Koniec hutnictwa

Smutną śmiercią umiera najsłynniejszy z istniejących zakładów hutniczych w Polsce. Wielki piec w hucie ArcelorMittal Poland (dawniej Huta Sendzimira) zostanie wyłączony i zezłomowany z końcem października.
Wyłączenie głównego pieca w nowohuckiej fabryce może być początkiem końca całej gałęzi gospodarki w naszym kraju.

– Tak realizuje się scenariusz wygaszania hutnictwa w Polsce, przed którym ostrzegaliśmy. Spodziewaliśmy się tej decyzji, bo dziś nie ma warunków, by produkcja stali była tu opłacalna. Jako Europa przegrywamy z tańszymi wyrobami ze Wschodu, a wewnątrz Unii Europejskiej nasz kraj za sprawą droższej energii nie ma szans z Niemcami, Belgami czy nawet Czechami – przyznaje Stefan Dzienniak, prezes Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej (HIPH).

A miało być tak pięknie. Mateusz Morawiecki w 2018 r., przebywając z gospodarską wizytą w rudzkiej Hucie Pokój roztaczał przez pracownikami piękną wizję. Szef rządu mówił, że huta z Rudy Śląskiej „to perła historii polskiego przemysłu”. Premier zapewniał, że publiczny sektor hutniczy niebawem stanie na nogi. Tymczasem sytuacja firm z większościowym udziałem skarbu państwa jest dramatyczna, a produkcja spada na łeb na szyję.

Początkiem końca wielkiego pieca w Hucie Sendzimira była decyzja władz obiektu, które w grudniu 2019 roku nakazały czasowe wyłączenie urządzenia. Piec zaledwie trzy lata wcześniej przeszedł gruntowną modernizację wartą 175 mln złotych. 800 pracowników walcowni zostało przeniesionych na postojowe lub skierowanych do zakładu w Dąbrowie Górniczej. Teraz zapadł ostateczny wyrok. Około tysiąca pracowników może wylądować na bezrobociu. Wraz z upadkiem huty bankrutować będą więksi i drobni podwykonawcy. – Trzeba pamiętać, że przy obsłudze wielkiego pieca pracuje mnóstwo mniejszych podmiotów prywatnych, a PKP Cargo zajmowało się dostawą surowców. Wszyscy na tym stracą – mówi Andrzej Karol, przewodniczący Krajowej Sekcji Hutnictwa NSZZ „Solidarność”.

Polskie hutnictwo znajduje się w stadium agonalnym. W zeszłym roku produkcję z powodu bankructwa przerwano w Hucie Pokój w Rudzie Śląskiej, a jeszcze przed wakacjami wyłączono trzy piece w Hucie Łaziska. Nie wiadomo, co dalej z Hutą Częstochowa, zatrudniającą ponad 1,8 tysięcy osób.

Jak wójt z ministrem

Wczoraj byłem w sklepie na zakupach. Stałem przed półką z alkoholami, gdyż spodziewałem się nie byle jakich gości. Z przykrością skonstatowałem, że moje ulubione trunki bardzo podrożały, podobnie jak wszystko wokół. Zamiast tego co zawsze, wziąłem tańszy zamiennik. Ale za to więcej.

M.in. dlatego nie nadawałbym się na polityka. Bo patrzę na ceny i wiem, że jak wydam za dużo, to będę miał mniej. Bo to moje. Nie kradzione. Pod moją kuratelę powierzone. Wiem też, ile trzeba się natrudzić, żeby na chleb i oliwki zarobić. I ile każda złotówka waży. Jacek Sasin chyba tego nie wie. 70 mln puścił jak cudze. Podobnie jak Bronisław Komorowski, 5 lat temu, na referendum, które było żenującą próbą umizgu w stronę wyborców Pawła Kukiza. Na to poszło nawet jeszcze więcej. I nikomu nawet włos z głowy nie spadł, o wizycie w prokuraturze nie wspominając. A to przecież zwykły kryminał, kiedy szastasz publicznym groszem byle jak i byle gdzie. Nie tak znowu dawno temu, w Islandii, za przekręty finansowe, posadzono do więzienia ministra finansów. I nikt po nim nie zapłakał. U nas sama próba mówienia o tym, że za wałki księgowe można pójść siedzieć, kończy się nakrywaniem mówiącego czapką, bo przecież to nie po europejsku wsadzać do więźnia. To takie prostackie i demode. A ja bym wsadzał. I to z grypserką pod celę.

