Gniew demonstrantów

Setki Kubańczyków wyszły na ulice miast w protestach przeciwko pogarszającym się warunkom życia. W ostatnich miesiącach gospodarka kraju znalazła się w największym kryzysie od lat. W sklepach zabrakło podstawowych produktów, w kraju brakuje prądu i artykułów medycznych a sytuacja jest szczególnie zła na prowincji. W demonstracjach udział biorą głównie młodzi ludzie a protesty przybrały charakter antyrządowy.

Demonstranci są zdesperowani, mają dość obecnej sytuacji, ciągłych niedoborów, braków wszystkiego i niepewności. Niektórzy demonstranci obrzucili policję brukówkami, starli się ze zwolennikami rządu i skandowali hasła „Wolność”, „Równość” lub imię Fidel!, co ma podkreślić, że chodzi tu o przypomnienie rządowi o podstawowych wartościach rewolucji. Wśród zatrzymanych przez policję znaleźli się uczestniczący w protestach działacze lewicy, w tym znany komunistyczny bloger Frank Garcia Hernandez albo dziennikarze lewicowej gazety internetowej Tremenda Nota walczącego o prawa osób LGBT. Demonstranci mają za złe prezydentowi Miguelowi Díaz-Canelowi, że w reakcji na protesty, zamiast próbować rozmawiać z demonstrantami, wezwał rewolucjonistów (zwolenników rządu) do wyjścia na ulice i przeciwstawienia się demonstrantom. Taka postawa może dodatkowo podzielić Kubańczyków i doprowadzić do rozszerzenia się fali przemocy a potem być wykorzystana przez wrogów Kuby jako pretekst do interwencji. W momencie pisania tego artykułu media donoszą o pierwszej ofierze śmiertelnej po stronie demonstrantów.
Fala demonstracji została z zadowoleniem odnotowana w Stanach Zjednoczonych, gdzie prawicowo-mafijna opozycja emigracyjna zorganizowała w Miami „pikiety solidarnościowe”. Choć prezydent Joe Biden zapowiadał wcześniej dążenie do normalizacji stosunków z Kubą, to politycy wokół niego próbują wykorzystywać protesty do delegitymizacji rządu w Havanie. Delegacja USA w ONZ głosowała przeciwko wnioskowi o zniesienie trwającego sześć dekad embargo i znalazła się w tej sprawie w haniebnej mniejszości zaledwie trzech państw.
Ze strony polityków w innych krajach płyną ostrzeżenia by nie podsycać nastrojów i pozwolić Kubańczykom rozwiązać te problemy bez przemocy. Meksykański prezydent Andrés Manuel López Obrador przestrzegał USA przed próbami interwencji i mówił, że ma nadzieję na pokojowe rozwiązanie kryzysu. „Kubańczycy sami muszą zdecydować, bo Kuba jest wolnym, niezależnym i suwerennym krajem – nie może być interwencji” – mówił.
Kuba stoi w obliczu bardzo poważnych wyzwań. Wyspa była dławiona amerykańską blokadą przez dekady, ale w ostatnich miesiącach kłopoty kraju się dramatycznie spotęgowały. Po pierwsze na skutek pandemii sparaliżowany został krajowy sektor turystyczny. Z tropikalnych kurortów odwiedzanych przez zachodnich turystów płynęły znaczące przychody dla gospodarki kraju. Pandemia to uniemożliwiła. Ale jeszcze poważniejszym powodem kryzysu jest polityka Stanów Zjednoczonych. Prezydent Donald Trump wprowadził dławiące embargo, jakiego wyspa nie widziała od dziesięcioleci. Rząd kraju bezpodstawnie oskarżono o „wspieranie terroryzmu”. Embargo oznacza, że każda firma na świecie, która wejdzie w jakiekolwiek stosunki handlowe z Kubą, musi się liczyć z sankcjami USA. Władze USA znacząco utrudniły też możliwość legalnego podróżowania na wyspę. Amerykańscy obywatele przez 50 lat mieli ze strony swojego rządu zakaz podróżowania na Kubę a w sytuacji złamania zakazu musieli się liczyć po powrocie do USA z potencjalną karą więzienia. Zakaz zniesiono dopiero w 1999 roku. Ale administracja Trumpa przywróciła go de facto, zakazując obywatelom korzystania z większości hoteli i miejsc turystycznych na wyspie. Embargo dotyczy też wszystkich zagranicznych firm turystycznych.
Amerykańska blokada uderza bezpośrednio w obywateli Kuby. Na wyspę nie można sprowadzić żadnych niezbędnych produktów, w tym najpotrzebniejszych artykułów medycznych, nawet strzykawek i igieł. Wyjątkowym skandalem było zablokowanie przez USA możliwości dostarczenia na wyspę sprzętu potrzebnego do walki z coronawirusem. Statek, który przybył na wyspę z dostawą maseczek chirurgicznych, respiratorów czy kondensatorów tlenu nie mógł dostarczyć sprzętu, bo uniemożliwiała to amerykańska blokada.
