Kapsułki Pamięci

Ciotka od Paula Bourget
Owa ciotka Maria – popularnie nazywana w rodzinie „Myszką”, jakby dla kontrastu z jej nieco surowym obejściem wymagającej nauczycielki – z domu Urbańska, poślubiła Mieczysław Bielińskiego – brata rodzonego mojej babki. Aliści zacznijmy od początku, jak mawiał Jerzy Waldorff. Ciotka urodziła się w 1910 roku w Moskwie, gdzie jej ojciec pracował jako lekarz. Po wielu latach dowiedziałem się, że po powrocie do kraju stał się w swoim powiecie bychawskim na Lubelszczyźnie kimś w rodzaju ofiarnego doktora Judyma rodem z „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego i leczył za darmo ubogą ludność okoliczną. W dzieciństwie zasłyszałem mimochodem, że ciotka podobno zapamiętała, jako siedmiolatka, krwawe rewolucyjne sceny roku 1917 w Rosji, gdzie – jak zasłyszałem własne jej słowa – „krew płynęła rynsztokami”. Nie wiem ile w tym prawdy, bo jak wiadomo pamięć ludzka, zwłaszcza pamięć dziecka, rządzi się osobliwymi i tajemniczymi regułami, o czym przecież sam zaświadczam w „kapsułkach”, ale taką wersję zasłyszałem. W 1936 roku ciotka, wtedy 26-letnia, ukończyła studia romanistyczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jednym z jej profesorów i promotorem jej pracy był Stanisław Stroński, wybitny profesor romanistyki, ale bardziej znany jako radykalnie prawicowy polityk, poseł na Sejm i jeden ideologów endecji, osobisty wróg Józefa Piłsudskiego, którego ten, w swoim słynnym przemówieniu w roku 1923, na bankiecie w Sali Malinowej warszawskiego hotelu „Bristol”, nazwał „zaplutym karłem”, którą to frazę, po latach, wykorzystała propaganda stalinowska nazywając AK „zaplutym karłem reakcji”. W moim dzieciństwie, gdy ciotka była już panią w średnim wieku, kontakt mój z nią był rzadki i powierzchowny. Nie przepadałem za nią i trochę się jej bałem, bo, choć była dobrym człowiekiem, na zewnątrz sprawiała wrażenie osoby nieco szorstkiej i zasadniczej. Wiedziałem, że uczyła języka francuskiego w liceum ogólnokształcącym w Bychawie, ale nic to dla mnie wtedy, chłopaczka, nie znaczyło. Dopiero po wielu latach, kiedy byłem już za pan brat z tematami parysko-francuskimi, dowiedziałem się dość przypadkowo, że tematem dyplomowej pracy ciotki na KUL w 1936 roku była twórczość literacka Paula Bourget (1852 – 1935), reprezentanta nurtu konserwatywno-katolickiego w prozie francuskiej. Bourget nie należał do pisarzy, którymi się szczególnie interesowałem, ale oczywiście znałem jego postać z różnych tekstów dotyczących literatury francuskiej. Wtedy też wyobraziłem sobie kilkuletnią ciotkę „Myszkę” w Moskwie, w mieszkaniu, w którym być może francuska guwernantka (było takich w Rosji wiele) uczyła ją języka francuskiego i gry na fortepianie, jak to bywało w zwyczaju zamożnych rodzinach. O ile się nie mylę, ciotka nigdy nie była w Paryżu ani we Francji, a życie spędzone w powiecie bychawskim miała niełatwe, pracowite, a przy tym, po ojcu, społecznikowskie, w typie żeromszczyzny. Nikt też nie próbował jej podsunąć mnie w dzieciństwie jako ucznia języka francuskiego. W moim kręgu rodzinnym nie było takich imperatywów, a poza tym ja miałem swój świat i taki eksperyment by się wtedy nie udał. W młodości jednak zaprzyjaźniłem się z Paryżem, historią Francji, jej kulturą, długo nie wiedząc, że wpisałem się poniekąd, nieświadomie, w krąg dziedzictwa „ciotki od Paula Bourget”.
