Od rycerskich przygód do historii płynnej

150 lat temu urodził się Walter Scott (1771-1832), który zapoczątkował nowożytną powieść historyczną.

Powieść historyczna, czyli gatunek leżący na styku historii i literatury, zaistniała w świadomości czytelniczej na początku XIX w., za sprawą jej „ojca” i głównego kodyfikatora – Waltera Scotta (ur. 15VIII 1771). Początkowo zajmował się głównie poezją („Pieśń ostatniego minstrela”, „Marmion”, „Pani Jeziora”, „Pani wysp”) lecz zmienił profil swojej twórczości literackiej, pisząc przede wszystkim powieści. Jego główną domeną były powieści historyczne, w których łączył realizm historyczny z fantastyką oraz tajemniczymi ludowymi legendami i wierzeniami. Scott pobudził zainteresowanie baśniowo-rycerską przeszłością rodów Szkocji. Tematyka jego powieści dotyczyła często dziejów pogranicza szkocko-angielskiego na przełomie XVII–XVIII w., w pojedynczych przypadkach osadzone były w kontekście angielskim i francuskim. Jego debiutem powieściowym był „Waverley”(1814), którego akcja rozgrywa się w 1745 podczas powstania jakobickiego. Większość jego powieści osnuta była wokół XVIII-wiecznej historii jego rodzimej Szkocji, tak jak „Guy Mannering” (1815), opowiadająca o losach zaginionego spadkobiercy na tle barwnej mozaiki społeczeństwa szkockiego końca XVIII wieku. Powieść walterskotowska w swojej pierwotnej formie stawiała sobie za cel w pierwszym rzędzie oddanie charakteru epoki i możliwie dokładne przedstawienie panujących w niej zwyczajów. Aby jednak przyciągnąć uwagę czytelnika, na pierwszy plan powieści wysuwał się wątek fikcyjny, skomplikowany i pełen niespodziewanych zwrotów akcji, natomiast postacie stricte historyczne (o ile się pojawiały) przewijały się jedynie przez drugi plan utworu. Bardzo często jednak los bohatera fikcyjnego łączył się z wydarzeniami prawdziwymi, które przesądzały o ostatecznym rozwiązaniu fikcyjnego wątku. Przykładowe utwory Scotta utrzymane w tej konwencji to, poza „Waverley”, także „Rob Roy” (1817), „Ivanhoe” (1819), „Narzeczona z Lamermoor” (1819), „Kenilworth” (1821), „Quentin Durward” (1823), „Piękne dziewczę z z Perth” (1828) czy „Hrabia Robert z Paryża” (1831).
Na kontynencie głównym kontynuatorem tradycji walterskotowskiej był Aleksander Dumas-ojciec, którego utwory cechuje żywa akcja umieszczona na tle historycznym. U Dumasa stopień wykorzystania autentycznych wydarzeń z historii Francji był bardzo różny. Niekiedy cały utwór stanowił udramatyzowaną wersję prawdziwej historii (n.p. „Karol Szalony”, „Naszyjnik królowej”, „Towarzysze Jehudy”), niekiedy koncentrował się na fikcji fabularnej (n.p. „Trzej muszkieterowie”), niekiedy zaś utwór wiązał się tylko z jednym wydarzeniem historycznym, a następnie koncentrował się całkowicie na indywidualnym losie bohatera (jak „Hrabia Monte Christo”). Polskie przykłady powieści walterskotowskich to n.p. „Listopad” Henryka Rzewuskiego, „Władysław Herman i jego dwór” Zygmunta Krasińskiego, czy „Jan z Tęczyna” Jana Ursyna Niemcewicza, ale także historyczne powieści Henryka Sienkiewicza, a także n.p. romansopisarstwo Wacława Gąsiorowskiego (n.p. „Huragan”) czy Maurice Druon (cykl „Królowie przeklęci”). „Walterscottowskie” motywy i akcenty można znaleźć w różnym stopniu,u wielu pisarzy XIX i XX wieku. Naznaczoną cechami „walterscottowskimi” trylogię historyczną „Rok 1794” (mocno zapomnianą w cieniu „Chłopów” i „Ziemi Obiecanej”) pozostawił Władysław St. Reymont
Historia powieści historycznej i jej odmiany
Jej korzenie, według niektórych badaczy, sięgają starożytności („Iliada” Homera) a przede wszystkim – średniowiecznych tzw. romansów rycerskich (sparodiował je Cervantes w swoim arcydziele „Don Kichot”), czy późniejszych XVII i XVIII-wiecznych romansów awanturniczych (Francisco Quevedo – Żywot młodzika niepoczciwego”, Alain Lesage – „Przypadki Idziego Blasa” czy Henry Fieldinga – „Historia życia Toma Jonesa”. Powieść historyczna jest utworem  powstałym na dwóch podstawowych płaszczyznach konstrukcji fabuły – historycznej i literackiej, przy czym w zależności od dominujących prądów literackich, zdolności pisarskich twórców i oczekiwań czytelniczych, wzajemny stosunek i proporcje tych dwóch płaszczyzn w trakcie ewolucji gatunku ulegały zmianie. Niektórzy genezę powieści historycznej upatrywali we francuskich „brutach” czy angielskiej powieści „gotyckiej”. György Lucács rodowód klasycznej powieści historycznej upatrywał w głębokich przemianach zachodzących w Europie na przełomie XVIII i XIX w., w tym w dziedzictwie Wielkiej Rewolucji Francuskiej i wojen napoleońskich, jako dominujących czynnika w rozwoju poczucia historyzmu w społeczeństwie mieszczańskim. Rozwój europejskiej odmiany powieści historycznej można podzielić na trzy etapy: pierwszą połowę XIX wieku, a zatem okres dominacji Waltera Scotta i jego uczniów, drugą połowę XIX wieku, czyli okres powstawania wielkich, epickich panoram historycznych, takich jak „Wojna i pokój” Lwa Tołstoja, a także okres pogłębionych refleksji historiozoficznych u schyłku w XIX wieku, które kontynuowane były w głównych tendencjach rozwojowe powieści historycznej w XX wieku, z odmiennej jednak perspektywy.
Wiek XIX
Powieść dziewiętnastowieczna na ogół traktowała historię jako „prolog do teraźniejszości” (n.p. „Popioły” Stefana Żeromskiego czy „Koniec epopei” Kazimierza Przerwy-Tetmajera). Narrator był wszechwiedzący, zazwyczaj trzecioosobowy (z wyjątkiem powieści pamiętnikarskiej oraz jej polskiej odmiany, gawędy szlacheckiej w stylu „Pamiątek Soplicy” Henryka Rzewuskiego), a czas, choć historyczny, linearny i ustabilizowany. Akcja powieści tego typu była często umieszczana w nieodległej przeszłości (choć były wyjątki, n.p. „Ostatnie dni Pompei” Edwarda Bulwera-Lyttona), dopiero pod koniec wieku ta tendencja została przełamana (n.p. „Faraon” Bolesława Prusa, „Salambo” Gustawa Flauberta). W przypadku klasycznej powieści historycznej można mówić o całościowym przedstawianiu materiału źródłowego, jako wartości danej odgórnie. Inaczej mówiąc – narrator jawił się tu jako historyk, który już wykonał pracę badawczą i przedstawia słuchaczom jej wyniki. W niektórych przypadkach mogła pojawić się archaizacja, której zadaniem było uwiarygodnianie relacji (n.p. Józef Ignacy Kraszewski czy Henryk Sienkiewicz). Klasyczny typ powieści historycznej (w tym młodzieżowej, n.p Walerego Przyborowskiego; „Chrobry”, „Bitwa pod Raszynem”) w szybkim czasie spetryfikował się, a jego poetyka stała się niewystarczająca dla przemian zapoczątkowanych na przełomie XIX i XX w. i później. Powieść „pamiętnikarska” była poniekąd zapowiedzią zmian, które dokonały się w rozwoju powieści historycznej w XX wieku. Tutaj wszechwiedza i kompetencje narratora zostały bardzo mocno ograniczone.
Wiek XX
Kształt powieści historycznej w XX wieku uległ daleko idącej zmianie. W tym przypadku trudno mówić o jednej, scalonej poetyce, choć nadal powstawały dzieła pisane według dziewiętnastowiecznych wzorców. Każdy twórca budował swój własny warsztat, o charakterystycznych tylko dla siebie samego cechach. Niezależnie od generalnych nurtów, każdy wybitny pisarz wnosił w swoją wersję powieści historycznej indywidualną osobowość, temperament czy specyficzne upodobania. Mógł sięgać po archaizację (n.p. Antoni Gołubiew, „Bolesław Chrobry”), albo z niej całkiem rezygnować (n.p. Jarosław Iwaszkiewicz, „Czerwone tarcze” ). Twórcy dwudziestowieczni chętnie sięgali też po dokonania współczesnej nauki, zwłaszcza do osiągnięć psychoanalizy. Wacław Berent traktował postacie i wydarzenia historyczne jako pretekst do historiozoficznych rozważań („Nurt”, „Zmierzch wodzów”). Podobnie traktowała historię Hanna Malewska (n.p. „Przemija postać świata” czy „Panowie Leszczyńscy”) czy Władysław Terlecki w swoim cyklu o Powstaniu Styczniowym. Z kolei Jacek Bocheński w swoich powieściach rzymskich („Boski Juliusz”, „Nazo poeta”, „Tyberiusz Cezar”) ubrał problemy współczesności, głównie polityczne, w kostium antyczny. Natomiast Tadeusz Łopalewski (m.in. „Zatańczmy karmaniolę”) pisał powieści historyczne w poetyce często nasyconej subtelnym humorem powiastki filozoficznej typu wolteriańskiego. Szczególnym, unikalnym, a nawet eksperymentalnym, prekursorskim w skali światowej zjawiskiem była proza historyczno-fantastyczna Teodora Parnickiego. W jego powieściach warstwa czasowa w fakturze powieści ulegała fluktuacjom, częste było użycie inwersji czasowej, narracji wariantowej, okolonej komentarzami, hipotezami, spekulacjami, monologiem wewnętrznym. Twórca-narrator zajmował pozycję badacza (detektywa) historii, który po zebraniu tworzywa materiałów źródłowych, w stanie surowym, przedstawiał je czytelnikowi. Cechą charakterystyczną jest tu płynny stosunek do źródeł historycznych, traktowanie materii historycznej jako tworzywa dla intelektualnej inwencji, historia alternatywna, rola narratora jako poszukiwacza prawdy poruszającego się po labiryncie tropów (m.in. „Koniec Zgody Narodów”, „Muza dalekich podróży”, czy „Zabij Kleopatrę”). Inny rodzaj prozy historycznej uprawiał Jean d’Ormesson. Jego „Chwała cesarstwa” jest przykładem prozy mistyfikacyjnej, w której twórca od początku do końca tworzy swój własny, fikcyjny, quasi-historyczny świat. Rozległego i popularnego od lat 80-tych nurtu pseudo-historycznej powieści fantasy (m.in. Andrzeja Sapkowskiego) rozgrywającej się w nieokreślonym czasie i miejscu nie sposób już zaliczyć do gatunku, jako że jedynie mechanicznie wykorzystywane są w jej ramach niektóre powierzchowne atrybuty klasycznej powieści historycznej.

Trzy razy o historii

Profesorowi Andrzejowi Romanowskiemu w 70. rocznicę urodzin.

