Pandemia wkroczyła na parkiety

Obecnie na giełdach obserwujemy tzw. wspinaczkę po ścianie strachu. Indeksy i spółki rosną, ale znacznie wolniej niż zdarzało się to w ubiegłym roku.
W marcu 2021 r. minął rok od początku pandemii COVID-19 w Polsce. Koronawirus wywarł wpływ – i wywiera go nadal – na polską gospodarkę. Jednakże pomimo tego, że 2020 r. był czasem trudnym dla całego świata oraz dla naszego kraju, nie zniechęcił graczy giełdowych do inwestycji na giełdzie.
Za nami jest rok, który upłynął nie tylko od wybuchu pandemii, ale i od miesiąca, który wszyscy gracze giełdowi zapamiętają na długie lata. To właśnie w marcu ubiegłego roku przez wszystkie światowe parkiety giełdowe przetoczyła się paniczna wyprzedaż, wywołana przez pandemię mało jeszcze wtedy znanego wirusa. – Wszyscy obawialiśmy się wówczas nie tylko o produkt krajowy brutto, wyniki poszczególnych krajów, czy zerwane łańcuchy dostaw, ale przede wszystkim obawialiśmy się o nasze życie i zdrowie. W efekcie panującego strachu, w marcu ubiegłego roku na giełdach na całym świecie obserwowaliśmy gwałtowne spadki. Inwestorzy bali się, że w związku z pandemią koronawirusa wyniki wielu spółek gwałtownie się pogorszą. Jednakże już po paru tygodniach, pod koniec marca, mogliśmy obserwować gwałtowną hossę i odbicie. Wzrosty te w zasadzie trwają na większości spółek i indeksów aż do dzisiaj – optymistycznie uważa Przemysław Gerschmann, doradca zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w cotygodniowym „Wideokomentarzu GPW”.
Ubiegłoroczne spadki na światowych giełdach były naprawdę duże. W efekcie marcowej wyprzedaży także nasze indeksy WIG i WIG20 straciły po około 40 proc. Część analityków wydarzenia te porównywała z wielkim kryzysem lat trzydziestych ubiegłego wieku. Jednak wraz z końcem marca ubiegłego roku giełdy zaczęły stopniowo odbijać.
Liczba rachunków maklerskich w Polsce zwiększyła się w ciągu ubiegłego roku o 85 tys. (z uwzględnieniem wrześniowego wykreślenia z rejestru figurujących tam dotąd 60 tys. nieaktywnych kont). Liczba kont maklerskich miała również przełożenie na udział inwestorów indywidualnych w obrotach na warszawskim parkiecie. W minionym roku byli oni odpowiedzialni za jedną czwartą obrotów na głównym rynku akcji GPW. – Obecnie na giełdach obserwujemy tak zwaną wspinaczkę po ścianie strachu. Indeksy i spółki rosną, ale znacznie wolniej niż pod koniec marca 2020 r. Stopy procentowe na całym świecie nadal utrzymują się na rekordowo niskim poziomach. Pomimo tego, Polacy i obywatele innych krajów nie rezygnują z oszczędzania pieniędzy poprzez trzymanie ich na rachunkach bankowych. Ponadto bezpieczne aktywa, jak na przykład złoto czy obligacje nadal cieszą się dużą popularnością, Może to wskazywać, że prawdziwe wzrosty są jeszcze przed nami – dodaje Przemysław Gerschmann.
W nawiązaniu do tej oceny warto przypomnieć, że giełda jest jak wiadomo ulicą dwukierunkową. Popularność bezpiecznych ale nie przynoszących zysków aktywów równie dobrze może więc wskazywać na to, że warszawska giełda prawdziwe wzrosty ma już za sobą, przynajmniej w okresie pandemii.
Niestety, kolejna fala pandemii trwa w najlepsze i nie wiadomo, kiedy się skończy. Nieudolność rządu w jej zwalczaniu w połączeniu z inwazją nowych mutacji koronawirusa sprawiają, że także i graczy giełdowych mogą czekać trudne miesiące.

O pamięć o Norwidzie

Dwadzieścia lat temu, jesienią 2000 roku, wobec zbliżającej się 180. rocznicy urodzin Cypriana Norwida i 100. rocznicy wskrzeszenia obecności poety w polskiej kulturze (pierwszy numer „Chimery” Zenona Przesmyckiego) wystąpiłem na łamach „Trybuny” z inicjatywą ogłoszenia roku 2001 Rokiem Norwidowskim.