Bieda i niedostatki na Kubie istnieją faktycznie. Kuba mogła wyzbyć się tych problemów wiele lat temu, gdyby nie amerykańska blokada. Ale celem USA jest pogłębienie tych problemów i pokazywanie, że zbuntowany przeciw USA kraj nie może sobie poradzić i skazany jest na biedę. Starania USA mają jedną poważną słabostkę. W okolicach Kuby nie ma pozytywnego przykładu na państwo, które słuchając zaleceń USA zapewniło społeczeństwu dobrobyt, bezpieczeństwo i rozwój społeczny. Podburzenie Kubańczyków nie będzie proste, bo USA nie mają pozytywnych przykładów na zastosowanie swoich recept w Ameryce Południowej. Dyktatury, tortury, masakry, zamachy stanu, wyzysk, nędza i skorumpowane junty – z tym kojarzy się obecność USA w Ameryce Południowej. W rzeczywistości to kubańska edukacja i rewelacyjna służba zdrowia stały się wizytówkami kraju. „Eksport rewolucji”, którym straszy od lat rząd USA jest tak naprawdę wysyłaniem kubańskich lekarzy lub nauczycieli do najbiedniejszych części Ameryki Południowej, gdzie ludzie często przez całe życie nie widzieli lekarza a proamerykańskie państwo nigdy nie zapewniło dzieciom podstawowej edukacji. Znamienne jest nawet to, że na biednej, blokowanej Kubie dostęp do służby zdrowia mają wszyscy a w najbogatszym kraju świata, w USA, miliony najbiedniejszych ludzi były przez lata pozbawione tego przywileju i sytuację tę poprawiła dopiero ustawa znana jako Obama Care.
Głównym celem polityki USA wobec Kuby jest oczywiście od dekad nadzieja na wywołanie fermentu, niezadowolenia, buntu i gniewu wśród mieszkańców Kuby. W dzisiejszych czasach stało się to łatwiejsze dzięki internetowi i mediom społecznościowym. USA tworzyły nawet specjalne aplikacje skierowane do Kubańczyków by za ich pośrednictwem rozpowszechniać fake newsy, dezinformację i kłamstwa. Jedna z takich aplikacji powstała już w 2014 roku. Amerykańskie służby wypuściły za pośrednictwem fundacji USAid aplikację o nazwie ZunZuneo, nazywaną potocznie „kubańskim Twitterem”. Formalnie miała to być platforma prezentująca mało kontrowersyjne informacje, takie jak futbol, wydarzenia muzyczne, czy informacje pogodowe. Strona internetowa umożliwiała komentowanie postów i wysyłanie darmowych wiadomości. W założeniu miała ona jednak, po osiągnięciu wystarczającej popularności, pomóc w mobilizowaniu Kubańczyków do zamieszek i wystąpień. Administracja USA miała nadzieję, na doprowadzenie do „kubańskiej wiosny”. Twórcy aplikacji dołożyli wielkich starań, by nie wyszło na jaw, że za stworzeniem aplikacji stoi rząd USA. W tym celu grupa operacyjna zajmująca się tworzeniem aplikacji rezydowała w Barcelonie, wykorzystywała skomplikowaną sieć powiązań między firmami zarejestrowanymi w rajach podatkowych i korzystała z konta bankowego zarejestrowanego na Kajmanach. Proces rozsyłania informacji i redagowania serwisu informacyjnego prowadzono z lokali operacyjnych w stolicach Nikaragui i Kostaryki. Całą operację organizowano w czasie, gdy relacje między USA i Kubą się poprawiały a Kuba w coraz większym stopniu dostosowywała się do warunków międzynarodowej współpracy gospodarczej z Zachodem. Platformie udało się zgromadzić kilkadziesiąt tysięcy użytkowników, ale po pierwsze skończyły się pieniądze na projekt i władze USA zrezygnowały z jego kontynuacji a po drugie Kubańczycy zorientowali się, że za projektem stoi rząd USA i zainteresowanie nim spadło.
Okazuje się jednak, że obecna fala protestów także nie jest przypadkowa i ponownie wspiera je rząd USA przy pomocy fake newsów i dezinformacji. Dla przykładu, w ostatnich dniach w mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia lub nagrania pokazujące kibiców piłkarskich z Egiptu lub Brazylii a opisanych jako demonstranci w Havanie.
Cytowane przez niektóre media hiszpański analityk internetowy Julian Macias Tovar wykrył znaczną liczbę fałszywych kont w mediach społecznościowych, powiązanych z grupą prawicowych argentyńczyków, których konta wykorzystywane były przy akcjach dezinformacyjnych wymierzonych w lewicowych polityków w Ameryce Południowej, między innymi w prezydenta Evo Moralesa. Operacja wykorzystuje specjalnie stworzone internetowe boty, algorytmy i fałszywe konta by spotęgować przekaz kubańskiej opozycji. Operacja koordynowana jest przez prawicową, południowoamerykańską organizację o nazwie Freedom Foundation, która oficjalnie zajmuje się „promocją koncepcji społeczeństwa wolnorynkowego” i ma wsparcie ze strony amerykańskich fundacji republikańskich i o której wiadomo, że jest powiązana z CIA.
Zwolennicy obecnej fali protestów na Kubie posługują się w mediach społecznościowych hashtagiem SOSCuba. Według Tovara, pierwsze konto otagowane hashtagiem SOSCuba było zlokalizowane w Hiszpanii. Z tego konta wyszło 1000 tweetów antykubańskich w dniach 10 i 11 lipca a publikowane były z częstotliwością 5 tweetów na sekundę. Pojawienie się tych tweetów miało stworzyć wrażenie szerokiej akcji obywatelskiej. Ale struktura tych wiadomości sugeruje, że była to skoordynowana akcja rozsyłania tresci przez fałszywe konta a Tova sugeruje, że możliwość tworzenia takich kont ma armia USA.
Trzeba tu podkreślić jeszcze raz: Kubańczycy mają wiele powodów by protestować i odczuwać gniew w związku z sytuacją w kraju a obecne protesty są prawdziwe i należy uznać je za uzasadnione. Ale osobną sprawą jest podsycanie ich przez USA. Międzynarodowa lewica z jednej strony powinna starać się przekonać rząd Kuby by potraktował gniew obywateli poważnie i przystąpił do negocjacji z nimi a z drugiej strony trzeba domagać się zakończenia haniebnej i agresywnej blokady USA, która jest głównym powodem nędzy na Kubie.

