Żeńska końcówka po boliwijsku

Dyktatorka – trochę dziwnie to brzmi, ale jednak nowocześnie i feministycznie. Mało tego, dyktatorka Boliwii, 52-letnia Jeanine Áñez rzeczywiście uważa się za prawdziwą feministkę.

Kto wie, czy nie dlatego właśnie została wybranką Amerykanów, którzy posadzili ją w boliwijskim fotelu prezydenckim po zamachu stanu, którym kierowali. Co prawa feminizm „prezydentki” ogranicza się tylko do niektórych białych kobiet (Indianki i nie-białe to dla niej „szatani”), ale ten szczegół im nie przeszkadzał: skoro na czele faszyzującej dyktatury staje kobieta, to musi być postęp.
Áñez jest przedstawicielką tzw. feminizmu katolickiego, więc np. jej stanowisko w sprawie aborcji, czy antykoncepcji bardzo różni się od feminizmu Europejek. By ogłosić się „prezydentką” przed pustą salą parlamentu, przytargała 10-kilogramową Biblię i przyjęła prezydencką szarfę z rąk dowódcy boliwijskich sił zbrojnych gen. Williamsa Kalimana, który tego samego dnia, to jest dwa dni po zdradzeniu prezydenta Evo Moralesa i kraju, został przez CIA ewakuowany do Stanów wraz z rodziną, jak zresztą kilku innych dowódców wojska i policji, którzy brali udział w spisku.
Kaliman, jak i reszta wojskowych puczystów, to wychowanek Western Hemisphere Institute for Security Cooperation – amerykańskiej wojskowej szkoły wyższej dla latynoskich oficerów w Georgii, której trzeba było zmienić nazwę, gdyż wcześniejsza – Szkoła Ameryk – okryła się niesławą jako wylęgarnia przyszłych dozorców amerykańskiego porządku w Ameryce Łacińskiej i przede wszystkim autorów krwawych zamachów stanu „na telefon z Waszyngtonu”, gdyby coś poszło nie tak.
Stany Zjednoczone przystosowały nazwę tej słynnej szkoły do swej „doktryny Monroe”, która mówi, że cała zachodnia półkula Ziemi powinna pozostawać pod ich kontrolą. Oczywiście są wyjątki – Kuba, Wenezuela i Nikaragua, ale po eliminacji socjalisty Moralesa w Boliwii już tylko trzy i przecież wiadomo, że Amerykanie robią wszystko, by i tam zmienić rządy na posłuszne. Należy pewnie powinszować im innowacyjności – Áñez jest pierwszą dyktatorką w historii Ameryki Łacińskiej i zapewne nie ostatnią, bo trzeba iść z zgodnie z nowymi trendami.
Według historycznych wyliczeń, Áñez jest bohaterką 188 zamachu stanu w Boliwii od czasu „niepodległości” w 1825 r. To więcej niż jeden pucz na rok, więc można zrozumieć irytację w Waszyngtonie, że obalony Morales rządził aż trzynaście lat, by wyciągać kraj z chronicznej biedy. Te 13 lat było absolutnie historyczną epoką w najuboższym kraju Południowej Ameryki – miliony ludzi zaczęły jeść do syta, mieć do dyspozycji opiekę zdrowotną i szkoły, a oprócz oligarchii i biedoty w kraju pojawiło się nawet coś w rodzaju klasy średniej. Teraz nacjonalizacje, które to umożliwiły, zostaną anulowane, a programy socjalne zatrzymane.
Amerykanie wybrali ją nie tylko ze względu na kobiecość, raczej ze względu na jej mężczyznę: jest żoną ich zaufanego człowieka, kolumbijskiego polityka Hectora Carvajala, szefa faszystowskich grup paramilitarnych zajmujących się zabijaniem Indian, innych ciemnoskórych i ludzi lewicy. Oczywiście Áñez nie różni się niczym od podobnych marionetek-mężczyzn: wprowadziła dekret z zakazem „podawania informacji, które mogą prowadzić do buntu”, dała wojsku pozwolenie na bezkarne zabijanie (za czasów Moralesa nie zginął żaden manifestant, w czasie pierwszego tygodnia panowania Áñez – kilkudziesięciu) i już przedłużyła swą władzę do lata przyszłego roku, choć do 22 stycznia miały się odbyć wybory. Najwyraźniej w Waszyngtonie uznano, że nie ma się do nich co spieszyć, w końcu ostatnio ciągle wygrywali socjaliści.
Wojskowa dyktatura dyktatorki jest więc pozorną nowością – wszystko odbywa się jednak w starym stylu. Między Boliwią a Stanami Zjednoczonymi zapanowała nagle niezmącona dawna przyjaźń – trzeba będzie jeszcze tylko jakoś ustawić wybory, skoro znowu oficjalnie ma rządzić oligarchia. Ta ma rodzaj żeński i żeńską końcówkę jak dyktatorka, lecz trudno uznać, by z tego powodu coś się naprawdę zmieniło na zachodniej półkuli.

