Reprywatyzacja – czy to już koniec?

11 sierpnia, gdy ten numer „Dziennika Trybuna” jest dostępny w kioskach, lokatorzy wyjdą po raz kolejny przed Sejm domagać się zamknięcia sprawy reprywatyzacji. Czy ich głos będzie mocniejszy, niż naciski z USA?

Wbrew nadziejom Senatu, poprawki wniesione przez izbę wyższą nie pozwoliły na obłaskawienie Stanów Zjednoczonych i Izraela. Możliwość dokończenia aktualnie trwających postępowań reprywatyzacyjnych, jaką wniosła do ustawy poprawka Koalicji Obywatelskiej, to za mało. Izraelski MSZ nadal atakuje Polskę za utrudnianie spadkobiercom ocalonych z Holokaustu odzyskiwania własności przodków.

Taka też argumentacja brzmi w liście, który wpłynął do marszałek Sejmu Elżbiety Witek od spikerki amerykańskiej Izby Reprezentantów Nancy Pelosi. – Ocaleni z Holokaustu i inni prawowici właściciele, którzy musieli uciekać z Polski przed antysemityzmem lub komunistami, przez dziesięciolecia czekali na sprawiedliwość po konfiskacie lub nacjonalizacji ich własności przez komunistyczny rząd – pisze spikerka Izby Reprezentantów po tym, gdy od upadku socjalizmu w Europie Wschodniej też minęły dziesięciolecia, a reprywatyzacja przez ten czas trwała w najlepsze. Amerykańska polityczka wyraża nadzieję, że Witek użyje wszystkich możliwych narzędzi, by zablokować nowelizację. Nie chce, by „zostały narzucone żadne nowe bariery” dla ubiegających się o zwrot nieruchomości lub „sprawiedliwe odszkodowanie”.W istocie możliwość ubiegania się o odszkodowanie nie była nawet przedmiotem proponowanych zmian. Zablokowanie możliwości unieważniania decyzji administracyjnych sprzed 30 lat w żaden sposób nie blokuje drogi cywilnej.

W samo południe swoje argumenty przed Sejmem wypowiedzą lokatorzy, których głos jest w całej dyskusji jakby najmniej słyszalny. A to oni – chodzi o tysiące ludzi – mieszkają w budynkach zagrożonych reprywatyzacją, cierpią, gdy miasto nie chce tych obiektów remontować (bo po co, skoro mogą zostać przyznane komuś innemu). I ciągle mają nadzieję, że tym razem ustawa przejdzie i będą spać spokojnie.

Koniec reprywatyzacji?

24 czerwca Sejm przyjął nowelizację Kodeksu postępowania administracyjnego, która może zakończyć dziką – i nie tylko – reprywatyzację w Polsce. Odetchną lokatorzy, właściciele mieszkań i samorządy… o ile sprawa zostanie doprowadzona do końca.

Zmiany są niby proste i logiczne, a jednak rewolucyjne. Słowo „reprywatyzacja” nie padło, ale przecież wszyscy wiedzą, o co chodzi i czemu ma służyć zmiana art. 156 i 158 kodeksu postępowania administracyjnego i ustanowienie czasowej granicy ogłaszania nieważności decyzji administracyjnych. Sejm przypomniał zresztą o wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2015 r., gdzie jasno mówiono o niezbędnym, a nieobecnym wtedy w polskim prawie horyzoncie czasowym roszczeń.

Po zmianach decyzja administracyjna wydana bez podstawy prawnej lub z rażącym naruszeniem prawa będzie mogła zostać uznana za nieważną tylko w okresie 10 lat od doręczenia lub ogłoszenia. Stwierdzenie nieważności nie będzie też możliwe, gdy decyzja wywoła nieodwracalne skutki prawne. Natomiast w przypadku decyzji wydanych 30 lat temu lub wcześniej wszystkie sprawy o uznanie nieważności, będące obecnie w toku zostaną automatycznie umorzone. Nowe nie będą nawet wszczynane.

Nikt nie był przeciw

Za nowelizacją głosowało 309 posłów, 120 wstrzymało się od głosu. Przeciw nie był nikt, 31 osób nie było obecnych podczas głosowania.

Wszyscy obecni z klubu PiS byli za, za to zebrani na sali przedstawiciele KO wstrzymali się. Reprezentantów liberalnej opozycji – przynajmniej oficjalnie – skłonił do tego fakt, że zmiany w Kpa wpłynęłyby na już trwające postępowania. Po stronie PSL i koła Hołowni – poparcie dla projektu, tak jak i w Konfederacji, chociaż tutaj zaskoczenie: dwaj posłowie głośno krzyczący swojego czasu „stop 447” teraz wstrzymali się od głosu. Na Lewicy – również zdecydowana większość była za ustawą. Wstrzymali się tylko posłowie Andrzej Szejna i Andrzej Rozenek.

Odetchną samorządy

Lewica w ubiegłym roku zapowiedziała własny projekt ustawy reprywatyzacyjnej, również zakładający wygasanie roszczeń. Teraz większość jej przedstawicieli w Sejmie uważa, że zrobiono krok w dobrym kierunku. Magdalena Biejat w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną” zauważyła, że wyznaczanie przez państwa terminów przedawnienia w sprawach administracyjnych nie jest niczym dziwnym. Przypomniała także, że niejasny status tysięcy nieruchomości w Polsce, perspektywa objęcia ich postępowaniami reprywatyzacyjnymi zniechęca samorządy do ich remontowania, co bezpośrednio przekłada się na warunki, w jakich żyją mieszkańcy. – Wiele mieszkań, także socjalnych, będzie miało wreszcie szansę na remont lub inne inwestycje i wielu ludzi zyska bezpieczny dach nad głową, a to dla nas najważniejsze – podsumowała.

Jeszcze mocniejszy komentarz zamieścił na Facebooku Jan Śpiewak, aktywista miejski, który ujawnił niejeden reprywatyzacyjny skandal.
– Unieważnianie decyzji było podstawą mechanizmu dzikiej reprywatyzacji. Chodziło przede wszystkim o nacjonalizację wielkich majątków ziemskich (reforma rolna), nacjonalizację przemysłu i nacjonalizację nieruchomości w Warszawie. Cwaniaki unieważniały w sądach administracyjnych decyzje wydane w latach pięćdziesiątych czy czterdziestych i żądały wydania nowych decyzji w oparciu o akty prawne wydane w okresie powojennym. W ten sposób Warszawa oddała 4 tysiące nieruchomości wartych dziesiątki miliardów na podstawie decyzji wydanych z mocy Dekretu Bieruta! Oczywiście w zupełnie innych warunkach prawnych i historycznych – napisał działacz.

Izraelskie oburzenie

Mało które głosowanie w polskim Sejmie wywołało tak ożywione reakcje zagranicznych dyplomacji. Do ofensywy przeciwko zmianom ruszył Izrael i jak można było się spodziewać – otrzymał wsparcie z ambasady amerykańskiej.

Tel Awiw, ustami ministra spraw zagranicznych Jaira Lapida, już sugeruje, że przyjęcie „niemoralnego prawa” doprowadzi do pogorszenia stosunków polsko-izraelskich. Izrael oskarża Polskę o próbę „uniemożliwienia zwrotu prawowitym właścicielom mienia zagrabionego w Europie Żydom przez nazistów i ich kolaborantów”. Lapid, który swojego czasu oskarżał wszystkich Polaków o antysemityzm, we wpisie na Twitterze posunął się nawet do twierdzenia, że „Polska po raz kolejny próbuje zaprzeczyć temu, co zrobiono w Polsce podczas Holokaustu”. Nieco spokojniej napisał do marszałek Elżbiety Witek najwyższy rangą dyplomata USA w Polsce Bix Aliu, ale sens wypowiedzi był ten sam: Ocaleni na zawsze stracą majątek.
– Przez 30 lat USA i Izraelowi nie przeszkadzały mafie reprywatyzacyjne, które rozkradały tysiące nieruchomości (przede wszystkim w Krakowie i Warszawie) należących przed wojną do polskich obywateli pochodzenia żydowskiego. Teraz ambasady protestują, bo przepisy zamykają drogę do przejmowania mienia bezspadkowego – czyli mienia pozostawionego najczęściej przez ofiary Holocaustu. Takie mienie na podstawie obowiązującego w Polsce od początku XIX wieku Kodeksu Napoleona przepada na własność skarbu państwa – komentuje Jan Śpiewak.

A polski rząd ustami marszałek Witek ripostuje: – Polacy, podobnie jak obywatele polscy każdej innej narodowości, pozbawiani byli życia, zdrowia i majątku przez nazistowskie Niemcy, by następnie, po wojnie, znaleźć się w sowieckiej strefie wpływów z wszystkimi tego konsekwencjami. I dodaje, że nowe przepisy mają chronić obywateli każdego pochodzenia przed nadużyciami dzikiej reprywatyzacji, a naciski Izraela i USA nie mieszczą się w granicach dobrych obyczajów.

