Podaj koniecznie

„Śmiech jest dla duszy tym samym, co tlen dla płuc”
Louis de Funes

Teatr Podaj Dalej jest to mały teatr zawodowy z Warszawy istniejący od 2014 roku. Zespół stanowi kilkoro zaprzyjaźnionych aktorów, którzy postanowili zacząć samodzielnie pisać sztuki i występować. Ich autorskie spektakle nie są grane przez żaden inny zespół.
Nie mają swojej siedziby i korzystają z gościnności domów kultury w całej Polsce. Dzięki temu odwiedzili już kilkadziesiąt miast, miasteczek i wsi, znajdując również miejscowości, do których nie dotarł jeszcze żaden teatr profesjonalny. Grając w takich miejscach widzieli szczęście oraz wzruszenie widzów. Dla wielu osób był to pierwszy kontakt z żywym teatrem. Widzowie mogli się przekonać, że nie zawsze sztuki są pisane trudnym językiem oraz że nie muszą odbywać podróży do najbliższego miasta, by obejrzeć spektakl. Goszcząc aktorów u siebie mogli poczuć się swobodnie i dzięki temu otworzyć się na świat kultury. Chętnie wracali na kolejne sztuki, zachęcając również rodziny i znajomych.
Dla Teatru Podaj Dalej bardzo ważne jest, żeby język sztuk był prosty, zrozumiały dla przeciętnego widza. Chcą pokazywać, że teatr to miejsce przyjazne dla każdego, otwarte na kontakt z publicznością oraz pełne możliwości. Bardzo chętnie rozmawiają z ludźmi, są ciekawi ich historii, opinii oraz przeżyć po obejrzanych sztukach.
Widzom podoba się połączenie komedii z poruszanymi w niej tematami, które są aktualne i odzwierciedlają problemy współczesnym ludzi. W końcu poprzez śmiech łatwiej jest mówić o sprawach trudnych. Uważają, że sztuka powinna bawić oraz stawiać pytania, na które widz sam będzie szukał odpowiedzi.
Teatr Podaj Dalej bardzo chce łączyć ludzi i przekonywać, że lepiej jest budować mosty niż stawiać mury. Każdy człowiek jest ważny i wyjątkowy, ma talenty, którymi może się podzielić z innymi, cele, które łatwiej realizować w grupie. Zespół jest otwarty na ludzi kochających teatr i wszelkiego rodzaju pasjonatów.
Działalność teatru można obserwować na ich profilach: na Facebooku, Instagramie oraz powstałym niedawno kanale Youtube.

Najtrudniej jest sprzedać teatr prawdziwy

Adam Sajnuk, dyrektor artystyczny Teatru WARSawy odpowiada na pytania Tomasza Miłkowskiego.

Kiedy rozmawialiśmy pięć lat temu, Teatr WARSawy już zadomowił się na warszawskim Nowym Mieście, ale nie było wcale pewne na jak długo. Udało się jednak Teatrowi przetrwać w tym miejscu. Kto pomagał, kto przeszkadzał?
Kamienica, w której siedzibę ma Teatr WARSawy, wydaje się być miejscem wprost stworzonym do inicjatyw związanych ze sztuką. Starsze pokolenie pamięta funkcjonujące tu przez kilkadziesiąt lat kultowe kino WARS – PRL-owskie i trącące myszką, niemniej urokliwe. A my w ducha lat 50. tchnęliśmy nowoczesnego i offowego ducha teatru. Aczkolwiek po naszej ostatniej rozmowie – tj. przez kolejne 5 lat nikt nie był w stanie wziąć na wokandę naszej sprawy, aż do maja br. Przez ten okres były protesty, pisma do urzędu miasta i ratusza – organizowaliśmy koncerty, happeningi w naszej sprawie, ale cały czas nie było odzewu. Nagle i to podczas pandemii uchwała Rady Miasta została przegłosowana – budynek w całości przeszedł w ręce miasta, ale teraz tzw. piłka jest po stronie właśnie miasta. Miasto scali nieruchomość kina Wars, która w części do niego należy, zapewniając trwałe warunki dla kultury. Na tę decyzję czekaliśmy kilka lat. To niezwykle istotny krok dla Teatru WARSawy. Dużym wsparciem było Biuro Kultury – zarówno Tomasz Thun-Janowski i obecny dyrektor tej instytucji Artur Jóźwik nam pomagali, gdyż nasze wnioski o dotacje były rozpatrywane pozytywnie. Dostawaliśmy duże wsparcie i dlatego z pewnością mogę powiedzieć, że Biuro Kultury jest naszym dobrym mecenatem.