Boliwia stoi

Już 70 proc. boliwijskiej gospodarki nie działa. La Paz w Andach, gdzie znajduje się siedziba rządu puczystów, jest zablokowane przez zwolenników obalonego prezydenta Evo Moralesa, znajdującego się obecnie na wygnaniu w Meksyku. Mieszkańcy pobliskich El Alto i Chapare podjęli strajki i zamknęli drogi, by domagać się natychmiastowej dymisji samozwańczej „prezydent” Jeanine Añez. W mieście brakuje żywności.

Niektóre ceny w La Paz poszły w górę o kilkaset i więcej procent, szczególnie produktów żywnościowych. Pod miejscowym kościołem św. Michała olbrzymia kolejka czeka na ciężarówki kurczakami, które przylatują do zamkniętego miasta z Santa Cruz, stolicy gospodarczej kraju i siedziby białej, prawicowej opozycji, która poparła zamach. Niektórzy schodzą z gór dwie i pół godziny, by znaleźć się o piątej rano w kolejce i czekać czasem do nocy.
Boliwijska gospodarka zaczęła zwalniać od czasu blokad, do których wezwał skrajnie prawicowy szef opozycji z Santa Cruz, młody, bogobojny oligarcha Luis Fernando Camacho, zaraz po głosowaniu w październikowych wyborach wygranych przez Moralesa. Po sterowanym przez ambasadę amerykańską zamachu z 10 listopada nic się nie polepszyło: fabryki stoją z powodu strajków lub braku energii, gdyż niektóre gazociągi wyleciały w powietrze. Szykują się zresztą masowe zwolnienia. Na zachodzie kraju stanęło 150 największych przedsiębiorstw. Przeciwnicy nowego rządu zniszczyli co najmniej trzy fabryki w El Alto, w La Paz spalili domy kilku znanych zwolenników przewrotu, m.in. Waldo Albarracina, szefa Narodowego Komitetu Demokracji, który domagał się nowych wyborów.
Parlament, choć większość w nim ma partia socjalistyczna Moralesa, uchwalił ustawę o anulowaniu wyborów, w których wygrał Morales i o wykluczeniu go z następnych. W partii doszło do rozłamu, który to umożliwił, część deputowanych poszła na współpracę z rządem tymczasowym. Otworzy to jednak drogę do wyznaczenia terminu nowych wyborów, który ciągle pozostaje niepewny. Do tej pory w zamieszkach w Boliwii zginęło blisko 40 osób, ponad 400 zostało rannych. Szybkich wyborów domagają się w La Paz manifestujący rolnicy, by uniknąć dalszego chaosu w kraju. Chcą też wycofania wojska z ulic.ityczna jest zbyt niepewna.

Socjalistyczny deputowany Franklin Flores określił stanowisko tej części partii, która nie poparła ustawy: „To jest rząd de facto, który doszedł do władzy poprzez zamach stanu. Armia bezkarnie masakruje ludzi. Pinochet myślał, że go nigdy nie dopadną, ale w końcu spotkała go sankcja. Niech żyje Evo Morales!”.

Boliwia: wojsko strzela

Zorganizowany przez administrację USA przewrót w Boliwii każdego dnia przynosi nowe manifestacje protestu, strajki i ofiary śmiertelne. Wczoraj wojsko atakowało strajkującą rafinerię pod La Paz zabijając co najmniej trzy osoby i raniąc dalsze trzydzieści. Żywność zdrożała dwukrotnie i zaczęło jej brakować, nie ma benzyny, a wojsko, któremu „tymczasowa prezydent” ze skrajnej prawicy Jeanine Añez dała zielone światło na bezkarne zabijanie, nie jest w stanie zaprowadzić nowego porządku.