Złota myśl Andrzeja Ważnego

Chciałem o powrocie Tuska, ale to jeszcze nic pewnego; pewnym jest za to, przynajmniej na tym etapie legislacji, że zgodnie z postanowieniem TK sprzed sześciu lat, Sejm znowelizował właśnie, głosami od lewa do prawa, bez Platformy, kodeks postępowania administracyjnego. I zaczęła się dyplomatyczna bryndza, albo bunc. 

Mój ojciec, człowiek prosty i porywczej natury, ma w swoim sztambuchu zasuszonych kilka złotych myśli, którymi otwiera sobie drzwi do zrozumienia świata. Na przykład, kiedy kogoś coś boli, albo na coś nie domaga, zwykle idzie do doktora. Tam, może się zdarzyć, że usłyszy bardzo złowrogą diagnozę, po której zapada się pod nim ziemia. Zgryzota i choroba toczą go wówczas w zdwojonym tempie, w efekcie czego człek schodzi przedwcześnie. – A mógł sobie jeszcze pożyć-wspomni nad trumną ten. – Ech, szkoda chłopa-doda ów. Mój ojciec w takich wypadkach zwykł był jednak mawiać: trzeba było nie ruszać. 

No i rzeczywiście, coś w tym jest. Gdyby nieboszczyk nazbyt nie zatroszczył się o pieprzyk pod łopatką albo zgrubienie na nodze, może by i dożył drugiej albo i trzeciej wiosny, a tak zabrał się na św. Marcin, bo zaczął szukać w sobie choroby. Ta oczywiście w nim siedziała, ale gdyby nie zaglądać za bardzo do środka, to może by się dało jakąś z nią żyć. Przynajmniej dłużej. A tak-jest jak jest. Wiadomo: trzeba było nie ruszać. 

Z nowelizacją kpa, jest trochę jak z Andrzejem Ważnym i jego złotymi myślami. Trzeba było nie ruszać, albo, trawestując nieco andrzejowy bon mot, można było nie próbować. My, jako Polska i jej posłowie, którzy podnieśli ręce za nowelizacją, jesteśmy kryci, bo wszak musieliśmy wykonać prawomocny wyrok. Wara więc wam, droga, izraelska młodzieży, co możemy sobie robić w swoim domku, i to akurat święta prawda. Forma, którą obrał szef izraelskiego MSZ-tu, była cokolwiek nie na miejscu. Lub może właśnie była dokładnie taka, jaką być powinna, żeby sprowokować zagraniczną reakcję, co się jej oczywiście udało. Nie od dziś wiadomo, że kto by tego nie czynił i jakich narzędzi by nie używał, gdy rzecz tyczy się Holocaustu i żydowskiego mienia, pewnym może być, że po reakcji Izraela zareaguje też administracja prezydencka w USA, bez względu na stronę polityczną, którą reprezentuje amerykański przywódca. To pewien światowy aksjomat polityczno-dyplomatyczny, o którym wie nawet mój tata. Jeśli więc ktoś próbuje otwarcie postawić sprawę i nazwać rzeczy po imieniu, pewnym może być, że Ameryka i Izrael tupną nóżką. Naturalnie, można wówczas wyrażać oburzenie, że jakże to tak, w wewnętrzne interesy kraju na P. wtrąca się kraj na I., jeno niewiele to w tym wszystkim zmieni. 

Zanim się zacznie płakać nad swoim podłym losem pariasa, należałoby się jednak uzbroić na arenie międzynarodowej w mocną, miękką dyplomację i zyskać poparcie kręgów: biznesowych, politycznych, rodowych, słowem-establishmentu, który, czy się nam to podoba czy nie, oplata swoimi kanałami strefy wpływów. A gdy się już posiądzie ten stan wtajemniczenia masońskiej loży, można by Wielkiemu Kreatorowi wygrażać i próbować robić politykę po swojemu. Do tego momentu jednak, winna działać doktryna Andrzeja Ważnego: nie ruszać. Przeczekać. Zaczekać. Zostawić. Żeby nie śmierdziało. Jak się zacznie tykać palcem wrzodu, ten się rozleje i będzie brzydko. 

My postąpiliśmy jak zwykle. Czepiliśmy się ropnia, umiejscowionego na dodatek w bardzo przykrym miejscu, i wydusiliśmy go na oczach świata, tłumacząc to niezbędną koniecznością, zaordynowaną przez starego doktora. A co by się stało, gdybyśmy tak przetrzymali jeszcze trochę ten stan, do momentu, gdy organizm napasałby się na salonach i utył w oczach możnych. Grubemu i bogatemu wiele można: tak wybaczyć jak i uczynić. Np. wycisnąć śmierdzący pryszcz na salonie, tłumacząc to stanem wyższej konieczności. Wtedy to idzie jakoś przetrzymać. Kiedy jednak czyni to biedak bez szkoły i poparcia, jest li tylko zwykłym chamem i wichrzycielem, który chce się wzbogacić na krwawicy ofiar, jak chłopy z Jedwabnego, co spaliły stodołę. 

Co dalej? Może być niebanalnie. Przypomina mi się historia Szwajcarów, którzy swego czasu przyznali się, że mają w swoich bankach parę groszy żydowskiej gotówki i złota, pozostałych po ofiarach Nazistów. Wyliczyli to na kilkaset milionów dolarów. Ale izraelskie lobby miało zupełnie inne wyliczenia, idące w miliardy USD. Kiedy Szwajcarzy raczyli się nie zgodzić co do sumy, w Ameryce rozpętała się kampania sekowania szwajcarskich produktów i Szwajcarii jako takiej, która ostatecznie pogrzebała szwajcarski sen o sprawiedliwym kasjerze, chodzącym jak szwajcarski zegarek. Zastanawiam się, czym moglibyśmy zubożyć Amerykę, gdyby przestano nas tam na nowo lubić. Brakiem wódki i szynki konserwowej w Wallmarcie? A może Papieża Polaka i Wałęsy na pocztówkach? Chyba możemy sobie jeszcze pozwolić na taki scenariusz. 

Państwa jak nie było, tak jest go jeszcze mniej

Prawo od lat stosowane jest nader wybiórczo. „Dobra zmiana” nic w tym zakresie nie zmieniła, z wyjątkiem przestawienia celownika.

W Poznaniu na ulicy Stolarskiej stała kamienica. Tak się złożyło, że znalazł się jej właściciel. Wkrótce na terenie nieruchomości pojawili się dwaj obywatele, podający się raz za jej właścicieli, raz za zarządców, i rozpoczęli remont. Rozkopali podwórze. Wyjęli okna na klatce schodowej i drzwi wejściowe. Skuli tynki na klatce schodowej. Zawalili gruzem wejście do kamienicy. Opróżnili też zajęte przez lokatorów piwnice i tak im jakoś wyszło, że nawet nie uprzedzili ich o tym. Na koniec rozwalili jedną ze ścianek działowych na poddaszu. A po tym wszystkim prace przerwali. Przy okazji remontu dochodziło do zalewania jednego z mieszkań, w skrzynkach pocztowych pojawiały się robaki a na terenie posesji szczury. Dopełnieniem całości było dekorowanie przez ekipę remontującą budynku wstęgami pogrzebowymi z napisem „ostatnie pożegnanie”.

Czyściciele

Obywatelom nadzorującym te działania chodziło, by zamieszkujące kamienicę osoby poszły sobie z niej w cholerę. Ponieważ jednak lokatorzy byli oporni na takie sugestie, wyłączono im wodę i odcięto gaz.

Poznański przykład zachęcił innych obywateli do podejmowania podobnych działań w całej Polsce. Media ochrzciły wykonujących taki fach obywateli mianem czyścicieli kamienic.

Nad losem postponowanych lokatorów załkała cała Polska. W końcu sprawa trafiła do wymiaru sprawiedliwości. Czyścicieli raz skazywano, raz uwalniano od zarzutów. Co w świetle konstytucji dziwić nie powinno albowiem panowie stali na straży tak priorytetowej dla Rzeczpospolitej wartości jak święte prawo własności.

W imię tejże własności można w Polsce robić wszystko. A zatrudniony przez lokatorów papuga może się najwyżej powoływać na przepis zabraniający uporczywego nękania, czyli stalkingu. Ba, papuga może nawet wywalczyć lokatorom, że czyściciele nie zbliżą się do zamieszkiwanej przez nich kamienicy. Tyle tylko, że niczego nie zmieni to w ich położeniu. Wody i gazu mieć nie będą, a po klatce schodowej nawet zimą będzie hulał wiatr.

Ulice

W centrum Krakowa jest ulica Bydgoska. Ludzie zamieszkujący ją tym jednak różnią się od innych obywateli tego miasta, że któregoś nieszczególnie pięknego dnia otrzymali wezwanie do zapłaty za użytkowanie tejże ulicy.