Niemniej czekamy na ruch miasta, jak potraktuje organizację, która tym miejscem obecnie zarządza. Na razie nie dostaliśmy żadnej zapowiedzi i nikt w tej sprawie specjalnie się z nami nie skontaktował – więc tak naprawdę nadal jesteśmy w zawieszeniu. Wciąż płacimy czynsz deweloperowi. Stąd też zwracamy się do miasta, że jesteśmy gotowi do rozmów, aby ustalić strategię miejsca. Mam szczerą nadzieję, że miasto dotrzyma swoją wieloletnią obietnicę, że na Rynku Nowego Miasto pozostanie centrum teatrów niezależnych pod naszą kuratelą, tj. organizacji pożytku publicznego.
W utrwaleniu mody na to miejsce pomógł chyba „Pożar w Burdelu”?
Z pewnością „Pożar w Burdelu” się przyczynił do popularności Teatru WARSawy. To była gościnna opcja, ale były też Teatr Montownia i Teatr Papahema, choć my konsekwentnie stawiamy na nasz repertuar. Oczywiście „Pożar w Burdelu” był swego rodzaju offową opcją kabaretu, która wpisywała się w ideę naszej działalności i przyciągnął publiczność na Rynek Nowego Miasta. Cieszę się, że to miało miejsce – choć uniknąłbym sformułowania związanego z „modą”. Najtrudniej jest sprzedać teatr prawdziwy, a to jest naszą pasją. Tworzymy repertuar ambitny i to jest najcenniejsza dla nas publiczność. To nasz cel i misja, ale też mamy miejsce na działania jak „Pożar w Burdelu”, bo formacja widzów, która nie chodzi do teatrów, poszukuje takiej opcji czasu wolnego. Oni chcą się rozerwać i w taki sposób teatr utożsamiają.
Uważam, że wizerunek naszego miejsca tworzy przede wszystkim stały repertuar, który od 8 lat utrzymujemy – są nowe premiery, projekty społeczne, które mają dawać szanse młodym artystom, by stawiali pierwsze kroki na scenie. Te z zasady mają mniejszą publiczność – bo to debiuty, ale to jest naszą misją. Niemniej tytuły, które powstały w ramach projektu Społeczna Scena Debiutów okazały się, że są tak popularne, iż gramy przy pełnej publiczności, a nawet i nadkompletach, jak np. „Śmieszne miłości”. Podsumowując – tak jak teatr telewizji ma mniejszą publiczność to i my uderzamy w inną publiczność i w tym widzimy sens, i tym wygrywamy, bo mamy stałą widownię, która nas śledzi, ale i wciąż rośnie. Co do popularności naszego miejsca to warto zwrócić też uwagę na to, że w zeszłym roku zatrudniliśmy łącznie 181 osób (etaty, dzieła, zlecenia), nie wliczając firm, jak na przykład aktorzy mający własną działalność gospodarczą. To najlepsze potwierdzenie jak wiele osób u nas pracuje i gra, w tym też debiutanci, którzy zaczynają swoją karierę właśnie w Teatrze WARSawy. Wciąż zobowiązuje nas opinia, że tu się nie najgorzej pracuje, że tu się niczego narzuca, że aktora traktuje się normalnie, po partnersku. Zawodowcy czują się tu świetnie, to dla nich jako artystów łyk świeżego powietrza. A debiutanci mają szansę na dobry start.
Nie wszystko udało się ocalić. Zniknął jednak festiwal monodramu współczesnego. Szkoda. Czy może pożegnaliście przegląd bez żalu? Bo z monodramem najwyraźniej się nie rozstaliście.
