O potędze słowa Ważny tunajt

W związku z tym, że gdy nie koncertuję, to siedzę sobie w domu i mam dużo czasu, w mijającym tygodniu obejrzałem w państwowej telewizji wystąpienie prezydenta Polski z okazji obchodów 100-lecia Święta Policji.

Prezydent rozpoczął od powitania. Taka to już rola prezydenta, że to zwykle on musi zacząć, jak na każdym, dobrym zebraniu. Witał więc prezydent niezwykle dostojną, szacowną panią mister spraw, wyjątkowej wręcz dostojności szanownych panów wiceministrów, wielkiego szacunku i dostojeństwa generałów, inspektorów, nadinspektorów, podinspektorów, ogromnie serce radujące i czyste lica generalicji wojskowej możliwych dystynkcji, przez Pana Boga umiłowane, w Trójcy jedynego, osoby szacunku najwyższego godne – świątobliwości, duchowieństwo, a na końcu policjantów składających tego dnia przysięgę na Placu Piłsudskiego i cały lud odkupiony. Naprawdę, dobrzy ludzie, słuchałem jak płynie ten potok wazeliny i pudru i zastanawiałem się, ile następnych lat, kolejny notabl na tej czy innej mównicy, z okazji lub bez okazji, będzie rozpoczynał swoje przemówienia od witania władzy od wierchu aż po kłąb, aby na sam koniec dopiero zwrócić się do tych, którzy tę władzę wybierają i którym ona powinna służyć. Pies trącał protokoły dyplomatyczne; to Wy, ludzie gminu, przechodnie, turyści, którzyście się akurat napatoczyli na plac, pani z pudlem, telewidz-bezrobotny, który nie ma niczego lepszego do roboty i ogląda prezydencki spicz, każdy jeden jest ważniejszy, niż, jak to z nadmierną wręcz atencją pan prezydent raczył zauważyć, wielce szanowna i czcigodna pani minister i równie czcigodni panowie ministrowie. Jeśli bowiem już na początku, i to na poziomie leksyki i semantyki, ustala się taką, a nie inną, gradację ważności obywatela, to nie warto słuchać dalej, bo niewiele z tej paplaniny dla prostego człowieka wyniknie. Ale ja, mimo wszystko, zagryzłem zęby i dałem szansę.
Później było tylko lepiej. Prezydent długo ważył każde słowo, nadymał się, cedził wyraźnie każdą głoskę. Trochę jak ksiądz na mszy, kiedy celebruje ze świętym kielichem w ręku. Moduluje wtedy głos, marszczy brwi, a to znowu je unosi. Jakby te wszystkie zabiegi miały podkreślić podniosłość chwili i w związku z ich nienaturalnością, zmusić słuchającego do baczniejszego pochłaniania przekazu, bo na pewno ktoś ciekawie mówi, tylko nie do końca wiadomo o czym. Prezydent tymczasem, po krótkim rysie historycznym dotyczącym policji polskiej od zarania po wtedy, wypowiedział słowa, po którym niejednemu, młodemu policjantowi wstępującemu tego dnia do służby, musiało dość ostro opaść to, co wcześniej za sprawą prezydenckiego przemówienia mogło pójść do góry, ot choćby nadzieja na lepsze zarobki. Prezydent uderzył w mocny, patriotyczny ton, tu akurat się nie czepiam-prezydenci są od bicia w patriotyczne tony, że zajęcie policjanta, które podejmują ci wszyscy młodzi ludzie na placu tego dnia, to tak naprawdę wcale nie praca. To nie praca! To jest służba Polsce. Nie praca! Naturalnie, jak mniemam, większość zgromadzonych i słuchających pojęła tę prezydencką metaforę. Że rolą policjanta jest służyć Narodowi etc. i te wszystkie słodkie opowiastki z Polską, Ojczyzną, Bogiem, krwią i poświęceniem w tle, to obowiązkowy lajtmotyw na takie okazje. Tym ostatnim bardzo ładnie, jak widać, zapełnia się kartki przemówień i wypełnia czas, ale dużo trudniej zapełnić nim żołądek i wypełnić garnki. Niestety, podobnie jak z początkiem przemówienia, jak dotąd żaden z prezydentów nie wpadł jeszcze na pomysł, żeby miast karmić Naród i jego synów, którzy w przyszłości mają mu służyć, konkretnymi liczbami, zapewnieniami i deklaracjami, które w przyszłości przyniosą ludziom, konkretne, większe pieniądze, nadal próbuje się mamić ludzi historiami z mchu i paproci, o tym, jakiegoż to wspaniałego wyróżnienia mogą dostąpić wstępując do policji. Służyć, a nie pracować. A ludzie idą tam do ciężkiej roboty, która dla Narodu jest niezbędna, a za którą dostają marne grosze. Podobnie jak np. pielęgniarki, które może i nie noszą lampasów i biały ich strój, ale których w kraju dramatycznie brakuje, bo za służbę choremu Polska nagradza słabo. A wszak to też służba, a nie praca.
Dalej już nie chciało mi się słuchać tych wątpliwych deliberacji. Wyłączyłem odbiornik, gdy prezydent opowiadał o wdzięczności dzieci i młodzieży w stosunku do polskiej policji, którą obserwował naocznie w swoim rodzinnym Krakowie, po Światowych Dniach Młodzieży. Rzeczywiście, to musiało chwytać za serce. O wdzięczności geja i lesbijki do policjanta, ostatniej niedzieli, w Białymstoku, prezydent akurat nie wspomniał. A czekałem na ten wątek. Swoją drogą, byłby niezły z niego kozak, gdyby jasno zabrał głos w obronie Marszu Równości i wskazał z ambony, gdzie było tego dnia bydło, które ma kopyta i miota kamienie, a gdzie pokojowa i tęczowa Polska. Morawiecki tylko czeka na takie prezydenckie lapsusy…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Nie opuszczajmy gościńca

