Chińska piosenka “Yi Jian Mei” po 30 latach zdobywa popularność na świecie

Xue hua piao piao, bei feng xiao xiao – czyli Pada śnieg, wieje wiatr, tak brzmi tekst piosenki „Yi Jian Mei” („Jeden kwiat śliwy”) śpiewany 30 lat temu przez piosenkarza Fei Yuqinga z Tajwanu. Teraz znów stała się ona popularna, także za granicą.

Piosenka „Yi Jian Mei” zdobyła najwyższą pozycję na liście przebojów w Norwegii, drugą w Szwecji, a także drugie miejsce w Finlandii na platformie muzycznej Spotify „Crazy Biography List”. Znalazła się także w Top 50 na listach muzycznych w wielu krajach. Na TikToku można obserwować jak wielu cudzoziemców samych śpiewa tę piosenkę, nawet jeśli ich wymowa słów po chińsku nie jest doskonała.
W listopadzie 2019 roku piosenkarz Fei Yuqing, który jako pierwszy wykonywał ten utwór trzy dekady temu oficjalnie ogłosił wycofanie się z branży rozrywkowej. Skąd zatem dzisiejszy sukces tej piosenki?
Tekst „xue hua piao piao, bei feng xiao xiao” jest bardzo chwytliwy, podobnie jak melodia. Utwór ma kojący rytm, a wymowa słów jest stosunkowa łatwa nawet dla kogoś kto nie zna języka chińskiego. Choć obcokrajowcy mogą nie rozumieć dobrze znaczenie tekstu, to wrażliwi słuchacze mogą odczuć smutek, samotność czy rozpacz. Kiedy brakuje Tobie pieniędzy na koniec miesiąca, można śpiewać xue hua piao piao bei feng xiao xiao, kiedy zerwie z Tobą ukochany, możesz zaśpiewać xue hua piao piao bei feng xiao xiao, kiedy dowiadujesz, że Twój idol ma dziewczynę, też może zaśpiewać xue hua piao piao bei feng xiao xiao.
Tekst piosenki doskonale wpisuje się w czas gorącego lata. I śnieg i wiatr, mogą ostudzić emocje wielu ludzi. Dobie epidemii wszyscy tęsknią za pokojem i spokojem. W obliczu obecnej sytuacji wielu może poczuć się bezradnie. Piosenka może przynieść im pocieszenie i być dobrą wróżbą na przyszłość.
Tworzenie własnych nagrań jest teraz bardzo popularne w mediach społecznościowych, zwłaszcza wśród młodych użytkowników sieci. Dzięki wielu platformom, w tym chińskiej aplikacji TikTok, ludzie mogą wykazać się kreatywnością i wyobraźnią, a jednocześnie podzielić się z innych. Jedną z osób, która wykonuje utwór „Yi Jian Mei” jest Aiqin Zhang, jego styl jest bardzo charakterystyczny, zarówno jeśli chodzi o fryzurę, głos i samo wykonanie utworu. Jego styl określany jako „Chinese Eggman” jest inspiracją dla wielu cudzoziemców, którzy chcą naśladować w śpiewaniu piosenki.
Warto przypominać, że niedawno raport opublikowany przez amerykańską firmę badawczą Sensor Tower pokazuje, że TikTok osiągnął 626 milionów pobrań na całym świecie w pierwszej połowie 2020 roku, zajmując pierwsze miejsce na liście aplikacji innych niż gry.
Za sukcesem piosenki stoi także niepowtarzalny urok osobisty piosenkarza. Fei Yuqing urodził się 17 lipca 1955 roku na Tajwanie. Był on znanym artystą i gospodarzem programów rozrywkowych. Jego głos delikatny, elegancki, czysty. Jest on bardzo rozpoznawalny. Mówi się o nim, jako o „rzadkim wiecznie zielonym drzewie w chińskim śpiewie”. Od swojego debiutu w 1973 roku otrzymał wiele nagród, a w 2009 zdobył super „Lifetime Achievement Award”. Z entuzjazmem bierze udział w akcjach charytatywnych, wielokrotnie przekazywał darowizny dla osób z obszarów dotkniętych klęską żywiołową. W programach rozrywkowych, których był gospodarzem, Fei Yuqing wykazywał się dużym poczuciem humoru. Jest także zdobywcą wielu nagród branżowych.
Muzyka może przekraczać bariery językowe, a Internet pozwala kulturze docierać do wielu odbiorców na całym świecie. Dzięki połączeniu tych dwóch rzeczy możliwa jest wymiany międzykulturowej. Utwór „Yi Jian Mei” dociera bezpośrednio do ludzkich serc, przynosząc radość, ale też odzwierciedlając ich wewnętrzne bóle. Tekst można interpretować, jako próbę przyzwyczajenie się do trudnej sytuacji jaka może nas spotkać. Przynosi to pocieszenie, pozwala zaakceptować nietrwałość i odważnie stawić czoła życiu w epoki po epidemii. Można spodziewać się, że ta chińska piosenka sprawi, że cudzoziemcy zaczną interesować także kulturą Chin.
Prawdziwe złoto nie boi się ognia, bo złoto zawsze świeci – mówi chińskie przysłowie. Kultura chińska posiada długą historię i niezliczone skarby kulturowe. Miejmy nadzieję, że w przyszłości więcej ludzi będzie chciało poznać Chiny, zarówno w stylu popkultury, jak i klasycznych dzieł.

