Powracająca paranoja makkartyzmu

Amerykański intelektualista, profesor Uniwersytetu Columbia, Richard Hofstadter ponad pół wieku temu zauważył – iż decydujące znaczenie ma nie to, że ich rzecznicy dostrzegają tu i ówdzie działania takich lub innych sprzysiężeń, lecz to, iż uważają jakiś wielki, gigantyczny, ogólnoświatowy spisek za siłę napędową procesów historycznych. Historia jawi jako sprzysiężenie zawiązane przez jakieś demoniczne siły, wyposażone w transcendentalną moc. Aby odnieść nad nimi zwycięstwo, nie wystarczą zwykłe metody pertraktacji politycznych, potrzebna jest krucjata. Ta paranoja co jakiś czas powtarza się w USA, ostatnio w wersji polowania na „Antifę”, a wcześniej tropienia rosyjskiej dezinformacji w internecie (jakby inna nie istniała).
70 lat przed ściganiem antyfaszystów był makkartyzm. Nazwę zawdzięcza nazwisku Josepha McCarthy’ego, obsesyjnego antykomunisty, tropiciela spisków, fanatycznego konserwatysty, który w 1950 r. stanął na czele specjalnej senackiej podkomisji śledczej, a następnie Komisji do Badania Działalności Rządu. Zainicjował kampanię na rzecz badania lojalności pracowników administracji rządowej, szkół wyższych, wojska i innych instytucji życia publicznego oraz przeciwdziałania infiltracji komunistycznej. Celem akcji było zabezpieczenie instytucji rządowych przed inwigilacją ze strony agentów radzieckich specsłużb, ale szybko zamieniła się w dwudziestowieczną wersję inkwizycji. Na fali histerii wywołanej propagandą, w wyniku prezentowanych przez usłużne media apokaliptycznych zagrożeń ze strony ZSRR i światowego komunizmu zakres zainteresowań komisji został rozszerzony na inwigilację wszelkich środowisk opiniotwórczych, aktorów, reżyserów, dziennikarzy, naukowców i wszystkich ludzi powszechnie znanych.
Ludzie z listy sporządzonej przez McCarthy’ego i jego akolitów na podstawie osobistych, często niczym nie uzasadnionych uprzedzeń, byli kolejno wzywani na przesłuchania. Odmowa współpracy, w postaci braku denuncjacji nazwisk kolejnych osób podejrzanych o sprzyjanie lub związki z członkami partii komunistycznej, równała się ze złamaniem kariery. W przypadku osób zatrudnionych w prywatnych przedsiębiorstwach wysyłano donos do właścicieli, zaś w przypadku pracowników rządowych – blokowano ich dostęp do tajemnic państwowych. Tropiono nie tylko prawdziwych i rzekomych komunistów czy lewicowców, ale i tzw. nieobyczajność (czyli alkoholików, narkomanów, gejów, stroje kobiet), promując przy okazji określony model dobrego obywatela.
Amerykański historyk Stanley Schultz napisał: „Na znikomych lub nieistniejących dowodach swoich oskarżeń, McCarthy opierając się często na pomówieniach, donosach i insynuacjach, celowo niszczył reputację swoich przeciwników”. Czynnym i aktywnym delatorem Komisji McCarthego był aktor trzeciorzędnego sortu Ronald Reagan. Tytułem kontrastu – ofiarami prześladowań z jej strony padły osoby o takim wymiarze intelektualnym czy artystycznym, jak David Bohm, Charlie Chaplin, Aaron Copland, Paul Sweezy, Pete Seeger czy John Garfield. Materializacją metod działań Komisji McCarthego stał się nienaruszalny przez lata Edgar Hoover. Obsesję antykomunistyczną początkowo podsycała żądna sensacji prasa: dopóki Komisja McCarthy’ego nie zaczęła inwigilować i prześladować środowisk dziennikarskich, media ochoczo – z racji społecznego zainteresowania i sprzedaży smakowitych newsów – jej kibicowały i w niej uczestniczyły.
Na kanwie hucpy makkartyzmu liberałowie amerykańscy zasiadający w Kongresie wnieśli do jednej z licznych ustaw poprawkę delegalizującą Partię Komunistyczną USA. Liberałowie może i udzielali upomnień McCarthy’emu, ale sami również atakowali i wykluczali komunistów, czy raczej każdego, kogo uznano za „czerwonego”. W tym duchu wypowiadali się i działali tacy – uważani dziś za super demo-liberałów – przedstawiciele Partii Demokratycznej, późniejsi prezydenci USA, jak Lyndon Johnson czy John F. Kennedy.
Komu i po co było to wszystko potrzebne? W praktyce była to realizacja nauk pioniera PR Edwarda Bernaysa, powtarzającego, że ludzie są zwyczajnie głupi, można więc urabiać ich za pomocą środków masowego przekazu, tym samym sterując demokracją. Można skutecznie grać stereotypami, kliszami, emocjami. W tym wypadku udało się wmówić odbiorcom, że np. antykomunizm (a tym samym i rusofobia mająca być jego immanentną częścią) jest najważniejszym tematem żywo interesującym zwykłych Amerykanów, a zagrożenie jest realne i codzienne. Wojna koreańska i ofensywa wojsk chińskich odrzucająca US Army na 38 równoleżnik dały McCarthy’emu „nowe życie”. Trzeba było jakoś przykryć niepowodzenia tej interwencji, wywołując psychozę komunistycznego zagrożenia. Media wykonały swą robotę „na piątkę”.
Makkartyzm w ostatecznym rozrachunku potępiono. Ale czy zrezygnowano z tych technologii? Czy nie widzimy także w Polsce ich odpowiedników? Pytania są oczywiście, przynajmniej dla ludzi myślących, retoryczne. Tym bardziej, że Warszawa, wpatrzona w kraj Wuja Sama, niezwykle chętnie importuje stamtąd fobie, podejrzenia, obsesje, całe koncepcje i technologie prześladowania inaczej myślących. Ameryka dyktuje nam sposób widzenia świata i relacji międzynarodowych, amerykańscy religijni fundamentaliści zainspirowali swoich ideowych towarzyszy w Polsce do nagonek na mniejszości seksualne. Rynkowo-fundamentalistyczny sposób patrzenia na świat, potrzeba posiadania w każdym momencie historii wroga, którego trzeba zwalczać i tropić, by odwracać uwagę społeczeństwa od wewnętrznych, śmiertelnie poważnych problemów… Czy Polska i Polacy w tej mierze nie są nader podobni do swego umiłowanego patrona zza Oceanu ?

