Trzydzieści lat po wielkim przełomie

To, co zdarzyło się w Polsce trzydzieści lat temu, stanowi już teraz i stanowić będzie w przyszłości ważny i interesujący temat rozważań historyków i sporów publicystów.

Był to bowiem autentyczny przełom ustrojowy, tym ciekawszy, że dokonany w pokojowy sposób i to w warunkach systemu, co do którego wybitni specjaliści zachodni od wielu lat twierdzili, że jest organicznie niezdolny do istotnych przeobrażeń – tak pokojowych, jak rewolucyjnych. Napisano na ten temat już sporo, ale wciąż okazuje się, że jest to temat warty naukowej analizy.
Analizę taką przedstawili ostatnio Daria i Tomasz Nałęczowie („Czas przełomu”, Warszawa: Biblioteka „Polityki” 2019). Oboje autorzy są znanymi historykami a w przeszłości także działaczami państwowymi na wysokim szczeblu. Tomasz Nałęcz był wiceprzewodniczącym Socjaldemokracji RP, potem jednym z przywódców Unii Pracy, posłem na Sejm II kadencji i jego wicemarszałkiem (w IV kadencji), a w latach 2010-2015 doradcą prezydenta Komorowskiego. Daria Nałęcz przez dziesięć lat (1996-2006) była (znakomitą) dyrektor naczelną Archiwów Państwowych i podsekretarzem stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego w latach 2012-2015. Takie połączenie kariery akademickiej i działalności politycznej stawia autora zawsze przed trudnym wyzwaniem, któremu oboje autorzy potrafili w zasadzie dobrze sprostać.
Biorąc tę pracę do ręki myślałem, ze niewiele z niej się dowiem, gdyż sprawy tam omawiane były ważną częścią mojego doświadczenia politycznego a także dlatego, że znam rozległą literaturę przedmiotu. Okazało się, że nie miałem racji. Autorzy wykorzystali nieznane źródła archiwalne i przedstawili bardzo ciekawą, intelektualnie odważną analizę omawianego okresu. Książka ta powinna być obowiązkową lekturą dla wszystkich interesujących się nie tylko historią, ale także dzisiejszą polityką polską, a także powinna trafić do liceów jako ważne źródło wiedzy o historii najnowszej.
Książka obejmuje okres dwóch lat: od obrad „okrągłego stołu” do pierwszych powszechnych wyborów prezydenckich 1990 roku. Poza tymi ramami czasowymi są zwięzłe refleksje wstępne sięgające do kryzysu 1980/81 oraz krótki epilog przedstawiający wydarzenia polityczne od objęcia przez Lecha Wałęsę stanowiska prezydenta do przegranych przez obóz byłej „Solidarności” wyborów sejmowych 1993 roku. O ile wprowadzenie historyczne do omawianych wydarzeń jest zrozumiałe, o tyle niefortunna wydaje mi się decyzja o pobieżnym potraktowaniu okresu 1991-1993, a zamknięcie relacji na roku 1993 ( a nie na przykład na 1995, gdy dobiegła końca prezydentura Wałęsy i na stanowisko prezydenta wybrany został Aleksander Kwaśniewski) jest arbitralne i niezbyt zrozumiałe.
W przeprowadzonej analizie historycznej za szczególnie cenne uważam trzy elementy. Po pierwsze: pogłębioną analizę procesu dochodzenia do porozumienia „okrągłego stołu”, w tym zwłaszcza wewnętrznego konfliktu targającego wówczas PZPR – rozstrzygniętego na rzecz kompromisu z „Solidarnością”. Analiza ta byłaby jeszcze ciekawsza, gdyby autorzy pokazali, jak w szeregach „Solidarności” dojrzewało zrozumienie potrzeby kompromisu i jak w tej formacji dokonał się podział na umiarkowanych i radykałów. W politologicznych teoriach transformacji ważne miejsce zajmuje, rozwijana między innymi przez Adama Przeworskiego, koncepcja, zgodnie z którą powodzenie negocjowanej reformy zależy od tego, by po obu stronach umiarkowani zdołali odsunąć na bok radykałów (partyjny „beton”, opozycyjnych „nieprzejednanych”). To, jak ten proces dokonał się w Polsce, stanowi ważny i nie do końca opisany aspekt wielkiej przemiany.
Drugim bardzo cennym wkładem autorów jest znakomita analiza okresu funkcjonowania rządu Tadeusza Mazowieckiego, w tym pogłębione socjologicznie studium narastającego wówczas konfliktu między tymi warstwami, które na transformacji zyskiwały i tymi, które poniosły największy koszt przemian i stały się zapleczem społecznym ugrupowań kontestujących polską drogę przemian. Sprawa ta ma też istotne znaczenie dla zrozumienia dzisiejszych podziałów politycznych.
Trzecim wreszcie wątkiem pracy godnym szczególnego odnotowania jest analiza kampanii prezydenckiej 1990 roku. Autorzy nie kryją swej sympatii dla Tadeusza Mazowieckiego, ale rzetelnie i ciekawie pokazują, jak i dlaczego ten wybitny polityk przegrał wybory – i to już w pierwszej turze.
Ta ważna i ciekawa książka nie jest jednak wolna od wad i tez spornych. Piszę o nich także dlatego, ze dotyczą one ważnych dla lewicowego czytelnika stron najnowszej historii.