Nie ma już czegoś takiego jak „jedność narodowa”, „społeczna”, „moralno-polityczna”.
Jest pustoszejący gościniec, z którego wędrowcy pośpiesznie rozchodzą się drogami we wszystkie strony świata.
Ale nie do końca…
Gdy zwolennicy i przeciwnicy – wyliczę – WOŚP-u, PiS-u i POKO, ks. Jankowskiego i 500+, Izraela i obecności armii amerykańskiej, która właśnie zajmuje miejsce radzieckiej… etc,– przez pomyłkę lub roztargnienie zejdą z zapalnych tematów i zaczną rozprawiać o… kotach, pieskach, jeżach, dzikach, świnkach, żurawiach i żubrach, natychmiast ulatuje z nich wszelka złość.
I stają się tymi, którymi zapewne większość z nas jest: Trochę pogubionymi, ale dobrymi i życzliwymi w gruncie rzeczy ludźmi, którym przyszło żyć obok siebie w ładnym kraju między Bałtykiem a Tatrami.
Może zatem powinniśmy zamieszkać w zwierzęcych rezerwatach?
Albo – na początek – w jakimś ZOO?

Spacer

Jest piątek, piąta po południu, mroźno i śnieżnie, nieszczęsny prezydent nadmorskiego miasta wyrusza w swój ostatni spacer po mieście, którym – ku pożytkowi jednych, niepożytkowi – drugich, zarządzał od wielu lat.
Jego zabójca jest tego świadom, albo nie.
Wokół kraj podzielony na dwa nieprzyjazne plemiona, z których jedno oskarża drugie o kierowanie ręką, szalonego, ale wyjątkowo sprawnego i zdeterminowanego mordercy.
Przywołujemy dzień ostatniej wędrówki prezydenta Narutowicza, zastanawiamy się nad skruchą, co – być może – delikatnym muśnięciem dotknęła wówczas czoła zabójcy-malarza, wracają słowa niezapomnianego wiersza Juliana Tuwima, któregośmy uczyli się na pamięć w szkołach.
Toutes proportions gardees – prezydent Gdańska nie miał formatu Narutowicza, jego zabójca to nie Eligiusz Niewiadomski, a poety, co by ducha chwili wyraził z niezrównaną maestrią Tuwima – także brak.
2.
Przed laty, podobny, pożegnalny spacer po mieście odbyło blisko sto ofiar wypadku smoleńskiego. Także było zimno, także na ulice wyległy tłumy. Wśród zmarłych był i świetny aktor, i młodziutka stewardessa, i ostatni prezydent na uchodźstwie, i powstaniec warszawski, i legendarna pracownica stoczni..
Był także prezydent Polski.
3.
Obie te upiorne, bo ostatnie, wędrówki po miastach młodości mają ze sobą wiele wspólnego.
Ofiary prezydenckiego samolotu zginęły w czasie wyprawy, której celem było oddanie hołdu rozstrzelanym w Katyniu. Zanurzonym w lodowatym milczeniu przez bez mała półwiecze. Szlachetny był cel tej wyprawy, ale jakże tragiczne owoce.
Prezydent nadmorskiego miasta zginął w czasie radosnego koncertu o charakterze dobroczynnym.
Odczytać to można tylko jako głeboko ironiczny grymas zawsze nieprzewidywalnego Losu.

Jest i druga paralela.
I prezydent nadmorskiego miasta, i wielu pasażerów nieszczęsnego samolotu, co swój lot zakończył w błotach Smoleńska, pochodzili z tego samego politycznego obozu. Obozu, którego, ideowi przecież, uczestnicy, 4 czerwca 1989 roku postanowili swoją na nowo odzyskaną Ojczyznę, odbudować i umocnić.
Wspólnie.
4.
Taki był dalekosiężny zamiar. Niewiele się z niego ostało. Po 30 latach tragicznie bolesnej dla wielu przemiany zostawili kraj zadłużony, w znacznej części wyprzedany, tyle tylko, że pięknie – i na kredyt – odmalowany.
Nie to jednak najgorsze, a to, że z ich wspólności nie zostało nic poza wrogością. Tą wrogością, która podzieliła Polskę (tak mówili jedni), czy „ten kraj” jak zwykli nazywać drudzy, na „Ateny” i „Spartę” z czasów, gdy drogi tych antycznych wspólnot rozchodziły się.
5.
Zgodnie z pascalowskim zakładem, jeżeli istnieje Bóg i jeżeli podejmuje się On czasem wykonania gestów ostrzegawczych, to śmierć wszystkich wędrujących tak sennie, nieśpiesznie, chłodnymi ulicami miast ich młodości takim właśnie gestem jest:
– Przybliżcie się do siebie i popatrzcie na siebie tak jak patrzy się na siostry i braci, którym przyszło żyć w jednym, nieważne, że skromnym, ale wspólnym przecież jeszcze – domu.
Takim domu, gdzie okna na świat wprawdzie szeroko otwarte, ale domownicy przy wspólnym stole, w ciepłym świetle, zapalonej o zmierzchu, lampy. Jeżeli jeszcze potraficie.