Dlaczego w Pruchniku kijami w Żyda walą?

Dwa tysiące z hakiem lat temu został ukrzyżowany Jezus z Nazaretu. W Polsce przyzwyczailiśmy się, że katolicki Wielki Piątek, dzień wspomnienia tego wydarzenia, obchodzony jest ze stosowną powagą. Przypominacie sobie jakąś polityczną awanturę w ten dzień? Ja nie. Ale w tym roku w podkarpackim Pruchniku miało jednak miejsce wydarzenie, które na długo zapisze się w naszej pamięci i do którego będziemy pewnie wracać nie raz jeden.

Otóż, jak już pewnie wiecie, tamtejsza ludność urządziła uliczny spektakl dręczenia kukły Judasza Iskarioty. Manekin był kopany, okładany kijami, następnie zdekapitowany i wrzucony do rzeki przez dzieci, zachwycone przyzwoleniem dorosłych na grandzenie w biały dzień. Rodzice zaopatrzyli swoje pociechy w rózgi, po czym z telefonami w dłoniach obserwowali, jak mali linczownicy dokazują. Co ciekawe, kreacja Judasza w wydaniu pruchnickiego artysty nieznanego nie przypominała jakoś apostoła z epoki Chrystusa, a pejsy, czapka, garb i wydatny nos wskazywały bardziej na inspiracje plakatem z okresu międzywojnia bądź filmami Veita Harlana.

Oczywistym jest, że katolikom z Podkarpacia nie chodziło o hejt na Judasza Iskariotę.

Dlaczego w takim razie lud postanowił powrócić do wygaszonego dekady temu brzydkiego rytuału?
Liberalny publicysta Jan Hartman z właściwą sobie głębią i błyskiem twierdzi, że lud urządza antysemickie igrzyska, bo jest po prostu głupi, w przeciwieństwie do inteligencji, która spaceruje po stolicy z żonkilami w klapach. Lud jest głupszy nawet od Ukraińców, którzy, ku zadowoleniu psora Hartmana grillowali w rzymskokatolicki Wielki Piątek na Polu Mokotowskim. „Tam hołota, jak to hołota, okłada kijami słomianego Żyda, obcina mu głowę, pali, topi w rzece” – oburza się były polityk Ruchu Palikota, nazywając również mieszkańców Pruchnika „prostakami” z „wyobraźnią postchłopa”.
Chciałbym powiedzieć profesorowi etyki Hartmanowi, że wyobrażam sobie ten mechanizm przyczynowo-skutkowy jako nieco bardziej złożony. Cofnijmy się do czerwca ubiegłego roku. Departament Stanu USA wyraził właśnie sprzeciw wobec uchwalonej przez polski rząd ustawy o IPN. Zdaniem strony amerykańskiej zadekretowanie, że Polacy jak amen w pacierzu nie przyłożyli się do zagłady Żydów zagraża wolności badań nad Holocaustem. Wasalny wobec Waszyngtonu gabinet Morawieckiego podkula ogon i w trybie ekspresowym wprowadza zmiany w ustawie. Wuj Sam kiwa głową z uznaniem. „Nowelizacja ustawy potwierdza przywiązanie Polski do swobody dyskusji i wolności słowa” – zapewnia rzeczniczka Departamentu Stanu Heather Nauert. PiS został więc spacyfikowany, jednak z łańcucha zerwał się jego pies – nacjonaliści. Poseł Robert Winnicki wraz z antysemickim publicystą Michalkiewiczem zaczęli głosić, że Morawiecki z Kaczyńskim to żadni patrioci, a jedynie marionetki „USraela” i wykonawcy woli ambasador Mosbacher. Wtedy właśnie Radio Maryja dało skrajnej prawicy platformę do propagowania sprzeciwu wobec ustawy 447, uchwalonej w USA w kwietniu 2018. Zdaniem Michalkiewicza i spółki akt ten uprawnia Departament Stanu do wspomagania organizacji międzynarodowych, które zrzeszają ofiary Holocaustu. Chodzi o pomoc w odzyskiwaniu żydowskich majątków, do których nie ma spadkobierców.
Współcześni mieszkańcy Pruchnika „siedzą” w zdecydowanej większości na mieniu pożydowskim. Z prostego powodu – w ich mieście przed drugą wojną światową Żydzi byli gospodarczymi potentatami. Jak podaje portal Sztetl, „Na przełomie XIX i XX w. w Pruchniku było 68 sklepów, z tego 55 żydowskich i 13 polskich. Sklepy żydowskie były: sklepy bławatne (6), sklepy mięsne (5), piekarnie (3), sklepy żelazne (3), apteka (1), a przede wszystkim sklepy spożywcze i mieszane (30). Funkcjonowało też 7 restauracji”. A potem przyszli hitlerowcy, Żydzi trafili do obozów zagłady, a po wojnie ich majątki przejęli Polacy.