Filip z konopi
Bodaj w 1991 roku pojawił się w Polsce, po ponad pół wieku emigracji, którą przeżył w Neapolu, legendarny Gustaw Herling-Grudziński, więzień radzieckiego Archipelagu Gułag, sławny autor m.in. „Innego świata”. Jego przyjazd, pobyty w różnych miejscach i spotkania były medialną sensacją, jako że należał do głównych ideologicznych guru powojennej politycznej emigracji polskiej na Zachodzie. Dotarł też i do Lublina, gdzie w auli Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej miano mu wręczyć doktorat honoris causa. Tłum zebrał się gęsty, jako że wtedy takie spotkania budziły jeszcze zainteresowanie, elektryzowały. Po uroczystej laudacji i wręczeniu doktoratu G H-G zabrał głos, a później odpowiadał na pytania, zadawane mu w tonie pełnym uniżonego szacunku, niemal hołdowniczym. Na sali zapanowała atmosfera patosu. Gdy spotkanie się skończyło, a publiczność zaczęła się rozchodzić, podszedłem do G H-G otoczonego wianuszkiem osób i zadałem mu tylko jedno pytanie: czy to prawda, że Dino Grandi, jeden z paladynów Mussoliniego, który przyczynił się do jego dymisji 25 lipca 1943 roku dożył 1985 roku i zmarł w Rzymie? Postawiona kwestia najwyraźniej zaskoczyła G H-G i popatrzył na mnie ze zdziwieniem, jak na zielonego kota, a co najmniej jak na Filipa z konopi i mruknął, że nie wie. Jednak G H-G, czcigodny nestor emigracji politycznej i twórca legendarnego „Innego świata”, mniej mnie interesował niż to, czy będąc w po raz pierwszy w Rzymie w 1984 roku mogłem teoretycznie otrzeć się o Dino Grandiego. Ja tak mam. Nie ma to jak dociekliwość miłośnika historii i jej paradoksów. Każdego może wprowadzić w konfuzję.
Jeszcze o zagadkach i omyłkach
W poprzednich „kapsułkach” pisałem o dziwnych epizodach, ciekawych zbiegach okoliczności, jakie mi się przydarzały w różnych, w tym cmentarnych okolicznościach, m.in. o poszukiwaniu przedmiotów po francuskich rewolucjonistach Maracie i Couthonie, o poszukiwaniu grobu Aleksandra Gierymskiego, błędnie zarejestrowanym w biurze rzymskiej nekropolii, o zaskakującym z uwagi na kontekst, przypadkowym natknięciu się na grób francuskiego pisarza Raymonda Roussel. Jestem dość zakamieniałym ateistą i materialistą, ale nie ukrywam, że niektóre przydarzające mi się sytuacje wywoływały we mnie osobliwe uczucie dziwności, jakby COŚ niewidzialnego pojawiło mi się za plecami i jakby to COŚ inspirowało te sytuacje. Poprzestawałem jednak na skwitowaniu tego żartem, że to przejawy działania duchów zmarłych, którym poświęcam swoje zainteresowanie i to nie tylko ich życiem, ale także sferą śmierci oraz miejscem ich spoczynku. Inna sprawa, że Kościół katolicki bardzo nie lubi i tępi wszelkie zapędy spirytystyczne, wywoływanie duchów, wirujące talerzyki, wróżbiarstwo i tym podobne sprawy, więc z religią nie ma to nic wspólnego. Wspomnę o jeszcze dwóch takich, cokolwiek dziwnych zdarzeniach. Podczas jednego z licznych pobytów na cmentarzu Pére Lachaise natknąłem się na nagrobek Jean Lamberta Tallien, jednego z termidorian 1794 roku, tych którzy obalili Robespierre’a. Tallien zmarł w biedzie w 1820 roku, ale jego grób usytuowany jest w strefie grobów z przełomu XVIII i XIX wieku, które mają kształt klasycystyczny, monumentalny, pompierski, nawiązujący do antycznych świątyń. Tymczasem nagrobek Talliena sprawia wrażenie zaprojektowanego w latach 20-tych czy 30-tych XX wieku, a nawet później, jest bez ozdobników, ornamentów, ma minimalistyczną formę geometryczną