Paragraf debilny

W Polsce najłatwiej jest obrazić prezydenta RP. Najlepiej robić to publicznie, po pijaku, albo w Internecie. Potem, po chwilowych przykrościach, szybko zyskujesz mołojecką sławę i aureolę bojownika o wolność słowa.
Prezydenta RP obraża się łatwo, bo paragraf 2 art.135 kodeksu karnego: „Kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczpospolitej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”, nie pozostawia prokuraturze drogi odwrotu. Zawiadomiona o popełnionym musi wszcząć postępowanie, nawet w głupiej sprawie, a sąd też musi zarzuconą „obrazę” osądzić. Waga artykułu 135 paragraf 2 kk nie zachęca prokuratur i sądów do oddalania oskarżeń.
Bezkarnie
W sojuszniczych USA sądy tego nie muszą, bo tam za znieważenie prezydenta zwyczajnie nie karze się. To gwarantuje przyjęta jeszcze w 1791 roku I poprawka do Konstytucji. Gwarantująca swobodę wypowiedzi i wolność prasy. W 1964 roku Sąd Najwyższy dodatkowo orzekł, że media mogą być sądzone za znieważenie funkcjonariuszy publicznych tylko wtedy, gdy udowodni się im działanie w „faktycznie złej wierze”.
W Wielkiej Brytanii też można już królową znieważać bezkarnie. Potwierdza to wypowiedz Prokuratora Generalnego z 2004 wykluczająca prowadzenie jakichkolwiek postępowań karnych dotyczących obrazy królowej. Gdyby ktoś koniecznie chciał być skazanym za obrazę królowej to musiałby swe obelgi połączyć z nawoływaniem do nienawiści rasistowskich lub religijnych.
Obowiązujący w Watykanie kodeks prawa kanonicznego nie przewiduje przestępstwa znieważenia papieża. Zapiekły znieważający mógłby zostać skazany, gdyby władze Watykanu zażądały zastosowania obowiązującego tam włoskiego kodeksu karnego. Od ponad 50 lat takiego wniosku nie było.
Sankcje za obrazę głowy państwa nie obowiązują już w Republice Korei. Zniesiono je w 1998 roku, po kompromitującym władze procesie dziennikarza skazanego za krytykę poglądów prezydenta Kim Dae Junga. Nie karze się za takie przestępstwa na Ukrainie od 2001 roku i w Rosji od 2002 roku.
Można być w Rosji skazanym za „publiczną obrazę władz w czasie w wykonywania przez nich obowiązków służbowych”. Sankcje są niższe: grzywna, praca przymusowa, kolonia karna. Do tej pory za obrazę Putina ani Miedwiediewa nikogo jeszcze nie skazano.
Podobnie jest w Chinach. Kodeks karny nie zawiera już „przestępstw kontrrewolucyjnych”, oznaczających kiedyś też obrazę władz najwyższych. Dziś głowa państwa traktowana jest jak inni znieważani obywatele. Można za to dostać nawet 3 lata więzienia. Ale od 2000 nie było informacji o sankcjach za znieważenie prezydenta. Może dlatego, że do Chin powrócił konfucjanizm, zakładający, że dobrze wychowany człowiek swego szefa publicznie nie znieważa.
Niekaralność
Prawo niemieckie przewiduje karę, nawet do 5 lat więzienia, za znieważenie prezydenta republiki. Ale ściganie za obrazę uzależnione jest od zgody prezydenta. Podobnie w Japonii od zgody cesarza. Najstarsi niemieccy prawnicy nie pamiętają takiej zgody, a japońscy przypominają, że wedle zwyczajów cesarzowi nie wypada jej udzielać. Dodatkowo, w 1990 roku, niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny uznał, że „nawet poważne ataki na funkcjonariuszy państwowych, w tym satyryczne, mieszczą się w konstytucyjnie chronionej wolności wypowiedzi”.
Teraz trzeba przypomnieć, że w naszym porządku prawnym polski prezydent nie może zastopować, nawet głupiego prokuratorskiego postępowania, nawet kiedy nie czuje się być obrażonym.
We Francji istnieje za obrazę prezydenta odpowiedzialność karna, ale sankcje są łagodniejsze niż w Polsce. Grozi grzywna do 7500 euro lub 6 miesięcy więzienia. Jeśli obraza jest zbiorowa, jak gwałt, kara ulega podwojeniu. W przeciwieństwie do gwałtów, w praktyce sankcje za obrazę prezydenta pozostają we Francji na papierze.
Podobnie jest w Hiszpanii, we Włoszech, w krajach skandynawskich. Obraza głowy państwa zagrożona jest też więzieniem, nawet do lat pięciu. Ale wszędzie tam od przynajmniej trzydziestu lat nikt za taki czyn nie został skazany. W Danii ostatni proces zanotowano w 1930 roku .
Karalność
Za obrazę głowy państwa karze się nadal na Białorusi, w Tadżykistanie i Kazachstanie. Najlżej w Kazachstanie, bo tam władze nakładają grzywny w wysokości kilkuset euro, co czasem też bywa dotkliwe. W Turkmenistanie od 2002 roku znieważenie głowy państwa równoznaczne jest zdradzie stanu i dożywotniemu więzieniu. Nie wiadomo ilu skazano.
Ochronę czci Domu Panującego Tajlandii wpisano do Konstytucji. W tajskim kodeksie karnym mamy aż dziesięć typów zniewag króla i odpowiednią drabinę sankcji. W kwietniu 2006 roku skazano dziennikarza gazety „Fah Diew Kan” jedynie za wywiad z osobą wypowiadającą się obraźliwie. W Tajlandii jest cenzura prewencyjna, widać musiała zaspać. Nie zaspała w przypadku filmu „Anna i król” z Jodie Foster, bo Tajlandzka Rada d/s Filmów orzekła, że scenariusz znieważa króla Mongkuta panującego w XIV wieku. Nie dopuściła do jego projekcji.
Bezmyślność
W III RP próbowano karać za zniewagi prezydentów Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego i Komorowskiego. Wydarzenia zyskiwały medialny rozgłos, ale żaden z oskarżonych w więzieniu nie siedział. W październiku 2006 roku Trybunał Konstytucyjny uznał, że przestępstwem ściganym przez prokuraturę może być jedynie znieważenie funkcjonariusza państwowego w trakcie pełnienia przez niego czynności służbowych. Warto dodać, że wedle obowiązującego w RP prawa każdy funkcjonariusz publiczny RP i nawet „osoba do pomocy mu przybraną podczas lub w związku z pełnieniem obowiązków służbowych” podlegają innej ochronie przed znieważeniem. Artykuł 226 paragraf 1 kodeksu karnego przewiduje za to sankcje w wysokości: grzywny, karze ograniczenia wolności, albo pozbawienia wolności do roku.
Prezydent RP jest formalnie najważniejszym z funkcjonariuszy publicznych w naszym kraju, choć największego zakresu władzy nie ma. Nietrudno dziś zauważyć, że chroniący urząd prezydenta przed obrazami paragraf 2 art.135 kodeksu karnego nie spełnia swego zadania. Nie chroni faktycznie powagi głowy państwa. Zmusza jedynie prokuraturę i sądy do marnowania swego czasu i pieniędzy podatników na analizę wypowiedzi mieszcząca się w obecnych normach politycznej polemiki.
W 2007 roku, kiedy byłem posłem RP, złożyłem do laski marszałka Sejmu RP, popierany przez SLD, projekt ustawy uchylający paragraf 2 art.135. Wnosiłem też o uchylenie paragrafów 3 i 4 art.136. Tam trzy lata więzienia grożą za obrazę głowy obcego państwa. Gdyby polscy miłośnicy prezydentów Aleksandra Łukaszenki, Kim Dzong Una i Władimira Putina byli bardziej aktywni, to mogliby nasłać prokuraturę na liczne polskie media. Regularnie obrażające tych prezydentów.Jedynym do tej pory skazanym w III RP z tych paragrafów jest redaktor Jerzy Urban. Za „obrazę” ówczesnej głowy państwa watykańskiego, papieża Jana Pawła II, w felietonie satyrycznego tygodnika „Nie”.
Mój projekt pozostał w „zamrażarce” marszałka Sejmu RP. Nie wzbudził entuzjazmu posłów rządzącego wówczas PiS ani PO, myślących wtedy o prezydenturze dla Donalda Tuska.Pan prezydent Duda ma inicjatywę ustawodawczą i mógłby owe debilne paragrafy znieść. Ale nie deklaruje tego.
Dlatego apeluję do Koalicyjnego Klubu Parlamentarnego Lewicy. Usuńcie paragrafy 135 i 136 z polskiego kodeksu karnego.

Szykany na komisariatach

Przedstawiciele Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur, po rozmowach z 33 osobami zatrzymanymi w trakcie protestu solidarnościowego z aresztowaną aktywistką Margot, opublikowali wstępny raport na temat działań policji. Brutalne zatrzymania, bicie, upokarzanie, uniemożliwianie dostępu do pomocy prawnej – taki ich obraz wyłania się z relacji zatrzymanych.

