Będzie „adekwatna odpowiedź”

Rosjanie zapowiedzieli „adekwatne” działania na wrogi krok Izraela – zabicie 14 rosyjskich pilotów i zestrzelenie samolotu.

 

Rzecznik ministerstwa obrony Rosji, Generał Igor Konaszenkow, na specjalnej konferencji prasowej potwierdził fakt zestrzelenia nad Syrią rosyjskiego samolotu w wyniku działań lotnictwa Izraela. „17 września o godzinie 22.00 cztery izraelskie samoloty F-16 atakując, zrzuciły kierowane bomby na cele syryjskie w pobliżu miasta Latakia” – powiedział.

„Podejście do celów zostało przeprowadzone na niewielkiej wysokości nad Morzem Śródziemnym.

Jednocześnie izraelskie samoloty celowo stworzyły niebezpieczną sytuację dla okrętów nawodnych i samolotów na tym obszarze. Bombardowanie przeprowadzono w pobliżu francuskiej fregaty „Auvergne” oraz w bezpośrednim sąsiedztwie samolotu Ił-20 rosyjskiego lotnictwa wojskowego, który w eskorcie myśliwców schodził do lądowania.

Lecąc pod radarową osłoną rosyjskiego samolotu izraelscy piloci podprowadzili go pod ostrzał syryjskiej obrony powietrznej. W rezultacie Ił-20, którego skuteczna powierzchnia odbijająca fale radarowe jest o rząd wielkości większa niż F-16, został zestrzelony przez syryjski pocisk rakietowy C-200 który samonaprowadził się na rosyjski samolot.

Izraelskie środki kontroli powietrznej i piloci F-16 nie mogli nie widzieć rosyjskiego samolotu, ponieważ przybył on tu i schodził do lądowania z wysokości 5 km. Niemniej jednak celowo przeprowadzili tę prowokację.

Dowództwa rosyjskiej grupy wojsk w Syrii nie ostrzeżono o planowanej operacji.

Powiadomienie „gorącą linią” otrzymano mniej niż minutę przed atakiem, co uniemożliwiło wyprowadzenie rosyjskiego samolotu do strefy bezpiecznej.

Obecnie trwa akcja poszukiwawczo-ratownicza w rejonie katastrofy samolotu IL-20.

Uważamy prowokacyjne działania danych Izraela za wrogie. W wyniku nieodpowiedzialnych działań izraelskich wojskowych zabito 15 rosyjskich żołnierzy.
Jest to absolutnie niezgodne z duchem rosyjsko-izraelskiego partnerstwa.

Zastrzegamy sobie prawo do odpowiedniej reakcji” – powiedział generał.

Od jakichkolwiek działań, które spowodowały zestrzelenie rosyjskiej maszyny odżegnała się Francja, choć Rosja uważa, że z fregat „Auvergne” także były wystrzelone pociski.

W Syrii sytuacja ulega przyspieszonej ewolucji. Spotkanie prezydentów Rosji – Władimira Putina – i Turcji – Recepa Tayyipa Erdoğana – w Soczi przyniosło kolejne ustalenia, w wyniku których Rosjanie zrezygnowali z operacji w prowincji Idlib. Zająć mają ją wojska tureckie. Ma również być stworzona strefa zdemilitaryzowana. „Do 10 października ze strefy, szerokiej na 15-20 km, ma być wycofana ciężka broń. Strefa ma być stworzona do 15 października” – poinformował prezydent Putin. Strefę będą patrolować wojska tureckie i rosyjskie. – Nie dojdzie do nowej operacji zbrojnej syryjskiego wojska z sojusznikami w Idlibie, ostatniej dużej rebelianckiej enklawie w Syrii – powiedział po spotkaniu prezydentów Rosji i Turcji minister obrony Rosji Siergiej Szojgu.

Jeden kraj, jedna flaga i jeden wódz – po turecku

Recep Tayyip Erdoğan dopiął swego – wygrał w pierwszej turze wybory prezydenckie. Przez ponad piętnaście lat rządził Turcją jako premier, potem prezydent, teraz będzie głową państwa o znacznie szerszych, zagwarantowanych przez zmienioną konstytucję uprawnieniach.

