Dwa mity i konstatacja

Tekst ten piszę kurwicą i demagogią. Robię to z rozpaczy i wobec zalewu kłamstwa,
które rocznicowo – 4 czerwca – się objawiło.

Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że jestem człowiekiem dialogu i kompromisu. Daleko mi też do wszechobecnego dziś chamstwa, a i słomę w butach chowam starannie, bo wiem, że to to nie najlepiej świadczy o ich posiadaczu. Jeśli zatem tekst ten piszę kurwicą i demagogią, to robię to z rozpaczy i wobec zalewu kłamstwa, które rocznicowo – 4 czerwca – się objawiło. I chociaż chciałbym ich autorów potraktować ze stosowną rewerencją, to nie mogę. Cynizm, wyrachowanie w polityce rozumiem, choć nie lubię. Głupotę i kłamstwo uważam za coś najgorszego, a ich nosicieli będę tępił. Ale ad rem.

Mit pierwszy – komuniści

„Wygraliśmy z komunistami”. „Jak roznosiliśmy ulotki, to widzieliśmy w oczach komunistów strach” – pisze wybitny dziennikarz, w 1989 roznosiciel ulotek. „4 czerwca – wielkie zwycięstwo nad komunistami” – donosi w tytule pismo uważane za umiarkowane. „Wywalczyliśmy wolność” – mówi w wywiadzie facet, który wtedy nie wiadomo co robił, ale dziś należy do słusznej partii i ciągle nadal walczy z komunistami. „Potrzebna dekomunizacja” – wspiera go współtowarzysz walki – obecnie, a nie wtedy toczonej, dodajmy. „Przy Okrągłym Stole oszukaliśmy komunistów” – pisze inny znawca historii w wersji Instytutu Historii Partii (tak się to kiedyś nazywało). Starczy!
Kogo zatem chłopaki zwyciężyliście? Tych, co w 1945 wyszli z lasu i poszli budować uniwersytety? A może tych, co wyjechali ze Lwowa i Wilna i zasiedlili Wrocław, Słupsk i Szczecin? Przecież mogli zostać i bohatersko umrzeć na Syberii. A może tych, co brali ziemię z reformy rolnej, a których tak dzielnie likwidowali Wasi niezłomni? A może tych, co masowo ruszyli do szkół i potem budowali Nową Hutę, Hutę Katowice i trochę jeszcze innych firm, które sprzedawaliśmy po 1989 długo budując siłę polskiej gospodarki?
Wygraliście z komunistą Jaruzelskim. A czy przyszło Wam do głowy, że w ówczesnych warunkach międzynarodowych można było być albo ostrożnym realistą albo Waszą ulubioną figurą historyczną – bohaterskim samobójcą? Wielopolskim lub Trauguttem. Trzecia droga pojawiła się dopiero w latach siedemdziesiątych, ale weszli na nią nieliczni: Kuroń, Modzelewski, Michnik – najbardziej dziś znielubione przez Was postaci.
A może komunistami było moje pokolenie? Kwaśniewski, Miller, Cimoszewicz, Belka i tysiące innych, którzy przed 1989 rokiem nie chowali się po kościołach, a po 1989 roku jasno udowodnili swoją lojalność wobec III RP, twardo respektowali reguły demokracji i zasady gry wolnorynkowej.
Ja wiem, na historii PRL zaciążyli zbrodniarze przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych, brak demokracji i ideologiczne zaślepienie rządzących. Ale wszak w Polsce nie było kołchozów, w kościołach nie lokowano magazynów, wrogowie socjalizmu po 1956 roku nie gnili masowo w więzieniach. Miliony ludzi zdobywało wykształcenie, miało poczucie bezpieczeństwa i uważali swoją przyszłość za przewidywalną.
Warto Panie i Panowie przepracować historię Ojczyzny po 1945 roku. Raz jeszcze zrobić rachunek strat i zysków, zastanowić się co było możliwe, a co nie. I spróbować zrobić rzecz, której nie umieją polscy historycy – napisać historię PRL z punktu widzenia prostego obywatela, a nie prymitywnego propagandzisty. I proponuję zrezygnować z pogardliwego określenia „komuniści”. Pokazuje ono Waszą bezradność intelektualną. To też byli Polacy – najpierw Polacy, a potem wyznawcy określonej doktryny politycznej. To wyście stworzyli „drugi sort” Polaków, Jarosław Kaczyński tylko skorzystał z Waszego dorobku i twórczo go rozszerzył.

