O co walczymy, dokąd zmierzamy?

Polska zawsze należała do biedniejszych krajów Europy, nie zmieniło się to przez ostatnie dwadzieścia lat i trudno oczekiwać, by w kolejnym dwudziestoleciu miało być inaczej.

 

Niedawny jubileusz odzyskania niepodległości to także dobra okazja do zastanowienia się, jaki dystans w rozwoju gospodarczym dzielił Polskę od krajów Europy zachodniej przed 100 laty i jak wygląda to dziś. Oraz kiedy – i czy – wreszcie je dogonimy.
Na temat przeszłości – stanu z początków II Rzeczpospolitej, wiemy stosunkowo niewiele. Jednak interesujące dane na ten temat zostały właśnie opublikowane przez Julię Patorską z Deloitte.

 

Z głębokiego dołka

Jak wiadomo w 1918 r. odradzająca się Polska stanowiła pod względem ekonomicznym obszar – zlepek trzech odmiennie rozwiniętych organizmów. Według ekspertki wówczas całe terytorium kraju średnio generowało Produkt Krajowy Brutto w przeliczeniu na 1000 mieszkańców (per capita) na poziomie „nieco niższym niż 50 proc. poziomu notowanego w ówczesnej Europie Zachodniej”.
Przy czym część zachodnia i północna kraju, tj. podległa wcześniej zaborowi niemieckiemu, była dwukrotnie bogatsza, niż obszary po zaborze rosyjskim i austriackim.
Nie zmienia to faktu, że kolejne lata w historii gospodarczej całej II Rzeczpospolitej nie były łatwe. Pierwszy okres po odzyskaniu niepodległości to czas obrony kraju przed nawałą bolszewicką i walki o ostateczny kształt granic, znaczony m.in. powstaniami śląskimi czy plebiscytem na Mazurach.
Do połowy lat 20. gwałtownie narastała inflacja, co przerwały dopiero reformy gospodarcze premiera Grabskiego, z wprowadzeniem złotego (w miejsce dotychczasowej marki polskiej) na czele.
Zauważalna poprawa gospodarcza skończyła się rychło ogólnoświatowym kryzysem w 1929 r., trwającym w Polsce niemal całą kolejną dekadę. Jasnymi punktami lat 30. stały się inwestycje rządowe przeprowadzane pod kierownictwem wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego: budowa portu w Gdyni (port w Gdańsku leżał poza terytorium kraju – w Wolnym Mieście Gdańsku) oraz Centralny Okręg Przemysłowy.

 

Gdy wyprzedzaliśmy Hiszpanów

II wojna światowa doprowadziła polską gospodarkę do ruiny. Choć po wojnie nie było z nią najwyraźniej jeszcze bardzo źle, jeśli wierzyć danym opublikowanych przez Julię Patorską – skoro: „w latach pięćdziesiątych udało się przekroczyć magiczną barierę 50 proc. PKB per capita notowanego w krajach zachodniej Europy. Co więcej, byliśmy wówczas bogatsi niż Hiszpania”.
Najgorsze przyszło w latach 80., gdy przestano spłacać krajom zachodnim długi (25 mld ówczesnych dolarów – z odsetkami) zaciągnięte w poprzedniej dekadzie przez ekipę Edwarda Gierka. Kraj praktycznie wówczas zbankrutował.
Według Julii Patorskiej polski PKB per capita w chwili rozpoczęcia transformacji ustrojowej odpowiadał 30 proc. poziomu notowanemu w krajach Europy Zachodniej.
„W tym czasie Hiszpania, którą w latach 50. i 60. przewyższaliśmy bogactwem, za sprawą otwarcia gospodarki po śmierci Franco, zdołała generować o 60 proc. więcej PKB niż Polska” – stwierdza ekspertka.

 

Czy będziemy bogaci jak Czesi?

Po kolejnych 30. latach, w chwili obecnej, osiągnęliśmy poziom około 70 proc. średniego unijnego PKB. Jest to oczywiście powód do zadowolenia, choć zapewne mogłoby być jeszcze lepiej.
Jak podawał portal bankier.pl oznacza to poziom niższy od notowanego w 1995 r. w Czechach (76 proc. PKB per capita w krajach Unii Europejskie), w których wskaźnik ten wzrósł obecnie do 89 proc. unijnej średniej. A z drugiej strony, podobno przeskoczyliśmy już pod tym względem Grecję i zbliżamy się do Portugalii.
Ponadto, wciąż jesteśmy w czołówce krajów UE pod względem dynamiki rozwoju PKB, co oznacza, że jeśli ten stan się utrzyma, mamy szansę na ich dogonienie w nieodległej już perspektywie. Nie wiadomo jednak w jakiej – i czy będzie tak dalej w kolejnych miesiącach oraz latach.
Czy sprawdzą się zatem zapowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego sprzed kilku miesięcy, że Polska może osiągnąć średni unijny PKB na głowę już za 10-15 lat? Tego nie można zagwarantować. Na odpowiedź na to pytanie przejdzie nam czekać co najmniej dekadę.