 

Oficjalne wyniki po zliczeniu 97,7 proc. kart wyborczych wskazują na sukces dotychczasowego prezydenta w pierwszej turze, chociaż nie jest to zwycięstwo przytłaczające. Erdoğanowi nadal ufa, według państwowej agencji informacyjnej Anadolu, 52,5 proc. obywatelek i obywateli. Jego najpoważniejszy rywal, Muharrem Ince z kemalistowskiej Republikańskiej Partii Ludowej, po brawurowej kampanii wyborczej liczył na drugą turę wyborów. Wywalczył jednak „tylko” 30,8 proc. Nieco ponad 8 proc. zagłosowało na przebywającego w więzieniu Selahattina Demirtasa, byłego współprzewodniczącego lewicowej i prokurdyjskiej Demokratycznej Partii Ludowej (HDP). Nacjonalistka Meral Aksener osiągnęła wynik 7,4 proc.

Równocześnie Turcy głosowali w wyborach parlamentarnych. Tutaj również na pierwszym miejscu znalazła się Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (42,4 proc. głosów). Jej nacjonalistyczny koalicjant, MHP, dołożył 11,2 proc. Po stronie opozycyjnej pierwszą siłą znowu okazali się kemaliści z 22,7 proc. Oznacza to, że partia rządząca i jej coraz bardziej wpływowy koalicjant będą mieć w 600-osobowym parlamencie odpowiednio 293 i 49 miejsc – wystarczająco, by mieć większość, ale nieznacznie za mało, by była to większość konstytucyjna. Republikańska Partia Ludowa wywalczyła 146 mandatów, 45 przypadnie jej sojusznikom w szerokiej koalicji Sojusz Narodowy. Można się spodziewać, że współpracę z kemalistami podejmie w parlamencie HDP, która z wynikiem 11,1 proc. wprowadzi do ciała ustawodawczego 66 reprezentantów. Pytanie tylko, czy tureckie władze pod pierwszym nadarzającym się pretekstem nie wyeliminują ich z parlamentu jako „ekstremistów”.

To wszystko oficjalne dane – tymczasem jeszcze w trakcie głosowania napływały doniesienia o nieprawidłowościach i fałszerstwach. Alarmowano, iż głosy oddane na HDP i jej reprezentanta są niszczone i nieuwzględniane przy liczeniu. Do tego, by patrzeć na ręce komisjom wyborczym, wzywali również kemaliści. Już po ogłoszeniu wyników oficjalne stanowisko o uznaniu wyborów za nieuczciwe wydały trzy największe partie opozycyjne.

Prezydent Erdoğan oczywiście żadnych problemów nie zauważył. – Mam nadzieję, że nikt nie będzie próbował podważać wyników wyborów i szkodzić demokracji, by przykryć własne niepowodzenie – powiedział do tłumu wiwatujących wyborców. Pełne wyniki będą znane za kilka dni. Wybory odbyły się przy rekordowej 87-procentowej frekwencji.

Koniec ery Erdoğana?

24 czerwca w niedzielę w Turcji odbywały się przyspieszone wybory parlamentarne i prezydenckie. Dla Turcji są one bardzo ważne, gdyż wraz z nimi zmienia się system rządów na prezydencki. Obywatele, obok parlamentu, wybiorą także prezydenta, w ręce którego powierzą całą władzę w kraju. Kraj wszedł w ostatni zakręt, sondaże pokazują, że stołek Erdoğana tym razem naprawdę jest zagrożony.

 

Drogę, która doprowadzi być może do kresu rządów Erdoğana, otworzył lider Partii Ruchu Narodowego (MHP) Devlet Bahçeli. Bahçeli, widząc rosnącą siłę Dobrej Partii, która powstała w wyniku rozłamu w jego partii, nie chciał tracić więcej elektoratu i w połowie kwietnia wezwał Erdoğana do przeprowadzenia przyspieszonych wyborów. Ten z kolei, widząc zbliżający się wielkimi krokami kryzys gospodarczy, z obawy przed jego potencjalnym przełożeniem na wybory, które miały być przeprowadzone w listopadzie 2019, odpowiedział na to wezwanie pozytywnie.