Renesans antyżydowskiego języka,

tolerowany, a nawet animowany przez rząd PiS , którego najwyższym oficjelom zdarzyło się w ostatnim czasie zasugerować, że Żydzi są sami sobie winni, tego rządu, który forował antysemitów jako komentatorów politycznych w telewizji publicznej, tego który rozpostarł parasol ochronny nad antysemickimi bandziorami, którzy za palenie kukły Żyda na rynku dużego miasta mogli liczyć na śmiesznie łagodne wyroki, sprawił, że mieszkańcy Pruchnika, a także innych galicyjskich mieścin, co zyskali w 1945 roku domy i zakłady rzemieślnicze obecnie ze strachu srają pod siebie. Naprawdę obawiają się, że przyjdą Żydzi z papierami od Amerykanów i pozbawią ich całego majątku.
Jak opisał „Kurier Jarosławski”, podczas wielkopiątkowej inscenizacji ulicznej w Pruchniku podczas wymierzania ciosów pejsatemu manekinowi krzyczano „Bo jeszcze odszkodowań od nas chcecie”. To właśnie może stanowić główną przyczynę restauracji spleśniałego obyczaju w podkarpackim mieście, a nie głupota i nieokrzesanie pospólstwa, jak to widzi profesor Hartman.

Ponadto, lęk przed Żydem,

który przyjdzie po swój majątek wchodzi w synergię z poetyką propagandową obecnej władzy. PiS nieustannie szafuje pojęciem zdrajcy. Figura ta jest niezbędna w politycznym działaniu, którego inicjatorzy chcą uchodzić za nieskazitelnych wykonawców woli wspólnoty narodowej. Antagonizm „my-oni” przyjmuję formę walki, w ramach której dana grupa musi być gotowa na zastosowanie siły, bo w przeciwnym wypadku zostanie stłamszona i pokonana przez inną – w wyobrażeniu równie wrogo nastawioną. Zdrajcy są niezbędni, aby zagrożenie z ich strony utrzymywało wspólnotę w stanie odpowiedniego wrzenia emocjonalnego, które zapewnia podmiotowi sterującemu – politykom, hierarchom kościelnym, właścicielom mediów możliwość skierowania gniewu mas na konkretnego wroga w odpowiednim momencie.

Zanim dojdzie do realnego aktu

bądź masowych wystąpień o charakterze pogromowym, lud trzeba z zadawaniem przemocy oswoić. Podpalanie kukły Żyda na rynku dużego miasta czy festynowe dręczenie pejsatej makiety na podkarpackiej prowincji jest psychologicznym treningiem, przełamaniem pierwszych lodów w nabywaniu łatwości zadawania krzywdy. Sprawcy czystek etnicznych, religijnych czy politycznych nie mogą poddawać swoich czynów dogłębnej etycznej analizie. Powinni działać instynktownie i impulsywnie – na hasło, zawołanie czy rozkaz.
Szkoda mi cholernie tych dzieci. „Zabawa”, którą im zafundowano, przyczyni się do normalizacji w ich umysłach kultury agresji i przemocy jako środków komunikacji i wyrażania emocji.

Współcześni mieszkańcy Pruchnika „siedzą” w zdecydowanej większości na mieniu pożydowskim. Z prostego powodu – w ich mieście przed drugą wojną światową Żydzi byli gospodarczymi potentatami

Głos prawicy

Odwal się pan, panie ministrze!

