Co z kulturą w czasie trudnym?

Dzięki „Trybunie” przeczytałem Program wyborczy Lewicy. Dwa razy. Nie mogłem bowiem uwierzyć, że nie znajduję w nim słowa „kultura”.

Podobnie z niedowierzaniem czytałem kiedyś dwa czy trzy programowe wystąpienia Donalda Tuska; słowa kultura też w nich nie znalazłem. Choć raz uległem złudzeniu, przeczytawszy wyraz „instrumenty” ucieszyłem się, że będzie mowa o edukacji muzycznej, o poziomie płac w filharmoniach… Nic z tego, Tuskowi chodziło o instrumenty finansowe mające pobudzać koniunkturę gospodarczą. Też dobrze, choć ja od lat dopominam się o pobudzenie kulturalne Polaków, o edukacyjną inicjację młodzieży. Inna sprawa, że kultura nigdy w poczerwcowej Polsce nie była ważnym elementem w żadnym exposé kolejnych premierów. Analizowałem je kiedyś dokładnie, odnajdując w poszczególnych przemówieniach zaledwie zdanie, co najwyżej dwa, a najczęściej wcale, na interesujący mnie temat. Podobnie było i wcześniej, ale wtedy mniej mówiąc, więcej jednak czyniono. Na początku lat 80. rząd premiera Wojciecha Jaruzelskiego ofiarował kulturze niespotykaną wcześniej (ani nigdy później) stabilną sytuację finansową, wnosząc pod obrady Sejmu ustawę o Funduszu Rozwoju Kultury, gwarantującą najwyższy jak dotąd poziom tej części budżetu, który przeznaczany jest na cele kulturalne. Jednocześnie władza ofiarowała środowisku społeczną instytucję kontroli wydatkowania tych środków – Narodową Radę Kultury (mającą jeszcze poza tym szereg innych ważnych uprawnień). Obie instytucje (Radę i Fundusz) zlikwidował rząd Tadeusza Mazowieckiego, nota bene bez słowa obrony ze strony ówczesnej minister kultury (od 1887 członkini owej Rady). Powtarzano mi wypowiadane ponoć przez nią słowa – nie będę rzucać kłód pod nogi Balcerowicza.
Exposé to jedno, a drugie to programy, od czego zacząłem. Śledzę (często w przeszłości także je współtworząc) programy lewicy od 30 lat. Zawsze był w nich rozdział poświęcony kulturze, wolnościom twórczym, publicznym mediom, edukacji kulturalnej… Był to swoisty wyróżnik lewicowego programu pośród wielu innych. Z jakiegoś powodu tego kulturalnego wyróżnika w tej kampanii zabrakło, ale jak zawsze i z tej sytuacji jest wyjście. Pozwolą Czytelnicy że zgłoszę je pod koniec artykułu.
Mijające cztery lata to dla kultury, dla swobód twórczych, czas zły, trudny, niesprzyjający dobrej kondycji emocjonalnej środowiska. Niemal co chwilę wybuchają różnego rodzaju skandale, ostatnim przykładem manipulacje przy regulaminie Festiwalu w Gdyni, lub te związane z obsadą instytucji artystycznych. Nominacje wręczane są z pominięciem procedury konkursowej lub, jak w przypadku Muzeum Polin, lekceważy się wyniki ogłoszonego przez siebie konkursu. Konia z rzędem temu kto wymieni wszystkie powołane za rządów PiS instytucje narodowe finansowane z budżetu. A w ilu z nich program powiela się lub nachodzi na zakres działania innej, wcześniej powołanej instytucji? (ilustracją Instytut Książki i Instytut Literatury) O sytuacji mediów publicznych nie warto pisać, wystarczy nieopatrznie przez moment włączyć jakikolwiek program telewizyjny. Ponoć w resorcie kultury wciąż za sukces uważa się zakup kolekcji Czartoryskich za 