Książki, o których piszę, czytałem w tej właśnie kolejności: najpierw Witolda Kalińskiego Opowieść o ludziach w dolinie Popradu, potem Wacława Zbyszewskiego Ludzie, których znałem, wreszcie Andrzeja Romanowskiego Pamięć gromadzi prochy. Przypadek sprawił, że czytałem jedną po drugiej oraz, że jest między nimi pewna łączność. Może to kwestia etapu moich lektur, sięgam obecnie rzadziej po beletrystykę, a częściej po literaturę faktu, chcąc poznać spojrzenie autorów na przeszłość, na dawne a ważne nadal zdarzenia, na ocenę ludzi, z którymi zetknęli się. Z lektur takich dowiaduję się także więcej o samych autorach, o ich poglądach, o ich stosunku do naszej historii, do ważnych postaci.
Zawsze lubiłem książki ciekawe i starannie wydane, z czasem zacząłem od nich oczekiwać jednak nieco więcej. Muszą wyróżniać się czymś jeszcze, muszą mnie uwieść, oczarować, zachwycić. I takie są te trzy książki. Jest też coś, co łączy ich autorów, to ich galicyjskość. Każdy z nich w jakimś stopniu został dobrym galicyjskim genem dotknięty i natchniony.
Z autorem pierwszej – Witoldem Kalińskim, poznanym już na Sądecczyźnie kilka lat temu, łączy mnie sporo: wieloletnia warszawska aktywność zawodowa, wiążąca się z umiłowaniem książek; mniej lub bardziej silne więzi rodzinne z Sądecczyzną; wreszcie osobista fascynacja tym regionem, co zaowocowało porzuceniem zarówno przez Kalińskiego jak i przeze mnie Warszawy na rzecz Sądecczyzny. Opowieść o ludziach w dolinie Popradu jest gawędą historyczną wywołaną naturalną ciekawością okolicy, w której mieszka autor, jej historii – tej dalszej i bliższej – oraz dziejów współczesnych. A jest to gawęda pozbawiona maniery natrętnej dydaktyki, opatrzona licznymi anegdotami i komentarzami odautorskimi przepełnionymi autoironią, nieraz kpiną, celną obserwacją zdarzeń zaprzeszłych, jakże pasujących do naszej codzienności.
Autor pomieszcza w książce wiele cytatów. To oczywiste, autor cytuje, gdyż czyta. Miłym zaskoczeniem są cytaty z dzieł bliskich mi osób: mojej Babci Zofii Skąpskiej i mego kuzyna, profesora UJ Piotra Kaczanowskiego. Cytaty te, wszystkie, nie tylko przed chwilką wymienione, to dowód na to, ile książek przeczytać trzeba, by móc jedną napisać. Chwała więc autorowi, nie tylko za to, że czyta innych, że czerpie z nich, ale że nie ukrywa tego i sumiennie na źródła wskazuje. To sygnał dla nas, po co winniśmy sięgnąć, jeśli danego tytułu jeszcze nie znamy.
Lubię książki, które pobudzają skojarzenia, wywołują odniesienia do innych lektur, narzucają chęć poprowadzenia drugiej równoległej relacji. Tak stało się, gdy natknąłem się na fragment o Kieżmarku i urodzonym w nim w 1536 roku późniejszym senatorze Olbrachcie Łaskim. Natychmiast przypomniała mi się czytana w zeszłym miesiącu książka Anny Król Kamienny sufit, znakomicie udokumentowana opowieść o pierwszych polskich taterniczkach. Jako prekursorkę górskich wspinaczek (wspinaczek w ogóle, nie tylko kobiecych) wymienia autorka Beatę Kościelecką, primo voto księżną Ostrogską. Łaski był jej drugim mężem, młodszym od niej o, uwaga, 21 lat. Pierwsza polska wyprawa w Tatry miała miejsce w 1565 roku. Tak, to nie błąd, powtórzę, chodzi o rok 1565. Polskim królem był wówczas Zygmunt II August, Rosją rządził twardą ręką car Iwan IV Groźny, w Anglii panowała ostatnia z Tudorów, Elżbieta I. Beata Łaska zaś w tym czasie wędrowała po okolicach Stawu Kieżmarskiego. Historia Beaty, jej małżeństwa z awanturnikiem Łaskim, a także relacji jej matki z dworem królewskim to temat na odrębną barwną i zaskakującą opowieść.
Wracajmy jednak do Witolda Kalińskiego. Ma on lekkie pióro, opowieść jest więc wartka, wciągająca. Znamy z grubsza historię naszego kraju i regionu, jesteśmy więc ciekawi nie tyle faktów, ile ich doboru, a nade wszystko komentarzy autora. W Opowieści o ludziach w dolinie Popradu jest tych komentarzy sporo, mówią one wiele o ich autorze, ale też o nas, o naszych przywarach i śmiesznostkach, umacniając w przekonaniu, że jednak historia lubi się powtarzać. Nie mogę oprzeć się, by kilku z nich nie przytoczyć.
Pisze autor, za Władysławem Konopczyńskim, o bitwie pod Mątwami i dodaje: „Gdyby zabitych położyć przy drodze, głowa do nogi, musiałaby ona liczyć ponad 6 kilometrów. I pomyśleć, że jedna z najbardziej krwawych bitew rozegrała się pomiędzy Polakami a… Polakami. Zaprawdę, trwamy i dziś w wieku XVII.”
Za Frankiem Kmietowiczem zaś, pisząc o czarownicach i o ówczesnym ich traktowaniu, zauważa: „… podstawowe dzieło o tym, jak postępować z czarownicami, przełożono na język polski dopiero w roku Pańskim 1614, stosowali je katolicy, zaś u prawosławnych nie było w użytkowaniu (mieli swoje sposoby). Gdy w Europie procesy o czary zanikły, w Polsce ich liczba rosła. Do dziś pozostaje owo opóźnienie.”
Cytuje też Kaliński opis jednej z wojenek domowych z początku XVIII wieku pióra Pawła Jasienicy. Uzupełnia go swoim spostrzeżeniem: „Mieszczanie nie mają się gdzie ukryć, wielu chłopów traci cały dobytek, a nieraz życie (także w dobrach klasztornych), zaś w wyniku epidemii dżumy przy życiu została w Starym Sączu znikoma część ludności (podobno 16 osób). Co prawda sam król, August II Mocny, miał spłodzić (z wieloma kobietami) kilkaset dzieci, ale trudno było tą drogą uzupełnić ubytek.”
Niektóre z komentarzy zasługują na miano aforyzmów, jak choćby ten: „Źle ulokowana ambicja jest tym, co wpędza nas w tarapaty.” Rzecz dotyczy wojen o Inflanty. Czy tylko?
Na koniec znów pro domo sua. Wspomina Kaliński mego pradziada, tak mocno, w swym studwuletnim życiu, związanego z Sądecczyzną. Pisząc o powstaniu chochołowskim i jednym z jego przywódców ks. Józefie Kmietowiczu, nadmienia: „Inny uczestnik tego powstania gościł u Antoniego Skąpskiego (też więźnia z 1846r.)” Dodam, bo książka Kalińskiego nie o tym i miejsca na wszystko by mu zabrakło, że tym innym uczestnikiem powstania w Chochołowie był Jan Kanty Andrusikiewicz, nad którym pradziad roztoczył opiekę, zatrudniając go w dobrach kamienickich, którymi zarządzał. A sam stał się politycznym więźniem austriackim, gdyż wiosną 1846 roku podczas suto zakrapianej kolacji, ustalono, iż trzeba szykować się do powstania, a pradziada okrzyknięto jego dowódcą. Nie zdołał wszakże podjąć żadnych działań, usłużny powiadomił kogo trzeba i kilka dni później zaprowadzono mego przodka do sądeckiego aresztu. Nieco później, w sądzie, już we Lwowie, usłyszał wyrok śmierci, szczęśliwie zamieniony na 10 lat twierdzy, z której oswobodziła go Wiosna Ludów.
I jeszcze jedno nazwisko wymienione przez autora chcę opatrzyć maleńkim komentarzem. Chodzi o Antoniego Jurczaka, legendarnego burmistrza Muszyny przez 26 lat. Kończąc prace nad wydaniem drugiego tomu wspomnień mojej Babci Zofii Skąpskiej, odnalazłem z nim koligację. Odległą, ale jednak. Prawnuczka siostry mojej prababki – warszawska lekarka Joanna „Jona” Łypaczewska wyszła za mąż za Stanisława Gajewskiego, był on wnukiem burmistrza Jurczaka. Oboje Gajewscy spoczęli w jego grobie na cmentarzu w Muszynie.
*
Autora drugiej książki, Wacława Zbyszewskiego, poznać nie miałem okazji, ale wiedziałem o nim, chyba z Dzienników Dąbrowskiej, a poprzez Dąbrowską od Stempowskiego. Więcej dowiedziałem się, gdy w Czytelniku ukazały się jego Gawędy o ludziach i czasach przedwojennych. Być może myliłem go wcześniej z jego bratem Karolem. Ludzie, których znałem Wacława Zbyszewskiego to zbiór wspomnieniowych felietonów drukowanych w prasie emigracyjnej zarówno za życia autora, jak i kilkanaście lat po śmierci. Trudu doboru tekstów i ich redakcji podjęli się profesor Rafał Habielski i redaktor Paweł Kądziela. W nocie edytorskiej cytują oni Józefa Łobodowskiego, który o Zbyszewskim pisał w 1971 roku w londyńskich Wiadomościach: „przerabia historię, geografię, politykę, według własnego widzimisię”. Wydaje się, że podzielają oni ten pogląd, wynika to z treści wstępu autorstwa R. Habielskiego. Co dla mnie ważne powołuje się on miedzy innymi na opinię o Zbyszewskim Stefanii Kossowskiej, współpracownicy, a od 1974 następczyni Grydzewskiego w Wiadomościach. Ważne, bo przez małżeństwo z Adamem Kossowskim jest to daleka moja powinowata. Adam to prawnuk brata mego pradziada Antoniego Skąpskiego. Mimo iż urodził się czterdzieści pięć lat przede mną, należał do tego samego co ja pokolenia. Jego bratankiem jest słynny piosenkarz Maciej Kossowski, pamiętany do dziś z przebojów „Dwudziestolatki”, „Wakacje z blondynką” czy „Agatko pocałuj”.
Wracajmy do Zbyszewskiego, bo warto poznać jego opinię o ważnych postaciach przedwojennej Polski i powojennej emigracji, nawet jeśli wiemy z góry, że są to opinie bardzo osobiste, naznaczone subiektywna oceną i sympatią, lub jej brakiem. Warto przywołać refleksję wspomnianej Stefanii Kossowskiej o zapiskach Zbyszewskiego: „Czytając go, można było się irytować, gorszyć, oburzać, ale nie można było nigdy nie przeczytać jego artykułu do końca”. Czytałem i ja wspomnienia Zbyszewskiego do końca, choćby dlatego, że część osób przywołanych przez autora (czy to jako bohaterowie poszczególnych tekstów czy tylko marginalnie w nich wspomniani) do pewnego czasu, poza ogólnikami, było mało mi znanych. Moją wiedzę o pozostałych łapczywie uzupełniałem o pełne soczystych określeń opisy Zbyszewskiego. Książka ta dając wiedzę o wielu wybitnych postaciach Polski przedwojennej, potwierdza istnienie silnych politycznych podziałów i później na emigracji, licznych koterii, grup wpływu, mówi wiele o sympatiach i niechęciach autora, jego stosunku do opisywanych postaci. W większości są to wspomnienia pośmiertne, próżno jednak szukać w nich zasady, iż o zmarłych tylko dobrze. Może dlatego właśnie lektura wciąga, autor bywa wyrazisty, ostry, często bezlitosny. Oto próbki: „…kałmucki Ksawer Pruszyński o ptasim móżdżku”; lub o Walerym Sławku: „Był to porządny człowiek, szlachetny nawet jeśli ktoś chce, ale naiwny, ale nudny, ale niewykształcony, ale słaby, ale ograniczony, właściwie co tu dużo gadać, człowiek po prostu głupi.”; czy o Sławoju-Składkowskim: „… nie najgorszy pisarz, ale nieopisany skandal jako premier”; albo: „Od Hallera pachniało głęboką, najgłębszą prowincją”.
Rafał Habielski cytuje opinię Stanisława Mackiewicza o Zbyszewskim: „nie lubi mówić rzeczy przyjemnych, natomiast lubi mówić rzeczy przykre” oraz Grydzewskiego: „pisząc o kimś, potrafi zmyślić jakieś szczegóły, jeżeli mu się to komponuje”.
Trafność obserwacji przez Zbyszewskiego środowiska politycznego oddają zdania: „Pełno u nas zawsze było takich Napoleonów międzyministerialnych, w cywilnych ubrankach, w mundurach i nawet w spódnicach, co to w głowie mieli i (mają) groch z kapustą, ale za to niechybny instynkt, jak lawirować między Rydzem a Beckiem i Mościckim, z kim utrzymywać kontakt, kogo unikać, jak do kogo trafić, jak się nie narazić.” „Jesteśmy narodem politycznie infantylnym. Nasza opinia publiczna nie znosi ludzi politycznie myślących, kocha się we frazesach, nienawidzi przywódców politycznych o jakimkolwiek formacie, i darzy swym zaufaniem safandułów, niedołęgów, pół-inteligentów i demagogów.” Słowa pisane 60 lat temu, a jakby wczoraj.
Zbyszewski zapewnia wielokrotnie czytelników, iż jest konserwatystą, ale rozdając cenzurki pisarzom i publicystom, jako tych których ceni wymienia jedynie Boya-Żeleńskiego i Dąbrowską. Kolejny dowód na złożoność poglądów Zbyszewskiego.
Boleje Zbyszewski nad tym, że Henryk Łubieński nie urodził się wcześniej, bo wstąpiłby do Legionów i miał całkiem inną karierę. Nie lubię rozważań co by było gdyby, alternatywnych historii pomijających prawdziwy bieg zdarzeń, lub pisanych na przekór znanym dziejowym wypadkom. Jednak myśl Zbyszewskiego nie jest nachalna, nie rysuje on wyimaginowanych scenariuszy, wyraża jedynie opinię o zależności losów Łubieńskiego, ale i każdego z nas, w zależności od wielu przypadków, wśród których jest dzień naszego przyjścia na świat. A przy okazji trudno nie powtórzyć za wspomnieniami mojej Babki, że był Łubieński ochotnikiem w 1920 roku. Wśród kolegów swego pierworodnego, a mego stryja Antoniego, wymienia ona poza Łubieńskim, Aleksandra Dzieduszyckiego, Mariana Nowińskiego, Alfreda Mehoffera i Jana Dąbrowskiego. Dowódcą owych dwudziestolatków (w 8. Pułku Ułanów Księcia Poniatowskiego) był słynny, z małżeństwa z Kossakówną, pułkownik Władysław Janota-Bzowski. 11 lipca wyruszyli oni z koszar na Rakowicach, by już 31 lipca wziąć udział w bitwie pod Komarowem. Łubieński, po odniesieniu ran, powrócił z frontu.
Wspomnienia Zbyszewskiego mają ten walor, iż losy bohaterów poszczególnych rozdziałów (a są to głównie szkice pośmiertne) stanowią pretekst, by pisać o kimś lub o czymś więcej niż o życiu i poglądach tytułowego bohatera. Tak jest i z Łubieńskim, więcej tu o Januszu Radziwille i środowisku konserwatystów.
Wśród rękopisów mojej Matki, przedwojennej absolwentki prawa UJ, odnajduję wspomnienie o profesorze Rafale Taubenschlagu pełne zachwytów nad jego intelektem. Tak mocno i dobrze zapadł w Jej pamięci (zapewne nie tylko za wystawione pięć z plusem – co ponoć należało u niego do rzadkości), że otrzymałem imię nie tylko po bohaterze Popiołów. Jakże miło czytać i u Zbyszewskiego dobre słowa pod adresem profesora.
Z dużą ciekawością czytałem o stosunku Zbyszewskiego do Mikołajczyka. Do tej pory znałem jego sylwetkę z pracy Andrzeja Paczkowskiego. Swego czasu poszukiwałem wiedzy o nim, gdy opisywałem, jak w 1944 roku trzej kuzyni mego Ojca wywieźli Witosa z Wierzchosławic i przez ponad miesiąc ukrywali go w Krakowie. Zleceniodawcą całej tej akcji, która miała zakończyć się lotem Witosa do Londynu był właśnie premier Mikołajczyk. Jakże inny to Mikołajczyk, ten u Paczkowskiego i u Zbyszewskiego. Ale zapewne prawdziwszym jest złożony dopiero z tych dwóch punktów obserwacji i oceny.
*
Nazwisko profesora Andrzeja Romanowskiego najpierw znałem jako współautora PIW-owskich Skrzydlatych słów, potem naczelnego Polskiego Słownika Biograficznego. Gdy objąłem ster w Państwowym Instytucie Wydawniczym, znalazłem jego nazwisko na ogromnie długiej „liście wstydu” – liście znakomitych autorów, tłumaczy i redaktorów, z którymi moi poprzednicy nie rozliczyli się z należnych im honorariów. Te nazwiska to najwyższa półka z kręgu polskiej literatury i nauki. Gdy po kilku latach pracochłonnych działań naprawczych, uzyskałem pewną stabilizację i możliwość spłacania długów, natychmiast uczyniłem to wobec autorów Skrzydlatych słów. Zapoczątkowało to naszą znajomość, moją dla profesora atencję i podziw dla jego rozległych horyzontów myśli, dla nonkonformizmu poglądów, obiektywizmu i braku koniunktury. Romanowski szkice swoje zaczyna od wydawałoby się oczywistej konstatacji, iż życie każdego z nas wypełnia siódmą część ponad tysiącletniej historii państwa i narodu. Uświadamiać prawdy oczywiste, to zadanie pozornie tylko łatwe. Autor dzieli się z nami swymi spostrzeżeniami na wybrane fakty z naszej historii. Można przestawić jedną literkę, a fakty wybrane staną się faktami wybornymi i tak jest rzeczywiście, choć niektóre z wybornych bolą. Gdyby lekturę omawianych trzech książek przyrównać do obiadowego menu, te dwie pierwsze stanowiłyby smakowite najwyższej jakości przystawki, zaś książka Romanowskiego byłaby znakomitym daniem głównym, a nawet całym zestawem tych dań.
Tytuł Pamięć gromadzi prochy wywołał natychmiast skojarzenie z książką Józefa Kisielewskiego Ziemia gromadzi prochy, (pierwodruk w 1938). Tematyka książek inna; pierwsza mówi o tuż przedwojennych relacjach polsko-niemieckich, o rozwoju nazizmu, o zagrożeniu dla Polski ze strony hitlerowców. Wedle wspomnień Zofii Skąpskiej (Dziwne jest serce kobiece, tom 2) za jej posiadanie groziły ze strony okupanta surowe represje. Nie myślę o jakichkolwiek porównaniach, ale na pewno książka Romanowskiego nie będzie w smak obecnej władzy. Zapewne profesor Romanowski chciał coś przez podobieństwo tytułów przekazać czytelnikom, gdyż przekonany jestem, że o książce Kisielewskiego nie tylko słyszał, a na pewno zna jej treść. Jeden ze szkiców Romanowskiego nosi tytuł Ziemia wydaje prochy to dodatkowe skojarzenie z książką Kisielewskiego, tym bardziej, że mowa w nim o zbrodni katyńskiej, skutku totalitaryzmu, zestawianego z tym, o którym pisał Kisielewski.
Książka Romanowskiego to zbiór artykułów już publikowanych na przestrzeni wielu lat, w różnych tytułach prasowych. Zebranie szkiców w jednym tomie daje niesamowity efekt. Otrzymujemy dawkę informacji i refleksji o niezwykłej wartości. Już tytuły rozdziałów zapowiadają ucztę intelektualną, ukazują przestrzeń tematów i zainteresowań Autora. Szkice zamierzchłe, środkowoeuropejskie, komunistyczne, niemiłe, o mistrzach, wreszcie Szkice rodzinne… A każdy z nich ciekawy, zaskakujący, poszerzający wiedzę czytelnika i jego horyzonty. Ileż w każdym z tych esejów ładunku świadczącego o emocji autora, ale i wywołującego owe emocje u czytających. Znałem niektóre z tych artykułów, lecz ich obecny kontekst powoduje, że stają się ponadczasowe, zasługują więc na lekturę i za jakiś czas przez nowego czytelnika. Na pewno polecę je moim dzieciom a nawet i wnukom. Kiedyś Mikołaj Kozakiewicz wydał zbiór swoich rozważań pod tytułem Objaśnianie świecy. Kto z młodszych wie, kim był autor, kto wie, czym jest objaśnianie świecy? Dlaczego mam skojarzenie objaśniania świec z wymową książki Romanowskiego? Po to się objaśnia świecę, by świeciła jaśniej, by mocniejszym płomieniem rozświetlała mrok. Po to trzeba przeczytać książkę Andrzeja Romanowskiego, by łatwiej dojrzeć prawdę o nas, o naszej historii, o tym, że nic nie jest tylko czarne i nic nie jest tylko białe.
Wśród swoich mistrzów wymienia Romanowski, między innymi, Eugeniusza Kwiatkowskiego, Jerzego Giedroycia i Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Nie byłem wychowywany w kulcie dla emigracji, a więc też dla tych dwóch ostatnich z wymienionych. O pierwszym słyszałem w domu zawsze pochlebne dobre opinie. Zapewne miał z nim dobre relacje mój dziadek, ojciec Mamy, jeden z ważniejszych przedwojennych przemysłowców. Dwóch ostatnich postrzegałem – młody, dorastający człowiek – jako przeciwników, wrogów mojej Polski, mojego PRL-u. Warto więc będzie kiedyś opisać, z jakimi emocjami, z jakim niespodziewanym wzruszeniem, przeżywałem wiele lat później bezpośrednie rozmowy w cztery oczy z Giedroyciem i Jeziorańskim.
Każdy szkic profesora Romanowskiego wart jest przeczytania, wart popularyzacji i omawiania. Uwypuklę jedynie te, które wywarły na mnie największe wrażenie, wskażę myśli, z którymi najsilniej się zgadzam i te poglądy, których tak brakuje w publicznej rozmowie o przeszłości. Był profesor mocno związany z opozycją lat 70. i 80. Nie aprobował więc ówczesnego ustroju, ówczesnej Polski, ówczesnego podporządkowania radzieckiej władzy. A jednak nie odnajdzie czytelnik w tekstach profesora pogardy, zacietrzewienia, lekceważenia, połajanek, ocen z wyższości czy wzgardy wobec czasów i ludzi PRL. Nie ma też zachwytów, żeby była jasność. Jest obiektywizm, relatywizm, rzetelna ocena z punktu widzenia surowego obserwatora sceny politycznej tej przeszłej i tej obecnej. Wielokrotnie w swej publicystyce Romanowski oddaje rację poglądom i przestrogom Jerzego Giedroycia. Wydaje się, że jest jego myśli kontynuatorem, że w ślad za nim dokonuje wyważonych ocen tego, co w Polsce wydarzyło się w czasie ostatnich czterech dekad. Szczególnie ostatnich dwóch, których książę redaktor nie mógł już obserwować. Sądzę jednak, że postrzegałby i oceniał Giedroyc polskie sprawy podobnie jak czyni to odważnie i rozważnie Andrzej Romanowski. Warto dla zobrazowania obiektywizmu Profesora przytoczyć poniższe fragmenty.

