Socjaldemokracja – nadzieja w predystrybucji?

Niedawno ukazał się w prasie wywiad z Marianą Mazzucato, włoską profesorką, uważaną za jedną z czołowych ekonomistek świata. Uczona odnosi się do spraw odnowy gospodarek po pandemii, i do działań (a raczej ich braku) wychodzących naprzeciw wyzwaniom klimatycznym, społecznym, oraz do sposobów wykorzystania w tym zakresie Funduszu Odbudowy UE.

Jest to odniesienie generalnie krytyczne wobec rządów i polityków, w tym wobec zaangażowania oraz roli lewicy w tej kwestii:
„Lewica stała się leniwa intelektualnie. To dotyczy zarówno Ameryki Łacińskiej, jak i Europy… Cały dyskurs skupia się na redystrybucji. Nie ma prawdziwej, sugestywnej, powszechnej narracji, która by wyjaśniła skąd bierze się bogactwo. Ja coraz bardziej wierzę w potrzebę dyskusji o predystrybucji. Jak moglibyśmy stworzyć lepszą, większą wartość w inny sposób, zamiast zbierać resztki ze stołu kapitalizmu…? Oczywiście potrzebujemy progresywnej polityki fiskalnej, aby dokonywać sensownej redystrybucji, ale postępowa agenda musi się skupić również na tworzeniu bogactwa. Jeśli skupimy się tylko na redystrybucji, to wkrótce nie będzie czego redystrybuować.”

Powyższa ocena zdaje się potwierdzać, iż zagadnienie redystrybucji/ predystrybucji powinno się dziś stawać jednym z istotnych tematów socjaldemokracji, a przyjęcie dobrych w tej sprawie rozwiązań – lekiem na słabą pozycję lewicy na politycznej scenie Europy, Polski, której najbardziej dramatycznym następstwem jest wzrost prawicy, w tym skrajnej, i wielorakie polityczno-społeczne tego implikacje.

Winę za ów dramatyczny dla społeczeństwa/człowieka/przyrody stan ponosi między innymi: ideowo-programowy zastój lewicy, bierność w poszukiwaniu i formułowaniu nowych idei oraz niezdolność do wyjścia naprzeciw coraz to nowym wyzwaniom ze strony kapitału. Jeśli socjaldemokracja będzie dalej uparcie trwać tylko przy swoich, tradycyjnych kanonach i postulatach, nie może liczyć na odrodzenie i wzrost poparcia. Formacja musi się zdobyć w zakresie ideowo-programowym, w sferze ekonomiczno- społecznej, na przekroczenie ram klasycznej myśli socjaldemokratycznej. Doszła, bowiem do punktu, w którym musi odpowiedzieć sobie na pytania, czy z obecnym kapitalizmem powinno być jej dalej po drodze? Lub/i, czy za pomocą swoich tradycyjnych zasad i narzędzi, będzie w stanie zwalczyć bardzo negatywne, społeczne skutki aktualnej formuły tego systemu?

Konieczność takiej refleksji wynika z obecnego stanu kondycji socjaldemokracji. Gdy za jej kryterium przyjąć znaczenie formacji na scenach politycznych Europy (skalę uczestnictwa w rządzeniu), można tę kondycję określić, jako wyraźnie słabnącą. Ocena ta staje się jednak jeszcze bardziej surowa, gdy za wskaźnik posłuży kwestia nie tyle formalna (stopień partycypacji we władzy), ile problem stanowiący sens istnienia formacji: jak w ostatnich dekadach udawało się jej strukturalne cywilizowanie systemu, zapobieganie przepaściom społeczno- ekonomicznymi, walka z dewastacją środowiska naturalnego?

Nie był to dobry czas socjaldemokracji. Ustępstwa wobec kapitału (korporacji), odchodzenie od idei i praktyki państwa dobrobytu, na rzecz trzeciej drogi itp., wpływały/ wpływają na bardzo niekorzystne dla lewicy decyzje wyborcze obywateli, na przenoszenie ich poparcia na prawicę, nierzadko skrajną.

W wyniku splotu tych i innych jeszcze czynników, i osłabieniu pozycji, przed formacją staje zadanie, określenia „jakby na nowo” swojej roli i miejsca w obecnej sytuacji społeczno-politycznej, określenia stosunku do obecnego etapu kapitalizmu, i przede wszystkim do aspiracji i dążeń mas ludowych.

Biorąc pod uwagę te uwarunkowania oraz wynikające z nich imperatywy, warto by było, aby polska lewica w okresie tworzenia nowej jakości organizacyjnej, a wkrótce i programowej, uwzględniła także – jako swoisty wkład ideowy do nowej formacji lewicy – sugerowane niżej, choć zapewne nietypowe z punktu widzenia klasycznej socjaldemokracji, rozważenie problemu redystrybucji/ predystrybucji.

Mianowicie, jeśli główna, choć w uproszczony sposób tu nakreślana myśl socjaldemokracji (w sferze społeczno-ekonomicznej) sprowadza się do trzech punktów: tak – dla gospodarki rynkowej; tak – dla własności prywatnej; nie – dla biedy oraz nadmiernych różnic egzystencjalnych pomiędzy ludźmi (dot. ich bytu materialnego, kulturowego), poniższe propozycje – nie naruszając tych kanonów, i również zawierając się w pewnej triadzie – idą dalej. Zatem: tak – dla rynku; tak – dla własności prywatnej; ale, nie – dla własnościowego rozwarstwienia (w zakresie własności środków produkcji: wytwórczych, usługowych, finansowych, intelektualnych, technologicznych/SI) pomiędzy członkami społeczeństwa.
Za punkt wyjścia do wyartykułowania, i uzasadnienia tezy wiodącej tych refleksji (nie, dla rażących różnic własnościowych; tak, dla sprawiedliwych, wyrównanych stosunków oraz struktury własności), przyjmijmy podstawowy kanon myśli socjaldemokratycznej, zasadę powiększonej redystrybucji dóbr (obecnie: produktu krajowego brutto – PKB, w przyszłości będą to prawdopodobnie inne parametry).