100 milionów euro, zakup zbiorów, które przecież i tak były w dyspozycji Państwa bez prawa ich wywozu z kraju. W tym kontekście trudno mi nie przypomnieć zdarzenia z 2002 roku gdy, będąc wiceministrem kultury, otrzymałem od pani Barbary Piaseckiej-Johnson ofertę zakupu za pół miliona złotych najstarszego iluminowanego inkunabułu śląskiego – Księgi Praw Głubczyc z 1421 roku. Postąpiłem z goła inaczej niż minister Gliński. Odzyskałem tę cenną księgę bez wydania złotówki, jedynie swoją stanowczością, siłą argumentów i perswazji. Można!
Degradacja kultury postępuje. Niczego niestety na swej aktualności nie straciły, cytowane kiedyś przeze mnie, poniższe wypowiedzi, dotyczące okresu działalności ministra Zdrojewskiego i jego następczyni (nie było więc o wiele lepiej). W 2015 Katarzyna Tubylewicz w wywiadzie dla tygodnika Przegląd, zwracała uwagę na akcyjność wielu wydarzeń kulturalnych, pochłaniających spore wydatki, organizowanych ad hoc bez całościowego planu i bez kontynuacji. Jako ilustrację podpowiadam głośną, jednodniową akcję z 2010 roku – Republika Książki, czy tegoroczne obdarowanie dworca PKP w Warszawie imieniem wielkiego Moniuszki. Aktualna jest też wypowiedź Józefa Hena z roku 2013, gdy mówił o marginalizacji spraw kultury w świadomości rządzących, czy Krzysztofa Vargi, też z roku 2013, stwierdzającego z sarkazmem, iż sprawy rozwoju kultury to dla rządzących „szlachetna zbędność”. Zażenowanie i wstyd towarzyszy gdy, zapewne nie bez wiedzy przełożonego, szefowa biura poselskiego szefa kancelarii premiera strofuje władze samorządowe za przyznanie Oldze Tokarczuk tytułu Zasłużonej dla powiatu, w którym ta najbardziej znana i ceniona w świecie pisarka mieszka i organizuje literackie festiwale. (Pani Olgo – gratulacje!)
Konstytucja Rzeczpospolitej precyzuje zadania państwa w obszarze kultury, które z natury Aktu zasadniczego, są one zapisane skrótowo i ogólnie. Warto przywołać najważniejsze stwierdzenia zawarte w artykułach 6 i 73: „Rzeczpospolita Polska stwarza warunki upowszechniania i równego dostępu do dóbr kultury, będącej źródłem tożsamości narodu polskiego, jego trwania i rozwoju […] Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej badań naukowych oraz głoszenia ich wyników, wonność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury”. Tak określone zadania państwa i prawa obywateli skłaniają do zastanowienia się nad możliwością stworzenia katalogu bezwzględnych obowiązków państwa i opisania obszarów, w których ingerencja państwa jest niepożądana. Najbardziej istotnymi (spis ten jest oczywiście niepełny) są następujące zagadnienia:
Obszar obowiązków państwa:
edukacja powszechna, edukacja artystyczna, zapewnienie uczestnictwa w kulturze, zapewnienie informacji o wydarzeniach kulturalnych, ochrona dziedzictwa, utrzymanie instytucji narodowych i samorządowych, warunki funkcjonowania mediów publicznych, ochrona własności kulturalnej.
Obszar wspomagania państwa:
społeczny ruch kulturalny, artystyczny, regionalny, prywatny management artystyczny, eksperyment artystyczny, debiuty, ułatwienia dla prywatnych
mecenasów.
Obszar nieingerencji państwa:
swobody twórcze, komercyjna działalność kulturalna.