Kapsułki pamięci

Szanujmy wspomnienia

Genialny literacko i pieprzny erotycznie (jak na owe czasy) „Dekameron” Giovanniego Boccaccio zbudowany jest na pomyśle zamknięcia, w czasie zarazy czyli epidemii wywołanej przez „morowe powietrze”, grona postaci, młodych pań i panów, w azylu i powierzenia im ról opowiadaczy, gawędziarzy, czy jak powiedzielibyśmy dziś – narratorów. Opowiadaczy z tzw. nudów, wywołanych przymusową izolacją. Pomieścił więc Boccaccio swoje panie i panów w kościele Santa Maria Novella we Florencji i kazał im snuć zajmujące historie. Ubrał to w barwną, intrygującą, zajmującą, dowcipną, a nade wszystkim pikantną formę, dając przy okazji rodzajową, do pewnego stopnia realistyczną panoramę życia XIV-wiecznej Italii. Oczywiście nawet nie próbuję łapać za nogi mistrza Boccaccio, ale zawsze uważałem, że mistrzów należy (oczywiście w granicach rozsądku i porządku konstytucyjnego) próbować naśladować. A że nasz czas obecny wymusił także na mnie (dobrowolną – spokojnie, to nie kwarantanna!) samoizolację w zaciszu domowym, a pierwsze cyfry mojego peselu to 57, więc jest co opowiadać. Ponadto od przeszło trzydziestu lat jestem dziennikarzem i publicystą zajmującym się życiem politycznym za pomocą opisu i komentarza (w „Trybunie”, ale m.in. także przez lata w nieistniejącym już miesięczniku „Dziś”). A że nasza gazeta jest tytułem z przyrodzenia politycznym, więc te wspominki będą osnute wokół wątków i postaci politycznych z przyległościami. Nie będą to żadne epopeje pamiętnikarskie, ale krótkie, lekkie wspominki, jak przy ognisku, obrazki, kapsułki pamięci właśnie, momentami nie pozbawione akcentów humorystycznych, a przy tym całkowicie bezpretensjonalne, uwzględniające moją świadomość miary rzeczy. Tym bardziej, że najczęściej byłem skromnym obserwatorem, a z rzadka tylko jeszcze skromniejszym uczestnikiem. „Szanujmy wspomnienia” – śpiewali „Skaldowie”. Tym bardziej, że wspomnienia mamy jak w banku (chyba, że pamięć zawiedzie), a perspektywy na przyszłość są, z różnych powodów, mgliste.
A teraz już ad rem. Pierwsza kapsułka. Był lipiec 1969 roku, a ja miałem 12 lat i mieszkałem w moim rodzinnym Lublinie, gdy po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłem, polityka, ba, postać historyczną. Tą postacią był Józef Cyrankiewicz, ówczesny premier rządu PRL. Pewnego dnia ojciec wziął mnie za oszewkę, zabierając na uroczystości 25 rocznicy wyzwolenia hitlerowskiego obozu koncentracyjnego na Majdanku. Znalazł się wśród zaproszonych jako były więzień, co prawda nie Majdanka, ale KL Buchenwald na terenie III Rzeszy, a przy tym jako członek ZBOWiD (w którym nota bene, jako były akowiec i syn legionisty oraz żołnierza POW, znalazł się w moim odczuciu jako skryty, choć nieprzesadnie groźny, reakcjonista). Uroczystości się rozpoczęły, dzień był pochmurny, deszczowy, pokaźny tłum przybyłych, kombatanci, rodziny, oficjele, goście poboczni, dziennikarze, fotoreporterzy orkiestra wojskowa, hymn i te rzeczy. Sami rozumiecie, że jako normalny, 12-letni szczeniak nie byłem zachwycony tą atrakcją. Jednak z perspektywy dziesięcioleci uważam, że trafiło mi się, jak ślepej kurze ziarno, ciekawe wspomnienie. Oto zaraz po otwarciu uroczystości ogłoszono, że „głos zabierze teraz Prezes Rady Ministrów, premier Józef Cyrankiewicz” (tak to dokładnie brzmiało). Stałem obok ojca, wśród szpaleru gości, odgrodzonych sznurem od centrum celebry. Cyrankiewicz, dotąd słabo widzialny, podniósł się z krzesła w honorowym rzędzie i przemówił do mikrofonu. Dzieliło nas od niego kilkanaście metrów. I oto, po przemówieniu, skierował się w naszą stronę i przeszedł wzdłuż naszego szpaleru, w odległości 2-3 metrów. Był ubrany w elegancki czarny płaszcz typu „dyplomatka”, cały czas z gołą głową. Uderzyła mnie jego płomieniście czerwona cera i lśniąca łysina, którą ocierał z potu kraciastą chustką. Uroczystość skończyła się, opuściliśmy teren byłego obozu i aleją Męczenników Majdanka ruszyliśmy w dół ku centrum miasta. W pewnej chwili, będąc w dużej już odległości od Majdanka, usłyszałem za plecami powtarzany głośno komunikat: „Proszę odsunąć się z drogi, bo jedzie premier” (dokładnie tak). Zobaczyłem radiowóz Milicji Obywatelskiej, szarą „warszawę” i wychylonego przez otwartą szybę milicjanta z megafonem, z paskiem czapki pod brodą. Po chwili pojawiła się elegancka, czarna limuzyna, która szybko i bezszelestnie „bzyknęła” mi przed oczami. W ułamku sekundy zobaczyłem raz jeszcze łysinę Józefa Cyrankiewicza.