Pisząc o Polsce Ludowej, Andrzej Romanowski przypomina najpierw konstatację Stanisława Stommy: „W Polsce w roku 1945 władzę musiało objąć takie ugrupowanie, któremu Stalin ufał. I tylko temu ugrupowaniu mógł on przekazać Ziemie Zachodnie. Gdyby władzę przejął na przykład Mikołajczyk, to byśmy tych ziem nie dostali. A wtedy do dziś żylibyśmy w nowym Księstwie Warszawskim.” Po czym dopowiada: „Gdy więc obecnie Andrzej Duda deklamuje, że Polska jest dużym europejskim państwem i ma zajmować takie miejsce, jakie się jej należy, to zapomina już dodać, kto to państwo stworzył”. A dalej: „Istnienie Polski odrębnej, poszerzonej o ziemie poniemieckie, a więc poszerzającej sowiecki stan posiadania, było sowiecką racją stanu. A przed Polakami stanęło po raz pierwszy pytanie zasadnicze, obowiązujące odtąd przez dziesięciolecia: co właściwie jest ważniejsze – Polska czy antykomunizm?”. Protestuje też Romanowski wobec nadużywania w obiegu publicznym, wobec PRL, pojęć totalitaryzm i komunizm. Pisze: „Ewentualnie można widzieć w Polsce totalitaryzm przez jeden jedyny rok: od aresztowania prymasa Wyszyńskiego we wrześniu 1953 do początku audycji radiowych Józefa Światły we wrześniu 1954”. Odnotowuje dalej: „Zniknął też analfabetyzm. Mimo namolnego w czasach stalinowskich lansowania socrealizmu i literatury radzieckiej, dbano też o polską tradycję i w masowych nakładach wydawano większość kanonu polskiej literatury”. Słynne „poznańskie”, przemówienie Józefa Cyrankiewicza interpretuje jako trzymanie się władzy kursu na demokratyzację, nie zaś, jak jest to powszechne, zapowiedź „przykręcenia śruby”. Z taką oceną słów o odrąbywaniu rąk dotąd nie spotkałem się. Nota bene, podczas jednej z kilku rozmów, które na przełomie lat 1985-86 miałem okazję prowadzić z premierem Cyrankiewiczem, powiedział, iż jedyna rzecz, której żałuje z okresu swej politycznej aktywności, jest właśnie to sformułowanie z czerwca 1956 roku.
Na koniec tych ocen warto przytoczyć takie stwierdzenie: „A jednak ani gospodarka, ani nachalna propaganda, ani codzienne kłamstwa, ani nuda, szarość i beznadzieja, ba! nawet nieprawe pochodzenie systemu, wszystko to nie powinno przysłaniać dwóch faktów fundamentalnych: samego istnienia państwa, co w czasie II wojny nie było przesądzone, oraz reform społecznych, których bilans, mimo wszelkich słabości okazał się per saldo pozytywny.” „…dziedzictwo PRL, choć pozostające w niezgodzie z wielowiekowym doświadczeniem polskości, okazało się dla narodu korzystne. Oszczędziło nam konfliktów z sąsiadami, a w dobie czystek etnicznych także (kto wie?) porachunków obywateli między sobą. Bilans PRL nie jest wyłącznie negatywny”.
Retoryka PiS próbuje mnie, i wielu o podobnych do mojej biografii, przesunąć do tak zwanej drugiej kategorii obywateli. Profesor Romanowski umacnia mnie w przekonaniu o wartości mojej działalności w Zrzeszeniu Studentów Polskich i w administracji państwowej w latach 70. i 80. Podtrzymuje też moją wiarę w słuszność decyzji mego Ojca, który w maju 1945 roku, wraz z grupą innych małopolskich „bezetów”, wyruszył na Ziemie Zachodnie, by wprowadzać tam polską administrację rolną. Niedługo potem wstąpił do PPS, by następnie siłą rozpędu, czy inercji, a z biegiem lat chyba jednak z przekonaniem, znaleźć się w PZPR. Nie zmienia to szacunku dla innego całkiem wyboru bliskiego Ojcu kuzyna, Władysława Skąpskiego, tego od Witosa. Był on zastępcą szefa II oddziału (wywiad/kontrwywiad) okręgu krakowskiego AK, po wojnie działał w Zrzeszeniu Wolność i Niepodległość jako szef struktur krakowskich. Został aresztowany w grudniu 1946.
Tak Andrzej Romanowski pisze o generale Wojciechu Jaruzelskim: „Służył Polsce wasalnej, bo innej realnie nie było”, a wprowadzając stan wojenny: „według wszelkiego prawdopodobieństwa zapobiegł przelewowi krwi na niewyobrażalną skalę, że być może uchronił Polskę przed strefami okupacyjnymi, mogącymi przekreślić szanse narodowej emancypacji w przyszłości.” „…polska odmienność była dla Moskwy zawsze niepokojąca, a w roku 1981 wyrosła na realne dla niej zagrożenie. Ocalała, jak się wydaje, dlatego, że Jaruzelski miał w garści argument podstawowy: polski problem rozwiązał – choćby nawet połowicznie – ale sam, własnymi siłami. […] Jeszcze istotniejsze było zaś ocalenie polskiej odmienności, zrodzonej jeszcze w gomułkowskim Październiku: prywatnego rolnictwa, niezależnego Kościoła, szczątkowego politycznego pluralizmu…” „Bez Jaruzelskiego, bez jego lojalnego współdziałania, Mazowiecki z Balcerowiczem nie dokonaliby w Polsce zmiany systemu. Ba! Bez Jaruzelskiego nie byłoby europejskiej Jesieni Ludów: to przecież on wskazał Bratnim Przywódcom drogę wyjścia z sytuacji bez wyjścia”.
O stanie wojennym zaś pisze: „… zabiegł drogę najgorszym scenariuszom […] stan wojenny był koniecznością – jego alternatywą mogła być tylko bezpośrednia interwencja […] uratował polską podmiotowość i terytorialną integralność […] polską kulturową odmienność”. „Zamach stanu Jaruzelskiego w 1981 roku (9 ofiar w kopalni Wujek) był o wiele mniej krwawy niż przewrót majowy Piłsudskiego w 1926 roku (co najmniej 379 ofiar). A cierpienia internowanych w stanie wojennym nie dorównywały katuszom, jakie wobec uwięzionych byłych posłów stosowano w 1930 w Brześciu.” W innym miejscu dodaje: „… jeśli odejmiemy okres stalinowski – Polska Ludowa pod względem liczby ofiar ustępowała – i to znacznie – tak dziś sławionej II Rzeczypospolitej.” Pisząc o okresie stanu wojennego, odczuwanym przez siebie jako koszmar, o ofiarach, potrafi przywołać, pomijane w wykazach IPN, nazwisko sierżanta Zdzisława Karosa. Zauważa dalej, iż nasz, polski stan wojenny był najbardziej liberalnym stanem wyjątkowym w historii świata. Na dowód zestawia go z restrykcjami („machina śmierci”) doświadczającymi Węgrów wiele lat jeszcze po październiku 1956, czy Chilijczyków i Argentyńczyków („morza krwi”) w wyniku działań zwycięskich prawicowych junt.
Działalność IPN nazywa Romanowski demolowaniem pamięci zbiorowej. „Naszą narrację o przeszłości tworzą IPN i stabloidyzowane media. I jest to narracja, dla której nie ma alternatywy: istnieje w niej dobro i zło, światłość i ciemność – biada, gdy te porządki zostają wymieszane. […] Niezdolność historyków IPN-owskich do odróżniania rzeczy istotnych od błahych jest aż zabawna w swej jaskrawości.” Niech ilustracją będzie opinia Ryszarda Terleckiego, niegdyś szefa krakowskiego IPN, o stanie wojennym. Uważa on, że władza chciała „utopić własny naród we krwi”. Jakże to inne spojrzenie. Ale pan Terlecki na większość spraw ma inne spojrzenie.
Myliłby się ten, kto na podstawie przytoczonych zdań profesora Romanowskiego wysnułby wniosek, że potrafi on łagodnie i z wyrozumiałością odnosić się do wszystkich aspektów naszej przeszłości. Tam, gdzie trzeba, tam, gdzie tak uważa, wypowiada się jednoznacznie i ostro, boleśnie nazywając zdarzenia po imieniu. Widzi braki i błędy II RP. Oburza się słusznie na przedwojenne relacje polsko-żydowskie. Nawiązując do pogromów, choćby lwowskiego i kieleckiego z 1918, czy częstochowskiego z 1919, pyta: „czyżbyśmy wyprzedzili hitlerowców?” Jakże przejmujące to pytanie, jak już po nim nie na miejscu są dywagacje o sprawstwie w Jedwabnem. Prawda jest bolesna. Ale jak pisze Romanowski: „Musimy przypomnieć o tym fakcie samym sobie i odkryć prawdę o sobie. Nie bać się ukazać tej prawdy światu. Stanąć nagimi wobec świata, z głową posypaną popiołem. Powiedzieć potomkom pomordowanych: wybaczcie. To jest polski narodowy obowiązek.” Jednoznacznie i bez ogródek nazywa aresztowanie, proces i zgładzenie generała Emila Fieldorfa – „Nila”. To „morderstwo sądowe i niespotykana zbrodnia”. Ale jednocześnie przypomina nam, że w 1972 roku, ówczesny minister obrony narodowej, Wojciech Jaruzelski wydał dyspozycję wystawienia symbolicznego nagrobka generałowi Fieldorfowi. Protestuje przy okazji, by tym samym określeniem „zbrodni komunistycznej” nie obejmować różnego rodzaju, nagannych i karalnych, naruszeń cielesnych manifestantów przez ZOMO-wców w latach 80. Pisząc z bólem, niemal przez łzy, o Katyniu, Ostaszkowie, Miednoje, Piatichatkach próbuje jednak odnaleźć szansę na wybaczenie, na nowe otwarcie, na ułożenie dobrych relacji. „Zagłada polskich oficerów miała być karą za >niesłuszną< narodowość. Pozostała świadectwem działania bezdusznej, dialektycznej maszynerii. Ten symbol losu ludzi w naszej części Europy – czy stanie się znakiem pojednania?” Nie chciałem pisać panegiryku, ale nie sposób mi w innym duchu ocenić książek Romanowskiego, Zbyszewskiego i Kalińskiego oraz zawartych w nich myśli i przesłań. Przedstawione książki są – mam tego świadomość – różnej wagi. Na pewno jedna myśl jest w nich wspólna – historia się powtarza, a my zbyt rzadko wyciągamy z niej wnioski, o ile wyciągamy jakiekolwiek. Na koniec jeszcze jedno przesłanie z Romanowskiego. Starajmy się je wypełnić. „W czasach, gdy uprawiana na co dzień historia stała się służką polityki, a słowo >komunista< funkcjonuje jako obelga […] oddanie sprawiedliwości minionemu światu – zwłaszcza takiemu światu, co minął bezpowrotnie – jest bowiem ludzką powinnością. I niezmiennym obowiązkiem intelektualisty.”

