Postawmy diagnozę

Większość lewicowej refleksji dotyczącej polskiej sytuacji gospodarczej oraz politycznej przypomina optymistyczny koncert życzeń.

Lewica przedstawia kolejne propozycje, lecz stale ucieka od kwestii zasadniczych, czyli: podatków, kwestii systemowych i stosunku do wyzwań, które stawia przed nami przyszłość. To błąd. Przed zglobalizowanym kapitalizmem cała seria katastrof. I lepiej się do nich przygotować. Nie stoimy u progu kolejnej epoki neoliberalnego „końca historii”. Nie ma już żadnego Pax Americana, a główne imperia gospodarcze żyją w coraz większym napięciu. Nie mamy też przed sobą perspektyw na wieczny, stabilny wzrost gospodarczy i bezpieczne dochodzenie „państw rozwijających się” do poziomu życia „państw rozwiniętych”. Te wszystkie marzenia rodem z wyobraźni zwolenników Miltona Friedmana są równie archaiczne, co cała jego neoliberalna doktryna. Przed nami czasy kryzysów i niepewności. Dla całej lewicy to także ostatni moment na pobudkę! To pora na odważne i bezkompromisowe kroki w walce o dobrostan ludzi pracy, o silne i opiekuńcze państwo zdolne przeciwdziałać katastrofom i o postęp obyczajowy, który wyrwie nas wreszcie z pazurów archaiczno-katolickiej prawicy. Realia walki politycznej i walki klas ulegną wyłącznie zaostrzeniu. I tu właśnie niezbędny jest konkretny program.

Kapitalizm nie gwarantuje bezpieczeństwa

Wszelkie projekty, które zakładają wieloletni i niezakłócony, stabilny żywot globalnego kapitalizmu są kompletnie oderwane od rzeczywistości. I ma to kolosalne znaczenie także z perspektywy samej Polski i jej ograniczonych mocy sprawczych. Po pierwsze: nowoczesną rywalizacją gospodarczą z perspektywy świata pracy nie jest wcale rywalizacja o kapitalistyczny wzrost gospodarczy, ale walka o wysoki poziom świadczonych usług publicznych, który będzie w stanie odpowiednio zabezpieczyć ludność w trakcie kolejnych kryzysów: ekonomicznych, klimatycznych, czy np. w sytuacji zagrożenia pandemicznego. Oznacza to, że niezbędny jest rozwijający się, silny i odpowiednio dofinansowany sektor publiczny. Państwo będzie musiało też w coraz większym stopniu odpowiadać za miejsca pracy, zabezpieczenie wypłat, czy kryzysowe zarządzanie całym systemem ekonomicznym. Z perspektywy rynkowej tego typu zarządzanie jest natomiast praktycznie niemożliwe. Drobna własność kapitalistyczna, która najszybciej odczuwa wszelkie rynkowe zawirowania, nie może być gospodarczym fundamentem dla nowoczesnego państwa. Nawet jej do przetrwania jest też potrzebne sprawcze i bardzo bezpośrednio interweniujące państwo. Planowanie bezpiecznej przyszłości musi w związku z powyższym zakładać zdolność państwa do kryzysowego przejmowania sterów nad całymi sektorami gospodarki. Przed Polską stoi również kolejne kluczowe wyzwanie. To kwestia koniecznego skoku w nowoczesną energetykę odnawialną, wspartą najprawdopodobniej przez energetykę jądrową, przy mniejszym (lecz wcale nie wyeliminowanym) wydobyciu węgla. Tu zadaniem dla odpowiedzialnych władz państwowych jest upewnienie się, że transformacja energetyczna nie będzie oznaczała pauperyzacji dla całych regionów naszego kraju. Likwidacja jednych dobrze płatnych miejsc pracy musi być związana z tworzeniem tak samo dobrze płatnych stanowisk w nowych sektorach. Nie ma też powodu żeby produkcja komponentów energetyki odnawialnej nie mogła zostać wykorzystana w roli państwowego pakietu ratunkowego dla borykających się z największymi problemami powiatów. Odejście od kapitalistycznego ekonomizmu to jednocześnie konieczność coraz większych inwestycji w fundusz spożycia zbiorowego. Zamiast filozofii dochodu podstawowego i dzielenia zysków od kapitału należy przygotować się do konieczności zastępowania rynków systemem inwestycji i zamówień publicznych. Całkowite uzależnienie produkcji gospodarczej od systemu, który z łatwością godzi się na setki tysięcy ofiar pandemii i nie widzi większego problemu w poświęceniu globalnego klimatu na ołtarzu walki o wzrost PKB to późnośredniowieczna patologia, której czas powiedzieć już: dość! To nie podział i redystrybucja, lecz wytwarzanie wartości decyduje o całokształcie gospodarki i dlatego też inwestycje publiczne są koniecznością, jeśli poważnie pragniemy zerwać z polską tradycją, którą jest opieranie gospodarki na sprzedaży taniej siły roboczej. Zamiast dochodu podstawowego niesprawiedliwego i niewiadomego pochodzenia niezbędny jest skokowy rozwój państwowych zakładów pracy oraz spółdzielni, które działałyby w oparciu o długoterminowe plany i pozwoliły amortyzować szok giełdowych spadków w kryzysowych sytuacjach. Darmowa komunikacja miejska i ogólnopolska kolejowa, darmowa i zreformowana edukacja, dobrze zaprojektowany i sfinansowany system ochrony zdrowia, państwowa energetyka jądrowa… To także element strategicznej polityki polegającej na tworzeniu bezpiecznych, stabilnych i opartych na wytwarzaniu dobra wspólnego miejsc pracy.

Postulaty
1. Przygotowanie strategii na kolejne kryzysy
2. Utworzenie rozbudowanego systemu zamówień publicznych
3. Wzrost państwowego zarządzania i kontroli całości gospodarki
4. Wprowadzenie świadczeń kryzysowych dla bezrobotnych na czas kryzysu
5. Masowe tworzenie dobrze opłacanych miejsc pracy w sektorze publicznym
6. Nowy system państwowych gospodarstw rolnych w wybranych regionach
7. Transformacja energetyczna i publiczne budownictwo mieszkaniowe, jako koło zamachowe publicznych inwestycji

Polska to neoliberalny raj podatkowy

W tym momencie dochodzimy do sedna polityki krajowej. Polska bowiem to państwo o wybitnie niskich i niesprawiedliwych podatkach. W oczy rzuca się szczególnie brak progresji podatku CIT, który z roku na rok staje się coraz niższy. Walczące o przetrwanie i niezbyt produktywne małe przedsiębiorstwa chcą oczywiście, by podatek ten był jak najniższy lub by w ogóle nie istniał. W tego typu narrację, czy wręcz aktywne ubolewanie nad losem małych przedsiębiorstw, włączają się oczywiście liczni politycy. Czasami są to nawet politycy o lewicowym rodowodzie ideowym. Ciągły kryzys, ciągła bieda i brak samowystarczalności małego biznesu nie świadczą natomiast wcale o jego sile. Nie są też argumentem na rzecz ciągłego fundowania małym firmom ich niewydajnej egzystencji. Wręcz przeciwnie. Polska to od długiego czasu kraj bardzo niewydajnych małych firm, które przy życiu utrzymywane są kroplówkami z budżetu zamaskowanymi pod postacią wyjątkowo niskich podatków. Wystarczy wspomnieć, że nasz CIT jest niższy od tego w Niemczech, we Francji, czy w Wielkiej Brytanii. W Europie na porządku dziennym jest też wyraźna progresja podatku od przedsiębiorstw, a najmniejsze firmy płacą przynajmniej 20% i wcale nie skarżą się przy tym, że zaraz umrą. Rotacja i wymiana nieefektywnych przedsiębiorstw jest konieczna. Mechanizm rynkowy nie może być zawieszony ze szkodą dla państwa, które następnie poświęca swój budżet dla zakładów, które pracownikom płacą nawet gorzej od firm i korporacji pochodzenia zagranicznego. Bez podniesienia podatku CIT i zrobienia realnej jego progresji Polska nigdy nie wyjdzie ze swojej funkcji dostarczyciela taniej siły roboczej i kapitalizmu małego biedakapitału, który służy głównie samym właścicielom. Nie możemy być podatkowym Cyprem i walczyć o to musi właśnie lewica. A będzie to zmiana bardzo trudna do przeprowadzenia, ponieważ interesy drobnych właścicieli są bezpośrednio sprzęgnięte z działalnością wielu wpływowych organizacji oraz samych polityków, których sposobem na dojście do pieniędzy bardzo często jest uprawianie takiej właśnie gospodarczej aktywności. Stawki podatkowe muszą się zmienić także dlatego, ponieważ polski budżet będzie wymagał coraz większych środków, a nie zdobędziemy ich nakładając podatki na cukier, produkty spożywcze i towary, które kupują przeciętni i niezamożni konsumenci. Potrzebne będą ogromne pieniądze na walkę z suszą, potrzebne będą środki na stworzenie nieuśmiercającego kolejkami systemu ochrony zdrowia i potrzebne są też publiczne inwestycje w nowe, państwowe gospodarstwa rolne, czy wsparcie dla publicznego budownictwa mieszkaniowego. Zagraniczne korporacje nie są jedynym złem kapitalistycznego świata, a skala podatkowa w Polsce musi zacząć przypominać systemy podatkowe państw bogatszych: chyba, że Polska nigdy nie zamierza wyjść ze swojej spauperyzowanej i głęboko półperyferyjnej roli. Do tego skutecznie dążą zresztą wszystkie prawicowe programy. Nie może być już więcej mowy o wielkim ucisku właścicieli małych firm. Niesprawiedliwe subsydiowanie polskiej szlachty 2.0 nie służy ani rozwojowi gospodarczemu, ani innowacjom, czy niezbędnemu w realiach rynkowych krążeniu kapitału. Polska potrzebuje zasadniczej wymiany struktury własnościowej i wymiany firm, których jedynym sposobem na przetrwanie jest życie z taniej pracy. Inaczej przejście ku gospodarce opartej na wiedzy, publicznych inwestycjach i firmach, które są w stanie płacić podatki na przeciętnym europejskim poziomie nie dokona się nigdy. Bez progresji ani rusz.

