Stacje kontroli pod kontrolą rządu

Rada Ministrów uznała, że samorządy nie poradzą sobie z nadzorem nad stacjami kontrolującymi stan techniczny samochodów. Postanowiła więc uwolnić je od tego obowiązku.

 

Rząd Prawa i Sprawiedliwości, pod pretekstem starań o lepszy stan techniczny samochodów, obcina kolejne uprawnienia samorządom.
Do tego właśnie zmierza przyjęty przez Radę Ministrów projekt nowelizacji ustawy o ruchu drogowym oraz niektórych innych ustaw.

 

W ręce władzy centralnej

Zgodnie z projektem, za funkcjonowanie systemu badań technicznych pojazdów oraz sprawowanie nadzoru nad tymi badaniami, a także nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów i szkolenia diagnostów, odpowiadać będą już nie starostowie, jak dotychczas, lecz Transportowy Dozór Techniczny.
Jest to urząd centralny podległy Ministrowi Infrastruktury. Zadanie TDT to zapewnienie bezpiecznego funkcjonowania urządzeń technicznych, mogących tworzyć zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzkiego oraz mienia czy środowiska naturalnego.
To, że PiS ogranicza kompetencje samorządów nie jest bynajmniej zarzutem, lecz tylko prostym stwierdzeniem faktu.
Samorządy wiele działań wykonują wolniej, głupiej i kosztowniej niż władza centralna, panuje w nich nepotyzm i zagrożenie korupcją. Tyle, że liderom PiS przeszkadzają nie te patologie, co samo istnienie lokalnych ośrodków władzy, niezależnych od partii rządzącej. I dlatego chcą je zmarginalizować.

 

Przed Bogiem i historią

Starosta we współczesnej Polsce kieruje powiatem. Jest wybierany przez radę powiatu i jako organ samorządowy, nie podlega bezpośrednio władzy centralnej.
Inne jest usytuowanie wojewody, który kieruje terenową administracją rządową w województwie i reprezentuje Radę Ministrów, zaś powołuje go i odwołuje premier.
Natomiast starostowie i wójtowie są niezależni od rządu. Ta samorządność niższych szczebli terytorialnych jest solą w oku dla PiS-u, który pragnie, aby administracja lokalna była hierarchicznie podporządkowana władzy centralnej.
Jarosław Kaczyński konsekwentnie dąży do budowy takiego systemu ustrojowego Polski, jaki obowiązywał w czasach Władysława Gomułki – a uszczuplanie kompetencji samorządowych stanowi ważny krok na drodze do tego celu.
Oczywiście, proste paralele między tymi dwoma politykami będą nieodpowiednie, bo władza Władysława Gomułki była jednak ograniczona. Musiał uważać na niechętne mu frakcje w Biurze Politycznym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a zwłaszcza na towarzyszy radzieckich, no i mógł utracić swoje stanowisko, co też się i stało.
Jarosław Kaczyński rządzi zaś Polską samowładnie, żadnego stanowiska nie utraci, na nikogo zważać nie musi, zaś odpowiedzialny jest jedynie przed Bogiem i historią.
Dziwne więc byłoby – a może nie tyle dziwne, co niezrozumiale szlachetne i mądre – gdyby człowiek dysponujący tak ogromną władzą, nie skorzystał z pokusy przebudowy podległego sobie państwa wedle własnego widzimisię.
Taka przebudowa państwa składa się również i z drobiazgów – takich jak na przykład wyjęcie nadzoru nad stacjami kontroli pojazdów z kompetencji samorządowych i poddanie ich administracji centralnej.

 

Nie powinny jeździć po drogach

Obecnie nadzór nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów sprawuje 380 starostów.
Rząd, proponując zmiany, powołuje się na Najwyższą Izbę Kontroli: „NIK negatywnie oceniła wykonywanie tego zadania przez niektórych z nich. Ponadto, ankieta przeprowadzona przez Ministra Infrastruktury, dotycząca nowych zadań wynikających z implementacji dyrektywy UE, dostarczyła informacji, że starostwa mogą nie poradzić sobie z wykonywaniem zadań nakładanych na Polskę przepisami unijnymi”.
Rzeczywiście, w 2017 r NIK skontrolowała dopuszczanie pojazdów do ruchu w Polsce i stwierdziła w raporcie, że po polskich drogach poruszają się setki tysięcy pojazdów, które nie powinny zostać dopuszczone do ruchu ze względu na ich zły stan techniczny.
Sprzyja temu rosnący import coraz starszych samochodów z Europy Zachodniej, których właściciele bez problemu na konkurencyjnym rynku załatwiają stempel dopuszczający auto do ruchu.
Z ustaleń kontroli NIK wynikało także, że ponad połowa skontrolowanych stacji wykonywała badania samochodów powierzchownie – w niepełnym zakresie lub urządzeniami, które nie spełniały wymagań.
Zdaniem NIK, w dużej mierze była to konsekwencja słabego nadzoru starostów nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów i zatrudnionymi w nich diagnostami.

 

Czasy się zmieniły

We wnioskach pokontrolnych NIK zaproponowała „utworzenie organu nadzorującego i koordynującego działania starostów, przy czym organ ten byłby odpowiedzialny za sprawowanie nadzoru nad systemem badań technicznych”.
Tyle, że NIK nigdzie nie postulowała, by stacje kontroli w ogóle przeszły spod władania starostów w kompetencje administracji centralnej – jak chce tego rząd PiS.
Poza tym, kontrola NIK obejmuje okres do marca 2016 r. Od tego czasu wiele się zmieniło w badaniach technicznych samochodów. Zaczął funkcjonować system CEPiK, wprowadzony przez rząd PO-PSL. Można go ominąć tylko z mocnymi znajomościami lub sporą łapówką – jeśli diagnosta potwierdzi dobry stan auta bez wprowadzania go do systemu, czyli całkowicie na lewo. Jest to jednak spore ryzyko, na które decyduje się tylko niewielu pracowników stacji kontroli pojazdów. W innych przypadkach łatwiej przejść wielbłądowi przez ucho igielne , niźli zdobyć pieczątkę w dowodzie rejestracyjnym, o czym dobrze wie wielu nieszczęsnych kierowców, po parę razy przyjeżdżających na kontrolę.
Tak więc, dziś już nie ma tak ważnych powodów, przemawiających za przejęciem nadzoru nad systemem kontroli technicznej pojazdów, jakie istniały jeszcze dwa lata temu.

 

Kontrolować, ale nie ufać

Rząd nie zamierza jednak rezygnować z rozszerzania zasięgu swej władzy i nadzoru. Powołuje się przy tym nie tylko na NIK, lecz i na Unię Europejską. „Nowe przepisy dostosowują polskie prawo do rozwiązań przyjętych w Unii Europejskiej” – stwierdza Rada Ministrów, czego w istocie nikt nie jest w stanie zweryfikować.
No i oczywiście, według rządu, nastąpi poprawa bezpieczeństwa w ruchu drogowym poprzez „uszczelnienie” systemu badań technicznych. Wyższa będzie jakość pracy diagnostów, poziom ich kwalifikacji i kompetencji. Poprawi się też rzetelność wykonywanych przez nich badań technicznych, a to dzięki wprowadzeniu obowiązkowych okresowych szkoleń diagnostów.
Jak twierdzi rząd, szczególnie mocnym nadzorem zostanie objęta weryfikacja stanu licznika pojazdu. Za cofanie licznika grozić będzie od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności. Będzie za to odpowiadać i ten, kto to zleca (czyli z reguły właściciel pojazdu), i ten, kto dokonuje fałszerstwa (mechanik).
Natomiast w samych stacjach kontroli technicznej będą dokonywane obowiązkowe kontrole kalibracji i konserwacji sprzętu pomiarowego. Kontrolerzy sprawdzą też, jak archiwizowane są wyniki badań stanu pojazdów.
Rząd źle ocenia to, że ośrodki szkolenia diagnostów funkcjonują na zasadach wolnorynkowych i bez żadnego nadzoru. Dlatego stworzony zostanie system obowiązkowego egzaminowania oraz szkoleń dla diagnostów. Wkrótce powstanie spis warunków jakie będą musiały zostać spełnione. „Chodzi o szczegółowe wymagania dotyczące ośrodków szkolenia (infrastruktura i wykładowcy) oraz nadzoru nad nimi” – wyjaśnia Rada Ministrów.
Tak więc, rząd PiS nie po raz pierwszy sięga po leninowską zasadę „ufać i kontrolować”. Tyle, że twórczo ją modyfikuje. Zaufania praktycznie już nie ma, a za to jest coraz więcej kontroli.

Trwa fikcja walki ze smogiem

Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie zrobił dotychczas nic, aby powietrze w Polsce stało się czystsze. I bynajmniej nie zamierza zmienić swego sposobu działania.

 

Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o wspieraniu termomodernizacji i remontów.
Lektura tego projektu dobrze pokazuje, jak duże były dotychczas zaniedbania rządu PiS w walce ze skażeniem powietrza – i jak mało rząd zamierza nadal robić, żeby to nadrobić.

 

Po dwóch latach bezczynności

Rząd chwali się, że „projekt nowelizacji ustawy tworzy podstawy prawne i finansowe do realizacji pilotażowych przedsięwzięć niskoemisyjnych (termomodernizacyjnych), których adresatem będą rodziny dotknięte tzw. ubóstwem energetycznym (mniej zamożne i z tego powodu mające kłopoty z zaspokojeniem potrzeb energetycznych, np. związanych z ogrzewaniem mieszkania i wody)”.
Mówiąc po ludzku, oznacza to, że rząd planuje wsparcie finansowe dla biedniejszych rodzin, żeby mogły wymienić przestarzałe kotły lub piece na węgiel („kopciuchy”) na czystsze, mniej zatruwające powietrze.
I żeby mogły sobie docieplić domy, co spowoduje, że mniej węgla trzeba będzie spalać dla ogrzania pomieszczeń.
To zamierzenie Rady Ministrów jest wielką nowością, bo do tej pory rząd, który propagandowo walczy ze smogiem od dwóch lat, w rzeczywistości w tym czasie nawet palcem nie kiwnął, żeby pomóc biedniejszym rodzinom (bogatszym zresztą też nie).
Teraz zaś Rada Ministrów obiecuje, że wprowadzi dofinansowanie ze środków publicznych na docieplenia domów i wymianę przestarzałych kotłów, nie spełniających standardów emisyjnych, czy pieców na węgiel – na ogrzewanie bardziej ekologiczne.
Czyli, na kotły które będą spalać tylko węgiel najlepszej jakości lub kotły gazowe. Dofinansowanie będzie można też uzyskać na podłączenie do sieci ciepłowniczej.

 

Mistrzowie składanych obietnic

Powyższa obietnica, mająca przykryć dotychczasowe zaniedbania i bierność rządu Prawa i Sprawiedliwości brzmi na pozór atrakcyjnie – i tak też jest przedstawiana w „publicznych” PIS-owskich mediach. W rzeczywistości jednak oznacza ona mydlenie oczu ludziom i chęć pokazania, że coś się robi – choć dotychczas nie robiło się nic i tak zostanie.
Warto zauważyć, że spośród 50 miejscowości o najbardziej zanieczyszczonym powietrzu w Europie, znajdujących się na liście Światowej Organizacji Zdrowia z 2016 r., aż 33 są położone w Polsce.
Na identycznej liście WHO z 2018 r. liczba polskich miast wzrosła do 36. Taki jest efekt dwuletniej „walki ze smogiem” w wydaniu PiS.
Może ktoś jeszcze pamięta, że w swoim expose premier Mateusz Morawiecki obiecywał, jak bardzo jego rząd będzie walczyć o czyste powietrze nad Polską? Powstał nawet program „Czyste powietrze”, ogłoszony na początku 2017 r. (który oczywiście został na papierze). Szef rządu w lutym 2018 r. wystąpił też z nową inicjatywą, nazwaną STOP SMOG. Programów i zapowiedzi mamy więc aż nadto.
A w rzeczywistości zaś, na razie mamy do czynienia tylko z projektem ustawy, który nie wiadomo czy i kiedy stanie się obowiązującym prawem. Jeśli zaś się nawet stanie, to jego efekt będzie znikomy.

 

Nie program, lecz programik

Po pierwsze – planowane dofinansowanie zostało od razu ograniczone przez rząd do niewielkiej grupy mieszkańców Polski.
Chodzić będzie wyłącznie o biedniejsze rodziny zamieszkałe w budynkach jednorodzinnych znajdujących się w miastach liczących do 100 tys mieszkańców. miejscowościach
„Wyprowadzanie ludzi z ubóstwa energetycznego przez programy termomodernizacji jest nie tylko walką o ciepłe domy i zmniejszenie smogu, ale także walką o zapewnienie dostępu do podstawowych zdobyczy cywilizacyjnych poprawiających egzystencję i komfort życia” – chwali się rząd.
Jak widać, wyprowadzanie ludzi z ubóstwa energetycznego nie będzie dotyczyć osób, które mieszkają na wsiach oraz w miastach powyżej 100 tys mieszkańców.
Ponadto zaś, jeśli nawet obiecywane dofinansowanie wejdzie w życie, będzie dodatkowo ograniczone, ponieważ ma ono stanowić tylko program pilotażowy.
Rząd już zapowiedział, że program wsparcia ma objąć wyłącznie mieszkańców domów jednorodzinnych położonych w wspomnianych 36 najbardziej zanieczyszczonych polskich miejscowościach znajdujących się na liście Światowej Organizacji Zdrowia z 2018 r. – ale nie wszystkich, lecz tylko tych, którzy mieszkają w miastach poniżej 100 tys ludzi.
Tymczasem wśród owych 36 miast są także takie, które mają ponad 100 tys. mieszkańców: Kraków, Katowice, Sosnowiec, Gliwice, Zabrze, Bielsko-Biała, Rybnik, Tychy, Dąbrowa Górnicza, Kalisz. Jest ich 11.
Tak więc, rządowy program dofinansowania termomodernizacji ma objąć wyłącznie biedniejsze osoby z domów jednorodzinnych, mieszkające w 25 miejscowościach. To już nie program, ale programik!

 

Sami sobie pomagajcie

A co z wymienionymi jedenastoma większymi miastami?
Rada Ministrów stwierdza, że pozostałe miasta z liczbą mieszkańców przekraczających 100 tys. , w tym znajdujące się na liście WHO, będzie można objąć „indywidualnym trybem postępowania”. Będzie można objąć – co oczywiście nie znaczy, że się na pewno obejmie.
„Ustalenie szczegółów planów naprawczych dla tych miast dokonane zostanie po przeprowadzeniu rozmów z udziałem ich władz i lokalnych organizacji pozarządowych zajmujących się jakością powietrza. Planowanie i realizowanie przedsięwzięć niskoemisyjnych będzie obowiązkiem gminy” – oświadcza Rada Ministrów.
Oznacza to, że jeśli chodzi o poprawę jakości powietrza w najbardziej skażonych, wielkich polskich miastach, rząd po staremu nie zamierza kiwnąć nawet palcem.
Tak jak dotychczas, będą się tym musiały zajmować samorządy (i ponosić wydatki na ten cel) , wyręczając administrację rządową.

 

Pieniądze na wodzie pisane

Co gorsza, na cały ów pilotażowy programik przeznaczono bardzo mało pieniędzy z budżetu.
Zgodnie z projektem, na pilotaż termomodernizacyjny zostanie przeznaczone z budżetu państwa 883,20 mln zł w latach 2019-2024, które zasilą Fundusz Termomodernizacji i Remontów (prowadzony przez Bank Gospodarstwa Krajowego).
Duża część tej kwoty (ponad 700 mln zł) ma pochodzić z opłaty recyklingowej (opłaty ponoszonej przez sieci handlowe za wydawanie tzw. foliówek). W latach 2019-2020 na pilotaż zostanie przeznaczone 180 mln zł, a w latach 2021-2024 – 703,20 mln zł.
No i gdzie te grube miliardy, którymi tak chętnie żongluje rząd premiera Morawieckiego, gdy chodzi o obietnice leżące w dalszej przyszłości?
Trzeba też mieć na względzie, że i ta precyzyjnie wyliczona kwota 883,20 mln zł jest palcem na wodzie pisana. 700 mln zł ma pochodzić z opłat od foliówek – tyle, że sprzedawcy się wycwanili i zamawiają torby foliowe o innej grubości niż te, od których trzeba odprowadzać opłaty. Pieniądze za foliówki oczywiście biorą od klientów – ale zostawiają je sobie. Zapowiedź, że z tytułu foliówek uda się więc uzyskać 700 mln zł to zwykła lipa.

 

Liczcie na dobrodziejstwo gminy

Na koniec, należy niestety rozwiać nadzieje biedniejszych osób z domów jednorodzinnych w 25 najbardziej zanieczyszczonych miejscowościach liczących poniżej 100 tys. mieszkańców. Jeśli liczą oni na to, że budżet państwa całkowicie sfinansuje im wymianę pieców i docieplenie ścian, to mogą przeżyć gorzkie rozczarowanie.
Uzasadnienie projektu nowelizacji ustawy o wspieraniu termomodernizacji i remontów, mówi, że „co do zasady” osoba, która będzie realizowała takie przedsięwzięcie w budynku jednorodzinnym nie poniesie z tego tytułu żadnej opłaty. A zasady jak wiadomo mają wiele wyjątków.
Tu podstawowy wyjątek jest taki, że program dociepleń i wymiany pieców w przypadku miast do 100 tys. mieszkańców będzie w 30 proc. finansowany przez samorząd. Tak więc, rząd weźmie na siebie tylko sfinansowanie niewiele ponad dwóch trzecich.
Jeśli samorząd będzie biedny lub uzna, że ważniejsze są inne zadania, to mieszkańcy nie mają co liczyć, że ktoś w całości im pokryje koszty wymiany pieców i dociepleń. Tymczasem, oszacowano, że termomodernizacja jednego domu to koszt średnio ok. 53 tys. zł brutto.
Niech więc obywatele tych 25 miast poniżej 100 tys ludzi się przygotują, że będą musieli sami zapłacić do 30 proc. z wspomnianych 55 tys zł.