Pracownicy KMPT, specjalnej grupy Biura Rzecznika Praw Obywatelskich odbyli wizyty w sześciu pomieszczeniach dla osób zatrzymanych w Warszawie i Piasecznie. Udało się porozmawiać z 33 na 48 zatrzymanych osób w piątek 7 sierpnia w związku z warszawską demonstracją. Na podstawie tych rozmów opublikowali wstępny raport. Wynika z niego m. in., że zatrzymania były przeprowadzane w sposób bardzo brutalny, a policja nieadekwatnie do sytuacji stosowała środki przymusu bezpośredniego, takie jak bicie, zakładanie kajdanek na ręce z tyłu w czasie transportu, rzucenie na ziemie w celu zakucia. Przedstawiciele KMPT udokumentowali także obrażenia na ciele, które posiadała duża część zatrzymanych. Okazało się, że kilkoro z nich to osoby przypadkowe, które akurat w czasie demonstracji wyszły np. do sklepu i wracały z zakupami.

Zatrzymanym nie podawano powodów zatrzymania ani nie informowano ich, dokąd zostaną przetransportowani. Wielu z nich było kilkukrotnie wożonych między różnymi komendami oraz przesłuchiwanych w nocy, a czas w areszcie musieli oni spędzić na twardych pryczach, bez koca i materaca, bez jedzenia i wody. Część z osób, które stale przyjmują leki nie została przebadana przez lekarzy, a osobę transpłciową pozbawiono dostępu do testosteronu, który zgodnie z zaleceniami swojego lekarza powinna przyjąć tamtego dnia. Większość zatrzymanych poddano upokarzającej kontroli osobistej, polegającej na rozebraniu się do naga i wykonaniu przysiadu. W przypadku transdziewczyny, mimo jej próśb, czynność tę przeprowadzał funkcjonariusz płci męskiej. Ze strony policjantów powszechne były także chamskie, homofobiczne i transfobiczne docinki.

Wielu zatrzymanych skarżyło się, że funkcjonariusze utrudniali im dostęp do pomocy prawnej, a nawet jeśli udało się doprowadzić do spotkań z obrońcami, to odbywały się one w warunkach niezapewniających poufności. Rozmówcy wskazywali także na trudności w przekazaniu informacji o zatrzymaniu osobom bliskim. Mówili, że musieli znać ich numery na pamięć, bo wielu z nich nie pozwolono nawet na odszukanie kontaktów w swoich telefonach komórkowych.

Z całego dokumentu wyłania się obraz represyjnych praktyk stosowanych przez policję masowo celem zastraszenia demonstrantów. Nadużywanie uprawnień i brutalność przestają być incydentem, a urastają do rangi głównego wyróżnika działań funkcjonariuszy. KMPT ogłosił w sobotę, że szczegółowy raport w tej sprawie zostanie opublikowany w późniejszym terminie.

Represje po strajku

Ćwierć miliarda pracowników wzięło udział w środowym strajku generalnym przeciw neoliberalnej polityce rządu premiera Narendry Modiego z rasistowskiej Indyjskiej Partii Ludowej (BJP). Rząd teraz kontratakuje: masowe aresztowania, lokauty, pozbawianie miesięcznych zarobków, kary dyscyplinarne, wysyłanie faszystowskich bojówek do zakładów pracy i na uniwersytety. Indie stały się przykładem politycznej symbiozy bezwzględnego autorytaryzmu z neoliberalizmem.

Już w czasie strajku, który objął zarówno sektor publiczny, jak i prywatny, doszło do starć manifestantów z policją – w Kalkucie policjanci użyli ostrej amunicji. Jednak wcześniejsze groźby rządowe nie bardzo wpłynęły na ograniczenie protestów, Indie stanęły na cały dzień.
Strajk, oprócz central związkowych, poparły obie indyjskie partie komunistyczne i nawet opozycyjna, prawicowa Partia Kongresowa. Strajkujący domagali się m.in. walki z bezrobociem, podstawowej ochrony socjalnej dla wszystkich pracowników, podniesienia groteskowo małej płacy minimalnej, jak i zniesienia grudniowej ustawy dyskryminującej mniejszość muzułmańską.
Rząd Modiego od maja zeszłego roku wprowadza ustawy ograniczające i tak nikłe prawa pracownicze, w tym prawo do strajku. Do tego prywatyzuje co się da z sektora publicznego (w tym np. Air India, czy koleje) i hurtowo zmniejsza podatki dla przedsiębiorstw.
W wiecach strajkowych wzięli też udział liczni rolnicy, miliony kobiet i mężczyzn, mimo zakazu manifestowania i policyjnej przemocy. Od trzech dni rząd blokuje internet w części stanów i prowadzi aresztowania liderów robotniczych.
Oprócz kar spadających na pracowników, rząd uruchomił bojówki RSS (Narodowego Stowarzyszenia Ochotników) – faszystowskiej partii, z której w 1980 r. wyłoniło się rasistowskie ugrupowanie obecnego premiera.
Mężczyźni uzbrojeni w kije i łomy biją licznych pracowników i studentów w zakładach pracy i w szkołach wyższych, w stolicy New Delhi i innych miastach, by ich ukarać za udział w strajku. Indyjska lewica porównuje zastosowaną przemoc i neoliberalne „reformy” do czasów kolonialnego niewolnictwa, gdy krajem rządzili Brytyjczycy. Tym razem jednak nie chodzi już o walkę o niepodległość, lecz walkę klas.

Wyrok jak z Monty Pythona

Filigranowej postury aktywistka naruszyła nietykalność fizyczną funkcjonariuszy policji. Podobne wyroki usłyszało również troje innych osób. Wszyscy brali udział w manifestacji pod wielkopolską siedzibą PiS w 2016 roku.

Przez ponad dwa lata ciągano ich po sądach i salach przesłuchań. Obsługa adwokacka pochłonęła ich oszczędności. Właśnie usłyszeli wyrok w sprawie, w której byli oskarżeni o naruszenie nietykalności policjantów oraz wzięcie udziału w nielegalnym zgromadzeniu z zamiarem przeprowadzenia ataku na funkcjonariuszy. Małgorzata, Jacek, Joanna zostali uznani za winnych zarzucanych czynów. Będą musieli wykonywać przez 10 miesięcy nieodpłatne prace społeczne. Maciej z został skazany na rok prac społecznych. Wyroki uniewinniające usłyszeli natomiast Iwona i Paweł.

Praca na rzecz

Większość skazanych to działacze społeczni z Poznania. Od lat wykonują prace na rzecz lokalnej społeczności. Bronią lokatorów przez prześladującymi ich bandytami, blokują nielegalne eksmisje, stają w obronie wyzyskiwanych pracowników, punktują układy na linii politycy- deweloperzy, interweniują, kiedy władze chcą przeprowadzić niszczące przyrodę inwestycje, blokują polowania, upominają się o prawa zwierząt i ludzi. Jesienią 2016 roku protestowali w obronie praw kobiet, którym rząd PiS próbował odebrać prawo do decydowania o własnych ciałach, zaostrzając ustawę antyaborcyjną.
Pod siedzibą partii władzy zebrała się wtedy grupa agresywnie zachowujących się mundurowych, którzy weszli w kontakt fizyczny z uczestnikami zgromadzenia. Według zeznań aktywistów, policjanci używali bezsensownej przemocy i upokarzali zgromadzonych. „Stróże prawa” mieli również kierować strumień gazu w stronę tłumu, co jest zakazane konwencjami praw człowieka.