Postulaty

1. Wprowadzenie progresji podatkowej i podniesienie podatku CIT
2. Dodanie progów oraz naprawienie progresji podatku dochodowego
3. Zdecydowane zwiększenie oraz progresja podatku spadkowego
4. Oparcie systemu podatkowego na wzorcach z państw rozwiniętych
5. Kryzysowa pomoc publiczna jedynie dla rentownych przedsiębiorstw
6. Kryzysowe wspieranie firm w ramach pożyczek lub w zamian za udziały
7. Dodatkowe wsparcie tylko dla firm tworzących gospodarkę opartą na wiedzy

Pracownicy pod ostrzałem

Od czasów transformacji ustrojowej pod szczególnym ostrzałem znajdują się w Polsce pracownicy i ich prawa. Mało kto wie, że jedną z decyzji po ustanowieniu w naszym kraju systemu kapitalistycznego było rozwiązanie milicyjnego pionu zajmującego się przestępczością gospodarczą. Od tamtej pory ta przestępczość ma się w Polsce bardzo dobrze. A asystuje jej kompletnie upośledzony system kontroli przedsiębiorstw i prywatnej własności. Niezbędnej reformie musi zostać poddana Państwowa Inspekcja Pracy, która powinna uzyskać prawo do interweniowania i kontrolowania przedsiębiorstw bez wcześniejszej zapowiedzi. Kary za niewypłacanie wynagrodzenia nie mogą wynosić 2000 złotych, jak ma to miejsce obecnie. Zasiłek dla bezrobotnych nie może być ustalany tak, aby zmuszać do głodowania, a wyliczający go urzędnicy muszą skończyć udawać, że za 320 złotych da się w Polsce utrzymać własne mieszkanie. Renta dla osób całkowicie niezdolnych do pracy nie może wynosić 1100 złotych i skazywać na wegetację, i życie na łasce rodziny oraz przyjaciół. Emerytura ma pozwalać na godne i dostatnie życie, a nie pozbawiać możliwości wykupienia lekarstw na receptę. W praktycznie każdej sferze życia ludzi pracy mamy do czynienia z takimi oto patologiami, czy wręcz ekonomicznymi prześladowaniami. I nie są to wypadki przy pracy, ani drobne błędy wymagające kilku korekt. To cały, wyjątkowo spójny system wyzysku, przymusowej biedy i wtrącania ludzi w rozpaczliwe życiowo sytuacje. Jego ostatecznym rezultatem są dziesiątki tysięcy ludzi pozbawionych prawa do jakiegokolwiek życia, które byłoby czymś więcej niż tylko ciągłą walką o przetrwanie. Przy okazji reform w prawie pracy należy też oczywiście zabiegać o rozpowszechnienie w Polsce umów zbiorowych. Te sprzyjałyby jednocześnie wzrostowi skali uzwiązkowienia, które wciąż mamy na żałośnie niskim poziomie.

Postulaty

1. Wzmocnienie możliwości Państwowej Inspekcji Pracy
2. Strategia budowy rynku pracy w oparciu o umowy zbiorowe
3. Specjalne ulgi i system zachęt na rzecz większego uzwiązkowienia
4. Zwiększenie kar za łamanie praw pracowniczych; w tym za brak wypłat
5. Likwidacja bezdomności poprzez program przekazywania mieszkań od państwa
6. Zasiłek dla bezrobotnych w wysokości płacy minimalnej lub 50% ostatniej wypłaty
7. Wyższe renty, emerytury i świadczenia dla opiekunów osób z niepełnosprawnościami

Ostatnia szczęśliwa baza wojenna USA

Przy okazji stawiania diagnozy nie można nie wspomnieć o polityce zagranicznej. Polska stała się państwem frontowym, podległym i skolonizowanym przy użyciu amerykańskiej bazy wojskowej, którą finansujemy zresztą z własnej kieszeni. To prawicowa iluzja bezpieczeństwa, gdyż coraz większa militaryzacja wiąże się jedynie z coraz większym zagrożeniem. Uzbrojeni po zęby i posiadając obce bazy wojskowe automatycznie stajemy się celem. W rezultacie każdy ewentualny konflikt skończy się starciem na polskiej ziemi i zniszczeniem polskiego terytorium. To kompletne przeciwieństwo polityki, którą powinniśmy realizować. Mocarstwowe ambicje już przerabialiśmy, skończyły się one ucieczką do Rumunii. W obliczu rosnących tarć na arenie międzynarodowej Polska powinna być głęboko neutralna. Nasze bezpieczeństwo powinno być zaś oparte na współpracy z europejskimi sąsiadami. Zamiast coraz bardziej niepewnego amerykańskiego przywództwa potrzebujemy europejskiej wspólnoty obronnej i europejskich sił zbrojnych, które miałyby charakter wyłącznie obronny i niekolonizatorski. To właśnie powiązanie z imperialistycznymi armiami realizującymi imperialistyczne interesy jest dziś szczególnie niebezpieczne i ryzykowne. Polska musi zdystansować się od polityk rodem z zimnowojennych podziałów i związać się ze swoim najbliższym otoczeniem. Będzie to wymagało nie tylko pozbycia się obecności obcych wojsk, ale też aktywnych starań o transformację Unii Europejskiej w stronę ściślejszej współpracy oraz ewolucji w kierunku federacji państw europejskich. To ostatnie jest absolutną koniecznością, jeśli Europa nie chce pogodzić się z marginalizacją i uprzedmiotowieniem ze strony potężniejszych imperiów. Państwa mikro-narodowe w starej postaci nie będą już tak silne, jak dawniej, a ich rozdrobnienie i podział na strefy o różnym poziomie życie i różnych zarobkach działa na niekorzyść dalszej integracji. Stąd podstawowymi wyzwaniami na arenie międzynarodowej jest wprowadzenie europejskiej płacy minimalnej (na wysokim poziomie), czy dążenie do wspólnych systemów podatkowych i pogłębiania solidaryzmu wewnętrznego wbrew neoliberalnym i nacjonalistycznym tendencjom, które umacniane są przez imperialne skłonności niektórych spośród europejskich państw. Z tej perspektywy Brexit to tylko doskonała szansa na zacieśnienie więzi dla kontynentalnej i – miejmy nadzieję – znacznie bardziej socjalnej i solidarnej Europy.