Mit drugi – zwyciężyliśmy

Wyniki wyborów z 4 czerwca są powszechnie znane. Zwycięstwo kandydatów Komitetu Obywatelskiego było jednoznaczne i niekwestionowane. Ale spróbujcie w okolicznościowych komentarzach znaleźć informację, ile to głosów zdobyli kandydaci ówczesnej władzy. Nieważne.
„Cały naród zagłosował na Solidarność” – pisze okolicznościową laurkę facet zatrudniony na etacie dziennikarza. Otóż, drogi Panie, nie cały. Kandydaci do Senatu popierani przez tamtą władzę zdobywali od kilkunastu do 40 proc. głosów. „Przepadła sromotnie lista krajowa zawierające nazwiska ówczesnego partyjnego establishmentu” – usłużnie przypomina inny analityk z Bożej łaski. Oczywiście, nie dodaje, że aby zdobyć mandat z tej listy trzeba było uzyskać poparcie co najmniej 5 proc. wszystkich głosujących Polaków. Najgorszy wynik na tej liście uzyskał polityk, na którego zagłosowało ponad 6 milionów ludzi. A więc miał jakieś poparcie, czy też Mu go powszechnie odmówiono? Czy zatem można napisać, że ówczesna władza przepadła z kretesem, czy też bardziej prawdziwe było stwierdzenie, że niemała część naszego Narodu jednak pozytywnie oceniała politykę ekipy Jaruzelskiego?
Dodajmy w tym miejscu, że w żadnej skrótowej notce zamieszczonej w internecie – ani w Wikipedii, ani na stronach stosownych państwowych instytucji popularyzujących historię – nie znajdziemy informacji, jakie wyniki uzyskali przedstawiciele władzy. Jest tylko o „oszałamiającym zwycięstwie”, „dotkliwej porażce” i 99 senatorach. Są też – nawiasem mówiąc – oczywiste błędy. W nazwiskach, okręgach, przynależności partyjnej itd. Biedne te nasze wnuki. Znowu będą musiały poznawać prawdziwą historię kraju z bezdebitowych stron internetowych.

Konstatacja

Nie napisałbym tego tekstu, bo cóż mnie obchodzi radosna twórczość historyczna obecnych propagandzistów. Ale musiałem zareagować, bo przez te wszystkie teksty przebija uczucie, które jest mi zasadniczo obce – pogarda! Nic nie są warte dokonania naszych Dziadków i Rodziców, a nasze życie też nie miało sensu. To oni wygraliśmy i biada zwyciężonym. Co prawda w przełomowym momencie byli ciurami w taborach, ale w zwycięskiej armii. Dziś biegają po grunwaldzkich polach obdzierając trupy. Ale kogo pokonali, w imię czego i jak się to ma w dzisiejszych realiach – nie ma znaczenia.
Nie piszę tu o prawdziwych uczestnikach tamtejszej opozycji i ludziach ówczesnej Solidarności. Oni zasłużyli się Ojczyźnie i nikt Im tego nie odbierze. Wałęsa, Kuroń, Modzelewski, Geremek, Romaszewski, Frasyniuk, Bujak, Janas, Lityński – mógłbym tak bez końca. Od żadnego z nich nigdy – a byliśmy często w sporach zasadniczych – nie zaznałem pogardy. Dziś serwują mi ją niespełnieni postrewolucjoniści. Goście, którzy tak jak Beria czy Jagoda – w czasach rewolucji byli w drugim-trzecim szeregu – a po jej zwycięstwie wycieli w pień jej prawdziwych autorów i bohaterów.
Polska historia ostatniego okresu nie jest wyjątkowa. Z reżimów totalitarnych wychodził nie tylko Wschód Europy, wychodziła Hiszpania, Portugalia, Grecja – aby nie szukać zbyt daleko. Były to reżimy nie mniej podłe jak stalinizm, także znaczone krwią i brutalną rozprawą z opozycją. Ale tam tego triumfalizmu jest jakby mniej, zamiast pogardy jest próba rozliczenia się z przeszłością bez naruszania godności tysięcy ludzi.
To wszak pogarda leży u źródeł zwycięstwa populistów i faszystów. To ona wyzwala u ludzi przekonanie, ze nie ma żadnych zasad i wartości, że można najpierw znieważyć słowem, a potem i sztachetą. To ona daje ludziom niskiej konduity radość – wreszcie jest ktoś gorszy ode mnie, mniej udaczny, bardziej winny. To ona leży także u źródła dzisiejszych zwycięstw politycznych. Jak się jej nie pozbędziecie, przyjdzie nowy 1989 rok. Znowu ludzie upomną się o godność.

4 czerwca 1989 r. – Czyje święto?

„Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm” tymi słowami Joanna Szczepkowska symbolicznie ogłosiła koniec PRL. Zdecydowana większość wyborców „Solidarności” wierzyło, że spektakularne zwycięstwo Komitetu Obywatelskiego w pierwszych wolnych wyborach przyniesie zmianę na lepsze. Polska Ludowa poobijana dekadą wojny polsko-polskiej, ciągłych strajków oraz zapaści ekonomicznej faktycznie potrzebowała nowego impulsu. Obrady Okrągłego Stołu oraz wybory czerwcowe dawały szanse na wyjście z politycznego, społecznego i ekonomicznego letargu całych lat 80. Było to w interesie tak kierownictwa PZPR jak i liberalnego skrzydła NSZZ. W końcu tak Generał Wojciech Jaruzelski jak i Lech Wałęsa zdawali sobie sprawę, że obydwie strony sporu są w równej mierze za słabe oraz za silne by przez nokaut przeciwnika rozstrzygnąć ten wyniszczający Polskę konflikt.
4 czerwca 1989 roku od lat usilnie prezentowany jest przez liberalne środowiska związane z „Gazetą Wyborczą” i Platformą Obywatelską jako „święto wolności”. W tym politycznym micie Polki i Polacy pokojowo pogrzebali komunistyczny reżim przy pomocy karty wyborczej, rozpoczynając historyczny pochód do nowego, lepszego świata, którego ucieleśnieniem jest trwała obecność Polski w kapitalistycznym i demokratycznym świecie. Kręgi konserwatywne związane z PiS przeciwstawiają sobie 4 czerwca z 1989 i 1992 roku. W ich narracji prawdziwym dopełnieniem wyborów czerwcowych powinna być masowa lustracja oraz historyczne rozliczenie PRL oraz jej niekwestionowanych przewin. Zdaniem akolitów braci Kaczyńskich uniemożliwiła to zdrada dawnych towarzyszy z „Solidarności”, którzy razem z byłymi agentami SB dokonali obalenia rządu Jana Olszewskiego podczas tzw. nocnej zmiany w trzecią rocznicę wyborów 4 czerwca. W obydwu narracjach brakuje natomiast tego co najważniejsze: zwykłej ludzkiej krzywdy, która wiąże się z niewyobrażalnymi kosztami polskiej transformacji.
Polska lewica przez lata nie posiadała własnej, autonomicznej oraz wyraźnej polityki historycznej, zaś 4 czerwca był dla niej szczególnie problematyczny. W końcu PZPR przegrała tamte wybory na własne życzenie. Zaczynając od idiotycznej ordynacji wyborczej, poprzez butne przeświadczenie o swojej wyborczej mocy po skandaliczne wsparcie reform Balcerowicza. W związku z tym, współtwórcy post-PZPR-owskiej socjaldemokracji woleli dopisać się do liberalnej drużyny zwycięzców, wspierając mit o historycznej wzniosłości tamtych wydarzeń, które otworzyły Polsce furtkę na Zachód. Problem jednak w tym, że nie każdy zmieścił się w tych wrotach, pozostając na uboczu, nie odczuwając „błogosławionych dobrodziejstw” wzrostu gospodarczego. Mieszkańcy wsi utrzymujący się z pracy w Państwowych Gospodarstwach Rolnych, wielkoprzemysłowa klasa robotnicza, żołnierze, milicjanci, oficerowie Ludowego Wojska Polskiego i Milicji Obywatelskiej, nauczyciele oraz pracownicy naukowi o niesłusznym rodowodzie, poglądach i przynależności partyjnej – wszyscy oni zostali pozostawieni sami sobie, dryfując dziurawymi łódeczkami po neoliberalnym oceanie, będąc mijanym przez luksusowe jachty nielicznych beneficjentów zmian.
Centrum im. Ignacego Daszyńskiego jest współtworzone przez nowe pokolenie polskiej lewicy, dzieci polskiej transformacji, które naocznie doświadczyły uwiądu państwa, prywatyzacji zysków i uspołecznienia strat, ideologicznej ofensywy prawicy wszelkiej maści oraz odmawiania godności ludziom pracy oraz wszystkim aktywnym zawodowo przed 1989 rokiem. Nie musimy i nie chcemy wybierać między liberalną i konserwatywną opowieścią o 4 czerwca. Chcemy zaproponować własną ocenę historii. W związku z tym w 30 rocznicę powstania III RP chcemy zaprosić czytelniczki i czytelników „Trybuny” do wspólnej rozmowy o tym co nie udało się III RP, co można było zrobić lepiej oraz co z pewnością trzeba naprawić by Polska była faktycznie demokratycznym państwem prawnym opierającym się na zasadzie sprawiedliwości społecznej. We wtorek 4 czerwca 2019 roku spotkajmy się o 18:00 w warszawskiej Stacji Muranów (ul. Gen. Andersa 13). Szczegółowo analizować będziemy cztery obszary życia społecznego: pracy, związków zawodowych, praw kobiet oraz polityki historycznej, zaś w dyskusji udział wezmą: red. Estera Flieger (Gazeta Wyborcza), dr Piotr Ostrowski (Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych), dr Bartosz Rydliński (Centrum im. Ignacego Daszyńskiego), red. Agata Szczęśniak (OKO.press), red. Rafał Woś (Tygodnik Powszechny).