Są to sprawy podstawowe. Konstytucyjne. Nie można ich naruszać, można i należy dopominać się o ich realizację podpowiadając szczegółowe rozwiązania. Minister kultury jest jednak tylko jednym, choć głównym adresatem, gdyż sprawy kultury to odpowiedzialność wielu resortów, odpowiedzialność całego rządu.
Wobec niewytłumaczalnej luki w programie Lewicy, wobec pominięcia tak ważnych spraw kultury w szerokiej wizji naprawy Państwa Polskiego przedstawionej w tym programie chcę zwrócić uwagę na kilka spraw istotnych nie tylko dla zachowania, ale dla poprawy kondycji kultury. Jest jeszcze czas by poszerzyć dyskusję kampanijną i zwrócić uwagę wyborców na rozumienie spraw kultury we współczesnym państwie, zgodny z lewicowym sposobem postrzegania roli kultury.
1. Istnieje potrzeba, a nawet konieczność jasno sformułowanej i wyraźnie adresowanej polityki kulturalnej. Winna to być polityka państwa, a nie poszczególnych, zmieniających się w wyborczych cyklach partii politycznych. Zbyt wiele razy programy i plany poprzedników lądowały w koszach, gdy fotel ministra obejmował reprezentant nowej zwycięskiej formacji.
2. Jest konieczność funkcjonowania silnych, publicznych mediów, wspieranych stabilnym finansowaniem. Tylko w takiej sytuacji można od tych mediów wymagać realizowania jasno określonej misji. Misji bez reklam. Misji bez jednostronnej indoktrynacji, bez jednostronnej interpretacji tak historii jak i zjawisk społecznych.
3. Inicjacja kulturalna społeczeństwa odbywać się musi od lat najwcześniejszych, już w wieku przedszkolnym. Musi być procesem ciągłym. Stad potrzeba ścisłego współdziałania resortów edukacji, nauki i kultury. Co najmniej tych resortów.
Wyborcy lubią konkrety. Dlatego proponuję zapewnić, w czasie nauki w szkole średniej, każdemu uczniowi trzy bezpłatne wizyty w teatrze, dwa w dramatycznym, jeden w muzycznym (opera). Wnoszę też o zniesienie biletów do państwowych i samorządowych placówek muzealnych. Dochód z biletów to znikomy element budżetu tych placówek, zapewne ledwo pokrywa koszty bezpośrednie ich uzyskania.
4. Lewica najczęściej i najkonsekwentniej dopomina się o przestrzeganie praw i wolności przynależnych twórcy. Jednak równie ważna jest wolność odbiorcy, wolność konsumenta kultury. On także powinien mieć rzeczywiste prawo wolnego wyboru, prawo „wstępnego kontaktu” ze wszystkimi prądami, nurtami twórczości tak by swobodnie mógł wybrać te, które mu odpowiadają.
5. I wreszcie kwestia dla lewicy niebagatelna, wręcz powinność nam przynależna. Należy dbać o dzieło, o wszelkie przejawy twórczej myśli i działań, trzeba dbać o instytucje, które dzieła te upowszechniają, przybliżają do odbiorcy, włączają w społeczny obieg i odbiór.
Ale w centrum naszej uwagi powinien przede wszystkim pozostawać człowiek, zarówno ten, który sztukę tworzy, jak i ten, który dba o jej zachowanie i recepcję, wreszcie ten, który z tą sztuką ma obcować. A każdy z nich winien otrzymać od swego państwa stosowną edukację, tak by stał się wrażliwym, by potrafił przeżywać, tworzyć i dbać o kulturę.
Takie są, zdaniem moim, zadania w kulturze z lewicowej perspektywy. Tekst mój adresuję do wszystkich Czytelników „Trybuny”, to oczywiste. Ale marząc by przedstawiony tu program, mógł być choćby w części zrealizowany, w parlamencie znaleźć się muszą osoby podobnie postrzegające sprawy kultury, zdolne o nią walczyć. Na liście warszawskiej Lewicy jest tylko jeden kandydat, który jawi mi się zdolnym do solidnej pracy na rzecz poprawienia kondycji kultury polskiej – to Piotr Gadzinowski, znany mi z wielu sejmowych wystąpień i wielu skutecznych. Głęboko wierzę w jego skuteczność, którą pokazał choćby przy kreowaniu bytu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.
Na pewno nie zachowa się nigdy jak pewien poseł proszony przeze mnie w 2015 roku o merytoryczną obronę Państwowego Instytutu Wydawniczego. Obiecał ów parlamentarzysta zabrać głos, argumentować, przekonywać, notował wskazówki i podpowiedzi. Kiedy sięgnąłem po stenogram z posiedzenia komisji przeczytałem, że rzeczywiście jego nazwisko pojawia się wśród dyskutantów. Nie tylko, że zabrał głos, ale nawet przerwał mowę wiceministrowi, wtrącił się w tok jego wypowiedzi. Niestety treść jego słów zszokowała „panie ministrze, proszę głośniej bo nie słyszę”. Takim posłem Piotr Gadzinowski na pewno nie będzie. Warszawiacy – na liście Lewicy jest dobry kandydat, sprawdzony, pracowity i rzetelny. Na pewno wprowadzi pod obrady Sejmu to, czego tak brakuje mi w programie Lewicy – sprawy kultury.