Rachunki były ledwie za ostatnie dziesięć lat. Kwoty nie były może oszałamiające, bo wynosiły od tysiąca do 1800 złotych. Szokiem dla mieszkańców był jednak sam fakt, że istniał tytuł prawny do ich wystawienia. A istniał. Droga była bowiem jak najbardziej prywatna, bo miasto nigdy jej nie wykupiło.

Co można począć z jezdnią i chodnikiem gdy się jest ich właścicielem? Zdawałoby się, że niewiele. Przecież nie kupi tego żaden deweloper bo na środku ulicy nieszczególnie mógłby coś wybudować. Od czego jednak prawo własności? A jeszcze bardziej prawo to połączone z przepisami o bezumownym korzystaniu?

Właściciele 13 arów skorzystali zatem z tego co im przysługuje i pojechali po mieszkańcach ulicy. Efekt był taki jak się spodziewali. Zrobił się szum. Ludzie z Bytomskiej pognali do krakowskiego magistratu i do mediów.
Zgodnie z przewidywaniami posiadaczy świętego prawa, po pół roku dostali co chcieli. Nie ma jednak co sądzić, by przestraszony oskarżeniami o nieudolność krakowski ratusz mógł wiele stargować z zaproponowanej przez uliczników ceny 750 tys. złotych. Postępowania egzekucyjne w stosunku do chodzących chodnikiem i jeżdżących Bytomską były już w toku.

Komórkowcy

W kodeksie karnym jest paragraf 1 artykułu 286, którego główną rolą we współczesnej Polsce jest przyprawianie oszustów o śmiech. Jak tu się bowiem nie roześmiać, gdy czytamy, że „Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.” Już pali licho kredyty we frankach i inne polisolokaty, które wbrew prawu były wciskane jako zwykłe kredyty i ubezpieczenia, a wedle znakomitej części palestry były nie czym innym, jak instrumentami finansowymi, które instytucjom finansowym wolno wciskać tylko klientom, którzy wykazali się pogłębioną wiedzą na temat inwestowania.

Każdego dnia miliony Polaków dostają SMS-y z propozycją skorzystania z wygranej kilkuset tysięcy złotych. Codziennie, ktoś zamawia SMS-em usługi, które nie występują, ale za które operator komórki skwapliwie ściągnie na koniec miesiąca. Ustawa ograniczyła jednostkowe naciąganie nas do 35 zł. Można mieć zatem pewność, że nikt nie pozwie naciągaczy.

Niedozwolone zapisy w umowach, klauzule nieważne z mocy prawa. Owszem, takie pojęcia w zapisach kodeksowych istnieją. Tyle, że przed sądami cywilnymi liczy się tylko to, że klient podpisał umowę. A, że umowa powinna być przez sędziego wyśmiana i wywalona do kosza, bo jest ewidentnym wyłudzeniem i spełnia warunki każdej z liter artykułu o niekorzystnym rozporządzeniu? No cóż – powinna.

Choć nie powinno to nawet trafić przed sąd cywilny, bo psim obowiązkiem prokuratury jest dbać o to, żeby oszuści siedzieli w więzieniu, a nie grasowali w internecie i sieciach komórkowych. Wystarczyłby jeden myk. Tak jak w przypadku pojazdu, czy czegokolwiek z czego przestępca korzysta w czasie przestępstwa, to coś może z mocy prawa przestać być jego własnością. Gdyby zatem zdarzyło się tak, że korzystający z przestępstwa właściciele sieci komórkowych, w których pojawiają się oszukańcze SMS-y popłynęli na jakąś olbrzymią kasę, to sami dbaliby, by nikt tą drogą nie przekręcał. Powód jest prosty. Z każdego złodziejskiego SMS-a operatorzy dostają działkę. Dużą działkę. Są zatem współsprawcami wyłudzenia.

Zablokowane bloki

Na parkingach wielu spółdzielni mieszkaniowych na Śląsku, niewielu kierowców zwraca uwagę na napisane drobnym drukiem informacje na tablicach przy wjeździe. Odczytanie ich z jadącego samochodu jest bowiem niemożliwe. Małe literki informują, że koszt parkowania wynosi 150 zł, niezależnie od czasu postoju. Jeśli ktoś nie ma ochoty zapłacić, parkingowy zakłada mu blokadę na koła. Zdjęcie blokady to wciąż 150 zł. To chyba najcudowniejsze w Polsce połączenie świętości umów, prawa własności i braku jakiejkolwiek sankcji za działanie bezprawne.

Bo prawo do zakładania blokad – a i to w bardzo precyzyjnie określonych sytuacjach – ma jedynie straż miejska i policja.

No i co z tego? Parę lat temu ludzie zaczęli protestować przeciwko zakładaniu blokad samochodowych przez prywatną firmę z Dąbrowy Górniczej. Wymiar sprawiedliwości w większości wypadków, rzecz jasna, umarzał skargi kierowców. Po kilku latach Sąd Okręgowy w Katowicach orzekł, że umorzenie sprawy przez sąd niższej instancji było błędem. A to dlatego, że założenie blokady obniża wartość samochodu i stanowi szkodę dla kierowcy. Znaczy się sąd pochylił się nad własnością w postaci samochodu i przedłożył ją nad własność spółdzielni. Nie zająknął się jednak słowem, że bezprawne działanie mające na celu uzyskanie korzyści materialnej jest wyłudzeniem. Jak widać wyłudzać można, byle tylko nie rysować lakieru.

Wyjazd za normalnością

Niemal wszyscy emigrujący na Wyspy, czy do Niemiec, powtarzają jak paciorek, że mają dość życia w kraju, gdzie nie ma państwa, a prawo chroni złodziei.

PiS zapowiadał, że państwo zacznie być państwem. Bzdura. Zamiast spowodować, że prawo i sprawiedliwość zaczną być egzekwowane, sam zaczął łamiącą wszelkie normy prawne populistyczną rozgrywkę. Taką, która na celowniku zawsze ma kogoś z opozycji. Gawłowski i Nowak, znikąd się nie wzięli. Komisja Jakiego też z reguły nie robiła kuku firmom będącym właścicielami zreprywatyzowanych kamienic, ale gdy pojawiało się nazwisko Waltz, to domagała się 5 milionów zł. Przekręciarze apolityczni lub – Boże broń – wspomagający partię rządzącą, mogą spać spokojnie.

Zwycięstwo warszawskich lokatorów

Po wielu latach oczekiwań i walki, morzu niesprawiedliwości, ludzkich dramatów i rozpasania bandytów, którzy wyrzucali ludzi na ulicę w majestacie prawa, Sejm wreszcie uchwalił potrzebne rozwiązania związane z reprywatyzacją.

Ustawy całkowicie zamykającej temat reprywatyzacji wciąż nie ma – zbyt wielkie interesy tu się ścierają i zbyt wielkie pieniądze, żeby to łatwo poszło. Należy trzymać kciuki, by sejmowa Lewica wytrwała w zamiarze opracowania kompletnego projektu i złożenia go w parlamencie jesienią, po konsultacjach z ekspertami, samorządowcami i organizacjami lokatorskimi. Ale to, co znakomitą większością głosów uchwalił dziś Sejm ponad podziałami, kładzie tamę przynajmniej najbardziej jaskrawym przypadkom nieprawości.

Akt prawny przegłosowany w Sejmie to nowelizacja ustawy o komisji weryfikacyjnej. Usprawnia wypłatę odszkodowań lokatorom poszkodowanym w wyniku reprywatyzacji w Warszawie. Zakazuje reprywatyzacji budynku, w którym zamieszkuje choć jeden lokator. Ustawa przecina wreszcie granie na zwłokę przez urząd miast Warszawy, który hurtowo zaskarżał decyzje komisji weryfikacyjnej, blokując nie tylko przywracanie stanu sprzed prywatyzacji, ale też blokując wypłatę odszkodowań za krzywdy i cierpienia lokatorom. Teraz koniec z tym. Wszystkie zaskarżone decyzje uznane zostały za ostateczne i prawomocne, a wypłata nastąpi w ciągu 30 dni od daty wejścia w życie znowelizowanej ustawy.

Z reprywatyzacji mają być wyłączone nieruchomości przeznaczone na cele nauki, oświaty i kultury, znajdowanie się gruntu do reprywatyzacji na terenie publicznego kompleksu wypoczynkowego lub „niemożność pogodzenia z prawidłowym ukształtowaniem stosunków sąsiedzkich”. Nie przeszła jednak poprawka, na mocy której z reprywatyzacji miały być wyłączane nieruchomości, w których znajdują się mieszkania komunalne (gmina realizuje cel, jakim jest zapewnianie mieszkań). O taką poprawkę walczyła sejmowa Lewica wspólnie z organizacjami lokatorskimi, ale nie zdołała przekonać pisowskiej większości.

Za tak sformułowaną ustawą głosowało 416 posłów, w tym posłowie Lewicy i, co zaskakujące, Koalicji Obywatelskiej.

