Podejrzane numery w Totalizatorze

Prominenci Prawa i Sprawiedliwości zarządzają firmami państwowymi nie przejmując się ani przepisami, ani tym bardziej etyką biznesu. Czy zarząd Totalizatora Sportowego pójdzie siedzieć ?
Najwyższa Izba Kontroli zawiadomiła prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez zarząd Totalizatora Sportowego sp. z o.o. przy wyborze dostawcy 300 terminali do gier hazardowych wraz z oprogramowaniem, oraz zakupie licencji do centralnego systemu zarządzania terminalami. Na skutek tego spółka poniosła szkodę majątkową w wysokości co najmniej 9,8 mln zł. Te patologie miały miejsce w Totalizatorze Sportowym w latach 2016 – 2019, czyli pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. To nie jest zaskoczenie. Wydawać się może, iż prominenci tej partii niejednokrotnie są zdania, że firmy państwowe to ich prywatne dojne krowy.
Ważnym zadaniem w każdej spółce – także państwowej – powinno być stworzenie optymalnych procedur zakupowych. Właściwie skonstruowane procedury pozwalają na świadome i racjonalne dokonywanie wszelkich zakupów. Dzięki temu można znacząco obniżyć koszty produkcji oraz poprawić konkurencyjność spółek. Ta prawda jakoś się jednak nie przyjęła pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości. Tu racjonalne zakupy się nie liczą, istotne jest raczej to, ile mogą zarobić krewni i znajomi królika.
Przykładowo, w trzech wielkich spółkach państwowych, po roku 2016 na transakcje realizowane poza procedurami zakupowymi – czyli w praktyce wedle dowolnego widzimisię szefostwa tych firm – wydawano od 183 mln zł do ponad 248 mln zł.
I tak np., wydatki Energa SA (firmy wytwarzającej i dostarczającej energię) na cele marketingowe w latach 2016-2020 (pierwsze półrocze) dokonane z wyłączeniem procedur zakupów wyniosły łącznie 183 mln zł, czyli 92 proc. wydatków ogółem. „Wydatkując co roku znaczące kwoty na działalność marketingową, Energa SA nie posiadała strategii marketingowej” – zaznacza NIK.
Wprawdzie Energa SA aż trzykrotnie zamawiała opracowanie strategii marketingowej, wydając na ten cel łącznie 369 tys. zł (ciekawe, kto z krewnych i znajomych królika zarabiał na opracowywaniu tych strategii?), ale żaden z przygotowanych dokumentów nie został przyjęty do stosowania.
W Totalizatorze Sportowym sp. z o.o. łączna wartość zakupów zrealizowanych w latach 2016-2019 z wyłączeniem procedur zakupowych wyniosła natomiast blisko 244 mln zł. Na podstawie tych wyłączeń realizowane były zwłaszcza zakupy o dużej wartości, dokonywane w ramach wykonywania monopolu państwa na urządzanie i prowadzenie gier na automatach poza kasynami gry.
Z kolei wydatki Polskiej Grupy Energetycznej SA dokonywane poza procedurami przekroczyły 248 mln zł – z tego blisko 232,5 mln przeznaczono na sponsoring i reklamę (pytanie, ile z tego przeznaczono na utrzymanie różnych pisemek prawicowych?), a ponad 11 mln na usługi prawne. Łącznie było to ponad 58 proc. wydatków na zakupy ogółem.
Zarząd Totalizatora Sportowego sp. z o.o., pomijając tryb konkurencyjny dokonał wspomnianego zakupu systemu centralnego i terminali do gry, od dostawcy nie posiadającego kompetencji do oferowania tych produktów. W konsekwencji, w ocenie NIK, Totalizator Sportowy poniósł szkodę majątkową w wysokości co najmniej 9,8 mln zł. W tym przypadku Najwyższa Izba Kontroli skierowała 16 listopada 2020 r. do Prokuratury Regionalnej w Warszawie zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez zarząd Totalizatora Sportowego sp. z o.o.
Przestępstwo, dokonane przez członków zarządu Totalizatora miało polegać na dokonaniu, bez zachowania konkurencyjnego trybu, wyboru dostawcy 300 terminali do gier hazardowych wraz z oprogramowaniem oraz zakupu licencji do centralnego systemu zarządzania terminalami. Zarząd Totalizatora Sportowego postanowił także odstąpić od dochodzenia części kar umownych z tytułu niewykonania lub nienależytego wykonania umowy przez tego dostawcę. Może to wskazywać , że ów dostawca cieszył się wielkimi względami wśród członków zarządu.
Łączna wartość zakupów zrealizowanych przez zarząd Totalizatora Sportowego poza podstawowymi trybami wyniosła dokładnie 243,9 mln zł, co stanowiło 34,3 proc. ogólnej kwoty przeznaczonej w Totalizatorze na zakupy (711 mln zł). NIK stwierdziła, że Totalizator Sportowy nie posiadał odpowiedniego doświadczenia w urządzaniu gier na automatach, ani też systemu służącego do nadzoru nad siecią terminali.
„Podejmując decyzje o wyborze głównego dostawcy niezbędnych urządzeń zarząd Totalizatora Sportowego nie zabezpieczył prawidłowo interesów spółki, jak również nie zachował zasad uczciwej konkurencji, co oznaczało przekroczenie dozwolonego ryzyka gospodarczego. W szczególności negatywnie pod względem gospodarności i celowości NIK oceniła fakt, że w odniesieniu do zakupów terminali i systemu centralnego do zarządzania tymi terminalami zarząd TS odstępował od stosowania procedur przetargowych, pomimo iż analizy wykonane dla potrzeb tego przedsięwzięcia wskazywały na ryzyko zagrożenia interesu spółki” – podkreśla NIK. Czyli, były analizy i ostrzeżenia, ale zostały świadomie zlekceważone przez władze Totalizatora Sportowego.
Wyjaśniając powód tej decyzji, jeden z ówczesnych członków zarządu Totalizatora tłumaczył, iż były „zalecenia przekazywane zarządowi nieformalnie” (potocznie nazywa się to naciskami), aby prowadzić współpracę wyłącznie ze spółkami Skarbu Państwa.
Można to zrozumieć, bo jak wiadomo, ze spółek Skarbu Państwa znacznie łatwiej wyprowadza się pieniądze, niż z firm prywatnych. Zainteresowanie prominentów PiS kontaktami tylko ze spółkami państwowymi jest więc jakoś wytłumaczalne.
„Konsekwencją zastosowanego sposobu postępowania przy zakupie systemu centralnego i terminali do gry było powstanie szkody majątkowej dla Totalizatora Sportowego w łącznej kwocie nie mniejszej niż 9867,4 tys. zł” – podsumowuje Najwyższa Izba Kontroli. I konkretyzuje, że na tę szkodę składają się:

  • nieuzyskane przychody w wysokości nie mniejszej niż 2581,5 tys. zł, oczekiwane za pierwsze pięć miesięcy 2018 r. z tytułu różnicy pomiędzy sumą wpłaconych stawek a kwotami wypłaconych wygranych;
  • utracone wpływy w wysokości nie mniejszej niż 1750,0 tys. zł, na skutek odstąpienia przez zarząd Totalizatora od nałożenia kar umownych należnych z tytułu niewywiązania się przez wybraną spółkę Skarbu Państwa z postanowień zawartej umowy;
  • strata w łącznej wysokości 5535,9 tys. zł z tytułu akceptacji przez zarząd TS ceny za system centralny nie spełniający wymogów umowy. W 2018 r. w porównaniu do 2017 r. przychody Totalizatora Sportowego wzrosły z 4667117,9 tys. zł do 5108113,2 tys. zł, czyli o 9,4 proc. Natomiast zysk netto zmniejszył się z 302484,5 tys. zł do 234869,1 tys. zł, a więc aż o 22,4 proc.! Odpowiedzialność za to ponoszą członkowie zarządu Totalizatora – już tego wymienionego podczas panowania PiS.
    Jak widać, NIK w sprawie przestępstwa w Totalizatorze Sportowym, dokonując tych ustaleń w zasadzie wyręczyła już prokuratorów. Jakoś jednak nie wpłynęło to na szybszą pracę PiS-owskiej prokuratury. Zawiadomienie o podejrzeniu popełnieniu przestępstwa zostało złożone w listopadzie ubiegłego roku, czyli prawie osiem miesięcy temu, ale dotychczas głucho o czynnościach prokuratorskich. Nikt też jednak i nie oczekiwał, że PiS-owska prokuratura będzie się ochoczo zajmować machinacjami PiS-owskich nominatów, którzy obsadzili państwowe – czyli już partyjne – spółki.
    Oświadczenie wydał za to zarząd Totalizatora Sportowego. Nie odnosi się w nim do meritum, czyli do wielomilionowej szkody i do podejrzenia popełnienia przestępstwa. Zarząd informuje natomiast, że sprawa dotyczy „wielokrotnie już omawianej współpracy” (ciekawe, przez kogo omawianej ?) Totalizatora Sportowego z innymi spółkami Skarbu Państwa, która rozpoczęła się w 2016 roku i następnie kontynuowana była w 2017 r.
    Zarząd tłumaczy też, że postępowania zakupowe Totalizatora Sportowego przebiegały „zgodnie z obowiązującymi w spółce regulaminami, uzyskując wszelkie wymagane zgody korporacyjne, w tym właścicielskie oraz odbywały się pod ścisłym nadzorem organów kontrolujących”. Uzgodniona treść porozumienia była zaś „przedmiotem akceptacji organu właścicielskiego”.
    Czyli, wszystko było zgodne z naszymi wewnętrznymi regulaminami, zaś PiS-owskie władze państwowe i rząd wszystko wiedziały oraz akceptowały. A jakby co, to my wykonywaliśmy tylko rozkazy…

Nie bójmy się windykatorów

Fot. Nie jest to wprawdzie stalker taki jak z filmu Tarkowskiego, ale windykatora, jeśli tylko postępuje zgodnie z prawem, nie ma co się obawiać.

 

 

Zdarza się, że próbują straszyć i nękać – ale w rzeczywistości nic nie mogą zrobić. Jeśli czasem bywają skuteczni, wynika to wyłącznie z niewiedzy dłużników.

 

Stalking to stosunkowo nowe przestępstwo określone w kodeksie karnym. Polega na uporczywym nękaniu innej osoby – w tym przypadku dłużnika. Czy w czasie windykacji długu można podnieść zarzut stalkingu?
Dotychczas windykatora można było pociągnąć do odpowiedzialności na podstawie kodeksu cywilnego. Na skutek rosnącej liczby skarg zdefiniowano jednak „stalking” jako nowe przestępstwo, tym razem w kodeksie karnym.

 

Czym jest stalking?

Mówiąc najprościej, stalking to uporczywe nękanie. Będą to zatem wszelkie działania windykatora, które zostaną uznane przez sąd za:
– stałe (mające charakter powtarzalny) – podszyte złą wolą (celowym działaniem).
Istotne jest także odczucie dłużnika, ponieważ to on sam musi złożyć wniosek o ściganie windykatora. Musi wystąpić zatem jednoznaczne poczucie krzywdy na skutek czynności wykonanych w trakcie windykacji.
Nietrudno jednak o fałszywe oskarżenia – dłużnik zawsze będzie uważał, że windykator go nęka, a windykator zawsze będzie zdania, że dłużnik jest po prostu przewrażliwiony. Prawda zazwyczaj leży gdzieś po środku, ale nie zawsze.
Jak zatem ustalić i dowieść przed sądem, że windykator rzeczywiście dopuścił się przestępstwa z artykułu 190a kodeksu karnego, czyli stalkingu? Zacznijmy od podstawy prawnej.

Art. 190a. Stalking. § 1. Kto przez uporczywe nękanie innej osoby lub osoby jej najbliższej wzbudza u niej uzasadnione okolicznościami poczucie zagrożenia lub istotnie narusza jej prywatność, podlega karze pozba­wienia wolności do lat 3.
§ 2. Tej samej karze podlega, kto, podszywając się pod inną osobę, wykorzystuje jej wizerunek lub inne jej dane osobowe w celu wyrządzenia jej szkody majątkowej lub osobistej.
§ 3. Jeżeli następstwem czynu określonego w § 1 lub 2 jest targnięcie się pokrzywdzonego na własne życie, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

 

Bez dotyku

Jak widać, za takie działania grozi windykatorowi kara pozbawienia wolności – i to niemała. Podstawowy wymiar kary to 3 lata więzienia (zwykle z zawieszeniem).
W sytuacji, gdy dłużnik na skutek uporczywego nękania przez windykatora targnie się – skutecznie – na własne życie, kara pozbawienia wolności wzrasta aż do 10 lat.
Mimo tego zatem, że przestępstwo stalkingu rozgrywa się w sferze właściwie bezdotykowej – nie ma żadnych ran na ciele, nikt nie zostaje pobity – kara jest podobna, jak przy cielesnych krzywdach.
Krzywda wyrządzona na psychice danej osoby jest niekiedy w świetle przepisów równie ważna, jak krzywda fizyczna i nie można jej lekceważyć.

 

Kto może zaskarżyć windykatora? 

Windykatora może zaskarżyć jedynie sam pokrzywdzony, jeżeli rzeczywiście czuje się realnie zagrożony przez działania osoby egzekwującej spłatę długu.
Skarga nie może zatem być wystosowana przez osoby będące świadkami działań windykatora – zmartwionego partner życiowy dłużnika albo jego przestraszone dzieci. Mogą one rzeczywiście zwrócić uwagę dłużnika na to, że windykator posuwa się w swoich czynnościach za daleko, ale nie mają prawa podawać go do sądu. Zgodnie z prawem musi to uczynić osoba podlegająca uporczywemu nękaniu.
Jak mówi wspomniany art. 190a. Kodeksu karnego w paragrafie 4: ściganie przestępstwa określonego w § 1 lub 2 następuje na wniosek pokrzywdzonego.

 

Jakie działania to już stalking?

W przypadku windykacji niestety trudno o jednoznaczne rozgraniczenie tego co wolno, a co nie, ponieważ część działań windykatora, które wynikają z jego obowiązków zawodowych, jest z zasady wymierzona przeciw dłużnikowi i charakteryzuje się pewną regularnością, na przykład wiadomości muszą być wysyłane codziennie.
Co windykator zgodnie z prawem może zatem robić bezkarnie? Jak przypomina portal Zadluzenia.com, może on wysyłać sms-y oraz e-maile przypominające o spłacie, upominać telefonicznie o terminie spłaty, monitować dłużnika pisemnie.
Problem pojawia się jednak w momencie, kiedy SMS-y zaczynają przychodzić co godzinę, a głos w telefonie jest agresywny i wulgarny.
Często pojawia się też problem: windykator poznał moje dane – czy to znaczy, że dopuścił się przestępstwa?
Takie pytania krążą po różnych forach Internetowych i – zazwyczaj odpowiedzią rzekomych znawców jest przyznanie, że fakt, iż windykator zna nasze dane osobowe, to przestępstwo – a zatem takiego windykatora można zaskarżyć.
Rzecz w tym, że windykator przecież doskonale wie, jak nazywa się dłużnik i gdzie mieszka – w innym wypadku nie mógłby choćby przesłać mu pocztą pisemnego powiadomienia.
A dlaczego ma on prawo dostępu do naszych danych?
Ano dlatego, że jeśli doszło do windykacji, to znaczy, że kiedyś zobowiązaliśmy się do zapłacenia określonej kwoty danej instytucji. Każda umowa pisemna o kredyt lub pożyczkę zawiera zaś klauzulę, że w razie jej niespłacania, dług będzie egzekwowany. To zaś może oznaczać właśnie, że zadanie ściągnięcia długu zostanie przekazane firmie windykacyjnej – razem z danymi osobowymi dłużnika. Wszystkie nasze dane windykator na pewno posiada więc zgodnie z prawem – czyli zgodnie z umową, którą sami podpisaliśmy.

 

 

Czego nie może windykator?