Najpierw weźmiemy Manhattan

Cieszymy się – i słusznie – ze stałego, w miarę przyzwoitego tempa naszego wzrostu gospodarczego. Znajmy jednak proporcję. Produkt Krajowy Brutto Polski jest mniejszy niż w przypadku Manhattanu.

 

Fakt, że Produkt Krajowy Brutto poszczególnych amerykańskich stanów jest większy niż wielu krajów, nie powinien dziwić. Ich powierzchnia często przekracza rozmiar nawet średniej wielkości państwa.
Ale czy możliwe, by pojedyncza dzielnica Nowego Jorku miała PKB wyższe niż cała Polska? Otóż, możliwe.
Manhattan to jedna z pięciu dzielnic, a precyzyjniej okręgów Nowego Jorku. Jest również siedzibą wielu międzynarodowych korporacji czy instytucji, nosi miano światowej stolicy finansów oraz rozrywki.
Powierzchnia Manhattanu wynosi niespełna 60 km kw. To tylko nieco ponad dziesięć procent obszaru Warszawy (517 km kw. – dane Głównego Urzędu Statystycznego). Gdyby Manhattan był częścią polskiej stolicy, byłby trzecią największą jej dzielnicą po Wawrze i Białołęce, ale przed Ursynowem.

 

Kosmiczne wynagrodzenia

Według amerykańskiego Biura Spisu Powszechnego (Census Bureau), na Manhattanie mieszka 1,66 mln osób. Znacznie więcej osób tam pracuje.
Dane Biura Statystyki Rynku Pracy (Bureau of Labor Statistics – BLS) za pierwszy kwartał opublikowane w drugiej połowie września pokazują, że zatrudnienie w najbardziej znanej nowojorskiej dzielnicy sięga 2,45 mln.
Warto także zauważyć, że pracujący w nowojorskich wysokościowcach, często z widokiem na Central Park, mogą pochwalić się największymi w USA wynagrodzeniami.
Dane BLS pokazują, że ich przeciętna pensja w pierwszym kwartale wynosiła 3,087 dolarów tygodniowo. Daje to ponad 12 tys. USD każdego miesiąca, czyli w przeliczeniu na polską walutę niespełna 45 tys. zł.
Średnia płaca w granicach 12 tys. dolarów dla takiego miejsca jak Manhattan, niezbyt precyzyjnie określa faktyczne zarobki większości zatrudnionych tam osób – ze względu na silne różnice w wysokości płac. Potwierdzają to dane z poszczególnych branż.
Wynagrodzenie miesięcznie pracowników hoteli czy restauracji jest w okolicach 2,7 tys. dolarów. Zatrudnieni w sektorze edukacji otrzymują brutto nieco ponad 4 tys. USD, a w handlu i transporcie wynagrodzenia wahają się blisko poziomu 6 tys. USD przed odliczeniem podatków oraz ubezpieczenie zdrowotnego czy składek emerytalnych.
Jak zaś na stolicę finansów przystało, zdecydowanie najwyższe zarobki są w usługach finansowych. Przeciętne wynagrodzenie zatrudnionych w tej dziedzinie 380 tys. osób to prawie 38 tys. USD każdego miesiąca. To ta grupa przede wszystkim zawyża wynagrodzenia, które oscylują w okolicach 6-10 tys. USD. Pozostałe grupy to usługi dla biznesu, wolne zawody, budowlanka, telekomunikacja i informatyka, sektor publiczny).

 

Warszawa tak jak Birma

Dane Biura Analiz Ekonomicznych USA (Bureau of Economic Analysis) pokazują, że wynagrodzenia w Stanach Zjednoczonych stanowią ok. 43 proc. PKB. To mniej więcej podobny wynik do notowanego np. w Unii Europejskiej.
Ponieważ suma rocznych wypłat zatrudnionych na Manhattanie to prawie 400 mld USD, oznacza to, że PKB centralnej dzielnicy Nowego Jorku może przekraczać nawet 900 mld USD.
Dla porównania PKB dla Polski wynosi niecałe 2 biliony złotych, czyli ok 540 mld USD. Z tego wynika, że suma dóbr i usług wytworzona rocznie przez jedną niewielka dzielnicę Nowego Jorku jest znacznie większa niż PKB całej Polski – ocenia portal Cinkciarz.pl.
Niestety nie jest możliwe znalezienie danych dotyczących PKB poszczególnych warszawskich dzielnic, ale dla całej polskiej stolicy wynosi on 55 mld euro (dane Eurostat za 2015 r.), czyli 63 mld USD. Dla pocieszenia – PKB Warszawy wynosi mniej więcej tyle co Birmy: 66 mld – według Międzynarodowego Funduszu Walutowego.