Wokół zawartości i kontekstów „Września” Jerzego Putramenta

Minęła 82, okrągła rocznica agresji Niemiec na Polskę, czyli wybuchu II wojny światowej 1 września 1939 roku. Świat jest inny, Polska jest inna, Niemcy są radykalnie inne, inaczej na ogół prowadzone są wojny, ale są też i pewne podobieństwa. Polska skłócona jest w mniejszym czy większym stopniu ze swoimi sąsiadami, z Niemcami, Czechami, Rosją, Białorusią. Relacje z małą Słowacją są, póki co, neutralne, a z Ukrainą może być różnie mimo obecnych pozorów sielanki. Tylko na północy za brudnym i martwiejącym Bałtykiem jest odległa, bardziej mentalnie i antropologicznie niż geograficznie, obca Szwecja.

„Larwa narodu”?
No i jeszcze jedno: w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej Polska jest, z grubsza biorąc, w punkcie wyjścia z 1939 roku czyli generalnie poza jej specjalnym zainteresowaniem. A rząd PiS i jego propaganda traktuje swojego niedawnego Supersojusznika już niemal jak wroga i nabijają się z Joe Bidena niemal jak niegdysiejsi „antykomuniści” z Leonida Breżniewa. Poza tym Polska jest też, podobnie jak w 1939 roku, bezbronna militarnie, co wykazał wynik symulacji agresji rosyjskiej, a pomoc NATO wcale nie taka oczywista. Polska jest więc dość podobnie jak w 1939 roku (praktycznie, nie formalnie) – osamotniona. Wakacje 1939 roku były co prawda generalnie spokojniejsze niż tegoroczne, ale wtedy nie było TVPiS, TVN24, Polsatu i internetu, czyli wszędobylskiej polityki transmitowanej na okrągło. Nawet radio było jeszcze w powijakach. Czy zmierzam do tego, by ogłosić, iż przewiduję powtórkę z września 1939 roku? Nie mnie to oceniać, ale skojarzeń trudno uniknąć, choć historia nigdy się nie powtarza w tym samym kształcie. Obawiam się też, że gdyby doszło do nieszczęścia, nie byłaby to piękna klęska jak z pisowskich malowanek dla grzecznych dzieci. Przebieg zdarzeń przypominałby raczej ten obraz kampanii wrześniowej, który odmalowali w swoich powieściach: Stefan Kisielewski w „Sprzysiężeniu”, Jan Józef Szczepański w „Polskiej jesieni” i Jerzy Putrament we „Wrześniu”. Tej ostatniej będą poświęcone poniższe uwagi.
Zaraza polskości
„Ożywa przed czytelnikiem cały teatr kampanii, jego decydujące szlaki, jej szybkie wydarzenia – pisał młody krytyk Andrzej Wasilewski w swoim szkicu o powieści tuż po jej ukazaniu się (1952) – Poznajemy myśl operacyjną sanacyjnych dowódców i uczestniczymy w losach poszczególnych armii, doświadczenia różnych warstw narodu i ludu warszawskich przedmieść, chłopstwa, drobnomieszczan zamarłych miasteczek dwudziestolecia, inteligencji mieszczańskiej różnego kalibru, przywódców sanacyjnej kliki i przedstawicieli najlepszych sił narodu – komunistów”.
To generalna kwantyfikacja. Wasilewski zwraca jednak uwagę na niezwykle ciekawe konstatacje polityczne zawarte w powieści. Józef Beck, jedna z realnych postaci pojawiających się we „Wrześniu”, mówi o Polsce jako o „nikczemnym kraiku”. Krytyk zwraca uwagę, że „ostatnie dni sanacji to okres szczytowego natężenia jej łajdactw”. Wspomina o postaci Knothego, „generała sprzątniętego przed „Dwójkę” za odważną krytykę samobójczego planu obrony”. „Z drugiej strony Becki, Rydze, Burdy i Rąbicze. Bankier Vestri, „dziennikarka reżimu Gaysse i „ludowcy” w rodzaju Kulibaby” – pisze Wasilewski i dodaje: „O ile reprezentanci sanacji przedstawieni zostali z doskonałą ostrością i plastyką, to przedstawicielom ludu brak tej pełni”. „Największą siłą Putramenta jest demaskatorstwo, słabiej wypadają w niej ciepłe, przyjazne, przejmujące odblaskiem czystego życia”. „Dialogi pulsują dramatyzmem”.