 

Na dobiegu

Po dwumiesięcznej, oszałamiającej kampanii do wyborów zostało tylko kilka dni. W wyborach prezydenckich wystartuje 5 kandydatów: Recep Tayyip Erdoğan jako kandydat Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) oraz MHP, Muharrem İnce – z ramienia kemalistowskiej Republikańskiej Partii Ludowej (CHP), Selahattin Demirtaş – jako przedstawiciel Ludowej Partii Demokratycznej (HDP) Meral Akşener – to z kolei kandydatka Dobrej Partii (İyi Parti), Temel Karamollaoğlu – Partii Szczęśliwości i Doğu Perinçek – Partii Patriotycznej. Według nowej ustawy do zwycięstwa potrzeba 50 proc. poparcie elektoratu. Jak podają sondaże (jeśli nie są one prorządowe) w pierwszym turze żaden z tych kandydatów nie uzyska takiego poparcia. Szacuje się, że Erdoğan uzyska najwyżej 45 proc. głosów, a İnce ok. 30 proc.

I tu się zaczyna czarny scenariusz, który spędza sen z powiek Erdoğana. Wszystkie partie opozycyjne ogłosiły bowiem, że jeśli będzie druga tura wyborów prezydenckich, to poprą Muharrema İnce. A ten, dzięki populistycznemu dyskursowi podczas kampanii uzyskał do tej pory więcej poparcia obywateli niż jego partia. Jako nauczyciel fizyki obiecuje ludziom m. in. nanotechnologię i przyciąga na swoje wiece dziesiątki tysięcy ludzi. Rządzący Turcją od prawie 16 lat Erdoğan, do dyspozycji którego są wszystkie instrumenty państwa, już nie mówi do wypełnionych po brzegi placów. Obiecuje wyborcom zniesienie stanu wyjątkowego trwającego od dwóch lat, mocniejszą gospodarkę oraz więcej wolności. İnce odpowiada na to: Kto cię powstrzymuje przed zniesieniem stanu wyjątkowego? Dlaczego zrobisz to po wyborach, a nie teraz? Więcej wolności i mocniejsza gospodarka? Przecież rządzicie od 16 lat i to samodzielnie. Dlaczego nie mogliście tego dokonać?

 

Wolność czy keksiki?

W XXI wieku Erdoğan w ramach kampanii obiecuje obywatelom ogrody ludowe, w których lud turecki wraz z dziećmi oraz wnukami będzie leżeć i się turlać, oraz kawiarnie ludowe, w których gości będzie się częstować darmowymi herbatami, ciastami, napojami o smaku pomarańczy czy cytryny. Na te obietnice İnce znowu odpowiada: „Ja mówię hak, hukuk, adalet – wolność, prawo, sprawiedliwość, a on mowi çay, kek, oralet – herbata, ciasto, napój o smaku owocowym. Kto chce ciasto, niech zagłosuje na Erdoğana, kto chce pracę w fabryce, niech zagłosuje na mnie”. Na razie wygląda na to, że w tym wzajemnym dogryzaniu sobie zyskuje W czarnym dla Erdoğanaİnce, jednak przed nim jeszcze daleka droga, żeby przegonić Erdoğana.
Jeśli chodzi o wybory parlamentarne, to partia Erdoğana AKP wystartuje z MHP pod nazwą Sojusz Ludu. Odpowiedź opozycji na ten krok nie była spóźniona. CHP, Dobra Partia oraz Partia Szczęśliwości stworzyły Sojusz Narodowy. To już pewne, że wszystkie te partie wejdą do parlamentu, jednak koszmar Erdoğana stanowi ewentualne przekroczenie progu wyborczego przez HDP. W takiej bowiem sytuacji AKP nie osiągnie większości parlamentarnej. Wedle zmian w konstytucji, które zostały wprowadzone po ubiegłorocznym głośnym referendum, prezydent m.in. będzie stać na czele rządu, samodzielnie będzie mianować ministrów oraz będzie miał prawo do wydawania dekretów z mocą ustawy. Jeśli prezydentem zostanie Erdoğan, to samodzielnie będzie rządził Turcją, nawet nie będzie potrzebował większości parlamentarnej. Ale jeśli HDP przekroczy 10-procentowy próg wyborczy, to AKP ma uzyskać 60 mandatów mniej.

