Kapsułki pamięci

Klemens Mielczarek, czyli jak otarłem się o przedwojenne kino
Swego czasu, a były to lata 2003-2005, wszedłem z miłą zażyłość ze znanym polskim aktorem najstarszego wtedy pokolenia (rocznik 1921), panem Wieńczysławem Glińskim, wybitną postacią z annałów aktorstwa polskiego. Nasze pierwsze spotkanie w jego pełnym antyków mieszkaniu w przedwojennej willi przy Poselskiej na Saskiej Kępie przeciągnęło się do późnych godzin nocnych, do zaśnięcia pana Wieńczysława czerwonym winem, które sączyliśmy przy rozmowie, butelkę po butelce. W końcu, a był już środek czerwcowej nocy z tęgą ulewą za oknem, pan Wieńczysław zasnął jak niemowlę, co uznałem za moment właściwy do ewakuowania się z jego gościnnych progów.
Troskliwie przykryłem go kocem i wyszedłem w objęcia deszczowej nocy. Po jakimś czasie spisany przeze mnie wywiad, zaledwie nędzny skrót z przebogatej opowieści pana Wieńczysława, ukazał się w prasie, a mój kontakt z nim z rzadka, ale stale się ponawiał. W 2004 roku pan Wieńczysław zaprosił mnie na swoje majowe urodziny. Dla takiego fana aktorstwa jak ja była to niebywała gratka. Nie tylko sam pan Wieńczysław (przez koleżeństwo nazywany Sławkiem), ale i jego liczni goście imieninowi to były postacie tzw. „legendarne”, bohaterowie ekranów, kinowych i telewizyjnych.
Przyszedłem nieco wcześniej i przysiadłem na krześle obserwując przygotowania do imienin, naprawdę sutych, dla kilkudziesięciu osób. Siedzę sobie, a tu godnie wchodzi nieco posępny Ignacy Gogolewski i za chwilę z namaszczeniem zapala papierosa. Mija kilka minut i wchodzi godna dama Barbara Horawianka. Znów, po jakimś czasie, pojawia się reżyser Stanisław Różewicz, a w międzyczasie znany kiedyś piosenkarz Cwynar? Kocoń? Siedzę dalej a tu wchodzi sam Stanisław Mikulski, legendarny Hans Kloss. Imieniny w końcu ruszyły, w ruch poszły talerze, sztućce, kieliszki. Pan Wieńczysław dyrygował jak szef kuchni dwoma jasnowłosymi młodzieńcami, swoimi wnukami, nazywając ich, niczym molierowski pan Jourdan, „moimi lokajami” i klaszcząc na nich.
Po pewnym czasie przy drzwiach wejściowych zrobił się gwar. Goście ustawili się w powitalny szpalerze i do salonu, niczym król wszedł Wiesław Michnikowski, rozdzielając gościom ukłony i uśmiechy. Zobaczywszy w głębi salonu Mikulskiego rozpostarł ramiona w serdecznym geście i zawołał: „Stasiu, czy ty pamiętasz, jak pytałeś mnie czy zostać aktorem?”. Ten objął go serdecznie i zawołał: „Wiesiu, pamiętam, ale to było 55 lat temu!” Potem wysłuchałem m.in. w bardzo zabawny sposób wypowiadanych zabawnych anegdot przez pana Michnikowskiego. Jednak nie to było dla mnie clou wieczoru. Wśród gości moją uwagę zwrócił starszy pan, siwiutki jak gołąbek, o czerwonej, ale jakby chłopięcej twarzy, o bardzo zgrabnej, niewielkiej figurce. Miałem nieodparte wrażenie, że skądś znam te twarz, ale nie mogłem sobie przypomnieć skąd. Kiedy dyskretnie spytałem o to gospodarza, pana Wieńczysława, ten wykrzyknął radośnie: „Ależ to Klemens Mielczarek. Przed wojną grał w filmie z Dymszą!”, po czym przedstawił mnie temu panu.
Teraz dopiero skojarzyłem, ze znam tę twarz z przedwojennych komedii, z Dymszą pan Klemens wystąpił w filmie „Wacuś” Michała Waszyńskiego, zaś z Eugeniuszem Bodo i Leną Żelichowską pojawił się na ekranie w filmie Konrada Toma „Książątko” (1937). Młodziutki wtedy, kilkunastoletni Klemens angażowany był do epizodów w charakterze „wisusów o dobrym sercu”. Po wojnie grał epizody w teatrach i filmach, m.in. w „Café pod Minogą” Bronisława Broka czy duży epizod w „Przygodzie na Mariensztacie” Leona Buczkowskiego, w duecie z Tadeuszem Szmidtem, jako murarzem Szarlińskim. Z panem Klemensem umówiłem się na wywiad, ale na tym się nie skończyło.
Kiedyś zaprosił mnie na wspólny wyjazd na przedmieście Warszawy, z jego wędrownym teatrzykiem dla dzieci o nazwie „Kukuryku”, z którym występował dla najmłodszej publiczności w różnych miejscach, w tym w supermarketach. Opatrzył też dedykacją swoje zdjęcie z Dymszą z planu „Wacusia” z 1935 toku. Zmarł w 2006 roku. Dzięki poznaniu Go, otarłem się o przedwojenne kino.