Na jakiej podstawie

Pojawia się pytanie – na jakiej podstawie policja stwierdziła, że należy przejść do pacyfikacji tłumu, który zebrał się pod siedzibą PiS?
Anarchiści wskazują, że zgodnie z międzynarodowym prawem i standardami z zakresu praw człowieka, niepowiadomienie władz o zamiarze zorganizowania protestu lub niespełnienie innych wymogów administracyjnych nie jest wystarczającym argumentem by uznać, że dane zgromadzenie jest „nielegalne”. Władze mogą uznać, że jakieś zgromadzenie jest nielegalne, gdy np. jego celem jest uniemożliwienie zorganizowania innego zgromadzenia. W przypadku tysiąca osób, które zebrały się w październiku 2016 na Świętym Marcinie w Poznaniu takie przesłanki nie zachodziły.

Jasne standardy

Dlaczego więc policja użyła gazu i pałek? Działacze uważają, że zrobiła to bezprawnie.
„Standardy międzynarodowe są jasne – zwłaszcza w odniesieniu do użycia siły w takich okolicznościach – i stanowią, że podczas rozpraszania niezgodnych z prawem, ale pokojowych zgromadzeń, funkcjonariusze organów porządku publicznego powinni unikać stosowania środków przymusu bezpośredniego, a jeśli nie jest to możliwe, powinni używać siły w najmniejszym koniecznym stopniu. Innymi słowy fakt, że dane zgromadzenie w myśl prawa krajowego jest nielegalne, nie usprawiedliwia użycia przez funkcjonariuszy organów porządku publicznego siły do jego rozproszenia. Stanowisko Specjalnego Sprawozdawcy ONZ ds. wolności zgromadzeń i stowarzyszeń jest w tej kwestii jednoznaczne: zakazywanie i rozpraszanie pokojowych zgromadzeń tylko dlatego, że „ich przesłanie nie podoba się władzom”, stanowi pogwałcenie międzynarodowego prawa praw człowieka.” – akcentują anarchiści w oświadczeniu opublikowanym na Rozbrat.org.

Uszkadzając kciuk

Czy anarchiści naruszyli nietykalność policjantów? Czy rzucali w nich racami, jak stwierdziła temida?

Mierząca 161 cm działaczka uszkodziła policjanta podczas Czarnego Protestu.

Jedna ze skazanych, Małgorzata mierzy 161 cm i waży 52 kg. Sąd uznał, że skrzywdziła policjanta uszkadzając mu kciuk podczas zatrzymania oraz otarła naskórek na jego palcu.
– Czuję się jak w skeczu Monty Pythona, który jest nieśmieszny – mówi.
– Sprawa jest kuriozalna. Dwadzieścia posiedzeń sądu, 60 świadków policji, w tym również funkcjonariusza, którego rzekomo zaatakowałam i który stwierdził, że nie jest pewien, kiedy doznał obrażeń palca, bo zauważył je dopiero po demonstracji.

Tania komedia

Jedna ze skazanych osób nie została zatrzymana na miejscu zdarzenia, a zarzuty zostały jej postawione dopiero, gdy złożyła zawiadomienie o przekroczeniu uprawnień przez policjantów. Skargi te zostały błyskawicznie oddalone przez prokuraturę, natomiast aktywistkę pociągnięto do odpowiedzialności za naruszenie nietykalności funkcjonariuszy.
Skazani już kilka miesięcy temu mówili, że zeznania policjantów, których rzekomo „uszkodził” zakrawają na tanią komedię.

Czysty absurd

„W trakcie kolejnych rozpraw nie zostały nam przedstawione żadne wiarygodne dowody świadczące o naszych przewinieniach. Świadkowie prokuratury w większości niczego nie pamiętali, a Ci, którzy potrafili bliżej nakreślić przebieg wydarzeń, posiłkowali się dziwnymi i pomylonymi odniesieniami do filmików z Youtube’a, zaprzeczali sobie nawzajem lub ewidentnie konfabulowali, sugerując, że jesteśmy członkami jakiejś profesjonalnej, zorganizowanej i groźnej grupy przestępczej, co zakrawa na czysty absurd” – wskazują działacze z Rozbratu.
Kim jest sędzia, która skazała ludzi w oparciu o tak mizerne dowody? Anarchiści zarzucają jej negatywne usposobienie do działaczy społecznych z Rozbratu. „Już wcześniej wiedzieliśmy bowiem o podejściu sędzi Agnieszki Cabrery-Kasprzak do aktywistów i aktywistek. Jakiś czas temu z czystej ciekawości sprawdziliśmy, czy w przeszłości miała ona kontakt ze środowiskiem anarchistycznym. Szybko okazało się, że sędzia ta umorzyła jakiś czas temu głośną sprawę o użycie przez policjanta prywatnego paralizatora na służbie podczas wykładu o gender w Poznaniu” – wskazują w komunikacie.

Pora na drugą instancję

Prześladowani aktywiści nie zamierzają jednak się poddać. Ich reprezentantka, mecenas Agnieszka Rybak-Starczak zapowiedziała już złożenie odwołania od wyroku.
– W najśmielszych snach nie przypuszczaliśmy, że sąd podzieli zdanie prokuratury. To absurd. Podczas uzasadnienia nie usłyszeliśmy na jakiej podstawie sąd uznał, że oskarżeni stosowali przemoc. Tego nie ma w materiale dowodowym – powiedziała w rozmowie z „Głosem Wielkopolskim”.
Wyrok wzbudził oburzenie społeczności stolicy Wielkopolski. Na pewien absurd zwrócił uwagę Szczepan Kopyt, muzyk i poeta z Poznania.
– Z uzasadnienia dzisiejszego wyroku za Czarny Protest w Poznaniu, wnioskuję, że wszystkie osoby, które poszły pod biuro PiS-u (kilka tysięcy) dopuściły się przestępstwa udziału w nielegalnym zbiegowisku. Aż dziwne, że świadków także nie pociąga się do odpowiedzialności. Po trzech latach procesu, braku dowodów skazuje się ludzi w otwarcie politycznym procesie w oparciu o zeznania policjantów. Drogi kraju, szanowna ludności, Poznań po raz kolejny wskazuje ci twoją własną przyszłość. Trzymam kciuki za wyrok sądu drugiej instancji – napisał artysta.

 

Turcja napiera na Kurdów

Ponad 400 osób zostało aresztowanych w Turcji podczas kolejnej fali represji wobec opozycji, zwłaszcza tej lewicowej i tej związanej z mniejszością kurdyjską. Władze ogłosiły również, że wygasły mandaty merów Diyarbakiru, Vanu i Mardinu, wszystkich demokratycznie wybranych podczas marcowych wyborów samorządowych.