Dziennikarz TVP Adrian Klarenbach zaliczył megawpadkę. Pisze o niej „Do Rezczy”:
W Wielki Piątek w Pruchniku na Podkarpaciu odbył się „sąd nad Judaszem”. Kukłę z pejsami, jarmułką i długim nosem włóczono po ulicach, bito kijami, a na końcu obcięto głowę, spalono i wrzucono do rzeki. W wydarzeniu uczestniczyły dzieci.
Rytuał potępił Światowy Kongres Żydów, nazywając go „antysemicką manifestacją”, a Episkopat Polski wydał oświadczenie, w którym wyraził „dezaprobatę wobec praktyk godzących w godność człowieka”.
Głos w sprawie wydarzeń w Pruchniku zabrał minister spraw wewnętrznych i administracji Joachim Brudziński. „Ważne oświadczenie Episkopatu. Pytanie, jacy ‚szatan’ byli w Pruchniku czynni, że po latach przerwy i wezwań miejscowego proboszcza, ktoś reaktywował idiotyczną, pseudoreligijna hucpę? Koszta wizerunkowe dla Kościoła, Polski i Polaków olbrzymie” – ocenił szef MSWiA.
Ministrowi w zaskakującym stylu odpowiedział dziennikarz TVP Info, Adrian Klarenbach. „Nie znam tradycji zachodniopomorskiej, ale Panie Brudziński odwal się Pan od podkarpackiej. Judasz był żydem, chyba że chcesz Pan zmieniać historię. Strażacy nie mają wątpliwości, a u Pana takowe skąd?” – napisał.
Potem dziennikarz przeprosił ministra. „Ja szczerze,tak od serca. Tradycja dla mnie rzecz święta. Ale widzę,że politykę ktoś mi idzie uprawiać. A na to się nie godzę, Panie Brudziński przepraszam za ‚zwrot….się Pan’, bo widzę, że mi tu tałatajstwo biznes polityczny idzie robić” – oświadczył Klarenbach na Twitterze.

Dobry sondaż

Ale prawica ma też powód do radości:
Pozytywnie o prezydenturze Andrzeja Dudy wypowiada się 60 proc. badanych, przeciwnego zdania jest 30 proc.; pozytywnie pracę Sejmu ocenia 29 proc., negatywnie 53 proc.; o pracy Senatu dobre zdanie ma 30 proc., a złe 42 proc. – wynika z sondażu CBOS.
W porównaniu do marca odsetek pozytywnych opinii na temat prezydentury Andrzeja Dudy nie zmienił się znacząco. O 1 punkt procentowy spadł odsetek respondentów pozytywnie oceniających działalność prezydenta. Odsetek niezadowolonych z tego, jak Andrzej Duda pełni obowiązki głowy państw nie zmienił się w ciągu ostatniego miesiąca. Wyrobionej opinii na ten temat nie ma 10 proc. (wzrost o 1 punkt procentowy).
W kwietniu działalność Sejmu pozytywnie oceniało 29 proc. badanych. Od marca odsetek badanych pozytywnie oceniających pracę posłów spadł o 3 punkty procentowe. Negatywnie o działalności Sejmu wypowiadało się w kwietniu 53 proc. (wzrost o 2 punkty). Zdania na ten temat nie miało 18 proc. (wzrost o 1 punkt procentowy).
Pracę senatorów chwaliło w kwietniu 30 proc. respondentów. Od marca odsetek zadowolonych z pracy senatorów spadł o 3 punkty. Niezadowolonych z działalności drugiej izby parlamentu było w kwietniu 42 proc. (spadek o 1 punkt procentowy). Wyrobionej opinii na temat pracy senatorów nie miało 28 proc. (wzrost o 4 punkty procentowe).
CBOS przeprowadził sondaż w dniach 4–11 kwietnia 2019 roku na liczącej 1125 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski.
Źródło: wpolityce.pl

Żadnego euro!

– Wysłałem liderom partii projekt deklaracji, by zadeklarowali oni, że po wyborach nie dojdzie do przyjęcia euro. To ponadpartyjna deklaracja, która odnosi się do interesów finansowych naszych obywateli – powiedział Prezes Jarosław Kaczyński w swoim oświadczeniu.
Źródło:pis.org.pl