Powiększona redystrybucja PKB/ dóbr, jest wyróżnikiem, swego rodzaju znakiem socjaldemokracji, odróżniającym ją od innych kierunków polityczno-ideowych. Wszakże, pod społecznym ciśnieniem, także opcje centrowe, centro-prawicowe zaczynają coraz częściej sięgać po jej instrumenty.

W tym kontekście redystrybucja to nic innego, jak – w pewnym uproszczeniu – przeniesienie (przez państwo) części wytworzonych dóbr, środków (PKB) od ludzi, grup, klas, posiadających ich dużo lub więcej, do ludzi, grup, klas uboższych. Taka redystrybucja spełnia pewną rolę socjalno-ekonomiczną – zapewnia minimum egzystencjalne ludziom biednym; i moralną – zapewnia jakieś minimum godności.

Panowały i panują opinie wygłaszane w szczególności przez neoliberalnych, prawicowych adwersarzy socjaldemokracji, że zwiększona redystrybucja powoduje obniżanie tempa rozwoju, wydajności pracy i efektywności gospodarowania. Iż socjaldemokracja, przesuwając powiększoną część wytworzonego produktu na spożycie, psuje gospodarkę, którą później oni (prawica, neoliberałowie) muszą naprawiać. Wprawdzie obecna sytuacja wybija chwilowo z rąk wymienionych sił powyższe argumenty, to jednak nie usuwa rzeczywiście ważnej dla socjaldemokratycznej lewicy kwestii, w wymiarze długofalowym. Mianowicie, czy jest możliwa realizacja powiększonej redystrybucji tak, by nie obniżała skali postępu (rozwoju), przeciwnie, aby go stymulowała? A jeżeli jest możliwa, to, na czym by mogła polegać?

Konieczność reinterpretacji przez socjaldemokratyczną lewicę, sposobu rozwiązywania tego dylematu wynika z przebiegu i skutków procesów polityczno- społecznych zachodzących w ostatnich dekadach XX i pierwszych dekadach XXI wieku, pogarszających najogólniejsze warunki funkcjonowania takich kierunków ideowo-politycznych, jak socjaldemokracja. Spośród tych założeń, idzie między innymi, o jej stosunki z kapitałem, który klasyczne jej postulaty, o sprawiedliwszy podział dóbr, kwituje tezami: o potrzebie oszczędzania; groźbami przeniesienia produkcji w rejony świata, gdzie koszty są mniejsze.

Ale, są też oczywiście i okoliczności obiektywne. Idzie o to, iż burzliwy rozwój nauki i technologii/SI powoduje, w procesach pracy, coraz powszechniejsze zastępowanie ludzi maszynami, a tym samym wzrost bezrobocia strukturalnego, które to z kolei przyczynia się do narastającego marginalizowania klasy pracowników najemnych, stanowiącej tradycyjny elektorat socjaldemokracji.

Wymienione wyżej, lecz i inne jeszcze uwarunkowania sprawiają, iż socjaldemokracja, jeśli zamierza realizować swoje wartości i cele, powinna – w odpowiedzi na owe uwarunkowania, oraz na wyzwania wynikające z aktualnych (kryzys pandemiczny, postpandemiczny), oraz fundamentalnych procesów i zjawisk polityczno-ekonomicznych obecnej doby (z jednej strony – z dominacji obecnej formy ustroju, ale z drugiej, ze strukturalnego kryzysu tej formy) – inaczej niż dotychczas potraktować swe klasyczne kanony, instrumenty, mechanizmy, działania. Do nich należy również dziedzina redystrybucji PKB.

Uwzględniając to wyzwanie, i poszukiwanie sposobów działań wychodzących mu naprzeciw, można dokonać pewnego podziału (klasyfikacji) zagadnienia redystrybucji. Można podzielić ją (w umowny sposób) na aktywną i pasywną. Ściślej zaś, idzie oczywiście o podział dóbr (środków) podlegających redystrybucji, których charakter można by określić, jako właśnie pasywny lub aktywny.

Redystrybucja pasywna to ta jej część, która w swoim głównym wymiarze nie wpływa bezpośrednio na pobudzanie rozwoju gospodarczego (są to, m.in. nakłady na usługi społeczne, edukację, ochronę zdrowia, kulturę, na świadczenia zapewniające klasom i warstwom uboższym podstawy egzystencji).

Redystrybucja aktywna to ta z kolei jej część, albo, te rodzaje przesuwanych środków, które będą pobudzać postęp, rozwój społeczno-ekonomiczny. Zaliczamy tutaj nakłady na naukę, inwestowanie w innowacje, w ekologię, ale również i w edukację.