Lokatorzy do ostatniego dnia nie byli pewni, czy ustawa przejdzie przez Sejm. Wszak już dwukrotnie spadała z porządku obrad, za każdym razem pod błahym pretekstem. Dlatego 13 sierpnia, dzień przed głosowaniem, grupa aktywistek i aktywistów Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów oraz Komitetu Obrony Praw Lokatorów przybyła przed gmach parlamentu, by raz jeszcze zakrzyknąć: Lokatorzy to nie towar!

Obok gorzkich wspomnień z czasów, gdy ludzi wykurzano z domów, padły na tej demonstracji ważne słowa. To ludzie podnosili Warszawę z gruzów, wspólną pracą odbudowywali domy. Gdzie wtedy byli, czy razem z nimi nosili cegły ci, którzy dziś najgłośniej domagają się milionowych odszkodowań? Czy praca ludzi nie jest warta nic?

Nie ma reprywatyzacji dobrej i złej

Sprawa reprywatyzacji i jej ustawowego uregulowania mignęła w kampanii wyborczej – i od razu została przesłonięta przez bardziej „chodliwe” tematy. Całkowicie niesłusznie.

– Żeby rzetelnie zmierzyć się z tym problemem, musielibyśmy wyłączyć neoliberalne myślenie, według którego własność prywatna zawsze jest wartością wyższą niż jakiekolwiek względy społeczne – mówi Beata Siemieniako, adwokatka i badaczka polskiej reprywatyzacji.

Siemieniako klientów ma z całej Polski. Historie lokatorów, którym zamknięto na kłódkę bramę do własnego domu, odcięto w mieszkaniach prąd, słyszy w czasie teraźniejszym. Dla ludzi przychodzących do niej po pomoc to są sprawy absolutnie bieżące, nie skandale z przeszłości. Dekady działalności stowarzyszeń lokatorskich, ujawnienie dziesiątków bulwersujących spraw przez społeczników i aktywistów ciągle nie wystarczyły, by doprowadzić do uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej, kończącej temat i uwzględniającej interes społeczny. Jako że ustawy nie ma – w sprawach dotyczących nieruchomości muszą orzekać sądy.

– Jak zwracała uwagę profesor Ewa Łętowska, linia orzecznicza, jaka się ukształtowała, jest bardzo niekorzystna dla lokatorów – mówi mi posłanka Lewicy Hanna Gill-Piątek, jedna z najsilniej zaangażowanych w sprawę ustawy reprywatyzacyjnej parlamentarzystek swojego klubu. – Reprywatyzacja w Polsce była bardzo mocno ukierunkowana na interes osób, które „odzyskiwały” mienie i zwykłych handlarzy roszczeń. Wobec bezsilności państwa i przy sądach, które orzekały, zdecydowanie stawiając na pierwszym miejscu prywatną własność, lobbyści mieli fantastyczne warunki do działania, a mafia reprywatyzacyjna – znakomite warunki do rozwoju. A chodzi tutaj o ogromne pieniądze.

O mafii, handlarzach roszczeń i kuratorach dla 120-latków, za sprawą walki aktywistów lokatorskich i podchwycenia tematu przez polityków, usłyszała już cała Polska. Znacznie słabiej przebijała się refleksja ogólniejsza: że nie byłoby nieprzychylnej lokatorom linii orzeczniczej, gdyby nie ogólny triumf myśli antyspołecznej w latach 90.

– Problem leży w całym neoliberalnym podejściu do reprywatyzacji i do własności. W latach 90. powtarzano nam, że własność prywatna jest święta i że jest własnością nadrzędną w stosunku do jakichkolwiek względów społecznych. Zakładano, bez dyskusji i głębszej refleksji, że potomkom dawnych właścicieli po prostu należy się zwrot znacjonalizowanych niegdyś dóbr, bo to właśnie dawni właściciele „na nie pracowali”. Neoliberalizm zamyka oczy na fakt, kto faktycznie wytworzył to bogactwo – mówi Beata Siemieniako.

Kilkanaście podstaw prawnych

Ustawa reprywatyzacyjna pisana przez Lewicę sformułowana będzie tak, by sprawę zamknąć. Zakłada całkowite wygaśnięcie roszczeń oraz rozszerzenie możliwości zasiedzenia przez samorządy lub przejęcia przez Skarb Państwa opuszczonych nieruchomości, których status jest skomplikowany. Wszystkie sprawy nieruchomości będą rozwiązywane pod bacznym okiem strony społecznej. Znikną też zwroty w naturze – zastąpi je 10-procentowe odszkodowanie, i to obliczane na podstawie wartości nieruchomości w momencie znacjonalizowania.

W czerwcu socjaldemokraci pokazali tylko te ogólne założenia ustawy. Całościowy projekt ciągle nie jest gotowy, jeszcze pracują nad nim eksperci, społecznicy, także samorządowcy, którzy, jak podkreśla Gill-Piątek, okazali się w tej sprawie sojusznikami Lewicy.

Bo reprywatyzacja to nie tylko Warszawa, nie tylko większe ośrodki i nawet nie tylko miasta. Wyjątkiem są może tylko Ziemie Odzyskane. Ile różnego rodzaju nieruchomości w Polsce zostało powtórnie oddanych w prywatne ręce? Ile w tej chwili stanowi przedmiot roszczeń lub jest roszczeniami zagrożonych? Nikt nie podjął się ich skatalogowania. Jeśli PiS twierdzi, że chce nadrobić zaniedbania poprzedników i zająć się reprywatyzacją na poważnie, chyba powinien zacząć od oszacowania, o jakim majątku w ogóle mówimy – zauważa Siemieniako. Wyliczeń nie ma, za to jest kilkanaście podstaw prawnych, na jakie powołują się wnoszący roszczenia. Próbuje się podważać wszystkie decyzje nacjonalizacyjne wydane po II wojnie światowej, łącznie z reformą rolną. Zawsze z tym samym refrenem w tle: własność prywatna jest najważniejsza! Pomija się nie tylko faktyczne okoliczności „wypracowywania majątku” przez ziemian, ale też to, że świętość wielkiej własności ziemskiej nie zawsze była oczywista. Przecież reformy rolne przeprowadzały w Europie także rządy niekomunistyczne, czując, że dla stabilności i spokoju w społeczeństwie lepiej jest przyznać chłopom kawałek ziemi. Podział ziemi planowano nawet w Polsce międzywojennej.

Na przykładach historii ze wsi można doskonale zobaczyć, co jest nie tak z reprywatyzacją, w której wszystko z prawnego punktu widzenia jest w porządku. W Łopusznie (woj. świętokrzyskie) spadkobierca ziemiańskiej rodziny zgłosił się po znacjonalizowany po wojnie pałac. Nieruchomość na drodze sądowej odzyskał. Zespół szkół z internatem, który mieścił się w budynku, musiał go ostatecznie opuścić. W tym konkretnym wypadku powiat, dzięki unijnej dotacji, mógł sobie pozwolić na wybudowanie nowej szkoły. Ile jednak było miejsc, gdzie milionów na nowy budynek szkoły w samorządowej kasie zwyczajnie brakowało? Czy (konstytucyjne!) prawo mieszkańców do nauki nie ma żadnego znaczenia?

Najwyższe stadium rozwoju kamienicy

Nawet w mniej drastycznych przypadkach, gdy reprywatyzacja nie pozbawiała danej społeczności budynku o podobnym znaczeniu, wypłacanie odszkodowań stanowiło ogromne obciążenie dla samorządów. Miasta chciałyby też uporać się z problemem pustostanów. Niszczejące, pozbawione opieki kamienice przeszkadzają inwestować, przeprowadzać estetyzację centrów miast, ratować zabytki, co z kolei przekłada się na przyciąganie gości i inne korzyści. A przyczyną, dla której budynki niszczeją, są nader często właśnie sprawy związane z reprywatyzacją. – W Łodzi, jeśli budynek stoi porzucony, to albo jest czyszczony z lokatorów i celowo degradowany, albo nie ma jednego z kilku właścicieli, co uniemożliwia podjęcie jakichkolwiek działań, albo jego właścicielem został zagraniczny fundusz i wykorzystuje nieruchomość, by przepływały przez nią jakieś finanse – często sprowadza się to do prania pieniędzy – opowiada parlamentarzystka.

Łodzianie ukuli nawet pojęcie „dziadoparkingu, najwyższego stadium rozwoju kamienicy”. – Są tacy właściciele, którzy pozwalają budynkowi popadać w ruinę, czekając, aż miasto doinwestuje najbliższa okolicę i wartość nieruchomości wzrośnie. W międzyczasie zarabiają, oferując na posesji „parking strzeżony”… wśród ruin i gruzów – tłumaczy posłanka, która mieszka w centrum Łodzi, gdzie takie obrazki nie należą wcale do absolutnej rzadkości.

Patrząc na swoje miasto socjaldemokratka i tak podkreśla, że wiele zmieniło się na lepsze. Za prezydenta Kropiwnickiego w zasadzie rozdawano kamienice, zakładając, że wolny rynek wszystko ureguluje. Efekt? Zniszczone zabytki, dramaty mieszkańców. Inną formą „regulowania” było pojawienie się specyficznego „segmentu rynku”: ofert wynajmu przeznaczonych wprost dla lokatorów, którzy opuścili zreprywatyzowane kamienice. W zamian za szybką wyprowadzkę dostawali 10-15 tys. złotych. Te pieniądze w nowym miejscu wpłacają jako kaucję, potem płacą za mieszkanie z bardzo podstawowymi wygodami czynsz bliski komunalnemu. Za rządów Hanny Zdanowskiej wiele się jednak poprawiło. – Krytykuję ją za pewne działania, ale akurat w tej kwestii muszę pochwalić – mówi o swojej imienniczce parlamentarzystka Lewicy.

Władze Łodzi zapewniły m.in. lokale dla mieszkańców kamienicy przy Targowej 47, niedaleko słynnej Filmówki i gdzie prywatny właściciel sięgnął po typowy arsenał drastycznych metod pozbywania się lokatorów, a sąd ukarał ich grzywną za to, że zawiesili na budynku transparent protestacyjny, którego właściciel sobie nie życzył. Mieszkania otrzymali również ostatni mieszkańcy kamienicy przy Kilińskiego 69, po tym, gdy podpalili ją tzw. nieznani sprawcy.

– Policja przyjęła, że byli to bezdomni, ale musieliby być to bardzo zdolni bezdomni, skoro zapalił się cały dach ogromnego domu – wspomina Gill-Piątek, która do dziś żałuje, że nie zdołała zrobić zdjęcia parkującego przed kamienicą samochodu z obcą rejestracją i pięciu dobrze zbudowanych mężczyzn, którzy z niego wysiedli, po czym skierowali się do budynku. Pożar był jedynie ostatnim aktem dramatu: na schodach budynku porzucano odchody, odcięto wodę, jeden z ostatnich lokatorów nosił ją w wiadrach z sąsiedniego podwórka. Drugie mieszkanie, które pozostawało zajęte do ostatniego dnia, zamieszkiwała para starszych, schorowanych ludzi. – Pamiętam do dziś, jak stali przed płonącą kamienicą i płakali – mówi posłanka Lewicy.

Łódź próbuje stawiać tamę nieprawidłowościom poprzez specjalną komórkę w urzędzie miasta, która bada sprawy reprywatyzacyjne, także podważając na drodze sądowej zwroty już przeprowadzone. Powstał zespół prawników pod kierunkiem młodego, progresywnie myślącego Marcina Górskiego, który w swoich wnioskach sięgał, gdy było to potrzebne, nawet po Kodeks Napoleona (z powodzeniem!). To jednak wyjątek. – Nie słyszałam o podobnych rozwiązaniach gdzie indziej w Polsce – przyznaje Gill-Piątek. Ilu lokatorów z całej Polski nie miało tej odrobiny szczęścia w nieszczęściu, co łodzianie? Znowu – tak jak w przypadku budynków, nikt tego nie policzył.

Dopóki nie ma ustawy, i polityka miast, i decyzje sądów pozostają w sferze uznaniowości. Nowelizacja ustawy o gospodarce nieruchomościami, którą proponuje – i zapewne przegłosuje – PiS, nawet nie aspiruje do całościowego rozwiązania problemu. Jej celem jest zagwarantowanie lokatorom z warszawskich kamienic, których sprawy przeprowadziła do końca komisja reprywatyzacyjna, wypłaty przyznanych odszkodowań. Tylko im. Co z mieszkańcami budynków, co do których sprawy są dalekie od finału? Co z wiecznie zapominanymi lokatorami spoza Warszawy?
W 2017 r. Beata Siemieniako przewidywała, że komisja Jakiego zaledwie dotknie tematu reprywatyzacji, nawet jeśli zawęzić sprawę do warszawskiej perspektywy. Z perspektywy trzech lat jest już pewna: niestety, nie myliła się. – Pierwszą kamienicą, którą zajęła się komisja, była Poznańska 14. Było rozstrzygnięcie, szum medialny i… do dzisiaj nie wiadomo, czyj tak naprawdę ten budynek jest. Większość mieszkań stoi pusta, remont kamienicy został przerwany w połowie. Lokatorzy płacą czynsz do gminy, ale boją się, że któregoś dnia upomni się o niego spółka Fenix, dalej wpisana do księgi wieczystej – podsumowuje prawniczka.
Hanna Gill-Piątek jest przekonana, że w PiS swojego czasu istniał projekt, jak zakończyć sprawę reprywatyzacji, a przy okazji pozyskać fundusze na flagowy program mieszkalnictwa, który potencjalnie mógł przynieść mocny wzrost poparcia. Posłanka zastrzega: nikt tego planu nigdy od A do Z publicznie nie wyłożył, jednak śledzenie różnych rządowych doniesień pozwala połączyć kropki i uzyskać interesujący obraz. – Całe mienie zagrożone reprywatyzacją – w całej Polsce, nie tylko w Warszawie – miało być zgromadzone w jednej państwowej spółce. Jak wyglądałoby przejęcie go od samorządów – to było niejasne, przecież przy każdej takiej transakcji trzeba byłoby zapłacić VAT itd. Z drugiej strony, PiS miał w ręku całą władzę, mógł uchwalić takie prawo, które stworzyłoby ramy dla całej inicjatywy. Można sobie wyobrazić, jaki majątek zgromadziłaby taka spółka – tłumaczy socjaldemokratka. – Dalszy pomysł był taki: wypłacać odszkodowania w wysokości 20 proc. wartości nieruchomości, a mienie spółki systematycznie prywatyzować. Oznaczałoby to wyprzedaż całych kwartałów zabudowy miejskiej… ale rząd zyskałby w ten sposób pieniądze na sfinansowanie Mieszkania+. Chętnych by nie brakowało – przecież PiS wprowadził również lex developer, zwolnienie z CIT-u dla funduszy inwestycyjnych, które mają zdywersyfikowaną własność i inwestują na lokalnym rynku mieszkaniowym, ustawę o dopłatach do wynajmu.
Dlaczego projekt upadł? Gill-Piątek skłania się ku przekonaniu, że znowu zwyciężyli lobbyści, podmioty, które tylko korzystają na obecnym stanie rzeczy. Również odsunięcie na dalszy plan premier Beaty Szydło i całej ekipy polityków, którzy chcieli rozszerzać transfery i projekty socjalne, w tym budować mieszkania, nie sprzyjało realizacji pomysłu. Zostały rozwiązania cząstkowe, szczątkowe, za to efektowne i pozwalające zbijać maksimum politycznego kapitału. Wypadają efektownie zwłaszcza na tle marnego dorobku poprzedników PiS, których krzywda lokatorów kompletnie nie interesowała. Ale gdy komisja weryfikacyjna patrzy w przeszłość, sądy rozpatrują kolejne sprawy reprywatyzacyjne. Dochodzą kolejne rozstrzygnięcia: może niektóre z nich też kiedyś zostaną zakwalifikowane do weryfikacji? – Komisja mieli swoim młynem, reprywatyzacja swoim, władza na to pozwala. Błędne koło za przyzwoleniem władz – podsumowuje Beata Siemieniako.

Co z ustawą Lewicy? Parlamentarzyści są realistami. Wiedzą, że w obecnym Sejmie nie będzie zgody na 10-procentowe odszkodowania i zamknięcie sprawy roszczeń. Na dzień dzisiejszy maksymalnym sukcesem lewicy byłoby wrzucenie do debaty publicznej kilku niewygodnych pytań. – Dlaczego po ponad 30 latach od upadku PRL ciągle mówi się o odszkodowaniach za znacjonalizowane nieruchomości? – pyta Beata Siemieniako. – Już prawo rzymskie znało instytucję zasiedzenia w złej wierze: w wielu porządkach prawnych właśnie po 30 latach nieruchomość przechodzi w ręce tego, kto faktycznie nią włada, niezależnie od tego, kto był dawnym właścicielem. Dlaczego choćby w oparciu o tę zasadę nie postawić tamy roszczeniom, skoro minęło już tyle czasu?

Zakończyć dramat lokatorów. Teraz albo nigdy!

Nabierająca tempa kampania prezydencka po raz kolejny staje się okazją do rywalizacji na wizerunki i pogłębianie podziałów dla doraźnej korzyści politycznej. Jednocześnie zaniedbane pozostają palące kwestie społeczne, które narastają od lat, powodując dramaty dziesiątek tysięcy Polek i Polaków i wystawiając jednoznacznie niekorzystne świadectwo całej polskiej klasie politycznej.

Taką właśnie kwestią jest reprywatyzacja mienia sprzed 1945 r. W ciągu ostatniej dekady ujawniono wielką skalę bezprawia i ludzkiej krzywdy, z którymi wiązały się zwroty nieruchomości dokonujące się w “próżni prawnej”.

W poniedziałek 15 czerwca swoje propozycje rozwiązania kwestii dzikiej reprywatyzacji przedstawiły ugrupowania polityczne: Lewica i Zjednoczona Prawica. Otwiera się historyczna szansa na rozwiązanie tego problemu. Polska jest jedynym krajem dawnego Bloku Wschodniego, który nie przyjął żadnych systemowych rozwiązań dotyczących reprywatyzacji. Rezultatem było morze ludzkich krzywd, korupcja i rozbite społeczności. W kolejce do reprywatyzacji w samej tylko Warszawie czeka jeszcze osiem tysięcy nieruchomości, w których mieszkają dziesiątki tysięcy osób. Nie można dłużej zwlekać z działaniem.

Zwracamy się zatem z apelem do przedstawicieli wszystkich sił politycznych obecnych w Sejmie i Senacie Rzeczypospolitej Polskiej o pilne przyjęcie rozwiązań ustawowych, które położą kres dramatowi tysięcy mieszkańców Warszawy oraz innych polskich miast. Stoimy dziś przed przypuszczalnie jedyną, realną szansą na to, żeby przyjąć rozwiązania, które zabezpieczą prawa lokatorów, a w przyszłości pozwolą uniknąć znanego już bezprawia i żywić nadzieję na sprawiedliwość społeczną w kwestii mieszkaniowej. wszystkie siły polityczne mają dziś możliwość udowodnić, że stoją po stronie skrzywdzonych i potrzebujących – nie tylko ze względu na kampanię wyborczą. To historyczny sprawdzian dojrzałości i przyzwoitości polskich parlamentarzystek i parlamentarzystów.

Apelujemy o przyjęcie ustawy, która pozwoli na:

1. wypłatę odszkodowań lokatorom pokrzywdzonym przez reprywatyzację,

2. zablokowanie możliwości reprywatyzacji mieszkań komunalnych i socjalnych,

3. zatrzymanie reprywatyzacji nieruchomości uspołecznionych na podstawie Dekretu Bieruta i reformy rolnej.

Pierwszy punkt częściowo spełnia projekt Zjednoczonej Prawicy. To już byłoby bardzo wiele. Drugi i trzeci punkt spełnia jeszcze ambitniejszy projekt Lewicy. Niewiele brakuje, by problem rozwiązać całościowo. Miarą dojrzałości i przyzwoitości będzie właśnie to, czy polscy parlamentarzyści i parlamentarzystki ocenią względy merytoryczne i połączą dobre rozwiązania chroniące lokatorów.

Jeśli nie uda się uchwalić tych zmian teraz może nie udać się ich uchwalić nigdy. Każda zmiana będzie zmianą na lepsze po długich latach ludzkich tragedii i grabieży majątku. Dlatego wzywamy do ponadpartyjnego poparcia dla ustawy reprywatyzacyjnej kończącej dramat lokatorów.

Pełna lista sygnatariuszy znajduje się pod adresem: http://pospolita.eu/zakonczyc-dramat-lokatorow-teraz-albo-nigdy-list-otwarty/

Ballada o zwykłej perfidii

„Przez jakiś czas nie będzie ze mną kontaktu, pogorszyło mi się ze zdrowiem i muszę położyć się do szpitala. Trzymam kciuki żeby wszystko się panu szczęśliwie ułożyło” – tak mniej więcej brzmiała ostatnia wiadomość, jaką dostałem od Anny Kryńskiej. Byłem wtedy jeszcze w Anglii, gdzie z miotłą i szmatą sprzątałem hale.

Wiedziałem, że jej stan zdrowia jest coraz gorszy, nigdy tego nie ukrywała, mimo to czasami znalazła czas by napisać do mnie kilka ciepłych słów. Nasz kontakt był bardzo sporadyczny, więc nawet nie wiem ile czasu minęło od tej ostatniej wiadomości do momentu, gdy jej córka napisała na FB, że Anna Kryńska zmarła.

Zrobiło mi się przykro, tak zwyczajnie, po ludzku smutno. Nie znałem jeszcze okoliczności tej śmierci, bo wtedy doszłaby rownież wściekłość. Ale po kolei.

Całą tą skandaliczną historię szczegółowo opisał Portal Onet.pl
„To nie było tak, >że weszła do mieszkania i z rozpaczy pękło jej serce<. Ona nam zmarła tuż przed kamerą. Chcieliśmy, żeby były emocje i żeby były łzy. No i przegięliśmy” – opisuje portal relacje świadków.

Reprywatyzacja miała być głównym tematem kampanii wyborczej Patryka Jakiego w wyścigu na urząd prezydenta stolicy. Temat jest mi o tyle bliski, że trochę ponad rok przed tą tragedią, byłem sekretarzem redakcji produkującej wspomniany już cykl programów dokumentalnych pod wspólną nazwą „Eksmisja”, realizowanych dla TVP Info. Były to reportaże pokazujące ogrom oszustw i tragedii związanych z trwająca w Polsce dziką reprywatyzacją. Przy pomocy znajomych i kontaktów z kręgów lokatorskich i organizacji lewicowych wyszukiwaliśmy najbardziej poszkodowane osoby i te najbardziej skandaliczne przejęcia kamienic. Pierwszym adresem była Poznańska 14. Trudno opisać radość i emocje jakie towarzyszyły mieszkańcom, gdy przy Ministerstwie Sprawiedliwości, szumnie i z przytupem została powołana specjalna komisja, która miała zablokować ten przestępczy proceder i zmusić miasto do naprawienia powstałych szkód, a tam gdzie było to możliwe do przywrócenia wyrzuconym mieszkańcom ich niedawnych lokali. Mieszkań, z których usuwano ich na wszelkie możliwe sposoby. Niekiedy nawet siłą, zastraszaniem, prowadzeniem głośnych remontów, odcinaniem prądu, ogrzewania, czy nawet wyciąganiem okien w zimie. Robiono wszystko, by się tych ludzi pozbyć. Komisja wydawała się wtedy wybawieniem. Przy okazji zbadano cały mechanizm przejmowania budynków wraz z lokatorami, przez prawdziwych lub fikcyjnych spadkobierców, dziwnych kuratorów posługujących się dziwnymi upoważnieniami, handlu roszczeniami i działalności wyspecjalizowanych firm aż po brutalnych czyścicieli. Pojawiła się wreszcie nadzieja. Szansa, że ich gehenna dobiegnie końca. Nie wiedzieli jeszcze, że w polityce nie ma nic za darmo i jaką cenę przyjdzie zapłacić. To był pakt z diabłem. Politycy posuną się do każdego podstępu, by osiągnąć swój cel, w tym wypadku stawka była wysoka, a cel długodystansowy – fotel prezydenta stolicy.

Pani Anna jest dla mnie ikoną, symbolem tej kamienicy – pamiętam jak odpowiadał na moje pytanie jeden z jej sąsiadów, gdy robiłem z nim wywiad do wspomnianego programu na podwórku tej kamienicy. Anna Kryńska, mimo, że już została wyrzucona, po czterdziestu pięciu latach zamieszkiwania, wciąż starała się pomóc innym. Dodawała otuchy, zagrzewała do walki. Była w stałym kontakcie z tymi, którzy mimo podwyżek, dziwnych pożarów w piwnicy czy na klatkach schodowych jeszcze uparcie tam trwali. Jeszcze się nie poddawali. Trwali z nadzieją, że w końcu ktoś powstrzyma to szaleństwo, postawi temu kres. W ciągu czterech lat od decyzji miasta o przekazaniu budynku w prywatne ręce i usankcjonowaniu tej decyzji wyrokiem śródmiejskiego sądu rejonowego, niektóre czynsze wzrosły nawet o siedemset procent. Dla przeciętnego człowieka była to kwota nie do udźwignięcia. Wiele osób się poddało, wielu z nich zmarło. Nawet podczas robienia tego materiału, gdy kręciliśmy się po podwórku i kamienicy, trafiliśmy na mężczyznę, który wracał z pogrzebu swojej żony. Jak twierdzi, z tego wszystkiego serce jej nie wytrzymało.
Dlaczego Anna Kryńska zmarła, czy musiało do tego dojść? Była to cena, jaką zapłaciła za pewną znajomość. Może za to, że komisja weryfikacyjna wydała korzystną dla niej decyzję? A może poczuwała się do tego, że za wszystko trzeba zapłacić, Jakoś odwdzięczyć. Jeśli tak, to skąd takie poczucie? Komisja podjęła decyzję i unieważniła przejęcie kamienicy. No właśnie, decyzję – bo mimo zapewnień prowadzącej program, nigdy już nie zamieszkała w swoim dawnym mieszkaniu.

Wtedy wydawało mi się, że robię coś dobrego. Że nagłaśniamy sprawę bandyckiej reprywatyzacji, czyścicieli kamienic i tym samym pomagamy przywrócić tym ludziom spokój, a tym, których już wyrzucono, wrócić. Teraz już nie wiem, czy naprawdę chodziło o sprawiedliwość, czy potraktowano tych ludzi jedynie przedmiotowo, mieli być początkiem tej kampanii wyborczej ówczesnego wiceministra sprawiedliwości na fotel prezydenta miasta? Mam już ogromne wątpliwości co do intencji i skuteczności podjętych przez komisję działań. Fakt, kilku ludzi aresztowano, ale nie wiem nic, by ktoś z wyrzuconych mieszkańców wrócił. Być może byli tacy, być może komuś się to udało, ale z pewnością nie było wśród nich tej, która zapłaciła najwyższą cenę , czyli Anny Kryńskiej.
Zapowiadając w ubiegłym tygodniu ten felieton, chciałem szczegółowo opisać sytuację, która wyciekła do mediów kilkanaście dni temu. Portal Onet.pl szczegółowo opublikował kulisy tej tragedii. Dokładnie opisano, w jaki sposób doszło do śmierci Anny Kryńskiej, lokatorki, która zmarła podczas kręcenia spotu wyborczego, ówczesnego kandydata na prezydenta Warszawy Patryka Jakiego. Chciała się odwdzięczyć? Wiedziała, że za wszystko trzeba zapłacić? Właśnie ze względu na ilość poszkodowanych, metody ich wyrzucania zdecydowaliśmy, że to ta kamienica przy Poznańskiej 14 i historia pani Anny, będzie naszym pierwszym i głównym tematem, który w efekcie miał obnażyć cały proceder. Zrobiliśmy tam dwa odcinki.

Następnie kolejno przychodziliśmy realizować programy w innych przejętych na dziko budynkach. Ponieważ problem mieszkańców, skala nadużyć, liczba poszkodowanych i metody jakimi ich zastraszano były tak nieprawdopodobne, a sam proces przejęcia tak skomplikowany, że postanowiliśmy zrobić ten program w dwóch częściach. Ponieważ, jak już wspomniałem na początku, byłem tam wówczas sekretarzem redakcji, doskonale pamiętam, jak trudno było nakłonić córkę pani Anny, by zgodziła się żeby jej mama wzięła udział w nagraniu tego programu. Kobieta już wtedy miała poważne problemy ze zdrowiem. Tak bardzo jednak wierzyliśmy, że chodzi o sprawiedliwość, walkę z czyścicielami kamienic i dziką reprywatyzacją. Byliśmy o tym tak mocno przekonani, że chyba ta nasza wiara i zaangażowanie skłoniła ją do zgody.

Z tego co pamiętam, to do jej dawnego mieszkania nawet z nią nie wchodziliśmy. Gdy komisja miała ogłosić decyzję, zabraliśmy się w mieszkaniu jednego z lokatorów kamienicy, dawnego sąsiada pani Anny. Oglądaliśmy w napięciu. Gdy minister ogłosił werdykt, zapanowała radość, sąsiedzi rzucili się sobie w objęcia, Anna Kryńska zaczęła skandować w emocjach: „chcę wrócić, chcę wrócić”, na co prowadząca program odpowiedziała: „przecież właśnie powiedzieli, że wrócisz”. W perfidny sposób wykorzystano zdobytą przez dziennikarzy wiedzę oraz ich kontakty zebrane podczas realizacji kolejnych odcinków, do politycznych interesów politycznych, czyli kampanii wyborczej.

Według ustaleń Onetu, to prowadząca program, moja dawna koleżanka, a później przełożona, wykorzystała te wszystkie informacje i sama miała prowadzić fragmenty spotów wyborczych. Spotów, w których głównym tematem była reprywatyzacja. Nie wymienię twojego nazwiska, ale czy nie wystarczyło ci to, co już mieliśmy nagrane? Co za różnica, jakiego rodzaju szubrawstwa etycznego się dopuścisz, czy wykorzystasz wiedzę dziennikarską, czy gotowy program? Przecież były tam i łzy i emocje. Chcieliście więcej? Czy naprawdę jak twierdzi Onet, kobieta „miała srać łzami”. Jak się z tym czujesz?

Zadam jeszcze jedno pytanie, na które raczej nikt mi nie odpowie, co się stało z nagraniem momentu śmierci? Portal twierdzi, że zostało wykasowane. Jeśli tak, to dlaczego? Bo tłumaczenie, że z szacunku dla zmarłej i jej bliskich jakoś mnie nie przekonuje. Może na nagraniu zarejestrowano, jak ktoś zbyt mocno podkręca te emocje? Tak było?

Dość już reprywatyzacji

To będzie jedna z ważniejszych legislacyjnych inicjatyw klubu Lewicy w tej kadencji. Projekt ustawy reprywatyzacyjnej, który będzie jeszcze przedmiotem konsultacji z ekspertami, ma zakończyć zwroty w naturze, zablokować handel roszczeniami i ukrócić wypłacanie horrendalnie wysokich odszkodowań. Lokatorom zaś przywrócić wiarę w sprawiedliwość.

Na konferencji prasowej 15 czerwca Robert Biedroń, jedyny lewicowy kandydat na prezydenta Polski, oraz posłanki Lewicy między innymi Hanna Gill-Piątek, przedstawili w Sejmie założenia do projektu ustawy reprywatyzacyjnej. Do prac nad projektem zapraszają szerokie środowiska społeczne i polityczne, by w końcu położyć kres krzywdzie lokatorów i bezkarności mafii handlarzy roszczeniami. Szczegółowe zapisy ustawy wypracują razem z lewicowymi parlamentarzystami działacze broniący praw lokatorów, samorządowcy, prawnicy.

Wiadomo jednak, jakie będą podstawowe filary projektu. W pierwszej kolejności Lewica chce, by reprywatyzacyjne roszczenia wygasły. Ci, którym niegdyś odebrano nieruchomości oraz ich spadkobiercy mieli dość czasu, by zgłosić swoje roszczenia. Roszczenia i prawo do rekompensaty nie będą też mogły być sprzedawane osobom trzecim. Lewica chce również ułatwień w procedurze zasiedzenia własności nieruchomości przez jednostki samorządu terytorialnego. Proces wygasania roszczeń reprywatyzacyjnych miałby również zostać poddany pod kontrolę społeczną.

Czas na sprawiedliwość

– Przez ostatnie 31 lat państwo w sprawie reprywatyzacji było silne wobec słabych i słabe wobec silnych. W tym okresie państwo pozwalało na bezkarne funkcjonowanie tzw. czyścicieli kamienic. Lokatorzy byli często w brutalny sposób przejmowani razem z kamienicami i wyrzucani na bruk – przypomniał Robert Biedroń. Oznajmił, że mieszkańcy polskich miast od dawna czekają, by zatriumfowała sprawiedliwość.

Dla wielu ludzi wyrzuconych z mieszkań, w których przeżyli całe życie, nękanych przez „czyścicieli” czy odważnie upominających się o prawa lokatorów sprawiedliwość przyjdzie – jeśli ustawa zostanie w ogóle przyjęta – za późno. Robert Biedroń przypomniał Jolantę Brzeską, działaczkę lokatorską z kamienicy przy ul. Nabielaka na warszawskim Mokotowie, której okrutna śmierć do dziś nie została całkowicie wytłumaczona.
– Przez 31 lat złożono ponad 20 projektów ustaw i żaden z tych projektów dotyczących reprywatyzacji nie został przyjęty – przypomniał Biedroń. Zaniechania i udawanie, że problemu nie ma, dotyczą zarówno obecnie rządzącej Zjednoczonej Prawicy, jak i ich poprzedników z Platformy Obywatelskiej. Jedni i drudzy tylko obiecywali pomóc lokatorom i definitywnie przeciąć patologie.

Nie tylko Warszawa

W praktyce temat reprywatyzacji eksploatowany był przed wyborami, a potem odkładany. Tymczasem, jak przypomniały posłanki Hanna Gill-Piątek i Karolina Pawliczak, sprawa dotyczy kilkudziesięciu tysięcy poszkodowanych z całego kraju. Nie tylko lokatorów warszawskich, o których, za sprawą komisji weryfikacyjnej, było stosunkowo najgłośniej.
– Skala dramatów pozostawionych samym sobie mieszkańców jest ogromna. Czas zakończyć wreszcie ten legislacyjny i administracyjny chaos. Dość dramatów lokatorów! – apelowała posłanka Pawliczak, w latach 2014-2018 wiceprezydent Kalisza. – Chcemy jasnego, przejrzystego i skutecznego prawa, które rozwiąże problemy mieszkańców i raz na zawsze zakończy patologię dzikiej reprywatyzacji w Polsce.

