Społeczna własność środków produkcji

Uważam, że są trzy działalności, które powinny być zarządzane przez obywateli z pominięciem rządu. Należy do nich zarządzanie: majątkiem narodowym, NFZ-tem i ZUS-em dlatego, że rząd patrzy często na te obszary przez pryzmat polityki i krótko okresowo, a społeczeństwo co najmniej w okresie pokolenia. Dziś chcę opisać moje spojrzenie na zarządzanie majątkiem narodowym.

Prywatyzacja w latach 90-tych była prowadzona, zdaniem wielu osób w sposób niezgodny z interesem Państwa i społeczeństwa. Spowodowało to wiele niekorzystnych zjawisk. Główne z nich to:

sprzedaż majątku państwowego po zaniżonych cenach,
przejedzenie środków uzyskanych z prywatyzacji,
uzależnienie decyzji o funkcjonowaniu zakładów na terenie Polski od decyzji zagranicznych przedsiębiorstw,
wyprowadzenie z fabryk w Polsce biur konstrukcyjnych, technologicznych oraz prototypowni i masowe korzystanie z opracowań zagranicznych.
fabryki wielkich koncernów w Polsce mają najczęściej charakter wielkich montowni,
utrata kontroli nad strategicznymi działami przemysłu,
utrata znanych polskich marek, które były rozpoznawalne w świecie,
wzrost bezrobocia.

Z kolei dzisiaj obsadza się kierownicze stanowiska w gospodarce „swoimi”, którzy są uzależnieni od rządu i rządowych partii politycznych, a niekoniecznie mają najwyższe kwalifikacje zawodowe. Skutkiem tego są rożne błędne decyzje przykładowo takie jak: powołanie funduszu promocji Polski, przymuszenie firm energetycznych do zakupu kopalń, które dzisiaj zostały ocenione, że mają wartość zerową, przymuszanie elektrowni do zakupu polskiego węgla, który jest zwykle gorszy jakościowo i droższy, zmuszenie do budowy elektrowni Ostrołęki II opartej o węgiel, przekopanie mierzei wiślanej, próby budowy promu pasażerskiego, repolonizacja sektora bankowego na siłę nie mająca uzasadnienia ekonomicznego, Zakup przez PKN Orlen gazet regionalnych i inne.

Z perspektywy upływającego czasu łatwo oceniać decyzje, bo wiemy jak dalej potoczyła się historia. Tym niemniej uważam, że można było wtedy i dzisiaj rozważyć inny sposób postępowania. Zamiast wprowadzać doktrynę neoliberalną można było kierować się efektywnością ekonomiczną społecznej gospodarki rynkowej.

Na mój sposób myślenia o zarządzaniu majątkiem narodowym ogromny wpływ miał artykuł z przed dziesięciu lat nie żyjącego już profesora Tadeusza Kowalika. Zawierał on opis propozycji amerykańskich liberałów ze środowiska akademickiego o tym jak rozumieć współczesny liberalizm. Uważali oni, że nie można zrealizować prawdziwej wolności bez realizacji dwóch pozostałych haseł rewolucji francuskiej to znaczy równości i braterstwa. Sądzili, że niewielu będzie myślało o wolności, jeżeli nie będzie miało zabezpieczonych podstawowych potrzeb. Ci liberałowie sto kilkadziesiąt lat po komunistach uznali, że najlepszym sposobem realizacji haseł rewolucji francuskiej jest uspołecznienie środków produkcji.

Przewidywali, że to uspołecznienie będzie zorganizowane w inny sposób niż w byłych krajach socjalistycznych. Po pierwsze uspołecznienie miało być bezpośrednie bez udziału państwa. Każdy żyjący obywatel miałby równy udział w majątku społecznym i w korzyściach z niego. Po drugie zostaną przejęte za odszkodowaniem wszystkie firmy gdzie własność jest oddzielona od zarządzania. Dotyczy to firm, gdzie rozproszenie kapitału akcyjnego jest tak duże, że nawet kilkudziesięciu akcjonariuszy nie ma większości kapitału. Po trzecie w zarządzaniu zostaną wykorzystane wszystkie osiągnięcia współczesnego kapitalizmu. Po czwarte jedynym celem będzie osiągnięcie maksymalnej efektywności ekonomicznej.

Oczywiście nie jestem zwolennikiem, aby w całości propozycje amerykańskich liberałów przenieść bezkrytycznie na grunt polski, ale niektóre propozycje można w Polsce wykorzystać.

Dzisiaj w Polsce społeczna własność środków produkcji realizowana jest przez własność państwową, własność komunalną i spółdzielnie produkcyjne. Proponuję powołać jeszcze Fundusz Majątku Narodowego (FMN) w którym będzie gospodarcza część aktywów państwowych. W ten sposób powstałby społeczny polski kapitał rynkowy.

Chcąc zbudować w ten sposób rynkowy polski kapitał trzeba stworzyć odpowiednie warunki, aby zachowywał się on jak kapitał rynkowy, a nie służył realizacji celów socjalnych, strategicznych czy politycznych. Dlatego też muszą być spełnione trzy następujące warunki:

majątkiem nie będzie zarządzał rząd tylko Fundusz Majątku Narodowego, instytucja odporna na naciski polityków,
zreformowany zostanie system bezpieczeństwa socjalnego tak, aby działalność gospodarcza była uwolniona od obowiązku ochrony socjalnej, którą powinno przejąć na siebie państwo,
stworzony zostanie system ochrony strategicznych interesów gospodarczych państwa przy pomocy przepisów państwowych, a nie własności.