Uzasadnienie tej decyzji jest znane aż za dobrze – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Turcji twierdzi, że jest w posiadaniu dowodów na to, że samorządowcy szerzyli terrorystyczną propagandę lub wprost należeli do organizacji terrorystycznej, a do tego przeznaczali na jej działalność pieniądze z kasy prowincji. „Terrorystyczna organizacja” to zakazana w Turcji Partia Pracujących Kurdystanu.
Tradycyjnie również nic nie pomagają tłumaczenia, że usunięci ze stanowisk działacze należą do Ludowej Partii Demokratycznej (HDP), która – jak sama nazwa wskazuje – uznaje zasady liberalnej demokracji, odrzuca walkę zbrojną i chce działać na rzecz budowy bardziej sprawiedliwego społeczeństwa metodami parlamentarnymi. Rząd Erdogana już zdecydował. Obowiązki usuniętych merów przejmą nominowani przez władze centralne gubernatorzy prowincji. Samorządowcy na razie nie zostali aresztowani, ale to być może kwestia czasu – w tureckich aresztach i więzieniach już przebywa kilkuset działaczy i działaczek HDP, w tym czterdzieścioro byłych merów miast i miasteczek w tureckim Kurdystanie.
Ogłoszeniu decyzji o pozbawieniu merów towarzyszyły przeszukania budynków miejskich i – w Diyarbekirze – przeszukania urzędników idących do pracy.
HDP oprotestowała działania ministerstwa jako zamach na demokrację. Przypomniała, że usunięty mer Diyarbakiru Adnan Selcuk Mizrakli uzyskał w marcowych wyborach samorządowych 63 proc. poparcia. Swoje stanowiska w pierwszej turze wygrali również Ahmet Turk w Mardinie z wynikiem 56 proc. głosów oraz Bedia Ozgokce Ertan w Vanie (53 proc. głosów).
Ahmet Turk jest usuwany ze stanowiska mera Mardinu po raz drugi – i to w identyczny sposób. W 2014 r. wygrał wybory lokalne z ramienia Demokratycznej Partii Regionów, również współtworzonej przez Kurdów, ale niemającej nic wspólnego z walką partyzancką. W listopadzie 2016 r. aresztowano go i oskarżono o współpracę z terrorystami. Wyszedł w lutym 2017 r. i powrócił do politycznej kariery.
Parlamentarzyści HDP ostrzegają, że jeśli opinia publiczna łatwo pogodzi się z działaniami władz tureckich na wschodzie kraju, to już wkrótce można spodziewać się usunięcia ze stanowisk opozycyjnych merów Ankary i Stambułu, także wybranych w marcu. Nie są oni związani z kurdyjską partią, więc ostatnia fala represji – na razie – ich minęła. Ekrem Imamoglu, mer Stambułu, zdaje się to rozumieć doskonale. Na Twitterze potępił działania władz dotyczące usuniętych samorządowców, pisząc, że takie kroki nie mają nic wspólnego z demokratyczną praktyką.

Rosja przygania Francji

Rosjanie wezwali Francję do powstrzymania się od „dawania lekcji” w sprawie masowego aresztowania manifestantów na sobotnim proteście antyrządowym w Moskwie. Oskarżyli ją o używanie „wszystkich metod represyjnych” przeciw „żółtym kamizelkom” i o „skrajną obłudę”.

We wrześniu odbędą się w Rosji wybory lokalne. Niektórzy kandydaci opozycji zostali odrzuceni przez komisje wyborcze, co stało się powodem sobotniego protestu. Manifestacja nie została zgłoszona. Według jednej z organizacji pozarządowych, policja miała wtedy aresztować 1400 osób, liczba nie widziana od początku powrotu prezydenta Putina na Kreml w 2012 r.
W poniedziałek wieczorem francuskie ministerstwo spraw zagranicznych wezwało do „szybkiego uwolnienia” zatrzymanych i „wyraziło głęboką troskę” wobec tych wypadków. Wtedy już olbrzymia większość aresztowanych była od dawna w domu, gdyż zwalniano ludzi zaraz po sprawdzeniu tożsamości.
„I to mówi Francja, gdzie przez prawie rok dochodziło do prawdziwej walki policji z manifestantami!” – zareagowała Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiej dyplomacji. „Władze francuskie praktykowały na własnej populacji wszystkie rodzaje metod represyjnych: gazy łzawiące, działka wodne i masowe aresztowania” – przypominała. Dodała, że „manifestacje nie były dozwolone, a policja działała jakby to byli obcy okupanci, a nie Francuzi”.
Wczoraj rosyjskie sądy ogłosiły, że w sumie po manifestacji aresztowano tymczasowo ok. 60 osób, a 160 wlepiono mandaty. Znany opozycjonista Aleksej Nawalny został skazany na 30 dni aresztu za nawoływanie do niezgłoszonej manifestacji.

Dezubekizacja to niezasłużone represje

List otwarty do Jarosława Zielińskiego, Sekretarza Stanu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Szanowny Panie Ministrze

W czerwcu br. udzielił Pan Minister wywiadu dla PAP, który w dniu 27.06.2019 r. zamieścił Pan także na swojej stronie internetowej, a którego treści powtórzyło następnie szereg polskich pism i publikatorów. W wywiadzie tym zawarł Pan szereg informacji i komentarzy odnośnie do funkcjonowania Ustawy z dnia 16.12.2016 r. zwanej dezubekizacyjną lub represyjną. Jako osoby objęte tą Ustawą chcielibyśmy, aby Pan Minister zapoznał się z kilkoma naszymi uwagami na ten sam temat. Ponieważ wypowiedź Pana Ministra znalazła szeroki oddźwięk społeczny, powyższe nasze uwagi zdecydowaliśmy się zawrzeć w liście otwartym, udostępnionym wszystkim zainteresowanym mediom społecznościowym.