W La Paz, gdzie z powodu strajków i blokad dróg zaczyna brakować paliw, długie kolejki ustawiają się przed sklepami spożywczymi i na targach, gdzie coraz trudniej znaleźć żywność, mimo skoku cen. Rząd tymczasowy obiecuje „mosty powietrzne” wojska, które miałyby zapewnić dostawy, lecz na razie nie widać żadnych rezultatów – protesty przeciw puczystom sparaliżowały kraj. Zmuszony do dymisji lewicowy prezydent Evo Morales pozostaje na wygnaniu w Meksyku.
Od zamachu b. wzrosła rola polityczna lokalnego Kościoła, który próbuje doprowadzić do rokowań puczystów z partią socjalistyczną Moralesa, ciągle mającą większość w parlamencie. Chodzi o wybór nowego Wysokiego Trybunału Wyborczego (odpowiednika polskiej PKW), jedynego, który może ogłosić i zorganizować przedterminowe wybory parlamentarne i prezydenckie.
Tymczasem dwójka najbliższych sojuszników samozwańczej „prezydent” Añez, Carlos Mesa, który przegrał w październiku wybory z Moralesem i najgłośniejszy rzecznik nowej władzy Luis Fernando Camacho, naciskają na nią, by nie bawiła się w negocjacje, tylko ogłosiła wybory własnym dekretem. Byłoby to łatwiejsze niż rekonstrukcja boliwijskiej PKW, której członkowie zostali przez puczystów wsadzeni do więzienia. W takim razie manifestacje zwolenników obalonego Moralesa, przeciw powrotowi rządów oligarchii, raczej nie wygasną. Boliwia znalazła się na skraju wojny domowej.

Lekarze non grata

Siły polityczne, które przejęły kontrolę nad Boliwią w wyniku zamachu stanu w sposób coraz bardziej wyrazisty odsłaniają swoje proamerykańskie oblicze. Ostatnio podjęły decyzję o usunięciu z kraju pod pretekstem ingerencji w wewnętrzne sprawy Boliwii licznej grupy kubańskich lekarzy a także aresztowaniu kilku nich oraz uznały za persona non grata dyplomatów Wenezueli.

Jak oświadczyła minister spraw minister spraw zagranicznych tzw. rządu tymczasowego Karen Longaric, zarówno przebywający w Boliwii Wenezuelczycy jak i Kubańczycy podżegali do protestów przeciwko uzurpatorskiemu rządowi w La Paz. Kuba potwierdziła, iż 700 jej lekarzy zmuszonych zostało do opuszczenia Boliwii, jednocześnie negując jakikolwiek ich udział w protestach. W tej decyzji Boliwia nie jest bynajmniej osamotniona. Osoby wchodzące w skład kubańskiego personelu medycznego zostały również wydalone przez prawicowe rządy Brazylii i Ekwadoru. Działania te wyraźnie świadczą o tym, że dla latynoamerykańskiej prawicy ważniejsza jest lojalność wobec USA niż dbanie o zdrowie swoich własnych obywateli.
