Nie ma jak przygody

Nigdy nie marzyłem, żeby robić dzieła sztuki, lecz chciałem opowiadać ciekawe historie – z reżyserem Markiem Piestrakiem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Swoją przygodę w filmem rozpoczął Pan frapująco i na górnej półce jako praktykant na planie sławnego, legendarnego dziś „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego. Niech Pan opowie o tej przygodzie…
To wielka przygoda mojej młodości. Dzieciństwo spędziłem w Gdyni. Tam też, w Trójmieście, skończyłem studia inżynierskie, dokładnie na Politechnice Gdańskiej. Jako chłopak byłem pasjonatem kina. W domu, w którym mieszkałem, w Gdyni, mieszkał także kierownik kina „FALA” na Grabówku (dzielnica Gdyni) który wpuszczał mnie na filmy niedozwolone dla dzieci poniżej 12 czy 14 lat. Pamiętam m.in. „Miasto bezprawia”, „Ali Babę”, czy „Skarb Tarzana” z Johnnym Weissmuellerem. Zanim przydarzyła mi się wspomniana hollywódzka przygoda, nawet nie marzyłem o współpracy ze sławnym już wtedy Polańskim. Sprawcętego szczęśliwego dla mnie trafu był rektor łódzkiej szkoły filmowej, profesor Jerzy Toeplitz, który w 1967 roku wyjechał z wykładami do Los Angeles. Ja wtedy kończyłem szkołę filmową i marzyłem, żeby wyjechać do Stanów, gdzie miałem rodzinę, która mnie zaprosiła. Dostałem paszport i popłynąłem statkiem „Batory” z mojej rodzinnej Gdyni do Montrealu. To by¸ najtańszy środek lokomocji do USA, bo za bilet płaciło się złotówkami. Z Montrealu pojechałem autobusem do Los Angeles, gdzie na tamtejszym uniwersytecie odwiedziłem profesora Toeplitza. I on mi powiedział, że Polański kręci w „Paramouncie” „Dziecko Rosemary” i że on wybiera si« tam do niego. Zaproponował mi żebym go tam zawiózł¸ a on przedstawi mnie Polańskiemu. Pożyczyłem studebackera od rodziny i z duszą na ramieniu zawiozłem profesora do „Paramountu”. Do wytwórni weszliśmy słynnym wejściem Cecile’a B. de Mille. Polański zaprosi¸ nas na lunch. Oniemiałem ze szczęścia, zwłaszcza w momencie, gdy przy sąsiednim stoliku zobaczyłem rodzinę Cartwrightów z „Bonanzy” w komplecie, jedzących lunch w przerwie pracy na planie. Przy okazji zobaczyłem plan „Bonanzy”, słynną „Ponderosę”, farmę Cartwrightów ze sztucznym niebem i panoram gór w tle. Po lunchu i rozmowie, Polański zaproponował mi praktykę na planie i tak zostałem do końca zdjęć. Często odwoził mnie po zakończeniu dnia zdjęciowego swoim wspaniałym motocyklem, zostawiając mnie po drodze, a sam jechał dalej do swojego domu w Santa Monica. Atmosfera na planie była wspaniała, twórcza. Uważnie obserwowałem operatora Billa Frackera, rozmawiałem z odtwórcami głównych ról, Johnem Casavetesem, Mią Farrow, Ruth Gordon. Byli bardzo mili i przystępni. Spotkałem też kompozytora muzyki do „Dziecka”, tej słynnej kołysanki, Krzysztofa Komedę, m.in. w domu Polańskiego. Romana Polańskiego spotkałem ponownie w 1994 roku, kiedy kręciłem film o Leonie Niemczyku i sfilmowałem jego zaaranżowane przeze mnie spotkanie po latach z Polańskim w Instytucie Kultury Polskiej w Paryżu, w tym scenę gdy Niemczyk, który grał w „Nożu w wodzie”, mówi na powitanie: „Cześć Roman, widzę, że nie urosłeś.
Czy słynnego przedwojennego polskiego reżysera Michała Waszyńskiego, który nakręcił kilka odcinków „Bonanzy” jako Michael Waschynsky też Pan w Hollywood spotkał?