Powstało kilkanaście edycji tego wydarzenia. Nagle nie dostaliśmy dofinansowania na Festiwal Monodramu Współczesnego, a to był dla mnie dość wyraźny komunikat. Co więcej, nie mogliśmy kontynuować tego projektu z własnych środków. Niemniej przez te lata pokazaliśmy setki monodramów. Aczkolwiek też poczułem, że moja osobista historia w tej sferze się kończy – chcę robić spektakle, a nie gościć i oceniać. Był to oczywiście niezwykle wspaniały czas, ale przyszedł czas na coś nowego. We mnie skończył się potencjał i zacząłem szukać nowych tematów.
Nowością stała się swego rodzaju „szkoła stand up-u” kwitnąca dzięki współpracy z aktorami Montowni i Papahemy. Czy stand up zakorzeni się w Polsce – Teatr WARSawy chce w tym uczestniczyć?
Coś się skończyło a coś zaczęło. Stand up funkcjonuje u nas już od 2 lat, a co najważniejsze to w tej formule odnaleźli się także debiutanci. Przed nami nowe tytuły, jeszcze jesienią br. Stand up zatem rozwijamy, szczególnie na małej scenie – choć jest to stand up alternatywny, aby stand upiści, którzy działają w offie mogli stać na scenie. Widzę zdecydowanie stand up jako jedną z form, która działa.
Stworzyliście przy teatrze Społeczną Scenę Debiutów. To rodzaj inkubatora talentów? Konkurencja dla szkół teatralnych? Jakie nadzieje wiąże pan tym projektem?
Absolutnie nie jest to konkurencja a wsparcie, dlatego naszymi partnerami są warszawska Akademia Teatralna i wydział scenografii stołecznej ASP. Poza szkołą dajemy zatem dodatkowe wsparcie, by studenci mogli się realizować nie tylko w dyplomach. Społeczna Scena Debiutów to jedno z niewielu miejsc, które szerzej podchodzi do debiutu. U nas te proporcje są często odwrócone – debiutanci są na pierwszym planie, a zawodowi aktorzy grają epizody. To miejsce, by młodzi mogli się zaprezentować i zaprosić krytyków. Zatem tworzymy unikatową przestrzeń dla młodych twórców, m.in. aktorów, reżyserów, scenarzystów, grafików do wyszkolenia swojego warsztatu artystycznego pod okiem profesjonalistów oraz zaprezentowania wyników swojej pracy szerszemu gronu odbiorców. Każdy debiut ma stanowić swoistą wizytówkę młodego artysty wychodzącego spod skrzydeł uczelni i rozpoczynającego karierę zawodową.
Sporo tytułów na afiszu WARSawy nawiązuje do mniej lub bardziej znanych filmów – to poniekąd teatralne wersje scenariuszy filmowych. To świadomy wybór czy przypadek?
Nikt nie ukrywa, że inspirację czerpię z filmów. Jestem filmoznawcą z wykształcenia. Zatem w moim portfolio jest rzeczywiście dużo teatralnych wersji scenariuszy filmowych jak „Kochankowie z sąsiedztwa”, „Zaklęte rewiry”, „Ruby”. Co więcej, jest naprawdę mnóstwo tytułów, które miały adaptacje w kinie. Kino i teatr od wielu lat się przenikają – to nie dwa oddzielnie media. Nie czuję się w tym odosobniony, choć rzeczywiście dużo tego robię odkąd tworzę teatr. To jest świadome i związane z moimi preferencjami – dla mnie ciekawe jest przekładanie sztuki filmowej na teatr.
Co w takim razie pozostaje jądrem czy głównym nurtem repertuaru Teatru WARSawy i stanowi o odrębności tego zjawiska na mapie teatralnej Warszawy? Czy mógłby pan wskazać na tytuły, które określają najlepiej profil teatru. Dla obserwatora z zewnątrz to zapewne wasze evergreeny, takie jak „Kompleks Portnoya” czy „Zaklęte rewiry”.