Ale, na sprawę redystrybucji można spojrzeć jeszcze inaczej (niż według klucza aktywna – pasywna). Można ją rozumieć tak jak dziś, jako bardziej zrównoważony i sprawiedliwszy podział wytworzonych dóbr, lecz można także zacząć rozumieć zagadnienie redystrybucji po nowemu, za czym optuję, jako bardziej zrównoważony i sprawiedliwszy podział, również czynników i możliwości tworzenia dóbr. Nie trzeba dodawać, że zrównoważony (sprawiedliwszy) podział czynników tworzenia dóbr powinien pociągać za sobą niejako automatycznie, zrównoważony, sprawiedliwszy podział dóbr wytworzonych.

Jest sprawą oczywistą, iż – gdy redystrybucję potraktujemy, jako czynnik mający pobudzać też postęp ekologiczny, ekonomiczny – taką, stymulującą funkcję bardziej wypełni redystrybucja aktywna, oraz redystrybucja czynników tworzenia, niż redystrybucja dóbr konsumpcyjnych i pasywna. Jeżeli, zatem założyć jak wyżej (że redystrybucja ma również stymulować rozwój, oraz, że tę rolę wypełni raczej redystrybucja czynników tworzenia dóbr, a nie podział samych dóbr), to muszą się również nasunąć pytania: o redystrybucji jakich to czynników tu myślimy, lub, redystrybucję, jakich to czynników, dla zdobycia celu należy powiększać? A zatem, jakie w ogóle mamy czynniki rozwoju, postępu, wzrostu?

Dwa podstawowe to praca i kapitał. Dziś dochodzi trzeci czynnik: informacja, wiedza, technologia/SI (sztuczna inteligencja), nauka. One zawsze były czynnikami rozwoju, ale teraz ich znaczenie staje się szczególne w związku z wyższym etapem ich rozwoju. Lecz, czy nauka, wiedza itd., są samoistnymi i autonomicznymi czynnikami rozwoju? Wydaje się, iż są raczej „nową formą kapitału”, i „nową formą pracy”, nie zaś bytem samoistnym. Ale to jest temat do poruszenia przy innych okazjach.

Jeśli, więc mówimy o stymulującej rozwój i postęp roli redystrybucji, i widzimy możliwość realizacji tego zadania poprzez bardziej zrównoważony i sprawiedliwszy podział czynników tworzenia, to siłą rzeczy musimy mieć na myśli powiększoną redystrybucję również pracy, która jest jednym z owych podstawowych czynników rozwoju. Na przykład: dzielenie się pracą, poprzez skracanie czasu (dnia, tygodnia) pracy. Lecz sprawa nie jest prosta. Bo w wyniku dynamicznego postępu nauki, technologii (komputeryzacji, robotyzacji, informatyzacji), pracy nie będzie przybywać, lecz przeciwnie – ubywać. Są w tej kwestii znane opracowania: o społeczeństwie1/5; 20 plus 80 i inne. Czy to oznacza, iż należy rezygnować, w bieżącej i średniookresowej działalności z poszukiwań możliwości sprawiedliwszego dzielenia czynnika/czasu pracy, na przykład poprzez skracanie dnia, tygodnia pracy? Oczywiście nie!

Jeśli jednak patrzeć perspektywicznie i respektować założenie, iż redystrybucja winna pobudzać, a nie hamować rozwój/postęp ekonomiczny, społeczny, ekologiczny, kulturowy, konieczne jest rozważenie problemu, zwiększonej redystrybucji innych niż praca czynników twórczych. Innych, zatem czynnika kapitału, a dokładniej – własności. Własności wytwórczej, usługowej, naukowej, finansowej, wiedzy i technologii, intelektualnej, SI, jak i również redystrybucji zasobów edukacji, kultury, zdrowia itp.

Sposobem na to są działania przebudowujące stosunki i strukturę społeczną, a w tym własnościową, w kierunku uspołeczniania własności, łączenia (syntezy) pracy i własności środków produkcji – między innymi poprzez – rozwijanie własności pracowniczej, spółdzielczej. Bardziej konkretne propozycje, dotyczące już praktycznej realizacji tych zagadnień – przebudowy stosunków i struktury społecznej/ własności zawiera opracowanie będące podstawą do napisania niniejszego tekstu.

Nie bójmy się deficytu!

Na wstępie pragnąłbym podkreślić, że tekst jest krytyką wymierzoną w politykę gospodarczą rządu Prawa i Sprawiedliwości oraz każdego liberalnego (gospodarczo) rządu żyjącego przeświadczeniem, że w dobie pieniądza fiducjarnego utrzymywanie zrównoważonego budżetu jest najważniejszym celem, do którego należy dążyć nawet kosztem załamania popytu wewnętrznego.

Niewątpliwie takie błędne przeświadczenie wynika z wiary w prakseologiczne tezy klasycznej szkoły ekonomii, która zaślepiła rządy do tego stopnia, że mając w rękach ogromne możliwości prowadzenia polityki fiskalnej, na widok wysokiego popytu na pieniądz klasy średniej i niższej boją się zwiększyć podaż pieniądza oraz zwiększyć jego emisję tłumacząc się, że… „nie stać nas”.

Co z tym deficytem?

Na początek powiedzmy sobie jedno, celem odkłamania mitu o deficycie – gospodarka państwa oraz samo państwo nie działa na tej zasadzie co gospodarstwo domowe. W odróżnieniu od osób fizycznych państwo ma możliwości „brania pieniędzy z powietrza” i wpływania na popyt wewnętrzny. Żyjemy w epoce pieniądza fiducjarnego, który w swojej istocie jest oparty na zaufaniu. Deficyt nie jest problemem, który należy rozwiązywać cięciami wydatków i zwiększaniem bezrobocia. Podstawowa wiedza z zakresu makroekonomii tłumaczy nam, że spadek zagregowanego zatrudnienia jest konsekwencją spadku płac nominalnych i wzrostu płac realnych. W przypadku zatrudnienia i poziomu płac realnych zachodzi ujemna korelacja. Pracownicy nie bez powodu łączą się w związki, partie i ruchy społeczne, które mają na celu zmusić rząd do zapewnienia określonej płacy nominalnej, to wynika z racjonalnego przeświadczenia pracowników, którzy zauważają, że spadek płac nominalnych powoduje spadek zatrudnienia – dlatego z uporem maniaka powtarzam, że pracownicy są najlepszymi ekonomistami.

Musimy sobie podkreślić, że w przypadku wzrostu cen artykułów konsumpcji podstawowej w porównaniu z płacą nominalną, łączna podaż siły roboczej, która jest gotowa do podjęcia pracy za określone wynagrodzenie według stawek płac nominalnych, jak i łączny popyt przy tych stawkach byłby większy od istniejącego poziomu zatrudnienia. W przypadku równości płacy realnej i krańcowej przykrości pracy (ujemnej użyteczności, inaczej względy skłaniające jednostkę do powstrzymywania się od pracy) sprowadzamy się do sytuacji braku bezrobocia ,,niedobrowolnego”, czyli „Pełnego zatrudnienia” (świadomie pomijam bezrobocie frykcyjne).

Więcej zatrudnionych = większy PKB

Pozwolę opisać sobie prosty mechanizm, który pozwoli nam zrozumieć korelację wzrostu zatrudnienia ze wzrostem dochodu realnego. Na początku podajmy sobie termin popytu efektywnego, który oznacza punkt złączenia się funkcji łącznego popytu i łącznej podaży. O wysokości i sile popytu efektywnego wpływ mają skłonność do konsumpcji i stopa nowych inwestycji, które łącznie decydują o wielkości zatrudnienia, a ta wyznacza poziom płac realnych (tutaj odnoszę się do wcześniejszego akapitu). Wzrost skłonności do konsumpcji, który powoduje wzrost zagregowanego popytu a tym samym wzrost dochodu realnego, jest ekwiwalentny ze wzrostem dochodu rozporządzalnego, który możemy zwiększyć przez mechanizmy polityki fiskalnej, która w swojej istocie ma większe wahania od polityki monetarnej oraz przez wzrost zatrudnienia. Dlatego działania Banku Centralnego jak np. obniżka głównej stopy procentowej do poziomu 0,1% jest uzasadnione i konieczne, lecz nie będzie miało to takiego wpływu na zagregowany popyt wewnętrzny co sprawna polityka fiskalna i nacisk rządu. W skrócie wzrost zatrudnienia jest gwarantem wzrostu zagregowanego dochodu realnego i rozwoju gospodarczego państwa. Naturalną konsekwencją polityki pełnego zatrudnienia będzie rosnąca inflacja, która absolutnie nie jest problemem i w przypadku prowadzenia takiej polityki ekonomicznej jest obrazem rozwoju gospodarczego. W przypadku osiągnięcia stanu pełnego zatrudnienia wzrost inwestycji musi doprowadzić do nieustannego zwyżkowego wzrostu cen, bez względu również na krańcową skłonność do konsumpcji – wtedy dojdziemy do zjawiska inflacji. Zanim to się jednak stanie, rosnącym cenom będzie towarzyszył wzrost zagregowanego dochodu realnego.

Czy inflacja rzeczywiście jest problemem?

Gdy mówimy już o inflacji, to trzeba sobie podkreślić, że inflację można oczywiście łagodzić przez progresję podatkową, która mogłaby również być narzędziem zmniejszania współczynnika Giniego, zmuszając zamożne jednostki do zwiększania dochodu rozporządzalnego i zwiększenia skłonności do konsumpcji. Nie powinna jednak ona szczególnie dotykać małych przedsiębiorców dopiero wchodzących na rynek oraz osoby mniej zamożne, klasę pracującą. Tutaj musimy też podkreślić, że „pompowanie” pieniędzy w rynek nie powinna polegać na „pompowaniu” pieniędzy w najsilniejsze podmioty gospodarcze; celem „pompowania” pieniędzy powinno być zwiększanie zagregowanego popytu przez mechanizmy zaspokajające popyt na pieniądz przez podmioty średnio i mniej zamożne, które mają największą skłonność do konsumpcji. Dlatego tutaj kieruję mój zarzut do rządu Mateusza Morawieckiego i „Tarcz Antykryzysowych”, który były bardziej pomocą finansową biznesu, a nie ratowaniem pracowników z jarzma kryzysu.

Wracając jeszcze do deficytu, to musimy powiedzieć sobie jasno, że fundusze do umorzania długu są oszczędnościami publicznymi, które nie wpływają korzystnie na skłonność do konsumpcji, ale także tłumią jej potencjał, tym samym tłumiąc i osłabiają popyt efektywny. Jeżeli chcemy zapewnić sobie rozwój, nie możemy bać się deficytu.

Co robić?

Moim podstawowym zarzutem do społeczeństwa jest przeświadczenie, że oszczędności w przypadku obecnego zatrudnienia i kryzysu (natomiast tutaj chciałbym podkreślić, że ten kryzys różni się od kryzysu spowodowanego pękniętą bańką spekulacyjną, gdyż ten „koronawirusowy” jest całkowicie egzogeniczny) są czymś dobrym. Musimy przestać „kisić” pieniądze i zacząć je wydawać w interesie nas wszystkich. Jak wyżej opisałem mechanizm zatrudnienia, przez zwiększenie wydatków zapewniamy miejsca pracy. Musimy przestać myśleć egoistycznie i dbać o wspólny interes, jeżeli rząd boi się ryzykować, to weźmy sprawy w swoje ręce. Wyciągnijmy lekcję z PRL-u i zapewnijmy ludziom pracę, przy prowadzeniu takiej polityki niwelowania bezrobocia nawet „Gierkowski” kredyt nie był na tyle odczuwalny… W długim okresie stał się jedną z najlepszych inwestycji naszego kraju. Dlaczego? Władze PRL nie bały się deficytu i zadłużenia, a w ten sposób zapewniły dach nad głową obywatelom.

Warto sobie tutaj zacytować najwybitniejszego ekonomistę XX w. Johna Maynarda Keynesa – „Wznoszenie piramid, trzęsienia ziemi, nawet wojny mogą się przyczynić do wzrostu bogactwa, jeśli nasi mężowie stanu wychowani na zasadach ekonomii klasycznej nie potrafią się zdobyć na nic lepszego.”

Gonimy, ale wciąż jest daleko

Polacy od kilkudziesięciu lat ciągle słyszą, że aktualnej generacji rodaków będzie się jeszcze żyło skromnie, ale za to ich dzieci i wnuki powinny już opływać w dostatki takie, jak w państwach bogatego Zachodu.

 

Polska stopniowo zmniejsza dystans dzielący nas od najbogatszych państw Unii Europejskiej. Jeżeli chcemy żeby nasze dzieci i wnuki w 2050 żyły na równym poziomie co najbogatsze narody Europy to musimy mocno przyspieszyć – taki wniosek, jak się wydaje, dość oczywisty, wynika z raportu Warsaw Enterprise Institute.
Podobno średnia europejska jest już dziś w zasięgu ręki. Mimo to, żeby przekroczyć ją w roku 2030 nie wystarczy trwać na obecnym tempie rozwoju.

 

Daleko za czołówką

Ponieważ jednak nie zapowiada się, by nasza gospodarka była zdolna do przyśpieszenia, powinniśmy raczej zapomnieć o doszlusowaniu do przeciętnego unijnego poziomu zamożności już za 12 lat. Tym bardziej, że w ogólnoeuropejskim rankingu zajmujemy odległe 21. miejsce.
Polski dochód narodowy na głowę wprawdzie zbliża się do najwyżej rozwiniętych państw w Europie – ale jest to, umówmy się, raczej żółwie tempo.
Na przykład, Polska sukcesywnie goni Niemcy – jednak nasz dochód na głowę to wciąż niecałe 57 proc. poziomu niemieckiego.
Trochę bliżej nam do dwóch innych europejskich potentatów. W stosunku do Francji i Wielkiej Brytanii polski dochód narodowy na głowę osiągnął poziom 66 proc. a w minionym roku poprawiliśmy nasz wynik kolejno o około 1,5 punktu procentowego oraz o ok. 3 pkt. proc. Warto zauważyć, że PKB na głowę Czech już przekroczył 70 proc. niemieckiego.
Takim krajom, jak Polska, Węgry czy Łotwa osiągnięcie poziomu per capita Francji czy Wielkiej Brytanii zajmie – jak dobrze pójdzie – 15-20 lat. „Następne pokolenia Polaków powinny już żyć na podobnym poziomie, co Francuzi czy Brytyjczycy” – optymistycznie uważa WEI.
Doganianie Niemiec zajmie jednak znacznie więcej czasu, około 40-45 lat, przy założeniu zachowania obecnej dynamiki rozwoju Polski (którego to założenia raczej nie da się zrealizować).
Bardzo dobrze byłoby, gdybyśmy dogonili choć Czechy – ale i do nich sporo nam brakuje. Zwłaszcza, że Czechy to jedno z najmniej zadłużonych państw Europy (102 proc. produktu krajowego brutto), wyprzedzające nas także pod tym względem (zadłużenie Polski – 126 proc. PKB).

 

Uciec spod dobrej zmiany

Innym negatywnym dla nas czynnikiem jest wysoki poziom migracji. Polacy coraz chętniej wyjeżdżają, by uciec spod rządów „dobrej zmiany”.
Jak podaje WEI, w Polsce skala wyjazdów zwiększyła się w stosunku do 2016 roku (do Wielkiej Brytanii o 9,36 proc., do Niemiec o 3,15 proc., do Holandii – o 9,52 proc.). W stosunku do 2016 roku, Polskę opuściło dodatkowe 255 tys. obywateli. Łącznie już ponad 6,5 proc. obywateli Polski mieszka obecnie w innym kraju UE.
Wysoka migracja to jeden z czynników osłabiających zdolność naszej gospodarki do szybkiego rozwoju – i jej znaczenie w Unii. Pod tym względem wciąż jesteśmy kopciuszkiem.
W 2017 r. produkt krajowy brutto Unii Europejskiej – wyrażony w cenach bieżących – wyniósł prawie 15,3 bln euro i był wyższy niż rok wcześniej o 417,4 mld euro.
Ponad połowę PKB wygenerowały trzy państwa członkowskie, a najwięcej Niemcy. Ich wkład w PKB Unii wyniósł w 2017 r. prawie 3,3 bln euro, czyli ponad jedną piątą (21,3 proc.). Wielka Brytania wypracowała 15,2 proc., a Francja 14,9 proc.
Na kolejnych miejscach znalazły się Włochy (z udziałem 11,2 proc.), Hiszpania (7,6 proc.), Holandia (4,8 proc.), Szwecja (3,1 proc.), a następnie Polska (z zaledwie 3-procentowym udziałem w PKB UE).

 

Wśród unijnych słabeuszy

19 państw członkowskich, które tworzą strefę euro, wypracowało PKB w wysokości 11,2 bln euro w 2017 r. Strefa euro to 72,9 proc. unijnego PKB. Trzy czwarte PKB strefy euro to zasługa Niemiec (29,2 proc. strefy euro), następnie Francji (20,5 proc.), Włoch (15,4 proc.) i Hiszpanii (10,4 proc.).
My ani nie jesteśmy w strefie euro, ani – z naszymi 3 proc. – nie liczymy się w Unii gospodarczo.
Nic więc dziwnego, że, niezależnie od wyskoków naszych pożal się Boże, polityków, pozycja Polski w Unii jest bardzo słaba.
Swoją drogą, to trochę wstyd, że duży 38-milionowy kraj, ma mniejszą gospodarkę niż Holandia czy słabo zaludniona Szwecja.
Ostatnie dziesięć lat charakteryzowało się w Unii Europejskiej wzrostem PKB per capita, poza nielicznymi wyjątkami, takimi jak nieskora do wydajnej pracy Grecja.
Tendencja ta uległa zachwianiu w latach kryzysowych (kryzys osiągnął apogeum w latach 2008–2009). Jego skutki silnie odczuła strefa euro, co w wielu przypadkach przełożyło się na spadek PKB.
Unia Europejska, jak wskazuje WEI, doświadczyła w zasadzie w ostatnich latach dwóch kryzysów, których efektem był spadek realnego PKB. Pierwszy rozpoczął się w I kwartale 2008 r. i trwał ponad dwa lata. Drugi kryzys został spowodowany przez zadłużenie strefy euro. Realny, przedkryzysowy poziom PKB został osiągnięty w Unii Europejskiej dopiero w II kwartale 2015 roku.
Kryzys uderzył praktycznie we wszystkie kraje europejskie, a do najłagodniej potraktowanych należała Polska. Najmocniej doświadczyła go Grecja, kraje południa Europy, a z nowych członków UE – kraje bałtyckie, gdzie realny PKB spadł nawet o 20 proc.

 

Bogatsi idą wolniej

Dziś kraje Nowej Unii powoli odrabiają zaległości do gospodarek Europy Zachodniej. Nie wszystkie robią to w jednakowym tempie.
Liderami wzrostu PKB na głowę były w 2017 roku Rumunia, Łotwa i Litwa. W pierwszym przypadku, tempo sięgnęło aż 7,3 punktów procentowych, w drugim i trzecim – przekraczało 6 pkt proc.
Jednak Rumunia, przez ostatnich kilka lat uważana za „gospodarczego tygrysa” Europy, ze znakomitym tempem rozwoju (spadek bezrobocia poniżej 5 proc.), w połowie zeszłego roku dostała zadyszki i nie wiadomo, czy jej znakomite parametry są nadal do utrzymania. Według prognoz Komisji Europejskiej, w 2018 r. tempo PKB ma zmniejszyć się o połowę w porównaniu z 2017, a deficyt publiczny w Rumunii w 2020 roku będzie najwyższy w całej Unii.
Kolejną grupę, z również wysokim wzrostem, przekraczającym 5 pkt proc., tworzą: Estonia, Słowenia i Polska.
W granicach 4 pkt proc. zwiększyło się PKB per capita Chorwacji i Malty, a 3 pkt proc. – Hiszpanii, Cypru, Danii, Irlandii, Węgier, Bułgarii i Czech.
W grupie z 2-proc. wzrostem, znalazła się m.in. Słowacja obok Niemiec i Francji.
PKB na głowę praktycznie nie zmienił się w ciągu roku w Wielkiej Brytanii, Szwecji i w Luksemburgu – czyli tam, gdzie w Unii żyje się najzamożniej. Generalnie, co normalne, najbogatsze kraje nie rozwijały się tak szybko jak reszta Unii.

 

Obietnica dla przyszłych pokoleń

Następne pokolenie wielu państw Europy Środkowo-Wschodniej, a także Portugalczycy i Grecy, powinni żyć mniej więcej na takim samym poziomie jak Francuzi czy Brytyjczycy – uważa WEI. Jest to jednak raczej płonną nadzieją.
Oczywiście, żeby dystans się zmniejszał, potrzebny jest stabilny rozwój – wolniejszy państw dobrze rozwiniętych i szybszy, tych na niższym poziomie gospodarczym.
Unia Europejska to system naczyń połączonych, w którym dobra kondycja jednych zależy w znacznym stopniu od drugich. Tak jest w przypadku Niemiec, do których trafia znaczna część europejskiego eksportu.
Ekonomiści przewidują spowolnienie tej gospodarki, co odbije się też na wynikach Polski, Węgier czy Rumunii. Okres wysokich wzrostów gospodarka niemiecka ma już za sobą: PKB Niemiec spadł w trzecim kwartale o 0,2 proc. w porównaniu z kwartałem drugim. W skali roku, tj. w porównaniu z trzecim kwartałem 2017 PKB wzrósł zaledwie o 1,1 proc.

 

Ich nie dogonimy?

Mimo spodziewanych problemów, 2018 rok i następny nie zapowiadają się najgorzej dla UE, i to zarówno dla głównych graczy, jak i mniejszych, którzy ścigają liderów. Tendencja nadal jest wzrostowa, choć tempo słabnie.
Gdy czołówka zwalnia, reszta peletonu ma szansę do niego dołączyć. Do tej pory bywało jednak tak, że po chwilowym spowolnieniu te największe gospodarki znowu nabierały tempa – i reszta Europy zostawała w tyle.
Czy i teraz będzie podobnie? WEI wskazuje, że wiele zależy od tego, czy słabsze i mniejsze gospodarki będą w stanie wykorzystać prosperity na inwestowanie w te gałęzie gospodarki, które stwarzają największe możliwości rozwoju.
Inwestycje w badania i rozwój, poprawa infrastruktury, inwestowanie w kapitał ludzki i społeczny mogą zwiększyć tempo pościgu za najbogatszymi krajami Europy Zachodniej. Ale z tym wszystkim w Polsce jest akurat bardzo słabo.

 

O co walczymy, dokąd zmierzamy?

Polska zawsze należała do biedniejszych krajów Europy, nie zmieniło się to przez ostatnie dwadzieścia lat i trudno oczekiwać, by w kolejnym dwudziestoleciu miało być inaczej.

 

Niedawny jubileusz odzyskania niepodległości to także dobra okazja do zastanowienia się, jaki dystans w rozwoju gospodarczym dzielił Polskę od krajów Europy zachodniej przed 100 laty i jak wygląda to dziś. Oraz kiedy – i czy – wreszcie je dogonimy.
Na temat przeszłości – stanu z początków II Rzeczpospolitej, wiemy stosunkowo niewiele. Jednak interesujące dane na ten temat zostały właśnie opublikowane przez Julię Patorską z Deloitte.

 

Z głębokiego dołka

Jak wiadomo w 1918 r. odradzająca się Polska stanowiła pod względem ekonomicznym obszar – zlepek trzech odmiennie rozwiniętych organizmów. Według ekspertki wówczas całe terytorium kraju średnio generowało Produkt Krajowy Brutto w przeliczeniu na 1000 mieszkańców (per capita) na poziomie „nieco niższym niż 50 proc. poziomu notowanego w ówczesnej Europie Zachodniej”.
Przy czym część zachodnia i północna kraju, tj. podległa wcześniej zaborowi niemieckiemu, była dwukrotnie bogatsza, niż obszary po zaborze rosyjskim i austriackim.
Nie zmienia to faktu, że kolejne lata w historii gospodarczej całej II Rzeczpospolitej nie były łatwe. Pierwszy okres po odzyskaniu niepodległości to czas obrony kraju przed nawałą bolszewicką i walki o ostateczny kształt granic, znaczony m.in. powstaniami śląskimi czy plebiscytem na Mazurach.
Do połowy lat 20. gwałtownie narastała inflacja, co przerwały dopiero reformy gospodarcze premiera Grabskiego, z wprowadzeniem złotego (w miejsce dotychczasowej marki polskiej) na czele.
Zauważalna poprawa gospodarcza skończyła się rychło ogólnoświatowym kryzysem w 1929 r., trwającym w Polsce niemal całą kolejną dekadę. Jasnymi punktami lat 30. stały się inwestycje rządowe przeprowadzane pod kierownictwem wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego: budowa portu w Gdyni (port w Gdańsku leżał poza terytorium kraju – w Wolnym Mieście Gdańsku) oraz Centralny Okręg Przemysłowy.

 

Gdy wyprzedzaliśmy Hiszpanów

II wojna światowa doprowadziła polską gospodarkę do ruiny. Choć po wojnie nie było z nią najwyraźniej jeszcze bardzo źle, jeśli wierzyć danym opublikowanych przez Julię Patorską – skoro: „w latach pięćdziesiątych udało się przekroczyć magiczną barierę 50 proc. PKB per capita notowanego w krajach zachodniej Europy. Co więcej, byliśmy wówczas bogatsi niż Hiszpania”.
Najgorsze przyszło w latach 80., gdy przestano spłacać krajom zachodnim długi (25 mld ówczesnych dolarów – z odsetkami) zaciągnięte w poprzedniej dekadzie przez ekipę Edwarda Gierka. Kraj praktycznie wówczas zbankrutował.
Według Julii Patorskiej polski PKB per capita w chwili rozpoczęcia transformacji ustrojowej odpowiadał 30 proc. poziomu notowanemu w krajach Europy Zachodniej.
„W tym czasie Hiszpania, którą w latach 50. i 60. przewyższaliśmy bogactwem, za sprawą otwarcia gospodarki po śmierci Franco, zdołała generować o 60 proc. więcej PKB niż Polska” – stwierdza ekspertka.

 

Czy będziemy bogaci jak Czesi?

