Gdzie byliście?

Niezrozumiałe wydają mi się pytania, mające zawstydzić tych, którzy dziś się o niego upominają: „Gdzie byliście, kiedy pałowali górników?”. Dokładnie tam, gdzie dziś, to znaczy po stronie „nie wolno nikogo bić, a nadużywanie władzy powinno być piętnowane” – czy to chodzi o demonstrantów z Obywateli RP na miesięcznicach, czy obrońców Puszczy Białowieskiej, czy blokujących eksmisje.

 

Nie każda historia staje się viralem, tak jak nie każde zdjęcie staje się symbolem (jak np. fotka „Napalm girl” zrobiona w 1972 roku pod Sajgonem). Z pewnością wiele innych dzieci ucierpiało w wyniku działań Amerykanów, to zdjęcie jednak przemówiło w imieniu ich wszystkich, choć przedstawiało konkretne osoby, które doznały konkretnych krzywd.

Symbolem brutalności policji jest np. Igor Stachowiak. Nie uważam, że jego historia stoi w sprzeczności do innych pobić, nie jest też w żadne sposób „lepsza”, stanowi pewną przerażającą reprezentację szerokiego problemu. Nie podoba mi się próba zdyskredytowania opowieści o Winiarskim z pozycji, że „protestujący hipsterek z Warszawki sam się prosił”. Jego obrażenia były realne, tak jak nadużywanie przez policjantów środków przymusu. Nie ma tu najmniejszego znaczenia, czy dostrzegamy jałowość działań opozycji (ja, owszem – dostrzegam. Naklejki na lusterka samochodowe, wysyłanie pocztówek do prof. Gersdorf czy wielka dywersja w postaci wjazdu do Sejmu w bagażniku to oczywiście przeciwskuteczna desperacja). Ale czy w takim razie mamy drzeć szaty, że to o Winiarskim rozpisują się dziś media?

Żaden, ale to żaden lewicowiec nie powinien sprawiać wrażenia, że cieszy się z opresji wymierzonej poza naszą grupę. Że w ogóle cieszy się z opresji władzy. Należy podchwycić temat i przypominać, że takich przypadków było więcej, dużo więcej.

Wyższościowe wytrząsanie się nad czytelnikami „Gazety Wyborczej”, którym znów trzeba tłumaczyć świat, bo nie wiedzą, że nas bili w 1998 jak żeśmy z Ikonem blokowali tu i tam – jest w tym momencie niepotrzebnym antagonizowaniem się z resztą społeczeństwa. Niezwykle szkodliwe jest też samo w sobie założenie, że pod Sejm nie przyszli prawdziwi ludzie pracy, nie kierował nimi autentyczny zryw. Przyszła jedynie spragniona wrażeń klasa średnia i znudzeni wakacjami studenci, a „prawdziwy lud” nie ma czasu zajmować się takimi pierdołami, bo jest przecież „ludem” z definicji swojej niezdolnym wyjść na ulice z innego powodu niż z żądaniem podwyżek i cieplejszej wody. Właśnie dlatego samozwańczy obrońcy ludu rozmijają się z nim od dawna. Bo zapominają, że lud ma też amibicje. Zapominają o tym działacze, zapominają o tym dziennikarze przyjeżdżający na prowincję, by napisać reportaż. Później w paternalistyczny sposób przedstawiają swoich rozmówców jako osoby skrajnie prymitywne, bo nie są w stanie wyjść poza swoje o nich fantazje.

A co, jeżeli „lud” jednak widzi coś poza 500 plus? Czy już wtedy przeskakuje do szufladki z pogardliwym napisem „kodziarze”?

Przepraszam, czy tu biją?