Z dziejów „jakobinizmu polskiego”

190 rocznica wypadków nocy z 15 na 16 sierpnia 1831 roku w Warszawie.

Nocą z 15 na 16 sierpnia 1831 roku w Warszawie doszło do krwawych zamieszek ulicznych. Zrewoltowany tłum, lud warszawski, przy udziale przedstawicieli radykalnej inteligencji, przy biernej postawie Gwardii Narodowej i Straży Bezpieczeństwa, wdarł się do więzień (m.in. w Zamku Królewskim, Starej Prochowni przy ulicy Mostowej, a także do Domu Przytułku i Pracy na Woli), wywlókł stamtąd więźniów i dokonał samosądów (zabijano bronią białą i wieszano). Ich ofiarą padło także szereg osób nie będących więźniami, lecz oskarżonych o sprzyjanie Rosjanom. Scenerią większości krwawych wypadków było Stare Miasto i okolice, stąd po zakończeniu masakr zwłoki znacznej części uśmierconych zostały umieszczone na terenie klasztoru i kościoła świętego Marcina przy ulicy Piwnej. Łącznie życie straciło 35 osób. Zginęli m.in. generałowie Antoni Jankowski, Józef Hurtig, Ludwik Bukowski, Antoni Sałacki, a także szpicle policyjni Henryk Birnbaum i Henryk Macrott junior. Nocne zdarzenia były efektem radykalizacji nastrojów społeczeństwa Warszawy z powodu pogarszającej się od wiosny sytuacji wojskowej i politycznej Powstania Listopadowego (m.in. klęski militarne pod Ostrołęką i Łysobykami), za co obarczano, łącznie z zarzutami zdrady, wojskowo-polityczne kierownictwo kraju, z Rządem Narodowym księcia Adama Jerzego Czartoryskiego na czele. Pierwszym zwiastunem tych radykalnych nastrojów był incydent z 29 czerwca 1831 roku, kiedy rozwścieczony tłum wywlókł z mieszkania przy ulicy Świętojerskiej i próbował zabić generała Hurtiga, który uszedł z życiem tylko w rezultacie interwencji Gwardii Narodowej. Od tej pory nastroje coraz bardziej się zaogniały i osiągnęły apogeum 15 sierpnia, kiedy to już od rana na ulicach Warszawy zaczął gromadzić się tłum, na posiedzenie Rządu Narodowego w dzisiejszym Pałacu Namiestnikowskim wtargnęła grupa radykalnych działaczy (nazywano ich „jakobinami”) z księdzem Aleksandrem Pułaskim i Janem Czyńskim, przywódców Towarzystwa Patriotycznego, których uważano za głównych inspiratorów sierpniowych wypadków, a przejeżdżający ulicą Elektoralną prezes Rządu Czartoryski stał się celem nieudanego zamachu (oddano do niego strzały). Narastająca fala radykalnych emocji osiągnęła apogeum przed północą. Zgromadzony na placu Zamkowym tłum ruszył do działania i rozpoczęły się masakry. Jako pierwszy zginął więzień zamku, generał Jankowski, powieszony nieopodal kolumny Zygmunta, po czym tłum rozproszył się po mieście poszukując ofiar. Byli wśród nich prawdziwi zdrajcy i carscy kolaboranci, były też przypadkowe, niewinne ofiary. Rankiem 16 sierpnia prezesurę Rządu Narodowego i tym samym kierownictwo powstania jako wódz naczelny wojska objął generał Jan Krukowiecki, który rozkazał rozstrzelać kilku uczestników samosądów. Kilkunaścioro innych uczestników skazano na kary więzienia.
Erupcja radykalizmu polskiego
Wypadki 15/16 sierpnia zaliczają się do stosunkowo nielicznych w historii Polski (w porównaniu n.p. z historią Francji) przypadków radykalnych działań o charakterze terrorystycznym, podjętych na podłożu radykalnej ideologii (inspirowane przez „jakobinów polskich” wieszania majowe i czerwcowe podczas Insurekcji Kościuszkowskiej 1794 roku w Warszawie były jednak na ogół zorganizowanym rezultatem wyroków sądowych). Niektórzy nazywali wydarzenia 15/16 sierpnia „polskimi masakrami wrześniowymi” (co było nawiązaniem do masowych samosądów dokonanych 2-4 września 1792 roku w rewolucyjnym Paryżu). Niektórzy rzadkość tego typu wydarzeń wiązali (jak n.p. Adam Mickiewicz) z „łagodną naturą Polaków”. Stąd m.in. wyrażona przez Szymona Askenazego hipoteza, że warszawskie masakry sierpniowe 1831 zostały sprowokowane przez czynniki rosyjskie.
15 sierpnia w sztuce, a polskie zakłamanie
Pierwszym odzwierciedleniem wypadków nocy z 15 i 16 sierpnia 1831 roku były liczne artykuły w wielu tytułach ówczesnej prasy. Są one wzmiankowane i komentowane w dziesiątkach publikacji poświęconych Powstaniu Listopadowemu, które zaczęły powstawać (głównie na emigracji) jeszcze w trakcie trwania powstania i powstają do naszych czasów. Wkrótce po wypadkach Jan Czyński opublikował broszurę „Piętnasty sierpnia i sąd na członków Towarzystwa Patryotycznego”. „Opisanie dnia 15 sierpnia” pozostawił po sobie generał Jan Krukowiecki. Można je znaleźć zarówno w syntezach historii Powstania (m.in. Maurycego Mochnackiego, Stanisława Barzykowskiego, Walentego Zwierkowskiego, Władysława Zajewskiego), jak w tekstach na tematy szczegółowe. Powstało też kilka naukowych tekstów „monograficznych” skoncentrowanych wyłącznie na wypadkach 15/16 sierpnia. To oparte na wnikliwych badaniach źródeł dokumentalnych: „Noc 15 sierpnia w Powstaniu Listopadowym” Mieczysława Weryńskiego (1932), „Noc z 15 na 16 sierpnia i dzień 16 sierpnia” Władysława Lewandowskiego (1957), studium tematyczne Zygmunta Mańkowskiego zawarte w tomie „W kręgu polskich doświadczeń historycznych XIX i XX wieku” (1986). Tekst Anny Marty Dworak „Bratobójcza rzeź na ulicach Warszawy. 15 sierpnia 1831 roku w świetle relacji pamiętnikarskich” jest częścią zbioru „Romantyzm warszawski w latach 1815-1864” (2016).
W literaturze pięknej obszerny fragment wypadkom 15 sierpnia poświęcił Wacław Gąsiorowski w powieści „Bem” (1911). Wydarzeniom tym poświęcony jest eden z rozdziałów powieści „Królestwo bez ziemi” (1968) Tadeusza Hołuja. Jednym z głównych bohaterów powieści jest Tomasz Wolski – dymisjonowany oficer rozstrzelany na rozkaz generała Krukowieckiego za udział w samosądach sierpniowych. Marginalną rolę w powieści odgrywa inny rozstrzelany w tym samym dniu uczestnik samosądów – Wincenty Dragoński. Echa wydarzeń nocy 15 sierpnia pojawiają się w epilogu powieści Leona Przemskiego „Szary jakobin” (1951), którego akcja rozgrywa się w Warszawie w czasie powstania listopadowego. Rozdziały wcześniejsze przedstawiają między innymi intrygi członków Towarzystwa Patriotycznego, rewolucyjne wrzenie w mieście, których kulminacją był sierpniowy wybuch społeczny. Wypadkom sierpniowym poświęcił jeden ze swoich wierszy („Le seize août á Varsovie” – „Szesnasty sierpnia w Warszawie”) francuski poeta z epoki, Auguste-Marseille Barthelemy. W końcowych rozdziałach powieści kryminalnej Pawła Goźlińskiego ( 2010), której bohaterem jest m.in. Juliusz Słowacki ( akcja w lipcu 1845 r. w Paryżu), seryjny morderca i były powstaniec, płk Koenig (postać fikcyjna) przywołuje wydarzenia nocy sierpniowej, jako mające istotny wpływ na jego późniejszą quasi-mistyczną, a zarazem zbrodniczą działalność na emigracji. W retrospekcji nocy 15 sierpnia 1831 ukazana jest m.in. dramatyczna scena zabójstwa generała Jankowskiego (pchnięcie szablą), którego miał dokonać płk Koenig, i które odcisnęło wyraźne piętno na jego psychice oraz dalszych motywacjach i wyborach życiowych. Wzmianka o tych wydarzeniach pojawia się w filmie Aleksandra Forda „Młodość Chopina” (1951), gdy przemawiający książę Adam Jerzy Czartoryski wspomina „haniebną noc 15 sierpnia, gdy Polacy Polaków mordowali”. Fabularyzowany film dokumentalny „powstanie Listopadowe 1830-1831”, w reżyserii Lucyny Smolińskiej, 1980) ukazuje między innymi scenę wtargnięcia delegacji Towarzystwa Patriotycznego na posiedzenie Rządu Narodowego w pałacu Namiestnikowskim w dniu 15 sierpnia. Wypowiedzi na temat samosądów udziela w filmie konsultant naukowy, profesor Jerzy Skowronek.
Co charakterystyczne i poniekąd zagadkowe – nie zachował się ani jeden obraz czy rysunek obrazujący te gwałtowne wydarzenia, choć twórcy dokumentowali zdarzenia o znacznie mniejszej wadze. Piszący te słowa skłonny jest przypisać to swoistej polskiej hipokryzji, ówczesnej odmianie „poprawności” historycznej która nie pozwalała polskim twórcom uwiecznić wydarzeń, które uważali za hańbiące „honor polski”, wizerunek „polskiej anielskości, niewinności i nieposzlakowanej szlachetność”. W Polsce zdominowanej, także pod zaborami, przez opinię konserwatywno-katolicką, niechętnie nawiązywano do tradycji radykalnych, zwłaszcza o lewicowym kolorycie. Nawet radykalne lewicowe kręgi polskiej opinii nie nawiązywały do wydarzeń nocy 15/16 sierpnia, nie próbowały uczynić z nich swego emblematu. Kuriozalnym refleksem takiej postawy jest wydana w 2000 roku obszerna monografia Powstania Listopadowego 1830-1831, „Epoka Powstania Listopadowego”, autorstwa mieszkającego we Francji polskiego historyka Tadeusza Edwarda Domańskiego (1922-2004), w której nie znalazła się nawet wzmianka o tych wydarzeniach. Podobny syndrom zakłamania nie występuje w historiografii francuskiej, przepełnionej obficie ikonografią poświęconą samosądom ludowym czy Terrorowi lat 1793-94.

„RES HUMANA” zaprasza do lektury i namysłu

Najnowszy , czwarty w tym roku numer dwmiesięcznika świeckich humanistów , nie przynosi tym razem jakiegoś wyróżniającego się bloku tematyczego , lecz za to wiele różnorodnych tematycznie tekstów godnych lektury i namysłu.

Oczywiście ich zbiór , dotyczący aktualnych spraw politycznych i społecznych Polski współczesnej , nie może najpierw nie zwrócić naszej uwagi. Komentarz redakcyjny o powrocie Donalda Tuska do kierowania Platformą Obywatelską i zatytułowany Nowa dynamika wskazuje na wagę tej decyzji i jej strategiczny cel, którym jest odebranie w najbliższych wyborach parlamentarnych władzy Prawu i Sprawiedliwości” jako „ sile zła „ i zwrócenie Polski „siłom dobra „ . Donald Tusk przypomniał w swoim wystąpieniu inaugurującym powrót ,że „ w warunkach podważenia zasad demokracji i państwa prawa nie można racjonalnie rozwiązywać problemów ; trzeba więc najpierw przywrócić standardy funkcjonowania państwa XXI wielu należącego do UE i zachodniego kręgu cywilizacji politycznej”.

Kontyuacją tej myśli, a zarazem jej rozwinięciem jest rozmowa „RES HUMANA” z prof. Jerzym J. WIATREM przeprowadzona przez redaktora naczelnego czasopisma Zdzisława Słowika i zatytułowana Polska na rozdrożu. Na pytanie o to co się dziś w Polsce dzieje – na tle postępującej destrukcji rządzącej dziś w Polsce władzy PiS – czytamy odpowiedź :” Kryzys ( polityczny –dop. red.) wynika głównie z czterech okoliczności . Po pierwsze – z niewywiązywania się PiS z wygórowanych obietnic wyborczych i , co za tym idzie, erozji wiarygodności tej formacji. Po drugie – z radykalizacji nastrojów opozycyjnych , co jest przede wszystkim konsekwencją zagrożenia , jakie dla praw i wolności obywatelskich stanowią takie posunięcia obozu rządzącego , jak zaostrzeżenie ustawy antyaborcynej, klerykalizacja edukacji i demontowanie rządów prawa . Po trzecie – z niezadowolenia znacznej większości naszego społeczeństwa z tego, jak slabnie pozycja Polski w Unii Europejskiej w wyniku antyeuropejskiej polityki obecnego rządu. Po czwarte wreszcie – z nieudolnego radzenia sobie ze skutkami pandemii. Kryzys ten będzie trwał , a nawet będzie się pogłębiał. Obóż rządzący wyczerpał już potencjał pozytywnej zmiany .Może jeszcze trwać, ale już na coraz słabszych pozycjach „ .

W odpowiedzi na kolejne pytanie Jerzy J. Wiatr stwiedza : „ Obóz rządzący wszedł w fazę stopniowego rozpadu… Jeśli kolejni posłowie odchodzą (choć i niekiedy wracają – dop. red.) znaczy to,że ,że coś bardzo złego dzieje się w rządzącej formacji… Taka kondycja obozu rządzącego jest konsekwencją nie tylko wspomnianych poprzednio niepowodzeń, ale także autokratycznego stylu kierowania tym obozem przez Jarosława Kaczyńskiego . Nie dopuszcza on do prawdziwej debaty wewnątrzpartyjnej , traktuje współpracowników jak podwładnych , coraz częściej traci panowanie nad sobą, także publicznie, w tym na sali sejmowej”.