Nigdy nie chciałem stworzyć wyraźnego jądra tożsamości. W ogólnej przestrzeni jesteśmy postrzegani jako teatr niekomercyjny, ambitny i otwarty na różne kierunki w sztuce – taką opinię udało się uzyskać, a co ważniejsze utrzymać przez lata funkcjonowania. Aczkolwiek nie mamy wyraźnego profilu jak np. stricte psychologiczny teatr czy zaangażowany politycznie. Nigdy nie deklarowałem się i nie będę się deklarować. Dla mnie teatr ma wiele twarzy. Jeśli jest jakieś epicentrum to różnorodność: „Kobieta, która wpadała na drzwi” dotyka mniejszości, „Zaklęte rewiry” są współczesną opowieścią o korporacji. „Taśma” i „Kompleks Portnoya”, ewidentnie spektakle psychologiczne – ale jeden to thirller, a drugi to coś na pograniczu groteski. Ale są też takie spektakle jak „Tato nie wraca”, monodram Agnieszki Przepiórskiej, który jest osobistą opowieścią. „Ofiara” to też teatr z innej półki – opowiadał o warstwie historycznej, międzyludzkiej i czule opisywał zjawisko antysemityzmu. Niemalże każdy tytuł to zupełnie inny rodzaj teatru i historii. „Śmieszne miłości” Kundery są lekkie, dowcipne, ale też gorzko-ironiczne. Warto wymienić też musical „Nie piję, nie palę, chętnie zrobię z pani mamę”, który przygotowano na podstawie książki reporterskiej Konrada Oprzędka „Polak sprzeda zmysły”.
Zatem Teatr WARSawy to przede wszystkim różnorodność, temu zawsze byłem i będę wierny. Im teatr ma więcej twarzy, tym dla widza to ciekawsze.

Izolacja jest zabójcza dla teatru

Joanna Nawrocka, dyrektor Teatru Ochoty odpowiada na pytania Tomasza Miłkowskiego.

W tym roku upłynie pół wielu od premiery otwarcia Teatru Ochoty. Czy na jubileusz planujecie wystawić dramat Stefana Żeromskiego „Uciekła mi przepióreczka” tak jak przed pięćdziesięciu laty uczynił to Jan Machulski?
Nie, nie mamy takich planów. Gdy rozmawiamy o pięćdziesięciu latach istnienia Teatru Ochoty, to nie ten tytuł jest dziś najważniejszy.
Czy duch teatru-domu, jak zwykli mawiać Machulscy, przetrwał w murach tego teatru?
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie – raczej powinni to zrobić pracownicy Teatru, aktorzy czy uczestnicy Ogniska Teatralnego. Myślę, że to było zjawisko właściwe tylko dla nich – małżeństwa, które założyło ten teatr. Już przez to, że pracowali razem nad wspólnie wymyślonym i zrealizowanym dziełem, sprawiało, że był dla nich drugim domem.
Dziś czasy są nieco inne, inny sposób tworzenia teatru. Inaczej też uczestniczą w jego działaniach odbiorcy, którzy w ogromnym stopniu wpływali na to, czym był Teatr Ochoty. Kiedyś szukali w nim azylu, miejsca ekspresji światopoglądowej. Dziś widzowie mają inne oczekiwania od teatru, szukają refleksji, rozrywki, ale po spektaklu wracają do własnych domów. Dosłownie i w przenośni.
Tradycja, wprawdzie przerwana, ale dobrze pamiętana, ośrodka Machulskich jest dla Ochoty drogowskazem czy ciężarem?
Bez wątpienia jest drogowskazem, choć drogi, mówiąc znów metaforycznie, są zupełnie nowe. Teatr Ochoty tworzą ludzie, którym bliska jest idea teatru studyjnego, wyrosłego z tradycji „Reduty”. W edukacji teatralnej walczymy o pracę zespołową i długofalowy proces jako najważniejszej naszym zdaniem czynniki wpływu teatru na człowieka. Choć jako miejski teatr obowiązuje nas wiele biurokratycznych procedur, na różne sposoby łagodzimy kontakt procesów artystycznych i edukacyjnych z machiną instytucji. Świadomie czerpiemy inspiracje z praktyki założycieli Teatru i stosujemy te koncepty, które dziś mają szansę się sprawdzić. Jednym z nich jest pomysł teatru dla rówieśników – tworzenie przez młodzież spektakli, które są prezentowanej rówieśniczej widowni. Czasem myślę, że tak mało wiemy o tych minionych 50. latach, a czasem mam wrażenie, że ten duch teatru Machulskich, o którym mówiliśmy wcześniej, jakoś mimowolnie przenika wszystko, co robimy.