Bicie bezbronnych manifestantów objawia zwykle charakter państwa, a reakcja na to – charakter obywateli. U nas pobicie przez policję człowieka manifestującego swój sprzeciw pod Sejmem nie ma na razie żadnego dalszego ciągu politycznego, ani nawet specjalnie medialnego. Policja w wielu krajach kojarzy się zresztą z biciem, a polskie filmowe pytanie pozostaje ciągle uzasadnione, wziąwszy pod uwagę różne ciemne sprawy, które ujrzały światło dzienne. Może to kwestia przyzwyczajenia.
Tak się składa, że aferę z biciem manifestantów, przeżywa właśnie Francja. Zaczęło się od rewelacji Le Monde: filmu, na którym widać jak zastępca szefa gabinetu prezydenta Emmanuela Macrona, wcześniej nieznany publiczności Alexandre Benalla – lat 26, bije i kopie leżącego na ziemi „lewaka”, jak brutalnie pomiata „lewaczką” podczas manifestacji 1 maja. Z początku wydawało się, że Benalla, wraz kilkoma innymi osobami, związanymi z policją i partią Marcona, lubił po prostu w przebraniu policjanta „lać komuchów”, jak to robią czasem skrajnie prawicowe ugrupowania. Tymczasem dziś wygląda na to, że jest jeszcze grubsza sprawa: Macron postanowił mieć do dyspozycji własną, polityczną policję „równoległą”.
Benalla to mniej więcej odpowiednik polskiej historii Misiewicza, tyle, że sprawy zaszły dużo dalej. Młody, wysoki, misiowaty mężczyzna zrobił u boku Macrona tak niebywałą karierę, że jedyne precedensy, jakie można znaleźć, sytuują się w przedwiecznych czasach monarchii. Okazuje się, że Macron rozważał w zeszłym roku mianowanie go nawet na prefekta, jednak prefekt musi mieć co najmniej 35 lat, a miś miał tylko 25. Zaczynał jako 24-latek przy Macronie, jako kierowca i ochroniarz w czasie jego kampanii prezydenckiej. A jeszcze trzy dni temu należał do najściślejszego kręgu najwyższej władzy we Francji. Z kaprala rezerwy awansował od razu na pułkownika, stał się najbliższym faworytem prezydenta, obsypywanym niebywałymi łaskami.
Po 1-maja kancelaria prezydenta Macrona doskonale wiedziała, że Benalla to przestępca, ale nie powiadomiła prokuratury, tylko go na wszelki wypadek zawiesiła na dwa tygodnie, by mu w końcu zaoferować luksusowe mieszkanie i dalsze profity. Choć, podobnie jak w Polsce, francuski internet tłumaczy wyjątkową pozycję młodzieńca „historią miłości”, dostępne dziś elementy sprawy wskazują, że Benalla był wykonawcą politycznych zadań specjalnych. Przywódca francuskiej lewicy Jean-Luc Mélenchon rozpoznał jednego z jego ludzi jako wspólnika LDJ (Betar) – skrajnie prawicowej bojówki syjonistycznej terroryzującej lewicowców. LDJ, przy pomocy „policji” Benalli w marcu tego roku wyrzuciła delegację lewicowych parlamentarzystów z manifestacji przeciw antysemityzmowi…
Dziś Benalla siedzi w areszcie, a Macron uparcie milczy. Sprawę, oprócz prokuratury, ma wyjaśniać komisja parlamentarna, pewnie poleci minister spraw wewnętrznych. Niektórzy jednak przyrównują tę aferę do rozmiaru „Watergate” i domagają się dymisji samego Macrona. Mają do niego dużo więcej pytań, niż to nasze filmowe, i tym razem bicie manifestantów nie będzie mogło służyć za odpowiedź. W końcu dopiero wtedy można mówić o demokracji.

Śmieszne żarciki z narodzin dyktatury

Mężczyźni w mundurach pobili Dawida Winiarskiego. Wykręcili mu ręce, podduszali, rzucali na ściany i po podłodze.

 