Postulaty

1. Zmniejszenie skali wydatków na zbrojenia
2. Rezygnacja ze stałej obecności obcych wojsk na terytorium Polski
3. Głęboko proeuropejska, pokojowa i neutralna polityka zagraniczna
4. Starania na rzecz utworzenia nowego programu europejskiej obronności
5. Działania na rzecz głębszej integracji, federalizacji i silnie socjalnej UE
6. Wyrównanie poziomu życia w krajach UE przez wprowadzenie wysokiej i wspólnej płacy minimalnej oraz rozbudowa mechanizmów kontrolnych związanych z Europejskim Filarem Praw Socjalnych

Krzyż i skansen

Ostatnie wielkie wyzwanie polskiej lewicy to laicyzacja i osłabienie wpływów, głęboko konserwatywnego i szkodliwego społecznie polskiego kościoła katolickiego. Ideologiczna ofensywa, której jesteśmy obecnie świadkami, to wyraz prawicowej rozpaczy. Wsparcie dla kościoła słabnie. Spada frekwencja podczas mszy, w wyniku zupełnie oddolnych reakcji lekcje religii zaczęły wynosić się ze szkół, a ofensywa przeciwko osobom LGBTQIA+ coraz bardziej zamienia się w archaiczny i kompromitujący kabaret. Przemysław „Odnowiciel” Czarnek nie powstrzyma tych tendencji, bo Polska nie jest w stanie samodzielnie powstrzymać skomplikowanych procesów składających się na zachodnią laicyzację. TVP nie wygra z Netflixem i Youtube’m, a prawicowi publicyści nie przepiszą Internetu na podobieństwo swych mrocznych umysłów. Ich możliwości są zbyt żadne. Walka przeciwko liberalnemu Zachodowi jest też głęboko spóźniona, a kulturowe środki produkcji, którymi dysponuje Polska nijak nie umożliwiają odniesienia zwycięstwa i sprawowania rządu dusz nad młodzieżą, której proces socjalizacji to głównie zachodnie treści i zachodnie produkcje. Rosła będzie za to polska zaściankowość, poczucie wyobcowania z uwagi na zupełnie oderwany od większości Europy światopogląd polskiej prawicy i narastał będzie konflikt oparty na podziałach kulturowych. PiS się boi. I ma czego, bo nie jest to rząd ani dobry pod względem polityk gospodarczych, ani taki, którego narracja polityczna posiadałyby głębokie zakorzenienie we współczesnym świecie. Poza polską (bo nie watykańską) amboną absolutnie nic ich nie chroni. Obóz rządzący próbuje więc zrobić z polski całkowicie osobny ideowo, autarkiczny skansen katoprawicowej ideologii. Dlatego tak panicznie i szybko rozpoczyna walkę ze wszystkim, co mu wrogie. I dlatego przegra. Lewica ma w tej sytuacji do wykorzystania prawicowe błędy wynikające z otwierania zbyt wielu frontów walki ideologicznej. PiS prowadzi obecnie swą kampanię przeciwko nauczycielom, osobom nieheteronormatywnym, przeciwko ludziom kultury, przeciwko niewierzącym i przeciwko kobietom… Tak szerokie pole politycznej walki sprawia, że powstaje historyczna szansa, by łączyć interesy tych, którzy dotychczas nie mieli ze sobą tak wiele wspólnego. Katoprawicową ofensywę ideologiczną trzeba przy tym nazywać wprost i po imieniu. Biskupów należy wskazywać palcem. Politykom wytykać ofiary śmiertelne i krew. A lewicowi politycy muszą stosować jak najbardziej bezpośrednie i obrazowe chwyty polityczne. Aby nie było najmniejszej wątpliwości, że są oni częścią fundamentalnie różnej alternatywy ideowej, światopoglądowej i wręcz cywilizacyjnej. Lewica potrzebuje jednak do tego także własnej broni. Prawicowa ofensywa ideologiczna wymaga wzmocnienia i integracji lewicowych ośrodków przekazu. Potrzebne są podmiotowe, lewicowe media traktowane poważnie przez lewicowych posłów i polityków. Potrzebne jest połączenie i współpraca sił politycznych z lewicowym dziennikarstwem i publicystyką. Lewica musi stawiać na własny przekaz, budować profesjonalne zaplecze i kadry, które będą również w stanie przejąć w przyszłości władzę nad krajem. W tym celu prysnąć musi złudzenie namaszczenia przez liberałów i liberalne media, a lewicowi politycy muszą zaufać lewicowym autorom, naukowcom i dziennikarzom oraz działaczom. Jeśli lewica ma wygrać z doskonale zorganizowanym i zintegrowanym prawicowym kombinatem to sama musi posiadać swój własny.

Postulaty

1. Walka o prawo do aborcji i na rzecz praw reprodukcyjnych
2. Przywrócenie „Tabletki po” bez recepty, dotowanie antykoncepcji
3. Walka o związki partnerskie i śluby cywilne dla osób tej samej płci
4. Starania na rzecz utworzenia komisji ds. pedofilii w Kościele katolickim
5. Usunięcie specjalnych praw i publicznych dotacji dla Kościoła katolickiego
6. Umocnienie plus profesjonalizacja systemu lewicowych mediów w Polsce

Co przyniosły te wybory socjalistom?

Modne jest pisanie dziś o wynikach ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego. Wniosków pada wiele ze wszystkich stron sceny politycznej.

Nie widziałem, mimo upływu czasu zbyt wielu wniosków formułowanych z perspektywy lewicowej, szczególnie socjalistycznej. Jedyny sformułowany wiarygodnie po stronie lewej padł w wypowiedzi przewodniczącego SLD – partia odniosła sukces, do Parlamentu Europejskiego wprowadziła pięciu przedstawicieli. To fakt, wypełniający wcześniejsze zobowiązania.
Na tym tle refleksja dotycząca listy zwycięzców i przegranych. Autentyczni zwycięzcy to: Prawo i Sprawiedliwość, SLD i Wiosna. Autentyczni przegrani to: Koalicja Europejska, PSL i Lewica Razem.
Co do zwycięzców, to trzeba podkreślić wysoki wynik PiS i znaczący przyrost głosów. SLD zachowało swój stan posiadania i bardzo wysoki procentowo wynik mandatów wobec ilości startujących w wyborach kandydatów. Wiosna swoim wynikiem ponad czterokrotnie przekroczyła stan naturalnej obecności osób LGBT w populacji.
Co do przegranych to: Koalicja Europejska nie spełniła postawionych przed sobą zadań, jako porozumienie polityczne i wyborcze. PSL przegrała na własne życzenie nie mobilizując właściwie swego żelaznego elektoratu. Koalicja Lewica Razem nie zmobilizowała właściwej ilości ludzi młodych i wykluczonych, prezentując dość sztampowe założenia programowe.
W sumie pejzaż po tej drugiej z kolei bitwie wyborczej (po jesiennych wyborach samorządowych) zaczyna stawać się coraz bardziej wyrazisty z dwóch powodów. Po pierwsze – zarysowuje się znacznie wyraźniej ideowe tło sporu międzyformacyjnego, które wyznacza zmianę na pozycji lidera transformacji i po drugie – umacnia się medialny charakter technologii wyborczej, zyskując przewagę nad tradycyjnymi do niedawna formami prezentacji i promocji kandydatów i założeń programowych.
Obecny w tej kampanii spór o charakterze ideowym dotyczył przynajmniej dwóch spraw: przyszłego modelu społeczno-gospodarczego Polski w Unii Europejskiej oraz roli i miejsca Kościoła katolickiego w Polsce. W zasadzie nie toczyła się ta kampania wokół spraw Unii Europejskiej, choć wiele polskich, wewnętrznych problemów Unii dotyczy.
Można stwierdzić, że większościowe poparcie poprzez wskazanie zwycięzcy uzyskała polityka społeczna realizowana w ciągu ostatnich trzech lat przez PiS, przekreślająca neoliberalny model stosunków oparty o „niewidzialną rękę rynku”. Wydaje się, że społeczne poparcie zyskuje model w zamyśle realizujący koncepcję Minimalnego Dochodu Gwarantowanego, przekładający się w praktyce działania rządu na rozwiązania cząstkowe, oparte o likwidację enklaw biedy i wykluczenia na tle neoliberalnej narracji sławiącej zaradność elit i kreatywną rolę pieniądza.
W bloku spraw dotyczących roli Kościoła katolickiego trwa, ale nie zakończył się, spór o moralny wizerunek kleru i patriotyczną rolę Kościoła, jako instytucji publicznej. Widać wyraźnie, że znacząca część elektoratu, szczególnie prowincjonalnego, nie przyjmuje argumentów zawartych w przesłaniu m.in. filmu „Tylko nie mów nikomu”, który mimo wszystko odegrał ważną rolę w tej kampanii.
Patrząc z kilkudniowej już pespektywy na wybory europejskie można sformułować kilka wniosków:
– wybory te nie potwierdziły lansowanego podczas kampanii antyunijnego trendu w szerokich kręgach społecznych
– wyraźnie zarysował się jednak trend dotyczący nieuchronności reform w Unii Europejskiej i zwiększenia roli państw narodowych
– znaczące wsparcie i zwycięstwo uzyskały siły polityczne negujące dotychczasowy charakter i formę rynkowych przemian w polskiej transformacji
– wybory te pokazały, że Polska jest mocno podzielona w widzeniu perspektywy rozwojowej na tle ogólnych przemian cywilizacyjnych, szczególnie rewolucji technologicznej
Polska lewica uzyskała w tych wyborach dobre miejsce, ale ono nie wyznacza perspektywy pozytywnej na następne, jesienne wybory do Sejmu i Senatu. Uzyskaliśmy potwierdzenie , słabszego co prawda, ale trwałego miejsca na scenie politycznej, jak również potwierdzenie znaczącej roli narracji lewicowej, również socjalistycznej w debacie publicznej.
Problemem jest dziś to, jakie wnioski wyciągną szerokie gremia lewicowe z zaistniałej sytuacji. Czy będziemy razem, czy osobno, czy interes poszczególnych sił i nurtów na lewicy przeważy nad interesami ogólnymi dotyczącymi Polski i Polaków.
Socjaliści proponują budowę wspólnej lewicowej, socjalistycznej alternatywy wobec neoliberalnej i konserwatywnej demagogii. Tym bardziej, że wyniki wyborów wskazują na wyraźne oczekiwania społeczne zgodne z tym kierunkiem myślenia.