Longaric poinformowała też, że uznała pracowników wenezuelskiej misji dyplomatycznej za persona non grata i nakazała im jak najszybsze opuszczenie terytorium Boliwii. Jednocześnie tzw. tymczasowe władze zerwały wszelkie kontakty z rządem Wenezueli. Oskarżenia o mieszanie się w wewnętrzne sprawy Boliwii stanowi jedynie wymówkę mającą zadowolić waszyngtońskich mocodawców. W rzeczywistości chodzi tu o to, że zarówno Kuba, jak i Wenezuela potępiły zamach, nadal uważają Moralesa za pełnoprawnego prezydenta i otwarcie wyrażają dla niego poparcie. Ponadto wenezuelski prezydent Nicolás Maduro wezwał wszystkie polityczne i społeczne siły świata do zjednoczenia się w celu ochrony życia rdzennych mieszkańców Wenezueli. Na uzurpatorską prezydent Jeanine Áñez musiało to podziałać jak płachta na byka, jako że znana ona jest z rasistowskiego i wysoce lekceważącego stosunku do ludności indiańskiej, z której wywodzi się też sam Morales. Ponadto, jak było do przewidzenia i jak pisaliśmy wczoraj, samozwańcze władze Boliwii uznały podobnego do nich uzurpatora Juana Guaidó za prezydenta Wenezueli.
O wiele bardziej ostrożnie niż w przypadku Wenezueli i Kuby boliwijscy uzurpatorzy odnoszą się do Meksyku, który z logicznego punktu widzenia powinien być pierwszym celem ich ataków, ponieważ to właśnie tam znalazł schronienie Evo Morales. Tu jednak zagrała proamerykańska nuta. Otóż stosunki Stanów Zjednoczonych z Meksykiem mają jakościowo inny wymiar niż z Kubą i Wenezuelą ze względu na delikatną materię związaną z ochroną granicy USA przed napływem uchodźców z terenu Meksyku. Zapewne dlatego Áñez ograniczyła się do protestu wobec władz meksykańskich pozwalających Moralesowi na wygłaszanie wypowiedzi mających na celu – jak to ujęła – „podsycanie eskalacji napięcia w Boliwii”. W odpowiedzi MSZ Meksyku wydało oświadczenie, w którym przypomina, iż swoboda wypowiedzi uchodźców jest zagwarantowana na mocy amerykańskiej konwencji o uchodźcach w związku z czym władze jego kraju nie zamierzają Moralesowi tej wolności ograniczać.
Żądaniami samozwańczej głowy państwa nie przejął się też sam Morales. Tego samego dnia, kiedy została ogłoszona reakcja MSZ, udzielił wywiadu meksykańskiej gazecie El Universal, gdzie zapowiedział zamiar powrotu, licząc na poparcie milionów swoich współobywateli. Jednym z warunków powrotu miałoby być nieprzyjęcie przez boliwijski parlament jego oświadczenia o rezygnacji. Jednocześnie zaznaczył, że jego mandat prezydenta wygasa dopiero w styczniu przyszłego roku i do tego czasu pozostaje pełnoprawną głową państwa. Zapowiedział też, że nie będzie kandydował w najbliższych wyborach prezydenckich, mówiąc jednocześnie, że liczył na to, iż będzie mógł miał sprawować władzę do 2025 r. po to by doprowadzić do końca proces reform politycznych i ekonomicznych opartych o „ideę rozwoju, równości społecznej, integracji i industrializacji Boliwii”. Po raz kolejny wezwał też do dialogu mającego zastąpić konfrontację. -Pokój w Boliwii przyniesie dialog, dialog z udziałem ONZ, Kościoła Katolickiego i państw-mediatorów” – mówił Morales dodając, że pokoju nie osiąga się przy pomocy broni.