Tak żeby go bolało. Tak żeby bał się o życie. Ich było kilku, on był jeden. Bawiła ich bezdyskusyjna przewaga i bezradność ofiary. Kiedy uznali, że sadystyczny seans dobiegł końca, Dawid musiał został przewieziony do szpitala. Zdjęcie młodego chłopaka leżącego w kołnierzu ortopedycznym stało się symbolem brutalnych i całkowicie nieuzasadnionych represji stosowanych przez aparat państwowy wobec uczestników protestów przeciwko likwidacji polskiej demokracji. Trudno ich nazywać „policjantami”. To są zwykłe bandziory, a do tego zdrajcy. Typy w mundurach zdradzili podwójnie – społeczeństwo, któremu przysięgali służyć oraz konstytucje, której przyrzekali bronić. Wczoraj bili ludzi, którzy występowali w imię tej konstytucji. Bo taki dostali rozkaz – bić mocno. Pobity Dawid, dwa dni wcześniej poszarpana, zakuta w kajdany Klementyna Suchanow. Dziesiątki innych – poturbowanych, z siniakami, guzami i obtarciami. PiS stosuje oręż intensyfikacji lęku. Władza celowo (nad)używa przemocy, tak aby zasiać strach w umysłach tych, którzy mogliby przyjść protestować kolejnego dnia. Wykręcanie ramion, zakładanie dźwigni, zadawanie bólu – to wszystko miało zostać zarejestrowane i opisane.
Jeszcze rok temu protesty w obronie niezależności sądownictwa ściągnęły na ulice setki tysięcy obywateli. Oburzonych i zdeterminowanych. Dotarło do nich, że PiS posunął się za daleko, a celem reformy wymiaru sprawiedliwości jest podporządkowanie go władzy politycznej. Pewnie większość z tych protestujących nie miała dobrych doświadczeń z sądami. Bo te w III RP faktycznie żałośnie rzadko stawały po stronie zwykłych ludzi. Ale zastąpienie dysfunkcyjnego systemu takim, w którym za wszystkie sznurki pociąga Ziobro było wizją wystarczająco sugestywną i przerażającą. Dlaczego więc obecnie, kiedy PiS dopina swego – przejmują kontrolę nad sądami, pod Sejmem protestuje jedynie garstka dzielnych ludzi? Odpowiedź jest prosta – obywatele są zmęczeni. Kaczyński ich wyczekał. Protestowali wiele miesięcy, a jedyna świadomość jaka się w tym czasie wykluła, to świadomość tego, że PiS i tak zrobi co będzie chciał. Bezradność, poczucie braku sensu i celu uczestnictwa w ulicznych wystąpieniach. Apatia i rezygnacja aktywnej i świadomej części społeczeństwa – to największy sukces Prawa i Sprawiedliwości.
Partia Kaczyńskiego wkracza w decydującą fazę budowania w Polsce dyktatury w stylu tureckim. Sądy ma już w kieszeni, w tym Sąd Najwyższy, który przyklepuje wynik wyborów. Trybunał Konstytucyjny padł już ponad dwa lata temu. Prokuratura, media publiczne, korzystna ordynacja – wszystko załatwione na cacy. Wkrótce przekonamy się, że w tym kraju nie ma już miejsca na wolne związki zawodowe i protesty pracownicze. Zresztą – sprawa brutalnych represji wobec przewodniczącej związku stewardess i pilotów w LOT już nam to unaoczniła. Lewica przepadnie w wyborach do europarlamentu, bo zmiana zasad przeliczania głosów na mandaty podwyższyła próg wyborczy do ok 15 proc., a więc granicy o przekroczeniu której możemy sobie pomarzyć. Nieciekawy i przygnębiający to pejzaż.
Są jednak tacy, co bawią się świetnie. Łukasz Moll drze łacha z Klementyny Suchanow, tej, którą przedwczoraj po raz piąty za czasów „dobrej zmiany” skończyła skuta kajdankami i poturbowana. Moll nazywa uczestniczkę protestów „jaśnie panią artystką” i zarzuca jej brak aktywności, kiedy neoliberałowie gnoili lud pracujący. „Zachowuje się jak mieszczka, która w 2018 roku, dowiedziała się, że „odbierają nam wolność”. Gdzie była gdy pałowano górników? Ignorowano pielęgniarki? Szykanowano nauczycieli? Terroryzowano rolników w gminach łupkowych? Pacyfikowano KDT? Zamykano huty i stocznie? Nie wpuszczano związkowców do Sejmu? Oszukiwano emerytów ws. OFE pod palmami? Prywatyzowano mieszkania zakładowe?” – stwierdza Moll. Wtóruje mu niejaki Remigiusz Okraska. „W kraju biedy z nędzą, problemów z pracą, śmieciówek, milionowej emigracji zarobkowej, trzydziestoletnich kredytów na byle klitkę, zapaści całych mieścin i regionów w Polsce B, pani artystka bohatersko broni „demokracji” i sądzi, że jest taka arcyodważna” – pisze naczelny Nowego Obywatela. W dalszej części tych żenujących podrygów wychodzi na jaw, że obaj stratedzy walki klasowej nie mają zielonego pojecia kim jest osoba, która stanowi dla nich ucieleśnienie odrealnionej warszawski. Nie wiedzą, że w 2012 roku jako redaktorka „Przekroju”, którego naczelnym był Roman Kurkiewicz, mieszała z błotem wszystkie dogmaty neolibu i występowała w obronie pokrzywdzonych przez kapitalizm. W tym samym okresie Okraska kończył swój flircik z naziolami, a Moll pisywał dla „Zielonych Wiadomości”. Moll z Okraską nie widzą powodu by protestować. Przerzucają się żarcikami o styropianie i dyktaturze. Lud siedzi w domach, więc oni razem z nim gnuśnieją i głupieją solidarnie. A Kaczyński realizuje swoje marzenie o polskim autorytaryzmie.