W kolejnych pytaniach i odpowiedziach rozmówcy podjęli problem sytaucji w polskiej opozycji , w tym na lewicy. „Mówi się sporo o powrocie Donalda Tuska – zauważa Jerzy J. Wiatr – ale nie we wszystkich segmentach opozycji pespektywa ta przyjmowana jest z entuzjazmem . Opozycja jest wciąz podzielona… a jej przywódcy nie wyciągnęli , jak dotąd, wniosków z tego ,że jedyne wygrane przez nią wybory to te , w których wyystępowały one razem, jak w zeszłym roku w wyborach do Senatu , czy w tym roku w wyborach prezydenta Rzeszowa. Mam jednak nadzieję,że rozwój wydarzeń…skłoni przywódców partii opozycyjnych do zmiany dotychczasowej polityki.”

Dodajmy ,że Jerzy J. Wiatr odnosi się szerzej wobec sytuacji w opozycji w artykule zamieszczonym w „Trybunie ( z 5-6 maja 2021 r.) , który obszernie przytaczamy w omawianym numerze „RES HUMANA„

Powróćmy jeszcze na chwilę do rozmówcy naszego czasopisma i jego opinii na temat problemów strategicznych jakie dziś stoją przed Polską. „ Widzę cztery takie problemy. Po pierwsze , zahamowanie , a następnie cofnięcie autorytarnego kursu politycznego, odbudowa rządów prawa , odpartyjnienie wojska,policji i służb specjalnych , pozbycie się z kierownictwa spółek skarbu państwa partyjnych nominatów –słowem likwidacja bardzo złej spuścizny po rządach PIS. Po drugie – przyrócenie Polsce normalnego miejsca w Unii Europejskiej i autorytetu w polityce międzynarodowej. Po trzecie, dokonanie przemyślanej rewizji polityki społeczno- gospodarczej tak, by harmonijnie łączyła ona wymogi wzrostu gospodaczego z troską o środowisko naturalne i o zmniejszenie społecznych nierówności. Po czwarte, rewizja polityki wobec Kościoła katollickiego, odejście od postawy poddańczej, odważne wyjście naprzeciw postulatom świeckości państwa , wolności światopoglądowej i posznowania praw mniejszości, w tym także seksualnych”.

Z przytoczonymi wyżej tekstami łączy się ściśle postępujące odchodzenia Polski od europejskich standardów praworządności, co wywoluje zrozumiałą krytyczną reakcję instytucji Unii Europejskiej. Omówieniu tych reakcji poświęcony jest przegląd postanowień eurpejskich trybunałów. Nie obejmuje on reakcji UE na wyrok pseudo Trybunału Konsytucyjnego o nieuznawaniu wyroków TSUE , co wolno uznać za krok zmierzający do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. „RES HUMANA” śledzić będzie z najwyższą uwagą rozwój tych samobójczych dla Polski działań podejmownych przez rządy PiS.

Kolejne teksty omawianego numeru „RES HUMANA” wprowadzają w odmienne od wyżej omówionych klimaty tematyczne , które pozwalają odetchnąć myślami czy kwestiami wzbogacajacymi świat naszych wartości. Małgorzata B. JAKUBIAK, doktor filozofii i uczennica Tadeusza Kotarbińskiego zastanawia się nad „granicami ludzkiej tożsamości „ czyniąc z pamięi ludzkiej jej oś naczelną. „ Pośród wszystkich urządzeń, wspomagających różne niedobory człowieka, idea implantu pamięci zajmuje szczególne miejsce. Pamięć , ta prawdziwa , naturalna , nie jest tylko zapisem faktów , rzeczy, zdarzeń , także przeżyć , doznań, wrażeń i emocji , które można by dowolnie uzupełniać, wymieniać, dodawać lub redukować bez dalekosiężnych , a nawet nieobliczalnych skutków. To pamięć daje poczucie własnej tożamości, w dużej mierze wpływa na to , jakim jest się człowiekiem , dostarczając materiału do skojarzeń i co ważne – uwarunkowanego nimi – traktowania zjawisk nowo poznanych – do takich a nie innych zachowań , do podejmowania wyborów i decyzji”.

Janusz TERMER, ceniony krytyk literacki , przypomina z okazji setnej rocznicy urordzin Stanislawa Lema i piątej rocznicy śmieci Umbertu Eco, niektóre idee i myśli tych wielkich osobowości pisarskich naszej współczesności . „Liczne akty rezygnacji z pasji poznawczych w sztuce – czytamy – dokonywane i ochoczo prezentowane przez niektórych tzw. postmodernistycznych , często nawet wybitnych prsedstawicieli kultury współczesnej …- nie mają jeszcze na szczęście – charakteru totalnego. Są bowiem jeszcze tacy artyści, którym chce się chcieć być < ostatnimi> ,być może, racjonalistami w wielkim stylu , twórcami dążącymi do źródeł i korzeni oraz przezwyciężania istotnie narastającego w naszym stuleciu poczucia bezsiły jednostki wobec otaczającego ją irracjonalnego chaosu i zagrożeń wynikających stąd wprost poniekąd – o paradoksie z samego rozwoju cywilizacji i myśli ludzkiej.

I jeszcze jeden określający podobny stosunek obu tych pisarzy do problemów wynikajacych z wynalazku, ale i zagrożeń płynących z wielkiego w XXI wieku upowszechnienia się dostępu do sieci cyberprzestrzeni i mediów społecznościowych. Oto Stanisław Lem wspominał był parokrotnie w swych szkicach ,iż < nie zdawał sobie sprawy z tego , póki sam nie zaczął posługiwać się internetem , jak wielu <<idiotów>> jest na świecie: dzisiaj każdy , gdy niezależnie od kompetencji jakie posiada , może uważać się za eksperta , głosiciela i posiadacza prawdy!” . W czym wtórował mu Umberto Eco :” Sieć nie wymyśliła idiotów , po prostu dała im taką samą publiczność , jaką mają laureaci Nagrody Nobla”.

W „Strefie prozy” gości tym razem Zdzisław RACZYŃSKI , ceniony publicysta, dyplomata oraz pisarz, fragmentem swojej najnowszej książki zatytułowanej Mak na powiekach , książki ważnej swoim przeslaniem i powierzonej do wydania w BIBLIOTECE „RES HUMANA”.
Główny korpus omawianego numeru zamyka w „Spotkaniach z antropologią” kolejny wykład prof. Ewy NOWICKIEJ na temat ewolucji czlowieka od Człowiekowatego Australopitheusa do człowieka współczesnego – człowieka z Cro- Magnon . Fascynująca to lekcja, ucząca <idiotów> pokory wobec praw ewolucji, które zdarzyła doświadczyć nasza planeta Ziemia.

Kolejna część czasopisma gromadzi ŚWIADECTWA , a mianowicie szkic Jerzego ŁADYKI , zmarłego niedawno cenionego filozofa i wykładowcy akademickiego , na temat rozumienia pojęcia „kultury świeckiej”; szkic prof Mirosława CHAŁUBIŃSKIGO na temat myśli i dzieła Zygmunta Baumana w świetle książki Wygnaniec Artura Domosławskiego oraz Jerzego J. Wiatra reflesje o trzecim już zbiorze cenionych rozmów „ Trzech na jednego” publikownych od lat w „Zdaniu „ . kartalniku Stowarzyszenia „Kuźnica”.
W „FORUM MYŚLI NIEBOJĘTNYCH , czytamy felieton Andrzeja ŻORA zatytułowany Romansu z Romanowskim ciąg dalszy , a w rubryce WŚRÓD KSIĄŻEK recenzję Zdzisława Słowika na temat głośnej książki Kacpra Pobłockiego Chamstwo; Wacławy Mielewczyk szkic o pięciotomowej edycji na temat Powstania Warszawskiego wydanej przez Fundację Oratio Recta pod patronatem tygodnika „Przegląd” oraz szkic wpomnianego Andrzeja Żora o biografii Józefa Becka zatytułowany Niemożliwy taniec linoskoczka.
Numer zamyka tradycyjnie felieton nieocenionego Jerzego J. Wiatra poświęcony Rzeszowskiej lekcji , tekst dodający wreszcie otuchy na nadchodzący polski czas.

Szturmem chcieli zdobyć niebo… (cz. IX)

„Historia jest zbyt skomplikowana, aby dać prostą lekcję, ale znajomość historii jest kluczem do zrozumienia zawiłych uwarunkowań w teraźniejszości.”
prof. Mark Edcle, Uniwersytet w Melbourne

Dramat Komuny Paryskiej 1871 r. najczęściej jest znany z podręczników historii, które z reguły opisywały go w ogólnikowej formie, nie dając wystarczającego wyobrażenia o losach ludzi uczestniczących w tym dramacie. Tym, między innymi można tłumaczyć, że przypadająca w obecnym 2021 r., 150. rocznica tego bardzo ważnego wydarzenia w dziejach świata minęła niemal niezauważalnie. Niewątpliwie jest to w bardzo dużym stopniu następstwo przemian mentalnych po 1989 r w naszym narodzie, który uległ politycznemu trendowi wyrzucania na śmietnik historii tradycji związanych z ruchem robotniczym i komunistycznym.
Przypominanie i pogłębianie wiedzy o Komunie Paryskiej potrzebne jest nie tylko ze względu na jej wartość samą w sobie, ale jeszcze bardziej z uwagi na znaczenie jakie ona ma dla obecnego czasu i przyszłości. Stanowi bowiem bardzo istotne ogniwo w łańcuchu walk o godność człowieczą i sprawiedliwość społeczną.
„Pomimo krótkiego czasu działania i panujących warunków wojennych – pisze historyk Janusz Pajewski – Komuna przystąpiła do realizacji programu społecznego. Ustaliła obowiązkowe minimum płacy robotnika, w większych przedsiębiorstwach wprowadziła kontrole działalności dyrekcji przez delegatów robotniczych; fabryki i warsztaty porzucone przez właścicieli, którzy zbiegli z Paryża, przekazała robotniczym zrzeszeniom produkcyjnym, zniosła nocną pracę w piekarniach”.
„Mimo trudności – zauważa historyk Jerzy Prokopczuk – wynikających ze świadomego przeciwdziałania burżuazji i mimo braku doświadczenia w organizowaniu produkcji, dzięki olbrzymiemu wysiłkowi robotników do 30 marca udało się uruchomić wszystkie warsztaty i urzędy. (…)
Innym ważnym problemem, który ze społecznego punktu widzenia domagał się szybkiego rozwiązania, było zlikwidowanie biurokracji. Działalność burżuazyjnej machiny urzędniczej była wymierzona przeciwko masom pracującym i ułatwiała ich wyzysk. Urzędnicy, mocno związani z panującym systemem społecznym, należeli do najlepiej opłacanych. Komuna wprowadziła wybieralność urzędników, a jednocześnie obniżyła bardzo znacznie ich pobory, ustalając je na poziomie przeciętnej płacy robotniczej”. „Rzecz znamienna – dodaje Janusz Pajewski – że członkowie Komuny wyznaczyli sobie pensje odpowiadające płacom robotniczym. Pensja przewodniczącego Komisji, czyli ministra, nie mogła przewyższać płacy wykwalifikowanego robotnika.
Podstawę społeczną Komuny – pisze dalej Janusz Pajewski – tworzyli robotnicy, część drobnej burżuazji i rewolucyjnie usposobiona część inteligencji.
Liczny był udział w pracach i walkach Komuny cudzoziemców. Poczesne miejsce zajmowali wśród nich Polacy. Byli to przeważnie uczestnicy powstania styczniowego, mający już doświadczenie wojenne, w tym wielu oficerów. Na pierwszą wieść o wydarzeniach w Paryżu przybył tam Jarosław Dąbrowski, przekonany, że w walkach rewolucyjnych wyłoni się sprawa niepodległości Polski”. 72-letni pułkownik Roman Czarnowski, uczestnik powstania listopadowego, swoje wejście do wojsk Komuny uzasadniał tymi słowy: „Gdzie są dwie strony, zadowolonych i niezadowolonych, Polak zawsze stanąć musi po stronie niezadowolonych”.
Aczkolwiek Komuna Paryska w krótkim czasie uczyniła wiele dla polepszenia doli mas pracujących w Paryżu, to jednak z przyczyn obiektywnych jak i własnych błędów nie udało się jej utrzymać zwycięstwa osiągniętego na początku swego istnienia.
Proklamowanie Komuny 28 marca zostało entuzjastycznie przyjęte przez tłumy Paryżan i 100 tysięcy gwardzistów. Niecałe dwa miesiące później tj. 20 maja z chwilą, gdy wojska wersalskie (80 tysięcy) rozpoczęły szturm generalny na Paryż broniło go zaledwie 8–10 tysięcy Komunardów.
„Siły zbrojne Komuny – pisze historyk Jerzy Skowronek – faktycznie nie były wielkie, a ich organizacja i wykorzystanie pozostawiały wiele do życzenia. W gwardii narodowej służyło w czasie Komuny prawie 200 tysięcy mężczyzn, ale połowa z nich to słabo zorganizowana i uzbrojona masa używana do służb garnizonowych i porządkowych. Zaledwie 30–40 tysięcy gwardzistów stanowiło faktyczne siły zbrojne (wojska polowe) używane w boju, ale nawet one nie zostały w pełni uzbrojone. W Paryżu było prawie 300 tysięcy karabinów nowego typu, zwanych szaspotami, lecz nie wszyscy gwardziści je otrzymali. Komuna dysponowała 1200 działami, ale wykorzystała w bojach zaledwie 340. Do obsługi ich miała zaledwie około 500 artylerzystów (w tym – dwu oficerów!). Artyleria ciężkiego i najcięższego kalibru pozostała zdemontowana w toku całej walki. W walkach obronnych wykorzystywano pięć pociągów pancernych na liniach kolejowych wokół miasta. Niejaką pomoc okazywała też niewielka flotylla rzeczna złożona z pływającej baterii opancerzonej oraz kilku uzbrojonych kanonierek, kutrów i in. Na potrzeby gwardii pracowało w mieście kilkanaście fabryk pocisków i uzbrojenia, ale wszystko to nie mogło równoważyć zasadniczych niedostatków pracy Komuny w tej dziedzinie. Jednym z głównych był brak generalnego planu działań, a nawet racjonalnych planów umocnień obronnych poza pierwszą linią.
Zważyć też należy, że Komuna zniosła starą armię z przymusowego zaciągu. Jej miejsce zajęła Gwardia Narodowa, złożona głównie z uzbrojonych robotników, którzy nie zawsze respektowali zasady dyscypliny wojskowej. Policję zaś zastąpiono obwodowymi batalionami Gwardii Narodowej.
Kilkakrotnie usiłowano gruntownie zreorganizować gwardię narodową, wprowadzić większą dyscyplinę i scentralizowane dowodzenie, ale rozbijało się to o upór niektórych członków Komuny, a zwłaszcza Komitetu Centralnego Gwardii Narodowej, wreszcie o wzajemne zawiści wśród kadry dowódczej. W końcu kwietnia stworzono z wojsk polowych dwie, a następnie trzy armie liczące nominalnie po 15 tysięcy gwardzistów (faktycznie ich stany liczebne były znacznie niższe!), ale nie zdołano zaradzić katastrofalnemu brakowi kadry dowódczej – zwłaszcza oficerów sztabowych. (…)
Ostatnie dni Komuny Paryskiej zwane „krwawym tygodniem”, utrwalił w swych wspomnieniach jej uczestnik i jej historyk zarazem Prosper Lissagaray (cytuje ze skrótami, przerywając od czasu do czasu jego narrację swoimi i innych autorów komentarzami):
Sobota 20 maja 1871r.
„O pierwszej po południu w sobotę dnia 20 maja baterie Wersalu rozpoczynają decydujące bombardowanie. Trzysta dział morskich i oblężniczych łączy się w jeden grzmot, zapowiadając początek ostatecznego dramatu”. (…)
O godzinie pół do trzeciej odbywał się w cienistym parku Tuilerii wielki koncert na rzecz wdów i sierot po bojownikach Komuny. Kobiety w wiosennych toaletach stanowiły barwne plamy na tle zielonych alei. W odległości dwustu metrów, na placu Zgody, granaty wersalskie mieszały swe potężne głosy z radosnymi instrumentów dętych i pieszczotliwymi podmuchami preriala (czas od 20 maja do 18 czerwca – przyp. L.F)
Pod koniec koncertu oficer sztabu głównego wszedł na podium kapelmistrza i zwrócił się do obecnych: Obywatele! Według zapowiedzi pana Thiersa, powinien on był jeszcze wczoraj wejść do Paryża. Pan Thiers nie wszedł jednak i nie wejdzie! Zapraszam państwa na nasz drugi koncert na rzecz wdów i sierot, który odbędzie się w przyszłą niedzielę w tym samym miejscu.
O tej samej godzinie przednia straż wersalczyków zbliżyła się do Paryża na odległość dwóch strzałów karabinowych.”