Słowo „patologia” nie jest w najmniejszym stopniu przesadzone. O tym, do czego doprowadził brak ustawy reprywatyzacyjnej, mówiła, na przykładach z rodzinnej Łodzi, Hanna Gill-Piątek.

– Targowa 47 – grzywna za lokatorów za transparent w obronie praw lokatorskich na kamienicy po odcięciu im instalacje. Kilińskiego 89 – kamienica, którą podpalili tzw. nieznani sprawy z lokatorami w środku, po tym jak wcześniej odcięto im wodę, czy w ostatnich miesiącach. Tuwima 48 – właściciel odciął lokatorów od ich mienia, po prostu zamykając im bramę. Tak wygląda dziś rzeczywistość lokatorów w reprywatyzowanych kamienicach w Łodzi – powiedziała posłanka. Zaznaczyła przy tym, że jej miasto i tak w szczególny sposób zaangażowało się w obronę przed nieuczciwymi roszczeniami.

– W Łodzi w 2012 roku Hanna Zdanowska powołała specjalną komórkę, prowadzoną przez mecenasa Marcina Górskiego, zajmującą się reprywatyzacją. To jedyne takie biuro w polskim samorządzie, które wniosło ponad 100 spraw przeciwko mafii reprywatyzacyjnej i walczy o zwrot ponad 300 kamienic – powiedziała Gill-Piątek. – Jeśli jakiś cwaniak grzebie w starych aktach własności, w Łodzi wiemy o tym, zanim wyjdzie z archiwum. Jednak przez brak porządnej ustawy sprawy ciągną się bardzo długo, a miasto musi odwoływać się nawet do kodeksu Napoleona.

Gdyby politycy prawicy traktowali lokatorów z minimalnym szacunkiem, odpowiednia ustawa dawno zostałaby napisana. Obiecywano ją jeszcze w 2017 r.

Mieszkanie prawem, nie towarem

Jednak tylko Lewicy zależało na społecznej sprawiedliwości. Posłanka Magdalena Biejat przypomniała, że aktywiści lewicowi zawsze występowali w obronie lokatorów, razem z nimi demonstrowali, blokowali bezprawne eksmisje, domagali się ustawy, która zakończy ludzkie dramaty.

– Lewica jako jedyna dąży do tego, aby zakończyć czarny okres w historii polskiego prawodawstwa. Nie może być tak, że lokatorzy obawiają się, że kilkukrotnie lub kilkunastokrotnie podniesie się im czynsz, a zarządcy kamienic wynajmują zbirów do szykanowania mieszkańców, że po klatkach płyną ścieki i dozorcy doprowadzają budynki do ruiny, żeby wykurzyć lokatorów – mówiła parlamentarzystka z Warszawy. – Mieszkanie powinno być bezpiecznym miejscem i lokatorzy na to zasługują.

Biejat odniosła się również do projektu ustawy, który w ubiegły piątek przedstawili Sebastian Kaleta i Paweł Lisiecki, prawicowcy, członkowie komisji weryfikacyjnej. Nie jest to projekt kompleksowy, jak propozycja socjaldemokratów. W swojej istocie odnosi się tylko do Warszawy i do kwestii odszkodowań, jakie komisja przyznała poszkodowanym lokatorom. Miasto odwołało się w 210 takich sprawach do sądów, nie zapłaciło. Dla prawicy to okazja, by uderzyć w Rafała Trzaskowskiego i zarzucić mu wspieranie mafii reprywatyzacyjnej. Postawa prezydenta Warszawy budzi wśród obrońców praw lokatorów uzasadnione i zasadnicze zastrzeżenia, ale trudno nie zauważyć, że działacze Solidarnej Polski znowu instrumentalnie i w związku z kampanią „wyciągnęli” zapomnianą wcześniej sprawę lokatorską.

Lewica ustami posłanki Biejat zadeklarowała jednak, że poprze nawet taki niekompletny projekt. – To krok w dobrym kierunku – powiedziała warszawska działaczka Lewicy Razem. Zdaniem socjaldemokratki prawa lokatorów tak długo cierpiały, że należy poprzeć każdy ruch, który choć trochę je zabezpiecza.

Kwestie historyczne

Ze stanowiskiem Lewicy w sprawie ustawy Kalety i Lisieckiego zgodzi się Komitet Obrony Praw Lokatorów. Jego działacze zwracają uwagę na jeszcze jeden aspekt regulowania spraw reprywatyzacyjnych: ustanowienie zakazu zwracania budynków razem z lokatorami i zapobieżenie jego omijaniu.

– Sama deklaracja zakazu zwrotu kamienic z lokatorami nie jest wystarczająca. Nie możemy dopuścić do sytuacji, w której budynki wielorodzinne są wysiedlane, mieszkania należące do zasobów Miasta ulegają likwidacji, a budynki są zwracane w naturze – tłumaczy Komitet w opublikowanym na Facebooku stanowisku. – Nigdy nie powinna mieć miejsce sytuacja, w której następuje uszczuplenie zasobu mieszkaniowego Miasta, a zamieszkujący w nich lokatorzy tracą przez reprywatyzację miejsce swojego wieloletniego zamieszkiwania i możliwość korzystania z czynszu regulowanego

Klub Lewicy zgłosi jeszcze jedną istotną poprawkę. Ma ona ukrócić wypłacanie horrendalnie wysokich odszkodowań, nieuwzględniających stanu budynków w momencie ich przejęcia przez Skarb Państwa (w Warszawie często były to po prostu ruiny).

– Nowelizacja ma też znacząco ograniczyć wysokość odszkodowań, jakie miasto musi płacić za odmowę zwrotów, uwzględniając uwarunkowania historyczne – powiedziała posłanka Biejat. Stwierdziła, że rekompensaty powinny kształtować się na poziomie 10 proc. wartości nieruchomości w momencie nacjonalizacji.

Kto zbuduje otwartą Polskę?

Robert Biedroń, kandydat Lewicy na prezydenta Polski, dał swoim rywalom szansę jednoznacznie wypowiedzieć się w kwestiach o fundamentalnym społecznym znaczeniu.

Zmierzmy się na wizje Polski, a nie puste frazesy – zwrócił się Biedroń do swoich kontrkandydatów, wszystkich mniej lub bardziej prawicowych, na konferencji prasowej 3 czerwca. Następnie wskazał pięć pytań dotyczących życia społecznego i politycznego, na które on sam bez wahania odpowiada twierdząco.

Robert Biedroń w pierwszej kolejności zapytał swoich rywali, czy poprą ideę utworzenia publicznej firmy deweloperskiej, który wybuduje milion tanich mieszkań na wynajem? Bez tego rodzaju posunięcia wszelkie zapowiedzi zmian w polityce mieszkaniowej są co najmniej niekonsekwentne. Pokazały to wdrażane dotąd programy mieszkaniowe.

Pytanie drugie może sprawić prawicowym politykom sporo kłopotu. Brzmi bowiem: czy podpiszę ustawę o sprawiedliwym opodatkowaniu Kościoła?

Kto chce zatrzymać reprywatyzację?

Pytanie trzecie przywraca do debaty publicznej głośno dyskutowany w 2019 r., a potem przygasłą sprawę reprywatyzacji. PiS „grzał” ten temat, dopóki mogło to przełożyć się na dobry wynik wyborczy Patryka Jakiego, walczącego o fotel prezydenta Warszawy, potem nadzieje na ustawę reprywatyzacyjną rozwiały się. Robert Biedroń pyta potencjalnych prezydentów Polski: czy podpiszecie taką ustawę, by zakończyć dziką reprywatyzację i związane z nią patologie?

Pytanie czwarte dotyczy praw kobiet do decydowania o swoim ciele, w tym do bezpiecznego przerywania ciąży. Czy moi kontrkandydaci podpiszą ustawę o dostępie do bezpiecznego przerywania ciąży do 12. tygodnia – zapytał Biedroń.

Ocalić służbę zdrowia

Pytanie piąte dotyka fundamentalnego cywilizacyjnego problemu. Koronawirus przypomniał wszystkim, że polska służba zdrowia trzeszczy w szwach, trzymając się głównie na oddaniu pracowników, wykonujących swoje obowiązki w poczuciu wielkiej odpowiedzialności. Biedroń zapytał swoich rywali, czy są gotowi podpisać ustawę o zwiększeniu nakładów na ten cel do poziomu 7,2 proc. PKB, sugerowanego w ubiegłym roku przez lekarzy współpracujących z Lewicą.

– Z dumą mówię o Polsce otwartej, tolerancyjnej, w której wszyscy obywatele mają równe prawa. Chcę Polski, która jest w stanie zaopiekować się obywatelami w trudnych czasach kryzysu, ale za to nie mówi im jak mają żyć, w co wierzyć, ani kogo mogą kochać. Chcę nowoczesnego państwa dobrobytu dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych – podsumował Biedroń. Na razie jedyny kandydat, który na wszystkie postawione pytania stanowczo odpowiada twierdząco.