Fundusz Majątku Narodowego będzie spółką akcyjną, którego akcjonariuszami będą wszyscy obywatele polscy żyjący chociaż jeden dzień w danym roku. Na koniec każdego roku będzie przeprowadzana weryfikacja osób uprawnionych do posiadania akcji funduszu. Akcje osób zmarłych nie są dziedziczone tylko dołączają do puli wszystkich akcji, które są ponownie rozdzielane na wszystkich żyjących obywateli w tym dzieci. Akcji funduszu nie można zbyć ani nabyć. Otrzymuje się je w roku urodzenia i traci w następnym roku po roku śmierci. Najwyższą władzą funduszu jest zgromadzenie akcjonariuszy. Może ono być przeprowadzone z fizycznym udziałem akcjonariuszy bądź ich pełnomocników lub przeprowadzone internetowo. Akcjonariusz, który chce uczestniczyć w zgromadzeniu może to zrobić osobiście lub dać swoje pełnomocnictwo firmie prawniczej lub doradczej do której ma zaufanie, grupujących pełnomocnictwa akcjonariuszy myślących podobnie o funkcjonowaniu funduszu. Radę funduszu będzie wybierało zgromadzenie akcjonariuszy. Kandydatem do rady może być tylko osoba spełniająca ścisłe kryteria (odpowiednie wykształcenie i doświadczenie w zarządzaniu podmiotami gospodarczymi) określone w regulaminie wyboru. Głównym zadaniem rady jest wybór zarządu funduszu w drodze konkursu. Podstawą materialną i kadrową do organizacji struktury zarządzania tym majątkiem mogą być istniejące obecnie instytucje takie jak: Ministerstwo Aktywów Państwowych, Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa, Agencja Rozwoju Przemysłu, Wojewódzkie wydziały nadzoru właścicielskiego. Fundusz z chwilą swojego startu będzie posiadał akcje wszystkich holdingów i spółek będących dzisiaj w dyspozycji Ministerstwa Aktywów Państwowych i innych jednostek rządowych. Majątek, który mógłby być przekazany do FMN wyceniany jest na około 760 mld zł. Głównymi ekonomicznymi zadaniami funduszu są: wzrost wartości funduszu co można oceniać zapisami księgowymi oraz wycenami rynkowymi poszczególnych spółek i wzrost rentowności funduszu oceniany wskaźnikiem zwrotu z kapitału. Kierując się zasadą efektywności należy mocno zmodyfikować strukturę funduszu wyzbywając się poprzez sprzedaż lub likwidację spółek trwale przynoszących straty lub nisko rentownych, w takich przestarzałych dziedzinach jak górnictwo, czy energetyka oparta na węglu. Uzyskane w ten sposób środki należy przeznaczyć na inwestycje w nowoczesne technologie wykorzystując w większym stopniu osiągnięcia polskich naukowców i kadry inżynieryjno-technicznej, z których można oczekiwać dużych zysków. FMN coroczne przekazywał będzie na dywidendę dla akcjonariuszy od 33% do 50% zysku netto.

Wprowadzenie instytucji Funduszu Majątku Narodowego nie oznacza likwidacji Ministerstwa Aktywów Państwowych. Będzie ono zajmowało się:
majątkiem, który nie przynosi dochodów ale konieczne jest jego istnienie np.: drogi, muzea, instytuty naukowe i inne, tworzeniem podmiotów do realizacji usług społecznych dla których nie można znaleźć wykonawców na rynku. Dotyczy to na przykład takich usług jak np.: edukacja, ochrona zdrowia, komunikacja miejska i inne.

Zwiększeniem konkurencji, likwidacji monopolu w celu obniżenia cen. Dla przykładu obecnie można by zbudować konkurencyjną szkieletową sieć telekomunikacyjną, lub konkurencyjną sieć dystrybucji gazu.

Przejęcia bankrutujących przedsiębiorstw jeżeli ich upadek jest niekorzystny dla społeczeństwa lub państwa a nie znaleziono nabywcy na rynku. Przykładowo jedynego szpitala w powiecie lub dużego banku mającego znaczący udział w rynku depozytów ludności.
Realizacji postępu naukowo-technicznego poprzez fundusze wysokiego ryzyka.

Po skutecznym wykonaniu zadań opisanych w punktach od drugiego do czwartego MAP powinno sprzedać na rynku powstałe lub restrukturyzowane przedsiębiorstwa.

Tak jak napisałem wcześniej, aby fundusz mógł się zachowywać rynkowo trzeba zdjąć z niego funkcje socjalne. Na przykład nie utrzymywać na siłę bankrutujące przedsiębiorstwo aby utrzymać miejsca pracy. Od działań socjalnych jest państwo i jego instytucje, a nie podmioty gospodarcze.
Ochronę interesów strategicznych państwa lepiej zapewnią odpowiednio skonstruowane przepisy i realne możliwości ich egzekucji. Interesem strategicznym państwa nie jest jakaś spółka, tylko to co ona robi lub nie robi w żywotnych sprawach państwa. Te interesy trzeba opisać w przepisach państwowych. Będą one dotyczyły wszystkich podmiotów gospodarczych działających w danym obszarze, a nie tylko jednej spółki
Skuteczności takiego rozwiązania dowiódł kryzys finansowy z 2008 r. Polski system bankowy mimo, że należał w większości do obcych banków w tym takich, które miały kłopoty (AIG, ING, Fortis) oparł się kryzysowi finansowemu dlatego, że regulacje państwowe stawiały wysokie wymagania z zakresu bezpieczeństwa finansowego i chroniły polski system bankowy. Warunkiem skuteczności przepisów jest możliwość ich egzekucji. Odpowiedni organ powinien mieć możliwości nakazania określonego postępowania przez przedsiębiorstwo. Jeżeli nakaz nie jest wykonywany nałożenia kary finansowej, a jeżeli to nie poskutkuje wprowadzenie zarządu komisarycznego.

Taka organizacja zarządzania majątkiem narodowym powinna przynieść wiele korzyści dla obywateli i państwa. Po pierwsze znika niebezpieczeństwo przejadania majątku narodowego przyszłych pokoleń. Po drugie prywatyzacja straci charakter ideologiczno-polityczny. Po trzecie bardziej racjonalny będzie dobór kadr w gospodarce. Po czwarte zdjęcie z funduszu innych funkcji niż gospodarczych powinno zwiększyć jego rentowność. Po piąte FMN zdejmie z rządu koszty administracyjne zarządzania majątkiem skarbu państwa i konieczność zajmowania się poszczególnymi branżami przemysłu oraz wydatki związane restrukturyzacją przemysłu. Po szóste obywatele uzyskają większy wpływ na swój majątek. Po siódme uzyskają rosnące dochody z corocznie wypłacanej dywidendy. Po ósme społeczeństwo polskie będzie spajane nie tylko kulturą, językiem, terytorium ale także bardzo realnym interesem gospodarczym. Po dziewiąte będzie preferowała rodziny wielodzietne. Konsekwencją dla budżetu będzie spadek spadek przychodów z tytułu dywidend rekompensowany w coraz większym stopniu podatkami z rosnącej skali i rentowności funduszu oraz podatkami od dywidend.
Wprowadzenie Funduszu Majątku Narodowego wymaga konstytucyjnego umocowania, po to aby nowa instytucja miała dużą stabilność i była niezależna od działań rządu i parlamentu. Jednak do czasu zmian w konstytucji mogłaby być wprowadzona ustawą.

W moim przekonaniu wielu Polaków jest zainteresowanych, aby istniał znaczny i rosnący majątek społeczny. Tak samo wielu jest przekonanych, że gospodarka powinna być zarządzana w sposób rynkowy. Przedstawiony pomysł łączy pragnienia obu tych grup. Może więc warto, aby lewica przedstawiła odpowiedni projekt ustawy i zaczęła zbierać podpisy pod referendum. Myślę, że przyniesie to korzystne zmiany w postrzeganiu partii. Moim zdaniem warto spróbować.

Koniec hutnictwa

Smutną śmiercią umiera najsłynniejszy z istniejących zakładów hutniczych w Polsce. Wielki piec w hucie ArcelorMittal Poland (dawniej Huta Sendzimira) zostanie wyłączony i zezłomowany z końcem października.
Wyłączenie głównego pieca w nowohuckiej fabryce może być początkiem końca całej gałęzi gospodarki w naszym kraju.

– Tak realizuje się scenariusz wygaszania hutnictwa w Polsce, przed którym ostrzegaliśmy. Spodziewaliśmy się tej decyzji, bo dziś nie ma warunków, by produkcja stali była tu opłacalna. Jako Europa przegrywamy z tańszymi wyrobami ze Wschodu, a wewnątrz Unii Europejskiej nasz kraj za sprawą droższej energii nie ma szans z Niemcami, Belgami czy nawet Czechami – przyznaje Stefan Dzienniak, prezes Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej (HIPH).

A miało być tak pięknie. Mateusz Morawiecki w 2018 r., przebywając z gospodarską wizytą w rudzkiej Hucie Pokój roztaczał przez pracownikami piękną wizję. Szef rządu mówił, że huta z Rudy Śląskiej „to perła historii polskiego przemysłu”. Premier zapewniał, że publiczny sektor hutniczy niebawem stanie na nogi. Tymczasem sytuacja firm z większościowym udziałem skarbu państwa jest dramatyczna, a produkcja spada na łeb na szyję.

Początkiem końca wielkiego pieca w Hucie Sendzimira była decyzja władz obiektu, które w grudniu 2019 roku nakazały czasowe wyłączenie urządzenia. Piec zaledwie trzy lata wcześniej przeszedł gruntowną modernizację wartą 175 mln złotych. 800 pracowników walcowni zostało przeniesionych na postojowe lub skierowanych do zakładu w Dąbrowie Górniczej. Teraz zapadł ostateczny wyrok. Około tysiąca pracowników może wylądować na bezrobociu. Wraz z upadkiem huty bankrutować będą więksi i drobni podwykonawcy. – Trzeba pamiętać, że przy obsłudze wielkiego pieca pracuje mnóstwo mniejszych podmiotów prywatnych, a PKP Cargo zajmowało się dostawą surowców. Wszyscy na tym stracą – mówi Andrzej Karol, przewodniczący Krajowej Sekcji Hutnictwa NSZZ „Solidarność”.

Polskie hutnictwo znajduje się w stadium agonalnym. W zeszłym roku produkcję z powodu bankructwa przerwano w Hucie Pokój w Rudzie Śląskiej, a jeszcze przed wakacjami wyłączono trzy piece w Hucie Łaziska. Nie wiadomo, co dalej z Hutą Częstochowa, zatrudniającą ponad 1,8 tysięcy osób.

Jak wójt z ministrem

Wczoraj byłem w sklepie na zakupach. Stałem przed półką z alkoholami, gdyż spodziewałem się nie byle jakich gości. Z przykrością skonstatowałem, że moje ulubione trunki bardzo podrożały, podobnie jak wszystko wokół. Zamiast tego co zawsze, wziąłem tańszy zamiennik. Ale za to więcej.

M.in. dlatego nie nadawałbym się na polityka. Bo patrzę na ceny i wiem, że jak wydam za dużo, to będę miał mniej. Bo to moje. Nie kradzione. Pod moją kuratelę powierzone. Wiem też, ile trzeba się natrudzić, żeby na chleb i oliwki zarobić. I ile każda złotówka waży. Jacek Sasin chyba tego nie wie. 70 mln puścił jak cudze. Podobnie jak Bronisław Komorowski, 5 lat temu, na referendum, które było żenującą próbą umizgu w stronę wyborców Pawła Kukiza. Na to poszło nawet jeszcze więcej. I nikomu nawet włos z głowy nie spadł, o wizycie w prokuraturze nie wspominając. A to przecież zwykły kryminał, kiedy szastasz publicznym groszem byle jak i byle gdzie. Nie tak znowu dawno temu, w Islandii, za przekręty finansowe, posadzono do więzienia ministra finansów. I nikt po nim nie zapłakał. U nas sama próba mówienia o tym, że za wałki księgowe można pójść siedzieć, kończy się nakrywaniem mówiącego czapką, bo przecież to nie po europejsku wsadzać do więźnia. To takie prostackie i demode. A ja bym wsadzał. I to z grypserką pod celę.

Niedawno znajomy mecenas opowiadał mi, jak zadzwonił do niego wójt pewnej miejscowości. Niedużej. Za to prężnej. Zadzwonił, i mówi doń w te słowy: słuchaj, dzwoniła do mnie Jadwiga Emilewicz, i powiedziała mi, że mamy spory kłopot. Minister Emilewicz i wójt są z jednej partii gowinowskiej. To taka kanapowa organizacja tych wszystkich, dla których obciachem jest wstąpienie do PiS-u, ale już z PiS-em rządzenie i klepanie PiS-u po ramieniu to odpowiedzialność za losy narodu. Tak czy inszej, pani Emilewicz powiedziała panu wójtu, że narobiło się zamieszanie, bo kiedy w pośpiechu pisali przepisy w sprawie tarczy antykryzysowej, przeszło im przed oczami małe niedopatrzenie, które dziś może wywrócić do góry nogami i tak niesztymujący się już budżet. Uchwalono w majestacie prawa, że o zwolnienie ze składek na ZUS czy na coś tam, mogą ubiegać się podmioty zatrudniające od 1 do 49 pracowników. I tyle. Nikt nie napisał, że mogą to być wyłącznie podmioty prywatne. Długo więc nie trzeba było czekać, żeby z wnioskami poczęły się zgłaszać urzędy gmin, miasta i starostwa, które łapią się w widełkach. A nie ma ich znowu aż tak mało, bo Polska powiatowa długa i szeroka. Dzięki temu rządowemu prezentowi, skarb państwa był do tyłu na dzień dobry na bardzo dużą kasę. Państwową kasę, ma się rozumieć. Znaczy się niczyją. Wójt dzwonił do mecenasa, żeby poprosić o opinię prawną, którą, jako strona samorządowa, miał przedstawić gdzie trzeba, żeby była podkładka pod to, że samorządy nie wiedzą jak nowe prawo interpretować, a że są legalistami, wolą pierwej zapytać u źródła, czy Polskę, naszą matkę, wydoić z pieniędzy bezprawnie czy prawnie się samoograniczyć. Mecenas opinię sporządził. Wziął za nią pieniądze. Państwowe ma się rozumieć. Wystawił rachunek. Co się dalej z tym kukułczym jajem działo nie wiem, bo do tego momentu opowieści i tak miałem już dość dobrej zabawy i dość w kieliszku. Wiem natomiast na pewno, że nikt za to nie beknął; nie utracił stanowiska ani nawet premii rocznej. Ot, po prostu, taki wypadek przy pracy.

Kiedy stykam się z podobnymi historiami, myślę sobie, czy nie byłoby lepiej, gdyby to całe Państwo sprywatyzować w cholerę. Oddać pod nadzór firmie zewnętrznej, najlepiej nie polskiej, która wystawiałaby za usługi fakturę w euro albo w funtach. Pozwalniać wszystkich darmozjadów i niech krajem zarządzają zdalnie z Londynu czy Szanghaju ludzie, którzy potrafią liczyć pieniądze i dla których zysk i dywidenda byłyby wprost proporcjonalne do wytworzonego przezeń PKB. Wtedy by im zależało. Bo jak widzisz, że twoja praca daje ci na chleb, potem na bułki, a później na foie gras do bułek, to wiesz, że to ma sens. A jak za rażące niedbalstwo nikt ci nie może nic zrobić, to na cholerę starać się starać. Można robić najlepsze numery świata a i tak nic się nie stanie. Może jakiś dziennikarzyna coś tam napisze, ale jego pisanina będzie miała wartość papieru, i to bynajmniej nie gazetowego, ale tego z ustępu. Mniej więcej, tak jak ta.

Solidaryzm w czasach pandemii

Globalnej pandemii polegającej na rozprzestrzenianiu się koronawirusa (covid-19) towarzyszy festiwal dobroczynności i kapitalistycznego solidaryzmu społecznego. Świat po tej epidemii mógłby się gruntownie zmienić, jednak ta właśnie dobroczynność i ten solidaryzm społeczny, wykorzystując swój potencjał ekonomiczny i ideologiczny, odsuwa od tych gruntownych zmian.

Wśród polityków i pretendujących do tego miana panuje licytacja na drobnomieszczański populizm – każdemu kolejnemu zależy tylko jeszcze bardziej na pomocy dla przedsiębiorców. Rzadziej ktoś upomina się o pracowników. Tę samą troskę o przedsiębiorców wyrażają dziennikarze prywatnych mediów głównego nurtu. To wszak przedsiębiorcy są główną solą tej ziemi i naszym wspólnym dobrem. Pomimo rozprzestrzenienia się groźnego wirusa troska o służbę zdrowia, naukę i sama walka o zażegnanie epidemii jest sprawą jakby mniej istotną. Zyski liczą się bardziej niż zdrowie i życie ludzi. Ta liberalna narracja urozmaicona jest jednak w solidarystyczny dodatek moralny i promocję społeczeństwa obywatelskiego.
W mediach ukazują się hufce szwaczek i szwaczy za darmo szyjących maseczki ochronne, grono wolontariuszy robiących zakupy dla starszych ludzi i różne inne formy solidarności. Ten wdowi grosz bez wątpienia zasługuje na uznanie, co jednak wynika z takiego przesłania? Że to Ty masz pomagać?

Jak mawiał klasyk neoliberalizmu, Ronald Reagan: „Nie możemy pomóc każdemu, ale każdy może pomóc komuś”. Idąc dalej za neoliberalnym systemem wartości, najbardziej może pomóc ten co najwięcej posiada. Pomogła już Dominika Kulczyk, Fundacja TVN i Fundacja Polsat… ale po obejrzeniu specjalnego spotu reklamowego… Któż się nie zachwyca pomagającym w tych trudnych czasach, gdy musimy być razem?

Atmosfera dobroczynności zakrywa kolejne bankructwo systemu w którym żyjemy. Polska skomercjalizowana opieka zdrowotna jest niedofinansowana – częściowo państwowa, częściowo prywatna – i nie jest przygotowana na epidemię koronowirusa. „Nakaz” izolacji i akcja informacyjna „zostań w domu” ma być znieczuleniem i zastępstwem za te niedobory. Społeczeństwo obywatelskie na te niedobory proponuje działalność Jurka Owsiaka i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, zakupującej respiratory i inne niezbędne sprzęty szpitalne. Ten sam Jerzy Owsiak kilka lat temu postulował całkowitą prywatyzację służby zdrowia, podając USA jako doskonały przykład tego rozwiązania.

A to właśnie w USA umiera najwięcej osób zarażonych koronowirusem. Szpitale pomagają tylko tym, którzy za to zapłacą. Ta rynkowa logika koliduje z efektywnym zwalczaniem wirusa. Wracając do słów Ronalda Reagana – „Nie możemy pomóc każdemu”. Jak kogoś nie stać na leczenie… można zrobić zbiórkę… „ale każdy może pomóc komuś”, pod warunkiem, że ma z czego. W ostateczności najwznioślejsze napady liberalnego altruizmu jednak nie wystarczą.

Jak wygląda społeczeństwo obywatelskie w dobie koronawirusa? Słabnie, ponieważ jego darczyńcy z klasy średniej bankrutują. Mniej wpływowe fundacje toną we frustracji i proszą o wsparcie. Trzeci sektor to jednak rozwinięcie stosunków rynkowych: pomóc można, ale nie trzeba. Media przedstawiają sytuację jako swego rodzaju renesans społeczeństwa obywatelskiego. Eksplozja dobroczynności „zastępuje” więc sprawną, państwową służbę zdrowia i dobrze opłacaną pracę szwaczek.

W tym samym czasie socjalistyczna Kuba wysyła swoich lekarzy do umierających kapitalistycznych państw. Kubańska służba zdrowia jest w pełni państwowa. Jest to rzeczywista „służba zdrowia” – służba dla ludzkości, nauka podporządkowana interesom ludzkości, moralny obowiązek, a nie „pomóż fundacji, a poczujesz się lepiej”.

Spektakl dobroczynności w warunkach izolacji nie dostrzega się też innych bolączek. Propaganda „#zostańwdomu” i wesołe śpiewanie przez Skype’a nie uwzględnia… bezdomnych. Gdzie mają zostać bezdomni? Czy będą dostawać mandaty? Czy epidemia koronawirusa prowokuje do zmiany polityki mieszkaniowej? Czy jedynym plusem epidemii będzie spadek ceny mieszkań?

Pandemia to kolejna klęska kapitalizmu. Jednych zmusiła do zawieszenia działalności, drugich skłoniła do spekulacyjnej sprzedaży maseczek ochronnych. Wolny rynek okazuje się w takich chwilach bezsilny i bezduszny, nie jest też w stanie zapewnić zwalnianym pracownikom źródła utrzymania. Kapitalizm będzie się jednak bronić. Jego przyszłość zależy bowiem od państwowego interwencjonizmu.

Po Wielkim Kryzysie w 1929 roku państwa zachodnie postanowiły ratować kapitalistyczne gospodarki, uwzględniając potrzeby socjalne społeczeństwa, przyjmując model keynesowski. W czasach neoliberalizmu zaprzestano te potrzeby uwzględniać. Po kryzysie ekonomicznym w latach 2007-2009 państwa kapitalistyczne, w tych szczególnie USA, ratowały najbogatszych, głównie bankierów, kosztem reszty społeczeństwa, która płaciła za krach systemu finansowego. Interwencjonizm państwowy miał stanowczo klasowy charakter. Obecnie podobna sytuacja ma miejsce w Polsce za rządów PIS w ramach tzw. tarczy antykryzysowej.

PIS w porównaniu do liberalnej opozycji podkreśla, że należy pomóc przedsiębiorcom i pracownikom. Propaganda PIS jest konsekwentnie solidarystyczna klasowo. W praktyce PiS opowiada się jednak za takim samym neoliberalizmem jak PO, w tym za uelastycznieniem kodeksu pracy. Pracownicy i najubożsi będą ponosić koszty tego kryzysu. Czy się na to zgodzą?

Obecna epidemia pompuje nastroje solidarystyczne. Interes przedsiębiorców utożsamia z interesem ogółu. Czy pracownicy dadzą się spacyfikować przez te nastroje? Póki co, pacyfikują powszechna izolacja i kolejne „zakazy”. W tym czasie rząd forsuje najbardziej bezczelne pomysły: wybory prezydenckie w okresie epidemii, najbardziej antypracownicze rozwiązania, a Kaja Godek odgrzewa antyaborcyjnego kotleta…

W dobie nakazanej izolacji możliwości protestu są utrudnione, a rząd, kapitaliści i neoliberałowie, nie przebierają w bezczelności. Nie kwestionuję sensowności pozostania w domu w okresie pandemii – choć te zakazy są chwilami bezsensowne (jak na przykład zakaz wychodzenia do lasu). Pominę też to, że księża, myśliwi czy wojska NATO działają na innych zasadach. Ciągle wielu pracowników musi chodzić do pracy i to nie tylko sprzedawcy w supermarketach czy pracownicy szpitali. Pracują często ponad siły, narażając się na zakażenie, po to by nawet media głównego nurtu uznały ich za „bohaterów”. Przed pandemią takimi bohaterami nie byli.

Osoby, które łudziły się, że kryzys zdrowotny przyczyni się do automatycznego upadku kapitalizmu są bardzo naiwne. Straci klasa średnia, ale nie zabezpieczona na wieki oligarchia finansowa. Kapitalizm mógłby upaść i w tych warunkach, potrzebna jest jednak rewolucyjna organizacja. Póki co jedynie Kuba ratuje honor socjalizmu.

Tymczasem przekaz medialny ciągle uzależniony jest od kapitalistycznych mecenasów. Media nawet nie zdecydowały się na promocję zdrowej żywności, choć Polska Akademia Nauk zalecają na czas epidemii unikanie produktów mięsnych i mlecznych. Programy śniadaniowe nic sobie z tego nie robią. Ciągle pojawiają się reklamy mięsa, produktów mlecznych czy śmieciowego jedzenia, osłabiające odporność. Media nie podważają potęgi przemysłu mięsnego i mlecznego. W polskich szpitalach bardzo trudno też o dietę roślinną, która najlepiej uodparnia na wirusa.

Kryzys epidemiczny wymaga skoordynowanych działań i rzeczywistej solidarności. W chwili obecnej tej powszechnej solidarności brakuje – wbrew temu co pokazują media. Solidarystyczny medialny przekaz oraz reklamy większych fundacji uzależnionych od wielkiego kapitału zamydlają rzeczywisty stan rzeczy i podtrzymują bajeczkę o społeczeństwie obywatelskim mogącym działać w kapitalistycznych stosunkach rynkowych. Panika miesza się z powierzchowną dobroczynnością.

Prywaciarz na państwowym garnuszku

Podobno FC Barcelona idzie pod nóż; kiedy na całym świecie ludzie walczą z zarazą, w centrali klubu towarzystwo wzięło się za łby i zaczęło oskarżać, jeden przez drugiego, o zaniedbania i szastanie klubowym groszem. Na media społecznościowe, na zarobki piłkarzy. Tymczasem, mimo że La Liga nie gra, najlepsi zawodnicy dalej zarabiają jak zarabiali, tylko nie bardzo wiadomo, skąd na to brać.

Minister UE ds. konkurencji u Junckera, a dziś wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej, Margrethe Vestager, wezwała rządy państw członkowskich do inwestowania w firmy, działające na ich terytoriach, w celu zapobieżenia przejęcia przez ludowe Chiny. Groźba tegoż jest ponoć bardzo realna. Innymi słowy, rząd nasz może przy aprobacie KE, dotować prywatne firmy publicznym groszem, żeby nie wykupił go Chińczyk, który jak nic, ludzi zwolni, zakład zlikwiduje i zastąpi go swoimi towarami i usługami, dużo tańszymi, bo chińskimi. Nie jest to znowu takie całkiem pozbawione sensu. Jednakowoż, oprócz wezwania do inwestowania w rodzimy prywatny kapitał publicznym pieniądzem, nie za bardzo wiadomo, jak miałoby się to odbywać, a to już co najmniej o jedno pytanie za dużo. Bo budzi wątpliwości co do uczciwość postępowania. Kto mi bowiem zagwarantuje, że publiczne pieniądze pójdą na uratowanie miejsc pracy, a nie na dywidendy dla zarządu, który prędzej zatopi interes, niż odbierze sobie od ust, jak to u nas drzewiej bywało. Wystarczy przypomnieć niedawny przykład dużego medialnego koncernu, który na potęgę redukował zatrudnienie i zamykał filie, żeby na koniec wypłacić kilkuosobowemu zarządowi pokaźne premie za…wdrożoną politykę cięcia kosztów i oszczędności. W obliczy tym podobnych historii, cieszy zapowiedź jednej z rodzimych firm odzieżowych, która deklaruje, że w czasie kryzysu nie zwolni żadnego pracownika, choć zagląda jej w oczy widmo bankructwa. Za długo jednak po tym pazernym świecie chodzę, żebym uwierzył na słowo, że jak Państwo idzie z prywaciarzem pod rękę, to nie pachnie to przekrętem.

Nie twierdzę, że państwowa pomoc dla prywaciarza się nie przyda; przeciwnie, trzeba ratować gospodarkę i miejsca pracy za wszelką cenę. Ale z głową i nie każdemu jednakowo, bo to na dzień dobry nieuczciwe. Sprawiedliwie, nie znaczy równo. Komu więc dawać i ile, żeby było dobrze? Na początek, tym najmniejszym, bo tak nakazuje przyzwoitość, a ta, czy się jej miarę przykłada do geopolityki czy ekonomii, zawsze będzie jednakowa. Pomagać najmniejszym i najbardziej zagrożonym. Później średnim, a na samym końcu wielkim. I dokładnie w takiej właśnie proporcji. Przy okazji pomoc państwową uzależnić od tego, ile procent zysku prezesostwo zabierze sobie z kont i przeznaczy na szeregowych pracowników, żeby nie wywalać ich na bruk. Albo jeszcze więcej; wprowadzić na czas kryzysu „kominówkę” dla prywaciarza. Zarząd oddaje 60 procent swoich dochodów na rzecz najgorzej zarabiających. Dla banków, korporacji, koncernów spożywczych-wszystkich. Najwyżej w tym roku prezes nie pojedzie na Mauritius trzy razy, tylko raz. Nie wierzę jednak, żeby to miało szansę powodzenia przy rządzie, na czele którego stoi były bankowiec, z filozofią kultury pracy z początków XIX stulecia. Co bowiem z tego, jeśli zaczniemy pomagać prywatnym firmom z państwowego budżetu, a kierownictwo tychże i tak nie zmniejszy swoich apanaży, bo przecież gdy wywali pracownika z roboty, to „kuroniówkę” płacić mu będzie i tak Państwo, a nie prywatny fundusz powierniczy albo fundacja imienia ojca założyciela. A jak wiadomo nie od dziś, jak teraz zwalniają, znaczy później będą przyjmować. Musi więc istnieć realna wola ponoszenia solidarnej i proporcjonalnej do zarobków odpowiedzialności przy prywaciarza ratowaniu, żeby sygnał „na ratunek” był przez Państwo słyszalny. W przeciwnym razie, ci wszyscy, których prywaciarz zwolni i tak w końcu trafią do państwowego rynsztoku bezrobotnych, z Państwa pomocą czy bez. Bardzo bym chciał mieć więcej wiary w rodzimy biznes; wierzyć, że na czele dużych i średnich firm los postawił wizjonerów, którzy rozumieją prawidła rynku i to, że lepiej dziś zacisnąć pasa, ale nie pogrzebać firmy, niźli wydrenować ją do cna, a jak szlam opadnie, na jej gruzach założyć drugą. Gdzieś pomiędzy tymi procesami są przecież zwykli pracownicy, kooperanci, ale kto by ich tam żałował; kiedy szambo wybiło, trzeba zatykać nos i po głowach maluczkich leźć do góry, żeby się nie pobrudzić.

Bardzo też jestem ciekaw, jak sobie poradzi FC Barcelona i ogólnie zawodowy sport. Czy czas pandemii skłoni największych graczy do tego, że zrewidować nieco system wynagradzania zawodników; kiedy bowiem na całym świecie ludzie tracą grunt pod nogami, jeden czy drugi piłkarz zarabia dziennie tyle, ile małe miasteczko powiatowe w miesiąc. Ten system, podobnie jak polski ZUS, nie ma prawa dłużej się sztymować. Kiedyś to w końcu musi runąć.

Piękne słowo socjalizm My, socjaliści

W ostatnim ćwierćwieczu słowo socjalizm bardzo rzadko przechodzi przez usta większości ludzi obozu władzy w Polsce. Jeśli już pojawiało się publicznie, to w kontekście krytyki, żartów i kpin. W wielu krajach Europy sytuacja wygląda jednak inaczej. Socjaliści w Parlamencie Europejskim mają na przykład swoje poczesne miejsce i znaczące wpływy. W Polsce zarówno liberałowie, jak i konserwatyści mają do niego stosunek co najmniej oziębły. Przeciętny obywatel karmiony codzienną papką przekazów medialnych nie zagłębia się w ten problem i przyjmuje, że władza ma rację. Choć można odnieść wrażenie, że niektórzy przedstawiciele starszego pokolenia oraz myśląca młodzież ma na ten temat swoje zdanie. Świadczą o tym rokroczne ankiety z pytaniem na temat poparcia dla potrzeby ogłoszenia stanu wojennego z 1981 roku, w których utrzymuje się ono od lat na poziomie niewiele poniżej 50 proc., co pośrednio odzwierciedla stosunek do Polski Ludowej.
Trzeba zwrócić uwagę, że karierę publiczną w mediach, również społecznościowych w Internecie, zrobiło na tym tle w ostatnich latach określenie „lewactwo”. Wywodzi się ono zapewne z bogatych zasobów językowych braci Kaczyńskich. Do tego zestawu zaliczyć można też takie określenia, jak: „za komuny”, „PRL”, „zdradzieckie mordy”, „spiepszaj dziadu”, „łże-elity” i wiele innych.
W ostatnich dniach, co zostało zauważone, premier Mateusz Morawiecki podczas wiecu w Siemianowicach Śląskich wypowiedział się na temat socjalizmu i wartości socjalistycznych, i jak można było usłyszeć i zrozumieć, wcale nie krytycznie.
Doszło wyraźnie do próby zmiany narracji dotyczącej poważnego fragmentu polskiej historii przez najważniejszego przedstawiciela obozu rządzącego poprzez stwierdzenie, że tradycja PPS mieści się w jego szerokim kanonie programowym. Premier podkreślił znaczenie takich wartości Polskiej Partii Socjalistycznej jak wrażliwość społeczna i dążenie do sprawiedliwości społecznej. Przypomniał o Solidarności i jej robotniczym nurcie, który czerpał swe wartości z filozofii PPS. Nawiązał też pośrednio do zarzucania PiS przez skrajnie konserwatywne środowiska jego polityki socjalnej.
Czy sytuacja ta wywodzi się z przesłanek czysto politycznych w związku z wyborami, czy też ma głębszy charakter oparty o przesłanki ideowe, przekonać się będzie można jesienią, już po wyborach. Dziś jest to pojedynczy incydent słowny, który być może zwiastuje nowe patrzenie na dość jednoznaczną politykę historyczną realizowaną przez między innymi IPN.
Socjaliści polscy w okresie całej transformacji, a szczególnie w ostatnich latach, wielokrotnie napominali kolejne ekipy władzy o lekceważenie w polityce państwa konstytucyjnego zapisu dotyczącego sprawiedliwości społecznej. Doszło do sytuacji, szczególnie w okresie rządów ekipy PO-PSL, pogłębiającego się rozwarstwienia społecznego i przyspieszenia procesów prywatyzacyjnych, co pogłębiało proces wykluczenia społecznego. Z jednej strony mieliśmy i mamy blask nowej wizji betonowanej Warszawy i nowe, kosztowne zabawki militarne, z drugiej nierozwiązane problemy społeczne na północy Polski i ścianie wschodniej. Niektórzy zapominają, że Polska jest jedna i nadal mocno zróżnicowana.
Trudno dziś dziwić się, że nowe elementy polityki PiS, m.in. poprzez wdrożenie programu 500+ odgrywają tak istotną rolę w zmianach nastawienia opinii publicznej do obozu rządzącego. W roku 2015, podczas wyborów parlamentarnych, doszło do zjawiska przeorientowania poparcia z opcji prywatyzacyjno-inwestycyjnej na opcję socjalną. Pogubiła się wówczas polska lewica, realizująca stosunkowo ograniczony program obrony praw człowieka, obejmujący wyłącznie wybrane grupy obywateli. Lewica dała się ograć populistom, którzy ominęli ją z lewej strony. Dziś istnieje groźba powtórzenia tego błędu.
W centrum wyborczych zainteresowań lewicy powinien być przede wszystkim elektorat pracowniczy oraz grupy, bardzo liczne, wykluczone ze względów socjalnych, czy na przykład cyfrowych. Nowe wdrażane technologie nie mają dziś, co widać, właściwego zaplecza edukacyjnego. Dziś walka wyborcza wcale nie skupi się na tym, kto da więcej, choć i to jest ważne. Zwycięży ten, kto da gwarancje na realizację podstawowych praw pracujących i umocnienie ich godności i podmiotowości obywatelskiej.
Adam Schaff w swej ostatniej książce „Humanizm ekumeniczny” napisanej na początku lat 90., zwracał uwagę na zjawiska będące skutkiem agresywnej polityki neoliberalnej. Przestrzegał słusznie, że zmiany na rynku pracy, będące skutkiem rewolucji technologicznej, powodują rewolucyjne przekształcenia społeczne, wymagające nowej polityki w skali globalnej. Przyjmując, że podstawowym obszarem zainteresowania lewicy są takie wartości, jak sprawiedliwość społeczna i dobro człowieka, namawiał do poszukiwania przez nią sojuszników poza dotychczasowymi obszarami zainteresowań.
Może warto wrócić do tych filozoficznych refleksji w okresie tworzenia strategii wyborczej.

Protest trochę spóźniony

Lekarze będą protestować. Tym razem nie w sprawie swoich pieniędzy, ale w sprawie publicznej służby zdrowia.

To budujące, że występując z protestem starannie podkreślają, że nie chodzi tym razem o kolejną podwyżkę uposażeń, ale o ratunek dla pacjentów. Z uznaniem witam deklarację organizatorów protestu, by zjawili się na nim ci wszyscy, którym „zależy, aby publiczna ochrona zdrowia w Polsce zaczęła w końcu funkcjonować dobrze, aby Polacy przestali umierać w kolejkach do leczenia”. To znaczy, że chcą się podeprzeć wszystkimi, bo nie ma na świecie człowieka, który by nie chciał, by opieka medyczna była coraz lepsza. Doprawdy, zaraz się rozpłaczę.
W ucieraniu usmarkanego nosa przeszkadzają mi jednak nieco okruchy wspomnień, jak lekarze i ich związki zawodowe (!) optowały za prywatyzacją służby zdrowia, która miała być remedium na wszystkie bolączki kulejącego systemu opieki zdrowotnej.
W 2006 roku, podczas zapowiedzi strajku lekarzy przewodniczący Zarządu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy Krzysztof Bukiel zapowiedział, że elementem strajku będzie „autoprywatyzacja” polegająca na tym, że lekarze masowo zwolnią się z pracy w publicznych placówkach zdrowia i będą świadczyć usługi prywatnie.
Jerzy Miller, prominentny polityk PO i dawny prezes NFZ, był zdania, że społeczny sprzeciw wobec prywatyzacji minie kiedy dokona się zmiana mentalności. Prywatyzacji nie sprzeciwiała się Dorota Gardias, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w 2007 r, a sekretarz jednego z najbardziej bojowych w czasie strajku lekarzy w 2007 roku Porozumienia Zielonogórskiego utrzymywał, że prywatyzacja oznacza po prostu racjonalizację rynku usług medycznych.
Do tego dodajmy wielokrotnie krytykowaną na naszych łamach działalność WOŚP i forsowaną przez Jerzego Owsiaka koncepcję prywatyzacji służby zdrowia i to radykalnej, bolesnej („bolesne, krwawiące cięcie”).
To prawda, że są przesłanki, pozwalające wierzyć, że przynajmniej kolejne pokolenie lekarzy nie jest już bezkrytycznymi fanami komercjalizacji usług medycznych – wszak podczas dramatycznego, głodowego protestu rezydentów jako lekarstwo dla chorej służby zdrowia wskazywano już zwiększenie na nią wydatków z budżetu, nie wyprzedaż.
Jeśli jednak w zapowiadanym dzisiaj proteście wezmą udział wszyscy ci wyżej wymienieni ludzie i kierowane przez nich organizacje, to czy starczy im śmiałości i uczciwości, by uciąć wszystkie wątpliwości? Wystarczy powiedzieć: „myliliśmy się”. No, chyba, że wolą powiedzieć, że uczestnictwo w proteście to tylko taki żart, niewinne oszustwo, bo tak naprawdę w dupie mają publiczną służbę zdrowia, skoro celem ich wysiłków i protestów ciągle jest jej prywatyzacja? Czekam na jasną deklarację.

Outsourcing w szpitalach

Wyzysk pracowników, krzywda pacjentów

List, w którym przedstawiłem patologie outsourcingu na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym zaskakująco szybko obiegł moje miejsce pracy. Już po dwóch dniach doszedł do kierownictwa opisywanej firmy DGP, po trzech dniach zdobył popularność wśród moich kolegów-gońców. Każdy z nich komentował: sama prawda! Wreszcie 10 maja wezwano mnie do biura firmy i wręczono wypowiedzenie.
Powodu wypowiedzenia nie podano. Bo i jaki miałby być? Napisanie prawdy o praktykach tej firmy? Cała sytuacja bardziej mniej rozśmieszyła niż zasmuciła.
Bardziej zasmucające są kolejne fakty o sytuacji pracowników zatrudnianych przez DGP na potrzeby GUMed-u, które albo nie zmieściły się w moim poprzednim liście, albo które poznałem je już po jego publikacji. Poprzednio nie rozwinąłem m.in. wątku pracy na dyspozytorni, gdzie byłem równocześnie dyspozytorem i gońcem. Teoretycznie było tak tylko przez godzinę – ale była to godzina najgorsza. Oczekiwano ode mnie, że będę równocześnie odpowiadał za transport pacjentów, odbieranie telefonów z całego GUMedu, przyjmowanie dyspozycji, zlecanie ich kierowcom lub ich samodzielne wykonywanie. Musiałbym się rozerwać, żeby zrobić to wszystko…
Z kolei już po napisaniu listu dowiedziałem się, że zatrudnionym na umowie-zleceniu potrącają 10 minut każdego dnia roboczego (to trzy godziny w skali miesiąca!) z wypłaty za rzekomą przerwę.
Tyle, że przerwy nie ma.
Goniec może odpocząć, gdy nie ma akurat żadnych zleceń. Jeśli kogoś oburza fakt odpoczynku i jest fanem, jak się wyraził Jarosław Górski w swym genialnym felietonie, „bezsensownego zapierdolu”, powinien się z tego leczyć. A takich też można znaleźć na terenie GUMedu. Chociażby jedna z brygadzistek DGP, która powiedziała mi, że mógłbym się zainteresować również innymi oddziałami niż ten który został mi wyznaczony…
Mój przypadek i tak nie jest najdrastyczniejszy. Przykrości, jakie spotykały mnie w pracy, to nic w porównaniu z historią pewnej niepełnosprawnej kobiety-gońca. Pracowała w faktycznym wymiarze ponad 12 godzin, chociaż w grafiku widniało godzin 7. Miała oczywiście umowę-zlecenie… „Z braku ludzi do pracy” wymuszano na niej, by pracowała dłużej, nie zawsze płacono za te nadgodziny. Za to, jeśli wyszła ze szpitala po siedmiu godzinach, dzwoniono do niej, zarzucano, że jest nieodpowiedzialna, żądano, by wracała… Tymczasem ona nie radziła sobie z ciężarem pracy i natłokiem zleceń.
Po trzech miesiącach pracy jako goniec, „za karę” została… sprzątaczką przy prosektorium.
Miesiąc później odeszła z GUMed-u, by się ratować – mdlała w pracy z przemęczenia, miała myśli samobójcze. Niestety, zapewne nie była ostatnia. DGP do dziś postępuje w podobny sposób. Firma potrafi skierować do sprzątania osobę, która jest formalnie gońcem, jeśli chce ją „zdyscyplinować” za to, że np. „za często choruje”. Sam po tygodniu choroby, choć ciągle pracowałem jako goniec, dostałem identyfikator z napisem „serwis sprzątający”. W żadnym wypadku nie pogardzam osobami, które wykonują tę bardzo ważną pracę. Niemniej jasne jest dla mnie, że DGP chce w ten sposób pracowników upokarzać.
Inną stałą praktyką firmy DGP jest dawanie pracownikom do podpisania rachunku, na którym nie ma podanej liczby godzin. Mnie 7 maja poproszono o podpisanie czegoś innego.
W biurze DGP wręczono mi wniosek o umowę-zlecenie, choć dużo wcześniej wypełniałem wniosek o zatrudnienie na umowę o pracę. Wypełniłem ten wniosek z wyjątkiem ostatniej strony, która dotyczyła szczepień na WZW i badań sanitarno-epidemiologicznych. Nie zaszczepiłem się wcześniej na WZW, choćby dlatego, że nie miałem kiedy; codziennie pracowałem! Powiedziano mi, że mam załatwić szczepienie we własnym zakresie, firma za to płacić nie będzie. Skierowania na badania sanitarno-epidemiologiczne, o czym pisałem w poprzednim artykule, też nie dostałem.
10 maja wręczono mi wspomniane na wstępie wypowiedzenie bez podania przyczyny.
Co z moimi kolegami, którzy czekali na informacje o kursie na sanitariusza, ponoć niezbędnym, by dostać umowę o pracę? Część osób (podobno większość) ostatecznie… dostała umowę bez kursu. O samym szkoleniu nadal cisza, co więcej, kwestionuje się sens tego kursu nawet wśród niektórych lekarzy.
Można zapytać – czy skoro widzimy, co dzieje się w naszym miejscu pracy, czy próbowaliśmy szukać pomocy? Otóż tak. Wspomniana przeze mnie goniec, która stała się sprzątaczką, zgłosiła swój przypadek do Państwowej Inspekcji Pracy. Nie otrzymała pomocy.
Powyższe patologie zawdzięczamy terapii szokowej, rozpoczętej wówczas, gdy szpital postanowił się „wyręczyć” firmami zewnętrznymi.
Wraz z outsourcingiem doszło do pogorszenia się sytuacji pracowników. Nastał większy wyzysk i mniejsza stabilność pracy, która z kolei przyczyniła się do pogorszenia się jakości usług szpitalnych (wszystkich, nawet jakości posiłków podawanych pacjentom). Stały personel zdecydowanie lepiej wpływa na funkcjonowanie szpitala niż rotacja pracowników. Tymczasem po wejściu firm zewnętrznych najbardziej doświadczeni
z pracy odeszli.
Firmy zewnętrzne powinny wynieść się z sektora publicznego, szczególnie ze szpitali. Ich funkcjonowanie jest sprzeczne z przysięgą Hipokratesa: „najważniejsze nie szkodzić”. Outsourcing szkodzi pracownikom, pacjentom i higienie szpitalnej. Należy stanowczo zrezygnować z tego chorego pośrednictwa.