 

1) Upubliczniać informacji o zadłużeniu
Ileż zdarzało się sytuacji – szczególnie w małych miejscowościach – że windykator groził wywieszeniem informacji o zadłużeniu np.: na drzwiach domu dłużnika. Na forach internetowych można przeczytać wiele skarg w stylu: „Windykator powiedział, że jak mnie jutro nie zastanie w domu, to przyklei mi na drzwiach kartkę, że jestem zadłużony. Co robić?”. Radzimy, co robić – przypomina portal Zadluzenia.com – otóż, należy złożyć zawiadomienie o próbie popełnienia przez windykatora przestępstwa stalkingu.

 

2) Przekazywać informacji o zadłużeniu osobom trzecim
Windykator nie ma prawa przekazywać informacji o naszym zadłużeniu komukolwiek – nawet partnerowi dłużnika lub jego dzieciom. Osoba zadłużona ma prawo sama decydować, czy informację tę chce zachować dla siebie, czy podzielić się z kimś swoimi problemami. Jakiekolwiek próby przekazania informacji o zadłużeniu osobie trzeciej podpadają zatem pod zarzut stalkingu.

 

3) Odwiedzać dłużnika po godzinach pracy.
Czyli pukać do drzwi w nocy, przyjeżdżać pod dom w weekendy. Nawet jeżeli windykator nie wejdzie do środka, ale na przykład zaparkuje pod oknem na kilka godzin, by wzbudzić choćby zainteresowanie sąsiadów dłużnika, to działania takie mogą być uznane za przejaw stalkingu.

 

4) Wydzwaniać w nocy
Wykonywanie połączeń w nocy, a tym bardziej głuchych telefonów, jak najbardziej podlega zarzutowi stalkingu. Powiadomienia zgodnie z prawem mogą być wysyłane za dnia, w godzinach pracy dłużnika i – bez specjalnego zezwolenia – jedynie od poniedziałku do soboty.

 

5) Śledzić dłużnika
Niestety zdarzają się skargi na to, że windykator niczym cień posuwa się za dłużnikiem – sprawdza, co ten kupuje, dokąd wyjeżdża, skąd pobiera pieniądze. Takie działania podchodzą pod stalking, ponieważ windykator może kontaktować się z dłużnikiem tylko pisemnie, telefonicznie albo poprzez wysyłanie pisemnych monitów.

 

6) Nękać osób powiązanych z dłużnikiem
Ani dzieci, ani współmałżonka, ani pracodawcy – dosłownie nikogo windykator nie może angażować w nasz problem z zadłużeniem. A już tym bardziej poprzez wysyłanie ponagleń w spłacie. Dłużnikiem jest jedynie osoba związana umową kredytową lub pożyczkową i tylko ona może zgodnie z prawem otrzymywać jakiekolwiek monity ponaglające w spłacie.

 

7) Zastraszać dłużnika
Dotyczy to wszelkich prób szantażu „jak nie zapłacisz, powiemy…/zrobimy…”. Dłużnik musi dokonywać spłaty zobowiązania według swoich maksymalnych możliwości finansowych, ale nie może robić tego pod przymusem zastraszenia, w obawie, że o jego długach dowiedzą się bliscy lub sąsiedzi albo co gorsza – służba społeczna, która zjawi się w domu i odbierze mu dzieci. Takie sytuacje zdecydowanie jednoznacznie wskazują na dopuszczenie się przez windykatora przestępstwa stalkingu.

 

8) Stosować gróźb karalnych wobec dłużnika
Tego nie trzeba chyba tłumaczyć nikomu – groźby karalne są karalne z samej istoty, nie tylko w przypadku windykacji. Groźby karalne to nic innego, jak pisemne lub słowne pogróżki dotyczące popełnienia przestępstwa na szkodę tej osoby albo osoby jej bliskiej. Jeżeli kiedykolwiek otrzymaliśmy taką wiadomość od windykatora, to możemy przedstawić ją jako dowód w sądzie i z pewnością wygramy sprawę o zastosowanie groźby karalnej (dwa lata pozbawienia wolności) albo o stalking (trzy lata pozbawienia wolności).