W autobusie

Był schyłek czerwca 1989 roku, czyli niedługo po sławetnych wyborach parlamentarnych, które zakończyły rządy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i trwanie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Tego dnia wybrałem się na wycieczkę do stolicy. We wczesne, upalne popołudnie wskoczyłem, na przystanku nieopodal Belwederu, do huczącego jak traktor autobusu komunikacji miejskiej marki jelcz. Wskoczywszy zobaczyłem, że schodkami wejściowymi wspina się za mną, niezbornie, z wysiłkiem, trzymając się poręczy drżącymi rękami, jakiś mocno starszy, siwy, przygarbiony pan o haczykowatym nosie, w porządnym garniturze stalowego koloru. Mimo, że w autobusie było sporo pasażerów, nikt nie pospieszył mu z pomocą, choć ustąpiono mu miejsca. Ja też nie wyciągnąłem do niego pomocnej ręki, bo na jego widok cokolwiek oniemiałem. Poznałem bowiem, że jest to dobrze mi znany z fotografii w gazetach, książkach, z dawnej telewizji i z filmowych kronik dokumentalnych sam Zenon Kliszko, niegdyś druga, po Władysławie Gomułce, osoba w partii i państwie, uważany za głównego ideologa PZPR, a przy tym miłośnik twórczości Norwida. Na następnym przystanku, tuż przy Parku Ujazdowskim, Kliszko wysiadł, z podobną zresztą trudnością jak wsiadał i tyle go widziałem. Przez ułamek sekundy przeszła mi przez głowę myśl, by wysiąść za nim i zagadnąć go. Nie odważyłem się jednak, tym bardziej, że nieraz czytałem o jego porywczym charakterze, więc bałem się niechętnej i nieufnej reakcji. Kilka miesięcy później, 4 września 1989 roku, czyli w pierwszych dniach działania rządu Tadeusza Mazowieckiego, Zenon Kliszko zmarł.