Niedawno znajomy mecenas opowiadał mi, jak zadzwonił do niego wójt pewnej miejscowości. Niedużej. Za to prężnej. Zadzwonił, i mówi doń w te słowy: słuchaj, dzwoniła do mnie Jadwiga Emilewicz, i powiedziała mi, że mamy spory kłopot. Minister Emilewicz i wójt są z jednej partii gowinowskiej. To taka kanapowa organizacja tych wszystkich, dla których obciachem jest wstąpienie do PiS-u, ale już z PiS-em rządzenie i klepanie PiS-u po ramieniu to odpowiedzialność za losy narodu. Tak czy inszej, pani Emilewicz powiedziała panu wójtu, że narobiło się zamieszanie, bo kiedy w pośpiechu pisali przepisy w sprawie tarczy antykryzysowej, przeszło im przed oczami małe niedopatrzenie, które dziś może wywrócić do góry nogami i tak niesztymujący się już budżet. Uchwalono w majestacie prawa, że o zwolnienie ze składek na ZUS czy na coś tam, mogą ubiegać się podmioty zatrudniające od 1 do 49 pracowników. I tyle. Nikt nie napisał, że mogą to być wyłącznie podmioty prywatne. Długo więc nie trzeba było czekać, żeby z wnioskami poczęły się zgłaszać urzędy gmin, miasta i starostwa, które łapią się w widełkach. A nie ma ich znowu aż tak mało, bo Polska powiatowa długa i szeroka. Dzięki temu rządowemu prezentowi, skarb państwa był do tyłu na dzień dobry na bardzo dużą kasę. Państwową kasę, ma się rozumieć. Znaczy się niczyją. Wójt dzwonił do mecenasa, żeby poprosić o opinię prawną, którą, jako strona samorządowa, miał przedstawić gdzie trzeba, żeby była podkładka pod to, że samorządy nie wiedzą jak nowe prawo interpretować, a że są legalistami, wolą pierwej zapytać u źródła, czy Polskę, naszą matkę, wydoić z pieniędzy bezprawnie czy prawnie się samoograniczyć. Mecenas opinię sporządził. Wziął za nią pieniądze. Państwowe ma się rozumieć. Wystawił rachunek. Co się dalej z tym kukułczym jajem działo nie wiem, bo do tego momentu opowieści i tak miałem już dość dobrej zabawy i dość w kieliszku. Wiem natomiast na pewno, że nikt za to nie beknął; nie utracił stanowiska ani nawet premii rocznej. Ot, po prostu, taki wypadek przy pracy.

Kiedy stykam się z podobnymi historiami, myślę sobie, czy nie byłoby lepiej, gdyby to całe Państwo sprywatyzować w cholerę. Oddać pod nadzór firmie zewnętrznej, najlepiej nie polskiej, która wystawiałaby za usługi fakturę w euro albo w funtach. Pozwalniać wszystkich darmozjadów i niech krajem zarządzają zdalnie z Londynu czy Szanghaju ludzie, którzy potrafią liczyć pieniądze i dla których zysk i dywidenda byłyby wprost proporcjonalne do wytworzonego przezeń PKB. Wtedy by im zależało. Bo jak widzisz, że twoja praca daje ci na chleb, potem na bułki, a później na foie gras do bułek, to wiesz, że to ma sens. A jak za rażące niedbalstwo nikt ci nie może nic zrobić, to na cholerę starać się starać. Można robić najlepsze numery świata a i tak nic się nie stanie. Może jakiś dziennikarzyna coś tam napisze, ale jego pisanina będzie miała wartość papieru, i to bynajmniej nie gazetowego, ale tego z ustępu. Mniej więcej, tak jak ta.

Solidaryzm w czasach pandemii

Globalnej pandemii polegającej na rozprzestrzenianiu się koronawirusa (covid-19) towarzyszy festiwal dobroczynności i kapitalistycznego solidaryzmu społecznego. Świat po tej epidemii mógłby się gruntownie zmienić, jednak ta właśnie dobroczynność i ten solidaryzm społeczny, wykorzystując swój potencjał ekonomiczny i ideologiczny, odsuwa od tych gruntownych zmian.

Wśród polityków i pretendujących do tego miana panuje licytacja na drobnomieszczański populizm – każdemu kolejnemu zależy tylko jeszcze bardziej na pomocy dla przedsiębiorców. Rzadziej ktoś upomina się o pracowników. Tę samą troskę o przedsiębiorców wyrażają dziennikarze prywatnych mediów głównego nurtu. To wszak przedsiębiorcy są główną solą tej ziemi i naszym wspólnym dobrem. Pomimo rozprzestrzenienia się groźnego wirusa troska o służbę zdrowia, naukę i sama walka o zażegnanie epidemii jest sprawą jakby mniej istotną. Zyski liczą się bardziej niż zdrowie i życie ludzi. Ta liberalna narracja urozmaicona jest jednak w solidarystyczny dodatek moralny i promocję społeczeństwa obywatelskiego.
W mediach ukazują się hufce szwaczek i szwaczy za darmo szyjących maseczki ochronne, grono wolontariuszy robiących zakupy dla starszych ludzi i różne inne formy solidarności. Ten wdowi grosz bez wątpienia zasługuje na uznanie, co jednak wynika z takiego przesłania? Że to Ty masz pomagać?