Pierwszą sprawą sporną jest zaprezentowana przez autorów ocena stanu wojennego, w której autorzy całkowicie ignorują zagrożenie interwencją radziecką (z udziałem wojsk NRD i Czechosłowacji). Jest to tym dziwniejsze, ze Tomasz Nałęcz był posłem w 1996 roku, gdy Sejm zdecydowaną większością głosów umorzył postępowanie w sprawie odpowiedzialności za stan wojenny – właśnie dlatego, że uznał, iż ówczesna decyzja podjęta została w stanie wyższej konieczności. Nie wiem tez, czy autorzy świadomie zignorowali poważną literaturę zachodnią, w której ( na przykład w pracy wybitnego politologa austriackiego Antona Palinki „Politics of the Lesser Evil: Leadership, Democracy & Jaruzelski’s Poland”, New Brunswick 1999) ten właśnie moment stanowi uzasadnienie wyboru „mniejszego zła”. Nie jest też dla mnie zrozumiałe, dlaczego autorzy twierdzą, że reformatorzy partyjni zostali po wprowadzeniu stanu wojennego z PZPR usunięci, lub sami z niej sami odeszli. Skąd więc w kierownictwie PZPR wzięli się tacy reformatorzy jak Kazimierz Barcikowski, Hieronim Kubiak, Janusz Reykowski? W końcu cały kierowniczy aktyw SdRP, w tym także Tomasz Nałęcz, to dawni działacze PZPR – i to w większości właśnie jej reformatorskiego skrzydła.
Drugą sprawą sporną jest to, jakie intencje przyświecały stronie rządowej w zawieraniu kompromisu „okrągłego stołu”. Autorzy utrzymują, że szło tylko o „dokooptowanie” ludzi „Solidarności” bez zamiaru zmiany systemu. Jak więc wyjaśnić to, że w zawartym porozumieniu przewidziano w pełni demokratyczne i wolne ( a nie „kontraktowe”) wybory do Sejmu następnej kadencji? Moje odczytanie ówczesnej polityki PZPR jest inne: chcieliśmy zapewnić Polsce kilkuletni proces stopniowej zmiany systemu. To prawda, że nie liczyliśmy się z tak szybkim oddaniem władzy, ale nie jest prawdą, że zakładaliśmy utrzymaniu po wsze czasy partyjnej hegemonii. Przy okazji autorzy nie do końca mają rację twierdząc, że w PZPR w ogóle nie widziano możliwości przegrania wyborów 1989 roku. Przed wyborami Andrzej Werblan przedstawił ciekawą koncepcję przeprowadzenia wyborów do Senatu na podstawie ordynacji proporcjonalnej, gdyż – jak trafnie przewidział – większościowa musiała prowadzić do całkowitego pogromu kandydatów strony dotychczas rządzącej. Propozycja ta została odrzucona przez kierownictwo PZPR, ale świadczy, że nadmierny optymizm nie był tak powszechny, jak się obecnie sądzi.
Trzecią sprawą jest marginesowe tylko potraktowanie początków socjaldemokracji. Autorzy w ogóle nie wspominają o tym, że delegaci na ostatni (X() zjazd PZPR zostali wybrani w sposób demokratyczny – w bezpośrednich wyborach przeprowadzanych w okręgach wyborczych. To wtedy w jednym z takich okręgów obaj – Tomasz Nałęcz i ja – zostaliśmy po raz pierwszy delegatami na zjazd partii. O działaniach SdRP niewiele się z książki dowiadujemy, więc dla nieznającego historii czytelnika zaskoczeniem musi być informacja (z epilogu) o wielkim sukcesie tej partii w wyborach 1993.
Mam też inną opinię o dwóch czołowych postaciach ówczesnej PZPR: Wojciechu Jaruzelskim i Mieczysławie Rakowskim. Nie jestem w tej sprawie bezstronny, gdy z z oboma łączyły mnie stosunki osobistej przyjaźni. Autorzy odnoszą się z większą estymą do byłego prezydenta, ale przesadnie, moim zdaniem, akcentują jego troskę o własną pozycję i o to, jak osądzi go historia. Znałem Generała od wielu lat (poznaliśmy się w 1961 roku) i byłem z Nim bardzo blisko w ostatnich dwóch dziesięcioleciach Jego życia. Mam głębokie przekonanie, że najważniejszym motywem Jego działań była patriotyczna troska o Polskę. Ocena Mieczysława Rakowskiego dokonana w omawianej pracy jest jednostronna i krzywdząca. Autorzy przedstawiają Go jako zagorzałego przeciwnika demokratycznej zmiany. Prawdą jest, że Rakowski usiłował ratować co się da z pozycji partii, na której czele stanął w 1989 roku, ale nie oznacza to, by był wrogo nastawiony do demokratycznej zmiany ustroju, której konieczność uznawał starając się jednak o to, by w demokratycznej Polsce było miejsce na silną lewicę. W tym wypadku autorzy zanadto ulegli pokusie przyjmowania za wyrocznię czarno-białego schematu, którym operuje propaganda zwycięzców.
Te polemiczne uwagi nie mają na celu przekreślenia zalet tej cennej pozycji. Pokazuje ona jednak, ze nawet wśród ludzi wywodzących się z lewicy jest szerokie pole do poważnej dyskusji nad drogą, którą szliśmy do demokratycznej Polski.