Wrażenia lotniskowe i powrót do ojczyzny

Do tekstu „Lotnicze sny o potędze” Marcina Zielińskiego („Dziennik Trybuna”, nr 219-220/2018) życie dopisuje mi dawkę wrażeń bezpośrednich z lotniczej autopsji podróżnej.

 

Lot samolotu PLL „Lot” wieczorem 8 listopada z Okęcia na Aéroport Charles de Gaulle w Paryżu był de facto lotem maszyną rumuńską z rumuńską załogą, choć przy udziale dwóch polskich stewardes. Było to jedyną pokrzepiającą okolicznością, ponieważ poza tym lot ten był mocno emocjonujący nie tylko z powodu długich i dokuczliwych turbulencji, ale także z powodu nieprzyjemnego incydentu n pokładzie. Otóż, jeden z pasażerów odmówił odłączenia – przed lądowaniem – laptopa od sieci samolotu i dopiero dość dramatycznie wyrażona przez pilota groźba, że po lądowania czekać go (pasażera) będzie spotkanie z policją, skłoniła go do wykonania polecenia. Nie najlepsze wrażenia można było odnieść też z konstatacji, jaką pozycję ma PLL „Lot” na lotnisku Charles de Gaulle w Paryżu. Podczas gdy inne linie lotnicze, i to bynajmniej nie tylko giganty w rodzaju „Air France”, „Lufthansy” czy „British Airlines”, mają tam swoje stałe przedstawicielstwa, gdzie można załatwić wszelkie formalności – pasażer „Lotu” błąka się jak sierota i dopiero na krótko przed odlotem, w lotowskim „kąciku” pojawiają się „obcy”, „wypożyczeni” (?) pracownicy, żeby obsłużyć lotowskich pasażerów. Na maszynach obsługujących pasażerów elektronicznie widoczne są znaki logo wielu linii lotniczych, w tym także nie gigantów bynajmniej, ale nie akurat „Lotu”.
Rozumiem motyw oszczędności, ale po co w takiej sytuacji nadymać się pychą, snuć sny o potędze, skoro na jednym najważniejszych europejskich portów lotniczych bardzo trudno na ślady obecności takiej linii jak PLL „Lot” bardzo trudno, jeśli nie liczyć ich obecności na tablicach odlotów i przylotów, pasażer „Lot” może się poczuć jak „sierotka Marysia”? W takich sytuacjach pisowska, nacjonalistyczna megalomania objawia swój żałosny wydźwięk wynikający z dysproporcji między słowami a rzeczywistością. Za to, wałęsając się po podparyskim lotnisku rzucam okiem na ekran telewizora, a tam wśród newsów bodaj CNN krótka migawka z Warszawy, z „Marszu Niepodległości”, czyli dość przykry widok zbitego tłumu, nad którym świecą race i snują się dymy. W podpisie informacja, że przez miasto przeszło ok. „200 tysięcy faszystów”. Oczywista bzdura, bo nie w tym rzecz, że w marszu przeszła taka liczba „faszystów” (poszło w tym marszu na pewno wielu normalnych ludzi o dobrych intencjach), lecz że zorganizowało go agresywne nacjonalistyczne, faszyzujące stowarzyszenie. Tymczasem Pan PP (Produkt Prezydentopodobny) najpierw z tym towarzystwem spod ciemnej gwiazdy negocjował przebieg owego pochodu, potem po pokazaniu mu przez „narodowców” figi wycofał się jak niepyszny, a następnie znów zmienił zdanie i ową imprezę postanowił swoją obecnością legitymizować, wraz z rządem PiS i samym Prezesem. Spoglądając na podparyskim lotniku na ekran telewizora pokazujący tę nacjonalistyczną hecę, nie doznałem uczucia dumy narodowej i pomyślałem jednocześnie, że odczułbym ją, gdyby historyczny znak PLL „Lot” był realnie obecny wokół mnie, nie tylko jako efektowny emblemat, ale przede wszystkim przez praktyczną obecność, we wszystkich wymiarach praktycznych ułatwiającą życie swoim pasażerom. I tylko polscy piloci i polskie stewardessy jak zwykle znakomici, godni najwyższego uznania. A w pierwszy poranek w kraju, po powrocie – doniesienia medialne o aferze z szefem Komisji Nadzoru Bankowego w roli głównej. To mi dodatkowo uświadomiło, że znów jestem w ojczyźnie.

Nasz lewicowy Piemont

Mogło być lepiej, ale mogło też być gorzej. Sześć procent poparcia zyskanego przez SLD – Lewica Razem to dobra zaliczka na następne, przyszłoroczne wybory.
Dlatego dziwi mnie fala mazgajstwa wylewająca się z Internetu. Gorzkie żale zawiedzionych wynikiem uzyskanym przez SLD – Lewica Razem rozgorączkowanych lewicowców, a nawet wyrażana radość z niskiego wyniku Sojuszu przez jego byłych członków. Na zasadzie „Po nas powinien nadejść potop”.
Tymczasem twarde wyniki ogólnokrajowych wyborów, a nie dotychczasowe, szczątkowe sondaże, dowiodły, że sojusz wyborczy SLD – Lewica Razem ma realną szansę powrócić do grona partii parlamentarnych. Dokonać czegoś, czego jeszcze nie udało się w III Rzeczpospolitej innym partiom politycznym.
Szanse wyborcze wzrosną jeśli dotychczasowy Sojusz zasili Partia Zielonych, aktywiści ruchów miejskich. Wszyscy lewicowcy, którzy chcieli się w czasie tych wyborów startować oddzielnie aby realnie policzyć swe społeczne poparcie.
I policzyli.
Może nawet Partia Razem pójdzie w przyszłym roku razem?
Lewica powinna wywalczyć w przyszłym Sejmie RP swą reprezentację. Nawet mały klub parlamentarny. Nie po to aby przyszli posłowie wzbogacili się. Akurat uposażenia poselskie zostały w tej kadencji radykalnie obniżone i pewnie nie poszybują w następnej.
W Polsce, w panującym tu modelu demokracji parlamentarnej, wzmocnionej patologiczną „mediokracją”, partie pozaparlamentarne spychane są do roli klubów dyskusyjnych, ośrodków pracy ideowo – politycznej. Nie dają szansy prowadzenia realnej polityki.
Za to nawet mały klub parlamentarny ma szansę być „lewicowym Piemontem”. Tak jak w XIX wieku z małego, ale aktywnego politycznie Piemontu wyszła inicjatywa zjednoczenia Włoch, tak przyszły klub parlamentarny SLD – Lewica Razem + kolejni sojusznicy, może stać się ośrodkiem tworzącym zjednoczoną, nowoczesną polską lewicę.
Zatem dość łkania nad urnami wyborczymi. Dość mazgajstwa politycznego. Zacznijmy już kampanie do parlamentów. Europejskiego i polskiego.
Stwórzmy nasz lewicowy Piemont.

Uwag powyborczych gorąca porcja

Za wcześnie jeszcze na pełny bilans niedzielnych wyborów samorządowych. Przyjdzie na niego czas po ostatecznym uformowaniu się nowych struktur władzy samorządowej i po zawarciu wszelkich możliwych regionalnych koalicji. Jednak już teraz wypada poczynić kilka uwag bieżących. Jedno nie ulega wątpliwości: to nie są dla PiS dobre dni.

 

Po pierwsze, zostawiając na boku szczegóły i nie wdając się w potencjalny bieg zdarzeń i konsekwencji powyborczych, ani nie analizując poszczególnych segmentów tych wyborów (choćby klęska PiS w miastach z Warszawą, Łodzią i Poznaniem na czele i równolegle jego względny sukces w wyborach do sejmików wojewódzkich) nie sposób jednak przede wszystkim nie zauważyć, że suma wyników ugrupowań prodemokratycznych i proeuropejskich (KO – ok. 26 procent, PSL – ok. 13 procent i SLD – ok. 6 procent) wynosi ok. 45 procent, czyli o około 6 punktów procentowych przewyższa sumę wyników PiS (33 procent) i Kukiz (ok. 6 procent). Jakkolwiek ukształtują się ostateczne wyniki liczbowe, owa proporcja najprawdopodobniej zostanie zachowana. To jest dla wszystkich sił (nie tylko dla władzy) koronne memento. Po drugie, na krótko przed wyborami samorządowymi 21 października 2018 roku, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej nakazał przywrócenie do orzekania sędziów Sądu Najwyższego, którzy sławetną, jawnie łamiącą Konstytucję ustawą zostali przeniesieni w stan spoczynku.

 

Twardy orzech do zgryzienia

To już nie jest podlegający spekulacjom stan pełen wątpliwości i niejasności, stwarzający pisowskiej władzy możliwości lawirowania, pozorowania ruchów kompromisowych, przeciągania negocjacji z UE, lecz twardy wyrok nie pozostawiający żadnej awaryjnej furtki. W reakcji na wyrok TSUE pisowcy właściwie zaniemówili. Duda Andrzej milczy, Morawiecki Mateusz ograniczył się do zdawkowych ogólników o odwołaniu się od wyroku i nawet główni promotorzy czystki w sądownictwie, czyli Ziobro Zbigniew z przybocznymi Piotrowiczem i Astem et consortes dostroili się do tych reakcji czy raczej do ich braku. Jedynie szef MSZ Jacek Czaputowicz napomknął coś samotnie o zmianie ustawy o SN, ale nie wyjaśnił w jakim kierunku miałaby ona zmierzać. W sytuacji gdy wezwani przez I Prezes SN Małgorzatę Gesdorf sędziowie wracają ze stanu spoczynku do pracy, PiS naprawdę ma twardy orzech do zgryzienia i patrzy na to dość biernie, gryząc palce z bezsilności. Wariant radykalnego, buńczucznego, w klasycznym stylu pisowskim, odrzucenia wyroku TSUE raczej już nie wchodzi w rachubę, tym bardziej, że gdyby miało do tego dojść, już by doszło. Ta zwłoka w reakcji nie działa tu na korzyść PiS i każdy kolejny dzień bierności stawia władzę w coraz trudniejszej sytuacji. Na domiar wszystkiego, poziom natężenia emocji w walce politycznej w Polsce jest tak wysoki, że jakikolwiek kompromis będzie bardzo trudny do osiągnięcia, o ile nie niemożliwy. Do tego dochodzi ta oto dodatkowa, niezmiernie dla PiS kłopotliwa okoliczność, że tzw. reforma sądownictwa była i pozostaje dla niego celem koronnym i flagowym, nie mniej istotnym niż wprowadzenie 500 plus. Wycofanie się z niej a nawet pójście na daleko idące kompromisy oznaczałoby wywieszenie przez PiS białej flagi, a to może wywołać trudne do przewidzenia reakcje w szeregach elektoratu. Natomiast kompromis pozorny, „lipny”, nie jest do przyjęcia przez żadną ze stron konfliktu, nie wspominając już o tym, że żaden kompromis nie jest na rękę żadnej ze stron, bo tylko ostra polaryzacja służy politykom. Problem, przed którym w kwestii SN stoi PiS, to istna kwadratura koła, twardy orzech do zgryzienia.

 

Kilka „szklanych sufitów”

Niedzielne wybory samorządowe pokazały dowodnie, że nad obozem rządzącym (PiS i przystawki) rozpościera się praktycznie niemożliwy do przebicia „szklany sufit”. O ile po wyborach parlamentarnych z października 2015 roku władza PiS mogła liczyć na przyszły bonus wynikający w pierwszym rzędzie z efektu dotrzymania obietnicy, czyli wprowadzenia 500 plus, o tyle wynik wyborów samorządowych pokazał, że było to tylko pobożne życzenie. Biorąc pod uwagę to, że władza PiS rzuciła na te wybory wszystkie możliwe siły i środki (instrumenty administracyjne, pieniądze, propagandę TVP i Polskiego Radia, służby specjalne, krajowy tour premiera Morawieckiego, etc.), to owe 33 procent jest wynikiem nader skromnym. I nie zmienia tego faktu okoliczność, że specyfika wyborów samorządowych jest inna niż parlamentarnych. Jednak syndrom „szklanego sufitu” dotyka niestety także sił opozycyjnych. Podlega mu wyraźnie Koalicja Obywatelska, co jest tematem na osobne rozważania, ale zatrzymam się przy „bliskiej ciału koszuli”, czyli SLD. Jego wynik znacząco odbiega na niekorzyść od poziomu aspiracji wywołanych przez obiecującą koniunkturę sondażową trwającą od zeszłego roku. Stawia to przed działaczami Sojuszu konieczność przeanalizowania przyczyn tego stanu rzeczy i szybkiego podjęcia działań mających na celu znalezienie sposobu na przełamanie owej bariery. Nie wolno się jednak łudzić: będzie to piekielnie trudne.

 

Nieudana próba dobicia PSL

Ciekawy jest niezły (choć liczbowo słabszy niż cztery lata temu) wynik PSL. PiS-owi nie udało się osiągnąć celu, do którego zmierzało intensywnie, zwłaszcza w końcowej fazie kampanii wyborczej – definitywnego zniszczenia wpływów PSL na wsi. Powodów tego niepowodzenia jest zapewne kilka. Po pierwsze, ogólne rozczarowanie wsi polityką rolną rządu PiS. Po drugie i po trzecie, na co prawie nikt nie zwraca uwagi: są nimi negatywne dla rolników skutki ustawy ograniczającej handel ziemią, a także… zakaz handlu w niedzielę. Dopiero z pewnym opóźnieniem rolnicy, właściciele ziemi uświadomili sobie, jak dolegliwa jest dla nich ta ustawa, jak bardzo ubezwłasnowolniająca. Po drugie, wbrew ogólnemu wyobrażeniu, coniedzielne zakupy w centrach handlowych bynajmniej nie były obyczajem wyłącznie miejskim. W warunkach ogólnego postępu cywilizacyjnego na wsi, w tym wynikającej z nich powszechnej dostępności do aut osobowych, duża część rolników i mieszkańców wsi fundowała sobie w każdą niedzielę „rozrywkę” i ucieczkę od „wiejskiej nudy” w postaci wyprawy do najbliższego centrum handlowego. PiS im to odebrał i w tych wyborach także za to zapłacił.

 

„Kler” zrobił swoje?

Warto wziąć pod uwagę jeszcze jeden czynnik. Co prawda film „Kler” do znaczącej części mieszkańców wsi jeszcze nie dotarł, ale z jego ogólną wymową mogli przecież zapoznać się dzięki sugestywnym zwiastunom obficie serwowanym w telewizji i internecie. Wypada poważnie przyjąć tezę profesora Andrzeja Rycharda, który w efekcie „Kleru” upatruje jednej z przyczyn słabszego wyniku PiS. Hipoteza, że film ten „ukradł” PiS-owi co najmniej jeden procent poparcia bynajmniej nie jest „od czapy”. Ostatecznie PiS jest z „Klerem” mocno zblatowany, a tradycyjny ludowy antyklerykalizm nie obumarł. Jakie natomiast przyczyny wpłynęły na osłabienie wyniku PiS? Było ich wiele i to one stworzyły nastrój i stan wojny PiS ze wszystkimi na wielu frontach. Z czynników bezpośrednio poprzedzających trzeba jednak wymienić fatalny dla PiS efekt wniosku Ziobry do tzw. TK, wniosku zmierzającego do odebrania sędziom prawa zadawania pytań prejudycjalnych, a także bardzo niefortunną, zbyt agresywną końcówkę kampanii, w tym absurdalny spot dotyczący rzekomego zagrożenia uchodźcami, którego grubymi nićmi szyty sposób epatowania odbiorców obraził inteligencję nawet części osób umiarkowanie życzliwych PiS. Jaki będzie polityczny efekt osłabienia PiS? Wyhamowanie agresywnego impetu politycznego władzy. Bezradność w reakcji na wyrok TSUE jest tego wyraźnym zwiastunem. Dlatego trudno uwierzyć, by pomimo histerycznych wrzasków Krystyny Pawłowicz Kaczyński dał znak do rzucenia na sejmowy stół projektu kagańcowej ustawy skierowanej przeciw wolności mediów. Tyle uwag na gorąco, z gorącym kartoflem powyborczym w dłoni. Na bardziej dogłębne analizy przyjdzie czas, gdy nowy pejzaż samorządowy ostatecznie się ustabilizuje.