Jak mawiał klasyk neoliberalizmu, Ronald Reagan: „Nie możemy pomóc każdemu, ale każdy może pomóc komuś”. Idąc dalej za neoliberalnym systemem wartości, najbardziej może pomóc ten co najwięcej posiada. Pomogła już Dominika Kulczyk, Fundacja TVN i Fundacja Polsat… ale po obejrzeniu specjalnego spotu reklamowego… Któż się nie zachwyca pomagającym w tych trudnych czasach, gdy musimy być razem?

Atmosfera dobroczynności zakrywa kolejne bankructwo systemu w którym żyjemy. Polska skomercjalizowana opieka zdrowotna jest niedofinansowana – częściowo państwowa, częściowo prywatna – i nie jest przygotowana na epidemię koronowirusa. „Nakaz” izolacji i akcja informacyjna „zostań w domu” ma być znieczuleniem i zastępstwem za te niedobory. Społeczeństwo obywatelskie na te niedobory proponuje działalność Jurka Owsiaka i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, zakupującej respiratory i inne niezbędne sprzęty szpitalne. Ten sam Jerzy Owsiak kilka lat temu postulował całkowitą prywatyzację służby zdrowia, podając USA jako doskonały przykład tego rozwiązania.

A to właśnie w USA umiera najwięcej osób zarażonych koronowirusem. Szpitale pomagają tylko tym, którzy za to zapłacą. Ta rynkowa logika koliduje z efektywnym zwalczaniem wirusa. Wracając do słów Ronalda Reagana – „Nie możemy pomóc każdemu”. Jak kogoś nie stać na leczenie… można zrobić zbiórkę… „ale każdy może pomóc komuś”, pod warunkiem, że ma z czego. W ostateczności najwznioślejsze napady liberalnego altruizmu jednak nie wystarczą.

Jak wygląda społeczeństwo obywatelskie w dobie koronawirusa? Słabnie, ponieważ jego darczyńcy z klasy średniej bankrutują. Mniej wpływowe fundacje toną we frustracji i proszą o wsparcie. Trzeci sektor to jednak rozwinięcie stosunków rynkowych: pomóc można, ale nie trzeba. Media przedstawiają sytuację jako swego rodzaju renesans społeczeństwa obywatelskiego. Eksplozja dobroczynności „zastępuje” więc sprawną, państwową służbę zdrowia i dobrze opłacaną pracę szwaczek.

W tym samym czasie socjalistyczna Kuba wysyła swoich lekarzy do umierających kapitalistycznych państw. Kubańska służba zdrowia jest w pełni państwowa. Jest to rzeczywista „służba zdrowia” – służba dla ludzkości, nauka podporządkowana interesom ludzkości, moralny obowiązek, a nie „pomóż fundacji, a poczujesz się lepiej”.

Spektakl dobroczynności w warunkach izolacji nie dostrzega się też innych bolączek. Propaganda „#zostańwdomu” i wesołe śpiewanie przez Skype’a nie uwzględnia… bezdomnych. Gdzie mają zostać bezdomni? Czy będą dostawać mandaty? Czy epidemia koronawirusa prowokuje do zmiany polityki mieszkaniowej? Czy jedynym plusem epidemii będzie spadek ceny mieszkań?

Pandemia to kolejna klęska kapitalizmu. Jednych zmusiła do zawieszenia działalności, drugich skłoniła do spekulacyjnej sprzedaży maseczek ochronnych. Wolny rynek okazuje się w takich chwilach bezsilny i bezduszny, nie jest też w stanie zapewnić zwalnianym pracownikom źródła utrzymania. Kapitalizm będzie się jednak bronić. Jego przyszłość zależy bowiem od państwowego interwencjonizmu.

Po Wielkim Kryzysie w 1929 roku państwa zachodnie postanowiły ratować kapitalistyczne gospodarki, uwzględniając potrzeby socjalne społeczeństwa, przyjmując model keynesowski. W czasach neoliberalizmu zaprzestano te potrzeby uwzględniać. Po kryzysie ekonomicznym w latach 2007-2009 państwa kapitalistyczne, w tych szczególnie USA, ratowały najbogatszych, głównie bankierów, kosztem reszty społeczeństwa, która płaciła za krach systemu finansowego. Interwencjonizm państwowy miał stanowczo klasowy charakter. Obecnie podobna sytuacja ma miejsce w Polsce za rządów PIS w ramach tzw. tarczy antykryzysowej.

PIS w porównaniu do liberalnej opozycji podkreśla, że należy pomóc przedsiębiorcom i pracownikom. Propaganda PIS jest konsekwentnie solidarystyczna klasowo. W praktyce PiS opowiada się jednak za takim samym neoliberalizmem jak PO, w tym za uelastycznieniem kodeksu pracy. Pracownicy i najubożsi będą ponosić koszty tego kryzysu. Czy się na to zgodzą?