 

Koniec z dekretami

Jeśli HDP w parlamencie będzie współpracować z Sojuszem Narodowym, Erdoğan nie będzie mógł rządzić krajem przez wydawanie dekretów, bo te mogą obowiązywać tylko do czasu stworzenia w tym samym temacie prawa przez parlament. Wiedząc o tej niebezpiecznej dla siebie sytuacji, obecny prezydent 9 czerwca podczas zamkniętego spotkania ze swoimi lokalnymi przedstawicielami w Stambule, powiedział: „Przyjaciele, nasza partia musi zupełnie inaczej pracować nad HDP. O tym nie będę rozmawiał na zewnątrz, tu z wami rozmawiam… Jeśli oni nie przekroczą progu wyborczego, to nasza sytuacja będzie znacznie lepsza. W związku z tym w każdej dzielnicy, moi przyjaciele, powinniście pracować nad nimi zupełnie inaczej.” Erdoğan nie wyjaśnił szczegółowo na tym spotkaniu, którego treść wyciekła do internetu, o jaką „pracę” mu chodziło.

 

Scenariusze

W przypadku przekroczenia progu wyborczego przez HDP, Erdoğan nie wyklucza ponownych przyspieszonych wyborów parlamentarnych, o których od jakiegoś czasu mówią posłowie AKP. Jednak najpierw prezydent, który podejmie tę decyzję, musi zostać wybrany. Jeśli w wyborach parlamentarnych opozycyjne partie – w tym HDP – uzyskają większość poparcia elektoratu, przystąpią do drugiej tury wyborów prezydenckich bardziej pewne i mocne. A zatem podczas wiecu Muharrema İnce, który odbył się w Diyarbakırze, uznawanym przez Kurdów za stolicę Kurdystanu, słowa o tym, że “W wyborach parlamentarnych dajcie nam – abyśmy nie zostali za progiem – 1 milion głosów, a my podczas drugiej tury przy wyborach prezydenckich zwrócimy to jako 6 milionów” wskazują na to, że będzie zażarta walka między obozem opozycyjnym a Erdoğana. Prezydent i jego sojusz wiele daliby, aby zamknąć tę sprawę w pierwszej turze.
Według ostatnich sondaży HDP może liczyć na poparcie w granicach 9-13 proc. Ze wskazanych powyżej powodów znaczenie obecności HDP w tureckim Meclisie jest ogromne i właśnie dlatego niektórzy z wyborców CHP – jak w ostatnich wyborach parlamentarnych – oddadzą głos na HDP. Dziś HDP jest trzecią siłą w parlamencie, wśród jej elektoratu są Kurdowie, alawici, lewicowcy, liberałowie, zwolennicy ochrony środowiska, obrońcy praw osób homoseksualnych oraz pobożni muzułmanie. Tysiące działaczy tej partii oraz 9 posłów, w tym poprzedni przewodniczący Selahattin Demirtaş oraz Figen Yüksekdağ od kilkunastu miesięcy znajdują się w więzieniu.

 

Nierówne warunki

Wybory te także przyniosły ze sobą nowości w prowadzeniu kampanii wyborczej. Gdy Erdoğan podczas kampanii wyborczej korzystał ze wszystkich możliwości państwa, wszyscy gubernatorzy, starostowie powiatowi, urzędnicy oraz większość burmistrzów są do jego dyspozycji, kiedy telewizja publiczna TRT oraz 90 proc. mediów prywatnych są pod jego kontrolą i wreszcie kiedy machina propagandowa działa pełną parą, aresztowany kandydat na prezydenta Selahattin Demirtaş organizował – być może po raz pierwszy na świecie – wiec telefoniczny. W więzieniu, korzystając z prawa dzwonienia do żony, zatelefonował do niej, a ta, znajdując się z gośćmi w domu, podłączyła aparat do głośnika i Demirtaş wygłosił swoje przemówienie. Cały wiec został nagrany, a następnie opublikowany w mediach społecznościowych.