Barbara Nowacka miała rację

Marny wynik lewicy w tych wyborach odzwierciedla nie tylko nastroje wśród elektoratów (Polska nadal jest podwórkiem prawicowym i centroprawicowym), ale też pokazuje, że wyborcy doskonale rozumieją twarde zasady ordynacji wyborczej, wyjątkowo – zwłaszcza przy głosowaniu na samorządy – bezlitosną dla mniejszych komitetów.
„Wygrał strach” – powiedział Jan Śpiewak, podsumowując wyniki wyścigu na prezydenta stolicy. Ale strach wygrał w całej Polsce: strach przed tym, że głos zostanie „zmarnowany”, a to oznacza oddanie go na rywala (czy będzie nim PiS, czy PO).
Internet roi się od kąśliwych uwag komentatorów pod adresem Partii Razem. Wychodzą głównie spod pióra byłych działaczy, rozczarowanych zarówno wynikiem, jak i postępującym procesem zamykania się w oblężonej twierdzy.
Łukasz Moll domaga się autorozliczeń i wytłumaczenia przed wyborami, dlaczego wynik wygląda tak mizernie pomimo deklarowanej nieomylności w wyczuwaniu społecznych nastrojów.
Byli członkowie Razem: Agnieszka Herrmann-Jankowska, Leszek Kraszyna i Marcin Wroński na łamach Krytyki Politycznej dokonują bolesnej wiwisekcji: Razem znajduje się już w innym punkcie niż 3 lata temu, nie może pozwolić sobie na grymasy rozkapryszonej panny. Źle się stało, że nie przyjęło propozycji połączenia komitetów od starszych kolegów, ale jeszcze może nadrobi ten błąd, idąc pod rękę chociażby z Biedroniem, a może i z Czarzastym?
W różnych miejscach przytomne, choć surowe oceny publicystów spotkały się z kolejną falą deklaracji z serii „prędzej śmierć niż SLD” oraz „na pewno nie pod ich szyldem!”. Sęk w tym, że SLD pokazało już, że potrafi porzucić swój szyld i pójść z Zielonymi, Partią Pracy, PPS-em, Barbarą Nowacką. Był to ukłon w stronę koalicjantów, który przypłacili nieobecnością w parlamencie. To nie grzechy Millera ostatecznie Sojusz stamtąd wypchnęły, ale właśnie skutki rozproszenia lewicy.
Koalicja programowa wydaje się dziś koniecznością. To ten słoń stojący w salonie, którego już zbyt długo staraliśmy się nie zauważać. W końcu trzeba przyznać, że tam jest i czeka. Bo inne sposoby niż połączenie sił zawiodły.
I tutaj rację miała Barbara Nowacka, która z tego wszystkiego przynajmniej zyska mandat i realne profity.
Lepsza własna kanapa, ciasna, ale czysta ideowo? Na pewno. Do czasu. Konkretnie do czasu, kiedy skończą się subwencje.

Życie jak w Madrycie

Każdy wie, że Ciechocinek to polski Madryt. Bez dwóch zdań.

 

Leniwy, niedzielny i poobiedni Ciechocinek powoli budzi się do życia. Popołudnie to czas urządzania sobie wieczoru, ale też czas licznych tu koncertów i recitali. Starsi na ogół ludzie, przekonani o swojej utalentowanej wyjątkowości, ciągną w sezonie do Ciechocinka, jak do jakiej artystycznej Mekki. W każdym sanatorium ktoś daje jakieś przedstawienie. Śpiewacy, piosenkarze i konferansjerzy, soliści i instrumentaliści, ciągle jeszcze niezapoznani, zapełniają sanatoryjne hole i sale, a nawet ogrody i deptaki wokół fontann. Żaden repertuar im nie groźny, gotowi są rzucić wyzwanie każdemu. Pani, która bardziej skomplikowane dźwięki musi brać już co najmniej na dwa razy z oddechem pośrodku, mierzy się odważnie z piosenkami Edith Piaf niczym ułani z pancernymi zagonami Guderiana, starszy pan w typie „dziadka brat łaty”, z uwieszonym u szyi akordeonem, swobodnie staje obok legendy Kiepury, Pavarottiego, czy Carrerasa. Jest wszakże faktem, że jak ryknął, to żyrandol w zabytkowym sanatoryjnym holu zaczął się bujać… Śpiewają w Ciechocinku Tomowie Jonesowie, Lizy Minnelli, a już Zenków Martyniuków można wiązać w pęczki.
Pojawiają się jednak i artyści z większym dorobkiem. Ich niewątpliwy dryg do muzyki, silnie wsparty drygiem do interesów sprawiają, że ich sława jest autentyczna.
– Witajcie! Jakże miło znów być z Wami! Ale muszą Państwu przyznać się, że jestem tu, proszę Państwa, dzięki burmistrzowi Ciechocinka! Brawo!…
Odzywają się brawa. Brawka właściwie. Grzecznościowe klapu, klapu…
– Pan burmistrz udostępnił mi to miejsce na koncert dla Państwa za darmo, bez pieniędzy!…
Brawka wzmogły się, ale bez przesady. I szybko zgasły… Publika trochę jeszcze rozleniwiona obiadem, poobiednią drzemką, dopiero wchodzi na obroty.
Miejsce, w którym jesteśmy, to jeden z najbardziej popularnych adresów – słynna w całym sanatoryjno-emeryckim establishmencie, ciechocińska „Stodoła” w Parku Zdrojowym. Wszelako tej niedzieli w „Stodole” jest raczej cicho, gdyż vis a vis – w muszli koncertowej opodal, występuje artysta estradowy, piosenkarz o aksamitnym głosie, znany uzdrowiskowej publiczności w całej Polsce – pan Jacek Strzałkowski. Z Pułtuska, choć z Warszawy. To znaczy z Pułtuska rodem, a z Warszawy adresem. Publiczność obsiadła dwa sektory ławek parkowych ustawionych jedna obok drugiej w kilkudziesięciu ciasnych rzędach, w dwóch sektorach, rząd za rzędem. Całość pierścieniem otoczyli ci, dla których miejsc zabrakło.
Artysta się nie leni, śpiewa kawałek za kawałkiem. Publiczność – ta siedząca i ta na stojaka – z uczuciem, z łezką wzruszenia, podśpiewuje razem z nim szlagiery znane z radia typu „Kołchoźnik”, „Pionier”, czy „Szmaragd”. Pan Jacek zresztą innych nie śpiewa.
Nieco na uboczu, ale też nie tak całkiem z boku, stoją dwa małżeństwa – panowie oddelegowani do opieki nad dziećmi, panie rozmawiają. O innych paniach przede wszystkim, ale nie tylko:
– Słuchaj! Bym ci zapomniała powiedzieć – burmistrz mowę w kościele miał.
– Ewangelię czytał?
– Nie, o wyborach gadał. Ale nie pamiętam za bardzo, co. No ogólnie, że jest dobrze, ale jak nie on wygra, to będzie źle…
Tak oto panie całkiem przypadkiem, najzupełniej bezwiednie otworzyły przed nami na oścież świat powiatowej polityki. Pan burmistrz panu Jackowi za darmo udostępnił muszlę koncertową, a pan Jacek, podczas koncertu, za darmo pana burmistrza zebranej publiczności wyłożył na talerzu, do smacznego schrupania. Pana Jacka wszyscy tu uwielbiają, więc, jak on coś powie, to coś znaczy.
Artysta zresztą nie zasypuje gruszek w popiele i trzyma rękę na pulsie życia kraju. Doskonale wczuwa się w jego tętno i potrafi bezbłędnie się przystosować. A ponieważ akurat panuje moda narodowa bardzo, to jej się poddaje, a nawet twórczo ją wzbogaca. Na wahania, na dzielenie włosa na czworo, nie bardzo ma już czas. Rocznik 1953 było nie było. 65 lat i ciągle w trasie, ciągle na scenie – to nie w kij dmuchał. Trzeba brać, co los jeszcze daje… Dlatego, by wziąć, co się da, nie ma w nim nic przypadkowego, nic na żywioł.
Strój, repertuar, konferansjerka wszystko jest dobrze przemyślane i precyzyjnie wycelowane w odbiorcę, czy mówiąc wprost – w odbiorczynie. Jego publicznością są przede wszystkim kobiety. Zwykłe, codzienne. Gospodynie domowe, emerytowane księgowe, nauczycielki, panie „z kadr”, urzędniczki, panie z poczty, kasjerki, babcie wnukom, panie po różnych przejściach, którym w życiu raczej się nie przelewało. Zapracowane, zaniedbywane przez swych partnerów, mimo upływu lat i dawno minionej urody, ciągle tęskniące z czymś wielkim, romantycznym, wzniosłym. Za miłością mówiąc wprost, za uczuciem trawiącym ogniem ciało i duszę do spodu, do dna. Wiedzą, czują, że ona gdzieś jest, ta miłość, że się zdarza, tylko jeszcze im się nie przytrafiła. I każdego dnia, każdej nocy u boku swych mężów, lub w pustych już, wdowich łóżkach, o niej marzą. Nie tracą wiary, że w końcu przyjdzie. Że pewnego dnia znajdzie je jakiś odkrywca, który doceni te rozległe, rozedrgane powierzchnie, ogarnie je wzrokiem znawcy, dostrzeże bezmiar marnotrawionego dobra. One są jak lasy Amazonii – wciąż dziewicze, choć od lat eksploatowane.
Pan Jacek jest w ich wyobraźni takim właśnie odkrywcą, nieustraszonym traperem, dobrym aniołem sprawiającym, że marzenia przez chwilę, przez czas jego koncertu wydają się w zasięgu ręki. Piosenki o miłości, słowa o rozstaniu, o tęsknocie i wierności padają na żyzny, a jakże wygłodniały grunt ich dusz i serc. Przez te krótkie chwile pan Jacek jest tylko ich, tylko dla nich śpiewa. Każdej z osobna wyznaje miłość. Czarodziej, wielki mag, mistrz transcendencji przenoszący je w inny wymiar…
I on taki rzeczywiście jest! Czarny kapelusz, czarne okulary, czarny żakiet do pół uda, czarne spodnie, czarne buty. Tylko włosy jasno-blond, proste, długie, kończące się jakoś tak w połowie między szczęką a barkiem. Anielskie.
Uosabia zaklęty w sobie inny, lepszy świat. Dokładnie taki, na jaki one czekają całe życie. Styl, obycie, sztuka, pasja, poezja, muzyka – wszystko w jednym mężczyźnie o aksamitnym głosie…
Pan Jacek jest mistrzem w swoim fachu. Z benedyktyńską dokładnością i cierpliwością odtwarza nuty, tony, półcienie, by na końcu stać się na oczach oniemiałych z zachwytu pań idolem z czasów ich wczesnej młodości, sprawcą ich dziewczyńskich uniesień i marzeń. Te same zaśpiewy, łkania, cała sentymentalno-romantyczna zaduma. Nic od siebie wszystko od Janusza Gniatkowskiego.
– Proszę Państwa! Proszę Państwa! Jak mówiłem, pan burmistrz – chwała mu za to – udostępnił mi ten amfiteatr za darmo, bez pieniędzy, żebyśmy tylko mogli się spotkać. Jak Państwo dobrze wiedzą, nie jest łatwo być artystą bez pieniędzy. A jeszcze trudniej być artystą śpiewającym polskie piosenki i promującym polską muzykę. A ja – powiem Państwu – śpiewam tylko polskie piosenki i tylko dla Polaków!…
Brawa, tym razem silne, aprobujące, solidarne, polskie zgoła, były mu odpowiedzią: – Dla nas śpiewasz. To my. Polacy! Wiemy, o co się rozchodzi, wiemy… Brawo!
Nić patriotycznego porozumienia nawiązana przy pomocy klaszczących dłoni prawie natychmiast wystawiona jest jednak na próbę:
– Jeśli więc chcą Państwo mieć mnie na zawsze, mieć w domu artystę śpiewającego dobre, polskie przeboje, to zapraszam do pani Heni, tu obok. Tam, za pięćdziesiąt złotych, można nabyć album z moimi nagraniami. 120 piosenek na ośmiu płytach. Zapraszam!
Ponowne brawa. Prawdę powiedziawszy – odgłosy brawko podobne. Na dodatek przetykane tu i ówdzie gwizdami.
Pan Jacek niezrażony ani odrobinę ciągnął:
– Jak kupicie, będę śpiewał dalej, będę nagrywał nowe płyty. Tak długo, jak Bóg pozwoli.
Na wieść o Bogu gwizdy ucichły. Artysta wrócił więc do śpiewania. Po całym parku rozlały się dobrze znane dźwięki „Appassionaty”… Ale nie Sonaty fortepianowej nr 23 f-moll op. 57 Ludwiga van Beethovena, znanej jako „Appassionata”, tylko piosenki Hala Winna, amerykańskiego kompozytora i producenta muzycznego. Jego melodię podchwyciła pani Anna Jakowska, polska autorka tekstów, której nazwa Sonaty Beethovena – „Appassionata” (czyli z pasją, namiętnie) jakże trafnie wydała się dobrym tworzywem na tytuł i szlagwort. Tak oto z muzyki Amerykanina, z nazwy nadanej niemieckiej sonacie i z polskiego pomysłu zlepienia tego w całość przy pomocy tekstu, powstała ta „znana polska piosenka” – szlagier w kolekcji szlagierów Janusza Gniatkowskiego, jedna z tych piosenek, które pan Jacek Szydłowski wykonuje tylko dla Polaków:

Appassionata, wspomnienie dawnych dni,
Appassionata, melodia szczęścia chwil.
Dla ciebie grałem, gdy byłaś blisko mnie,
Swą wielką miłość
chciałem ci wyznać w niej.

Inną, powszechnie znaną, ciągle pamiętaną i lubianą przez publiczność „polską piosenką”, w których specjalizuje się pan Jacek, jest słynny meksykański utwór skomponowany przez Consuelo Velázqueza w 1940 roku, „Bésame mucho”, co znaczy „całuj mnie mocno”.
Z 1940 roku pochodzi także nie mniej sławna, napisana w Białymstoku, podczas gry w pokera, przez Jerzego Petersburskiego (muzyka) i Stanisława Laudana (tekst) „Błękitna chusteczka”… Czy jednak słusznie uchodzi ona za „polską”, skoro okoliczności jej narodzin są tak narodowościowo wątpliwe? Po pierwsze w 1940 roku Białystok był już pod sowiecką okupacją. Prawdziwi Polacy, należałoby się spodziewać, powinni być w lasach, a nie grać w pokera i melodyjki układać. Na dodatek ta piosenka – jak wspomina Laudan – jeszcze tej samej nocy została przetłumaczona na rosyjski. Tłumaczenie odbywało się zbiorowo. Tłumaczyli Henryk Gold, Petersburski, Laudan oraz, za przeproszeniem, Quart – szef Związku Muzyków w Białymstoku. Właściwie z marszu „Chusteczka” stała się jednym z największych przebojów Armii Czerwonej… No i co? „Polska” piosenka?
To niestety nie koniec. Oto, pod patriotycznym pretekstem artysta podtrzymuje przy życiu nawet takie coś:

Tam za górą jest granica,
Przy granicy jest strażnica,
A w strażnicy do swej lubej
Żołnierz pisał list…

Niby ładne, niby chwytające za serce, ale przecież napisane w 1950 roku! W samym środku stalinowskiej nocy. I to ma być utwór „tylko dla Polaków”?… Tego powinno się zakazać, to powinno się usuwać, jak ruskie pomniki!… Śpią w tym IPN-ie, czy do Ciechocinka nie jeżdżą?…
Wracając natknąłem się na jeszcze jednego muzyka. Śpiewał na ulicy. Miał głośnik, elektroniczne organy i miły uśmiech…

Gdzieś w hotelowym korytarzu krótka chwila
Splecione ręce gdzieś na plaży, oczu błysk,
Wysłany w biegu krótki list,
Stokrotka śniegu, dobra myśl
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć…

Przebój kogoś tak delikatnego jak Seweryn Krajewski, do tekstu kogoś tak lirycznego jak Agnieszka Osiecka, wykonywał człowiek-góra… Potężnie rozrośnięty w barach, wielki, z łapami do obsługi jakiejś maszyny budowlanej, a nie instrumentu klawiszowego. Raczej zbrojarz-betoniarz niż muzyk. A jednak śpiewał. Tak sobie, ale z wdziękiem.
Oparte o głośnik, napisane na kawałku kartonu, kopało po kostkach przechodniów jego artystyczne credo: „Zarabiam na życie jak w Madrycie”!

Bogactwo a zasobność – problem współczesności

Od zawsze ten który dużo posiadał był bogaty, dziwne ale teraz przestaje to być oczywiste.