Głos lewicy

„Kler” Smarzowskiego okiem lewaczki i lewaka

 

Justyna Samolińska, dawniej działaczka Razem, dziś w komitecie Wygra Warszawa – zrecenzowała film „Kler”:
– najbardziej nierealistyczna w filmie, tak samo zresztą jak w „Drogówce”, jest postać głównego, pozytywnego bohatera i jego perypetii. Scena ucieczki księdza przez krzaki przed rozwścieczonym tłumem, który zakłóca pogrzeb starszej pani, jest kompletnie odrealniona. Z filmu można wynieść wrażenie, że władza KK i bezkarność księży-pedofilów w Polsce wynika li i wyłącznie z powiązań biznesowo-politycznych, a lud jest wściekły i odruchowo staje po stronie gwałconego dziecka. Otóż nie – przykra rzeczywistość jest taka, że po stronie gwałconego dziecka z alkoholowej rodziny żyjącej w slumsie nie staje w tym kraju nikt, na pewno nie masowo i na pewno nie ignorując powagę sutanny, kropidła i otwartej trumny.
– bardzo ładnie pokazana zależność państwo-koscioł, układy i układziki, lekcja religii super (chociaż znowu – za bardzo bezczelne te dzieci w swoich pytaniach, powinny mieć wyjebane i grać na telefonach), doskonały Gajos (chociaż jakby mu zabrać co drugą kurwę i bdsm byłoby trochę lepiej).
– za dużo wątków, przez to film, zachowania bohaterów przestają być czytelne. Zabrałabym księdza alkoholika, ten wątek był męczący, przegadany, nierealistyczny.
– widać jak mało i rzadko Smarzowski chodzi do kościoła i jak mało rozumie parafian, religijność. Ludzie już nie płaczą przy konfesjonałach, do spowiedzi chodzą przed świętami, i odbębniają co mają odbębnić. Ta żywa wiara, ludzie serio szukający u proboszcza rozwiązań, odpowiedzi – to jest jakoś odrealnione. Na lekcji religii jest za cicho, w kościele ludzie mówią za głośno modlitwy.
Podsumowując: wiadomo, jest to film o Klerze, a nie o wspólnocie wiernych, ale trudno jest robić film o kościele pomijając znaczna większość jego członków, a tych, mam wrażenie, Smarzowski nie kuma – traktuje ich tak jakby byli w stanie odrzucić autorytet, nie odrzucając wiary, a dzieje się raczej odwrotnie.

 

***

Garść luźnych refleksji na ten temat podrzucił też publicysta Łukasz Moll:
Teraz spójrzmy na to z drugiej strony. „Kler” pobił rekord kinowej frekwencji w pierwszy weekend wyświetlania. Film Smarzowskiego zobaczyło 935 tysięcy widzów. Poprzedni rekord należał do „Pięćdziesięciu twarzy Greya” (834 tys.), a z polskich filmów najlepszy był „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” (767 tys.).
Przez cały okres emisji kinowej „Kler” być może przekroczy granicę 3 milionów, którą osiągnęły w zeszłym roku „Listy do M. 3”. Tu rekord należy do „Ogniem i mieczem” (łącznie 7,1 mln. widzów, napompowane przez szkoły).
A teraz pomyślcie sobie, że za tej niedobrej, zacofanej pustyni kulturalnej o nazwie PRL w kinach „Krzyżaków” obejrzały 32 miliony widzów, „W pustyni i w puszczy” 30 mln., „Potop” 27 mln. Powiecie, że to wynik na sterydach – zadziałał przymus szkolny, zakładowy, propagandowy (teraz to się nazywa marketing). Lećmy dalej: na „Zakazanych piosenkach” w 1946 roku (rok po zakończeniu II wojny światowej, w biedzie i zgliszczach) mamy 15 milionów widzów. Na „Seksmisji”, w schyłkowym PRL, za Jaruzela – to na pewno nie szkoły – 11 milionów. A jak z filmami zagranicznymi? 23 miliony na jugosławiańsko-zachodniej produkcji „Winnetou” to częściowo na pewno efekt szkół, ale 17 milionów na „Wejściu smoka” z Bruce’m Lee i blisko 9 milionów na „Poszukiwaczach zaginionej arki” Spielberga robi wrażenie.
Tym się kończy przerabianie kin lokalnych na „Biedronki”, zdanie się na multipleksy i ciągnięcie dla przyzwoitości kin studyjnych dla elitarnego widza. Zapaścią kulturalną. Tak, wiem, macie internet, Netflixa i kina domowe. Co z tego, i tak nie oglądacie filmów.