Panie Ministrze

Stwierdził Pan m. in., że weryfikacja, której poddano funkcjonariuszy służb specjalnych PRL w 1990 r. „była tylko teoretyczna, dokonywana w duchu ustaleń okrągłego stołu i Magdalenki” z czego można wnioskować, że dla ekipy obecnie rządzącej Polską nie ma ona znaczenia. Panie Ministrze, należało nam, funkcjonariuszom którzy poddali się tamtej weryfikacji, powiedzieć to wówczas, a nie teraz, po ponad 25 latach funkcjonowania RP. Weryfikacji dokonywały w 1990 r. oficjalne komisje powołane przez w pełni suwerenne Państwo Polskie, a ich decyzje miały walor formalno-prawny i decydowały o życiu wielu ludzi. Komisje przeanalizowały i oceniły wszystkich pracowników merytorycznych pionów operacyjnych PRL-owskich służb specjalnych. W zdecydowanej większości jednostek organizacyjnych pozytywne oceny otrzymało zaledwie od kilku do kilkunastu procent oficerów (głównie z pionu kontrwywiadu), a w wielu nikt nie został dopuszczony do dalszej służby, dokładnie przeciwnie niż to Pan stwierdził w swym wystąpieniu. Okazuje się przy tym, że uczciwie postąpiono jedynie z funkcjonariuszami zweryfikowanymi negatywnie, którzy w związku z tym w większości podjęli po 1990 r. pracę w innych instytucjach. Do tego czasu praktycznie wszyscy oni wypracowali renty i emerytury cywilne, znacznie wyższe niż określone w Ustawie, które Pan Minister nazywa sprawiedliwymi. Warto też zauważyć, że im każdy rok służby przed 1990 r. wylicza się wskaźnikiem 0,7 proc., podczas gdy zweryfikowanym pozytywnie, uznanym za godnych służenia RP, wskaźnik ten omawianą Ustawą został obniżony do zera. Jesteśmy więc karani za to, że zaufaliśmy Państwu Polskiemu, za to że z całym poświęceniem, narażaniem życia i zdrowia służyliśmy mu po 1990 r., nie przypuszczając, że Polska w tak cyniczny sposób wyzyskuje naszą wiedzę, umiejętności, wytężoną pracę i lata życia, postępując dokładnie jak oszust, który czerpie korzyści z fałszywych obietnic i zawiera umowy, których nie zamierza respektować.
Aby uzupełnić ten wątek warto przypomnieć, że na kongresie PiS w Krakowie w 2009 roku mówił Pan: Chcę to bardzo wyraźnie podkreślić raz jeszcze. Policjanci, strażacy, funkcjonariusze Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu, Służby Więziennej, zawodowi żołnierze Wojska Polskiego muszą mieć gwarancje, że państwo, któremu służą, dotrzymuje zawartych z nimi umów, wypełnia gwarancje i obietnice deklarowane przy wstępowaniu do służby oraz zapewnia stabilne warunki tej trudnej pracy i należne świadczenia emerytalne po jej wypełnieniu. Po tym wystąpieniu tysiące byłych funkcjonariuszy, skrzywdzonych ustawą z 2009 r. przeforsowaną przez PO, oddało swe głosy w wyborach na partię PiS. Ocena moralna takiego postępowania Pana Ministra jest jednoznaczna, aczkolwiek można pogratulować skuteczności politycznej.

Panie Ministrze

Oświadczył Pan w swej wypowiedzi, że Ustawa miała na celu realizację historycznej sprawiedliwości, polegającej na odebranie nienależnych przywilejów tym, którzy służyli totalitarnemu państwu. Proszę więc zauważyć, że w 2009 r. rząd premiera Tuska przeprowadził przez Sejm ustawę, w której wszystkim emerytowanym funkcjonariuszom PRL-owskich służb specjalnych zabrano wcześniej stosowany wskaźnik 2,6 proc. za rok służby temu państwu. Jednak nie zmniejszono go do poziomu 1,3 proc., jaki przysługuje każdemu normalnie pracującemu Polakowi (czyli nie jest przywilejem, a normą), ale do 0,7 proc., który obejmuje ludzi niepracujących, a także m. in. więźniów odbywających kary. A więc już 2009 r. nie tylko odebrano przywileje, ale także represyjnie ustalono wysokość rent i emerytur tej grupy na poziomie przestępców. Teraz okazuje się, że zdaniem Pana Ministra wskaźnik 0,7 to też przywilej i bez skrupułów używa Pan tego fałszywego argumentu wobec mało zorientowanej opinii publicznej. Należy ponadto zauważyć, że wymierzanie jakiejkolwiek sprawiedliwości przez władzę polityczną, która ze swej istoty jest stronnicza, świadczy o braku znajomości najbardziej elementarnych reguł prawa, lub o wyjątkowo niskim poziomie etycznym takiej władzy. Do wymierzania sprawiedliwości w demokratycznym państwie prawa służą wyłącznie niezależne sądy i trybunały, stosujące uczciwe reguły procesowe.

Panie Ministrze

Oświadczył Pan, że w Ustawie chodziło o to, aby byli pracownicy służb PRL nie mieli większych dochodów niż ofiary komunistycznych represji. Proszę więc zauważyć, że jeżeli ktoś czuje się ofiarą komunistycznej represji, to powinien kierować do prokuratury (IPN) lub do sądów oskarżenia przeciwko funkcjonariuszom, którzy go skrzywdzili. O ile wiadomo przez ponad 25 lat oskarżenia takie skierowało na drogę prawną zaledwie kilkunastu represjonowanych działaczy opozycji sprzed 1989 r., a następnie odbyły się procesy sądowe i zapadły stosowne wyroki. Proporcje kilkunastu przypadków wobec kilkudziesięciu tysięcy funkcjonariuszy objętych Ustawą są rażące. Mamy nadzieję, że jeżeli zna Pan Minister inne przypadki komunistycznych represji, to zgodnie z prawem bezzwłocznie powiadomi Pan o nich właściwą prokuraturę. Dla uzupełnienia tego wątku warto dodać, że szereg osób, które poniosły szkody w wyniku działalności opozycyjnej w PRL (głównie w wyniku niesprawiedliwych wyroków sądowych) otrzymało w okresie III RP odszkodowania sięgające od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy zł.

Panie Ministrze

Z dumą poinformował Pan, że dzięki Ustawie radykalnie zmniejszono mundurowe renty rodzinne tysiącom osób z nich korzystających. Proszę więc zwrócić uwagę na następujący fakt. Represjonowanie niewinnych osób wyłącznie za to, że są powiązane rodzinnie z rzekomymi przestępcami, za jakich Ustawa, stosując odpowiedzialność zbiorową, uznała wszystkich kiedykolwiek pracujących w służbach specjalnych PRL, ma w zasadzie tylko jeden odpowiednik we współczesnej historii. Otóż podobnie haniebne rozwiązania prawne zastosowano w okresie stalinizmu w Rosji Sowieckiej, gdy za bycie członkiem rodziny tzw. „wroga ludu” również otrzymywało się wyroki skazujące. Fakt, że Pan Minister szczyci się analogicznym represjonowaniem tysięcy, w tym wypadku już bez jakichkolwiek wątpliwości niewinnych ludzi, nie wymaga dalszych komentarzy.

Panie Ministrze

Wielokrotnie używanym przez Pana argumentem jest przykład, iż jakiejś jednej osobie z ponad 38 tys. objętych Ustawą, odebrano aż 18 tys. zł miesięcznie, co niewątpliwie robi wrażenie na opinii publicznej. Dlaczego Pan Minister nie podał, że jednocześnie kilkunastu tysiącom emerytów i rencistów mundurowych obniżono otrzymywane przez nich, z trudem wystarczające na przeżycie świadczenia niewiele przekraczające 1000 zł netto, do głodowych 880 zł miesięcznie? Czy dlatego, że to mogłoby nie zrobić pożądanego wrażenia na opinii publicznej? Czy tragedia dziesiątków tysięcy niewinnych ludzi ma nadal służyć tylko doraźnym celom propagandowym? Pan Minister stwierdził przy okazji, że Ustawa spotkała się z szerokim poparciem społecznym. Proszę więc wziąć pod uwagę, że w wypadku gdyby zdarzyło się, iż Panu Ministrowi, lub jego kolegom z rządu, w przyszłości również obniżono by świadczenia emerytalne do poziomu minimalnego, to bez wątpienia spotkałoby się to z podobnie wielkim entuzjazmem społeczeństwa polskiego.

Panie Ministrze

Z satysfakcją podał Pan, że budżet państwa dzięki Ustawie „zaoszczędził” około 676 mln. zł rocznie, o 25 proc. więcej niż Pan Minister przewidywał. Można pogratulować skuteczności działań i ponadplanowych efektów finansowych. Mamy jedynie nadzieję, że nasze uwagi do wystąpienia Pana Ministra pozwolą lepiej zrozumieć sposób w jaki zostały osiągnięte tak doskonałe efekty, oraz wyjaśnią, dlaczego Pan Minister jest dumny z Ustawy dekomunizacyjnej. Poruszony temat ma jeszcze szereg innych interesujących aspektów, ale w tym wypadku chcieliśmy się odnieść tylko do konkretnej wypowiedzi Pana Ministra.
Najserdeczniej pozdrawiamy Pana Ministra i życzymy dalszych sukcesów w pracy zawodowej.

Zostawcie marki własne

Premier Morawiecki stwierdził, że polskie firmy nie są dostatecznie promowane w sklepach wielkopowierzchniowych – nikt nie wie o ich istnieniu i trudno im później przebić się z przyzwoitą marżą.
Stąd narodził się plan likwidacji marek własnych (realizowanych zresztą przez te same polskie firmy – tylko pod szyldem Carrefoura, Rossmana, Lidla czy Biedronki – te dwa markety są liderami produkcji marek własnych).
To postanowienie ideologicznie słuszne i stanowiące cios w przywileje marketów, ale niestety rykoszetem odbije się bardzo mocno na polskim kliencie – gdyż Morawiecki i spółka zdają się nie rozumieć, że to właśnie klienci najbiedniejsi, z mało zasobnymi portfelami władają do koszyków marki własne najczęściej. Zamiast mydła Palmolive wybierają mydło lidlowe, a zamiast chipsów Lays – biedronkowe prażynki. Rossmanowe kosmetyki są tanie, nietestowane na zwierzętach i po prostu dobrej jakości. Więcej – Instytut badawczy ABR SESTA na zlecenie portalu Money.pl postanowił sprawdzić, czy marki własne rzeczywiście są popularne wśród konsumentów i jakie konsekwencje może nieść ich zlikwidowania. Okazuje się, że rekordzista – mydło w płynie właśnie – podrożeje a o 165 procent. O 10 proc. podrożeje cukier, woda i soki o 60 proc., czekolada – aż o 107 (drugie miejsce na podium).
Dobra zmiana? Niekoniecznie.
– Jeżeliby doszłoby do realizacji ww. scenariusza, to w miejsce marek własnych pojawiłyby się produkty odpowiadające im jakością, tylko nieco droższe. Wprowadziliby je producenci, niekoniecznie związani z polskim biznesem. Konsumenci, nie mając alternatywy, płaciliby więcej. Starszym osobom mogłoby to przypominać czasy, gdy rynek był sztucznie regulowany. Oczywiście teraz półki nie świeciłyby pustkami. Wielu specjalistów pracowałoby nad nowymi rozwiązaniami, lecz niekoniecznie korzystnymi dla klientów – mówi Andrzej Wierzchoń, Senior Manager Sales w TERRITORY Influence/TRND CEE.
Regulujcie polski rynek mądrze, nie kosztem jego odbiorców, którzy od tych regulacji zbiednieją jeszcze bardziej.

Koniec taryfy ulgowej dla księcia

Zachodnie media długo przedstawiały saudyjskiego księcia Muhammada ibn Salmana jako reformatora, który otworzy pustynne królestwo na świat i zliberalizuje panujące w nim despotyczne porządki. Po morderstwie Dżamala Chaszodżdżiego zaczęły „przyznawać się do błędu”. Najnowsza publikacja „New York Times” ostatecznie dowodzi, że rację od początku miała lewica: Muhammad ibn Salman zawsze był krwawym satrapą.

Następca tronu Arabii Saudyjskiej pokazał swoje „humanitarne” oblicze już jako osoba, która w saudyjskim establishmencie odpowiada za prowadzenie wojny z Jemenem. Zachodnie media, które bardzo długo ignorowały tragedię tego państwa i jego mieszkańców, wolały jednak przekonywać, że książę Muhammad rozumie potrzebę reformowania swojego kraju, na przykład poszerzenia zakresu praw kobiet. Komentarze tego typu brzmiały od początku jak zaklinanie rzeczywistości – bo „światły następca tronu” ani razu nie zająknął się nawet o rezygnacji z systemu nadzoru nad obywatelkami (obecnie każda Saudyjka do podróży czy podjęcia nauki potrzebuje zgody ojca, męża lub brata).
W poniedziałek „New York Times” przyznał – Muhammad ibn Salman na ponad rok przed morderstwem Dżamala Chaszodżdżiego zatwierdził plan działań służb wymierzonych w opozycję. Zgodził się nie tylko na śledzenie obrońców praw człowieka czy nawet umiarkowanych krytyków i krytyczek panującej dynastii, ale i na porwania, tortury i więzienie bez wyroku.
Na celowniku znalazły się działaczki broniące praw kobiet, a także m.in. wykładowcy akademiccy pozwalający sobie na zbyt duży margines wolności słowa. Mężczyźni, którzy zabili Chaszodżdżiego i poćwiartowali jego ciało, prawdopodobnie brali już wcześniej udział w porwaniach i torturowaniu opozycjonistów. Były wśród nich aktywistki kobiece, których proces ruszył niedawno w Ar-Rijadzie: Ludżajn al-Hatlul, Aziza al-Jusuf, Iman an-Nadżfan i inne działaczki mogą zostać skazane nawet na 10 lat więzienia. W areszcie były torturowane – podtapiane i rażone prądem.
Co na to opinia publiczna „wolnego świata”? Amerykanie wiedzieli o programie inwigilowania i represjonowania opozycji od dawna. Źródła „NYT” przyznają teraz, że powstały na jego temat raporty wywiadowcze – oczywiście tajne. W rozmowie z dziennikarzami zastrzegający anonimowość urzędnicy wskazują nawet konkretne osoby nadzorujące program. Najważniejsza z nich to Saud al-Kahtani, wpływowa postać na dworze w Ar-Rijadzie, człowiek księcia Muhammada. Po śmierci Chaszodżdżiego został on demonstracyjnie pozbawiony stanowiska, ale to tylko gra na użytek chwilowo oburzonej światowej opinii publicznej.
W ubiegłym tygodniu w sprawie procesu 11 kobiet obwinionych m.in. o „kontaktowanie się z organizacjami międzynarodowymi i mediami zagranicznymi”. zabrała głos Amnesty International, określając szykany zmuszaniem do milczenia. Zdaniem Amnesty, ta sprawa zaczernia reputację Arabii Saudyjskiej, nie mniej niż zamordowanie dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego w konsulacie saudyjskim w Stambule.