Duch Andrzeja Struga
Każdemu zdarzają się przypadki losowe, dziwne zbiegi okoliczności, ale nie mam na myśli pierwszych lepszych, lecz dziwne, jakby paradoksalne, można by rzec – pachnące interwencją sił nierozpoznanych, metafizycznych, a powiadam to jako zdeklarowany i twardy materialista. Opowiem o kilku z nich.
Późnym latem 1980 roku zamieszkałem, w rezultacie zawarcia małżeństwa, w drewnianym XIX-wiecznym dworku postszlacheckim na przedmieściach Lublina, w tzw. dworku Struga. W tym czasie był on, w rezultacie sprzedaży i donacji, m.in. ze strony rodu Łubieńskich, własnością Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i przynależał do jego substancji mieszkaniowej. Dom ten został wzniesiony w 1880 roku przez Władysława Gałeckiego, ojca pisarza Tadeusza Gałeckiego (1871-1937), znanego pod pseudonimem Andrzej Strug. Był to pisarz socjalistyczny, PPS-owski i niepodległościowy, autor m.in. „Dziejów jednego pocisku” czy „Odznaki za wierną służbę”, był też ułanem od Beliny, a po latach mistrzem loży masońskiej. Z powodu ciężkich, z przyczyn technicznych, warunków życia w tym dworkowym mieszkaniu, popadłem w ciężki, wieloletni konflikt z administracją KUL, a czas ten bardzo negatywnie zaciążył na moim życiu.
Pewnego dnia, już nie pamiętam czy jeszcze mieszkałem w dworku czy już się z niego (po męczących 13 latach) wyprowadziłem, odwiedzając grób mojego dziadka Teofila, żołnierza II Brygady Legionów i POW, na warszawskim Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, natknąłem się nieopodal na grób Andrzeja Struga. Ta niezwykła zbieżność faktu, że dane mi było mieszkać w dworku Struga (prawdopodobieństwo bliskie ze statystycznego punktu widzenia prawdopodobieństwu zamieszkania na Zamku Królewskim a albo na Wawelu), a potem spotkać jego grób w pobliżu jednego z moich grobów rodzinnych postanowiłem (umownie i metaforycznie, bo jestem, jak już wspomniałem, żelaźnie konsekwentnym materialistą) uznać za celową obecność ducha pisarza w moim życiu, za świadome naprowadzanie mnie przez niego na jego ślady. Uznawszy to, napisałem kilka artykułów o Strugu, a jeden z nich został nawet zacytowany w książce mu poświęconej.
Uznałem, że duch pisarza, zorientowawszy się w moich literacko-historycznych zainteresowaniach i publicystycznych zajęciach, postanowił uczynić mnie kustoszem swojej bardzo dziś zapomnianej – przy tym tematycznie oraz literacko mocno anachronicznej – twórczości. Prawdę mówiąc, jako zatwardziały materialista tak naprawdę w to nie wierzę, ale formalnie trzymam się tej wersji. W końcu, dlaczego sobie nie pofantazjować?
Nosem w grobowiec
Inna historia paradoksalna. Wiele lat później, przygotowując się do kolejnej podróży do Paryża, zainteresowałem się twórczością Raymonda Roussel (1933), dziwnego pisarza ekscentryka, posługującego się wyszukaną stylistyką i formą, praktyka jego własnej odmiany idei prozy „czystej formy”.
Poczytałem z zainteresowaniem to i owo z prozy Roussela i o nim samym, ale nie był on dla mnie na tyle ważny, żebym, starym zwyczajem, postanowił dotrzeć do jego grobu. Ba, nawet nie zapamiętałem i nie zapisałem na jakim cmentarzu został on pochowany. I oto pewnego dnia udałem się na Pére Lachaise, wybierając tym razem drogę wędrówki dość przypadkowo.
Szedłem tak niezobowiązująco, bez ściśle określonego celu i popatrywałem na groby na chybił trafił. W pewnym momencie, zupełnie przypadkowo, znalazłem się przed grobem z czarnego, lśniącego marmuru, grobem, na który wcześniej nawet nie zwróciłem uwagi. Spojrzałem na napis: był grób Raymonda Roussel. Czy i duch Roussela, tego interesującego, ale z punktu widzenia historii literatury francuskiej, a tym bardziej powszechnej, niszowego pisarza dla koneserów, także, zorientowawszy się, że zainteresował się nim pewien czytelnik z dalekiego kraju, postanowił skierować mnie na swoje ślady i uczynić mnie polskim kustoszem pamięci o nim?
Cokolwiek podobny przypadek zdarzył mi się na Pére Lachaise szereg lat wcześniej. Podczas jednego z licznych pobytów natknąłem się na nagrobek Jean Lamberta Tallien, jednego z termidorian 1794 roku, tych którzy obalili Robespierre’a. Tallien zmarł w 1820 roku i jego grób usytuowany jest w strefie grobów z przełomu XVIII i XIX wieku, który mają kształt klasyczny, monumentalny, pompierski, nawiązujący do antycznych świątyń.
Tymczasem nagrobek Talliena sprawia wrażenie zaprojektowanego w latach 20-tych czy 30-tych XX wieku, a nawet później, jest bez ozdobników, ornamentów, ma minimalistyczną formę geometryczną dwóch prostokątów ustawionych wzajemnie w kształt litery L. Albo więc został postawiony wiele dziesięcioleci po śmierci Talliena, albo autor projektu z czasów Talliena miał futurystyczną wizję plastyczną i radykalnie wykroczył poza estetykę swojej epoki. To tyle co do formy. Grób Talliena, mimo że wydawał się nowy i w niezłym stanie, był mocno zaniedbany, pokryty mchem. Odczyściłem go, tak jak kiedyś grób Stanisława Brzozowskiego na Trespiano pod Florencją i postanowiłem się nim „zaopiekować”.
Jako wielki miłośnik historii Wielkiej Rewolucji Francuskiej uznałem to za swoisty rodzaj zbliżenia się do niej. Bo w końcu ktoś, kto zaopiekował się grobem jednej z jej sławnych postaci, wszedł poniekąd do jej dziejów.

Spacer

Jest piątek, piąta po południu, mroźno i śnieżnie, nieszczęsny prezydent nadmorskiego miasta wyrusza w swój ostatni spacer po mieście, którym – ku pożytkowi jednych, niepożytkowi – drugich, zarządzał od wielu lat.
Jego zabójca jest tego świadom, albo nie.
Wokół kraj podzielony na dwa nieprzyjazne plemiona, z których jedno oskarża drugie o kierowanie ręką, szalonego, ale wyjątkowo sprawnego i zdeterminowanego mordercy.
Przywołujemy dzień ostatniej wędrówki prezydenta Narutowicza, zastanawiamy się nad skruchą, co – być może – delikatnym muśnięciem dotknęła wówczas czoła zabójcy-malarza, wracają słowa niezapomnianego wiersza Juliana Tuwima, któregośmy uczyli się na pamięć w szkołach.
Toutes proportions gardees – prezydent Gdańska nie miał formatu Narutowicza, jego zabójca to nie Eligiusz Niewiadomski, a poety, co by ducha chwili wyraził z niezrównaną maestrią Tuwima – także brak.
2.
Przed laty, podobny, pożegnalny spacer po mieście odbyło blisko sto ofiar wypadku smoleńskiego. Także było zimno, także na ulice wyległy tłumy. Wśród zmarłych był i świetny aktor, i młodziutka stewardessa, i ostatni prezydent na uchodźstwie, i powstaniec warszawski, i legendarna pracownica stoczni..
Był także prezydent Polski.
3.
Obie te upiorne, bo ostatnie, wędrówki po miastach młodości mają ze sobą wiele wspólnego.
Ofiary prezydenckiego samolotu zginęły w czasie wyprawy, której celem było oddanie hołdu rozstrzelanym w Katyniu. Zanurzonym w lodowatym milczeniu przez bez mała półwiecze. Szlachetny był cel tej wyprawy, ale jakże tragiczne owoce.
Prezydent nadmorskiego miasta zginął w czasie radosnego koncertu o charakterze dobroczynnym.
Odczytać to można tylko jako głeboko ironiczny grymas zawsze nieprzewidywalnego Losu.

Jest i druga paralela.
I prezydent nadmorskiego miasta, i wielu pasażerów nieszczęsnego samolotu, co swój lot zakończył w błotach Smoleńska, pochodzili z tego samego politycznego obozu. Obozu, którego, ideowi przecież, uczestnicy, 4 czerwca 1989 roku postanowili swoją na nowo odzyskaną Ojczyznę, odbudować i umocnić.
Wspólnie.
4.
Taki był dalekosiężny zamiar. Niewiele się z niego ostało. Po 30 latach tragicznie bolesnej dla wielu przemiany zostawili kraj zadłużony, w znacznej części wyprzedany, tyle tylko, że pięknie – i na kredyt – odmalowany.
Nie to jednak najgorsze, a to, że z ich wspólności nie zostało nic poza wrogością. Tą wrogością, która podzieliła Polskę (tak mówili jedni), czy „ten kraj” jak zwykli nazywać drudzy, na „Ateny” i „Spartę” z czasów, gdy drogi tych antycznych wspólnot rozchodziły się.
5.
Zgodnie z pascalowskim zakładem, jeżeli istnieje Bóg i jeżeli podejmuje się On czasem wykonania gestów ostrzegawczych, to śmierć wszystkich wędrujących tak sennie, nieśpiesznie, chłodnymi ulicami miast ich młodości takim właśnie gestem jest:
– Przybliżcie się do siebie i popatrzcie na siebie tak jak patrzy się na siostry i braci, którym przyszło żyć w jednym, nieważne, że skromnym, ale wspólnym przecież jeszcze – domu.
Takim domu, gdzie okna na świat wprawdzie szeroko otwarte, ale domownicy przy wspólnym stole, w ciepłym świetle, zapalonej o zmierzchu, lampy. Jeżeli jeszcze potraficie.