Brak natychmiastowej reakcji znacznej części paryżan na atak wersalczyków tłumaczę tym, że od ponad pół roku byli przyzwyczajeni do życia w stanie oblężenia. Od 18 września 1870 r. stolica Francji była atakowana i ostrzeliwana z armat przez wojska pruskie. 28 stycznia 1871 kierowany przez Thiersa rząd Republiki uzyskał od Bismarcka zawieszenie broni, a nieco później zwolnienie z niewoli 100 tys. żołnierzy francuskich, których na początku kwietnia użył do walki z Komuną Paryską. Pisałem o tym w poprzednich odcinkach niniejszego cyklu. Powtarzam, aby czytelnik choć trochę się wczuł w sytuację paryżan sprzed 150 lat. Ich miasto liczyło wówczas 1,8 mln mieszkańców, czyli było tylko nieco większym od dzisiejszej Warszawy. Gdyby naszą stolicę w obecnym stanie przenieść w czas i miejsce Paryża roku 1871, to warszawiacy najprawdopodobniej zachowywali się tak jak paryżanie roku 1871. Przypuszczam, że np. mieszkańcy Starówki, Woli, Ochoty nie przerwali by swoich codziennych zajęć i nie pobiegli na pomoc mieszkańcom Pragi, gdyby ci ostatni padali ofiarą obcych wojsk, skoro od miesięcy z krótszymi bądź dłuższymi przerwami dochodziły stamtąd odgłosy walk, a poszczególne dzielnice miasta były zasypywane gradem pocisków artyleryjskich.
Obronę Paryża osłabiały i dezorganizowały też spory ideowe w Radzie Komuny, Komitecie Centralny Gwardii i dopiero co powołanym do funkcjonowania Komitecie Ocalenia Publicznego „Delegaci cywilni do spraw wojny (tj. ministrowie obrony) – pisze Jan Baszkiewicz – to kolejno mierny Cluseret; patriota daleki od społecznych idei Komuny Rossel; szlachetny dziennikarz Delascluze, mało znający się na sprawach wojny. Najzdolniejszemu z generałów, Dąbrowskiemu, nie ułatwiano zadania”.
Niedziela 21maja 1871r.
Wersalczycy wdarli się do Paryża w okolicach bramy Saint-Cloud, gdzie nie było w tym czasie prawie żadnych się sił obronnych. Gdy tylko informacja ta dotarła do Dąbrowskiego (był na innym odcinku walki) podjął natychmiast wszelkie dostępne mu działania, aby tej już beznadziejnej sytuacji zaradzić. Wysłał też alarmujące meldunki do Komitetu Ocalenia Publicznego oraz do Komisji Wojny.
„O godzinie piątej – relacjonuje Lissagaray – gwardziści narodowi bez czapek i broni wznoszą alarmujące okrzyki na ulicach Passy. Oficerowie dobywają szabel i usiłują ich powstrzymać. Sfederowani (komunardzi – przyp. L.F.) wychodzą z domów; jedni nabijają broń, inni utrzymują, że to fałszywy alarm. Dowódca ochotników zbiera i prowadzi za sobą, kogo mu się tylko uda ściągnąć.
Garstka ochotników składa się z ludzi zahartowanych w ogniu. W pobliżu toru kolejowego dostrzegają czerwone spodnie żołnierzy liniowych, których przyjmują salwą. Jeden z oficerów wersalskich próbuje poderwać swych ludzi i pada przeszyty kulami. Jego żołnierze cofają się. Sfederowani zajmują wiadukt i wylot bulwaru Murat. Równocześnie barykadują nabrzeże na wysokości mostu Jeny.
Meldunek Dąbrowskiego dotarł do Komitetu Ocalenia Publicznego o godzinie siódmej wieczorem. Billioray, jedyny członek Komitetu obecny na dyżurze, udaje się natychmiast na posiedzenie Rady. [Przerywa jej zebranie i] czyta z kartki, która drży mu z lekka w ręku: Dąbrowski do Komisji Wojny i Komitetu Ocalenia Publicznego. Wersalczycy weszli przez bramę Saint-Cloud. Podejmuję kroki, aby ich odeprzeć. Jeżeli możecie, przyślijcie mi posiłki, a wtedy ręczę za wszystko.
Pod wpływem strasznej nowiny na sali zapada milczenie. Po chwili sypią się pytania: Bataliony już wyruszyły – odpowiada Billioray – Komitet Ocalenia Publicznego czuwa (…) Tworzą się grupki. Komentują meldunek. Zaufanie do Dąbrowskiego i zapewnienie Billioraya wystarczają romantykom. Wierzą w generała, w solidność wałów i w nieśmiertelność sprawy. Nie wyłania się jednak nic sprecyzowanego. Komitet Ocalenia Publicznego odpowiada za wszystko. Niech każdy postara się o informacje i, jeżeli zajdzie potrzeba, uda się do swego okręgu.
Czas upływa na rozmowach. Nie ma ani wniosków, ani dyskusji. Bije godzina ósma. Przewodniczący Jules Vallés zamyka posiedzenie. Ostatnie posiedzenie Rady Komuny! Nikt nie żąda ciągłości obrad, nikt nie wzywa kolegów, aby na miejscu oczekiwali wiadomości, aby domagali się prowadzenia członków Komitetu Ocalenia Publicznego. I nikt się też nie znalazł, kto by zdobył się na oświadczenie, że w tej tak krytycznej chwili, kiedy z godziny na godzinę trzeba będzie improwizować plan obrony czy też powziąć wielką decyzje w razie klęski, miejsce tych co czuwaj nad losami Paryża, jest w centrum miasta, w Domu Komuny, nie zaś w poszczególnych okręgach.
W taki to sposób Rada Komuny z 1871 r. opuściła paryski Ratusz i zakończyła swą misję historyczną w chwili największego niebezpieczeństwa, gdy wersalczycy wdarli się już do stolicy. (…)
W ciągu nocy komisja zaczęła już sobie jak gdyby zdawać sprawę z sytuacji. Oficerowie zgłaszają się po rozkazy. Pod pretekstem, że nie należy niepokoić ludności, sztab główny wzbrania się bić w dzwony na trwogę lub ogłosić powszechny alarm. Członkowie Komuny pochyleni nad planem Paryża zapoznają się wreszcie z owymi punktami strategicznymi, o których istnieniu nie pamiętali przez całe sześć tygodni; delegat zamyka się, aby ułożyć odezwę.
Podczas gdy w śródmieściu tak ufającego Paryża garstka ludzi, pozbawiona pomocy żołnierzy, nie rozporządzająca niezbędnymi informacjami, organizuje pierwszy opór, wersalczycy przesączają się nadal przez wyrwę w wałach. Fala po fali, cichy ten potok rośnie pod osłoną nocy (…)
Na Ratuszu zebrali się wreszcie członkowie Komitetu Ocalenia Publicznego.(…) Nikt nie zna liczby i dyslokacji oddziałów, wiadomo tylko tyle, że w Passy odbywają się po ciemku jakieś masowe ruchy. Wysłani do la Muette oficerowie sztabu głównego wracają przynosząc uspakajające nowiny. O jedenastej Assi zapuszcza się w ulicę Beethovena, na której zgaszono latarnie. Koń jego się ślizga tam w wielkich kałużach krwi i nie chce iść dalej. Gwardziści narodowi leżą wzdłuż murów i zdaja się spać. Jacyś ludzie rzucają się naraz na Assiego i uprowadzają go. To wersalczycy, którzy przyczaili się w zasadzce. Owi ludzie leżący wzdłuż murów – to trupy sfederowanych.
Wersalczycy mordują w samym Paryżu, a Paryż nic o tym nie wie! Noc jest błękitna, gwiaździsta, ciepła, dysząca aromatem wiosny. Teatry są przepełnione. Bulwary tętnią życiem. Armaty umilkły. Panuje nieznana od trzech tygodni cisza. Gdyby najlepsza armia, jaką kiedykolwiek miała Francja, maszerowała dalej nabrzeżami i bulwarami, na których nie było ani jednej barykady – mogłaby z naskoku, bez wystrzału, zgnieść Komunę Paryską.
Ochotnicy trzymają się aż do północy na linii toru klejowego. Nie otrzymując wszakże żadnych posiłków, wycofują się. Generał Clinchant ściga ich, zajmuje bramę Auteuil, przechodzi przez bramę Passy i maszeruje na kwaterę Dąbrowskiego. Pięćdziesięciu ochotników ostrzeliwuje się jeszcze przez jakiś czas na zamku; zwróceni ku wschodowi, zagrożeni odcięciem od strony Trocadéro, przechodzą o godzinie pół do drugiej do odwrotu na Pola Elizejskie.

Orzeszkowa na nowo oświetlona

Na wstępie – wielkie uznanie dla Grażyny Borkowskiej i Iwony Wiśniewskiej z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Dokonały benedyktyńskiego dzieła, przyswajając polskiemu piśmiennictwu teksty Elizy Orzeszkowej nie jako powszechnie znanej pisarki, twórczyni „Nad Niemnem” czy „Meira Ezofowicza”, lecz jako publicystki, która przez czterdzieści lat towarzyszyła swoją działalnością na tej niwie polskiemu życiu pod zaborami.

Walor dzieła obu Redaktorek polega m.in. na tym, że dzięki nim powstała nowoczesna, a przy tym pierwsza edycja jej publicystyki. Do tej pory można ją było poznać wertując stare roczniki pism z okresu życia pisarki, ale to zajęcie tak pracochłonne i wymagające specjalistycznych kwalifikacji, że dostępne tylko dla nielicznych.
Jednak mniej więcej jedna czwarta tekstów pomieszczonych w edycji nigdy się nie ukazała, zalegała archiwa w postaci rękopisów, ineditów. Biorąc pod uwagę, że od śmierci Orzeszkowej upłynęło 111 lat, edycja jej „publicystyki” jest z punktu widzenia dzisiejszego czytelnika w ogromnym stopniu nowością. Do tej pory można było poznawać ten wymiar działalności pisarki jedynie w postaci cytatów z tekstów rozproszonych po archiwalnych dziś, licznych tytułach wydawanych we współczesnej pisarce epoce. Przestrzeń zainteresowań Orzeszkowej jako publicystki była bardzo rozległa. Zajmowała ją kwestia żydowska, prowadziła głębokie studia nad historią i kulturą Żydów. Prowadziła dialog z przedstawicielami rosyjskich środowisk literackich dotykając relacji między oboma narodami. Pisała recenzje i omówienia książek i artykułów.
W liście do Polskiej Partii Socjalistycznej odniosła się do kwestii socjalizmu. Zajmowała się organizacją pomocy dla pogorzelców. Potrafiła jednak skoncentrować swoją uwagę także na naukowych zagadnieniach astronomicznych („Wielość światów zamieszkanych. Studium o warunkach zamieszkiwania ziem niebieskich ze stanowiska astronomii, fizjologii i filozofii naturalnej”). Nurtowała ją kwestia „emigracji zdolności”. W tekście tak zatytułowanym, ostro, a nawet brutalnie zaatakowała Josepha Conrada zarzucając mu egoizm. W zakresie zagadnień społecznych punktem wyjścia był dla niej „Wstęp do socjologii” Herberta Spencera. Jej zainteresowania jako publicystki profilowały się inaczej niż u dwóch współczesnych jej, wybitnych publicystów epoki. Bolesław Prus koncentrował się na budowaniu reguł dobrego, racjonalnego życia zbiorowego i indywidualnego. Aleksander Świętochowski krzewił idee liberalizmu.
Orzeszkową najbardziej interesowało społeczeństwo obywatelskie i posługiwała się pojęciem „obywatelskich cnót”. Jej stanowisko często miało charakter moralistyczny. Była niewątpliwie zwolenniczką emancypacji kobiet, jedna z prekursorek feminizmu, ale nawet jak na jej czasy zajmowała w tej kwestii stanowisko umiarkowane, dalekie od ekstremizmów.
Lekturę publicystyki Orzeszkowej utrudnia dziś w pewnym stopniu język, którym się posługiwała: długie zawiłe kadencje zdaniowe, przeładowanie cytatami, zmetaforyzowany, figuratywny styl, fragmentami hieratyczny, retoryczny, często nawiązujący do stylistyki romantyczno-biblijnej.
Teksty Orzeszkowej uzupełniają znakomite przypisy, które wzbogacają obraz epoki, jaki wyłania się z jej publicystyki. Lektura ponad dwu i pół tysiąca stron tworzących trzy tomy publicystki Elizy Orzeszkowej to niełatwe zadanie czytelnicze, ale naprawdę warto zanurzyć się w te rozległe rejestry.
Dzięki niej możemy poznać epokę polskiego pozytywizmu ze znacznie ciekawszej perspektyw niż ta, której dostarczał uproszczony i skonwencjonalizowany przekaz szkolnych podręczników.

Eliza Orzeszkowa – „Publicystyka”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, wybór i wprowadzenie Grażyna Borkowska, opracowanie edytorskie Iwona Wiśniewska, tom 1 – „Myślenie obywatelskie, Żydzi, Kwestia kobieca” , tom 2 – „Rozprawy, studia, artykuły”, tom 3 – „Cykle felietonów, listy otwarte, recenzje, omówienia, sprawozdania, korespondencje, varia”.

Czytamy w „RES HUMANA”

Najnowszy, drugi w tym roku, numer dwumiesięcznika „RES HUMANA”, który właśnie się ukazał, otwiera głośny List otwarty do władz Rzeczypospolitej Polskiej i liderów ugrupowań politycznych zatytułowany Media bez wyboru, będący stanowczym i bezprecedensowym w formie protestem kilkudziesięciu podmiotów medialnych, w tym „Trybuny”, wobec zamiaru wysokiego opodatkowania przez władze przychodów z reklam mediów niezależnych, co może być zamierzonym celem ich ubezwłasnowolnienie lub likwidacji.

W odredakcyjnej nocie „RES HUMANA” zdecydowanie poparła naszych Przyjaciół z mediów niezależnych zapewniając „o pozostawaniu w proteście przez kolejne dni do czasu pokonania zła”.
Następnie w stałej rubryce Fakty – wydarzenia- opinie znajdziemy komentarze na temat dwóch ważnych wydarzeń: konferencji programowej Platformy Obywatelskiej, w czasie której 6 lutego 2021, uznano, że „Państwo PiS się załamało” i że trzeba „jak najszybciej doprowadzić do tego, że będzie 276 głosów w Sejmie i zmieniamy rzeczywistość”. Myśl ta znalazła rozwinięcie podczas zdalnej rozmowy Adama Michnika i Donalda Tuska w warszawskim Klubie „Gazety Wyborczej” i udostępnionej w tej gazecie datowanej 6- 7 lutego 2021. „Prawdopodobnie dziś – powiedział Donald Tusk – jest mniej więcej 50 na 50 z lekką przewagą po stronie demokratycznej, ale z wyraźną przewagą organizacji i jedności po stronie PiS. Reżim można obalić pod jednym zasadniczym warunkiem – że nam będzie się chciało bardziej wygrać , niż im tkwić u władzy . Na razie mam wrażenie, że im bardziej się chce być u władzy, niż nam tę władzę im odebrać”.
Pozostawiając polskie dylematy do spokojnego namysłu lecz i uważnego śledzenia „RES HUMANA” zaprasza tymczasem do Stanów Zjednoczonych, gdzie 20 stycznia zaprzysiężony został demokratyczny prezydent Joe Biden, który z tej okazji wystąpił z orędziem inaugurującym tę prezydenturę . Możemy zapoznać się z obszernymi fragmentami tego wystąpienia, jego wołaniem o „jedność Ameryki”, tak drastycznie podzielonej przez przegranego prezydenta; o wolności, demokracji i praworządności, o tych wszystkich składnikach demokratycznego państwa prawa. Oto fragment orędzia , obrazujący jego emocję i silną wolę nowo wybranego prezydenta :” „Zawsze będę równy wam, będę bronił konstytucji, będę bronił naszej demokracji. Będę bronić Ameryki i oddam wszystko – moje i wasze- w waszej służbie. Myśląc nie o władzy, ale o szansach. Nie w osobistym interesie, tylko w publicznym. I razem napiszemy amerykańską historię nadziei, a nie strachu. Jedności, a nie podziału, światła, a nie ciemności. Historię przyzwoitości i szacunku, miłości i uzdrowienia, wielkości i dobroci. Niechaj to będzie historia, która nas prowadzi, która nas inspiruje. Opowieść , która po wiekach opowie o tym, jak odpowiedzieliśmy na wyzwanie historii„.
Tekst orędzia przybliżyły też dwa komentarze politologów: Ewy Kakiet –Springer i Roberta Smolenia . Pragniemy dodać, że „RES HUMANA”starać się będzie śledzić z uwagą i analizować działalność nowego prezydenta, z myślą o jego oczekiwanym wpływie bieg polskich spraw.
Z tą samą myślą śledzimy działalność bliskiej nam Unii Europejskiej, której rola w obecnym czasie pandemii jest nieoceniona. Problematykę tę przybliża dr Marek PRAWDA, szef warszawskiego Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce . Przedstawia w opublikowanym tekście liczby i fakty obrazujące pracę określonych agend Unii Europejskiej na rzecz pozyskania szczepionek przeciw wirusowi na potrzeby państw członkowskich. Tekst ukazuje bezpodstawność różnych Jakich czy Kowalskich wobec rzekomej opieszałości Unii w swojej działalności. „Za rzadko uświadamiamy sobie – czytamy tekst – że dopuszczenie do nierówności w dostępie do szczepień to także wielkie ryzyko ekonomiczne . Że może nas drogo kosztować i że to Zachód poniesie znaczną część tych strat ze względu na wysoki poziom współzależności i geograficznie rozproszone łańcuchy dostaw. Może warto w tym unijnym podejściu, w tej z pozoru niepraktycznej trosce, żeby nikogo nie zostawić na peronie , dostrzec coś więcej niż niemrawą biurokrację , która notorycznie sobie nie radzi. Może zapowiada ono inne myślenie, historię, która nie tyle się skończyła, ile ponownie zaczyna? „.
„RES HUMANA” przenosi nas z kolei w krąg dwóch innych tematów, które mogą zainteresować naszych Czytelników Pierwszym to kwestia, bardzo w naszym kraju aktualna , a mianowicie stosunek Kościoła wobec kobiet. Kwestię tę podejmuje profesor Jan Dębowski , filozof i religioznawca, na przykładzie rekonstrukcji nauczania na ten temat dwóch papieży – Pawła VI i Jana Pawła II. Zwracają uwagę ich nieco zróżnicowane poglądy na ten temat; warto je poznać.
Z kolei Daniel Samotus Zbytek, historyk i publicysta, przypomina dzieje polskie u końca jej XVIII wieku, po trzecim rozbiorze i czas rozliczania jej sprawców, czas, który w polskiej historii nosi nazwę Powstania Kościuszkowskiego. Jak zwykle lekcje historii możemy oceniać różnie; i tak jest w przypadku oceny tego powstania.
W obecnym numerze napotkamy też tekst „ pierwszego wykładu” profesor Ewy Nowickiej o antropologii czyli nauce o człowieku – długich dziejów jego powstania, jego przemian i jego współczesnego wymiaru. Ufamy, że ten kilkuodcinkowy tekst zapewne zainteresuje naszych Czytelników.
Z kolei stała rubryka, Świadectwa, proponuje zróżnicowane teksty do uznania i wyboru: otwierają je refleksje Zdzisława Słowika na temat pracy zbiorowej pod redakcją naukową profesor Danuty Waniek zatytułowanej POLKI. Bieg przez historię : emancypantki, bojowniczki, obywatelki . To zapewne pierwszy w polskim piśmiennictwie zarys dziejów kobiet polskich, widzianych głównie poprzez ich jednostkowe portrety – jako matek, opiekunek domowego ogniska i jako tych, które w narodowej potrzebie służyły Polsce nawet z bronią w ręku. Jest wielką zasługą redaktorki naukowej tej książki, że ona powstała i że powstała jako świadectwo ujmującej pamięci.
W kolejności Janusz Termer , znany krytyk literacki, przedstawia dzieło Ryszarda Kurylczyka, bezspornie wybitnego polskiego dziejopisarza , co zarazem mało znanego szerszej opinii czytelniczej. Zachęcamy do ich lektury, do doświaczenia interesjącej przygody z historią.
I jeszcze dwa inne w swoim rodzaju teksty: to Wacławy Mielewczyk szkic publicystyczny na temat Aleksieja Nawalnego: „ dramatu jego życia” ,, które niesie nadzieję oraz przedruk z „Trybuny” fragmentów obszernego wywiadu udzielonego red. Małgorzacie Kulbaszewskiej – Figat przez prof. Jerzego J. Wiatra na temat sytuacji polskiej lewicy.
Omawiany numer „RES HUMANA” dopełniają teksty Wacława Sadkowskiego i Andrzeja Żora zamieszczone w rubryce „Forum myśli nieobojętnych” oraz recenzje, kronika poświęcona pamięci Zmarłych i stały felieton Jerzego J. Wiatra w rubryce „Co dwa miesiące” na temat tego „Czego nas uczy upadek Trumpa?”, tekst, który z powodzeniem zastępuje dłuższe dywagacje.
Zapraszamy do lektury nr 2 RES HUMANA, które jest do nabycia m.in. w salonach EMPiK czy Księgarni im. Bolesława Prusa w Warszawie. Bardzo zachęcamy do redakcyjnej prenumeraty naszego czasopisma , uczestnictwa w Klubie Przyjaciół naszego czasopisma.

JUBILAT TABKOWSKI

Pejzaż polityczny i kulturalny Krakowa – i nie tylko Krakowa – w ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci trudno byłoby sobie bez niego wyobrazić. Obchodzący swe osiemdziesiąte urodziny Sławomir Tabkowski, doktor socjologii, pisarz polityczny, redaktor, wydawca, działacz społeczny, animator życia artystycznego, na bardzo wielu polach i w bardzo wielu sprawach odcisnął swe piętno nader wyraziście.

Jego dojrzałe życie „Okrągły Stół” (którego skądinąd był uczestnikiem) i ustrojowa transformacja podzieliły prawie dokładnie na dwie połowy. Zawsze człowiek lewicy, i w tej części swej życiowej drogi, która przypadła na okres Polski Ludowej, i w tej, która przebiegała w III RP, jednakowo potrafił znaleźć sobie ważne prospołeczne życiowe cele i z pożytkiem dla ogółu je realizować. W PRL, w której, jak sam napisał w swej wydanej przed kilkoma laty autobiografii, „nie chciał obalać czy zamieniać socjalizmu na inny ustrój, dążył do tego, aby był, jak to się później powszechnie mówiło, z ludzką twarzą”, był Sławomir Tabkowski energicznym szefem krakowskiego oddziału Krajowej Agencji Wydawniczej i przede wszystkim w nieprostych latach osiemdziesiątych naczelnym redaktorem wydawanej w 200 tysiącach egzemplarzy (i w tej ilości sprzedawanej!) „Gazety Krakowskiej”, redagowanej przezeń sprężyście i ciekawie, wobec swych partyjnych mocodawców lojalnej, ale nie bezkrytycznej; w niedługim, ale ważnym epizodzie warszawskim piastował funkcję kierownika Wydziału Polityki Informacyjnej Komitetu Centralnego PZPR oraz ostatniego szefa prasowego koncernu RSW Prasa-Książka-Ruch (który – przypomnijmy – realizował nie tylko funkcje propagandowe, lecz także rozległe zadania edukacyjne i kulturotwórcze, co o większości podmiotów, które przejęły jego majątek, powiedzieć raczej trudno). W III Rzeczypospolitej Tabkowski pierwotnie poświęcał się działalności dydaktycznej i badawczej; w ramach tej ostatniej niemało zdziałał dla miasta swej młodości – Nowego Sącza, między innymi jako autor poważnej monografii historyczno-prasoznawczej poświęconej periodykowi „Wiadomości Sądeckie”. Na początku nowego wieku wielce owocnie kierował zasłużonym krakowskim Polskim Wydawnictwem Muzycznym, radykalnie dynamizując jego pracę, przyspieszając edycję kolejnych tomów Encyklopedii Muzycznej, skutecznie chroniąc oficynę przed zgubną prywatyzacją i uruchamiając proces jej przekształcenia w państwową instytucję kultury, inicjując i patronując powołaniu do życia krakowskiego Festiwalu Muzyki Polskiej. A w latach ostatnich znów pokazał lwi pazur jako publicysta polityczny, zbierając następnie te swe felietony w świetnej książce „A dzwony dzwonią, dzwonią”…
Swą cytowaną tu już, a opublikowaną w 2014 roku autobiografię „Wspomnienia redaktora” kończył Tabkowski w tonacji pożegnalnej („ostatnie publiczne wystąpienie”), co spotkało się z falą gorących protestów. Jak dobrze, że te apele nasz Jubilat wziął sobie do serca – i życzmy Jemu i sobie, by i kolejnych jego publicznych wystąpień było jak najwięcej!

Zazdrość

Skręcam się wewnętrznie ze wstydu. Nigdy dotychczas nikomu nic nie zazdrościłem – nawet zainteresowania
przedstawicielek płci odmiennej, które budziły we mnie samcze instynkty.

A ostatnio stwierdziłem z przerażeniem, że ogarnia mnie to brzydkie uczucie i nie jestem w stanie go zahamować. To straszne i – niestety – niebezpieczne. Bo zamiast zazdrościć memu sąsiadowi nowego samochodu lub nowej dziewczyny, bezsensowna i antypatriotyczna zawiść ogarnia mnie na myśl o kilku najwyżej postawionych osobach.