Kolejne odsłony kryzysu w Boliwii

Czy Amerykanie robiliby zamach stanu w Boliwii dla samej Tesli? Przemysł światowy coraz bardziej potrzebuje litu, niezbędnego do produkcji baterii samochodów elektrycznych. Ich produkcja się rozwija, bo takie pojazdy wydają się bardziej ekologiczne. Zaraz po zamachu niemiecka spółka ACI Systems ogłosiła, że jest pewna, że jej kontrakt z przyszłym boliwijskim rządem zostanie wznowiony. Od razu w górę poszły akcje amerykańskiej Tesli, która jest biznesowym partnerem Niemców.

W ciągu najbliższych lat używanie litu w bateriach ma się podwoić, a nie ma go dużo na świecie. Kupuje się go głównie w Australii, Chile i Argentynie, ale boliwijski region Potosi zawiera – jak się dziś szacuje – 0d 50 do 70 proc. światowych złóż litu. W grudniu zeszłego roku Evo Morales, obalony pięć dni temu prezydent, podpisał kontrakt Niemcami z ACI Systems na wydobycie litu.
Ale chodzi o złoża nienaruszone i miejscowi zaczęli protestować przeciw przyszłym dołom w ziemi. Morales pojechał ich wysłuchać i przekonać, lecz w końcu, na kilka dni przed zamachem (4 listopada) zerwał strategiczny kontrakt. Wcześniej mówił, że trzeba uprzemysławiać Boliwię, a potem, że należy wynegocjować lepsze warunki dla mieszkańców albo całkiem znacjonalizować wydobycie i nawet produkować baterie.
Zarówno rynek amerykański, jak i niemiecki bardzo potrzebują litu. Elon Musk zapowiedział otwarcie nowej, wielkiej fabryki Tesli pod Berlinem (8 tys. zatrudnionych). Niemcy zostaną liderem produkcji samochodów nowej generacji. Wszystko wskazuje, że po zamachu stanu wydobyciem boliwijskiego litu zajmą się prywaciarze, ale Amerykanom chodziło raczej o zniszczenie najsłabszego politycznego sojusznika Wenezueli i Kuby oraz przywrócenie swej władzy, niż konkretnie lit, który i tak będzie do nich należał.
„Evo wracaj!” – wielki tłum zwolenników obalonego prezydenta Boliwii Evo Moralesa skandował te słowa idąc z El Alto do La Paz, zanim nie rozpędziła go policja i wojsko zainstalowanej przez Amerykanów dyktatury. Na przedmieściach Cochabamby policja użyła ostrej amunicji zabijając pięciu mieszkańców wsi, którzy wraz z innymi próbowali dostać się do śródmieścia. Samozwańcza, nowa „prezydent” Jeanine Añez zagroziła Moralesowi ściganiem, jeśli zechce wrócić z wygnania w Meksyku.
„Marzę o Boliwii wyzwolonej z satanicznych, indiańskich rytuałów. Miasta nie są dla Indian. Niech wracają w Andy, lub Chaco” – bezprawna „prezydent” Añez kasuje hurtowo swe tweety, ale trochę zostało. Skrajnie prawicowa rasistka i fanatyczna katoliczka łączy faszystowskie poglądy z feminizmem, by nadać sobie bardziej progresywny wizerunek: broni kobiet, jeśli nie są Indiankami. „Biblia wróciła do Pałacu” ogłosiła triumfalnie, co było życzeniem białej, prawicowej opozycji z Santa Cruz de la Sierra.
Zastrzelenie Indian w Cochabambie nie uspokoi sytuacji, a tymczasem nowa „prezydent” zajmuje się odwracaniem polityki zagranicznej kraju.
Zgodnie z życzeniami Waszyngtonu. Uznała Juana Guaido, swego wenezuelskiego odpowiednika, za prawdziwego „prezydenta” Wenezueli i wycofała Boliwię z układów regionalnych, jeśli są wspólne z Wenezuelą, Kubą i Nikaraguą, nieuznającymi władzy imperium. Policja aresztowała zresztą sześciu Kubańczyków, w tym szefową kubańskiej misji współpracy medycznej Yoandrę Muro.
Evo Morales wygrał październikowe wybory prezydenckie, a zamach stanu z 10 listopada, który pozbawił go urzędu, nie przestaje wywoływać manifestacji i bitew ulicznych. Kolorowe, indiańskie flagi wiphala górują nad pochodami popierających wygnanego prezydenta. W Gwatemali za Moralesem i przeciw proamerykańskiej dyktaturze wypowiedziała się pokojowa noblistka Rigoberta Menchu. Socjalistyczna Boliwia pomagała jej w pracy społecznej z lokalnymi Indianami. Wyrazy poparcia dla Moralesa wyraził też głośno Roger Waters (Pink Floyd) w nagraniu wideo. Muzyk wezwał do przeciwstawiania się faszyzmowi puczystów.

Vendetta Erdoğana

Już od jakiegoś czasu Turcja straszyła, że wpuści imigrantów do Europy, jeżeli Grecja nie wyda jej ośmiu wojskowych, zaangażowanych w pucz z 2016 roku.

 

Grecja nie ugięła się: sąd postanowił uwolnić przebywających do tej pory w areszcie oficerów oraz rozpatrzyć ich wnioski o azyl. Doszedł do wniosku, że w Ankarze nie mogliby liczyć na sprawiedliwy proces, a ich życie byłoby zagrożone. Erdoğan nie zna litości: po nieudanym zamachu stanu do aresztów prewencyjnych trafiło 50 tys. osób, a 150 tys. pozwalniano z pracy. Za jakiekolwiek związki z Fethullahem Gulenem do dziś grozi więzienie. Ośmiu uciekinierów przedostało się do Grecji skradzionym śmigłowcem chwilę przed ostateczną klęską puczu.

Turcja kilkukrotnie zwracała się o ekstradycję puczystów – bez skutku. Obecnie Grecja zapewniła im ochronę policji. Przebywają w miejscu znanym tylko służbom.

Dlatego Erdoğan zdecydował się w akcie dyplomatycznej zemsty zawiesić umowę o readmisji (odsyłania) nielegalnych imigrantów.

Podpisano ją w 2001 roku i na jej podstawie tylko w ciągu ostatnich 2 lat odesłano z terenu Grecji ponad 1200 migrantów. O zawieszeniu umowy poinformował turecki minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu.

Jednocześnie zapewnił, że Turcja utrzyma w mocy inne porozumienie dotyczące uchodźców, zawarte w 2016 roku z Unią Europejską. Szef tureckiej dyplomacji oznajmił, że „wierzy w to, iż Grecja chciała wydać oficerów, ale zapewne uległa wpływom Zachodu”.