Dla partii opozycyjnych walka przed niedzielnymi wyborami nie toczyła się sprawiedliwie i nadal się nie toczy. Mimo tego nie składały broni, próbowały walczyć do ostatniego tchu, bo wiedzą, że to już ostatnie wyście przed tunelem, który się nazywa tyrania.

Cisza (względna) przed burzą?

Na granicy Górnego (Górskiego) Karabachu i Azerbejdżanu obowiązuje jakoby zawieszenie broni, które strony ogłosiły po 4 dniach walk, ale komunikaty padające zwłaszcza ze strony azerskiej świadczą, że mamy ciszę przed burzą. Armenia mówiła, że rozejm jest w zasadzie przestrzegany, a Azerowie nie ustają w publikowaniu komunikatów, głoszących, że Ormianie ostrzelali ich stanowiska w ciągu dwóch dób grubo ponad 200 razy.

Ponownie do konfliktu włączył się prezydent Turcji, Recep Tayyip Erdogan, który tym razem otwarcie zaatakował Rosję i obciążył ją odpowiedzialnością za wybuch konfliktu, bowiem „bierze stronę” Armenii, choć wiadomo, że walki zaczęły oddziały Azerbejdżanu. Po ich wybuchu Erdogan ogłosił: „modlimy się, aby nasi bracia z Azerbejdżanu zatriumfowali przy najmniejszych możliwych stratach; będziemy wspierać Azerbejdżan do końca”. Nie dziwota, że po takiej deklaracji Erdogana, strona rosyjska pospieszyła ze stwierdzeniem, że Turcja zachęca Azerbejdżan do agresji. „Rosja lubi się angażować; zrobiła to na Ukrainie, w Gruzji i obecnie w Syrii”, dowodził teraz prezydent Turcji. Że Azerbejdżan jest daleki od myśli o pokoju świadczyć może też wypowiedź jego ministra spraw zagranicznych, Elmara Mamedjarowa, który oświadczył, że „utrzymanie status quo w Górnym Karabachu po ostatnich walkach jest nie do pomyślenia”. Ta enklawa ormiańska, leżąca za sprawą Stalina w Azerbejdżanie od 1994 roku przylega do Armenii po kilkuletniej wojnie, która pochłonęła życie ok. 30 tys. ludzi. Setki tysięcy Azerów i Ormian straciły domy, przenosząc się na swoje obszary etniczne. Tymczasem prezydent Armenii, Serż Sarkisjan spotkał się Berlinie z kanclerką Niemiec, Angelą Merkel, która potem powiedziała, że Niemcy są gotowe służyć stronom konfliktu „konstruktywną pomocą”. Niemcy sprawują obecnie przewodnictwo w Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), która stara się pośredniczyć w regulowaniu konfliktu. Sarkisjan dowodził, że mieszkańcy enklawy „chcą czegoś prostego i zrozumiałego, o co zawsze walczyły wszystkie narody skolonizowane: chcą samodzielnie decydować o własnym losie i swobodnie panować nad swoją przyszłością; od społeczności międzynarodowej oczekują tylko jednego – uznania tego prawa”. Jak sprawy potoczą się naprawdę, wiele będzie zależeć od kalkulacji w Moskwie i Ankarze. Rosja ma w Armenii dwie bazy wojskowe i nie może nie reagować na ofensywę Azerbejdżanu-Turcji. Z kolei Azerbejdżan bardzo wzmocnił armię w ostatnich kilkunastu latach, zbrojąc się i szkoląc wojsko dzięki wysokim dochodom z eksportu ropy naftowej. Rosja nie jest na obecnym etapie zainteresowana nasilaniem konfliktu, będąc zaangażowana wojskowo na Ukrainie, w Syrii, Abchazji i Osetii Południowej. Prezydent Władimir Putin rozmawiał telefonicznie z prezydentami Armenii, Sarkisjanem i Azerbejdżanu, Ilhamem Alijewem, wzywając ich do całkowitego zaprzestanie działań wojennych i przestrzegania rozejmu.