Obecna epidemia pompuje nastroje solidarystyczne. Interes przedsiębiorców utożsamia z interesem ogółu. Czy pracownicy dadzą się spacyfikować przez te nastroje? Póki co, pacyfikują powszechna izolacja i kolejne „zakazy”. W tym czasie rząd forsuje najbardziej bezczelne pomysły: wybory prezydenckie w okresie epidemii, najbardziej antypracownicze rozwiązania, a Kaja Godek odgrzewa antyaborcyjnego kotleta…

W dobie nakazanej izolacji możliwości protestu są utrudnione, a rząd, kapitaliści i neoliberałowie, nie przebierają w bezczelności. Nie kwestionuję sensowności pozostania w domu w okresie pandemii – choć te zakazy są chwilami bezsensowne (jak na przykład zakaz wychodzenia do lasu). Pominę też to, że księża, myśliwi czy wojska NATO działają na innych zasadach. Ciągle wielu pracowników musi chodzić do pracy i to nie tylko sprzedawcy w supermarketach czy pracownicy szpitali. Pracują często ponad siły, narażając się na zakażenie, po to by nawet media głównego nurtu uznały ich za „bohaterów”. Przed pandemią takimi bohaterami nie byli.

Osoby, które łudziły się, że kryzys zdrowotny przyczyni się do automatycznego upadku kapitalizmu są bardzo naiwne. Straci klasa średnia, ale nie zabezpieczona na wieki oligarchia finansowa. Kapitalizm mógłby upaść i w tych warunkach, potrzebna jest jednak rewolucyjna organizacja. Póki co jedynie Kuba ratuje honor socjalizmu.

Tymczasem przekaz medialny ciągle uzależniony jest od kapitalistycznych mecenasów. Media nawet nie zdecydowały się na promocję zdrowej żywności, choć Polska Akademia Nauk zalecają na czas epidemii unikanie produktów mięsnych i mlecznych. Programy śniadaniowe nic sobie z tego nie robią. Ciągle pojawiają się reklamy mięsa, produktów mlecznych czy śmieciowego jedzenia, osłabiające odporność. Media nie podważają potęgi przemysłu mięsnego i mlecznego. W polskich szpitalach bardzo trudno też o dietę roślinną, która najlepiej uodparnia na wirusa.

Kryzys epidemiczny wymaga skoordynowanych działań i rzeczywistej solidarności. W chwili obecnej tej powszechnej solidarności brakuje – wbrew temu co pokazują media. Solidarystyczny medialny przekaz oraz reklamy większych fundacji uzależnionych od wielkiego kapitału zamydlają rzeczywisty stan rzeczy i podtrzymują bajeczkę o społeczeństwie obywatelskim mogącym działać w kapitalistycznych stosunkach rynkowych. Panika miesza się z powierzchowną dobroczynnością.

Prywaciarz na państwowym garnuszku

Podobno FC Barcelona idzie pod nóż; kiedy na całym świecie ludzie walczą z zarazą, w centrali klubu towarzystwo wzięło się za łby i zaczęło oskarżać, jeden przez drugiego, o zaniedbania i szastanie klubowym groszem. Na media społecznościowe, na zarobki piłkarzy. Tymczasem, mimo że La Liga nie gra, najlepsi zawodnicy dalej zarabiają jak zarabiali, tylko nie bardzo wiadomo, skąd na to brać.

Minister UE ds. konkurencji u Junckera, a dziś wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej, Margrethe Vestager, wezwała rządy państw członkowskich do inwestowania w firmy, działające na ich terytoriach, w celu zapobieżenia przejęcia przez ludowe Chiny. Groźba tegoż jest ponoć bardzo realna. Innymi słowy, rząd nasz może przy aprobacie KE, dotować prywatne firmy publicznym groszem, żeby nie wykupił go Chińczyk, który jak nic, ludzi zwolni, zakład zlikwiduje i zastąpi go swoimi towarami i usługami, dużo tańszymi, bo chińskimi. Nie jest to znowu takie całkiem pozbawione sensu. Jednakowoż, oprócz wezwania do inwestowania w rodzimy prywatny kapitał publicznym pieniądzem, nie za bardzo wiadomo, jak miałoby się to odbywać, a to już co najmniej o jedno pytanie za dużo. Bo budzi wątpliwości co do uczciwość postępowania. Kto mi bowiem zagwarantuje, że publiczne pieniądze pójdą na uratowanie miejsc pracy, a nie na dywidendy dla zarządu, który prędzej zatopi interes, niż odbierze sobie od ust, jak to u nas drzewiej bywało. Wystarczy przypomnieć niedawny przykład dużego medialnego koncernu, który na potęgę redukował zatrudnienie i zamykał filie, żeby na koniec wypłacić kilkuosobowemu zarządowi pokaźne premie za…wdrożoną politykę cięcia kosztów i oszczędności. W obliczy tym podobnych historii, cieszy zapowiedź jednej z rodzimych firm odzieżowych, która deklaruje, że w czasie kryzysu nie zwolni żadnego pracownika, choć zagląda jej w oczy widmo bankructwa. Za długo jednak po tym pazernym świecie chodzę, żebym uwierzył na słowo, że jak Państwo idzie z prywaciarzem pod rękę, to nie pachnie to przekrętem.