Noch ist Polen

Gdy słuchałem fragmentów wystąpienia Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf w Trybunale Konstytucyjnym w Karlsruhe, doznałem dojmującego uczucia wstydu jako polski obywatel, choć przyznam że nie jestem specjalnie wrażliwy na podobne klimaty.

 

Oto bowiem 73 lata po upadku Adolfa Hitlera okazuje się, że Niemcy Zachodnie potrafiły zachować demokrację mimo okresowych, poważnych zagrożeń, podczas gdy Polska, niegdysiejsze ucieleśnienie wolności i demokracji („Za Wolność naszą i waszą”) pogrąża się w bagnie kleronacjonalistycznego totalizmu.
Niestety, podczas pobytu w Karlsruhe prezes Gersdorf zrobiła podobny błąd co jej koleżanka po fachu, Irena Kamińska która publicznie użyła określenia „nadzwyczajna kasta” w stosunku do sędziów, dając tym samym paliwo pisowskiej propagandzie, która eksploatuje ten zwrot w walce z niezawisłością wymiaru sprawiedliwości. Drugi błąd prezes Gersdorf, to deklaracja, w której zamiast na Konstytucji, opiera fakt swojego prezesostwa SN na swoim osobistym mniemaniu. Obie dowiodły niestety, że należą do tego szerokiego kręgu osób z życia publicznego, które nie rozumieją, zapominają lub lekceważą mechanizm współczesnej propagandy, która każde słowo, każdy zwrot i każdą opinię wypowiedzianą n.p. żartem potrafi w mig przerobić w deklarację najbardziej serio i odwrotnie.

 

Noch ist Polen…

Małgorzata Gersdorf stwierdziła, przypuszczalnie w intencji z lekka drwiącej, że zostanie „prezesem Sądu Najwyższego na uchodźstwie”, uruchamiając tym samym mechanizm wykorzystywania tego określenia przeciwko niej. Gdyby pisowscy propagandyści i ich trolle mieli odrobinę poczucia humoru i nieco finezji, a nie jedynie zdolność do najbardziej topornego szyderstwa mogliby to wykorzystać w setkach memów pod ogólnym hasłem „Noch ist Polen nich verloren” („Jeszcze Polska nie zginęła”) z wykorzystaniem płodnego tworzywa jakim przez dziesięciolecia byli Niemcy jako obiekt humoru, z ich ciężkim poczuciem humoru na czele. Uruchomiła natomiast pisowską propagandę, cały aparat niechęci, resentymentów, stereotypów i nieufności do Niemców, posiłkując się historycznymi doświadczeniami, które choć bardzo już zaprzeszłe i nieaktualne ożywią się w ich wydaniu i zostaną odświeżone pod ogólnie brzmiącymi hasłami: „Niemcy nas biją”, a „kto z Niemcem, ten zdrajca”. Wystarczy tylko uruchomić cały zasób polsko-niemieckich motywów, począwszy od wątku Wandy co (nie)chciała Niemca i zasób tematyczny gotowy. Motyw „Sądu Najwyższego na uchodźstwie” i to w Niemczech, gdy w dramatycznej historii Polacy uchodzili przed władzą Niemców, n.p. do Paryża, jest właśnie przykładem przerobienia żartu na deklarację serio

 