Egzamin

Edwarda Gierka nigdy nie zobaczyłem na własne oczy, co wypomniał mi w formie przygany pułkownik K., oficer polityczny Studium Wojskowego w Lublinie, po wojnie żołnierz KBW. Było to podczas egzaminu z „wojska”, w czerwcu 1980 roku, który to egzamin oblałem z powodu kompletnej, durnie nonszalanckiej, szwejkowskiej ignorancji. Pułkownik K, szef komisji egzaminacyjnej, znajdował się, podobnie jak siedzący za stołem przykrytym zielonym suknem mundurowi, w stanie wskazującym na spożycie, co było zresztą tradycją, w której my, studenci, pokładaliśmy duże nadzieje. Zdemaskowawszy otchłań mojej ignorancji po zadaniu pytań praktycznych, pułkownik K. rzucił mi, być może prowokacyjne, być może ratunkowe, pytanie polityczne. Zapytał mnie mianowicie, czy pamiętam, co powiedział „przywódca naszego narodu, towarzysz Edward Gierek na spotkaniu z młodzieżą akademicką miasta Lublina we wrześniu 1979 roku?”. Moja odpowiedź była debilnie nonszalancka i bezczelna: „Niestety nie wiem, bo byłem wtedy na wakacjach”. Na to pułkownik K. zareagował stanowczym, wojskowym tonem: „Szkoda, że studenta nie było. Bo towarzysz Edward Gierek powiedział wtedy, cytuję: Młodzieży akademicka, ucz się, szanuj swoich nauczycieli i zdobywaj wiedzę dla dobra narodu, dla pomyślności i rozkwitu naszej ojczyzny, Polski Ludowej”. „Dziękuję studentowi” – dodał K na „pożegnanie z bronią”. Pomimo to wyszedłem z sali w doskonałym nastroju, z idiotycznym, optymistycznym przeświadczeniem, że mimo wszystko zdałem egzamin, uporczywie nazywany przez mnie „formalnością”. Po chwili jednak usłyszałem od porucznika K., życzliwego dowódcy mojej kompanii, bezlitosny wojskowy komunikat: „Panie Lubczyński, padł pan”. Egzamin poprawkowy zdałem pomyślnie w wakacje. To było moje jedyne i – trzeba przyznać – bardzo pośrednie spotkanie z Edwardem Gierkiem. Z własnej mojej winy.

Jak poznałem Cezarego Barykę

W „Karafce La Fontaine’a” Melchior Wańkowicz poświęcił prześmiewczy rozdział pisarzowi i publicyście Stanisławowi Strumph-Wojtkiewiczowi. Ten, jako młody dziennikarz obracał się wokół ważnych figur z kręgów polskiej wojennej emigracji politycznej i wojskowej na Zachodzie, m.in. przy generale Sikorskim. Wańkowicz obśmiał Strumpha jako mitomana, który w swoich książkach w sposób zupełnie fantazyjny miał podnosić swoją rangę jako protagonisty ważnych zdarzeń i patrona ważnych polityków oraz wojskowych w ważnych historycznie momentach. Wańkowicz nazwał go nawet „polskim baronem Műnchausenem”. Jednym z detali przywołanych przez Wańkowicza jest ten, w którym Wojtkiewicz napisał gdzieś, iż w postaci Cezarego Baryki z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego, którego poznał jako młody dziennikarz przy okazji wywiadu, rozpoznał później samego siebie. Uznał więc, że jest pierwowzorem głównego bohatera „Przedwiośnia”. Tak się złożyło, że gdy miałem dwanaście lat (1969), ojciec zabrał mnie, a był to maj, na jakiś kiermasz książki, w ramach Dni Oświaty Książki i Prasy, w niewielkim miasteczku na Lubelszczyźnie. Na kiermaszu tym Stanisław Strumph-Wojtkiewicz podpisywał swoją książkę „Gry wojenne”, o polskim udziale we francuskim Ruchu Oporu. Pamiętam, że podeszliśmy do stolika, przy którym siedział pisarz i ojciec poprosił go o dedykację imienną dla mnie. Została wpisana po pytaniu: „Jak masz na imię?”. Co prawda Wańkowicz drwił z Wojtkiewicza jako mitomana (nie mam pewności czy słusznie), który nałogowo i notorycznie podwyższał rangę swoich bezpośrednich kontaktów z wielkimi postaciami historycznymi (Mussolini, Rydz-Śmigły, Władysław Sikorski), to jednak postanowiłem trzymać się w cichości ducha korzystnej dla pisarza wersji. Jeśli bowiem istnieje choć ułamek promila, iż mogłem osobiście poznać człowieka, który był pierwowzorem Cezarego Baryki, to czemu tego nie uznać? W końcu człowiek nie na co dzień spotyka Cezarego Barykę. A poza tym, komu to może przeszkadzać?