Konwencja Stambulska to niezbędne minimum

– Miarą sprawności systemu przeciwdziałania przemocy w rodzinie nie powinno być samopoczucie wiceministra sprawiedliwości, tylko poczucie bezpieczeństwa osób doznających przemocy – mówi dr Grzegorz Wrona,
adwokat, ekspert ds. przeciwdziałania przemocy domowej, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: W 2018 roku odnotowano 88 tys. przypadków przemocy w rodzinie (wg statystyk policji). To dużo czy mało?

GRZEGORZ WRONA: To zależy, bo w stosunku do lat poprzednich to nie jest większa liczba, ale cały czas mówimy o statystyce dotyczącej procedury niebieskich kart. Prawdziwa, ciemna liczba przemocy jest znacznie większa. Pytanie, jakie są proporcje przemocy ujawnionej i nieujawnionej.
Liczba 88 tys. jest mniej więcej stała, oczywiście może się różnić o 10-20 tys., ale nie więcej. Można zatem powiedzieć, że liczba ujawnionej przemocy nieznacznie spada, nie powiększa się.

To chyba dobrze?

Wręcz przeciwnie, bo to znaczy, że nic się nie zmienia i że osoby doznające przemocy nie są gotowe w większym stopniu ujawnić faktu, że doznają przemocy. Z całą pewnością sposób postępowania przeciwdziałania przemocy w rodzinie nie zmienił się i nie zachęca osób do ujawnienia przemocy.

Czy możemy oszacować prawdziwą skalę przemocy?

Najbardziej wiarygodne badania należą do agencji europejskiej FRA, która w tym roku będzie je powtarzać. Ostatnie pochodzą z 2014 roku. To ogromne badanie przeprowadzane poprzez ankieterów i bardzo szczegółowe. Specjalnie przeszkolone osoby rozmawiają z kobietami, bo to ich dotyczy badanie. Dopiero po przeprowadzeniu tegorocznego będziemy mogli powiedzieć coś o skali nieujawnionego zjawiska.

Natomiast to, co jest charakterystyczne dla tych badań, to fakt, że Polki stosunkowo rzadziej, niż kobiety w innych krajach europejskich, czują czy deklarują, że doznały przemocy w poszczególnych kategoriach (przemoc seksualna, psychiczna, fizyczna) i z czyjej strony. Na tym przykładzie ewidentnie widać, że są kraje, gdzie rozumie się przemoc szerzej, skoro osoby deklarują, że jej doznały. Jeżeli w danym kraju mamy stereotyp, że przemocą jest tylko silne pobicie, to wszystkie inne przypadki przemocy już nie będą deklarowane jako przemoc.

Jeżeli przez przemoc seksualną rozumiemy tylko gwałt poprzez penetrację, a nie poprzez dotykanie części intymnych, to znowu jeżeli kobieta będzie w pracy przez przełożonego dotykana po piersi, nie uzna tego za przemoc seksualną. Tu jest ten decydujący element.

Czy ta świadomość kobiet może być powodem, że mamy dobre statystyki przemocy w rodzinie w porównaniu z krajami UE?

Zdecydowanie tak. Ta liczba ujawnionej przemocy nie ma nic wspólnego z faktyczną liczbą i nie dotyczy to tylko zjawiska przemocy, a przestępczości w ogóle. To, co jest charakterystyczne, to w jakich krajach UE kobiety deklarują, że nie doznają przemocy: to Bułgaria, Rumunia i Polska. Natomiast gdy rozmawiamy o takich krajach jak Niemcy, Włochy, Hiszpania, Francja, Szwecja, to sukcesywnie ta liczba rośnie, tylko to nie rośnie liczba zachowań po stronie sprawców, tylko rośnie liczba deklarowanej przemocy po stronie osób pokrzywdzonych.

Z mojej praktyki mogę powiedzieć, że to bardzo charakterystyczne, że zgłaszająca się osoba po pomoc mówi, że wcale nie doznaje takiej przemocy jak inni, bo nie było tak strasznie. Czyli już na początku osoba uważa, że inni doznają znacznie gorszych rzeczy.

Czyli poszturchiwanie czy lekkie pobicie to jeszcze nic strasznego?

Bo bój toczy się o to, że jeżeli będziemy identyfikować przemoc znacznie szybciej, czyli w momencie, kiedy nie przybiera jeszcze drastycznych form, to jesteśmy w stanie zareagować miękko: pracować ze sprawcą, ochronić ofiarę tak, aby nie dochodziło do drastycznych zachowań. Wówczas struktura przemocy się zmienia. Natomiast jeżeli mamy system, który reaguje tylko na ciężkie pobicie, to już jest za późno, wtedy można tylko wymierzyć karę więzienia, odizolować sprawcę i tyle.

Cała filozofia przeciwdziałania przemocy w rodzinie powinna zmierzać do tego, aby rozszerzyć definicję przemocy w rodzinie, identyfikować jej jak najwięcej na wczesnym etapie i móc jej zapobiec i udzielić pomocy rodzinie, czyli tej strukturze, którą te osoby tworzą. Jeżeli tego nie będzie, to siłą rzeczy będziemy spotykali się tylko z drastycznymi przypadkami. Rozumiem, że to trudne dla polityków, bo jeżeli rozszerzy się definicję przemocy, to statystki wzrosną i okaże się, że nie 88 tys., a 150 tys. przypadków przemocy będzie, ale to nie dlatego, że jest więcej samej przemocy, tylko że wzrosła liczna osób, które chcą naszej pomocy – pomocy państwa.

Jak się do tego wszystkiego odnosi konwencja stambulska i czy jest ona lewicowym, genderowym koniem trojańskim, czy jest umową, która może pomóc ochronić ofiarę?

Przyznam, że to szalenie ciekawe, bo ta dyskusja, która teraz się u nas zaczyna toczyć na podstawie wypowiedzi Ministerstwa Sprawiedliwości, weszła w fazę oderwaną od tekstu konwencji. Konwencja to zbiór podstawowych elementów systemu przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Państwa członkowskie Rady Europy na podstawie wieloletniego doświadczenia zebrały te rzeczy podstawowe i umieściły w jednej konwencji. Zatem to program minimum, który trzeba spełnić, aby mówić o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Jeżeli ktoś uważa, że ten program minimum to jest za dużo, to przyznam, że opadają ręce. Po drugie, konwencja mówi, że musi być sankcja za przemoc, czyli jakaś reakcja państwa. Musi być przeciwdziałanie przemocy w taki sposób, aby podnosić świadomość społeczną w zakresie przeciwdziałania przemocy w rodzinie i musi wreszcie być powiedziane, że ta przemoc ma szeroki wymiar, czyli nie tylko ta przemoc fizyczna, i to taka, która kończy się w szpitalu, ale również wszelkie inne formy przemocy, które oddziaływają na psychikę, bezpieczeństwo ekonomiczne.

Zatem jak się to wszystko ma do polskiego prawa?

W polskim prawie karnym nie ma pojęcia przemocy w rodzinie. W związku z tym, jeżeli szukamy sankcji karnej dla sprawcy przemocy w rodzinie, to musimy dopasować zachowanie sprawcy do któregoś z przestępstw w kodeksie karnym. W przypadku pobicia, czyli przemocy fizycznej, to jest najprostsze, bo mamy komplet przepisów, ale jeżeli jest przemoc psychiczna, to już nie zawsze jest ona przestępstwem. Przemoc ekonomiczna nigdy nie będzie przestępstwem, a przemoc seksualna tylko w wąskim zakresie. Zatem okazuje się, że prawo karne nie zawsze może być użyte, a jeśli nie prawo karne, to co?

Jak polski system reaguje na przemoc w rodzinie, która nie jest „przestępstwem”? Przykłady – mamy w prawie zakaz kontaktu i zakaz zbliżania, ale tylko wtedy, kiedy mamy do czynienia z przestępstwem, bo to są zapisy w prawie karnym. Zatem część osób doznających przemocy z założenia wypada w ogóle z zakazu zbliżania czy kontaktu.

Kolejna rzecz – co robimy ze sprawcami? Nie trzeba być prawnikiem, ale zadać sobie to pytanie; skoro identyfikujemy przemoc w rodzinie np. w procedurze Niebieskiej Karty, to co mamy zrobić ze sprawcą. Czy go ukarać, odizolować? Polski system nam na to nie odpowiada. Ukarać go można tylko w nielicznych przypadkach, odizolować od ofiary też nie bardzo i tylko w szczególnej sytuacji. Najtrudniej go zmienić, czyli podjąć pracę, aby w przyszłości nie stosował przemocy, czyli wysłać do psychologa, na reedukację. W tym zakresie jest kompletny dramat, bo nie kierujemy znaczącej liczby sprawców na takie działania.

W Polsce działamy tylko tam, gdzie mleko się wylało, bo nie da się ukryć, bo była interwencja policji, było uszkodzenie ciała, ale to są przypadki, gdzie sprawa zaszła za daleko, w innych przypadkach nie mamy pola do reakcji.
Ministerstwo Sprawiedliwości twierdzi, że mamy dużo lepsze przepisy, które chronią przed przemocą w rodzinie, niż te z konwencji stambulskiej.
To ja proszę o choć jeden przykład przepisu, który zastosowany w praktyce jest lepszy, niż któreś z założeń konwencji. Rozumiem, że możemy sobie tak mówić, że jesteśmy mistrzami świata w konkurencji, w której nikt nie startuje, ale za chwilę będziemy krajem, który wypowiedział konwencje stambulską i też będziemy jedyni, tylko nie wiem, czy faktycznie chcemy wyznaczać taką drogę. Miarą sprawności systemu przeciwdziałania przemocy w rodzinie nie powinno być samopoczucie wiceministra sprawiedliwości, tylko poczucie bezpieczeństwa osób doznających przemocy. Jak pani zapyta takie osoby, czy one uważają, czy państwo polskie zapewnia im bezpieczeństwo i właściwą reakcję, to śmiem twierdzić, że odpowiedź będzie zupełnie inna.

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik twierdzi, że konwencja uderza w instytucję małżeństwa i w rodzinę.

To ja odpowiem w ten sposób, jeżeli chcemy próbować ocalić instytucję małżeństwa i rodzinę, to musimy na przemoc reagować jak najszybciej i tam, gdzie jest niebezpieczeństwo jej zaistnienia. Dzisiejszy system w Polsce pozwala tylko na ratowanie życia i zdrowia ofiary i nie ma już mowy o ratowaniu małżeństwa czy rodziny.

Pan wiceminister zaprzecza takimi wypowiedziami idei pomocy poprzez przekreślenie deklaracji państwa, że podda się kontroli i to jest, moim zdaniem, prawdziwy powód zamieszania. Polska pierwszy raz będzie podlegała zewnętrznej ocenie tego, czy przestrzega zasad zapobiegania przemocy w rodzinie. I nie chodzi tu o to, że Polska sama mówi, że jest najlepsza na świecie, tylko że będą miały możliwość wypowiedzenia się organizacje pozarządowe, te, które na co dzień pracują przy rodzinach. W momencie jak ma dojść do tej oceny, to Polska się wycofuje.

Do tej pory nikt nie widział zagrożenia dla rodziny, dla małżeństwa, a obecna władza rządzi od 5 lat. To co się nagle stało?

Dziś rano słyszałem nawet, jak wiceminister Romanowski twierdził wręcz, że konwencja jest zagrożeniem dla kobiet.

Prawda jest taka, że dochodzimy do momentu, kiedy mówimy sprawdzam i czy te najlepsze na świecie przepisy rzeczywiście funkcjonują, czy nie, są skuteczne czy nie, chronią czy nie i czy ofiara ma poczucie bezpieczeństwa. Teraz nie mają o tym mówić politycy, tylko ludzie, którzy są na pierwszym froncie walki z przemocą. Być może tej właśnie opinii się obawiamy.

Z mojego punktu widzenia, czyli osoby, która zajmuje się pracą z ofiarami przemocy w rodzinie, nie słyszałem, żeby ktoś powiedział, jak wspaniale polski system funkcjonuje i że prokurator, policjant i sędzia po prostu czekają w blokach startowych, aby móc ochronić osobę doznająca przemocy. Niestety nic takiego się nie dzieje.

Płyta, czyli niewiarygodna przemiana Szawła w Pawła

Zaprzyjaźniony psycholog opowiedział mi ostatnio historię.

W pewnym mazurskim gospodarstwie, które miał okazję zwiedzać podczas wielu rodzinnych wakacji, wśród ogólnie panującego nieładu i zaniedbania domu i gumna zdumiewała starannie wmontowana przed drzwiami do pustej, sypiącej się ze starości stodoły potężna i na oko niezniszczalna stalowa płyta. Drzwi prawie nie było, ledwo co zamykały się na skobel. Drzwi do domu też naruszył ząb czasu. A płyta wyglądała na wieczną, niezniszczalną i trwalszą niż cokolwiek wokół.

Wreszcie mój znajomy nie wytrzymał i postanowił się dowiedzieć, skąd to imponujące stalowe zabezpieczenie. W odpowiedzi usłyszał historię, którą zapamiętał i przekazuje dalej. Podczas wojny toczyły się tam walki pancernych armii, które pozostawiły na polach i łąkach wraki czołgów. Po ustaniu walk zwycięskie wojsko rozbroiło wraki, wymontowało z nich wszystko, co jeszcze mogło służyć wojennym potrzebom i poszło dalej – a tony stali zostały. Wszak taki czołg to potężna i trudna do rozłożenia maszyna.

A jednak! Minęło lat niewiele i stalowe skorupy zniknęły. Jeden sąsiad wziął lufę, inny wieżyczkę. Jak oni to robili bez stosownych narzędzi? – nie wiadomo. Ojciec obecnego właściciela posesji zabrał płytę podłogową. To znaczy – to, co w czołgu jest podłogą. Nawet nie wiem, jak to się nazywa. I tę płytę umieścił przed stodołą, żeby było można wygodnie i suchą nogą do niej wchodzić. Płyta została. Wojna dawno zakończona, stodoły prawie nie ma. A płyta jest i służy kolejnemu pokoleniu.

Znajomy psycholog (poniekąd jeden z najlepszych, jakich znam) opowiedział mi tę historię, bym zrozumiała fundamentalną prawdę. Nigdy nie jest tak, że los, świat, historia, ludzie zostawiają nam to, czego się spodziewamy, oczekujemy, co według nas mogłoby nam się przydać. Można się na to zżymać, zrzędzić, wpadać w gniew, doszukiwać drugiego i trzeciego dnia, nie przyjmować do wiadomości i odwracać od nieoczekiwanych darów. Albo można robić swoje, posługując się tymi zasobami, które akurat mamy do dyspozycji.

Przez całe życie trzymałam się twardo zasady timeo Danaos et dona ferentes („bój się Greków, nawet kiedy przynoszą ci dary”). A już kiedy Grekiem dary przynoszącym jest obecny minister sprawiedliwości, każdy dar należy traktować co najmniej ostrożnie. Zwłaszcza kiedy jest nim coś, o co przez całe lata się walczyło – także z tym ministrem i jego ludźmi! Od ćwierć wieku bowiem w Polsce toczyła się batalia o rzeczywistą, a nie papierową ochronę ofiar przemocy w rodzinie. Warunkiem takiej ochrony jest gwarantowana przez prawo możliwość natychmiastowej izolacji sprawcy przemocy od jej ofiar, poprzez nakaz opuszczenia wspólnego mieszkania oraz nałożony na sprawcę zakaz zbliżania się. Wiedzą o tym wszyscy, którzy kiedykolwiek pracowali z ofiarami przemocy w rodzinie i na ich rzecz. Ci, dzięki wysiłkom których los ofiar przemocy w rodzinie powoli stawał się nieco lepszy. Najlepiej wiedzą o tym oczywiście sami, a głównie – same zainteresowane, które przemocy w rodzinie doznają codziennie. One wiedzą, że skuteczna pomoc nie tylko powstrzyma domowego oprawcę, ale także umożliwi im zachowanie tego, co dla przetrwania jest podstawą – czyli dachu nad głową, a w konsekwencji przestrzeni wolnej od przemocy.

Dzięki ministrze Izabeli Jarudze-Nowackiej, pełnomocniczce rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn, w polskim prawie (od 2005 roku) obowiązuje Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Nad zgłoszonym przez pełnomocniczkę projektem najpierw deliberowały dwa kolejne lewicowe rządy. Dlaczego tak długo? Ano dlatego, że także dla lewicowych polityków możliwość „brutalnego” prawa, pozwalającego na natychmiastowe usunięcie bijącego z „jego domu”, była czymś przekraczającym granice wyobraźni. To ówczesny minister sprawiedliwości z troską pytał na radzie ministrów pełnomocniczkę: a gdzież oni pójdą, chcesz zapełnić dworce bezdomnymi mężczyznami?

Odpowiedź Izabeli Jarugi-Nowackiej weszła do annałów polskiej polityki: „taki usunięty z domu kat może pójść np. do hotelu albo do kumpla, albo do noclegowni, albo do mamusi, albo, jeśli wszystko się nie sprawdzi – na dworzec. Jeśli mam do wyboru, czy na ulicy znajdzie się (a znajdzie, bo w końcu ze strachu przed stałą i bezkarną przemocą ucieknie) bezbronna i pobita kobieta z dziećmi czy katujący ją mąż (partner), to wybieram to drugie.”

Nawiasem mówiąc, ani ten, ani poprzedni, ani każdy kolejny minister nie wyrażali szczególnego zainteresowania losami kobiet uciekających z domów w strachu przed kolejnym biciem, dręczeniem, torturami. W końcu, kiedy rząd M. Belki skierował projekt ustawy do Sejmu, nakazu opuszczenia i zakazu zbliżania się do ofiar już w nim nie było. A Sejm, przede wszystkim sejmowa prawica, tak dokładnie i długo pastwił się nad rządowym przedłożeniem, że ustawa stała się kadłubkiem bez siły i mocy chronienia kogokolwiek.

Zastanawiałyśmy się z Izą, czy nie wycofać projektu w tej pokracznej i de facto kalekiej formie. Iza jednak zdecydowała: „Nawet jeśli z naszych planów i zamierzeń zostanie tylko tytuł, zostawiamy. Bo będzie on wołał, że jest w Polsce przemoc w rodzinie, są sprawcy i są jej ofiary. I trzeba z tym coś zrobić.” To była słuszna decyzja. Choć cięgi, jakie zbierały, broniąc ustawy, lewicowe polityczki, były okrutne i padały z każdej strony – prawica wrzeszczała, że ustawą „świętość i nienaruszalność polskiej rodziny kalają”, a lewica, szczególnie te i ci, którzy ofiarnie i wbrew wszystkiemu rzeczywiście organizowali pomoc dla ofiar, krzyczeli o swoim zawodzie: ta ustawa jest słaba, nie daje nam skutecznych narzędzi do wykonywania naszej pracy. Mimo wszystko ustawa zaistniała, i jest.

W 2010 roku nowelizacja ustawy nieco wzmocniła ochronę krzywdzonych w domu dzieci. Ale do dzisiaj mam w pamięci głosy pisowskich posłanek i posłów, że to jest lewackie rozbijanie tradycyjnej, katolickiej, bogobojnej rodziny, a ochrona dzieci to miało być ich zdaniem „zabieranie dzieci za biedę rodziców”. Nakazu natychmiastowej izolacji i zakazu zbliżania nadal nie udawało się wprowadzić, możliwa była jedynie długotrwała, skomplikowana i mało skuteczna procedura sądowa. W ustawie zresztą ani razu nie pada słowo „kobieta”, choć wszyscy wiedzą, ze przemoc w rodzinie ma płeć. Ma też twarz, i jest to twarz bitej kobiety.

I tak to trwało. Aż do teraz. Projekt rządowej nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego i niektórych innych ustaw (sejmowy druk nr 279) zgłosił rząd PiS, a prowadzi go minister Ziobro. Do niedawna jeden z najtwardszych przeciwników realnej ochrony ofiar przemocy w rodzinie.

Nie wiem, czemu Ziobro zdecydował się na taki pomysł. Śmieszne nieco wydaje mi się, że projekt oparty jest na rozwiązaniach ustawy austriackiej, na której wzorowałyśmy zapisy odrzucone w 2005 roku. Niewiarygodna wydaje mi się ta przemiana Szawła w Pawła! Z prześladowcy tych, co chcieli chronić ofiary, w płomiennego obrońcę krzywdzonych. Ale zgłoszony przed wyborami prezydenckimi projekt, choćby był tzw. „kiełbasą wyborczą”, jest niezły. Mówi to nawet Urszula Nowakowska. Dla przypomnienia: to jej organizację, fundację Centrum Praw Kobiet, ten sam minister Ziobro pozbawił rządowych dotacji. A Urszula całe życie poświęciła udoskonaleniu prawa i realnej pomocy ofiarom przemocy. Dziś zwraca uwagę na brak ochrony ofiar poza miejscem zamieszkania i jego najbliższej okolicy.

Projekt więc jest. A czy sprawdzi się jako „kiełbasa wyborcza”? Pamięć bywa przekleństwem – poprzedni prezydent i kandydat na prezydenta Bronisław Komorowski podczas kampanii wyborczej podpisał ratyfikację Konwencji RE o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Zrobił to w siedzibie Centrum Praw Kobiet i… prezydentem nie został. Konwencja natomiast została. Jak ta płyta przed stodołą. Jak arka budowana z tego, co było pod ręką. Więc, nadal nie ufając Danajom, cieszmy się z tego, co przynieśli tym razem. I róbmy swoje. Może to coś da? Kto wie?

Przemoc rodzi(c) przemoc Ważny tunajt

Przemocą gardzę i przemocą się brzydzę. Zarówno małą, domową, jak i wielką, na polu boju. Żadna nie jest ani sprawiedliwa, ani nie da się niczym usprawiedliwić. Bo czy bijesz ty czy ciebie biją, ból jest dokładnie taki sam, i takie same, opłakane skutki dla ludzkości-w skali makro i mikro. Z tym większą uwagą przeczytałem wywiad Magdaleny Rigamonti z Rzecznikiem Praw Dziecka Mikołajem Pawlakiem. I zbladłem.
We wzmiankowanym wywiadzie RPO, Mikołaj Pawlak, pytany o to, czy klaps to też bicie wspomina, że klapsy nie zostawiają zbyt dużego śladu, ale on sam swoich synów nigdy nie karał fizycznie, choć chłopaki potrafią dać mu w kość. Z kolei sam pan Rzecznik z estymą wspomina swojego ojca, który zlał mu tyłek, kiedy na to zasłużył, w myśl zasady, że cóż to za ojciec, który swych dzieci nie karci. Pan Mikołaj Pawlak urodził się w 1980 r. Jest starszy ode mnie o 2 lata, a czytając jego słowa odnosiłem wrażenie, że czytam wywiad z nobliwym starcem, który swoją kindersztubę i poglądy na rzeczywistość wyniósł z ziemiańskiego domu pod Wilnem, gdzie bursztynowy świerzop i gryka jak śnieg biała. Według pana Mikołaja Pawlaka, „trzeba odróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie”. Mało Państwu? To czytajmy dalej. Na pytanie, czy da się to odróżnić, stwierdza, że „wiele osób nawet podniesienie głosu może uznać za przemoc.”. Idąc tropem myślenia pana Rzecznika, przemoc, czy to fizyczną, czy psychiczną, zakładając, że Mikołaja Pawlak zakłada jej istnienie, można rozgraniczyć na tą małą, z niską szkodliwością społeczną i tą naprawdę dużą, gdzie zaczyna się granica działania jego uprawnień, jako tego, kto stoi na straży praw polskiej dziatwy. Darujcie Państwo, ale czegoś równie kuriozalnego nie słyszałem dawno. Aż nadto z kolei słyszałem, lub raczej, słyszę co dnia, litanie pohukiwań, wrzasków a czasami wręcz gróźb rodziców wobec ich własnych dzieci, bo codziennie bywam na placach zabaw ze swoją 3-letnią córeczką. Zwykle są to te same place na Żoliborzu. I nie ma dnia, żebym nie słyszał, jak opiekunowie swoich pociech strofują je za byle przewinienie. Na szczęście nie są to jakieś straszne przewiny, ale zawsze ze sporym absmakiem wychodzę z piaskownicy, gdy jestem świadkiem takich krzywych akcji. Raz nawet zwróciłem jednej pani uwagę, kiedy ostentacyjnie, na cały plac, krzyczała na swojego synka, który coś zmalował. Inne dzieci oderwały się od swoich klocków i babek z piasku, a ta obsobaczała go w najlepsze. Nawet jakbym chciał nie słyszeć, to i tak nie było gdzie uciec. Poprosiłem więc panią grzecznie, czy nie mogłaby jednak trochę się powściągnąć, bo inne dzieci się jej po prostu boją. Zaznaczam, że oprócz mnie i krzyczącej pani na placu zabaw byli też inni rodzice. Otrzymałem odpowiedź, żebym się od…czepił, i żebym zajął się własnym dzieckiem, a nie wtrącał się w cudze sprawy.
I teraz, Szanowni Państwo, połączcie sobie w głowach kropki-od komunikatu Rzecznika o tym, że niektórzy krzyk uznają za przemoc, po sytuację, którą przytoczyłem powyżej. Jaki przekaz dostają ci wszyscy, zdezorientowani rodzice, którzy wciąż się wahają, czy karcić dzieci fizycznie, czy na nie krzyczeć; czy kłócić się przy nich z partnerem, czy angażować je w konflikty między rodzicami, skoro Państwo, które daje im co miesiąc z łaskawością po 5 stów na malca, ustami swojego najlepszego syna od praw dzieci mówi, że w zasadzie jeden klaps to nic takiego, a krzyk ma działanie na wpół terapeutyczne. Na Zachodzie, tym lewackim i zdemoralizowanym najlepiej, zachowanie takie, jakie zaprezentował na łamach Pan Rzecznik, zostałoby w trymiga napiętnowane i uznane za skandaliczne. Zwłaszcza przez rządzących. U nas tymczasem, brawo biją Rzecznikowi Wojciech Cejrowski i jemu podobni, którzy XIX-wieczne kanony wychowania uznają za normę. Bo wszak dziadziuś bił pasem, tatuś bił, to i co mi się będzie Państwo wtrącało czym ja biję. Zawsze dzieciak dostawał w skórę i dobrze było. Zawsze kompot był na stole a obok niego schabowy, bo zawsze go babcia i mama smażyły na obiad. Wszystko fajnie, tylko że zawsze, to nie znaczy że dobrze. Mogły wszak smażyć go źle. A kiedy po 30 latach zbieranego, błędnego doświadczenia, ktoś próbuje towarzystwo nauczyć robienia rzeczy poprawnie, podnosi się rwetes, że to zamach na tradycyjne wartości i na rodzinę. I najsmutniejsze jest to, że w ten dyskurs wpisuje się relatywnie młody człowiek, który ma stać na straży tego, żeby dzieciom w Polsce nie działa się krzywda. Żeby nikt się na nie nie wydzierał ani ich nie bił. Nawet klapsem. Bo to przemoc jak każda inna.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Flaczki tygodnia

Na fotelu siedzi leń. Pan marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński zaplanował posiedzenia Sejmu RP na rok 2019. Na 16-18 stycznie, 20-22 lutego, 13-15 marca, 10-12kwietnia, 15-17 maja, 12-14 czerwca, 3-5 oraz 17-19 lipca i jeszcze ostatnie na 11-13 września. Czyli po trzy dni posiedzeń na każdy miesiąc.

 

***

Dawno temu za rządów SLD- PSL Sejm zbierał się przynajmniej dwa razy w miesiącu na posiedzeniach czterodniowych. Teraz pan marszałek Kuchciński prace Sejmu ogranicza do minimum.

 

***

Czy tylko dlatego, że nie radzi sobie na tym stanowisku? I ograniczając posiedzenia redukuje sobie obowiązki, którym nie potrafi podołać?

 

***

Sejm i Senat w ciągu ostatnich trzech lat rządów PiS przestały pełnić swe konstytucyjne funkcje. Polską rządzi, jak sułtan, pan prezes Kaczyński wraz ze swymi wezyrami i eunuchami politycznymi. Wszystkie najważniejsze decyzje zapadają na dworze sułtana, czyli w pałacu na ulicy Nowogrodzkiej. Ustawy piszą zaufani, wynajęci prawnicy. Sejm i Senat zobowiązane są jedynie do szybkiego przegłosowania projektów przysłanych im ustaw. Wielu parlamentarzystów już nawet nie kryje, że popierają projekty, których nie zdążyli przemyśleć, przeanalizować. Czasem nawet nie zdążyli przeczytać ich w całości. Zatem po co zwoływać dwa posiedzenia w miesiącu, skoro wszystko można przepchnąć na jednym?

 

***

W Sejmie krążą opinie, że pan marszałek zaplanował tak mało posiedzeń, bo uważa, że Sejm nie dotrwa do końca swej kadencji. Że pan prezes, sułtan Kaczyński podejmie decyzję o przyśpieszeniu wyborów parlamentarnych.

 

***

W tym celu Sejm RP nie przegłosuje projektu ustawy budżetowej do 25 stycznia 2019 roku. Wtedy zgodnie z Konstytucją RP pan prezydent Duda, zwany „pierwszym eunuchem pana prezesa”, niezwłocznie wykona kolejną decyzję sułtana Kaczyńskiego. Rozwiąże Sejm i Senat i nakaże przyśpieszone wybory parlamentarne. Wtedy odbędą się one w połowie marca tego roku. A ostatnie posiedzenia Sejmu i Senatu już w lutym.

 

***

PiS to formacja ludzi całujących kobiety w rączki i publicznie adorujących je. A jednocześnie są to ludzie, którzy akceptują domowe bicie kobiet. Oczywiście jednorazowo, wyjątkowo, incydentalnie. Bo nieporozumienia rodzinne mogą się zdarzyć i nie ma co z tego powodu robić wielkiego halo. Ważne by potem pobitą odpowiednio przeprosić. Kwiaty koniecznie kupić, do nóżek pani paść, i rączki po kawalersku wycałować. Szarmanckim być jak przedwojenny ułan.

 

***

PiS zaprezentował projekt ustawy aprobującej jednorazową przemoc w rodzinie, bo ta partia uważa, że rodziną powinien zajmować się wyłącznie kościół kat. No i sama rodzina. Instytucje państwowe i pozarządowe świecki nie powinny ingerować w sprawy rodzinne. Taki to XIX wieczny styl myślenia. Projekt upadł, bo nawet żony polityków PiS nie chcą być bite. Nawet jednorazowo.

 

***

Wielki rejwach wzbudziła nominacja pana posła Adama Andruszkiewicza na wice ministra cyfryzacji. Człowieka bez formalnego wykształcenia ku temu, bez doświadczeń i kwalifikacji w zarządzaniu. Ale, jak uzasadniły koła rządowe, Andruszkiewicz to znawca Facebooka i osoba niezwykle popularna na tym portalu. Cóż Jozin z Bazin miał więcej lajków na Fejsie, ale ministrem w rządzie pana Morawieckiego nie został. A siostry Godlewskie mają jeszcze więcej tam znajomych i polubień niż Andruszkiewicz. Udowodniły też, że potrafią zaśpiewać cały hymn polski, i to z pamięci! Mogą liczyć na posadę wicepremiera?

 

***

Nominację Andruszkiewicza, zdeklarowanego „patriotycznego antysemity”, oprotestowały już publicznie światowe organizacje żydowskie. Grozi to odgrzaniem wojny polsko- żydowskiej, czyli polsko- amerykańskiej też. Zwłaszcza, że w Izraelu rok wyborczy jest. Zwłaszcza, że pan poseł Andruszkiewicz gromko protestował przeciwko stacjonowaniu wojsk amerykańskich na polskiej ziemi.

 

***

Dodatkowo pan poseł Andruszkiewicz za pomocą interpelacji i zapytań poselskich zbierał informację interesujące naszych nie należących do NATO sąsiadów, zwłaszcza Białoruś i Rosję. Ale skoro został nominowany, to pewnie polski kontrwywiad musiał uznać go za czystego.

 

***

Pan minister Andruszkiewicz to pierwszy w IV RP przypadek polskiego antysemickiego narodowca, który dostał ministerialną posadę dzięki Facebookowi. Portalowi stworzonemu i posiadanemu przez Marka Zuckerberga. Żyda amerykańskiego. Można zatem rzec, że polsko- katolicki narodowiec Andruszkiewicz wszedł do rządu Morawieckiego po żydowskich plecach. Dzięki żydowskiemu wysiłkowi umysłowemu.

 

***

 Tak naprawdę nominacja najgłupszego z liderów polskich narodowców i najbardziej skłóconego ze środowiskiem narodowym, jest dla pana prezesa, sułtana wielce użyteczną. Daje sygnał wielu działaczom średniego szczebla w ruchu narodowym, że też mogą mieć rządowe lub samorządowe posady. Skoro taki Andruszkiewicz aż wiceministrem został. Trzeba tylko być lojalnym. Gębę w kubeł. Ale wtedy kubeł będzie pełny.

 

***

Pan prezes, sułtan Jarosław Kaczyński przyjmie na audiencji specjalnej włoskiego wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych Matteo Salviniego. Włoski wicepremier Mateusz jest także liderem Ligii Północnej. Ugrupowania faszyzującego, dążącego do rozluźnienia integracji Unii Europejskiej, gorącego zwolennika polityki rosyjskiego prezydenta Putina. Czy dojdzie do sojuszu narodowo- katolickich kaczystów i faszyzujących salvinistów w przyszłym Parlamencie Europejski? Pan Andruszkiewicz może być mostkiem ku temu.

 

***

Władysław Kosiniak- Kamysz wygrał sondażowy plebiscyt na przyszłego premiera koalicyjnego, antyPiSowskiego rządu. Zapewne aktualny lider PSL- u takim premierem nie będzie, ale ten sondaż to prognoza na dobry wynik w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Może nawet jako kandydata koalicji „anty Dudowej”?

 

***

Około pięciu tysięcy kibiców wzięło udział w pielgrzymce na Jasną Górę. Byli gorąco tam przyjmowani, bo nie wspominali o powszechnej w kościele kat. pedofilii, „mafii homoseksualnej”, pazerności księży na pieniądze. Widać akceptują te zjawiska.

 

***

Pielgrzymka przebiegała pod hasłem „Zło dobrem zwyciężaj”. Podczas rozrywek ligowych zapewne zobaczymy to „dobro zwyciężające”. Po owocach na stadionach poznamy je.

 

Wydarzenia Częstochowa

Po zeszłorocznych ekscesach podczas 10. Patriotycznej Pielgrzymki Kibiców, w tym roku upłynęła wyjątkowo spokojnie. Policja jednak zmobilizowała bardzo duże siły. Porządku pilnowali funkcjonariusze z I komisariatu w Częstochowie, nieumundurowani policjanci operacyjni jak i mundurowi z Samodzielnego Oddziału Prewencji KWP w Katowicach.

Dom zły

Medal, który nazywa się „wzmocnienie instytucjonalnej roli rodziny” pod rządami obecnej władzy ma dwie strony.  Jedna to same „plusy”: 500+, Wyprawka+, Mama+. Po drugiej jednak budzą się demony: wraca dyskusja o uświęconym klapsie, która, zdawać by się mogło – odeszła już w niebyt razem z epidemiami chorób zakaźnych.

 

Z przekonaniem o zbawiennym działaniu klapsa wraca zaś front obrony patriarchatu. Jego oficjalnymi twarzami są posłowie Zbonikowski i Piasecki. Oraz gratulująca radnym Zakopanego Beata Szydło.
O węzłowe tezy i kluczowe koncepcje nowej-starej prawicowej wizji wychowania dzieci zapytałam specjalistów: Dorotę Zawadzką, psycholożkę, szerzej znaną jako Supernianię i Andrzeja Gąsiorowskiego, adwokata i filozofa.

 

Klaps. Tradycja czy chochoł?

W prawicowych mediach ruch obrony klapsa zmobilizował się z początkiem wakacji: to szczególny czas. Nie dość że mamy rok wyborczy, to za chwilę kadencję skończy urzędujący rzecznik praw dziecka. Wszystko wskazuje na to, że zastąpi go kandydatka popierana przez PiS i Ordo Iuris, zrównująca prawo do niebycia cieleśnie karconym z pajdokracją.
Z tej okazji o dobroczynnym wpływie klapsa poczuli się w obowiązku przypomnieć m.in. Krzysztof Bosak („Poprawny politycznie chórek od klaps=bicie powinien pójść dalej w swoim pedagogicznym rewizjonizmie i postulować zakazania prowadzenia za rękę, potrząsania, przytrzymywania, kładzenia do łóżka, wkładania do wanny, zatrzymywania i zamykania w pokoju. To wszytko formy przemocy!”), Krzysztof Czabański („dzieci należy rozpieszczać, ale klaps nie przeszkadza w tym – czasem pomaga”) czy Łukasz Warzecha.
Ten ostatni pisze:
„Da lewicy charakterystyczne jest przekonanie, że niczego nie można pozostawić w sferze przychodzących w sposób naturalny interpretacji (…). Tam, gdzie lewica stara się zniweczyć tradycyjne wartości, jest to metoda nienowa. W sprawie kar cielesnych zdrowy rozsądek zlikwidowano (…). Najpierw zakaz stosowania kar cielesnych, potem zakaz ‘przemocy psychicznej’, a wreszcie – całkowite rozmontowanie mechanizmu władzy rodzicielskiej”.
Moi rozmówcy ciężko wzdychają, kiedy pytam o tekst „Klaps z ideologią” z 32. numeru „Do Rzeczy”:
– Niestety czytałam – krzywi się Dorota Zawadzka. – To faktycznie „klaps z ideologią”, bo wszystko jest w tym tekście pomieszane: polityka, bezpieczeństwo, wiedza naukowa z teoriami spiskowymi… przede wszystkim to powrót debaty, która trwa od początków PRL, debaty pt. „jak daleko państwo może się wtrącać rodzicom”. Kiedyś wtrącało się bardziej, później przyszła tzw. „wolność” i niektórym, zarówno rodzicom, jak i psychologom, uderzyła do głów tak bardzo, że poszło to w przeróżnych kierunkach: zarówno w „zasady są bez sensu, żadnych zasad, wolno wszystko!”, jak i w kierunku „nikt mi nie będzie mówił”. Tekst Warzechy to właśnie taki typowy manifest rodziców, „którym nikt nie będzie mówił”. Sami chcą decydować, czy kara ma być fizyczna, czy inna. Tu nie chodzi już o dziecko, tylko o nich samych, o poczucie, że ktoś im coś zabiera, do domu zagląda.
– Dla mnie to są fiksacje par excellence religijne, charakterystyczne dla prawicy – mówi z kolei Andrzej Gąsiorowski. – Myślenie religijne zakłada m.in. dychotomiczny podział świata, kult obrony nienarodzonych, bezwarunkową eksploatację przyrody oraz rodzicielską rolę karzącego sędziego. Oczywiście z większym naciskiem na rolę ojcowską niż macierzyńską. Kiedy dziecko dostaje lanie, to jakiś ład moralny zostaje przywrócony. Tylko, że nie. Dziecko jest tym absolutnie wstrząśnięte. Marksowsko rzecz ujmując, przemoc jest wynikiem pewnego ukształtowania stosunków społecznych. Mniej nas dziwi, kiedy przemoc stosują ludzie nieporadni, o niskim społecznym kapitale. Tacy, którzy nie znają innych sposobów wyrażania frustracji czy bezradności. Ale wykształceni ludzie, o pewnym pułapie wrażliwości, którzy przemoc stosują bądź aprobują, tak naprawdę przenoszą ją na nowy poziom, jest w tym coś obscenicznego. Powinni ponosić dotkliwsze kary. Dla autorów takich tekstów będzie osobne miejsce w piekle.
„Kolejny standardowy argu ment to ten, że każdy klaps jest wychowawczą porażką. I on jest fałszywy. O wychowawczej porażce lub sukcesie możemy mówić, gdy dziecko przestaje być dzieckiem i staje się dorosłym” – pisze dalej Warzecha.
Andrzej Gąsiorowski: – Dom rodzinny daje małemu człowiekowi jedyną szansę na przeżycie doświadczenia pewnej formy ziemskiego raju. Dawanie klapsów to w dziecku rujnuje. Dzieci, które te klapsy dostają, nie są później w stanie takiego raju dalej budować. Kiedy widzą własnych rodziców jako sąd i kata, nie są później w stanie ani dostać, ani dać bezpieczeństwa. Kara cielesna zawsze w jakimś sensie dziecko gwałci i daje mu w dorosłym życiu przekonanie, że nie ma na świecie ani jednej takiej takiej osoby, która go nie ukarze. A potem życie w świecie wymierzania kar kształtuje nie tylko relacje partnerskie czy rodzinne, ale również szersze, społeczne.
Dorota Zawadzka: – Wywoływaniem takiej debaty prawica niszczy to, co żeśmy przez ostatnie lata zbudowali: podmiotowość dziecka, prawo do autonomii, do tego, żeby je traktować jak pełnowartościowego człowieka. Ile jeszcze będziemy słuchać refrenu „przecież nas też bili i wyrośliśmy na porządnych ludzi”? No nie, jeśli bijesz kolejne pokolenia i nie widzisz w tym nic złego, to raczej nie wyszło ci to na zdrowie. Czasy się zmieniają, wiedza o wychowaniu się zmienia, a my nadal nie uczymy się jako społeczeństwo.
Tu czuję się w obowiązku uderzyć w pierś w imieniu środowiska, bo przez wiele lat psychologowie mówili rodzicom tylko o tym, czego nie wolno; zabraniali, nie podając alternatywy. Ale i to ewoluuje. Tymczasem Łukasz Warzecha pyta cynicznie: „To już nie mogę w nerwach uderzyć dziecka bo zostanę znęcaczem?”. Możesz – ale wiedz, że nie powinieneś. To się zdarza, każdy popełnia błędy – ale walcz z tym, edukuj się, edukuj w miarę możliwości innych. Nie legitymizuj przemocy stwierdzeniami, że to jest metoda wychowawcza oparta na tradycji. Tradycje, które mamy, i na które konserwatyści się powołują, to złe tradycje. Po prostu.

 

Nowy kodeks rodzinny. Odpowiedzialność czy władza?

„Kończący swoją kadencję jako rzecznik praw dziecka Marek Michalak proponuje zmiany w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym, a w tym zastąpienie używanego tam pojęcia władzy rodzicielskiej pojęciem odpowiedzialności rodzicielskiej. To byłaby w istocie fatalna rewolucja. (…) Rodzice mają nad dzieckiem władzę, czyli mogą coś nakazać i wyegzekwować wykonanie polecenia, dziecko zaś ma się im podporządkować” – ocenia Łukasz Warzecha.
Nowy projekt kodeksu zrecenzował również (a opinia ta jest zdecydowanie bardziej wiążąca dla resortu Elżbiety Rafalskiej) Konrad Dyrda z Ordo Iuris:
– Wprowadzenie proponowanych rozwiązań może działać niezwykle destrukcyjnie na życie rodzinne. Powodem tego jest silne zaangażowanie dziecka w spory z rodzicami oraz przeniesienie ich na forum państwowe. Jednocześnie prymat przyznano tu niejasno określonej zasadzie „dobra dziecka”. Przeciwstawiono ją jednocześnie „dobru rodziny”, co jest zabiegiem sztucznym, a jego konsekwencją może być pozbawianie rodziny jej funkcji wychowawczych.
Nowy kodeks wydaje się przegraną sprawą.
– Projekt miał kilka niezręczności. Najpierw naraził się kobietom i lewicy, kiedy w pierwotnej wersji mówiło się o penalizowaniu spożywania alkoholu w ciąży, później – po debacie ze środowiskiem kobiecym – z tego zrezygnowano i poprzestano na edukacji i uświadamianiu. Ja osobiście miałam też wątpliwości co do użycia sformułowania „dzieci nienarodzone”. Nie jest przecież rolą rzecznika praw dziecka dekretować, od kiedy „zaczyna się człowiek” – choć człowiek w ustawie o rzeczniku zaczyna się od poczęcia właśnie. Stąd to sformułowanie. Natomiast „odpowiedzialność” jest szerszym pojęciem niż „władza”, ale przede wszystkim lepszym i bezpieczniejszym dla dziecka – uważa Superniania. – Dziecko nie jest niczyją własnością, lecz podlega odpowiedzialności dorosłych. To się nie spodobało.
Rozmowy trwają, zobaczymy, jak wyjdzie. Żyjemy w tak „ciekawych czasach”, że w naszej rzeczywistości politycznej możliwe jest wszystko – komentuje Zawadzka. – Rzecznik sam z siebie nie ma mocy ustawodawczej, może tylko coś zarekomendować. Projekt został zgłoszony do prezydenta i do konsultacji społecznych. Wiele zależy od Andrzeja Dudy. A nuż przyjdzie mu do głowy go poprzeć, tak jak pamiętną sprawę z solariami (teraz są dozwolone od 18 r. ż. – przyp. WK) – to też był pomysł rzecznika, choć wszyscy oklaskiwali go jako prezydencką inicjatywę.

 

Nowy rzecznik praw dziecka. Cywilizacja czy pajdokracja?

Jedną z publikacji Sabiny Zalewskiej, kandydatki PiS na RPD, napisaną dla Uniwersytetu Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, Dorota Zawadzka odgrzebała i upubliczniła na Twitterze. Wywodząca się z katolickich środowisk pedagożka postawiła tezę, iż dążenie lewicy do całkowitego zakazu kar cielesnych jest utopią i jedną z form pajdokracji. Innym jej przejawem – wywodziła kandydatka PiS – jest samo funkcjonowanie urzędu RPD (na który autorka w 2018 kandyduje).
Czy można się spodziewać, że tak jak poprzedni rzecznik, po objęciu stanowiska Zalewska będzie interweniować w niekorzystne dla dzieci wyroki sądów (Marek Michalak w 2015 sprzeciwił się orzeczeniu, które zapadło w Warszawie i uznało klapsa za „jeden ze sposobów wyrażenia władzy rodzicielskiej”?).
Andrzej Gąsiorowski: – Na pewno w takich sprawach rzecznik będzie interweniować rzadziej albo wcale. Mamy już fasadowy Trybunał Konstytucyjny i taką samą Krajową Rade Sądownictwa, za chwilę będziemy mieli fasadowy Sąd Najwyższy. Tak samo będzie z RPD, co do tego nie ma wątpliwości. Na pewno będzie trochę inny klimat. Gorszy.
Z drugiej strony na pewno ci, którzy do tej pory nie dawali klapsów, nie będą chcieli dawać ich nadal. Osobiście nie wierzę w to, że sądy, kuratorzy czy pomoc społeczna są w stanie w takim stopniu zaingerować w rodzinę, aby całkowicie wyeliminować przemoc i kary cielesne jeśli nie ma ku temu woli i przekonania. Są w stanie łagodzić lub ograniczać sytuacje przemocowe. Należy się spodziewać, że kiedy przyjdzie nowy rzecznik i nastąpi zmiana myślenia na tym gruncie, będzie to ograniczane w mniejszym stopniu.
Dorota Zawadzka: – Przyzwolenie władzy czy organów administracyjnych jest kluczowe. Inaczej kształtuje się chociażby społeczeństwo, w którym policja chroni nie tych, co trzeba…
Byłam doradcą odchodzącego rzecznika, który konsekwentnie promował rodzicielstwo bez klapsów. Teraz absolutnie nie idziemy w dobrym kierunku. Pozostaje mieć nadzieję, że nowa pani rzecznik nie myśli tak, jak napisała w swojej pracy. Że pisała o pajdokracji i lewackich fanaberiach, bo takie było konkretne zamówienie. Wreszcie, jak mawiają, „tylko krowa nie zmienia poglądów”.
Bardziej bym się niepokoiła o to, że kwestionowała zasadność istnienia stanowiska, o które się ubiega. I o jej bezkrytyczne podejście do religii, wartości chrześcijańskich, jako jedynych godnych upowszechniania. Niedobrze by było, gdyby nowy RPD miał takie przekonania bo to grozi wylądowaniem w środku kruchty. Formalnie nadal jesteśmy krajem świeckim. Nie mówię, że nowy rzecznik musi koniecznie być lewicowy, ale warto żeby przynajmniej widział obie strony.

 

Nowelizacja ustawy. Przemoc czy konflikt?

Wirtualna Polska alarmuje: w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki społecznej trwają ciche prace nad nowelą Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Z obecnego zapisu o treści: „jednorazowe albo powtarzające się umyślne działanie lub zaniechanie naruszające prawa lub dobra osobiste” przewiduje się wykreślenie słowa „jednorazowe”. Inne niepokojące zmiany, o których szepczą dziennikarze to możliwość wglądu sprawców przemocy w Niebieską Kartę jeszcze przed postawieniem zarzutów, odejście od możliwości odebrania dziecka rodzicom przez służby, a także zmiana definicji przemocy (nie będzie już „przemocy w rodzinie”, bo takie sformułowanie godzi w jej integralność). Z prac wyłączony został Marek Michalak. Ale o nich słyszał:
– Kierunek tych zmian nie zmierza do zapewnienia bezpieczeństwa dzieciom w przypadku zagrożenia przemocą. Jeśli tylko zmiany przepisów wyżej wymienionej ustawy zostaną przedstawione do konsultacji, poddamy je szczegółowej analizie.
Na etapie anonimowych doniesień można było podejrzewać dziennikarską nadwrażliwość. Ale niepokojące sygnały się potwierdzają.
Superniania: – Owszem, mamy przecieki, że rząd chce się wycofać z konwencji antyprzemocowej; że nie będziemy mogli mówić o „przemocy w rodzinie”, bo to jest jej „patologizowanie”. Będziemy mogli mówić albo o przemocy „domowej”, albo o „konfliktach” – co jest absurdem, bo konflikt zakłada pewną równowagę, a między dzieckiem i rodzicem nie ma tej równowagi, jest typowa relacja władzy. Tam nie ma konfliktu, jest przemoc! Ale tak, są takie pomysły.
Przypominam mojej rozmówczyni wypowiedź Mateusza Morawieckiego o tym, że do przemocy częściej dochodzi w związkach nieformalnych.
– To typowa prawicowa manipulacja – słyszę. – Bazująca na tym, że w ogóle dziś jest więcej konkubinatów, a mniej małżeństw, bo ludzie się po prostu nie pobierają. Ta przemoc jest wszędzie, w związkach takich i siakich, ale już można ze spokojem sumienia obwieścić, że korzenie zła tkwią w konkubinatach. W podobny sposób manipulowano osiem lat temu, kiedy forsowaliśmy w Sejmie tę obowiązującą ustawę. Prawica przyprowadziła wtedy taką Szwedkę, która założyła sobie jakieś mikrostowarzyszenie (chodziło o Ruby Harrold-Claesson ze „Skandynawskiego Komitetu Praw Człowieka” – przyp. WK). Ta kobieta w rzeczywistości była no-namem, ale przedstawiano ją jako chodzący dowód na to, że postępowa Szwecja wycofuje się z zakazu klapsów i teraz będzie można bić dzieci. Oczywiście, i u nich istnieje grupa radykalnych posłów, która takie hasła czasem pokrzykuje, ale na tej samej zasadzie, co nasz Korwin.