Jego akurat nie, ale poznałem sławnych wtedy gwiazdorów, Steve McQuinna i Lee Marvina. Mogę powiedzieć, że dotknąłem palcem Hollywoodu. To była fantastyczna przygoda, która mnie poza tym nauczyła m.in. jak organizuje się plan. Ta drobiazgowość przygotowania każdej sfery pracy była nieporównywalna z naszymi, zwłaszcza ówczesnymi, warunkami realizacji filmu. W USA to był przemysł z prawdziwego zdarzenia. Dla nas, przyzwyczajonych w Polsce do improwizacji i prowizorki była to bajka o żelaznym wilku.
Czy to właśnie udział w pracy przy legendarnym horrorze wzbudził w Panu tęsknotę za zrobieniem swojego filmu w tym gatunku? Bo w 1982 roku zrealizował Pan „Wilczycę”, której premiera odbyła się wiosną 1983 roku…
Nie wiem, być może takie marzenie istotnie utkwiło mi gdzieś w tyle głowy. Na pewno nigdy nie marzyłem, żeby robić dzieła sztuki, lecz chciałem opowiadać ciekawe historie. „Wilczyca” powstała na podstawie bardzo dobrego opowiadania Jerzego Gierałtowskiego pod tytułem „Wadera”, a scenariusz na podstawie tego opowiadania otrzymałem akurat w końcu ja. Pracowaliśmy nad nim z samym autorem, dość długo, mozolnie, decydując się w końcu na zmianę tytułu „Wadera” na jego polski odpowiednik polski, czyli na „Wilczycę”. Tradycja horroru w polskim kinie była i pozostała do dziś prawie żadna. Co prawda Janusz Majewski nakręcił kilkanaście lat wcześniej „Lokisa” według opowiadania Prospera Merimée, a Witold Orzechowski „Drogę w świetle księżyca” według opowiadania Ambrose,a Bierce, ale pierwszy był raczej pastiszem gatunku, a drugi – filmem telewizyjnym. Akcja „Wilczycy” pierwotnie miała, jak w opowiadaniu, rozgrywać w okresie Powstania Styczniowego, miał się pojawić oficer rosyjski i jego żołnierze, ale władze kinematografii się nie zgodziły na taki rosyjski kontekst. W związku z tym wymyśliłem, że ponieważ w scenariuszu występuje dagerotyp, czyli przodek fotografii, który pojawił się na początku lat 40. XIX wieku, to trzeba akcję usytuować wcześniej, w okresie Wiosny Ludów 1848 roku, a Olgierda Łukaszewicza zamiast w mundur oficera rosyjskiego ubrać w mundur austriackiego huzara. Film miał ogromne powodzenie. Obejrzało go około dwóch milionów widzów i cieszył się zainteresowaniem także za granicą. Jeden z krytyków czeskich napisał nawet, że to najlepszy horror w historii gatunku.
Czy fakt, że realizacja filmu miała miejsce w stanie wojennym, jakoś wpływał na atmosferę na planie?
Wydaje mi się, że cała ta dookolna sytuacja, autentyczna atmosfera napięcia wynikającego ze stanu wojennego, ciężka atmosfera polityczna w kraju, dojazdy na plan przez spotykane po drodze posterunki milicyjne, godzina milicyjna, padający śnieg, niecodzienna sceneria planu – wszystko to chyba jakoś przekładało się na nastrój aktorów, co z kolei widać chyba na ekranie. Pamiętam, że dobrym duchem naszej ekipy był Leon Niemczyk, który był wspaniałym, czarującym człowiekiem. On pamięta¸ o całej naszej ekipie, a ponieważ kręcił wiele filmów w NRD, więc stamtąd przywoził rozmaite wiktuały, smakołyki, kawę, wędliny, słodycze i dla każdego miał jakiś podarunek. Leon wprowadzał nas w dobry nastrój i humor. Pamiętam taką sytuację, że któregoś dnia ze Stanisławem Brejdygantem czekali długo na mrozie na koniach na ujęcie. I kiedy Brejdygant zaczął marudzić, że jest mu zimno, to siedzący w siodle bez słowa skargi Leon powiedział: „Staszek, co ty tak marudzisz, ciesz się, że nie grasz Indianina w zimie”. Leon w ten sposób żartobliwie nawiązał do tego, że grywał i Indian w tych enerdowskich westernach DEFY. Z sytuacji anegdotycznych pamiętam taką, która wiąże się z odtwórczyni roli tytułowej, imponującą urodę IwonyBielskiej, która była dosyć purytańska w zachowaniu. W jednej ze scen miał się do niej, jako do kobiety-wilczycy, dobierać huzar, grany przez Olgierda Łukaszewicza. Otóż kiedy zaczął szarpać na niej odzienie w celach miłosnych, Bielska uciekła z krzykiem oburzenia. Oburzyła się też pewnego razu na zbyt „rubensowskie” zdjęcie w negliżu zrobione jej na planie.