Dwa mity i konstatacja

Tekst ten piszę kurwicą i demagogią. Robię to z rozpaczy i wobec zalewu kłamstwa,
które rocznicowo – 4 czerwca – się objawiło.

Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że jestem człowiekiem dialogu i kompromisu. Daleko mi też do wszechobecnego dziś chamstwa, a i słomę w butach chowam starannie, bo wiem, że to to nie najlepiej świadczy o ich posiadaczu. Jeśli zatem tekst ten piszę kurwicą i demagogią, to robię to z rozpaczy i wobec zalewu kłamstwa, które rocznicowo – 4 czerwca – się objawiło. I chociaż chciałbym ich autorów potraktować ze stosowną rewerencją, to nie mogę. Cynizm, wyrachowanie w polityce rozumiem, choć nie lubię. Głupotę i kłamstwo uważam za coś najgorszego, a ich nosicieli będę tępił. Ale ad rem.

Mit pierwszy – komuniści

„Wygraliśmy z komunistami”. „Jak roznosiliśmy ulotki, to widzieliśmy w oczach komunistów strach” – pisze wybitny dziennikarz, w 1989 roznosiciel ulotek. „4 czerwca – wielkie zwycięstwo nad komunistami” – donosi w tytule pismo uważane za umiarkowane. „Wywalczyliśmy wolność” – mówi w wywiadzie facet, który wtedy nie wiadomo co robił, ale dziś należy do słusznej partii i ciągle nadal walczy z komunistami. „Potrzebna dekomunizacja” – wspiera go współtowarzysz walki – obecnie, a nie wtedy toczonej, dodajmy. „Przy Okrągłym Stole oszukaliśmy komunistów” – pisze inny znawca historii w wersji Instytutu Historii Partii (tak się to kiedyś nazywało). Starczy!
Kogo zatem chłopaki zwyciężyliście? Tych, co w 1945 wyszli z lasu i poszli budować uniwersytety? A może tych, co wyjechali ze Lwowa i Wilna i zasiedlili Wrocław, Słupsk i Szczecin? Przecież mogli zostać i bohatersko umrzeć na Syberii. A może tych, co brali ziemię z reformy rolnej, a których tak dzielnie likwidowali Wasi niezłomni? A może tych, co masowo ruszyli do szkół i potem budowali Nową Hutę, Hutę Katowice i trochę jeszcze innych firm, które sprzedawaliśmy po 1989 długo budując siłę polskiej gospodarki?
Wygraliście z komunistą Jaruzelskim. A czy przyszło Wam do głowy, że w ówczesnych warunkach międzynarodowych można było być albo ostrożnym realistą albo Waszą ulubioną figurą historyczną – bohaterskim samobójcą? Wielopolskim lub Trauguttem. Trzecia droga pojawiła się dopiero w latach siedemdziesiątych, ale weszli na nią nieliczni: Kuroń, Modzelewski, Michnik – najbardziej dziś znielubione przez Was postaci.
A może komunistami było moje pokolenie? Kwaśniewski, Miller, Cimoszewicz, Belka i tysiące innych, którzy przed 1989 rokiem nie chowali się po kościołach, a po 1989 roku jasno udowodnili swoją lojalność wobec III RP, twardo respektowali reguły demokracji i zasady gry wolnorynkowej.