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}

Czas odwetu Azerów?

Sporadyczna wymiana ognia artyleryjskiego na pograniczu Górskiego Karabachu i Azerbejdżanu utrzymuje się, a strony ormiańska i azerska mobilizują się do poważniejszych walk. Oliwy do ognia dolał prezydent Turcji, Recep Tayyip Erdogan, który ogłosił, że Ankara w pełni popiera Azerbejdżan w konflikcie z Armenią o karabaską enklawę.

Modlimy się, aby nasi bracia z Azerbejdżanu zatriumfowali przy najmniejszych możliwych stratach; będziemy wspierać Azerbejdżan do końca, zapowiedział Erdogan. Deklaracja o modłach to najwyraźniej umieszczenie konfliktu na płaszczyźnie religijnej: muzułmańskich Azerów z chrześcijańskimi Ormianami. Ministerstwo obrony Azerbejdżanu zapowiedziało, że jeśli wspierane przez Armenię siły będą dalej ostrzeliwać cywilów w pobliżu Górskiego Karabachu, oddziały jego kraju zaatakują Stepanakert, stolicę enklawy. Z kolei prezydent Armenii, Serż Sarkisjan oświadczył na spotkaniu z przedstawicielami OBWE, że jego kraj uzna niepodległość Górskiego Karabachu, jeśli działania zbrojne będą przedłużać się i przekształcą się w walki na dużą skalę. Zagrozi to bezpieczeństwu i stabilności nie tylko na Kaukazie południowym, ale także Europie, ostrzegł. Poinformował, że polecił MSZ Armenii przygotować umowę z Górskim Karabachem o współpracy wojskowej i wzajemnej pomocy. W istocie jest tak, że po wojnie z przełomu lat 80-tych i 90-tych enklawa Górskiego Karabachu jest połączona z Armenią i ten stan trwa od 1994 roku, kiedy uzgodniono pod naciskiem sił międzynarodowych zawieszenie broni do czasu pokojowego uregulowania konfliktu, co nigdy nie nastąpiło. Obecny wybuch walk to wspierana przez Turcję, albo wręcz inspirowana przez Erdogana, próba odbicia enklawy. Przyznał ją kiedyś Azerbejdżanowi Józef Stalin – w myśl wynalezionej dużo wcześniej zasady imperialnej „dziel i rządź” – choć w ogromnej większości zamieszkiwali ją Ormianie. Po wspomnianej wojnie prawie wszyscy Azerowie porzucili Górski Karabach. Turecka inspiracja to jeszcze jedno wydanie toczącej się konfrontacji między Erdoganem i jego rosyjskim odpowiednikiem, Władimirem Putinem. Rzecz w tym, że w Armenii znajdują się dwie bazy wojsk rosyjskich. Po przegranej z kretesem wojnie, Azerbejdżan zbroił się i rozbudowywał armię korzystając z dużych wpływów dewizowych, jakie przynosiły mu wysokie ceny ropy naftowej. Wojsko szkolił według wzorców NATO-wskich przy pomocy doradców amerykańskich. Że to Azerbejdżan zaatakował świadczyć może też deklaracja prezydenta Armenii Serża Sarkisjana, który zapowiedział, że wstrzymanie ognia nie będzie możliwe, „jeśli żołnierze obydwu stron nie wrócą na (zajmowane wcześniej) pozycje”. Z kolei władze Górskiego Karabachu zapowiedziały gotowość do rozmów na temat rozejmu pod warunkiem odzyskania utraconych pozycji i terytoriów. Azerbejdżan jednostronnie ogłaszając w niedzielę „zawieszenie broni” uczynił to po uprzednim ogłoszeniu, że zajął „wiele” strategicznej wagi wzgórz w Górskim Karabachu. Wybuch walk ma jeszcze jeden aspekt: Serż Sarkisjan pochodzi ze Stepanakertu. W latach 1989- 1993 dowodził Komitetem Sił Samoobrony Górskiego Karabachu, czyli jest to człowiek, który w tamtej wojnie doprowadził do klęski Azerbejdżanu. I teraz może przyszedł czas odwetu.