Edgar Morin albo myśleć po francusku

Podobny mechanizm rządzi tym, co zrobiono z głośnym już tweetem Rafała Trzaskowskiego. W odróżnieniu od „niemieckości”, która ma w Polsce starą historycznie konotację negatywną, „francuskość” miała przez stulecia niezłą prasę. Co prawda znany zwrot z mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” („Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi/ A co Francuz wymyśli, to Polak polubi”) był ironicznym refleksem motywu sarmackiej, swojskiej niechęci do francuskiej cudzoziemszczyzny, która znalazła odbicie w literaturze. W „Powrocie posła” Jana Ursyna Niemcewicza czy w „Listopadzie” Henryka Rzewuskiego przybywający z Paryża kuzyni czy dawni swojacy są traktowani jako obcy, nasyceni trującymi niemal tamtejszymi miazmatami niedowiarstwa, doktrynerstwa, farmazoństwa i tym podobnych grzechów, ale faktem jest, że od schyłku XVIII wieku, przez cały wiek XIX i sporą część wieku XX, Francja tworzyła dla Polski pozytywnie odniesienie jako kraj wolności i schronienia dla uciekinierów oraz emigrantów. Jeszcze w PRL, do okresu gierkowskiego włącznie, kultura francuska, jako jedyna kultura z kręgu krajów kapitalistycznych, była powszechnie obecna w radiu, telewizji, prasie, edytorstwie i na ekranach kin jako jedyna, w zasadzie, równouprawniona z kulturą polską. Za rządów PiS jest dokładnie odwrotnie. Odrobinę, jak się wydaje, minoderyjny i brzmiący w sposób cokolwiek egzaltowany wpis Rafała Trzaskowskiego, którego treść osnuta jest wokół jego niegdysiejszego zetknięcia się z wybitnym francuskim filozofem, obecnie 97-letnim Edgarem Morin, postacią dziś już raczej „mitologiczną”, niż należącą do francuskiej aktualności, zwalił na głowę kandydata na prezydenta Warszawy istną lawinę hejtu i szyderstwa. W internecie krążą scenki, w których parodiowany jest on jako profrancuski, nieznośny snob z kieliszkiem francuskiego wina w dłoni deklarujący z wibrującym, francuskim „r” w wymowie, że „warrrrto czytać Edgarrr Morrin” (mohę). PiS wykorzystał gen starej ludowej niechęć do elitaryzmu i „wykwintności”, „ciarachów”, tak dowcipnie ujętą choćby przez Wyspiańskiego w „Weselu”. Podczas zeszłotygodniowej sejmowej debaty wokół Sądu najwyższego, jeden z mniej znanych posłów PiS atakował z trybuny Trzaskowskiego za to, że „myśli po francusku zamiast po polsku”. Tym sposobem do fobii antyrosyjskiej i antyniemieckiej PiS dodaje na nowo spreparowaną fobię antyfrancuską.

 

Chora równowaga

Wszystko to byłoby dość zajmujące, a nawet zabawne i moglibyśmy tak godzinami snuć rozmaite – przepraszam za francuskie pochodzenie słowa słowo – asocjacje kulturowe (też przepraszam za słowo), podśmiewając się z ludowej swojskości pisowców, dla których „myślenie po francusku” to nowa, orwellowska („1984”) „myślozbrodnia” i dywagując z francuskim „r” choćby i o poglądach Edgara Morin oraz snując żarty i żarciki, gdyby nie …. gdyby nie to, co stało się w zeszłym tygodniu w Sejmie i pod Sejmem. Kagańcowa ustawa o Sądzie Najwyższym rzeczywiście zmienia ustrój RP i już de iure (przepraszam za nie swojskie, a łacińskie tym razem określenie) radykalnie ogranicza trójpodział władzy (chciałem się powołać na Charlesa de Montesquieu czyli Monteskiusza, ale z przeczulenia wywołanego losem Trzaskowskiego zawahałem się, choć i pisowcy powołują się na tę postać), ujmując rzecz najdelikatniej jak tylko można. Najbardziej radykalni przeciwnicy PiS już od dłuższego czasu używają co prawda określeń „dyktatura” czy „demokratura”, ale nie lekceważąc bynajmniej powagi sytuacji, wypada odnieść się do tych określeń z rezerwą, przynajmniej w wyobrażalnej perspektywie. O pełnokrwistej dyktaturze można bowiem mówić tak naprawdę wtedy, gdy miażdżąca większość danego społeczeństwa popiera, względnie podporządkowuje się dyktatorowi czy grupie dyktatorskiej, czynnie przy tym wypełniając jego wolę, a opozycja czy opór występują w postaci niszowej lub nawet śladowej.Taka sytuacja była w hitlerowskich Niemczech, stalinowskim, czy nawet jeszcze breżniewowskim ZSRR. Toutes proportions gardées (przepraszam stokrotnie!), ale atrybuty podobnej sytuacji występują obecnie choćby na Węgrzech Orbana. W Polsce, przynajmniej w wyobrażalnej perspektywie będziemy mieć do czynienia z klinczem dwóch sił z grubsza biorąc o symetrycznych (choć skądinąd czerpanych siłach). Trwać one będą w zwarciu, które żadnej ze stron nie pozwoli na uzyskanie zdecydowanej, trwale zdeterminowanej przewagi. Trwać więc będzie coś w rodzaju „check and balance”, ale w odmianie chorej, dewastującej, bo kraj unieruchomiony w podobnym klinczu i zużywający siły na wojnę domową nie będzie szedł do przodu, nie będzie się należycie rozwijał.

