Bigos tygodniowy

Naprawdę świetne było wystąpienie Adriana Zandberga, w imieniu klubu Lewicy, po exposé Morawieckiego Mateusza. Przemówienie Zandberga było dobre do tego stopnia, że nawet prawicowi i propisowscy komentatorzy, politycy i publicyści nie kwestionują jego klasy, choć z kwaśną miną i półgębkiem próbują ją relatywizować. Po raz pierwszy od „niepamiętnych czasów” byliśmy świadkami sytuacji, w której opozycyjny mówca, patrząc w oczy szefowi rządu pisowskiego miał nad nim integralną przewagę. Ale wyrazy najwyższego uznania należą się jeszcze komuś – wicemarszałkowi Sejmu Włodzimierzowi Czarzastemu, za pierwszorzędną polityczną inteligencję i klasę, z jaką współprowadzi obóz Lewicy. Otóż Czarzasty, który sam jest bardzo dobrym, sugestywnym mówcą, mógłby, tak jak to jest powszechnie w zwyczaju u liderów partyjnych, uznać, że to jemu należy się prawo do wystąpienia w tej debacie. A jednak zostawił to zadanie Zandbergowi, bo doskonale wie, że, po pierwsze, on sam na trybunie sejmowej byłby, zwłaszcza w tej sytuacji (jako „komunista z krypty”, jak sam siebie autoironicznie określił i polityk „z przeszłością”) bardzo dogodnym celem ataków przeciwników i wrogów z prawej strony. Po drugie, świetnie wiedział, że choć sam jest dobrym retorem, to właśnie Adrian Zandberg dysponuje najbardziej potrzebną w momencie petardą, składającą się z takiej mieszanki, która zadziała najmocniej i będzie dla przeciwników i wrogów najtrudniejszą do odparcia. Czarzasty zachował się z klasą rzadką u polityków – zamiast infantylnego narcyzmu i grania personalnie na siebie, okazał umiejętność samoograniczenia osobistych ambicji w imię nadrzędnych celów. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, ja stary rep, poczułem chwilę dumę z klasy i inteligencji liderów Lewicy. Szczypałem się przy tym w policzek, by sprawdzić, czy to nie senne marzenie. Chapeux bas, Panowie!
*****
Słuchając exposé Morawieckiego Mateusza, staro-nowego premiera staro-nowego rządu PiS miałem wrażenie, że słucham egzotycznej mieszaniny elementów z jakichś „bajek robotów”, „gwiezdnych wojen”, megalomańskiej propagandy sukcesu oraz fantazji o polskim przodownictwie w postępie technologicznym i „najlepszym w Europie kraju do życia” – z ciasną frazeologią kleronacjonalistyczną, z wrzaskami w „obronie rodziny” przed „ideologią gender”. Ze zmieszania tych dwóch rodzajów mąki chleba jednak nie będzie. Za to ani słowa o aferze Banasia, o niejasnościach z swoim majątkiem, w tym z działką pod Wrocławiem i całym pakiecie pisowskich przestępstw przeciw państwu prawa.
*****
Rząd PiS okradł niepełnosprawnych, którzy nie są jego targetem politycznym, aby wypłacić trzynastą emeryturę emerytom, których znacząca część jest takim targetem. Generalnie zawsze należy sprzyjać poprawie bytu emerytów, tylko dlaczego akurat kosztem zbiorowości ludzi najbardziej pokrzywdzonych przez los?
*****
„Moralność nie istnieje, są tylko okoliczności” – mówił Vautrin do Rastignaca w „Ojcu Goriot” Balzaca. To, czy ktoś lub coś jest ideowo-politycznie po prawej czy lewej stronie, zależy tyleż od naszej oceny, ile od aktualnych okoliczności i położenia względem osi poglądów. Dajmy na to ja, lewicowiec, jeszcze cztery lata temu uważałem Platformę Obywatelską za prawolstwo, reakcję pełną gębą, jeżdżącą na rekolekcje pod Kraków do kardynała Dziwisza, mającą w swych szeregach ekstremistów ideologicznych nie gorszych niż „Konfederacja”, tyle tylko, że PO była mniej krzykliwa i agresywna niż PiS, była jak letnia, jak „ciamcialamcia”, jak mówił Roman Giertych. A dziś? Toż to prawie moi jednolitofrontowi sojusznicy ideowi, niemal centrolewica (taki żarcik). Podobny mechanizm przesuwania się frontów ideowych dotyczy także PiS. Weźmy jego relacje z „Konfederacją”. Konfederaci ostro napierają na PiS z prawej flanki i przesuwają je do centrum, jak stare pudło. Jeszcze dojdzie do tego, że siłą rzeczy i praw fizyki zepchną partię Przewodniczącego Mało na pozycje luksemburgizmu. Z innych pozycji napierają gowinowcy i ziobryści. Ci pierwsi nawet uwalili PiS-owi pierwszą ważną ustawę o zniesieniu 30-krotności składek na ZUS. Ach, jakiej to rozkoszy komfortowej władzy dało się użyć w minionej kadencji. Ale to se ne vrati.
*****
Pawłowicz i Piotrowicz w jednym domu stanęli, to jest w tzw. Trybunale Konstytucyjnym, jako sędziowie. Pochwały tych śmiesznych i strasznych figur wypowiadane z trybuny sejmowej brzmiały jak frazeologia charakterystyczna dla zjawiska „ketmana” opisanego przez Czesława Miłosza w „Zniewolonym umyśle”. Przy okazji tego tych głosowań dokonało się bezczelne, oburzające pisowskie przecherstwo, szwindel z powtórzeniem głosowania w obawie o wynik, które tym razem firmowała Witek Elżbieta, pisowska marszałkini Sejmu. Przewodniczący Mało uparł się tak bardzo przy Pawłowicz i Piotrowicz, wierni żołnierze PiS, bo wie że oboje będą wierni do końca bezgranicznie i że nawet przypiekani na wolnym ogniu przez siepaczy liberalnych i lewicowych – nie zdradzą. Co do innych ewentualnych kandydatów, nawet bliskich PiS, takiej pewności nie ma, co pokazuje casus sędziego Pszczółkowskiego i „bunt Wyrębaka” Jeśli do tego dodać głosy o niesnaskach między Przyłębską a „agentem Muszyńskim”, to nic dziwnego że Przewodniczący mało zaczął dmuchać nawet na ten zimny, a nawet zamrożony Trybunał. Zachowanie marszałkini Witek pokazuje, że w stary spór o wyższość między formą a treścią wypada rozstrzygnąć na rzecz tej drugiej. Kuchciński Marek, marszałek poprzedni reprezentował złą formą i złą treść w jednym. U Witkowej forma jest lepsza, ale treść okazała się podobnie licha.
*****
Zmarł arcybiskup Juliusz Paetz, miłośnik młodych ciał kleryckich. Ten, który przywoził im z Rzymu, Wiecznego Miasta, prezenciki w postaci czerwonych jak młode wiśnie męskich majtek z napisem „ROMA”, co kazał im czytać od tyłu, jako „AMOR”.
*****
Walka polityczna między PiS (któremu lekko spadło w sondażu) i „Konfederacją” (której lekko wzrosło, podobnie jak Lewicy) sięga coraz głębiej w historię. Grzegorz Braun zarzucił, że za biurkiem ministra kultury wisi portret Stanisława Kostki-Potockiego (1755-1821), „masona i postaci z piekła rodem”. Gliński Piotr bronił Kostki, ale niemrawo i bez przekonania. Ja bronię zdecydowania mego urodzonego także w Lublinie historycznego krajana, wielkiej postaci polskiego Oświecenia.

Bigos tygodniowy

Młody Morawiecki zadebiutował jako komik stand-upowy. Z trybuny sejmowej perlił się dowcipem, kpił, ironizował, szydził. Pewien aktor, który postanowił wyjątkowo zabłysnąć w pewnej roli, więc dwoił się i troił na scenie, zapytał po spektaklu o opinię reżysera Kazimierza Dejmka. Ten mu odpowiedział: „Był taki bułgarski cyrkowiec. Jeździł na jednokołowym rowerze, jednocześnie lewą ręką żonglując piłeczkami a prawą wirował talerzykiem na czubku kija. Pan był lepszy”. Z rzeczy poważniejszych, które poruszył MM, to deklaracja wycofania się z podwyżki cen prądu. Pisiory przelękły się paryskiej lekcji „żółtych kamizelek”? Tylko jak to zbilansują finansowo? Zaczyna być pod górkę?

 

***

„Jest pan wybitnym mężem stanu i wielkim historykiem, w związku z tym chciałbym zapytać, czy do pana już dotarło, że w czasie II wojny światowej Węgry były sojusznikiem Hitlera, a nie koalicji antyhitlerowskiej. Jak słyszę wasze ujadania, jak widzę wasze narodowe twarze, to chciałbym sparafrazować wielkiego Wojciecha Młynarskiego, „bom ja już nie pachole, żebym ja bym taki zdrowy, jak ja was… szanuję” – powiedział w Sejmie Stefan Niesiołowski do Młodego Morawieckiego. I pomyśleć, że ja kiedyś, w zamierzchłych czasach nie cierpiałem „Niesioła” za ZChN i za klerykalizm. Tempora mutantur…

 

***

Po długotrwałym okresie martwego milczenia (spokój panował w Budapeszcie), w stolicy Węgier niepodziewanie wybuchła fala protestów społecznych przeciw posunięciom rządu Wiktora Orbana. W kilkudniowych już zamieszkach ulicznych, w których biorą udział tysiące ludzi, zatrzymano kilkadziesiąt osób, a kilkunastu policjantów odniosło rany. Doszło też do wtargnięcia protestujących do gmachu rządowej telewizji i do brutalnego potraktowania ich przez siły porządkowe. Impulsem, który sprowokował protesty była ustawa zwiększająca limit obowiązkowych nadgodzin i znacznie opóźniająca wypłatę za ich odpracowanie, nazwana ustawą „niewolniczą”. Wielu protestujących uważa jednak, że ten protest nie dotyczy tylko jednej konkretnej sprawy, lecz jest iskrą antyorbanowskiego przebudzenia na Węgrzech. Orban wydał oświadczenie, że za protestami stoi Soros i jacyś przestępcy i że nie jest to słuszny protest klasy robotniczej. Czyżby ci, którzy przewidywali, że rządy Orbana trwać będą tysiąc lat, jak III Rzesza, jednak się pomylili się i właśnie zaczął się początek końca węgierskiego dyktatora?

 

***

Powtórka serialu „Czarne chmury”. Doskonały humor i optymizm w propisowskich mediach (z wyjątkiem TVPiS) gdzieś prysnął. Zastąpiło je zwątpienie i jeremiada. W „Gazecie Polskiej” Jerzy Targalski: „W styczniu biegliśmy do centrum po większość konstytucyjną. Nic z tego. Pytania prejudycjalne podporządkowują polskie ustawodawstwo bezpośrednio TSUE. Hasło stabilizacji oznacza, że żadnych reform nie będzie. Remont Republiki Okrągłego Stołu okazał się jej cienkim przypudrowaniem. Mieszkańcy miast nie chcą głosować na PiS. Posłanka PiS Joanna Lichocka: „Warto napisać to wprost – istnieje realne prawdopodobieństwo, że ludzie systemu III RP mogą wrócić do władzy. Pokazał to niebezpiecznie wynik wyborczy do samorządów”. Nad „czarnymi chmurami” płacze też Robert Tekieli: „Coraz trudniej pisze mi się te felietony. Coraz ciemniejsze barwy mają te zdjęcia kolejnych tygodni” (…) „do tego wróg wewnętrzny, gdy rodzice w pewnym przedszkolu w Poznaniu dowiedzieli się, że ich dzieci mają wziąć udział w jasełkach, zaprotestowali. Zamiast tego chcą bałwankowo-snieżnego przedstawienia”. Trudno się dziwić rodzicom, że mają po uszy tej klerykalizacji szkół i dyktatury religianctwa. Także niektórzy radni warszawscy i Fundacja Wolność od Religii upominają się o przestrzeganie w końcu neutralności światopoglądowej państwa przez władze publiczne. Miejmy nadzieję, że przekształci się to w areligijny ruch „me to”, walczący o wolność od złego dotyku religijnego. A co do minorowych nastrojów w pisowskich szczujniach, to więcej wiary jest u Pawła Lisickiego w „Do rzeczy”, a w „Sieciach pisentuzjastów Karnowskich to niemal całkiem wesoło, alleluja i do przodu. Dobra mina do gorszej gry?

 

***

To, co odważni rodzice uskubali w szkole, PiS odrobiło na stanowisku Rzecznika Praw Dziecka, którym został jakiś koszmarny klerykał o powierzchowności kleryka, niejaki Mikołaj Pawlak, prawnik jakichś sądów biskupich (czyżby zajmował się dziewicami konsystorskimi?). Ten jegomość jest oczywiście gorliwym zwolennikiem zakazu aborcji, a metodę in vitro określił jako „niegodziwą”. Wygląda na psychicznie przecwelonego wychowanka klechów. Oj, nie przysłuży się ten Mikołaj dzieciom, oj nie przysłuży.

 

***

Siedmioro sędziów Trybunału Konstytucyjnego zbuntowało się przeciw sposobowi zarządzania firmą i napisało list protestacyjny do Przyłębskiej. Wśród nich jest Piotr Pszczółkowski, niegdyś pisowski kandydat, który był albo czyimś koniem trojańskim albo zbiesił się dopiero po objęciu stanowiska w TK. Tak czy owak PiS ma kolejny punkt zapalny w kolejnym organie sądownictwa. A Niezłomny musiał ukorzyć się przed TSUE i podpisać ustawę o SN. Uginanie się to jednak dla niego, Niezłomnego, chleb powszedni.

 

***

Po policjantach, także pracownicy administracyjni sądów i nauczyciele postanowili zastosować formułę strajku typu L4. To genialny sposób na strajki płacowe. I do tego uczciwy, uczciwszy niż typowy strajk stacjonarny. W końcu, kto z nas jest aż tak zdrowy, żeby nie zasługiwać na zwolnienie lekarskie w każdej chwili?

 

***

PiS pieni się z powodu dwóch spraw warszawskich. Po pierwsze, unosi się oburzeniem na perspektywę przywrócenia dawnych, „komunistycznych” nazw ulic, co oznacza pożegnanie się z patronami klerykalno-nacjonalistycznej reakcji w rodzaju nieszczęsnej „Inki”. W drugiej sprawie, nowe władze Warszawy zachowały się kompletnie niepolitycznie, dając PiS gotową amunicję przeciw sobie. Zmniejszenie bonifikaty mieszkaniowej z 98 procent do 60 procent było strzałem w stopę, a i tak prawdopodobnie będzie trzeba się z tego wycofać i zaproponować jakieś salomonowe rozwiązanie. A co do patronów ulic, to ja się pytam: dlaczego w przestrzeni publicznej ma nadal panować dyktat strony prawicowo-klerykalno-nacjonalistycznej? Z jakiej racji? Jeśli chcą mianować ulice swoimi „Inkami”, Wojtyłami itd., to niech szukają nowych, wolnych miejsc, a odczepią się od lewicowych patronów. Nie wszyscy z nich byli bez skazy, ale patroni nacjonalistyczno-klerykalni także nie, więc o co chodzi?