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}

Komunikaty Białego Domu i Krzysztofa Szczerskiego

Ponad 50 państw zobowiązało się na Szczycie Bezpieczeństwa Atomowego w Waszyngtonie, że – mimo iż jest to ostatnie spotkanie w autorskiej formule prezydenta USA, Baracka Obamy – będą dalej czynić wysiłki na rzecz zabezpieczenia i redukcji materiałów rozszczepialnych, tak by nie wpadły w ręce terrorystów.

Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, Barack Obama jednak uległ naciskom Turcji i spotkał się z tureckim prezydentem, Recepem Tyyipem Erdoganem. Komunikat Białego Domu poinformował, że „obaj przywódcy omówili sprawę wzmocnienia wspólnych wysiłków dla osłabienia i zniszczenia Państwa Islamskiego (PI)”. Obama potwierdził wsparcie USA dla bezpieczeństwa Turcji i „naszej wspólnej walki z terroryzmem”. Obama nie planował wcześniej rozmowy z Erdoganem dla pokazania niezadowolenia z prześladowań w Turcji prasy, Kurdów i jej dwuznacznej polityki wobec PI. Biały Dom nie wydał natomiast komunikatu o spotkaniu Obamy z prezydentem Andrzejem Dudą, którego też nie planowano. Uczynił to za to prezydencki minister Krzysztof Szczerski. Zapewnił, że była to rozmowa dwustronna „w cztery oczy”, „nie była to rozmowa długa, ale treściwa” i że doszło do niej z inicjatywy prezydenta USA. Jak przyznał Szczerski, do rozmowy doszło przed rozpoczęciem oficjalnej kolacji dla uczestników szczytu. „Najpierw panowie się przywitali, jak wszyscy inni, ale po powitaniu idąc do miejsca, gdzie była kolacja, panowie przystanęli i osobno porozmawiali we własnym gronie” – opisywał dziennikarzom okoliczności spotkania Szczerski. Według niego prezydenci rozmawiali o sprawie bezpieczeństwa atomowego i o przygotowaniach do lipcowego szczytu NATO w Warszawie oraz o kwestii Trybunału Konstytucyjnego. Duda poinformował Obamę, że podejmie w najbliższym czasie prace „dotyczące uregulowania spraw wymiaru sprawiedliwości, Trybunału Konstytucyjnego w polskiej konstytucji”. Spotkanie waszyngtońskie zbojkotował prezydent Rosji, Władimir Putin. Rosja, posiada około połowy światowych zasobów wysoko wzbogaconego uranu i około jednej trzeciej wyizolowanego plutonu. Choć Rosja uczestniczyła w trzech pierwszych szczytach, to pod koniec 2014 r., na tle napięć wokół Ukrainy, zerwała współpracę z Zachodem. Obama przyznał na konferencji prasowej, że mimo zawartego z Rosją w 2010 roku, za prezydentury Dmitrija Miedwiediewa, układu o ograniczeniu zbrojeń strategicznych (START), „nie nastąpił tak duży postęp z Rosją, jakiego bym sobie życzył”. Wskazywał, że po powrocie Władimira Putina na urząd prezydenta, Rosja skupiła się na wzmacnianiu arsenału zbrojnego, co spowolniło redukcję wojskowego materiału rozszczepialnego. „Ale, choć nie zobaczymy już dalszej redukcji za mojej prezydentury, mam nadzieję, że zbudowaliśmy mechanizmy, które pozwolą na to w przyszłości. Pozostawiamy drzwi otwarte”, zachęcał.

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}