Nie twierdzę, że państwowa pomoc dla prywaciarza się nie przyda; przeciwnie, trzeba ratować gospodarkę i miejsca pracy za wszelką cenę. Ale z głową i nie każdemu jednakowo, bo to na dzień dobry nieuczciwe. Sprawiedliwie, nie znaczy równo. Komu więc dawać i ile, żeby było dobrze? Na początek, tym najmniejszym, bo tak nakazuje przyzwoitość, a ta, czy się jej miarę przykłada do geopolityki czy ekonomii, zawsze będzie jednakowa. Pomagać najmniejszym i najbardziej zagrożonym. Później średnim, a na samym końcu wielkim. I dokładnie w takiej właśnie proporcji. Przy okazji pomoc państwową uzależnić od tego, ile procent zysku prezesostwo zabierze sobie z kont i przeznaczy na szeregowych pracowników, żeby nie wywalać ich na bruk. Albo jeszcze więcej; wprowadzić na czas kryzysu „kominówkę” dla prywaciarza. Zarząd oddaje 60 procent swoich dochodów na rzecz najgorzej zarabiających. Dla banków, korporacji, koncernów spożywczych-wszystkich. Najwyżej w tym roku prezes nie pojedzie na Mauritius trzy razy, tylko raz. Nie wierzę jednak, żeby to miało szansę powodzenia przy rządzie, na czele którego stoi były bankowiec, z filozofią kultury pracy z początków XIX stulecia. Co bowiem z tego, jeśli zaczniemy pomagać prywatnym firmom z państwowego budżetu, a kierownictwo tychże i tak nie zmniejszy swoich apanaży, bo przecież gdy wywali pracownika z roboty, to „kuroniówkę” płacić mu będzie i tak Państwo, a nie prywatny fundusz powierniczy albo fundacja imienia ojca założyciela. A jak wiadomo nie od dziś, jak teraz zwalniają, znaczy później będą przyjmować. Musi więc istnieć realna wola ponoszenia solidarnej i proporcjonalnej do zarobków odpowiedzialności przy prywaciarza ratowaniu, żeby sygnał „na ratunek” był przez Państwo słyszalny. W przeciwnym razie, ci wszyscy, których prywaciarz zwolni i tak w końcu trafią do państwowego rynsztoku bezrobotnych, z Państwa pomocą czy bez. Bardzo bym chciał mieć więcej wiary w rodzimy biznes; wierzyć, że na czele dużych i średnich firm los postawił wizjonerów, którzy rozumieją prawidła rynku i to, że lepiej dziś zacisnąć pasa, ale nie pogrzebać firmy, niźli wydrenować ją do cna, a jak szlam opadnie, na jej gruzach założyć drugą. Gdzieś pomiędzy tymi procesami są przecież zwykli pracownicy, kooperanci, ale kto by ich tam żałował; kiedy szambo wybiło, trzeba zatykać nos i po głowach maluczkich leźć do góry, żeby się nie pobrudzić.

Bardzo też jestem ciekaw, jak sobie poradzi FC Barcelona i ogólnie zawodowy sport. Czy czas pandemii skłoni największych graczy do tego, że zrewidować nieco system wynagradzania zawodników; kiedy bowiem na całym świecie ludzie tracą grunt pod nogami, jeden czy drugi piłkarz zarabia dziennie tyle, ile małe miasteczko powiatowe w miesiąc. Ten system, podobnie jak polski ZUS, nie ma prawa dłużej się sztymować. Kiedyś to w końcu musi runąć.