Ja wiem, na historii PRL zaciążyli zbrodniarze przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych, brak demokracji i ideologiczne zaślepienie rządzących. Ale wszak w Polsce nie było kołchozów, w kościołach nie lokowano magazynów, wrogowie socjalizmu po 1956 roku nie gnili masowo w więzieniach. Miliony ludzi zdobywało wykształcenie, miało poczucie bezpieczeństwa i uważali swoją przyszłość za przewidywalną.
Warto Panie i Panowie przepracować historię Ojczyzny po 1945 roku. Raz jeszcze zrobić rachunek strat i zysków, zastanowić się co było możliwe, a co nie. I spróbować zrobić rzecz, której nie umieją polscy historycy – napisać historię PRL z punktu widzenia prostego obywatela, a nie prymitywnego propagandzisty. I proponuję zrezygnować z pogardliwego określenia „komuniści”. Pokazuje ono Waszą bezradność intelektualną. To też byli Polacy – najpierw Polacy, a potem wyznawcy określonej doktryny politycznej. To wyście stworzyli „drugi sort” Polaków, Jarosław Kaczyński tylko skorzystał z Waszego dorobku i twórczo go rozszerzył.

Mit drugi – zwyciężyliśmy

Wyniki wyborów z 4 czerwca są powszechnie znane. Zwycięstwo kandydatów Komitetu Obywatelskiego było jednoznaczne i niekwestionowane. Ale spróbujcie w okolicznościowych komentarzach znaleźć informację, ile to głosów zdobyli kandydaci ówczesnej władzy. Nieważne.
„Cały naród zagłosował na Solidarność” – pisze okolicznościową laurkę facet zatrudniony na etacie dziennikarza. Otóż, drogi Panie, nie cały. Kandydaci do Senatu popierani przez tamtą władzę zdobywali od kilkunastu do 40 proc. głosów. „Przepadła sromotnie lista krajowa zawierające nazwiska ówczesnego partyjnego establishmentu” – usłużnie przypomina inny analityk z Bożej łaski. Oczywiście, nie dodaje, że aby zdobyć mandat z tej listy trzeba było uzyskać poparcie co najmniej 5 proc. wszystkich głosujących Polaków. Najgorszy wynik na tej liście uzyskał polityk, na którego zagłosowało ponad 6 milionów ludzi. A więc miał jakieś poparcie, czy też Mu go powszechnie odmówiono? Czy zatem można napisać, że ówczesna władza przepadła z kretesem, czy też bardziej prawdziwe było stwierdzenie, że niemała część naszego Narodu jednak pozytywnie oceniała politykę ekipy Jaruzelskiego?
Dodajmy w tym miejscu, że w żadnej skrótowej notce zamieszczonej w internecie – ani w Wikipedii, ani na stronach stosownych państwowych instytucji popularyzujących historię – nie znajdziemy informacji, jakie wyniki uzyskali przedstawiciele władzy. Jest tylko o „oszałamiającym zwycięstwie”, „dotkliwej porażce” i 99 senatorach. Są też – nawiasem mówiąc – oczywiste błędy. W nazwiskach, okręgach, przynależności partyjnej itd. Biedne te nasze wnuki. Znowu będą musiały poznawać prawdziwą historię kraju z bezdebitowych stron internetowych.