 

Skręcony kark

Pod Sejmem doszło jednak w piątek do zdarzenia, które sygnalizuje niebezpieczeństwo, że utrzymanie tej nawet chorej „check and balance” może być kosztowne i bolesne. Młody demonstrant Dawid Winiarski został poturbowany przez policję tak, że leży w szpitalu w kołnierzu ortopedycznym, z nadwerężonym karkiem, przy czym jego uraz nie powstał w wyniku spontanicznej utarczki ze „stróżami prawa”, lecz został z nich z premedytacją wyłuskany z tłumu i potraktowany szczególnie brutalnie. Po internecie krąży też filmik z którego można usłyszeć, jak policjanci wzajemnie zachęcają się do ostrego potraktowania młodego człowieka. Sytuacja emocjonalna, nie tylko podczas demonstracji pod Sejmem jest taka, że casus Dawida Winiarskiego bardzo łatwo może się przekształcić w casus typu Grzegorza Przemyka czy Igora Stachowiaka. Nie trzeba mieć wybujałej wyobraźni, co by się wtedy stało… A gdy policjantom trafi się nie daj Boże kobieta… Nie każdy z nich zachowa się tak, jak ten, który na wiadomość, że Klementyna Suchanow, jedna ze znanych demonstrantek pisze książki, odniósł się do niej z nutką życzliwego uznania…

 

Szczypta Morina

A na koniec, by nie puentować zbyt ponuro, bo ponuro i tak już jest… Nie pójdę w ślady Lecha Wałęsy i nie będę twierdził, że wychowałem się na lekturach Morina, jak on na lekturze paryskiej „Kultury” (znów ten utrapiony Paryż). Jednak jako miłośnik filmu i piśmiennictwa na ten temat, niejednokrotnie stykałem się z cytatami z jego klasycznego już dziś eseju „Kino i wyobraźnia” (1958), które przytaczali w swoich tekstach krytycy Konrad Eberhardt, Aleksander Jackiewicz, Krzysztof Mętrak czy Jerzy Płażewski, co lubił wykpiwać wróg „filmologii seminaryjnej” Zygmunt Kałużyński. Dlatego gdy sobie przypomniałem młodzieńcze lektury, postanowiłem odświeżyć swoją zakurzoną pamięć dawnych lektur i na koniec przytaczam z wikipedii lakoniczny biogram francuskiego myśliciela: Edgar Morin, właśc. Edgar Nahoum (ur. 8 lipca 1921 w Paryżu) – francuski filozof, socjolog i politolog, pochodzenia żydowskiego. Jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych współczesnych myślicieli francuskich, teoretyk „złożoności”, badacz kultury popularnej. Doktor honoris causa Akademii Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie (2008). Autor m.in. prac „Kino i wyobraźnia (1958), „Duch czasu” (1965), „Zagubiony paradygmat – natura ludzka 1977”, „Myśleć: Europa” (1988), „O naturze Związku Radzieckiego” ( 1990), „Ziemia-ojczyzna” (1998), „Świat nowożytny a kwestia żydowska” ( 2010).