Piękne słowo socjalizm My, socjaliści

W ostatnim ćwierćwieczu słowo socjalizm bardzo rzadko przechodzi przez usta większości ludzi obozu władzy w Polsce. Jeśli już pojawiało się publicznie, to w kontekście krytyki, żartów i kpin. W wielu krajach Europy sytuacja wygląda jednak inaczej. Socjaliści w Parlamencie Europejskim mają na przykład swoje poczesne miejsce i znaczące wpływy. W Polsce zarówno liberałowie, jak i konserwatyści mają do niego stosunek co najmniej oziębły. Przeciętny obywatel karmiony codzienną papką przekazów medialnych nie zagłębia się w ten problem i przyjmuje, że władza ma rację. Choć można odnieść wrażenie, że niektórzy przedstawiciele starszego pokolenia oraz myśląca młodzież ma na ten temat swoje zdanie. Świadczą o tym rokroczne ankiety z pytaniem na temat poparcia dla potrzeby ogłoszenia stanu wojennego z 1981 roku, w których utrzymuje się ono od lat na poziomie niewiele poniżej 50 proc., co pośrednio odzwierciedla stosunek do Polski Ludowej.
Trzeba zwrócić uwagę, że karierę publiczną w mediach, również społecznościowych w Internecie, zrobiło na tym tle w ostatnich latach określenie „lewactwo”. Wywodzi się ono zapewne z bogatych zasobów językowych braci Kaczyńskich. Do tego zestawu zaliczyć można też takie określenia, jak: „za komuny”, „PRL”, „zdradzieckie mordy”, „spiepszaj dziadu”, „łże-elity” i wiele innych.
W ostatnich dniach, co zostało zauważone, premier Mateusz Morawiecki podczas wiecu w Siemianowicach Śląskich wypowiedział się na temat socjalizmu i wartości socjalistycznych, i jak można było usłyszeć i zrozumieć, wcale nie krytycznie.
Doszło wyraźnie do próby zmiany narracji dotyczącej poważnego fragmentu polskiej historii przez najważniejszego przedstawiciela obozu rządzącego poprzez stwierdzenie, że tradycja PPS mieści się w jego szerokim kanonie programowym. Premier podkreślił znaczenie takich wartości Polskiej Partii Socjalistycznej jak wrażliwość społeczna i dążenie do sprawiedliwości społecznej. Przypomniał o Solidarności i jej robotniczym nurcie, który czerpał swe wartości z filozofii PPS. Nawiązał też pośrednio do zarzucania PiS przez skrajnie konserwatywne środowiska jego polityki socjalnej.
Czy sytuacja ta wywodzi się z przesłanek czysto politycznych w związku z wyborami, czy też ma głębszy charakter oparty o przesłanki ideowe, przekonać się będzie można jesienią, już po wyborach. Dziś jest to pojedynczy incydent słowny, który być może zwiastuje nowe patrzenie na dość jednoznaczną politykę historyczną realizowaną przez między innymi IPN.
Socjaliści polscy w okresie całej transformacji, a szczególnie w ostatnich latach, wielokrotnie napominali kolejne ekipy władzy o lekceważenie w polityce państwa konstytucyjnego zapisu dotyczącego sprawiedliwości społecznej. Doszło do sytuacji, szczególnie w okresie rządów ekipy PO-PSL, pogłębiającego się rozwarstwienia społecznego i przyspieszenia procesów prywatyzacyjnych, co pogłębiało proces wykluczenia społecznego. Z jednej strony mieliśmy i mamy blask nowej wizji betonowanej Warszawy i nowe, kosztowne zabawki militarne, z drugiej nierozwiązane problemy społeczne na północy Polski i ścianie wschodniej. Niektórzy zapominają, że Polska jest jedna i nadal mocno zróżnicowana.
Trudno dziś dziwić się, że nowe elementy polityki PiS, m.in. poprzez wdrożenie programu 500+ odgrywają tak istotną rolę w zmianach nastawienia opinii publicznej do obozu rządzącego. W roku 2015, podczas wyborów parlamentarnych, doszło do zjawiska przeorientowania poparcia z opcji prywatyzacyjno-inwestycyjnej na opcję socjalną. Pogubiła się wówczas polska lewica, realizująca stosunkowo ograniczony program obrony praw człowieka, obejmujący wyłącznie wybrane grupy obywateli. Lewica dała się ograć populistom, którzy ominęli ją z lewej strony. Dziś istnieje groźba powtórzenia tego błędu.
W centrum wyborczych zainteresowań lewicy powinien być przede wszystkim elektorat pracowniczy oraz grupy, bardzo liczne, wykluczone ze względów socjalnych, czy na przykład cyfrowych. Nowe wdrażane technologie nie mają dziś, co widać, właściwego zaplecza edukacyjnego. Dziś walka wyborcza wcale nie skupi się na tym, kto da więcej, choć i to jest ważne. Zwycięży ten, kto da gwarancje na realizację podstawowych praw pracujących i umocnienie ich godności i podmiotowości obywatelskiej.
Adam Schaff w swej ostatniej książce „Humanizm ekumeniczny” napisanej na początku lat 90., zwracał uwagę na zjawiska będące skutkiem agresywnej polityki neoliberalnej. Przestrzegał słusznie, że zmiany na rynku pracy, będące skutkiem rewolucji technologicznej, powodują rewolucyjne przekształcenia społeczne, wymagające nowej polityki w skali globalnej. Przyjmując, że podstawowym obszarem zainteresowania lewicy są takie wartości, jak sprawiedliwość społeczna i dobro człowieka, namawiał do poszukiwania przez nią sojuszników poza dotychczasowymi obszarami zainteresowań.
Może warto wrócić do tych filozoficznych refleksji w okresie tworzenia strategii wyborczej.