Dialogi rzeczywiście pulsują dramatyzmem, a nawet błyskotliwością. Szwajcarski bankier Vestri w rozmowie z senatorem Potockim mówi: „Niech pan powie, hrabio, w czym się kryje ta zaraza polskości? Chwilami myślę, że to coś w rodzaju malarii. Człowiek przyjeżdża tutaj, jakby nigdy nic, zrobić jakiś interes, zgarnąć pieniądze i jechać do spokojnych, kulturalnych krajów, aby przetrawić łup. Zrazu Polska działa na niego odpychająco. To towarzystwo warszawskie zapatrzone w jakieś tam zagranice jak jacyś Rumuni. Ta bida, niechlujstwo i jednocześnie zarozumiałość. (…) A jednocześnie przekonanie, że Polska jest pępkiem świata. Bezmyślny, zwierzęcy patriotyzm. I przy tym zupełny brak zmysłu politycznego. Kłótnie i swary wszystkich ze wszystkimi. I jednoczesne zgodne i zgrane pchanie tej ukochanej ponad wszystko ojczyzny do wielkiej katastrofy”.
Polacy jak dzieci – bawią się
Skąd się to bierze?”. (…) „Wie pan (…) chwilami zdaje mi się, że to po prostu dzieci. (…) Są takie meksykańskie bodaj salamandry, które całe życie spędzają w stadium larwy. Może i z Polską jest podobnie? Po prostu larwa narodu, coś jej tam przeszkodziło, czegoś zabrakło, czegoś było za dużo i normalne przekształcanie się zahamowało. To by tłumaczyło tę nieodpartą atrakcyjność Polaków. Dzieci są brudne, źle wychowane, zarozumiałe, krzykliwe, porywcze i łatwo zapominające, okrutne. Ale są dziećmi. Polacy tylko bawią się – w wojsko, w rząd, w wielkie mocarstwo”.
Bardzo obszerną i drobiazgową analizę „Września” zawarł Ryszard Matuszewski w szkicu „Powieść o klęsce wrześniowej”, zwracając uwagę przede wszystkim na wybitne walory jej warstwy satyrycznej, sarkastycznej, pamfletowej, momentami marionetkowej, ogarniającej polityczne i wojskowe sanacyjnej „góry” i słabość artystyczną scen ukazujących świat pozytywny: ludu, chłopów, robotników, a także komunistów (po nazwiskami Kalwego i Walczaka skrywają się Alfred Lampe i Marian Buczek): „Klika sanacyjna, cywilna i wojskowa, reprezentowana jest przez kapitalne postacie dwu „szarych eminencji” reżimu, Rąbicza i Burdę, wraz z ich otoczeniem politycznym i domowym, ich „świtą” i żonami bądź kochankami. Jest wspaniała postać odsuniętego na bok „starego legionisty” Friedenberga. Szereg postaci wyższych i niższych wojskowych: „dwójkarz” Ślizowski, wywindowani przez reżim „sztabowcy” i „liniowcy”, i młody sanacyjny narybek oficerski. I mała totumfacka płotka dziennikarska – Gaysse-Tarnobrzeska, i drobni urzędnicy, i policja”. Matuszewski odrzuca jednak zarzut o „kadenizm” „Września”, czyli pokrewieństwa stylistyczne z prozą Juliusza Kadena-Bandrowskiego. „Językowe podobieństwa naraziły powieść Putramenta, wówczas kiedy drukowano ją w odcinkach, na niesłuszny, bo ogólnikowo formułowany zarzut naturalistyczno-ekspresjonistycznego rozwichrzenia stylu, przypominającego przedwojenne powieści Kadena Bandrowskiego. Zarzut był niesłuszny, bo styl Kadena wiązał się z całą jego postawą ideową, był konsekwentnym jej odpowiednikiem, zacierał celowo oblicze postaci, sprowadzając ich działanie do biologicznych odruchów. Nic podobnego nie ma u Putramenta, którego postaciami rządzą nie zafałszowane dyrektywy myślowo-ideologiczne”.
Opinie Zweiga i Wańkowicza
Warto przeczytać „Wrzesień” zarówno po raz pierwszy, jak i w ramach powtórki. Piszący te słowa co pewien czas powraca do tej powieści z satysfakcją jak rzadko do innych. To musi coś znaczyć, bo do złej prozy nie wracałoby się tak chętnie, a to świadczy o tym, że Putrament był, wbrew nienawidzącemu mu go „antykomunistycznemu” koleżeństwu po pisarskim fachu, naprawdę dobrym pisarzem, któremu przylepiono „gębę” nieutalentowanego grafomana i aparatczyka. W przypadku zaś „Września” okazał się pisarzem bardzo wybitnym. A wielu z tych „nieskazitelnych” pozostawiło po sobie jedynie nie nadające się do czytania nudy na pudy.
„Nazwisko Jerzego Putramenta stawiam od tej chwili w jednym rzędzie z nazwiskami francuskich, angielskich i niemieckich pisarzy, należących do najlepszych epików tej epoki, która zakończyła się naszą erą atomową” – napisał wybitny pisarz niemiecki Arnold Zweig w swoim tekście o „Wrześniu”. W „Prosto od krowy” Melchior Wańkowicz nazwał „Wrzesień” „Generałem Barczem na czerwono”.
Po 82 latach od czasu akcji powieści i po 69 latach jakie upłynęły od jego wydania, „Wrzesień” Putramenta, choć w warstwie stricte historycznej i personalnej już tylko dokumentem epoki, to w swej warstwie artystycznej ciągle uderza świeżością i atrakcyjnością, dynamiką i prawdą. A przede wszystkim jest w niej walor i duch metafory oddającej z rzadką trafnością klimat i esencję „polskości”, „kompleksu polskiego”, konfrontację polskiej żywotności i zarozumialstwa z brutalnymi wyzwaniami historii, w tym polskiego zachowania w obliczu klęski.

Z politycznych „uniwersytetów” Jarosława Kaczyńskiego

„Zapadał wczesny grudniowy zmierzch. Było zimno i bezśnieżnie. Na Placu Trzech Krzyży gwałtowny wiatr tarzał się dookoła ruin kościoła, oplecionych rusztowaniami. (…) z drugiej strony ulicy, koło trawnika z dwoma krzyżami, na wąskim chodniku samotny mężczyzna w ciemnym kapeluszu i krótkiej jesionce. Spojrzał na zegarek. (…) Podniósł głowę w stronę Nowego Światu. (…) Odwrócił się, zrobił parę kroków. Z tyłu zaskowytały opony. Mały, przedwojenny Opel zahamował tuż koło niego. Z wewnątrz otworzono drzwiczki. Szybko dookoła obejrzał się i wsiadł”.

Tak oto, w stylistyce powieści kryminalnej rozpoczynają się „Małowierni” (1967) Jerzego Putramenta. Nie jest to jednak „kryminał”, lecz powieść polityczna dotykająca wczesnych lat pięćdziesiątych w Polsce, czyli apogeum okresu stalinowskiego. Powieść, do której w wywiadzie udzielonym braciom Karnowskim nawiązał sam prezes PiS Kaczyński. Być może umknęłoby to mojej uwadze, gdyby nie redaktor Piotr Gadzinowski, który zacytował fragment wypowiedzi prezesa. Zapytany przez braci o znaczenie sformułowania „zmarszczyło się”, którego użył w stosunku do koalicji rządowej, Kaczyński tak oto zaspokoił ich ciekawość: „To określenie z książki Jerzego Putramenta „Małowierni”, którą przed marcem 1968 roku ludzie pożyczali sobie na jedną noc i my z Leszkiem też tak przeczytaliśmy. Była to powieść z kluczem, dość łatwa do rozszyfrowania. Komitet Centralny PZPR występuje tam jako Komitet Ekonomiczny. Rzecz jest o zdradzie literatów, którzy popierali stalinizm. Pojawia się tam oczywiście i ubecja. Jeden z sowieckich nadzorców mówi w pewnym momencie do młodego ubeka: „Pamiętaj, jak coś się zmarszczy, od razu tnij, bo zawsze coś z tego będzie. I przykro mówić, ale w polityce to prawda”. „I tak dzięki panom braciom Karnowskim wiemy już, jaki to mędrzec ukształtował filozofię i praktykę polityki uprawianej przez pana prezesa Kaczyńskiego” – skonkludował redaktor Gadzinowski, a następnie osobiście zainspirował mnie do podrążenia wątku.
Tak się szczęśliwie złożyło, że nie tylko mam „Małowiernych” w swojej domowej biblioteczce, ale zaliczam ją do moich ulubionych powieści politycznych, gatunku w którym gustuję od lat. Skorzystałem więc z tej okazji, by powrócić do tej lektury. Kilka uwag na wstępie. Zbyt nonszalanckie wydaje się sformułowanie Kaczyńskiego, że ta powieść z kluczem „jest dość łatwa do rozszyfrowania”. Otóż nie jest, tym bardziej dziś, 54 lata po wydaniu powieści, a 70 lat od czasu powieściowej akcji. Nie była jednak łatwa do rozszyfrowania tuż po jej ukazaniu się, zwłaszcza dla czytelników postronnych, pewnie nieco łatwiejsza pod tym względem dla ludzi tak czy inaczej związanych lub ocierających się o kręgi władzy. Po drugie, wspomniany organ występuje w powieści nie jako Komitet Ekonomiczny, lecz jako Związek Ekonomistów. Po trzecie, sformułowanie, że „rzecz jest o zdradzie literatów, którzy popierali stalinizm” jest niejasne, a przy tym zawężające problematykę powieści. Po pierwszej lekturze „Małowiernych” sporządziłem sobie skromny i niekompletny „słowniczek”. Jedna z najważniejszych postaci powieści, Lichtner, to – co istotnie nietrudno nietrudno odgadnąć – Józef Światło, wysokiej rangi funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który w 1953 roku uciekł na Zachód korzystając z pobytu służbowego w Berlinie, poprosił o azyl, a następnie po przewiezieniu do USA udzielił obszernych wypowiedzi Radiu Wolna Europa, emitowanych przez długi czas w ramach w cyklu „Za kulisami bezpieki i partii”. Radoniak to Bolesław Bierut, Winert, to Jakub Berman, druga osoba w partii po Bierucie, a Motyczyna to Melania Kierczyńska. Na tym jednak moje możliwości „odkrywcze” się skończyły, a tożsamości niektórych innych postaci mogłem się jedynie domyślać. Niestety moja wiedza nie poszerzyła się także po lekturze wstępu do dzieł zebranych Jerzego Putramenta, które ukazały się w 1979 roku (bez „Małowiernych”). Autorem znakomitego skądinąd wstępu był wybitny krytyk i eseista Wacław Sadkowski, który jednak uznał powieść za najsłabszą w dorobku Putramenta i poświęcił jej zaledwie krótką, ogólnikową wzmiankę. Szczęśliwie natrafiłem jednak na tekst Stanisława Majchrowskiego, „Od „Małowiernych” do „Pasierbów” i „Bołdyna”, który ukazał się w 1978, w 34 numerze periodyku „Prace Polonistyczne” i który prawdopodobnie jest owocem najbardziej wnikliwego przeanalizowania powieści.
Czytamy u Majchrowskiego: „Są więc „Małowierni” powieścią z kluczem. Szyfry i pseudonimy w dużej mierze dają się rozwiązywać właśnie za pomocą tomu „Pół wieku” (kilkutomowy cykl wspomnieniowy Putramenta, a w tym przypadku chodzi przede wszystkim o tom zatytułowany „Literaci”), chociaż i tu występuje szyfr osobowy. Rozwiązanie klucza osobowego nie przynosi jednak odkrywczych rewelacji, nie ujawnia tajemnic osobowości, nie przyczynia się do zerwania jakichkolwiek masek. Podstawienie rzeczywistych osób w miejsce postaci powieściowych wprawdzie pozwala zorientować się w personalnych układach danego środowiska, lecz nie zmienia i w gruncie rzeczy nie poszerza ogólnej zawartości poznawczej utworu. Putrament z reguły kreacje swoich bohaterów opiera na konkretnych, historycznie istniejących ludziach, nawet jeśli tworzy postacie syntetyczne, noszące cechy kilku osób. Wynika to ze ściśle mimetycznego charakteru jego twórczości. Pisarza nie interesuje psychologia indywidualna, charaktery jednostkowe. Człowiek jest dlań ważny jako nosiciel określonego światopoglądu, reprezentant postawy, „narzędzie i ilustracja działania w określonym kierunku”.
Dalej Majchrowski dokonuje drobiazgowej egzegezy znaczenia i postaw politycznych poszczególnych, bardzo licznych postaci „Małowiernych”. Tworzy ona niejako galerię, katalog najbardziej reprezentatywnych postaw tego okresu, najbardziej charakterystycznych motywów i sytuacji (m.in. samokrytyka, rozliczenia z przeszłością przedwojenną, donosy ideologiczne, charakterystyczna frazeologia itd.) i w tym aspekcie można ją potraktować – pomimo formalnie wąskiego zakresu środowiskowego, jaki obejmowany jest przez fabułę – jako obraz „okresu błędów i wypaczeń w pigułce” w kręgach politycznych lub pozostających w bliskiej orbicie politycznej (dziennikarze, literaci). Nie ma możliwości by przeanalizować tu całość zawartości i problematyki „Małowiernych”. Zainteresowanych odsyłam do tekstu powieści jak i do studium Majchrowskiego, aczkolwiek jej lektura utworu nie jest łatwa, zwłaszcza po dziesięcioleciach, ponieważ Putrament, znający od podszewki problematykę władzy, od strukturalnych prawidłowości, którymi rządziły się jej kręgi po kulturalno-personalną naturę tych stosunków, posłużył się specyficznym, kryptonimicznym językiem, swoistym „narzeczem”, który jest trudny do zrozumienia dla czytelników postronnych.
Wróćmy jednak na koniec do wyjściowego wątku podjętego przez redaktora Gadzinowskiego: kto i co „ukształtowało filozofię i praktykę polityki uprawianej przez prezesa Kaczyńskiego”. Biorąc pod uwagę fakt, że można się domyślać, iż pamięć lektury tej powieści jest u prezesa raczej wybiórcza i po latach osłabiona (co zrozumiałe), a jej faktura mocno skomplikowana, nie jest łatwo na to pytanie odpowiedzieć, tym bardziej jeśli się tę kwestię potraktuje poważnie. Wymagałoby to gruntownej i wszechstronnej analizy. Być może warto jednak pójść takim oto tropem – to, co uderza w „Małowiernych”, to atmosfera wszechobecnych gier, rozgrywek personalnych, intryg politycznych, walk frakcyjnych, itd. Polityka jawi się tu tylko w tym kształcie. Może właśnie to, poza motywem „marszczenia się i cięcia”, wywarło na młodym (18-letnim) czytelniku Jarosławie najsilniejsze wrażenie i może to najsilniej odcisnęło się w świadomości przyszłego „emerytowanego zbawcy Polski”? A psychologia uczy, że dziecięce i młodzieńcze doświadczenia, wrażenia, lektury, etc. w decydującym stopniu (reguła „imprinting” – wdrukowanie) wpływają na kształtowanie się jednostki, że ją w znacznym stopniu determinują na przyszłość. Dokonawszy analizy postaw licznych, pomniejszych postaci powieści, jej analityk Stanisław Majchrowski napisał: „Pozostaje Lichtner. Na nim skupiła się oskarżycielska pasja narratora. Wątkiem Lichtnera zilustrował Putrament najgroźniejszy proces polityczny tego okresu. Uosabia on bowiem (…) władzę w stanie czystym, bez domieszki ideologii, a tę traktuje wyłącznie jako dogodny środek do zdobycia i utrzymania władzy”.
Może właśnie tu można odnaleźć część odpowiedzi lub przynajmniej trop, jakim należy podążyć, aby odpowiedzieć na pytanie, jaki to mędrzec ukształtował późniejszego prezesa PiS i jaki „kamień filozoficzny” legł u źródeł jego politycznej drogi.