypromowany miałby zostać np. Sérgio Moro, który od początku operacji Lava Jato, która zniszczyła PT, współpracował z Amerykanami…

Kwaśniewski dał Polsce Konstytucję, ja ją zrealizuję

– Lewica powinna z dumą przypominać, że Konstytucję, której stara się dziś bronić opozycja, stworzyła ówczesna lewica z Aleksandrem Kwaśniewskim na czele – Robertem Biedroniem, kandydatem Lewicy na prezydenta RP rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Rozmawiamy ponownie po półtora roku od spotkania w Iławie 15 sierpnia 2018 roku, gdzie spotkał się Pan z mieszkańcami w ramach programowego objazdu kraju….
I pamiętam, że uczestnicy tego spotkania mocno narzekali na władzę samorządowe, na burmistrza. Wtedy powiedziałem im, trawestując słynne powiedzenie Jacka Kuronia, „nie palcie komitetu, załóżcie własny”, czyli zamiast narzekać weźcie się do roboty. I co się okazało? Zorganizowali się w tej Iławie, zorganizowali komitet wyborczy i wygrali wybory, a burmistrzem został chłopak, który był na tym spotkaniu, a koleżanka, która pomagała mi je zorganizować, została radną. Wzięli odpowiedzialność za swoje miasto i to pokazuje, jaka jest siła społeczeństwa. Dlatego nigdy nie zapomnę tego spotkania w Iławie.
O prezydencie mówi się, że powinien być strażnikiem przestrzegania Konstytucji. Obecny prezydent nie tylko jej nie broni, ale wręcz łamie, podpisując pisowskie ustawy deformujące wymiar sprawiedliwości. Jak Pan ocenia obowiązującą Konstytucję, czy należy w niej dokonać jakichś zmian?
Lewica powinna z dumą przypominać, że Konstytucję, której stara się dziś bronić opozycja, stworzyła ówczesna lewica z Aleksandrem Kwaśniewskim na czele. W 1997 roku podpisał on Konstytucję, która i wtedy i dziś należy do najbardziej światłych, postępowych dokumentów w Polsce i na świecie. Jest ona częścią naszego lewicowego dorobku. Ta Konstytucja broni nie tylko praworządności, ale także wartości, których nie ma w podobnych dokumentach w innych krajach, na przykład ochrony środowiska, równości kobiet i mężczyzn, świeckiego państwa, prawa do mieszkania, prawa do dobrej opieki zdrowotnej, do dobrej edukacji. To nowoczesna Konstytucja państwa dobrobytu. Chwała za to Aleksandrowi Kwaśniewskiemu i polskiej lewicy. Do zmiany w Konstytucji zawsze można coś znaleźć, ale dziś nie jest na to odpowiedni moment. To jest czas na to, by po czasie dewastacji Konstytucji przez Dudę i PiS, nastał moment jej realizacji. Gdy jestem pytany, jak wyobrażam sobie prezydenturę, to odpowiadam: Kwaśniewski dał Polsce Konstytucję, a Biedroń ją zrealizuje od pierwszego do ostatniego artykułu. Moim celem będzie zrealizować ją punkt po punkcie, jako że nie zrealizowali jej neoliberałowie z Platformy Obywatelskiej, nie realizuje prawica pisowska. Musi więc zrobić to lewica, bo ją szanuje od pierwszego do ostatniego artykułu.
Wymienił Pan Aleksandra Kwaśniewskiego jako współtwórcę Konstytucji 1997 roku. Czy to jego ocenia Pan najwyżej z wszystkich dotychczasowych prezydentów III RP?
To pytanie w stosunku do mnie retoryczne. Aleksander Kwaśniewski jest moim nauczycielem politycznym, angażowałem się w jego pierwszą kampanię prezydencką w 1995 roku na Podkarpaciu, towarzyszyłem mu w kolejnej kampanii w 2000 roku. Towarzyszyłem mu politycznie, gdy był prezydentem, towarzyszyłem mu, gdy zakładałem „Wiosnę” i gdy zakładaliśmy Lewicę. I to Aleksander Kwaśniewski namawiał mnie, żebym kandydował na prezydenta. Jest więc oczywistą oczywistością, cytując klasyka, że jest i będzie dla mnie wzorem, najlepszym prezydentem Rzeczypospolitej, bez dwóch zdań. Kolejne prezydentury nie były prezydenturami tak wielkich dokonań jak prezydentura Aleksandra Kwaśniewskiego. On nie tylko dał nam Konstytucję, ale wprowadził nas do NATO i do Unii Europejskiej, a wcześniej nas do tego przygotował mówiąc, że to polska racja stanu. Aleksander Kwaśniewski postawił kamienie milowe w dziejach III RP. Jeżeli Polska miała po 1989 roku męża stanu, który razem ze społeczeństwem dokonywał wielkich przełomów, poczynił milowe kroki, to był nim Aleksander Kwaśniewski.
Do pierwszoplanowych prerogatyw prezydenta należą: obronność i polityka zagraniczna prowadzona w porozumieniu z rządem. Prezydent jest Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, a kluczowe dla Polski relacje, to stosunki z USA, uczestnictwo w Unii Europejskiej i NATO, relacje sąsiedzkie z Rosją i Ukrainą. Do tego pakietu należy też uczestnictwo w partnerstwach w Trójkącie Weimarskim z Francją i Niemcami, w Grupie Wyszehradzkiej oraz w Trójmorzu. Jak widzi Pan ten kompleks zagadnień?
Zacznę od obronności kraju. PiS doprowadziło do kompletnej degrengolady tej sfery. Dziś jesteśmy w Europie kompletnie osamotnieni. Mam wątpliwości, czy gdyby Rosja napadła na któryś z krajów Europy wschodniej, w tym na Polskę, to Stany Zjednoczone pod dowództwem Trumpa byłyby bardzo chętne, by nam dopomóc. Rząd PiS tak nas osłabił, że gdyby ktoś na nas napadł, Polska zostałaby sama. To nie tylko krach polskiej dyplomacji, ale krach polskich sił zbrojnych. Widać to także po tym, jak Macierewicz potraktował weteranów Wojska Polskiego, naszych bohaterów, pozbawiając ich nawet miejsc, w których spotykali się jako emeryci. Widać po tym, jak represjonuje się dziś służby mundurowe przez restrykcje finansowe, obcinanie emerytur. Widać to po tym, jakie nieprzemyślane kroki robi się w sferze uzbrojenia. Zakupy, których się dokonuje są bardzo wątpliwe i nietransparentne. Przykładem jest zakup samolotów F-35, bez przetargu, bez offsetu, bez pomysłu co do przyszłości ich użytkowania, czyli wbrew interesowi kraju. Takich przykładów za rządów PiS jest wiele. Doprowadzono do zapaści w marynarce wojennej, której właściwie już nie ma, a nasza obronność na Morzu Bałtyckim jest zerowa. Z kolei Wojska Obrony Terytorialnej, to zabawka panów Macierewicza i Misiewicza. Wydano na nie ogromne pieniądze, a nie wiadomo jaka jest ich przydatność. Minister Janusz Zemke, który doradza mi w sprawach obronności, a jego wysokie kompetencje w tej dziedzinie są powszechnie szanowane, zawsze podkreślał, że polską racją stanu jest budowanie sojuszy i z USA i w ramach Unii Europejskiej. My natomiast klęczymy dziś przed USA i nie mamy żadnych relacji z Europą Zachodnią. Stoimy obok systemu PESCO, nie angażujemy się z jego rozbudowę, nie angażujemy się we wspólną politykę obronną, skłóciliśmy się z Litwą, z Ukrainą, został nam tylko San Escobar. To pokazuje mapę osamotnienia Polski, która stała się samotną wyspą, osamotnioną na zachodzie, na wschodzie, na północy i na południu. Tymczasem trzeba budować mosty, bo Polska musi je budować ze względu na swoje położenie geopolityczne. Naszą racją stanu jest przede wszystkim integracja ze strukturami unijnymi, ale nie może być tak, że Kaczyński siada w gumofilcach z szabelką na osła i wybiera się na Moskwę. Racjonalna polityka zagraniczna Polski powinna polegać na dążeniu do dobrych, a co najmniej poprawnych stosunków z Rosją, oczywiście bez zapominania, że Putin prowadzi swoją politykę w regionie, polegającą na jego destabilizacji, także na destabilizacji w Polsce. Mam wrażenie, że obecnie rządzący w Polsce w ogóle nie zdają sobie z tego sprawy. Obecne stosunki polsko-rosyjskie najlepiej obrazuje import węgla z Rosji. Co z tego, że Kaczyński straszy Putinem, skoro każdego dnia, setki tysięcy ton węgla z Rosji przyjeżdżają do Polski i Putin zarabia tym na antypolską i antyeuropejską propagandę. W ubiegłym roku 13 i pół miliona ton takiego węgla przywędrowało do Polski, a 5 milionów ton polskiego węgla leży na hałdach na Śląsku, choć rząd twierdzi że wspiera górników. To jest papierek lakmusowy polskiej polityki w stosunku do Rosji. Co do naszych sojuszy w ramach trzech partnerstw, to one są potrzebne, ale jako polski eurodeputowany widzę jak PiS jest w tej dziedzinie bezradny. Jestem członkiem Komisji Budżetowej Parlamentu Europejskiego i widzę, że przedstawiciele PiS bardzo słabo walczą o pieniądze dla Polski z budżetu unijnego. W ramach Trójkąta Weimarskiego nie ma żadnych relacji. Dla prezydenta Francji Polska tak naprawdę się nie liczy, nawet złajał rząd pisowski. Z Niemcami też się skłóciliśmy. Co do Grupy Wyszehradzkiej, to jej rolę widać po głosowaniach, choćby w sławetnej sprawie przewodniczącego Rady Europejskiej, kiedy to nasz rzekomo wspaniały sojusznik, Węgry, nas zdradził i przegraliśmy 1 do 27. Ani Słowacja, ani Czechy, ani Węgry z Grupy Wyszehradzkiej nas nie popierają, bo grają swoją grę. Mieliśmy budować Trójmorze, ale nic z tego nie wyjdzie, bo populistyczni liderzy bliscy ucha prezesa wykruszają się. Najlepszy przykład to Chorwacja, gdzie niedawno wybory prezydenckie wygrał polityk postępowy, lewicowy i ten kraj będzie teraz grał w drużynie europejskiej, a nie w drużynie prawicowych populistów.

Prezydent RP ma inicjatywę ustawodawczą. Pośrednio więc może mieć wpływ także na media, choćby przez tzw. ustawę dekoncentracyjną, na naukę. Zdecydowanie duży wpływ ma na wymiar sprawiedliwości, wokół którego trwa od czterech lat nabrzmiały, ostry konflikt społeczno-polityczny. Jak widzi Pan rolę prezydenta w tej mierze?
Bez niezależnego wymiaru sprawiedliwości nie można nawet myśleć o demokratycznym państwie, podobnie jak bez niezależnych, wolnych mediów, także publicznych. Co z tego, że mogliśmy niedawno uczestniczyć w demokratycznych wyborach, skoro propaganda pisowska, wsparta przez Kościół katolicki sprawia, że nie mamy pewności czy przyszłe wybory będą przeprowadzone uczciwie, a ostrzegają przed tym także instytucje międzynarodowe, zagraniczni obserwatorzy. Boję się więc o kolejne wybory, o to czy będą wolne. Trzeba więc te wszystkie instytucje odpolitycznić. Co do wymiaru sprawiedliwości, to nie PiS pierwszy zaczął jego upolitycznienie, lecz Platforma Obywatelska, bo to ona wprowadziła do Trybunału Konstytucyjnego nieprawnie wybranych sędziów. PiS użyło tylko narzędzia stworzonego przez innych i potraktowało to jako pretekst do robienia jeszcze gorszych rzeczy, do całkowitego podporządkowania wymiaru sprawiedliwości Jarosławowi Kaczyńskiemu. Dziś sędziami Trybunału Konstytucyjnego jest pani profesor Pawłowicz i prokurator stanu wojennego pan Piotrowicz, ludzie bezwzględnie oddani Kaczyńskiemu. To eksponowani sędziowie pisowskiego wymiaru sprawiedliwości, który za dobre każe, a za złe nagradza. Z poręczenia PiS otrzymuje się wszystkie kluczowe stanowiska w państwie. To przypomina państwo mafijne. Dlatego trzeba maksymalnie odpolitycznić i media, i wymiar sprawiedliwości, zabrać politykom te zabawki. Wyroki sądów powinny zapadać w imieniu Rzeczypospolitej, a nie – de facto – w imieniu PiS czy prezesa Kaczyńskiego czy prezesa jakiejkolwiek innej partii politycznej Trzeba zapewnić, tak jak jest w przypadku Rzecznika Praw Obywatelskich, aby media były całkowicie niezależne.
Ostatnio Ordo Iuris przygotowuje dla ministra nauki Jarosława Gowina projekt ustawy mającej rzekomo bronić wolności słowa na uczelniach, a w rzeczywistości zmierzającej do jej zawężenia, do założenia „kagańca”, i to ideologicznego, ludziom nauki, nauczycielom akademickim…
To jest kolejny przykład na to, że PiS traktuje Polskę i państwo polskie jak okupant teren podbity, zachowuje się jak barbarzyńcy. To jest polityka spalonej ziemi. Każdego kto staje na ich drodze próbują zdeptać, upokorzyć, wyszydzić. Było naiwnością sądzić, że jak przyjdą po nauczycieli, to nie przyjdą po sędziów, że jak przyjdą po osoby LGBT, to nie przyjdą po Żydów, że jak przyjdą po lewicę, to nie przyjdą po Platformę. Prowadzą politykę spalonej ziemi w każdej dziedzinie. Panuje zasada: nie jesteś z PiS, to jesteś naszym wrogiem, jesteś gorszym sortem. Widać to choćby w samorządach. Byłem na dużej konferencji samorządowej, gdzie samorządowcy mówili, że PiS przejmuje kolejne terytoria, które należały do samorządów, nakłada na samorządy kontrybucje, a to oznacza coraz większe podporządkowanie ich od rządu centralnego. Jeśli do tego PiS nie wynegocjuje dobrego budżetu unijnego, to będzie dla samorządów katastrofa. Tymczasem ich reforma z 1990 roku była być może jedyną prawdziwie udaną reformą po 1989 roku, a Polacy są z niej bardzo zadowoleni. I PiS to wszystko niszczy.
Nie wątpię, że jako prezydent wspierałby Pan i podpisał ustawy chroniące prawa osób LGBT, prawa ekonomiczne i reprodukcyjne kobiet, prawa do zawierania związków partnerskich. Czy uważa Pan, że jest dla nich wystarczająco przychylny klimat społeczny?
Zdecydowanie tak. Potrzebna jest jednak szczepionka przeciw prawicowemu populizmowi. Dziś stoimy przed wyborem: Duda albo anty-Duda. Cywilizacja pogardy albo cywilizacja godności. Żaden kandydat poza kandydata Lewicy nie jest w stanie sprawić, byśmy żyli w nowoczesnym państwie dobrobytu, bo oni wszyscy są mniej czy bardziej konserwatywni. Jeśli zapytamy, który z obecnych moich kontrkandydatów może doprowadzić do rozdziału Kościoła od Państwa, wprowadzić równość praw kobiet i mężczyzn, postawić na program budowy mieszkań na wynajem, wyrównywać szanse mieszkańców dużych i małych ośrodków, działać na rzecz czystego środowiska, to będzie trudność we wskazaniu takiego. Z kolei PiS wmawia nam, że Polska jest państwem dobrobytu, a trzy miliony ludzi nie ma dostępu do mieszkania, pół miliona ludzi ma dochód poniżej tysiąca złotych miesięcznie, czternaście milionów ludzi nie ma dostępu do transportu zbiorowego. To nie jest Polska naszych marzeń i tylko prezydent o lewicowej wrażliwości może to zmienić. Platforma przez osiem lat swoich rządów tolerowała zależność Państwa od Kościoła i wbrew deklaracji Donalda Tuska klękała przed biskupami. Bo tylko lewica jest w stanie nie klękać przed biskupami, i tylko ona może zatrzymać i odwrócić klerykalizację kraju.
Częścią Pana publicznego, w tym medialnego wizerunku jest wizerunek „chłopaka z prowincji”, „chłopaka z Krosna”, pochodzącego z niezasobnej rodziny. Było to dla Pana inspirujące w walce o prezydenturę Słupska i w jej sprawowaniu. Czy byłoby również inspirujące jako dla prezydenta RP? Na co mogą z Pana strony liczyć owi chłopcy i dziewczęta z Krosna, z Częstochowy, Chełma, Pruszcza Gdańskiego i z dziesiątków innych miejscowości, choćby pracujący na „śmieciówkach”?
Jestem z Krosna i jestem z tego dumny. Dzięki temu czuję, jak bije serce naszego kraju. Wiem jak się żyje w Krośnie, Słupsku, Warszawie i Londynie, bo wszędzie tam mieszkałem i wiem jak to funkcjonuje. Dzięki temu mogę wyczuwać, gdzie działa, a gdzie nie działa. Chcę być dobrym gospodarzem naszego kraju i będąc gospodarzem wspomagać jego rozwój. Dziś wielu młodych ludzi nie ma poczucia zwykłej stabilności, zawodowej, kredytowej, płacowej, mieszkaniowej. Ten ostatni brak jest może szczególnie dotkliwy, bo utrudnia młodym ludziom osiągnięcie tego, czego bardzo potrzebują, samodzielności i swobodnej samorealizacji. Prezydent, który im doradzał: weź kredyt, zmień pracę, był nie z tej planety. Dziś prawie półtora miliona ludzi pracuje na „śmieciowych” umowach i to trzeba zmieniać. Prezydent musi dbać o tych, co zostają z tyłu. Dla chłopaków i dziewcząt z Krosna mam zapowiedź – po erze wspierania dużych metropolii musi nadejść era wspierania małych i średnich miejscowości. Co to oznacza? Oznacza to dobre miejsce do mieszkania, z mieszkaniem na wynajem i dobrą pracą, a nie tylko takie, z którego się wyjeżdża i to na zawsze. Oznacza to takie miejsce, z którego można będzie łatwo dojechać do stolicy województwa, do teatru czy na koncert i wrócić tego samego dnia do domu. Tymczasem dziś ze Słupska odległość stu kilometrów pokonuje się aż w dwie godziny. Chcę być prezydentem zwykłego człowieka. Patrzeć kto zostaje w tyle i pomagać mu iść naprzód. Profesor Zygmunt Bauman mówił, że kondycji społeczeństwa nie mierzy się średnią, bo większość z nas nie zarabia średniej, większość jest poniżej średniej. Kondycję społeczeństwa mierzy się siłą najsłabszego ogniwa. Gdy to najsłabsze ogniwo jest słabe, to znaczy, że słabe jest całe społeczeństwo. Jak jest mocne, to całe społeczeństwo jest mocne. Moim celem jest to, by mocne było całe społeczeństwo.
Andrzejowi Dudzie zarzuca się nie tylko to, że jest „długopisem Kaczyńskiego”, że łamie konstytucję, ale także to, że nie zrobił nic dla spojenia zerwanej wspólnoty narodowej, dla zasypania straszliwego podziału na dwa wrogie plemiona, podziału jakiego w PRL nie było w tym stopniu. Przeciwnie, Andrzej Duda wzmacnia te podziały. Co Pan mógłby zrobić przynajmniej dla złagodzenia tych podziałów?
Jesteśmy podzieleni jak nigdy dotąd i prezydent musi pamiętać o Konstytucji. To, że obecny prezydent sprzeniewierzył się Konstytucji sprawia, że nie może już czerpać z jej mądrości. W Konstytucji jest napisane, że „Rzeczpospolita Polska jest wspólnym dobrem wszystkich obywateli”. Gdy się ma w sercu to, że są ludzie o innych poglądach, wyznających różne religie lub niewierzących, różne orientacje, to można być prezydentem wsłuchującym się w te różne wartości. Kiedy przychodzą demonstrować pod pałac prezydencki, to prezydent ma obowiązek wyjść do nich i rozmawiać z nimi. Prezydent Duda nie ma na to odwagi, bo nigdy nie przeciął pępowiny łączącej go z Jarosławem Kaczyńskim, a prezydent musi wybić się na niepodległość. Aleksander Kwaśniewski wywodził się z lewicy, ale wchodził w spory z lewicowym rządem, a jego przyjaźń z premierem Leszkiem Millerem bywała szorstka. Bo Aleksander Kwaśniewski był prezydentem wszystkich Polaków. Nawet gdy lewica forsowała jakieś rozwiązania, to on je czasem blokował w imię interesu szerszego niż interes formacji lewicowej. Nie oglądał się na legitymacje partyjne, na swoich kolegów. I takiego męża stanu Polska dziś potrzebuje. Jeśli ktoś potrafi wyobrazić sobie, któregoś z kandydatów, poza mną, kto miałby siłę i determinację, by podejmować suwerenne decyzje, to boję się że miałby problem. Prezydent musi umieć dogadywać się z ludźmi, tak jak ja to robiłem w Słupsku w ważnych dla ludzi sprawach. To jest do zrobienia, tylko trzeba szanować ludzi.
Na tym froncie domowej wojny polsko-polskiej szczególnie ostry, wręcz brutalny jest język debaty publicznej. Przypomina to dwa zwalczające się plemiona. Nawet konserwatywny profesor Adam Strzembosz, zazwyczaj bardzo wstrzemięźliwy w retoryce, powiedział o Izbie Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, że prowadzi „działalność przestępczą”, a to wiele znaczy w jego ustach. Co można zrobić by złagodzić ten brutalny język?
Wygrać majowe wybory. Musimy je wygrać dla Polski. Lont został już podpalony, a zabójstwo Pawła Adamowicza jest symptomem dużo głębszego problemu, w którym frustracja wynikająca z podziału społeczeństwa będzie narastała. Musimy wygrać wybory, by nie eskalować konfliktu, by spuścić powietrze z tego balonu. Musimy wybrać prezydenta, który ogłosi koniec wojny polsko-polskiej, który powie: dość, zostawiamy to, co było i idziemy do przodu. Oczywiście winnych trzeba osądzić, muszą ponieść karę, ale nade wszystko trzeba iść do przodu. W przeciwnym razie nie skończy się tylko na Pawle Adamowiczu i na słowach profesora Strzembosza.
A jeśli druga strona, która nawet po porażce będzie silna, odpowie negatywnie na Pana wezwanie i będzie usilnie dążyć do odzyskania utraconego pola?
Początkiem każdej dobrej zmiany, ale nie tej w cudzysłowie, jest dobra wola. Bez niej nie da się budować społeczeństwa. Raz jeszcze odwołam się do prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego – jemu się to udało. Pamiętajmy wyniki udanych referendów konstytucyjnego i unijnego, udane, a przecież nie było łatwo. Przed nami wybory, które tak naprawdę także są referendum. Tylko lewica jest w stanie pokazać, że łączy a nie dzieli, że jest solidarna. Rządy lewicy są niezbędne by przywrócić w Polsce wspólnotę i normalność. Koniec z wojną moherów z lemingami – jesteśmy Polakami.
Coraz silniej powraca pytanie: co po PiS? Czy i jak będzie to trzeba odkręcić, prawnie, politycznie. Czy przebaczenie i abolicja dla winnych łamania prawa, gruba kreska w imię zgody narodowej czy przykładne ich ukaranie przed sądami i Trybunałem Stanu? Czy ogłosić Akt Odnowy Demokracji i anihilować całą „deformę” pisowską, jak sugerują niektórzy?
Dobre pytania. Przede wszystkim my, ludzie lewicy, musimy się 10 maja zmobilizować, pójść do wyborów, zagłosować na lewicowego kandydata i pokazać, ilu nas jest. Musimy opowiedzieć jasną narrację o Polsce, bo mamy jej jasną wizję. Nie jesteśmy jak Platforma, trochę za rozdziałem Kościoła od Państwa, a trochę nie, trochę za działaniami na rzecz ochrony klimatu, a trochę nie jesteśmy. Dlatego jestem za tym, żeby wszystko to, co rząd PiS zrobił dobrze, a to i owo zrobił dobrze, pozostawić, a wszystko co złe – osądzić, ale odważnie. Nie tak, jak Platforma, która gdy przyszedł czas osądzenia Ziobry, stchórzyła, nie przyszła na głosowanie. Obecnie zbieramy w Sejmie podpisy o Trybunał Stanu dla Mariana Banasia, a Platforma znów nie chce podpisać. Wbrew pozorom PO-PiS jest wiecznie żywy. Ciągle jest tak, że gdy Kowalski ukradnie batonika, to czeka go sąd, ale jak polityk łamie prawo, to jest bezkarny. To się musi zmienić. Wszystkich tych, którzy doprowadzili Polskę do obecnego stanu trzeba będzie osądzić przed Trybunałem Stanu.
Wielokrotnie mówił Pan o konieczności zwycięstwa prezydenta z lewicy, ale jest przecież określenie „prezydent wszystkich Polaków”. Jak się Pan w tej kwestii pozycjonuje: przede wszystkim prezydent z lewicy, a w drugiej kolejności prezydent wszystkich Polaków, czy odwrotnie? Czy na przykład w jakiejś szczególnej sytuacji zdecydowałby się Pan wejść jako prezydent do kościoła?
Prezydent Rzeczypospolitej jest prezydentem wszystkich Polaków. Jednak jak, jak każdy zdrowy człowiek, mam serce po lewej stronie. Na szczęście jako prezydent miałbym Konstytucję, która jest bardzo postępowa i nowoczesna. I nie chcę być tylko strażnikiem Konstytucji, ale przede wszystkim jej realizatorem. Moją biblią, programem i drogowskazem będzie Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Na szczęście są w niej zapisane wszystkie te wartości, o które walczy Polska lewica. Od spraw światopoglądowych po ekonomiczne jest ona katalogiem lewicowych wartości. Jest bardzo zbliżona do naszych lewicowych marzeń o Polsce, które nosimy w sercu.
Dziękuję za rozmowę.