dwóch prostokątów ustawionych wzajemnie w kształt litery L. Albo więc został postawiony wiele dziesięcioleci po śmierci Talliena, albo autor projektu z czasów Talliena miał prekursorską koncepcję plastyczną i radykalnie wykroczył poza estetykę swojej epoki. To tyle co do formy. Grób Talliena, mimo że wydał mi się nowy i w niezłym stanie, był mocno zaniedbany, pokryty mchem i pleśnią. Odczyściłem go, a podczas kolejnych pobytów na cmentarzu odwiedzałem go i w miarę potrzeby dokonywałem drobnych porządków. Jako miłośnik historii Wielkiej Rewolucji Francuskiej uznałem to za swoisty sposób zbliżenia się do niej. Bo w końcu można powiedzieć, że ktoś, kto zaopiekował się grobem jednej z jej sławnych postaci, zbliżył się, choćby na metr, do jej dziejów. Kilka lat wcześniej, w 1987 roku, podczas wakacji we Florencji, wybrałem się na położony za miastem cmentarz Trespiano, celem odwiedzenia grobu Stanisława Brzozowskiego, którego myśl zacząłem wtedy poznawać i byłem świeżo pod wrażeniem lektury „Legendy Młodej Polski”. Ponieważ nie wiedziałem, w którym miejscu cmentarza grób się znajduje, udałem się do niewielkiego budyneczku administracji. Urzędnik szybko odnalazł nazwisko w księdze rejestrowej, po czym wyjął niewielką kartkę i widziałem, jak wpisał w rubrykę nazwisko i imię (Stanislao) „lokatora” grobu, numer rzędu i kwatery, po czym zapytał mnie, w jakim charakterze odwiedzam grób. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, że jako turysta, zdążył zapytać – famiglia? To moje trwające ułamek sekundy zawahanie wzięło się z obawy, że jeśli zaprzeczę, iż należę do rodziny zmarłego, to urzędnik odmówi mi informacji. Obawa była zapewne nieuzasadniona, a nawet absurdalna, ale stało się, jak się stało – machinalnie skinąłem twierdząco głową i powiedziałem – „si”, a urzędnik odfajkował formalność, wpisując mnie jako „famiglię” nieboszczyka. Kartkę co prawda mi wręczył (zachowałem ją do dziś, czym mogę zaświadczyć, że nic nie bujam, tak jak nie bujam nawet na milimetr w żadnej z kapsułek), ale te same dane pomieścił w księdze rejestrowej. Tym sposobem zostałem w biurze cmentarnym Trespiano odnotowany jako „famiglia” czyli członek rodziny Stanisława Brzozowskiego. Niewykluczone, że jeśliby kiedyś jakiś badacz jego biografii i dzieła pojawił się na Trespiano i zajrzał do tej księgi, może mieć niejaką zagwozdkę typu – jakiż to członek rodziny Brzozowskiego odwiedził jego grób w 1987 roku? Co do mnie, to wiem tylko, że urodzona w 1903 roku córka Brzozowskiego zmarła bezpotomnie w Krakowie pod koniec lat sześćdziesiątych. W razie czego komunikuję, aby zaoszczędzić komuś ewentualnych, jałowych kwerend, że to byłem ja, turysta z Polski, a nie żadna rodzina wybitnego myśliciela. I jeszcze na sam koniec wątków grobowych. W Gujanie, wtedy francuskiej kolonii, przebywali, deportowani tam karnie w 1795 roku przez Dyrektoriat, jako terroryści, dwaj byli członkowie Komitetu Ocalenia Publicznego, termidorianie Billaud-Varenne i Collot d’Herbois. Collot zmarł w Gujanie (Alejo Carpentier opisał jego kres w „Eksplozji w katedrze” jako makabryczną – ciało zmarłego w pijanym widzie Collota miały pożreć dzikie świnie). Dostojny i pryncypialny Billaud, któremu Carpentier poświęcił w tej powieści szereg stronic, przeżył Collota i jak mówią źródła, zmarł w 1819 w Port-au-Prince na Haiti. Jednak raczej nie wybiorę się w te strony, bo jestem już za stary na kolejne grobowe qui pro quo i to na
krańcu świata.