Dziesięć lat temu, Teatr Ochoty wszedł w mariaż ze Studiem Teatralnym Koło. Jak to posunięcie wpłynęło na oblicze teatru?
Ten związek dał Teatrowi Ochoty nowych ludzi i nową siłę. Wokół Marty Wójcickiej i Igora Gorzkowskiego zawiązany był krąg ludzi, artystów i działaczy, którzy częściowo zasilili instytucję. Potem przyszedł remont Ochoty i jednocześnie otwarcie Teatru Soho – stałej sceny Koła. Przez trzy lata bezdomności Ochoty to tam działy się wspólne projekty obu teatrów, pojawiły się wspaniałe koprodukcje, jak „Kalino malino czerwona jagodo”, „Burza” czy „Idiota”. Po nowym otwarciu Teatru Ochoty ten związek zaczął się siłą rzeczy rozluźniać – każda ze scen pracuje na swoją własną markę i publiczność. Instytucja ma swoje przywileje i ograniczenia, stowarzyszenie – swoje. Wciąż jednak kilka osób działa na rzecz obu miejsc, przede wszystkim Igor Gorzkowski, kształtując je artystycznie.
Po zakończonym remoncie (2014) w budynku długo unosił się zapach cementu i specyficzna woń „wykończeniówki”. Z czasem ta świeżość wyparowała, ale czy pozostał powiew świeżości? Co Ochocie przyniósł remont?
Przede wszystkim nowy start. Dostaliśmy szansę, jaką ma niewiele instytucji, by uruchomić teatr na nowo, świadomie decydując, co wypełni wyremontowane mury. To jednocześnie wspaniałe i ogromnie trudne wyzwanie. Zwłaszcza, że skuteczne prowadzenie teatru wymaga kapitału zaufania u artystów i publiczności, a tego, zaczynając od zera, ma się bardzo mało. Gromadzimy więc ten kapitał instytucji, składając go z naszych jednostkowych zasobów, które każdy z zespołu zdobywał wcześniej.
Odnoszę wrażenie, że chcieliście ten dom na nowo wziąć w posiadanie, oswoić. Czy dlatego pojawiło się kilka spektakli granych nieomal wszędzie, w najdziwniejszych nawet zakamarkach budynku?
Te pomysły – jak w spektaklu „Triatlon”, czy w cyklu „Głośne czytanie” – służyły rzeczywiście oswojeniu tego budynku, dość bezdusznego po remoncie. Wszechobecna biel kojarzyła się z zupełnie innymi miejscami, sama scena zajmuje stosunkowo niewielką przestrzeń w całej kubaturze. Chcieliśmy niejako „zaszczepić” teatr w każdym pokoju, trochę jak bluszcz, który miałby obrosnąć te świeże ściany i wytwarzać teatralny tlen, ale też pokazać widzom i artystom, że mamy wiele świetnych przestrzeni, w których na co dzień toczy się mniej oczywiste życie teatru.
W Ochocie powstało swego rodzaju centrum poszukiwań warsztatowych młodego teatru, najmłodszej dramaturgii. Czy takie były intencje konkursu „Polowanie na motyle”?
Pomysł konkursu pojawił się w odpowiedzi na dylematy, w jaki sposób układać program teatru dla młodych twórców i widzów. „Polowanie na motyle” rozwiązało pierwszą, artystyczną część tej układanki. Rywalizacja – ale wieloetapowa, połączona z pracą warsztatową, co sprawiało, że każdy uczestnik miał szansę skorzystać z udziału w konkursie na różne sposoby. Zaproponowaliśmy konkursy dla aktorów (w tym jeden dla aktorów do 18. roku życia), reżyserów, grup teatralnych, dramaturgów, mieliśmy konkurs na spektakl dla najnajów. Powstały wspaniałe przedstawienia: pierwsze, na otwarcie teatru, „33 powieści, które każdy powinien znać” przekroczyło 100 grań i wciąż jest w repertuarze. „Life is cruel, people are bad” w wykonaniu Grupy Kąsaj Fabułkę otrzymało wyróżnienie w Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Sztuki Współczesnej, podobnie jak młodzi autorzy wspomnianego „Triatlonu”. „Księżycowo”, spektakl taneczny Kolektywu Holobiont dla najmłodszych dzieci, cieszy się ogromnym powodzeniem. Po 11. edycjach przed nami zwieńczenie Polowań – konkursy dla młodych aktorów na całosezonową współpracę.