Po kolejnych 30. latach, w chwili obecnej, osiągnęliśmy poziom około 70 proc. średniego unijnego PKB. Jest to oczywiście powód do zadowolenia, choć zapewne mogłoby być jeszcze lepiej.
Jak podawał portal bankier.pl oznacza to poziom niższy od notowanego w 1995 r. w Czechach (76 proc. PKB per capita w krajach Unii Europejskie), w których wskaźnik ten wzrósł obecnie do 89 proc. unijnej średniej. A z drugiej strony, podobno przeskoczyliśmy już pod tym względem Grecję i zbliżamy się do Portugalii.
Ponadto, wciąż jesteśmy w czołówce krajów UE pod względem dynamiki rozwoju PKB, co oznacza, że jeśli ten stan się utrzyma, mamy szansę na ich dogonienie w nieodległej już perspektywie. Nie wiadomo jednak w jakiej – i czy będzie tak dalej w kolejnych miesiącach oraz latach.
Czy sprawdzą się zatem zapowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego sprzed kilku miesięcy, że Polska może osiągnąć średni unijny PKB na głowę już za 10-15 lat? Tego nie można zagwarantować. Na odpowiedź na to pytanie przejdzie nam czekać co najmniej dekadę.

Najpierw weźmiemy Manhattan

Cieszymy się – i słusznie – ze stałego, w miarę przyzwoitego tempa naszego wzrostu gospodarczego. Znajmy jednak proporcję. Produkt Krajowy Brutto Polski jest mniejszy niż w przypadku Manhattanu.

 

Fakt, że Produkt Krajowy Brutto poszczególnych amerykańskich stanów jest większy niż wielu krajów, nie powinien dziwić. Ich powierzchnia często przekracza rozmiar nawet średniej wielkości państwa.
Ale czy możliwe, by pojedyncza dzielnica Nowego Jorku miała PKB wyższe niż cała Polska? Otóż, możliwe.
Manhattan to jedna z pięciu dzielnic, a precyzyjniej okręgów Nowego Jorku. Jest również siedzibą wielu międzynarodowych korporacji czy instytucji, nosi miano światowej stolicy finansów oraz rozrywki.
Powierzchnia Manhattanu wynosi niespełna 60 km kw. To tylko nieco ponad dziesięć procent obszaru Warszawy (517 km kw. – dane Głównego Urzędu Statystycznego). Gdyby Manhattan był częścią polskiej stolicy, byłby trzecią największą jej dzielnicą po Wawrze i Białołęce, ale przed Ursynowem.

 

Kosmiczne wynagrodzenia

Według amerykańskiego Biura Spisu Powszechnego (Census Bureau), na Manhattanie mieszka 1,66 mln osób. Znacznie więcej osób tam pracuje.
Dane Biura Statystyki Rynku Pracy (Bureau of Labor Statistics – BLS) za pierwszy kwartał opublikowane w drugiej połowie września pokazują, że zatrudnienie w najbardziej znanej nowojorskiej dzielnicy sięga 2,45 mln.
Warto także zauważyć, że pracujący w nowojorskich wysokościowcach, często z widokiem na Central Park, mogą pochwalić się największymi w USA wynagrodzeniami.
Dane BLS pokazują, że ich przeciętna pensja w pierwszym kwartale wynosiła 3,087 dolarów tygodniowo. Daje to ponad 12 tys. USD każdego miesiąca, czyli w przeliczeniu na polską walutę niespełna 45 tys. zł.
Średnia płaca w granicach 12 tys. dolarów dla takiego miejsca jak Manhattan, niezbyt precyzyjnie określa faktyczne zarobki większości zatrudnionych tam osób – ze względu na silne różnice w wysokości płac. Potwierdzają to dane z poszczególnych branż.
Wynagrodzenie miesięcznie pracowników hoteli czy restauracji jest w okolicach 2,7 tys. dolarów. Zatrudnieni w sektorze edukacji otrzymują brutto nieco ponad 4 tys. USD, a w handlu i transporcie wynagrodzenia wahają się blisko poziomu 6 tys. USD przed odliczeniem podatków oraz ubezpieczenie zdrowotnego czy składek emerytalnych.
Jak zaś na stolicę finansów przystało, zdecydowanie najwyższe zarobki są w usługach finansowych. Przeciętne wynagrodzenie zatrudnionych w tej dziedzinie 380 tys. osób to prawie 38 tys. USD każdego miesiąca. To ta grupa przede wszystkim zawyża wynagrodzenia, które oscylują w okolicach 6-10 tys. USD. Pozostałe grupy to usługi dla biznesu, wolne zawody, budowlanka, telekomunikacja i informatyka, sektor publiczny).

 

Warszawa tak jak Birma

Dane Biura Analiz Ekonomicznych USA (Bureau of Economic Analysis) pokazują, że wynagrodzenia w Stanach Zjednoczonych stanowią ok. 43 proc. PKB. To mniej więcej podobny wynik do notowanego np. w Unii Europejskiej.
Ponieważ suma rocznych wypłat zatrudnionych na Manhattanie to prawie 400 mld USD, oznacza to, że PKB centralnej dzielnicy Nowego Jorku może przekraczać nawet 900 mld USD.
Dla porównania PKB dla Polski wynosi niecałe 2 biliony złotych, czyli ok 540 mld USD. Z tego wynika, że suma dóbr i usług wytworzona rocznie przez jedną niewielka dzielnicę Nowego Jorku jest znacznie większa niż PKB całej Polski – ocenia portal Cinkciarz.pl.
Niestety nie jest możliwe znalezienie danych dotyczących PKB poszczególnych warszawskich dzielnic, ale dla całej polskiej stolicy wynosi on 55 mld euro (dane Eurostat za 2015 r.), czyli 63 mld USD. Dla pocieszenia – PKB Warszawy wynosi mniej więcej tyle co Birmy: 66 mld – według Międzynarodowego Funduszu Walutowego.