 

Szarpał, ale nie bił

Administracyjny glejt na przemoc uderzy nie tylko w dzieci. Również w kobiety. Ogólnie – w słabszych.
Sąd umorzył postępowanie karne wobec posła Łukasza Zbonikowskiego, uznając, że szkodliwość społeczna czynu była znikoma. Odebranie telefonu żonie, by nie mogła go nagrywać – szkodliwość żadna. A szkodliwość publicznych stwierdzeń, takich jak „ładna, żeby seks nie był przymusem. Niewysoka, z płaską głową, żeby można było na niej postawić szklankę z piwem. Do tego posłuszna, inteligentna i w miarę majętna. Powinna być katoliczką – by wiedziała, gdzie jej miejsce. Dobrze, aby była naiwna, bo uwierzy w co trzeba”?
– Do tej pory polskie sądy całkiem nieźle radziły sobie ze sprawami o przemoc. Nie chciałbym na tym przykładzie przesądzać o jakimś procesowym trendzie – mówi Andrzej Gąsiorowski. – Taką zmianę będzie można ocenić po dwóch, trzech latach działania „nowego” systemu sądownictwa. Ale tak jak mówiłem wcześniej, wyrok sądu może eliminować skutki, nie przyczyny przemocy. Procedury naprawcze są w znacznej mierze fikcyjne. Jeśli baza jest zła, to nadbudowa w postaci wyroków czy magicznych zapisów w konwencjach niewiele zmieni. Co jest bazą? Bardzo często nadal uzależnienie ekonomiczne. Bogate kobiety rozwiązują problem przemocy przez kupienie bądź wynajęcie mieszkania i odizolowanie się od partnera.
Na pewno dziś opinia publiczna jest na takie historie bardziej znieczulona. Żyjemy w stanie pełzającej moralnej anomii. Jeszcze 15 lat temu ostracyzm społeczny nie pozwoliłby pełnić funkcji politykowi, który miałby zarzut znęcania się nad żoną. Ale kapitalizm tak ludzi wyniszczył, że myślą tylko o tym jak iść do pracy i po tej pracy odpocząć. A jakiegoś tam posła odbierają w charakterze sensacji. Tak nie powinno być, ale tak jest.

 

Zróbmy coś.

Ale co?
Zawadzka: – Marzy mi się, żeby temat dzieciństwa bez przemocy podjęli dziennikarze. Ale nie feministyczni, lewicowi, czy ci z Krytyki Politycznej. Tacy piszący do kolorowych gazetek za złoty pięćdziesiąt, które się pochłania w autobusie czy pociągu. Na stronie biura RPD znajduje się kapitalna kampania: filmik z babcią, która tłumaczy innym staruszkom: „Kiedyś to się dzieci biło… ale to nie było dobre”. Jednak problem z nawet najlepszą kampanią społeczną jest zawsze taki, że dociera do już przekonanych albo nie wychodzi szerzej poza krąg specjalistów. Tu potrzeba wyjścia do masowego odbiorcy, do starszych ludzi, do tego rolnika, z którego śmiał się „Fakt”, że głosował na Prawo i Sprawiedliwość.
Gąsiorowski: – Wszystkie narzędzia, którymi dysponuje dziś państwo, mądrze używane będą przyzwoicie spełniać swoją rolę. Naprawdę wartościową inicjatywą przynoszącą rodzinom korzyści jest wprowadzenie instytucji asystenta rodziny. To jest realny ukłon w stronę „podstawowej komórki społecznej”. Tam, gdzie rodzice są niewydolni wychowawczo, asystent podsuwa rozwiązania pozbawione elementu przemocy. To trochę taki edukator pierwszego kontaktu. Niestety przy instytucjonalnym przyzwoleniu na przemocowe zachowania (jak ten absolutnie obrzydliwy gest Beaty Szydło gratulującej radnym Zakopanego), ich głos może się zamienić w głos wołającego na puszczy.

Taka piękna przemoc

Beata Szydło oficjalnie pogratulowała Radzie Miasta Zakopane. Oto jedyny samorząd, który nie wdrożył u siebie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie i jest z tego dumny. Dumny jak cholera.

 

Dla wszystkich jest jasne, że Beata Szydło będzie kandydować z tamtego okręgu – zapewne nawet uda jej się zostać europosłanką z Małopolski. Ale są pewne nieprzekraczalne granice przyzwoitości. Właśnie zostały przekroczone.
Beata Szydło stwierdziła tajemniczo: – Muszę państwu przede wszystkim pogratulować, boście są odważni. No, jedyny samorząd w całej Polsce, który się sprzeciwił, ale górale, no wiadomo, jest naród odważny.
Później jeden z radnych wyjaśnił dziennikarzom, o co chodzi: – Miasto Zakopane jest jedyną gminą w Polsce, która nie wdrożyła ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie – powiedział z dumą.
Zakopane jako jedyne nie powołało zespołów interdyscyplinarnych zgodnie z wymogami znowelizowanej 8 at temu ustawy. Zespoły te mają za zadanie monitorować lokalną społeczność, współpracują z OPS-ami i policją. W ich skład wchodzą kuratorzy, nauczyciele, psychologowie, pracownicy socjalni. Okazuje się, że w Zakopanem nie są potrzebni.
Iwona Anna Wiśniewska, dyrektor Ośrodka dla Osób Dotkniętych Przemocą z siedzibą w Krakowie, powiedziała TVN24: – Podhale jest jedynym takim miejscem, gdzie udaje się, że przemocy nie ma. Ponieważ stereotypowo myślimy, że kto baby nie bije, temu wątroba gnije. O nocleg i schronienie w Tatrzańskim Ośrodku Interwencji Kryzysowej i Wsparcia Ofiar Przemocy w Rodzinie w Zakopanem nie prosi żadna góralka. Czemu góralki nie korzystają z ośrodka? – pyta retorycznie. Dobrze wie, czemu tak się dzieje. Opowiada historię sprzed kilku miesięcy. Historię kobiety, która zdecydowała się poprosić o pomoc. Raz.
– Jeden z pracowników socjalnych, do którego poszła, prosząc o pomoc, powiedział, że powinna iść do psychiatry, bo niemożliwe, żeby taki mężczyzna stosował przemoc – podsumowuje Wiśniewska.
Mówi, że góralki zwracają się o pomoc poza swoim rejonem. Bo policja odnotowuje rocznie około 70 przypadków przemocy domowej. Ale radni zamiast ustawę wdrożyć, chcą zaskarżyć ją do Trybunału Konstytucyjnego i liczą na to, że pomoże im w tym ich opiekunka i „matka Polka” – Beata.
To nie przypadek, że w tym samym czasie połowa Polaków opowiedziała się w sondażu SW Research dla „Rzeczpospolitej” za karceniem dzieci poprzez klapsy. Sondaż ten opublikowała na Twitterze zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich Sylwia Spurek z adnotacją: „Najsmutniejszy sondaż tego tygodnia – prawie połowa badanych akceptuje bicie dzieci”. Jakby tego było mało, do jej wypowiedzi odniósł się brunatny chłopiec Krzysztof Bosak, wiceszef Ruchu Narodowego – i uznał, że wyjaśni jej różnicę pomiędzy „stosowaniem klapsów” a „biciem”. Bo klaps to przecież nie przemoc, to życiowa konieczność i twarda polska pedagogika w praktyce.
„Ja sam dostawałem lanie i wyszedłem na ludzi” – to najczęstsze tłumaczenie zwolenników stosowania kar cielesnych. Przerażająca tendencja byłych ofiar, aby w dorosłym życiu stać się katami, w kraju nad Wisłą zyskuje oficjalną aprobatę rządzących.