W programie Teatru Ochoty spotykają się spektakle dramatyczne, performanse, teatr tańca i ruchu. A nawet elementy teatru muzycznego. Nie stawiacie barier estetycznych. Czy to programowy eklektyzm, czy otwarcie na poszukiwania? Zgodnie z Pani deklaracją, że Teatr Ochoty to „miejsce otwarte na nowe projekty, chętnie nawiązujące współpracę z młodymi ludźmi, miejsce poszukujące nowej drogi we współczesnym świecie”.
Ta różnorodność wynika z decyzji o zaufaniu młodym artystom. Możliwości przestrzenne i finansowe Teatru narzucają wiele ograniczeń twórcom; muszą się po raz pierwszy czy drugi w życiu odnaleźć w realiach instytucji. Dlatego jesteśmy otwarci na ich propozycje i większość z nich przyjmujemy za dobrą monetę. Obserwujemy też uważnie życie teatralne i kulturalne w Polsce i za granicą, wiemy, jakie obszary teatru współcześnie niosą największy potencjał artystyczno-społeczny. Dlatego m.in. współpracujemy z wieloma artystami tańca, w takich spektaklach jak „We are not superheroes”, „Zatoka Suma” czy „Księżycowo”.
Dla takiego teatru jak Ochota ważna jest – i poniekąd wymuszona przestrzenią – bliskość aktora i widza, a w wielu spektaklach trudno wyobrazić sobie ich kształt z zachowaniem tzw. dystansu społecznego, wymuszanego walką z pandemią. Czy możliwe jest przejściowe choćby współistnienie teatru z obostrzeniami stanu epidemicznego?
Mam taką niewesołą refleksję po ostatnich tygodniach, że walka z chorobą poprzez izolację jest zabójcza dla teatru. Skoro ludzie nie mogą się gromadzić, spotykać, a najważniejszym dziś elementem teatru jest właśnie spotkanie ludzi we wspólnym przeżyciu, to teatry mają nikłe szanse przetrwania w obliczu globalnych epidemii. Powiedziawszy to, zrównoważę czarną wizję nieuleczalnym optymizmem – wierzę w to, że potrzeba tworzenia i potrzeba spotkania będzie w nas większa niż lęk przed chorobą. Mam też nadzieję, że rządy i samorządy będą pamiętać o potrzebach kulturalnych obywateli i nie zrezygnują z mecenatu nad teatrami. A co do Ochoty – to należymy do tych teatrów, w których liczba aktorów i obsługi jednego wieczoru może wyczerpać możliwości podyktowane reżimem sanitarnym. Choć to bardzo trudne, ze wznowieniem spektakli poczekamy do nowego sezonu. Tymczasem ciężko pracujemy nad podtrzymaniem Ogniska.
Teatr Ochoty nie daje zbyt wielu spektakli rocznie. Z czego to wynika?
Z rozmiaru naszej teatralnej „machiny” – miejsca na przechowywanie dekoracji, liczby pracowników, zajętości aktorów i naszego zasięgu informacyjnego, który pozwala na dotarcie do określonej liczby widzów. Z tego, że mamy tak bogatą działalność edukacyjną, która właśnie dlatego jest wyjątkowa, że może częściowo dziać się na prawdziwej teatralnej scenie. Wreszcie z tego, że udostępnianie naszej przestrzeni młodym grupom teatralnym (np. festiwalom licealnym) traktujemy jako ważny element realizacji naszej misji. Układając repertuar, mamy w miesiącu zawsze o dwa weekendy za mało…

JOANNA NAWROCKA (ur. 1981), absolwentka Akademii Teatralnej i Szkoły Głównej Handlowej, dyrektor naczelna Teatru Ochoty od roku 2010. Wcześniej pracowała m.in. przy organizacji dużych festiwali teatralnych (m.in. Dialog we Wrocławiu, Warszawskie Spotkania Teatralne), odpowiadała za kontakty międzynarodowe Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego.