Represje po strajku

Ćwierć miliarda pracowników wzięło udział w środowym strajku generalnym przeciw neoliberalnej polityce rządu premiera Narendry Modiego z rasistowskiej Indyjskiej Partii Ludowej (BJP). Rząd teraz kontratakuje: masowe aresztowania, lokauty, pozbawianie miesięcznych zarobków, kary dyscyplinarne, wysyłanie faszystowskich bojówek do zakładów pracy i na uniwersytety. Indie stały się przykładem politycznej symbiozy bezwzględnego autorytaryzmu z neoliberalizmem.

Już w czasie strajku, który objął zarówno sektor publiczny, jak i prywatny, doszło do starć manifestantów z policją – w Kalkucie policjanci użyli ostrej amunicji. Jednak wcześniejsze groźby rządowe nie bardzo wpłynęły na ograniczenie protestów, Indie stanęły na cały dzień.
Strajk, oprócz central związkowych, poparły obie indyjskie partie komunistyczne i nawet opozycyjna, prawicowa Partia Kongresowa. Strajkujący domagali się m.in. walki z bezrobociem, podstawowej ochrony socjalnej dla wszystkich pracowników, podniesienia groteskowo małej płacy minimalnej, jak i zniesienia grudniowej ustawy dyskryminującej mniejszość muzułmańską.
Rząd Modiego od maja zeszłego roku wprowadza ustawy ograniczające i tak nikłe prawa pracownicze, w tym prawo do strajku. Do tego prywatyzuje co się da z sektora publicznego (w tym np. Air India, czy koleje) i hurtowo zmniejsza podatki dla przedsiębiorstw.
W wiecach strajkowych wzięli też udział liczni rolnicy, miliony kobiet i mężczyzn, mimo zakazu manifestowania i policyjnej przemocy. Od trzech dni rząd blokuje internet w części stanów i prowadzi aresztowania liderów robotniczych.
Oprócz kar spadających na pracowników, rząd uruchomił bojówki RSS (Narodowego Stowarzyszenia Ochotników) – faszystowskiej partii, z której w 1980 r. wyłoniło się rasistowskie ugrupowanie obecnego premiera.
Mężczyźni uzbrojeni w kije i łomy biją licznych pracowników i studentów w zakładach pracy i w szkołach wyższych, w stolicy New Delhi i innych miastach, by ich ukarać za udział w strajku. Indyjska lewica porównuje zastosowaną przemoc i neoliberalne „reformy” do czasów kolonialnego niewolnictwa, gdy krajem rządzili Brytyjczycy. Tym razem jednak nie chodzi już o walkę o niepodległość, lecz walkę klas.

Wyrok jak z Monty Pythona

Filigranowej postury aktywistka naruszyła nietykalność fizyczną funkcjonariuszy policji. Podobne wyroki usłyszało również troje innych osób. Wszyscy brali udział w manifestacji pod wielkopolską siedzibą PiS w 2016 roku.

Przez ponad dwa lata ciągano ich po sądach i salach przesłuchań. Obsługa adwokacka pochłonęła ich oszczędności. Właśnie usłyszeli wyrok w sprawie, w której byli oskarżeni o naruszenie nietykalności policjantów oraz wzięcie udziału w nielegalnym zgromadzeniu z zamiarem przeprowadzenia ataku na funkcjonariuszy. Małgorzata, Jacek, Joanna zostali uznani za winnych zarzucanych czynów. Będą musieli wykonywać przez 10 miesięcy nieodpłatne prace społeczne. Maciej z został skazany na rok prac społecznych. Wyroki uniewinniające usłyszeli natomiast Iwona i Paweł.

Praca na rzecz

Większość skazanych to działacze społeczni z Poznania. Od lat wykonują prace na rzecz lokalnej społeczności. Bronią lokatorów przez prześladującymi ich bandytami, blokują nielegalne eksmisje, stają w obronie wyzyskiwanych pracowników, punktują układy na linii politycy- deweloperzy, interweniują, kiedy władze chcą przeprowadzić niszczące przyrodę inwestycje, blokują polowania, upominają się o prawa zwierząt i ludzi. Jesienią 2016 roku protestowali w obronie praw kobiet, którym rząd PiS próbował odebrać prawo do decydowania o własnych ciałach, zaostrzając ustawę antyaborcyjną.
Pod siedzibą partii władzy zebrała się wtedy grupa agresywnie zachowujących się mundurowych, którzy weszli w kontakt fizyczny z uczestnikami zgromadzenia. Według zeznań aktywistów, policjanci używali bezsensownej przemocy i upokarzali zgromadzonych. „Stróże prawa” mieli również kierować strumień gazu w stronę tłumu, co jest zakazane konwencjami praw człowieka.

Na jakiej podstawie

Pojawia się pytanie – na jakiej podstawie policja stwierdziła, że należy przejść do pacyfikacji tłumu, który zebrał się pod siedzibą PiS?
Anarchiści wskazują, że zgodnie z międzynarodowym prawem i standardami z zakresu praw człowieka, niepowiadomienie władz o zamiarze zorganizowania protestu lub niespełnienie innych wymogów administracyjnych nie jest wystarczającym argumentem by uznać, że dane zgromadzenie jest „nielegalne”. Władze mogą uznać, że jakieś zgromadzenie jest nielegalne, gdy np. jego celem jest uniemożliwienie zorganizowania innego zgromadzenia. W przypadku tysiąca osób, które zebrały się w październiku 2016 na Świętym Marcinie w Poznaniu takie przesłanki nie zachodziły.

Jasne standardy

Dlaczego więc policja użyła gazu i pałek? Działacze uważają, że zrobiła to bezprawnie.
„Standardy międzynarodowe są jasne – zwłaszcza w odniesieniu do użycia siły w takich okolicznościach – i stanowią, że podczas rozpraszania niezgodnych z prawem, ale pokojowych zgromadzeń, funkcjonariusze organów porządku publicznego powinni unikać stosowania środków przymusu bezpośredniego, a jeśli nie jest to możliwe, powinni używać siły w najmniejszym koniecznym stopniu. Innymi słowy fakt, że dane zgromadzenie w myśl prawa krajowego jest nielegalne, nie usprawiedliwia użycia przez funkcjonariuszy organów porządku publicznego siły do jego rozproszenia. Stanowisko Specjalnego Sprawozdawcy ONZ ds. wolności zgromadzeń i stowarzyszeń jest w tej kwestii jednoznaczne: zakazywanie i rozpraszanie pokojowych zgromadzeń tylko dlatego, że „ich przesłanie nie podoba się władzom”, stanowi pogwałcenie międzynarodowego prawa praw człowieka.” – akcentują anarchiści w oświadczeniu opublikowanym na Rozbrat.org.

Uszkadzając kciuk

Czy anarchiści naruszyli nietykalność policjantów? Czy rzucali w nich racami, jak stwierdziła temida?

Mierząca 161 cm działaczka uszkodziła policjanta podczas Czarnego Protestu.

Jedna ze skazanych, Małgorzata mierzy 161 cm i waży 52 kg. Sąd uznał, że skrzywdziła policjanta uszkadzając mu kciuk podczas zatrzymania oraz otarła naskórek na jego palcu.
– Czuję się jak w skeczu Monty Pythona, który jest nieśmieszny – mówi.
– Sprawa jest kuriozalna. Dwadzieścia posiedzeń sądu, 60 świadków policji, w tym również funkcjonariusza, którego rzekomo zaatakowałam i który stwierdził, że nie jest pewien, kiedy doznał obrażeń palca, bo zauważył je dopiero po demonstracji.

Tania komedia

Jedna ze skazanych osób nie została zatrzymana na miejscu zdarzenia, a zarzuty zostały jej postawione dopiero, gdy złożyła zawiadomienie o przekroczeniu uprawnień przez policjantów. Skargi te zostały błyskawicznie oddalone przez prokuraturę, natomiast aktywistkę pociągnięto do odpowiedzialności za naruszenie nietykalności funkcjonariuszy.
Skazani już kilka miesięcy temu mówili, że zeznania policjantów, których rzekomo „uszkodził” zakrawają na tanią komedię.

Czysty absurd

„W trakcie kolejnych rozpraw nie zostały nam przedstawione żadne wiarygodne dowody świadczące o naszych przewinieniach. Świadkowie prokuratury w większości niczego nie pamiętali, a Ci, którzy potrafili bliżej nakreślić przebieg wydarzeń, posiłkowali się dziwnymi i pomylonymi odniesieniami do filmików z Youtube’a, zaprzeczali sobie nawzajem lub ewidentnie konfabulowali, sugerując, że jesteśmy członkami jakiejś profesjonalnej, zorganizowanej i groźnej grupy przestępczej, co zakrawa na czysty absurd” – wskazują działacze z Rozbratu.
Kim jest sędzia, która skazała ludzi w oparciu o tak mizerne dowody? Anarchiści zarzucają jej negatywne usposobienie do działaczy społecznych z Rozbratu. „Już wcześniej wiedzieliśmy bowiem o podejściu sędzi Agnieszki Cabrery-Kasprzak do aktywistów i aktywistek. Jakiś czas temu z czystej ciekawości sprawdziliśmy, czy w przeszłości miała ona kontakt ze środowiskiem anarchistycznym. Szybko okazało się, że sędzia ta umorzyła jakiś czas temu głośną sprawę o użycie przez policjanta prywatnego paralizatora na służbie podczas wykładu o gender w Poznaniu” – wskazują w komunikacie.

Pora na drugą instancję

Prześladowani aktywiści nie zamierzają jednak się poddać. Ich reprezentantka, mecenas Agnieszka Rybak-Starczak zapowiedziała już złożenie odwołania od wyroku.
– W najśmielszych snach nie przypuszczaliśmy, że sąd podzieli zdanie prokuratury. To absurd. Podczas uzasadnienia nie usłyszeliśmy na jakiej podstawie sąd uznał, że oskarżeni stosowali przemoc. Tego nie ma w materiale dowodowym – powiedziała w rozmowie z „Głosem Wielkopolskim”.
Wyrok wzbudził oburzenie społeczności stolicy Wielkopolski. Na pewien absurd zwrócił uwagę Szczepan Kopyt, muzyk i poeta z Poznania.
– Z uzasadnienia dzisiejszego wyroku za Czarny Protest w Poznaniu, wnioskuję, że wszystkie osoby, które poszły pod biuro PiS-u (kilka tysięcy) dopuściły się przestępstwa udziału w nielegalnym zbiegowisku. Aż dziwne, że świadków także nie pociąga się do odpowiedzialności. Po trzech latach procesu, braku dowodów skazuje się ludzi w otwarcie politycznym procesie w oparciu o zeznania policjantów. Drogi kraju, szanowna ludności, Poznań po raz kolejny wskazuje ci twoją własną przyszłość. Trzymam kciuki za wyrok sądu drugiej instancji – napisał artysta.

 

Turcja napiera na Kurdów

Ponad 400 osób zostało aresztowanych w Turcji podczas kolejnej fali represji wobec opozycji, zwłaszcza tej lewicowej i tej związanej z mniejszością kurdyjską. Władze ogłosiły również, że wygasły mandaty merów Diyarbakiru, Vanu i Mardinu, wszystkich demokratycznie wybranych podczas marcowych wyborów samorządowych.

Uzasadnienie tej decyzji jest znane aż za dobrze – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Turcji twierdzi, że jest w posiadaniu dowodów na to, że samorządowcy szerzyli terrorystyczną propagandę lub wprost należeli do organizacji terrorystycznej, a do tego przeznaczali na jej działalność pieniądze z kasy prowincji. „Terrorystyczna organizacja” to zakazana w Turcji Partia Pracujących Kurdystanu.
Tradycyjnie również nic nie pomagają tłumaczenia, że usunięci ze stanowisk działacze należą do Ludowej Partii Demokratycznej (HDP), która – jak sama nazwa wskazuje – uznaje zasady liberalnej demokracji, odrzuca walkę zbrojną i chce działać na rzecz budowy bardziej sprawiedliwego społeczeństwa metodami parlamentarnymi. Rząd Erdogana już zdecydował. Obowiązki usuniętych merów przejmą nominowani przez władze centralne gubernatorzy prowincji. Samorządowcy na razie nie zostali aresztowani, ale to być może kwestia czasu – w tureckich aresztach i więzieniach już przebywa kilkuset działaczy i działaczek HDP, w tym czterdzieścioro byłych merów miast i miasteczek w tureckim Kurdystanie.
Ogłoszeniu decyzji o pozbawieniu merów towarzyszyły przeszukania budynków miejskich i – w Diyarbekirze – przeszukania urzędników idących do pracy.
HDP oprotestowała działania ministerstwa jako zamach na demokrację. Przypomniała, że usunięty mer Diyarbakiru Adnan Selcuk Mizrakli uzyskał w marcowych wyborach samorządowych 63 proc. poparcia. Swoje stanowiska w pierwszej turze wygrali również Ahmet Turk w Mardinie z wynikiem 56 proc. głosów oraz Bedia Ozgokce Ertan w Vanie (53 proc. głosów).
Ahmet Turk jest usuwany ze stanowiska mera Mardinu po raz drugi – i to w identyczny sposób. W 2014 r. wygrał wybory lokalne z ramienia Demokratycznej Partii Regionów, również współtworzonej przez Kurdów, ale niemającej nic wspólnego z walką partyzancką. W listopadzie 2016 r. aresztowano go i oskarżono o współpracę z terrorystami. Wyszedł w lutym 2017 r. i powrócił do politycznej kariery.
Parlamentarzyści HDP ostrzegają, że jeśli opinia publiczna łatwo pogodzi się z działaniami władz tureckich na wschodzie kraju, to już wkrótce można spodziewać się usunięcia ze stanowisk opozycyjnych merów Ankary i Stambułu, także wybranych w marcu. Nie są oni związani z kurdyjską partią, więc ostatnia fala represji – na razie – ich minęła. Ekrem Imamoglu, mer Stambułu, zdaje się to rozumieć doskonale. Na Twitterze potępił działania władz dotyczące usuniętych samorządowców, pisząc, że takie kroki nie mają nic wspólnego z demokratyczną praktyką.

Rosja przygania Francji

Rosjanie wezwali Francję do powstrzymania się od „dawania lekcji” w sprawie masowego aresztowania manifestantów na sobotnim proteście antyrządowym w Moskwie. Oskarżyli ją o używanie „wszystkich metod represyjnych” przeciw „żółtym kamizelkom” i o „skrajną obłudę”.

We wrześniu odbędą się w Rosji wybory lokalne. Niektórzy kandydaci opozycji zostali odrzuceni przez komisje wyborcze, co stało się powodem sobotniego protestu. Manifestacja nie została zgłoszona. Według jednej z organizacji pozarządowych, policja miała wtedy aresztować 1400 osób, liczba nie widziana od początku powrotu prezydenta Putina na Kreml w 2012 r.
W poniedziałek wieczorem francuskie ministerstwo spraw zagranicznych wezwało do „szybkiego uwolnienia” zatrzymanych i „wyraziło głęboką troskę” wobec tych wypadków. Wtedy już olbrzymia większość aresztowanych była od dawna w domu, gdyż zwalniano ludzi zaraz po sprawdzeniu tożsamości.
„I to mówi Francja, gdzie przez prawie rok dochodziło do prawdziwej walki policji z manifestantami!” – zareagowała Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiej dyplomacji. „Władze francuskie praktykowały na własnej populacji wszystkie rodzaje metod represyjnych: gazy łzawiące, działka wodne i masowe aresztowania” – przypominała. Dodała, że „manifestacje nie były dozwolone, a policja działała jakby to byli obcy okupanci, a nie Francuzi”.
Wczoraj rosyjskie sądy ogłosiły, że w sumie po manifestacji aresztowano tymczasowo ok. 60 osób, a 160 wlepiono mandaty. Znany opozycjonista Aleksej Nawalny został skazany na 30 dni aresztu za nawoływanie do niezgłoszonej manifestacji.

Dezubekizacja to niezasłużone represje

List otwarty do Jarosława Zielińskiego, Sekretarza Stanu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Szanowny Panie Ministrze

W czerwcu br. udzielił Pan Minister wywiadu dla PAP, który w dniu 27.06.2019 r. zamieścił Pan także na swojej stronie internetowej, a którego treści powtórzyło następnie szereg polskich pism i publikatorów. W wywiadzie tym zawarł Pan szereg informacji i komentarzy odnośnie do funkcjonowania Ustawy z dnia 16.12.2016 r. zwanej dezubekizacyjną lub represyjną. Jako osoby objęte tą Ustawą chcielibyśmy, aby Pan Minister zapoznał się z kilkoma naszymi uwagami na ten sam temat. Ponieważ wypowiedź Pana Ministra znalazła szeroki oddźwięk społeczny, powyższe nasze uwagi zdecydowaliśmy się zawrzeć w liście otwartym, udostępnionym wszystkim zainteresowanym mediom społecznościowym.

Panie Ministrze

Stwierdził Pan m. in., że weryfikacja, której poddano funkcjonariuszy służb specjalnych PRL w 1990 r. „była tylko teoretyczna, dokonywana w duchu ustaleń okrągłego stołu i Magdalenki” z czego można wnioskować, że dla ekipy obecnie rządzącej Polską nie ma ona znaczenia. Panie Ministrze, należało nam, funkcjonariuszom którzy poddali się tamtej weryfikacji, powiedzieć to wówczas, a nie teraz, po ponad 25 latach funkcjonowania RP. Weryfikacji dokonywały w 1990 r. oficjalne komisje powołane przez w pełni suwerenne Państwo Polskie, a ich decyzje miały walor formalno-prawny i decydowały o życiu wielu ludzi. Komisje przeanalizowały i oceniły wszystkich pracowników merytorycznych pionów operacyjnych PRL-owskich służb specjalnych. W zdecydowanej większości jednostek organizacyjnych pozytywne oceny otrzymało zaledwie od kilku do kilkunastu procent oficerów (głównie z pionu kontrwywiadu), a w wielu nikt nie został dopuszczony do dalszej służby, dokładnie przeciwnie niż to Pan stwierdził w swym wystąpieniu. Okazuje się przy tym, że uczciwie postąpiono jedynie z funkcjonariuszami zweryfikowanymi negatywnie, którzy w związku z tym w większości podjęli po 1990 r. pracę w innych instytucjach. Do tego czasu praktycznie wszyscy oni wypracowali renty i emerytury cywilne, znacznie wyższe niż określone w Ustawie, które Pan Minister nazywa sprawiedliwymi. Warto też zauważyć, że im każdy rok służby przed 1990 r. wylicza się wskaźnikiem 0,7 proc., podczas gdy zweryfikowanym pozytywnie, uznanym za godnych służenia RP, wskaźnik ten omawianą Ustawą został obniżony do zera. Jesteśmy więc karani za to, że zaufaliśmy Państwu Polskiemu, za to że z całym poświęceniem, narażaniem życia i zdrowia służyliśmy mu po 1990 r., nie przypuszczając, że Polska w tak cyniczny sposób wyzyskuje naszą wiedzę, umiejętności, wytężoną pracę i lata życia, postępując dokładnie jak oszust, który czerpie korzyści z fałszywych obietnic i zawiera umowy, których nie zamierza respektować.
Aby uzupełnić ten wątek warto przypomnieć, że na kongresie PiS w Krakowie w 2009 roku mówił Pan: Chcę to bardzo wyraźnie podkreślić raz jeszcze. Policjanci, strażacy, funkcjonariusze Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu, Służby Więziennej, zawodowi żołnierze Wojska Polskiego muszą mieć gwarancje, że państwo, któremu służą, dotrzymuje zawartych z nimi umów, wypełnia gwarancje i obietnice deklarowane przy wstępowaniu do służby oraz zapewnia stabilne warunki tej trudnej pracy i należne świadczenia emerytalne po jej wypełnieniu. Po tym wystąpieniu tysiące byłych funkcjonariuszy, skrzywdzonych ustawą z 2009 r. przeforsowaną przez PO, oddało swe głosy w wyborach na partię PiS. Ocena moralna takiego postępowania Pana Ministra jest jednoznaczna, aczkolwiek można pogratulować skuteczności politycznej.

Panie Ministrze

Oświadczył Pan w swej wypowiedzi, że Ustawa miała na celu realizację historycznej sprawiedliwości, polegającej na odebranie nienależnych przywilejów tym, którzy służyli totalitarnemu państwu. Proszę więc zauważyć, że w 2009 r. rząd premiera Tuska przeprowadził przez Sejm ustawę, w której wszystkim emerytowanym funkcjonariuszom PRL-owskich służb specjalnych zabrano wcześniej stosowany wskaźnik 2,6 proc. za rok służby temu państwu. Jednak nie zmniejszono go do poziomu 1,3 proc., jaki przysługuje każdemu normalnie pracującemu Polakowi (czyli nie jest przywilejem, a normą), ale do 0,7 proc., który obejmuje ludzi niepracujących, a także m. in. więźniów odbywających kary. A więc już 2009 r. nie tylko odebrano przywileje, ale także represyjnie ustalono wysokość rent i emerytur tej grupy na poziomie przestępców. Teraz okazuje się, że zdaniem Pana Ministra wskaźnik 0,7 to też przywilej i bez skrupułów używa Pan tego fałszywego argumentu wobec mało zorientowanej opinii publicznej. Należy ponadto zauważyć, że wymierzanie jakiejkolwiek sprawiedliwości przez władzę polityczną, która ze swej istoty jest stronnicza, świadczy o braku znajomości najbardziej elementarnych reguł prawa, lub o wyjątkowo niskim poziomie etycznym takiej władzy. Do wymierzania sprawiedliwości w demokratycznym państwie prawa służą wyłącznie niezależne sądy i trybunały, stosujące uczciwe reguły procesowe.

Panie Ministrze

Oświadczył Pan, że w Ustawie chodziło o to, aby byli pracownicy służb PRL nie mieli większych dochodów niż ofiary komunistycznych represji. Proszę więc zauważyć, że jeżeli ktoś czuje się ofiarą komunistycznej represji, to powinien kierować do prokuratury (IPN) lub do sądów oskarżenia przeciwko funkcjonariuszom, którzy go skrzywdzili. O ile wiadomo przez ponad 25 lat oskarżenia takie skierowało na drogę prawną zaledwie kilkunastu represjonowanych działaczy opozycji sprzed 1989 r., a następnie odbyły się procesy sądowe i zapadły stosowne wyroki. Proporcje kilkunastu przypadków wobec kilkudziesięciu tysięcy funkcjonariuszy objętych Ustawą są rażące. Mamy nadzieję, że jeżeli zna Pan Minister inne przypadki komunistycznych represji, to zgodnie z prawem bezzwłocznie powiadomi Pan o nich właściwą prokuraturę. Dla uzupełnienia tego wątku warto dodać, że szereg osób, które poniosły szkody w wyniku działalności opozycyjnej w PRL (głównie w wyniku niesprawiedliwych wyroków sądowych) otrzymało w okresie III RP odszkodowania sięgające od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy zł.

Panie Ministrze

Z dumą poinformował Pan, że dzięki Ustawie radykalnie zmniejszono mundurowe renty rodzinne tysiącom osób z nich korzystających. Proszę więc zwrócić uwagę na następujący fakt. Represjonowanie niewinnych osób wyłącznie za to, że są powiązane rodzinnie z rzekomymi przestępcami, za jakich Ustawa, stosując odpowiedzialność zbiorową, uznała wszystkich kiedykolwiek pracujących w służbach specjalnych PRL, ma w zasadzie tylko jeden odpowiednik we współczesnej historii. Otóż podobnie haniebne rozwiązania prawne zastosowano w okresie stalinizmu w Rosji Sowieckiej, gdy za bycie członkiem rodziny tzw. „wroga ludu” również otrzymywało się wyroki skazujące. Fakt, że Pan Minister szczyci się analogicznym represjonowaniem tysięcy, w tym wypadku już bez jakichkolwiek wątpliwości niewinnych ludzi, nie wymaga dalszych komentarzy.

Panie Ministrze

Wielokrotnie używanym przez Pana argumentem jest przykład, iż jakiejś jednej osobie z ponad 38 tys. objętych Ustawą, odebrano aż 18 tys. zł miesięcznie, co niewątpliwie robi wrażenie na opinii publicznej. Dlaczego Pan Minister nie podał, że jednocześnie kilkunastu tysiącom emerytów i rencistów mundurowych obniżono otrzymywane przez nich, z trudem wystarczające na przeżycie świadczenia niewiele przekraczające 1000 zł netto, do głodowych 880 zł miesięcznie? Czy dlatego, że to mogłoby nie zrobić pożądanego wrażenia na opinii publicznej? Czy tragedia dziesiątków tysięcy niewinnych ludzi ma nadal służyć tylko doraźnym celom propagandowym? Pan Minister stwierdził przy okazji, że Ustawa spotkała się z szerokim poparciem społecznym. Proszę więc wziąć pod uwagę, że w wypadku gdyby zdarzyło się, iż Panu Ministrowi, lub jego kolegom z rządu, w przyszłości również obniżono by świadczenia emerytalne do poziomu minimalnego, to bez wątpienia spotkałoby się to z podobnie wielkim entuzjazmem społeczeństwa polskiego.

Panie Ministrze

Z satysfakcją podał Pan, że budżet państwa dzięki Ustawie „zaoszczędził” około 676 mln. zł rocznie, o 25 proc. więcej niż Pan Minister przewidywał. Można pogratulować skuteczności działań i ponadplanowych efektów finansowych. Mamy jedynie nadzieję, że nasze uwagi do wystąpienia Pana Ministra pozwolą lepiej zrozumieć sposób w jaki zostały osiągnięte tak doskonałe efekty, oraz wyjaśnią, dlaczego Pan Minister jest dumny z Ustawy dekomunizacyjnej. Poruszony temat ma jeszcze szereg innych interesujących aspektów, ale w tym wypadku chcieliśmy się odnieść tylko do konkretnej wypowiedzi Pana Ministra.
Najserdeczniej pozdrawiamy Pana Ministra i życzymy dalszych sukcesów w pracy zawodowej.

Zostawcie marki własne

Premier Morawiecki stwierdził, że polskie firmy nie są dostatecznie promowane w sklepach wielkopowierzchniowych – nikt nie wie o ich istnieniu i trudno im później przebić się z przyzwoitą marżą.
Stąd narodził się plan likwidacji marek własnych (realizowanych zresztą przez te same polskie firmy – tylko pod szyldem Carrefoura, Rossmana, Lidla czy Biedronki – te dwa markety są liderami produkcji marek własnych).
To postanowienie ideologicznie słuszne i stanowiące cios w przywileje marketów, ale niestety rykoszetem odbije się bardzo mocno na polskim kliencie – gdyż Morawiecki i spółka zdają się nie rozumieć, że to właśnie klienci najbiedniejsi, z mało zasobnymi portfelami władają do koszyków marki własne najczęściej. Zamiast mydła Palmolive wybierają mydło lidlowe, a zamiast chipsów Lays – biedronkowe prażynki. Rossmanowe kosmetyki są tanie, nietestowane na zwierzętach i po prostu dobrej jakości. Więcej – Instytut badawczy ABR SESTA na zlecenie portalu Money.pl postanowił sprawdzić, czy marki własne rzeczywiście są popularne wśród konsumentów i jakie konsekwencje może nieść ich zlikwidowania. Okazuje się, że rekordzista – mydło w płynie właśnie – podrożeje a o 165 procent. O 10 proc. podrożeje cukier, woda i soki o 60 proc., czekolada – aż o 107 (drugie miejsce na podium).
Dobra zmiana? Niekoniecznie.
– Jeżeliby doszłoby do realizacji ww. scenariusza, to w miejsce marek własnych pojawiłyby się produkty odpowiadające im jakością, tylko nieco droższe. Wprowadziliby je producenci, niekoniecznie związani z polskim biznesem. Konsumenci, nie mając alternatywy, płaciliby więcej. Starszym osobom mogłoby to przypominać czasy, gdy rynek był sztucznie regulowany. Oczywiście teraz półki nie świeciłyby pustkami. Wielu specjalistów pracowałoby nad nowymi rozwiązaniami, lecz niekoniecznie korzystnymi dla klientów – mówi Andrzej Wierzchoń, Senior Manager Sales w TERRITORY Influence/TRND CEE.
Regulujcie polski rynek mądrze, nie kosztem jego odbiorców, którzy od tych regulacji zbiednieją jeszcze bardziej.

Koniec taryfy ulgowej dla księcia

Zachodnie media długo przedstawiały saudyjskiego księcia Muhammada ibn Salmana jako reformatora, który otworzy pustynne królestwo na świat i zliberalizuje panujące w nim despotyczne porządki. Po morderstwie Dżamala Chaszodżdżiego zaczęły „przyznawać się do błędu”. Najnowsza publikacja „New York Times” ostatecznie dowodzi, że rację od początku miała lewica: Muhammad ibn Salman zawsze był krwawym satrapą.

Następca tronu Arabii Saudyjskiej pokazał swoje „humanitarne” oblicze już jako osoba, która w saudyjskim establishmencie odpowiada za prowadzenie wojny z Jemenem. Zachodnie media, które bardzo długo ignorowały tragedię tego państwa i jego mieszkańców, wolały jednak przekonywać, że książę Muhammad rozumie potrzebę reformowania swojego kraju, na przykład poszerzenia zakresu praw kobiet. Komentarze tego typu brzmiały od początku jak zaklinanie rzeczywistości – bo „światły następca tronu” ani razu nie zająknął się nawet o rezygnacji z systemu nadzoru nad obywatelkami (obecnie każda Saudyjka do podróży czy podjęcia nauki potrzebuje zgody ojca, męża lub brata).
W poniedziałek „New York Times” przyznał – Muhammad ibn Salman na ponad rok przed morderstwem Dżamala Chaszodżdżiego zatwierdził plan działań służb wymierzonych w opozycję. Zgodził się nie tylko na śledzenie obrońców praw człowieka czy nawet umiarkowanych krytyków i krytyczek panującej dynastii, ale i na porwania, tortury i więzienie bez wyroku.
Na celowniku znalazły się działaczki broniące praw kobiet, a także m.in. wykładowcy akademiccy pozwalający sobie na zbyt duży margines wolności słowa. Mężczyźni, którzy zabili Chaszodżdżiego i poćwiartowali jego ciało, prawdopodobnie brali już wcześniej udział w porwaniach i torturowaniu opozycjonistów. Były wśród nich aktywistki kobiece, których proces ruszył niedawno w Ar-Rijadzie: Ludżajn al-Hatlul, Aziza al-Jusuf, Iman an-Nadżfan i inne działaczki mogą zostać skazane nawet na 10 lat więzienia. W areszcie były torturowane – podtapiane i rażone prądem.
Co na to opinia publiczna „wolnego świata”? Amerykanie wiedzieli o programie inwigilowania i represjonowania opozycji od dawna. Źródła „NYT” przyznają teraz, że powstały na jego temat raporty wywiadowcze – oczywiście tajne. W rozmowie z dziennikarzami zastrzegający anonimowość urzędnicy wskazują nawet konkretne osoby nadzorujące program. Najważniejsza z nich to Saud al-Kahtani, wpływowa postać na dworze w Ar-Rijadzie, człowiek księcia Muhammada. Po śmierci Chaszodżdżiego został on demonstracyjnie pozbawiony stanowiska, ale to tylko gra na użytek chwilowo oburzonej światowej opinii publicznej.
W ubiegłym tygodniu w sprawie procesu 11 kobiet obwinionych m.in. o „kontaktowanie się z organizacjami międzynarodowymi i mediami zagranicznymi”. zabrała głos Amnesty International, określając szykany zmuszaniem do milczenia. Zdaniem Amnesty, ta sprawa zaczernia reputację Arabii Saudyjskiej, nie mniej niż zamordowanie dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego w konsulacie saudyjskim w Stambule.

Stop represjom!

Nowelizacja ustawy o służbie zagranicznej jest niezgodna z Konstytucją – kategorycznie twierdzi Andrzej Rozenek.

 

Wprowadzenie odpowiedzialności zbiorowej poprzez zakaz pracy w dyplomacji dla osób, które współpracowały ze służbami w okresie przed 1990 r. – to główny zarzut w stosunku do nowelizacji ustawy o służbie zagranicznej, którą Sejm uchwalił 22 listopada 2018 r. – Nie ma naszej zgody na tego typu bezprawie – mówił Andrzej Rozenek podczas konferencji prasowej w Sejmie 23 listopada 2018 r., jednocześnie przypominając, iż po tzw. ustawie represyjnej to kolejny projekt zmierzający do pognębienia osób, które pracowały dla polskich służb specjalnych i mundurowych przed 1990 r. – Mamy już 52 ofiary śmiertelne, które wynikają z wprowadzenia tzw. ustawy represyjnej i nie mówimy o sprawach przypadkowych, ale wprost wynikających z wprowadzenia tej ustawy. Mam również do czynienia z ubożeniem tych ludzi, z powodu znacznego obniżenia im rent i emerytur ustawą z 16 grudnia 2016 r. – poinformował polityk SLD.
Andrzej Rozenek przypomniał, iż PRL była legalnym państwem uznanym na arenie międzynarodowej. – Podważenie tego faktu jest świadectwem indolencji intelektualnej. Jeżeli PRL był normalnym państwem, to zakładamy, iż w normalnym państwie były służby specjalne, które zajmowały się tym czym zajmowały się służby specjalne wszystkich innych państw.
– Narzucanie nam takiej narracji, że dyplomacja nie powinna mieć nic wspólnego ze służbami specjalnymi jest daleko idącą naiwnością, dlatego, że wszyscy wiemy, iż na całym świecie dyplomacja i służby specjalne idą ręka w rękę. W każdym państwie wygląda to dokładnie tak samo, ludzie najwybitniejsi i najlepsi w swoim fachu trafiają do dyplomacji – mówił.
Polityk lewicy ocenił, iż nowelizacja ustawy o służbie zagranicznej lekceważy przebieg kariery i dokonania na rzecz ojczyzny wielu osób, które obecnie pracują w dyplomacji. – Liczy się tylko czy przed 1990 r. współpracowali z legalnymi służbami państwa polskiego. Takie osoby zostaną ukarane za to, że służyli Polsce. Współpraca lub praca dla służb specjalnych automatycznie nie oznacza, iż taka osoba robiła komuś krzywdę lub coś złego.
– Ta ustawa niczym się nie różni od ustawy z 16 grudnia 2016 r., jest tak samo niesprawiedliwa i niezgodna z konstytucją – podkreślił Rozenek i podziękował posłankom i posłom Nowoczesnej, iż nie poparli tego projektu. – Ubolewam, iż pozostała część opozycji nie zauważyła, iż ta ustawa jest absolutnie niezgodna z konstytucją.
Polityk SLD przypomniał, iż polski wywiad gospodarczy przed 1990 r. przysporzył PRL, a następnie III RP wielu korzyści ekonomicznych. – Sztandarowym przykładem jest pozyskanie recepty na polopirynę, czyli na aspirynę. Jest to jeden z tysięcy przykładów kiedy to nasz wywiad przyczynił się do rozwoju Polski.

900 dzieci w areszcie

Wzmaga się przemoc izraelskich okupantów w stosunku do nieletnich Palestyńczyków. W tym roku aresztowano ich już ponad 900. Ponad 200 nadal jest pozbawionych wolności.

 

Stowarzyszenie Więźniów Palestyńskich (Palestinian Prisoner Society – PPS) przedstawiło we wtorek dane świadczące o tym, że od początku 2018 r. do końca października państwo Izrael aresztowało 908 palestyńskich dzieci. 270 spośród nich nadal jest przetrzymywanych w aresztach w miejscowościach Megiddo i Ofer. Ponadto nieokreślona liczba nieletnich osób przebywa zamknięta w policyjnych miejscach odosobnienia na terenie Jerozolimy.

Stowarzyszenie zwraca uwagę, że izraelskie siły okupacyjne często dokonują aresztowań dzieci w środku nocy, albo nad ranem, po wdarciu się do ich domów. W miejscu przetrzymywania poddawane są torturom, najczęściej biciu, w celu wymuszenia zeznań. Znaczna część z nich przebywa w więzieniach nie tylko bez możliwości kontynuowania edukacji, ale pozbawiane są też kontaktu z rodzinami, a nawet opieki medycznej – również w przypadku osób przewlekle chorych. Znany jest przypadek 17-letniego Hasana at-Tamimi, który podczas uwięzienia w izraelskim areszcie w tym roku stracił wzrok na skutek celowego zaniedbania jego zdrowia.

Zdaniem PPS po 2015 r. nastąpiła wyraźna zmiana w polityce izraelskich okupantów wobec małoletnich Palestyńczyków. Wielokrotnie nowelizowano prawo tak, by wojsku, policji i sądom umożliwić pozbawianie dzieci wolności na dłuższe okresy, łącznie z możliwością stosowania kary dożywotniego więzienia za rzucenie kamieniem w kierunku izraelskiego żołnierza lub osadnika.

Kary za pomoc

Zgodnie z obietnicą złożoną przez Viktora Orbána podczas ostatnich wyborów wygranych przez Fidesz, węgierski rząd przygotowuje projekt ustawy wymierzonej w organizacje pomagające uchodźcom.

 

Napływ uchodźców z Bliskiego Wschodu przybywających do Węgier znacznie zmalał odkąd w 2016 r. południową granicę kraju szczelnie ogrodzono wzmocnionymi i regularnie patrolowanymi zasiekami. Węgierski rząd nie przestaje jednak wykorzystywać tematu imigrantów do politycznej nagonki na swoich przeciwników. Opracowano właśnie założenia nowej ustawy, która zmierza do kryminalizacji działań nastawionych na pomoc uchodźcom uznanym za „nielegalnych imigrantów”. Projekt ten bierze „na celownik” przede wszystkim tych, którzy przerzucają ludzi przez granicę lub finansują tę aktywność. Jednak za przestępstwo może też zostać uznane nawet drukowanie ulotek z informacjami dla uchodźców, dostarczanie im jedzenia lub oferowanie pomocy prawnej.

Całość projektu nie jest jeszcze znana, jednak węgierski dziennik Magyar Hirlap twierdzi, że za taką działalność będzie grozić nawet kara jednego roku pozbawienia wolności. Rząd Orbána zamierza też zmienić konstytucję tak, żeby skutecznie uniemożliwić relokację uchodźców z pozostałych krajów UE do Węgier.

Komentatorzy są zgodni, że nowe represje wymierzone są przede wszystkim w działalność Open Society Foundation finansowaną przez George’a Sorosa. Nowe prawo jest otwarcie nazywane

„Ustawą antysorosową. Zapowiedź bezpardonowej walki z polityczną działalnością miliardera węgierskiego pochodzenia była jednym z głównych wątków niedawnej kampanii wyborczej partii Orbána. George Soros jest konsekwentnie demonizowany w oczach opinii publicznej. Politycy Fideszu i prorządowe media przedstawiają go jako wroga Węgier zagrażającego bezpieczeństwu wewnętrznemu kraju i jego chrześcijańskiej tożsamości. Głosowanie parlamentarne w sprawie ustawy przewidującej nowe represje jest zaplanowane na przyszły tydzień.