Protest trochę spóźniony

Lekarze będą protestować. Tym razem nie w sprawie swoich pieniędzy, ale w sprawie publicznej służby zdrowia.

To budujące, że występując z protestem starannie podkreślają, że nie chodzi tym razem o kolejną podwyżkę uposażeń, ale o ratunek dla pacjentów. Z uznaniem witam deklarację organizatorów protestu, by zjawili się na nim ci wszyscy, którym „zależy, aby publiczna ochrona zdrowia w Polsce zaczęła w końcu funkcjonować dobrze, aby Polacy przestali umierać w kolejkach do leczenia”. To znaczy, że chcą się podeprzeć wszystkimi, bo nie ma na świecie człowieka, który by nie chciał, by opieka medyczna była coraz lepsza. Doprawdy, zaraz się rozpłaczę.
W ucieraniu usmarkanego nosa przeszkadzają mi jednak nieco okruchy wspomnień, jak lekarze i ich związki zawodowe (!) optowały za prywatyzacją służby zdrowia, która miała być remedium na wszystkie bolączki kulejącego systemu opieki zdrowotnej.
W 2006 roku, podczas zapowiedzi strajku lekarzy przewodniczący Zarządu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy Krzysztof Bukiel zapowiedział, że elementem strajku będzie „autoprywatyzacja” polegająca na tym, że lekarze masowo zwolnią się z pracy w publicznych placówkach zdrowia i będą świadczyć usługi prywatnie.
Jerzy Miller, prominentny polityk PO i dawny prezes NFZ, był zdania, że społeczny sprzeciw wobec prywatyzacji minie kiedy dokona się zmiana mentalności. Prywatyzacji nie sprzeciwiała się Dorota Gardias, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w 2007 r, a sekretarz jednego z najbardziej bojowych w czasie strajku lekarzy w 2007 roku Porozumienia Zielonogórskiego utrzymywał, że prywatyzacja oznacza po prostu racjonalizację rynku usług medycznych.
Do tego dodajmy wielokrotnie krytykowaną na naszych łamach działalność WOŚP i forsowaną przez Jerzego Owsiaka koncepcję prywatyzacji służby zdrowia i to radykalnej, bolesnej („bolesne, krwawiące cięcie”).
To prawda, że są przesłanki, pozwalające wierzyć, że przynajmniej kolejne pokolenie lekarzy nie jest już bezkrytycznymi fanami komercjalizacji usług medycznych – wszak podczas dramatycznego, głodowego protestu rezydentów jako lekarstwo dla chorej służby zdrowia wskazywano już zwiększenie na nią wydatków z budżetu, nie wyprzedaż.
Jeśli jednak w zapowiadanym dzisiaj proteście wezmą udział wszyscy ci wyżej wymienieni ludzie i kierowane przez nich organizacje, to czy starczy im śmiałości i uczciwości, by uciąć wszystkie wątpliwości? Wystarczy powiedzieć: „myliliśmy się”. No, chyba, że wolą powiedzieć, że uczestnictwo w proteście to tylko taki żart, niewinne oszustwo, bo tak naprawdę w dupie mają publiczną służbę zdrowia, skoro celem ich wysiłków i protestów ciągle jest jej prywatyzacja? Czekam na jasną deklarację.

Outsourcing w szpitalach

Wyzysk pracowników, krzywda pacjentów

List, w którym przedstawiłem patologie outsourcingu na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym zaskakująco szybko obiegł moje miejsce pracy. Już po dwóch dniach doszedł do kierownictwa opisywanej firmy DGP, po trzech dniach zdobył popularność wśród moich kolegów-gońców. Każdy z nich komentował: sama prawda! Wreszcie 10 maja wezwano mnie do biura firmy i wręczono wypowiedzenie.
Powodu wypowiedzenia nie podano. Bo i jaki miałby być? Napisanie prawdy o praktykach tej firmy? Cała sytuacja bardziej mniej rozśmieszyła niż zasmuciła.
Bardziej zasmucające są kolejne fakty o sytuacji pracowników zatrudnianych przez DGP na potrzeby GUMed-u, które albo nie zmieściły się w moim poprzednim liście, albo które poznałem je już po jego publikacji. Poprzednio nie rozwinąłem m.in. wątku pracy na dyspozytorni, gdzie byłem równocześnie dyspozytorem i gońcem. Teoretycznie było tak tylko przez godzinę – ale była to godzina najgorsza. Oczekiwano ode mnie, że będę równocześnie odpowiadał za transport pacjentów, odbieranie telefonów z całego GUMedu, przyjmowanie dyspozycji, zlecanie ich kierowcom lub ich samodzielne wykonywanie. Musiałbym się rozerwać, żeby zrobić to wszystko…
Z kolei już po napisaniu listu dowiedziałem się, że zatrudnionym na umowie-zleceniu potrącają 10 minut każdego dnia roboczego (to trzy godziny w skali miesiąca!) z wypłaty za rzekomą przerwę.
Tyle, że przerwy nie ma.
Goniec może odpocząć, gdy nie ma akurat żadnych zleceń. Jeśli kogoś oburza fakt odpoczynku i jest fanem, jak się wyraził Jarosław Górski w swym genialnym felietonie, „bezsensownego zapierdolu”, powinien się z tego leczyć. A takich też można znaleźć na terenie GUMedu. Chociażby jedna z brygadzistek DGP, która powiedziała mi, że mógłbym się zainteresować również innymi oddziałami niż ten który został mi wyznaczony…
Mój przypadek i tak nie jest najdrastyczniejszy. Przykrości, jakie spotykały mnie w pracy, to nic w porównaniu z historią pewnej niepełnosprawnej kobiety-gońca. Pracowała w faktycznym wymiarze ponad 12 godzin, chociaż w grafiku widniało godzin 7. Miała oczywiście umowę-zlecenie… „Z braku ludzi do pracy” wymuszano na niej, by pracowała dłużej, nie zawsze płacono za te nadgodziny. Za to, jeśli wyszła ze szpitala po siedmiu godzinach, dzwoniono do niej, zarzucano, że jest nieodpowiedzialna, żądano, by wracała… Tymczasem ona nie radziła sobie z ciężarem pracy i natłokiem zleceń.
Po trzech miesiącach pracy jako goniec, „za karę” została… sprzątaczką przy prosektorium.
Miesiąc później odeszła z GUMed-u, by się ratować – mdlała w pracy z przemęczenia, miała myśli samobójcze. Niestety, zapewne nie była ostatnia. DGP do dziś postępuje w podobny sposób. Firma potrafi skierować do sprzątania osobę, która jest formalnie gońcem, jeśli chce ją „zdyscyplinować” za to, że np. „za często choruje”. Sam po tygodniu choroby, choć ciągle pracowałem jako goniec, dostałem identyfikator z napisem „serwis sprzątający”. W żadnym wypadku nie pogardzam osobami, które wykonują tę bardzo ważną pracę. Niemniej jasne jest dla mnie, że DGP chce w ten sposób pracowników upokarzać.
Inną stałą praktyką firmy DGP jest dawanie pracownikom do podpisania rachunku, na którym nie ma podanej liczby godzin. Mnie 7 maja poproszono o podpisanie czegoś innego.
W biurze DGP wręczono mi wniosek o umowę-zlecenie, choć dużo wcześniej wypełniałem wniosek o zatrudnienie na umowę o pracę. Wypełniłem ten wniosek z wyjątkiem ostatniej strony, która dotyczyła szczepień na WZW i badań sanitarno-epidemiologicznych. Nie zaszczepiłem się wcześniej na WZW, choćby dlatego, że nie miałem kiedy; codziennie pracowałem! Powiedziano mi, że mam załatwić szczepienie we własnym zakresie, firma za to płacić nie będzie. Skierowania na badania sanitarno-epidemiologiczne, o czym pisałem w poprzednim artykule, też nie dostałem.
10 maja wręczono mi wspomniane na wstępie wypowiedzenie bez podania przyczyny.
Co z moimi kolegami, którzy czekali na informacje o kursie na sanitariusza, ponoć niezbędnym, by dostać umowę o pracę? Część osób (podobno większość) ostatecznie… dostała umowę bez kursu. O samym szkoleniu nadal cisza, co więcej, kwestionuje się sens tego kursu nawet wśród niektórych lekarzy.
Można zapytać – czy skoro widzimy, co dzieje się w naszym miejscu pracy, czy próbowaliśmy szukać pomocy? Otóż tak. Wspomniana przeze mnie goniec, która stała się sprzątaczką, zgłosiła swój przypadek do Państwowej Inspekcji Pracy. Nie otrzymała pomocy.
Powyższe patologie zawdzięczamy terapii szokowej, rozpoczętej wówczas, gdy szpital postanowił się „wyręczyć” firmami zewnętrznymi.
Wraz z outsourcingiem doszło do pogorszenia się sytuacji pracowników. Nastał większy wyzysk i mniejsza stabilność pracy, która z kolei przyczyniła się do pogorszenia się jakości usług szpitalnych (wszystkich, nawet jakości posiłków podawanych pacjentom). Stały personel zdecydowanie lepiej wpływa na funkcjonowanie szpitala niż rotacja pracowników. Tymczasem po wejściu firm zewnętrznych najbardziej doświadczeni
z pracy odeszli.
Firmy zewnętrzne powinny wynieść się z sektora publicznego, szczególnie ze szpitali. Ich funkcjonowanie jest sprzeczne z przysięgą Hipokratesa: „najważniejsze nie szkodzić”. Outsourcing szkodzi pracownikom, pacjentom i higienie szpitalnej. Należy stanowczo zrezygnować z tego chorego pośrednictwa.