Wcześniej sporo Pan pracował jako drugi reżyser. Czy terminowanie przy realizacji filmu to dobra szkoła dla przyszłego samodzielnego twórcy?
Bardzo dobra, tyle że w obecnych warunkach realizacyjnych nie do powtórzenia. Ja debiutowałem jako asystent reżysera w filmie Hieronima Przybyła „Poznańskie słowiki” w 1965 roku jeszcze jako student. Zawdzięczam to szefowi zespołu „Rytm” słynnemu Zygmuntowi Szyndlerowi, który obejrzał to, co zrobiłem i powiedział: „Nie jesteś już praktykantem, ale asystentem reżysera i podpisuj umowę”. Z nieżyjącym już Przybyłem, uroczym i kulturalnym człowiekiem, pracowało się wspaniale. Pracowałem z nim też przy filmie „Paryż-Warszawa bez wizy”.
Czy zamiar realizacji „Testu pilota Pirxa” wziął się u Pana z fascynacji proząStanisława Lema?
Oczywiście, uwielbiałem go i przeczytałem wszystkie jego ówczesne książki. Jako chłopaczek czytałem pismo „Świat przygód”, w którym drukowano w odcinkach powieść „Jeniec z Marsa”. Podejrzewałem, że napisał je Lem, który się do niej nie przyznawał, ale której był chyba autorem i to dość młodocianym. „Test pilota Pirxa” był bardzo dobrze odebrany za granicą, nawet na Zachodzie, gdzie przecież były nieporównywalnie lepsze warunki realizacji tego rodzaju kosztownych projektów.
Lubił Pan na pracę na planie?
Bardzo, bo dla kogoś, kto jej nie lubi to może to być katorga. Ostatnia moja duża praca, to współpraca z Andrzejem Trzosem-Rastawieckim przy serialu „Marszałek Piłsudski”, która była znakomitą przygodęz prawdziwą historię.
Wcześniej, przez kilka lat nie miał Pan zbyt wielu możliwości ciekawej pracy filmowej…
Tak, bo pierwsza połowa lat 90. była pod tym względem katastrofalna. Bywało, że reżyserzy nie mieli z czego żyć. Musieliśmy się dla chleba i utrzymania się w branży imać często bardzo dziwnych realizacji. Okazało się, że krach poniosła idea wprowadzenia do kinematografii pełnego liberalizmu, bo na to mogły sobie pozwolić tylko Stany Zjednoczone czyli Hollywood czy Indie, czyli Bollywood. Wszędzie poza tym filmy są finansowane z różnych źródeł. Jeśli polskie kino ma się odrodzić, to musi iść taką drogą jak Europa Zachodnia. Musi się też zmienić stosunek do reżyserów czy aktorów, którzy odnieśli sukces. Poza Polską jeden sukces generuje następny. U nas sukces oznacza coś wręcz przeciwnego – skazanie na długą absencję.
Dziękuję za rozmowę.

Marek Piestrak – ur. 31 marca 1938 roku w Krakowie, absolwent Politechniki Gdańskiej i Wydziału Reżyserii PWSTiF w Łodzi (1974). Zrealizował m.in. „Śledztwo’ (1973), „Cicha noc, święta noc”,(1970) „Test pilota Pirxa” (1979) ( nagrodzony Grand Prix „Złoty Asteroid” na Festiwalu Filmów S.F. w Trieście, „Wilczycę” (1982), „Klątwę Doliny Węży” (1987), „Powrót Wilczycy” (1992), „Słudzy księcia Ciemności” (1992), „Odlotowe wakacje” (1999), a także seriale „Przyłbice i kaptury” (1985), „Życie jak poker” (1999), „Samo życie” (2002-2009). Drugi reżyser m.in. filmów: „Blizna” K. Kieślowskiego (1979), czy „Zaraza” Romana Załuskiego (1971). Ceniony także jako twórca wielu filmów dokumentalnych.

Angielski sen cz. (1) NA WYSPACH

Od kilku miesięcy pracuję na Wyspach. Po dwóch tygodniach urlopu ponownie odwiedziłem Zjednoczone Królestwo – wciąż nie wiem na czym to ich jednoczenie polegało, ale mniejsza z tym.