 

Może się też wydawać, że poruszane przeze mnie kwestie to „oczywiste oczywistości” – ale prawda jest taka, że wiek XXI zweryfikował te pojęcia. Wcześniej – owszem, szły one w parze.
Od zarania dziejów zawsze ktoś, kto posiadał dużo dóbr – był z automatu „bogaty”. Dziś jednak w wysoko rozwiniętych krajach ogół społeczeństwa żyje bardzo bogato, ale – co zastanawiające – posiada coraz mniej na własność. Częstokroć teraz posiadanie nie daje przychodu ale daje obciążenia.
Jeszcze 100 lat temu ogół ludności w Polsce był w jakimś stopniu panem swego losu. Większość „włościan” czy rzemieślników posiadała środki produkcji na własność. Własna ziemia, własny sprzęt, własny dom, własny inwentarz. Tak było jeszcze w pokoleniu naszych dziadków, których wciąż dobrze pamiętamy. To byli prawdziwi włodarze. Pracowali ciężko, żyli najczęściej biednie, ale jednak nie ulegali mirażom tak wszechobecnego dziś populizmu.
Oni nie szukali sobie wodzów i zbawicieli narodu – dlatego, że ich los zależał w dużej mierze od nich samych. Zbawicielem był od zawsze Pan w Niebiesiech. Gdy był urodzaj – wszyscy szczęśliwi i wszyscy na tym korzystali; gdy nieurodzaj – pretensje wznoszono do Pana Boga, ale i do własnego lenistwa albo braku zapobiegliwości.
Narzędzia pracy pozwalały tylko na rozproszony system produkcji. Jeżeli szewc miał tylko kopyto i młotek – mógł, co najwyżej zatrudnić 2 do 4 czeladników, nie więcej. Gdy obrabiano pola, to bez mechanizacji zespół rodzinny mógł wspólnymi siłami obsiać bądź zebrać tylko z kilka hektarów. W tej chwili mamy ciągniki, które orzą całe noce i dnie bez kierowcy. Powstanie np. chińskiej megafermy na milionie hektarów w Afryce , to rzeczywistość – w dodatku bez niewolników!
Powstawanie fabryk bez pracowników też nikogo już nie dziwi. Gdy 10 lat temu przejeżdżałem ze znajomym Niemcem blisko Browaru w Schkeuditz w Saksonii, mój znajomy pokazał palcem i powiedział: „Byłem tam w zeszłym tygodniu, pokazali mi halę rozlewu i – nie do wiary – tam był tylko jeden człowiek. Na dodatek jeszcze wzięli czarnego, bo taniej”.

 

Co znaczy „globalizacja”?

Co oznacza dla nas koncentracja produkcji i kapitałów, co niesie ze sobą mechanizacja, automatyzacja i robotyzacja? Otóż to wszystko przyśpiesza , przyspieszone odchodzenie od bycia włodarzami, gospodarzami, właścicielami własnych warsztatów pracy.
Stajemy się natomiast dostatnio uposażonymi wyrobnikami. Te wszystkie procesy prowadzą do wyższej wydajności i obniżania cen towarów.
Cóż, coś za coś: tracimy być może małe, przytulne sklepy, indywidualne gospodarstwa, rzemiosło, za to kupujemy więcej i taniej w supermarketach. Należy pamiętać, że wszyscy ludzie w nich pracujący to już tylko najemnicy.
Śmiem twierdzić, że wręcz warunkiem współczesnego dobrobytu jest utrata powszechnej niedawno niezależności gospodarczej i indywidualnych środków produkcji szerokich mas ludności. Ogół społeczeństwa w bogatych krajach żyje dostatnio, ale musi stracić coś, co nazywa się zasobność. Tę zasobność traci się łatwo i bezboleśnie, bo w zamian wchodzi się do elitarnego „klubu bogatych”.
Gdy nasz dziadek kupił kawałek pola, to tym samym powiększał swój zasób i pośrednio swoje bogactwo. Gdy budował dom czy zabudowania, to robił to „za swoje” i wkrótce pozwalało mu to na zwiększenie inwentarza – pośrednio produkcji i wzrost bogactwa.
Najczęściej przeciętny rolnik przez całe życie pracował w pocie czoła, dorabiał się – żył skromnie, ale zawsze był „na swoim”. Gdy rodziło się kolejne dziecko, przyjmowano je jak dar losu, bo wychodzono z założenia, że tam, gdzie dwoje się uchowało to i trzecie się uchowa.
Masy ludności żyły biednie, lecz miały coś, czego nie da się kupić za pieniądze, miały biedną

 

pewność losu.

Dziś 43 procent obywateli USA cierpi na bezsenność. Nie śpią , bo rozmyślają: „co z naszym zakładem, koncern już buduje nową fabrykę w Chinach…; „co z pracą w banku, w przyszłym roku łączenie filii i na pewno nie będzie dwóch działów marketingu i księgowości…”; „co ze spłatą domu, zostały jeszcze 22 lata kredytu, samochód się starzeje, a z przedmieścia wszędzie daleko…”.
Zwykle wykwalifikowani pracownicy nawet po zwolnieniach znajdują gdzieś niezłą pracę. W konkurencyjnej gospodarce upadłości są normą, a wydajniejsze firmy nieustannie wypierają słabsze, towar tanieje, znów można za mniej kupić więcej.. Jednak ten stan „bogatej niepewności” zabija – dosłownie! – chęć „mnożenia się”. Ludzie boją się zakładać rodziny.
Jak wytłumaczyć paradoks, że w ubogich krajach przyrost naturalny jest nieodmiennie wysoki, a w takiej na przykład Francji mnożą się głównie ludzie napływowi? Decyzje o rozrodzie to coś, co umyka prostym wyjaśnieniom.
Gdy na sawannie panuje susza, antylopy stają się niepłodne lub następują poronienia. Gdy kobiety w wielkich korporacjach wchodzą w męskie współzawodnictwo – poczynają dzieci późno lub zgoła wcale.
To po prostu biologia. Prawa natury są jak prawa fizyki: dotyczą wszystkich, a najczęściej o ich działaniu nie mamy bladego pojęcia. Czym we wszechświecie jest szara materia i ciemna energia – nie wie nikt. Nawet Einstein czy Hawking.
Współcześnie kiedy młody, dobrze zarabiający człowiek chce się zabezpieczyć finansowo na przyszłość , jak to robili zawsze przodkowie – kupuje duży apartament na kredyt, bo, jak wiadomo, ,,nieruchomości zawsze w perspektywie czasu drożeją,,. Kupuje bardziej oszczędny, a przez to droższy samochód. Kupuje tak, jak radzi „Murator”: „Chcesz mieć ciepłą wodę użytkową za darmo, to kup panele”. Przecież ta prymitywna i kłamliwa reklama twierdzi że kupując otrzymasz coś za darmo. W rzeczywistości w naszym klimacie otrzymywanie ciepłej wody z solarów jest niepewne i bardzo drogie.
Inwestując w drogi, ładny dom – kupujesz pewność, że w gorszych czasach go nie sprzedasz, a jeżeli już, to z dużą stratą. W okresie dekoniunktury sprzedają się wyłącznie małe domy. Taki dom oznacza wyłącznie większe koszty elektryczności, ogrzewania i… wyższe podatki – o czym boleśnie przekonali się np. Hiszpanie i Grecy. Drogi, teoretycznie oszczędny samochód, np. hybryda to również inwestycja, która powiększa tylko koszty i w porównaniu ze skromniejszym samochodem jest zwyczajnie nieopłacalna.
Młodzi ludzie to dziś niewolnicy kredytów. Nie mają możliwości skutecznego inwestowania w majątek produkcyjny. Stają się bogaci gdy wszystko spłacą są już starzy i nic im z bogactwa. To tak jakby odkładać przyjemność z odbywania stosunków cielesnych… na starość. Nie mówię żeby nie oszczędzać ,ale możliwości inwestowania są bardzo ograniczone do wąskiej grupy.

 

Problem powszechnego populizmu

To zjawisko zawsze wynika z potrzeby chwili. Kiedy ludzie nie radzą sobie z okolicznościami losu, szukają przywódców, którzy wycisną z coraz węższego grona właścicieli daniny dla ogółu, podczas gdy ten w swej masie dawno już stracił narzędzia niezależności.
Poważne Partie socjalistyczno-ludowe mają małe poparcie, bo ludzi poważnie skrzywdzonych materialnie jest coraz mniej, prócz tego żadne szanujące się ugrupowanie polityczne nie da więcej niż obiecają populiści. Niemcy uwierzyli kiedyś wybitnemu populiście i 12 lat jego rządów znaczyło 7 milionów zabitych Niemców. Historia nie uczy się na błędach innych, trzeba sparzyć trzeba się samemu.
Czy danina w postaci postępującej niesamodzielności materialnej w zamian za względy dostatek jest warta swojej ceny, oceńcie państwo sami. Marzenie jednak o tym, by żyć sielsko, anielsko i na dodatek ekologicznie może okazać się mrzonką kiedy na świecie mamy już 7,5 miliarda ludzi.