Decyduje wyborca

Walki polityków o miejsce na liście, dla wyborcy są nieistotne. Bo „jedynka”, czy „dwójka to ledwie sugestia dla wyborców.

Ordynacja wyborcza jest jednoznaczna, wybory wygrywa ta osoba z listy, która otrzymała największą liczbę ważnych głosów. Oczywiście wygrywa, ale, o tym czy wchodzi do Sejmu decyduje to, czy dana lista uzyskała w skali kraju poparcie przekraczające próg wyborczy.
Na pierwszych miejscach list komitety wyborcze umieszczają z reguły osoby, o których sądzą, że będą „lokomotywami”. To się sprawdza, ale nie zawsze.
Czasem ‚jedynki”, czy „dwójki” przegrywają z kimś z zupełnie innym numerem. Nader często zdarza się też, że wybierane są osoby z ostatniego miejsca
na listach.
Wielokrotnie z dobrym skutkiem ten zabieg przetestował Piotr Gadzinowski. I dowiódł, że można.
Nie ma się zatem co sugerować miejscem na liście, i jeśli jest na niej ktoś, kogo znamy, lubimy i uważamy, że będzie dobrym posłem, to trzeba na
niego głosować.
Taki głos nie będzie zmarnowany. I jeśli na Podlasiu, ktoś uzna, że powinien postawić „krzyżyk” przy tamtejszej „dwójce”, czyli Piotrze Kusznieruku, to niech nie martwi się, że robi coś przeciwko Lewicy. Nawet pojedyncze głosy oddane na poszczególnych kandydatów i tak się sumują. A potem skutkują tym, że w Sejmie możemy oglądać „naszych”.
Skoro jesteśmy przy temacie wyborczym, to informujemy, że zamieszczony w wydaniu środowym Program Lewicy został sfinansowany przez KW Sojusz Lewicy Demokratycznej. Dla, tych, którzy publikację przegapili pozwolimy sobie wydrukować go jeszcze raz, w wydaniu piątkowym.

Program z rękami i nogami

Z konwencji na konwencję obietnice PiS rosną. Jak, tak dalej pójdzie, to do końca kampanii dowiemy się się, że po zagłosowaniu na partię Kaczyńskiego każda rodzina będzie miała do dyspozycji mercedesa, BMW oraz willę z basenem oraz zasiłek na to wszystko w wysokości wielokrotności średniej krajowej.

Wyborcę raczy się przy tej okazji informacjami o rewelacyjnych parametrach ekonomicznych. Inflacja wg. GUS wynosi 2,9 proc. Dla każdego, kto robi zakupy, brzmi to jak łgarstwo. Chyba, że koszyk, z którego statystycy rządowi tworzą swoje raporty to ceny wyłącznie promocyjne. I to na dodatek tych towarów, którym za chwilę kończy się termin ważności. Przy skoku cen nabiału na przestrzeni roku o 20 proc., najtańszych wędlin o ponad 15 proc. oraz wszystkich innych art spożywczych o nienal jedną czwartą podawana oficjalnie inflacja jest niewiarygodna.
Podobnie interesująco wyglądają wyborcze propozycje Koalicji Obywatelskiej. Szczególnie zaś ta o dotowaniu przedsiębiorców, aby płacąc pracownikowi grosze, mogli windować swój zysk, bo dostaną od tegoż pracownika, z jego podatku 600 zł.
Jak na tym tle prezentują się wyborcze zapowiedzi Lewicy? To można już znaleźć w jej programie.
Choćby to: „Zbudujemy nowy system emerytalny na miarę wyzwań XXI wieku. Zaczniemy od wprowadzenia gwarantowanej emerytury minimalnej. Nikt nie będzie miał emerytury niższej niż 1600 złotych na rękę. Wszystkie wyższe emerytury będą zachowane i waloryzowane. Wysokość emerytury minimalnej będzie rosła wraz z płacą minimalną”.
Albo coś takiego: „Założymy publiczne przedsiębiorstwo, które w latach 2021-2031 zapewni milion mieszkań na terenach należących do Skarbu Państwa. Koszt najmu nie będzie przekraczał 20 zł za m². Państwo nie będzie sprzedawać mieszkań za więcej niż koszty budowy. Mieszkania będzie można kupić na raty z maksymalnym oprocentowaniem 3 proc.”.
W lewicowym programie pada też – nikekosztująca obywaleli nic, a wręcz przeciwnie – i taka obietnica: „Sprawiedliwie opodatkujemy Kościół. Zobowiążemy kościoły do ujawniania przychodów na takich samych zasadach, jakie dotyczą organizacji pozarządowych. Docelowo zlikwidujemy przywileje podatkowe wszystkich kościołów i związków wyznaniowych”. Poszerzona nawet o konkret – „W 2018 roku udział państwa w Funduszu Kościelnym osiągnął rekordowy poziom 156 mln zł. (…)Wykreślimy tę pozycję z budżetu”.
Te i inne , odległe od populizmu, zapowiedzi są w programie formacji lewicowych. A wszystkie je będzie można przeczytać u nas już w środę.