Jak dobrze być premierem

Chyba najbardziej zazdroszczę naszemu Premierowi. Nie chodzi mi o prestiżowe stanowisko, narkotyzujące poczucie władzy, liczną ochronę, limuzyny i samoloty. Nie zazdroszczę nawet pieniędzy, chociaż pewnie by się przydały. Zazdroszczę tego, że wie dokładnie, jak to było w Polsce także przed wzniosłym momentem jego narodzenia i w czasach jego dzieciństwa, wie, kto wtedy poszedł złą drogą, a kto dobrą, kto był i jest patriotą, a kto bruździ – oczywiście wyłącznie dla osiągania własnych korzyści.
Zazdroszczę mu też zadowolenia z wszelkich decyzji, jakie podejmował w swoim bogatym życiu. Wyraźnie jest z nich dumny. Imał się (uwielbiam staropolszczyznę!) różnych zawodów, wszystkie mu się podobały, w każdym się sprawdzał.
Przeprowadziłem autoanalizę i stwierdziłem, że moja zazdrość ma swe źródło głównie w tym, że ja nie jestem zadowolony ze swego życiorysu. Nie podoba mi się. Wprawdzie żyłem już w czasach, które Pan Premier zna tylko z wyselekcjonowanych podręczników, ale nie potrafię się dopasować do lansowanych przez nie wzorców patriotyzmu. Samokrytycznie stwierdzam, że podejmowałem niemądre i zachowawcze decyzje, które dzisiaj nie przynoszą mi ani moralnych, ani materialnych profitów.
Doszedłem do wniosku, że fundamenty mego fatalnego życiorysu powstały jeszcze w zamierzchłych, końcowych latach przedwojennych. Byłem wtedy „zuchem, takim młodszym harcerzykiem. Wśród kolegów z okolicznych podwórek budziłem uśmiech politowania. Oni palili papierosy, dorywali się do alkoholu, grali w karty i w cymbergaja, już podszczypywali dziewczyny. Harcerze uchodzili za maminsynków, śpiewających idiotyczne piosenki, epatujących się zdobywaniem niepotrzebnych w życiu „sprawności”.
To harcerskie wychowanie wypaczyło mi życie. W czasie niemieckiej okupacji dałem się natychmiast wciągnąć w jakąś – także harcerską – konspirację, potem robić „cos tam” w Powstaniu i wylądować, jako jeniec wojenny w Westfalii.
Bezpośrednio po wojnie los się do mnie uśmiechnął. Z Westfalii mogłem pojechać do Anglii, skończyć tam szkoły średnie i wyższe, po latach wrócić do kraju i zostać idolem prawicy. Ale znowu zrobiłem inaczej – wróciłem po kilku miesiącach, narażając się na wielokrotne wezwania przez wiadome służby, na naukę w fatalnych warunkach i na utrzymanie z nędznej płacy. Potem szło mi nieco lepiej, po 1956 roku nie czułem „zniewalającego uścisku komunizmu”. Ale nie zostałem politykiem ani prezesem banku i nie udało mi się zaliczyć do elity finansowej.
Wiem oczywiście, że to wszystko jest winą mego braku inteligencji i zaradności. Co innego Pan Premier. On studiował na kilku prestiżowych uczelniach. Zaszczycał swoją obecnością uniwersytety nie tylko we Wrocławiu, ale także w Niemczech i Szwajcarii a nawet w USA. W ogóle bywał często zagranicą – zaraz po tym, kiedy przestano nas „bezwstydnie uciskać”. Już w dzieciństwie wiedział lub przeczuwał, że trzeba uczyć się angielskiego, a nie rosyjskiego. Nic więc dziwnego, że jest tym, kim jest. I nic dziwnego, że przenikliwie potrafi dzisiaj odróżnić „dobrych” od „złych”.
Pan Premier ma ponadto talent, budzący moją szczególną zawiść. Ma nadzwyczajną zdolność przekonywującego opisywania planów jego rządu i ugrupowania w taki sposób, jakby ich realizacja była całkiem pewna i zależała tylko od ich dobrej woli. Mówiąc – przykładowo – o budowie promów pasażerskich stwarzał wrażenie, że na symbolicznej stępce natychmiast wyrosną potężne statki. Ale ich nie ma. Nieśmiało doradzam większą ostrożność. Chyba lepiej było by powiedzieć: „Zamierzamy budować promy pasażerskie. To trudne zadanie, ale może się udać, bo mamy doskonałych inżynierów i sprawne załogi stoczni”. Czyli dać nadzieję i pogłaskać.

Wymarzony prezydent

Wstrętne uczucie zazdrości ogarnia mnie także, gdy zdalnie obserwuję naszego Prezydenta. Jeszcze młody, przystojny, niemal zawsze stosownie ubrany. Ale nie to powoduje moją zawiść, w tym zakresie nazywaną „zazdrością pokoleń”. Zazdroszczę łatwości nawiązywania kontaktów. Uśmiechów zadowolenia i skrywających niezadowolenie, znajdywania i opowiadania zawsze odpowiednich do okoliczności anegdot, fascynowania się każdym rodzajem sportu, umiejętności bezproblemowego udziału w tańcach i śpiewach na dowolną melodię.
Te wszystkie zalety Pana Prezydenta nie są jednak jądrem mojej zazdrości. Jądrem jest możliwość niezależnego od nikogo działania i podejmowania decyzji. Pan _Premier – to co innego. Jest desygnowany przez rządzącą partię, może mieć własne zdanie, – ale nie może podejmować decyzji innych, niż takie, jakie się jego partii podobają lub jakie mu wręcz zaleca. A Prezydent może, – jeśli chce. Pewnie, że musi trochę lawirować między prądami unoszącymi go na powierzchni politycznego życia kraju, Europy i Świata, ale w wielu sytuacjach może zachować się w taki sposób, jaki uważa za słuszny. I to nawet wtedy, gdy jakaś część wybierającego go Suwerena może tego nie pochwalać. Albo nie może tego zrozumieć.
Czasem mam wrażenie, że skleroza powoduje, iż należę już do tej ostatniej grupy. Wyraźnie nie nadążam. Jeśli – przykładowo – ktoś z nas, maluczkich wyrobników, pobiegnie szybciej niż inni, albo dalej rzuci kulą czy młotem, Pan Prezydent natychmiast zaprasza go na godziwy poczęstunek, gratuluje, często dekoruje, w świetle reflektorów i kamer wyraża swój zachwyt. Ale jak ktoś dostaje nagrodę Nobla, to Pan Prezydent długo myśli, czy warto zafundować mu obiad albo kolację. Bo rzutu kulą nikt nie krytykuje, a nagroda Nobla w jakiejś dziedzinie może budzić kontrowersje. I Pan Prezydent woli wtedy zachować wstrzemięźliwość. Nawet jeśli to nadrobi, to opóźnienie takiej decyzji pozostanie w mojej – i nie tylko mojej – pamięci.
W ramach tej niezależności Pan Prezydent prosi niekiedy Trybunał Konstytucyjny o pomoc, w podejmowaniu decyzji kłopotliwych dla obozu rządzącego. To skutecznie opóźnia sprawę i Suweren może czasem o nich zapominać. Ale trzeba też pamiętać, że Suweren jest nieprzyzwoicie ciekawski. I jestem pewien, że nie zapomni np. o braku oświadczeń majątkowych członków rządu i ich rodzin. Nie zapomni też o wstrzemięźliwości Pana Prezydenta w wyjaśnianiu sprawy publikacji list poparcia dla kandydatów na członków KRS. To problem Sejmu, – ale Pan Prezydent mógł i chyba powinien, wyrazić swoje zaniepokojenie sposobami jej komplikowania. Okres kampanii prezydenckiej będzie obfitował w przypomnienia o tych – i nie tylko o tych – sprawach.

Inne „podmioty” mojej zazdrości

Bądźmy szczerzy. Nie mogę twierdzić, że tyko Prezydent i Premier budzą moją zawiść. Zazdroszczę także tym, którzy podłapali stanowiska, z których przez kilka lat nikt nie może ich odwołać. Mają nawet lepiej – nie są ciągle obserwowani, pracują ukryci w swoich obszernych fortecach, nikomu nie wolno podważać ich decyzji merytorycznych i personalnych.
Nie ukrywam, że zazdroszczę także władcy telewizji państwowej, zwanej publiczną, i jego niektórym współpracownikom. Jakaż to musi być frajda, jeśli się świadomie fryzuje niemal każdą informację w taki sposób, aby wzmacniała pozycję i budowała prestiż „władzy”. Jak to – zapewne – jest przyjemnie „wieszać psy” na obywatelach drugiej kategorii, w sposób bliski wzorcom wypracowanym przez hejterów, działających pod parasolem ochronnym jednego z ministerstw.
Ostatnio zaczynam zazdrościć policjantom. Zarobki pewnie gorsze, ale poczucie bezkarności i możliwość władczego traktowania obywateli musi sprawiać wiele satysfakcji. Każdego można przecież postawić na baczność, poprosić o dokumencik. Nawet sędziego na sali sądowej w czasie trwania rozprawy. Jakieś immunitety, to burżuazyjne pomysły, podchwycone teraz przez liberałów. Nie musimy się nimi tak bardzo przejmować. W końcu ciągle śpiewamy, że „Bonaparte dał nam przykład jak zwyciężać mamy”. A on prawa wprawdzie tworzył, ale z ich przestrzeganiem też miał problemy. No i nie zwyciężył pod Waterloo. Mam takich znajomych, którzy niemal codziennie studiują mapę Polski, szukając miejscowości, która może u nas spełnić tą rolę.

 

Boyowa Janda

Nagrodę przyznaje Zarząd polskiej sekcji AICT/Klubu Krytyki Teatralnej. Tę prestiżową nagrodę przyznano po raz pierwszy w roku 1957, a pierwszym laureatem został Kazimierz Dejmek. Pośród czterdzieściorga laureatów tej nagrody znaleźli się m.in. Tadeusz Kantor, Jacek Woszczerowicz, Konrad Swinarski, Krystyna Skuszanka, Jerzy Grzegorzewski, Adam Hanuszkiewicz, Gustaw Holoubek.

 

W wygłoszonej laudacji, honorowy wiceprzewodniczący AICT/IACT i zarazem prezes Klubu Krytyki Teatralnej SD RP Tomasz Miłkowski zwrócił m.in. na fakt, że Krystyna Janda jest dopiero dziesiątą kobietą, która otrzymała tę nagrodę, a do roku 2000 otrzymały ją zaledwie dwie artystki. W mistrzowskiej analizie sylwetki teatralnej Krystyny Jandy Miłkowski zwrócił uwagę m.in. na jej bogatą osobowość, która budziła i budzi kontrowersje nie tylko natury artystycznej, ale także jako postać wykraczająca swoim rozmachem poza ramy aktorskiej profesji. W rozmowie poprowadzonej przez Łukasza Maciejewskiego laureatka opowiadała m.in. o warszawskiej publiczności teatralnej, która według jej szacunków wynosi około 25 tysięcy osób, co jak na blisko dwumilionowe miasto stołeczne oznacza niewielką liczbę, o niełatwej sytuacji finansowej jej teatrów („Polonia” i „Och-Teatru”) po odebraniu dotacji rządowej w rezultacie nastania „dobrej zmiany”, o swojej bogatej działalności okołoteatralnej, w tym edukacyjnej, o niezwykle silnej obecności kobiet i problematyki kobiecej w życiu społecznym, o swoich rolach, a także o swoim zmarłym mężu, wybitnym operatorze filmowym Edwardzie Kłosińskim, który był dla niej w związku „biegunem chłodu i rozwagi w kontraście do jej szaleństwa”, o śmierci, „która w teatrze jest głównym tematem”, o jej spektaklach i związanych z nimi perypetiach, o miłości do kotów i artystycznych konsekwencjach tej miłości, a także o swojej niezwykłej i nieprzeciętnej wrażliwości na doznania artystyczne.
– Więcej zawdzięczam dziełom sztuki niż komukolwiek i czemukolwiek. Potrafię w sposób niepohamowany płakać nad pięknem dzieła sztuki i całymi dniami siedzieć w muzeach kontemplując obrazy w zachwyceniu – mówiła Janda.

 

Z Krystyną Jandą, laureatką nagrody im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Otrzymała Pani nagrodę imienia Boya, ale mam wrażenie, że to on osobiście powinien Panią nagrodzić, gdyby żył, za to że była Pani inspiratorką największego i najskuteczniejszego w historii Polski protestu kobiet w obronie ich praw i wolności, czyli „Czarnego Protestu” z października 2016 roku…

Ja nadal uważam, że byłam tylko jedną z kobiet, które zabrały w tej sprawie głos.

 

Mam jednak przekonanie, że to fakt, iż to właśnie Pani rzuciła tę iskrę sprawił, że ten protest nabrał takiego zasięgu i intensywności. Pani Krystyno, przy okazji tej uroczystości pozwolę sobie na taki oto komplement: rolą Agnieszki w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy weszła Pani do historii polskiego kina, a rolą w zainspirowaniu „Czarnego Protestu” – do najnowszej historii Polski…

Być może było trochę tak, jak pan mówi. A jeśli tak, to cieszę się, że moje nazwisko mogło odegrać tak pożyteczną rolę. Staram się to swoje zaangażowanie społeczne kontynuować w moim teatrze, który jest przecież bardzo społeczny. Wystawiane przez nas spektakle bardzo rzadko nie odnoszą się do ważnych zagadnień społecznych, nawet komedie. Ostatnio mieliśmy premierę „Mojego pierwszego razu”, przedstawienia, które dotyka kwestii ważnej dla każdego młodego człowieka – inicjacji seksualnej. A nawet te, które jak „Boska”, „Shirley Valentine” czy „Jak zabić starszą panią” odległe są od problematyki społecznej, zarabiają na te pozostałe. W naszym repertuarze działa zasada pomocniczości, bo żeby nasz teatr mógł funkcjonować po utracie dotacji, musi zarobić miesięcznie około miliona złotych. Na szczęście mamy wierną publiczność.

 

Skąd pomysł na „Mój pierwszy raz”?

Z lektury podręczników dotyczących życia w rodzinie. Poziom narracji o sferze życia płciowego, biologii kobiet i mężczyzn, prokreacji, jest w tych podręcznikach tak przerażający, podawany na poziomie graniczącym z absurdem, że postanowiłam wystawić „Mój pierwszy raz”.

 

O publicystyce jako gatunku pisania mówi się zazwyczaj, że jej życie jest krótkie, że szybko się dezaktualizuje. Tymczasem można odnieść wrażenie, że publicystyka społeczna Boya, zwłaszcza ta dotycząca kwestii praw kobiet i świadomego macierzyństwa, jest ciągle aktualna, mimo że ma już metrykę blisko dziewięćdziesięcioletnią. Dlaczego Pani zdaniem tak się dzieje?

To smutne. Brakuje nade wszystko edukacji, edukacji, raz jeszcze edukacji i dlatego jesteśmy niestety bardzo daleko za światem. Tracimy jako społeczeństwo energię na sprawy drugorzędne, a sprawami pierwszorzędnymi się nie zajmujemy. To przerażające, że na te 100 lat niepodległości, u progu której kobiety uzyskały prawa wyborcze, tylko przez 36 lat miały przynajmniej formalną, bo nie zawsze praktyczną, wolność wyboru w sferze prokreacji.

 

Prawa kobiet, w tym dotyczące aborcji, macierzyństwa, poziom edukacji seksualnej, mentalność twórców prawa jest właściwie generalnie na poziomie nie zmienionym od 100 lat. Czy nie rozwijamy się mentalnie jako społeczeństwo?

Nie byłabym aż taką pesymistką. To prawda, że na poziomie prawa, edukacji i mentalności elit politycznych, wpływów Kościoła katolickiego wygląda to bardzo źle, można powiedzieć, że prawie nic się nie zmieniło od dziesięcioleci. Jednak po stronie społecznej, zwłaszcza po stronie kobiet jest już zupełnie inny stan ducha i świadomości. Czy można sobie wyobrazić „Czarny Protest” i taki ruch kobiecy w obronie ich wolności, jaki dziś mamy, w międzywojennej Polsce Boya? Nie sposób sobie czegoś takiego wyobrazić. W tamtej Polsce poza Ireną Krzywicką można było na palcach jednej ręki policzyć te kobiety, które angażowały się w tzw. kwestię świadomego macierzyństwa. Dziś takich kobiet są w Polsce tysiące. O ile więc ciągle zawodzą elity polityczne, prawo, instytucje, szkoła, o tyle nie zawodzą kobiety. I kto wie, czy moment w której wywalczą sobie należne im prawa i wolności, nie jest bliższy niż może się to nam wydawać.

 

Dziękuję za rozmowę.