Konstatacja

Nie napisałbym tego tekstu, bo cóż mnie obchodzi radosna twórczość historyczna obecnych propagandzistów. Ale musiałem zareagować, bo przez te wszystkie teksty przebija uczucie, które jest mi zasadniczo obce – pogarda! Nic nie są warte dokonania naszych Dziadków i Rodziców, a nasze życie też nie miało sensu. To oni wygraliśmy i biada zwyciężonym. Co prawda w przełomowym momencie byli ciurami w taborach, ale w zwycięskiej armii. Dziś biegają po grunwaldzkich polach obdzierając trupy. Ale kogo pokonali, w imię czego i jak się to ma w dzisiejszych realiach – nie ma znaczenia.
Nie piszę tu o prawdziwych uczestnikach tamtejszej opozycji i ludziach ówczesnej Solidarności. Oni zasłużyli się Ojczyźnie i nikt Im tego nie odbierze. Wałęsa, Kuroń, Modzelewski, Geremek, Romaszewski, Frasyniuk, Bujak, Janas, Lityński – mógłbym tak bez końca. Od żadnego z nich nigdy – a byliśmy często w sporach zasadniczych – nie zaznałem pogardy. Dziś serwują mi ją niespełnieni postrewolucjoniści. Goście, którzy tak jak Beria czy Jagoda – w czasach rewolucji byli w drugim-trzecim szeregu – a po jej zwycięstwie wycieli w pień jej prawdziwych autorów i bohaterów.
Polska historia ostatniego okresu nie jest wyjątkowa. Z reżimów totalitarnych wychodził nie tylko Wschód Europy, wychodziła Hiszpania, Portugalia, Grecja – aby nie szukać zbyt daleko. Były to reżimy nie mniej podłe jak stalinizm, także znaczone krwią i brutalną rozprawą z opozycją. Ale tam tego triumfalizmu jest jakby mniej, zamiast pogardy jest próba rozliczenia się z przeszłością bez naruszania godności tysięcy ludzi.
To wszak pogarda leży u źródeł zwycięstwa populistów i faszystów. To ona wyzwala u ludzi przekonanie, ze nie ma żadnych zasad i wartości, że można najpierw znieważyć słowem, a potem i sztachetą. To ona daje ludziom niskiej konduity radość – wreszcie jest ktoś gorszy ode mnie, mniej udaczny, bardziej winny. To ona leży także u źródła dzisiejszych zwycięstw politycznych. Jak się jej nie pozbędziecie, przyjdzie nowy 1989 rok. Znowu ludzie upomną się o godność.

4 czerwca 1989 r. – Czyje święto?

„Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm” tymi słowami Joanna Szczepkowska symbolicznie ogłosiła koniec PRL. Zdecydowana większość wyborców „Solidarności” wierzyło, że spektakularne zwycięstwo Komitetu Obywatelskiego w pierwszych wolnych wyborach przyniesie zmianę na lepsze. Polska Ludowa poobijana dekadą wojny polsko-polskiej, ciągłych strajków oraz zapaści ekonomicznej faktycznie potrzebowała nowego impulsu. Obrady Okrągłego Stołu oraz wybory czerwcowe dawały szanse na wyjście z politycznego, społecznego i ekonomicznego letargu całych lat 80. Było to w interesie tak kierownictwa PZPR jak i liberalnego skrzydła NSZZ. W końcu tak Generał Wojciech Jaruzelski jak i Lech Wałęsa zdawali sobie sprawę, że obydwie strony sporu są w równej mierze za słabe oraz za silne by przez nokaut przeciwnika rozstrzygnąć ten wyniszczający Polskę konflikt.
4 czerwca 1989 roku od lat usilnie prezentowany jest przez liberalne środowiska związane z „Gazetą Wyborczą” i Platformą Obywatelską jako „święto wolności”. W tym politycznym micie Polki i Polacy pokojowo pogrzebali komunistyczny reżim przy pomocy karty wyborczej, rozpoczynając historyczny pochód do nowego, lepszego świata, którego ucieleśnieniem jest trwała obecność Polski w kapitalistycznym i demokratycznym świecie. Kręgi konserwatywne związane z PiS przeciwstawiają sobie 4 czerwca z 1989 i 1992 roku. W ich narracji prawdziwym dopełnieniem wyborów czerwcowych powinna być masowa lustracja oraz historyczne rozliczenie PRL oraz jej niekwestionowanych przewin. Zdaniem akolitów braci Kaczyńskich uniemożliwiła to zdrada dawnych towarzyszy z „Solidarności”, którzy razem z byłymi agentami SB dokonali obalenia rządu Jana Olszewskiego podczas tzw. nocnej zmiany w trzecią rocznicę wyborów 4 czerwca. W obydwu narracjach brakuje natomiast tego co najważniejsze: zwykłej ludzkiej krzywdy, która wiąże się z niewyobrażalnymi kosztami polskiej transformacji.
Polska lewica przez lata nie posiadała własnej, autonomicznej oraz wyraźnej polityki historycznej, zaś 4 czerwca był dla niej szczególnie problematyczny. W końcu PZPR przegrała tamte wybory na własne życzenie. Zaczynając od idiotycznej ordynacji wyborczej, poprzez butne przeświadczenie o swojej wyborczej mocy po skandaliczne wsparcie reform Balcerowicza. W związku z tym, współtwórcy post-PZPR-owskiej socjaldemokracji woleli dopisać się do liberalnej drużyny zwycięzców, wspierając mit o historycznej wzniosłości tamtych wydarzeń, które otworzyły Polsce furtkę na Zachód. Problem jednak w tym, że nie każdy zmieścił się w tych wrotach, pozostając na uboczu, nie odczuwając „błogosławionych dobrodziejstw” wzrostu gospodarczego. Mieszkańcy wsi utrzymujący się z pracy w Państwowych Gospodarstwach Rolnych, wielkoprzemysłowa klasa robotnicza, żołnierze, milicjanci, oficerowie Ludowego Wojska Polskiego i Milicji Obywatelskiej, nauczyciele oraz pracownicy naukowi o niesłusznym rodowodzie, poglądach i przynależności partyjnej – wszyscy oni zostali pozostawieni sami sobie, dryfując dziurawymi łódeczkami po neoliberalnym oceanie, będąc mijanym przez luksusowe jachty nielicznych beneficjentów zmian.
Centrum im. Ignacego Daszyńskiego jest współtworzone przez nowe pokolenie polskiej lewicy, dzieci polskiej transformacji, które naocznie doświadczyły uwiądu państwa, prywatyzacji zysków i uspołecznienia strat, ideologicznej ofensywy prawicy wszelkiej maści oraz odmawiania godności ludziom pracy oraz wszystkim aktywnym zawodowo przed 1989 rokiem. Nie musimy i nie chcemy wybierać między liberalną i konserwatywną opowieścią o 4 czerwca. Chcemy zaproponować własną ocenę historii. W związku z tym w 30 rocznicę powstania III RP chcemy zaprosić czytelniczki i czytelników „Trybuny” do wspólnej rozmowy o tym co nie udało się III RP, co można było zrobić lepiej oraz co z pewnością trzeba naprawić by Polska była faktycznie demokratycznym państwem prawnym opierającym się na zasadzie sprawiedliwości społecznej. We wtorek 4 czerwca 2019 roku spotkajmy się o 18:00 w warszawskiej Stacji Muranów (ul. Gen. Andersa 13). Szczegółowo analizować będziemy cztery obszary życia społecznego: pracy, związków zawodowych, praw kobiet oraz polityki historycznej, zaś w dyskusji udział wezmą: red. Estera Flieger (Gazeta Wyborcza), dr Piotr Ostrowski (Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych), dr Bartosz Rydliński (Centrum im. Ignacego Daszyńskiego), red. Agata Szczęśniak (OKO.press), red. Rafał Woś (Tygodnik Powszechny).