 

 

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony będą ukazywać się w „Dzienniku Trybuna”. Ponieważ jest to jednak początek nowego cyklu, pierwszy z nich ma charakter wprowadzenia adresowanego do Czytelników, którzy nie mieli okazji czytać poprzednich, publikowanych wyłącznie w wersji elektronicznej.

 

Zanim tu przyleciałem chwytałem się w panice przeróżnych zajęć. Po kolejnej i mam nadzieję ostatniej terapii odwykowej, po raz kolejny rozpocząłem nowe życie. Ponieważ z samego pisania utrzymać się teraz nie sposób, a wiele więcej robić nie potrafię. Pomimo pewnych oporów, ale z nadzieją na stały dochód, zatrudniłem się na jakiś czas w telewizji państwowej. Niestety, wszędzie był ten sam problem, płatności. Owszem, zapewniali, że już za miesiąc zapłacą, wyrównają i że będzie już dobrze. Na pocieszenie dowiedziałem się, że z pewnością dostaniemy kasę na koniec grudnia, ponieważ księgowość przed nowym rokiem musi zrobić porządek w papierach. A to był chyba wrzesień.
Niewiele brakowało, bym już został nawet stajennym. Pomysł bardzo mi się spodobał, praca w sam raz – choć kwalifikacji brak, to zapału do cholery. W jednej ze stadnin, poszukiwali pomocnika. Pojechałem na rozmowę wstępną. Ponieważ jednak długo nie było odzewu, zdecydowałem się na wyjazd do mitycznej krainy funta szterlinga.
Znajomi znaleźli mi pracę, ogarnęli lokum, udzielili kilku wskazówek, pomogli pozałatwiać formalności, i tak zacząłem brytyjski rozdział mojego życia.
W listach publikowanych na FB opisałem początki pracy, trudy aklimatyzacji, problemy z jakimi borykałem się na co dzień, coś co potem przeradzało się w banał, stawało rutyną, by ostatecznie dojść do wniosku, że nawet na swój sposób lubię tę pracę. A życie, choć wydaje się dziwne i czasami głupie, jest w zasadzie znośne, choć wciąż coś mnie tu uwiera. Nie potrafię określić co, ale wiem, że to nie jest moje miejsce na ziemi. Żeby nie stracić orientacji, każdego dnia zakładam zegarek, by nie stracić orientacji i nie pomylić lewej strony z prawą.
Wyleciałem z Polski jedynie na miesiąc, by poprawić swój byt i poczekać na kasę ze spodziewanej sprzedaży książki. Bytu jednak nie poprawiłem, a sprzedaż jest wciąż nieokreślona. Utknąłem więc w tym dziwnym kraju i trwam, bo zarobki dla takich jak ja, wystarczają jedynie na trwanie – chwilowe i niepiękne.
Plusem jest to, że nie od pierwszego do pierwszego, a od piątku do piątku. Płacą mi co tydzień, więc jeśli kasa skończy się na przykład we środę, to wystarczy przetrwać jedynie czwartek i życie, a raczej trwanie, zaczyna się od nowa. W międzyczasie zadzwonił właściciel stajni, żebym przyjechał do roboty, bo moja kandydatura najbardziej mu odpowiada. Tym razem ja się wahałem, bo szczerze mówiąc ledwo się zainstalowałem, zacząłem poznawać miejsca i ludzi. W magazynie gdzie piastuję odpowiedzialne stanowisko sprzątacza pracują ludzie z 69 krajów. Część z nich poznałem, z częścią się zaprzyjaźniłem, a moja nauka języka pasztu zadziwia nawet Pakistańczyków. Kiedyś jeden kierowca Ubera, prosił mnie bym nauczył go jak się przedstawić w tym języku, bo on wprawdzie Pakol, ale urodzony na Wyspach i całkowicie zasymilowany. Uczyłem go więc całą drogę: „Hapkakja name her?” (jak się nazywasz) i odpowiedź: „Mera name Jammi ha”, bo chyba Jammi miał na imię.
Planowany miesiąc pobytu w UK minął kilka miesięcy temu, a ja nadal mieszkam w kraju, którego pomimo szczerych chęci, nie udało mi się polubić. Wielka Brytania, to śmieci walające się po ulicach, to podłe jedzenie, Anglicy patrzący z góry na obcokrajowców, ludzie posługujący się językiem, w którym nie ma słowa „smacznego”, ale w zasadzie nie powinno to dziwić. Byłoby niesmacznym żartem powiedzenie komuś podczas typowego angielskiego obiadu „Smacznego”. Jedzenie naprawdę jest tu okropne. To kraj, w którym podobnie jak ruch uliczny, wszystko znajduje się z niewłaściwej strony.
To jedno z nielicznych na świecie miejsc, które kompletnie niczym mnie nie zachwyciło. Zdarzało się owszem, że zwiedzając jakieś miasteczko, myślałem „ale tu ładnie”, ale szybko dochodziłem do wniosku, że po prostu jest to posprzątane, zadbane, ale zupełnie przeciętne miejsce.
Zwiedzając Londyn obszedłem miejsca opisywane w powieściach Charlesa Dickensa – i nawet tego turpistycznego piękna z „Olivera Twista” nigdzie nie dostrzegłem. No, może w podziemnym przejściu w Luton, gdzie mieszka para bezdomnych dwudziestokilkulatków. Piękno dotyczy jedynie ich miłości, bo sytuacja w jakiej się znaleźli obciąża każdego z nas. A jeśli nie wydarzy się coś, jeśli nie zmienimy świata, to i tę miłość zabijemy. Patrząc na nich, zrozumiałem chyba co miał na myśli autor pisząc w Internecie o Luton: „W tym miejscu kończy się ludzkość”
Dotychczas mieszkałem w tym mieście. Według statystyk, Luton jest jednym z trzech najbrzydszych, najgorszych i najbardziej niebezpiecznych miast w UK. Znakomite rekomendacje dla kolekcjonerów wrażeń – pomyślałem – ale już po pierwszych tygodniach doszedłem do wniosku, że tu również jest przeciętnie. Handel narkotykami kwitnie praktycznie w każdym miejscu, nawet nie w ciemnych zaułkach, ale na głównych ulicach czy reprezentacyjnym deptaku. Sprytni dilerzy wpadli nawet na dość oryginalny pomysł. Rozdają wizytówki, na których w dwunastu językach napisane jest, co i za ile można kupić. Z numerem telefonu oczywiście. Dwukrotnie znalazłem dilpaki pełne białego proszku – zapewne kokaina, bo kto by sobie polską fetą (amfetamina) dupę zawracał.
Gdy kilka dni temu, po dwutygodniowym urlopie wróciłem z Polski, wsiadłem w pociąg, by jak najszybciej dojechać do znajomych. Zająłem miejsce… i tuż pod nogami zobaczyłem charakterystyczny, foliowy woreczek wypełniony białym proszkiem. „Good morning Anglio” – pomyślałem. Idealne miejsce dla kogoś, kto usiłuje wytrzeźwieć po 25 latach czynnego i hardkorowego uprawiania nałogów.
Jest jednak coś, czego Brytyjczykom zazdroszczę. Są równie niemili dla wszystkich. Tu nie wartościuje człowieka praca, którą wykonuje. Nie ma najmniejszego znaczenia w relacjach międzyludzkich, czy jest śmieciarzem, sprzątaczem, managerem, lekarzem czy kimkolwiek innym. Piastowane stanowisko jest na ostatnim miejscu jakiejkolwiek rozmowy. „Mój mąż jest z zawodu dyrektorem” – nie robi tutaj wrażenia.
Tutaj nie wzbudza sensacji para gejów czy lesbijek całujących się w autobusie lub na ulicy. Ale narzekają na imigrantów, ludzi z ich dawnych (i współczesnych) kolonii, których maksymalnie wyeksploatowali ze wszystkich wartościowych złóż, minerałów, niewolniczej pracy. Wycisnęli z nich wszystko, co zaspokajało ich próżność i stanowiło jakąkolwiek wartość, wpędzając tym samym w nędzę, A siebie w dobrobyt
Pewna doza sprytu i zmysł obserwacji, bardzo ułatwia życie. Komunikacja w Anglii jest potwornie droga. Bilet z Luton do Londynu w jedną tylko stronę kosztuje 22 funty. A to naprawdę niewielka odległość. W zależności od stacji 30-50 km.
Można jednak spokojnie przejechać tę trasę bezpłatnie, tylko w mniej dogodnych porach. Od 22.00 do 6.00 rano wszelkie bramki są otwarte, a stojąca obok obsługa kończy pracę. Można więc jeździć za free aż do oporu, czyli do 6.00 rano.
Kilka osób w pracy ucieszyło się z mojego powrotu. Ponieważ wcześniej zapowiedziałem, że prawdopodobnie zostanę w Polsce, to radość jaką zobaczyłem w ich oczach autentycznie mnie wzruszyła. Oczywiście Pasztuni, kilku Hindusów, Rumunów, i – co ciekawe – kilku Polaków, z którymi zdążyłem się już zakolegować. Znakomita większość wciąż się nawet ze mną nie wita. Najbardziej ucieszyła się dwójka Rumunów – Rokko i jego naprawdę piękna dziewczyna Made. Przez ostatni miesiąc jeździłem z nimi do pracy. Zaprzyjaźniliśmy się, a że pokrywał nam się grafik – oni też pracują na nocki – to miałem doskonały transport.
Od mojego miejsca zamieszkania do pracy to odległość ponad 30 km. Nie byłoby to nawet wielkim problemem, gdyby jeździły tam jakieś autobusy lub pociągi. Owszem istnieje kilka kombinacji dojazdu środkami publicznej komunikacji, ale wiążą się one z właściwym dla tego kraju ryzykiem. Ryzyko jest takie: autobus może przyjechać lub nie. Nie ma reguły. Niby jest na rozkładzie, niby elektroniczna tablica pokazuje, że za ileś tam minut przyjedzie, by w ostatniej minucie przeskoczyć i podać kolejny termin za 40 minut. Kiedyś z kolegą czekaliśmy w Old Hatfield ponad cztery godziny wierząc, że w końcu nadjedzie. Cztery czy pięć razy gapiliśmy się w minuty wyświetlane na przystankowym telebimie. Przypomniał mi się wtedy fragment piosenki Jacka Kaczmarskiego „i w duszach swych przeklinaliśmy, tę łatwą wiarę, w megafony”. Gdy jednak mamy już to szczęście i jednak przyjedzie, też nie należy jeszcze popadać w euforię.
Dwukrotnie dałem się nabrać i cieszyłem jak dziecko, gdy zobaczyłem nadjeżdżający pojazd o właściwym numerze. Jeszcze w pierwszym tygodniu pracy, wracałem do domu i marzyłem jedynie by coś zjeść, ochlapać i do łóżka. Jakieś cztery kilometry od mojego wynajętego pokoju na Stockwood Crescent w Luton, zatrzymał się i twierdząc, że auto ma awarię, wyrzucił wszystkich pasażerów. Drugim razem, na zupełnie innej trasie, w pewnym momencie, kierowca ogłosił, że właśnie skończył pracę i też wyrzucił wszystkich z autobusu. Czegoś takiego jak komunikacja zastępcza jeszcze tu nie widziałem.
Poza trudnościami komunikacyjnymi autobusów, pojawiają się dosyć często werbalne trudności komunikacyjne, gdy kupuję bilet. Odwiedzając znajomych w Borehamwood, często zostaję u nich na noc. Następnego dnia, jadąc do pracy z lękiem wypatruję autobusu o numerze 658.
Kupując bilet mówię kierowcy nazwę przystanku – Colney Fields. Kierowca powtarza: „London Colney?” Nie, odpowiadam, bo bilet który chce mi sprzedać jest droższy. Więc powtarzam Colney Fields, a ten swoje „London Colney”. I tak czasami po kilka, kilkanaście razy. W końcu kierowca załapuje „A! Colney Fields. Dlaczego od razu nie mówisz?” I patrzy na mnie jak na kretyna.
Zirytowany tymi wiecznymi problemami, by uprościć sprawę, zatrzymałem sobie w kieszeni stary bilet, gdzie jest napisana właściwa nazwa przystanku. Pomysł przeszedł spodziewane granice i już nie tylko nie muszę sie spierać o który Colney mi chodzi, ale również przestałem płacić za przejazd.
Wchodząc do autobusu mówię kierowcy „Colney Fields” i wyciągam ten stary bilet, by sobie jeszcze przeczytał. Kierowca w pierwszej chwili mówi „London Colney”, gdy jednak patrzy na ten stary bilet, który podtykam mu pod sam nos, mówi ok, masz bilet, siadaj możesz jechać. I tak na lewym bilecie, lewą stroną drogi dojeżdżam do roboty.

c.d.n.