Wnet też wraz z wybitnym scenografem, a podówczas także znakomitym szefem wydziału kultury w samorządzie Mazowsza – Mariuszem Chwedczukiem oraz prężną animatorką kultury Ewą Czeszejko-Sochacką utworzyliśmy we trójkę Komitet Inicjatywny Obchodów Roku Norwidowskiego, nad którymi to obchodami szybko zgodził się objąć patronat zawsze podobnym sprawom życzliwy Prezydent Aleksander Kwaśniewski. Nie odmówił też nam swego cennego wsparcia „Naczelny Powiernik Spraw Norwidowskich” (określenie Stanisława Pigonia), czyli bardzo już wówczas sędziwy Juliusz Wiktor Gomulicki.
Rocznicowe inicjatywy, zwłaszcza w rodzinnych stronach poety – na Mazowszu, którego sejmik, kierowany przez Włodzimierza Nieporęta, przyjął stosowną uchwałę, posypały się jak z rogu obfitości. Biblioteka Narodowa pod wodzą swego dyrektora Michała Jagiełły błyskawicznie zorganizowała specjalną trzydniową wystawę autografów, rysunków i grafik Norwida, na której „nastrój panował taki, jak na pierwszej ekspozycji powojennej w Muzeum Narodowym w 1946 r., o której Jan Cybis mówił, że oglądano ją w ogromnym skupieniu i mówiono tylko szeptem”; zaraz potem oryginalne i okazałe Norwidowskie ekspozycje przygotowali Janusz Pulnar w kierowanym przez siebie Muzeum im. Malczewskiego w Radomiu oraz ekipa warszawskiego Muzeum Literatury im. Mickiewicza, gdzie osobistą pieczę nad licznymi rocznicowymi przedsięwzięciami wzięli na swe barki dyrektorzy Janusz Odrowąż-Pieniążek i Elżbieta Banko-Sitek.
Wielce radował gremialny i bardzo twórczy (warsztaty, konkursy recytatorskie i plastyczne, publikacje) udział młodzieży, mądrze inspirowany i koordynowany przez pedagogów stołecznego XXIV Liceum Ogólnokształcącego im. Norwida, Marię Rybińską i Ewę Sołtan, które to liceum stało się też gospodarzem I Ogólnopolskiego Zlotu Szkół Imienia Norwida. Edward Pałłasz i Krzysztof Knittel skomponowali cykle pieśni do wierszy Norwida, których prawykonanie odbyło się w Zamku Królewskim; warszawski Teatr Polski dał premierę „Nocy tysiącznej drugiej” i „Miłości-czystej u kąpieli morskich” w reżyserii Tadeusza Bradeckiego; specjalne Norwidowskie numery przygotowały „Twórczość”, „Poezja Dzisiaj”, „Przegląd Humanistyczny” i „Ciechanowskie Zeszyty Literackie”; wyszły książki: Wojciecha Siemiona „Lekcja czytania. Norwid” i Aleksandry Melbechowskiej-Luty „Sztukmistrz”. Mazowszu pozostały też z roku Norwidowskiego 2001 ustanowione wówczas i przyznawane po dziś dzień doroczne Nagrody im. Norwida w dziedzinie literatury, muzyki, sztuk plastycznych i teatru, zaś jego stolicy – ufundowana przez Towarzystwo Przyjaciół Warszawy tablica na fasadzie Pałacu Zamoyskich przy Nowym Świecie 69, upamiętniająca wydarzenia z 1863 roku, które dały asumpt do powstania Norwidowego „Fortepianu Szopena”.
Zawstydziwszy się swej początkowej bezczynności, do obchodów włączyło się też ówczesne AWS-owskie Ministerstwo Kultury, między innymi organizując przewiezienie do Polski urny z ziemią pobraną ze zbiorowego grobu w Montmorency, w którym spoczywały szczątki poety i złożenie jej w Krypcie Wieszczów w katedrze na Wawelu. Za granicą najbardziej bodaj ważkie przedsięwzięcie miało miejsce w Rosji – a było nim opublikowanie najobszerniejszego (ponad czterysta stron) w całych dziejach zagranicznej recepcji poety tomu przekładów z Norwida, zatytułowanego „Pielgrzym czyli Ostatnia z bajek”, a przygotowanego przez Andrieja Bazilewskiego i wydanego przez jego moskiewską oficynę „Wahazar” przy walnym wsparciu Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku (w czym wydatnie zasłużył się Janusz Rohoziński, a co do dziś pozostaje wzorcowym przykładem udziału prywatnego polskiego podmiotu w zagranicznej promocji naszej kultury).
Rok 2021, w który teraz wkraczamy, będzie Norwidową rocznicą jeszcze bardziej zobowiązującą, bo dwusetną. Mówi się wszakże o niej i pisze jak dotąd niepokojąco niewiele; stosunkowo cicho było też wokół ustanawiającej Rok Norwidowski 2021, a podjętej w końcu listopada uchwały Sejmu RP, jak i wokół późniejszej o tydzień podobnej uchwały Senatu.
Przydał zresztą Norwidowi Sejm na ów rok dość liczne, choć zacne towarzystwo, zapowiadając równoczesne uczczenie stulecia urodzin Stanisława Lema, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Tadeusza Różewicza; ponieważ zaś w dzisiejszej Polsce każde ludzkie zbiorowisko musi mieć swego kapelana, dorzucono do tego grona kardynała Stefana Wyszyńskiego, odwołując się do 120-lecia jego urodzin i 40-lecia śmierci; zapomniano za to o 100-leciu śmierci „bodaj najtęższej w literaturze światowej autorki teatralnej” (określenie Stanisława Marczaka-Oborskiego) czyli Gabrieli Zapolskiej.
Sejmowa uchwała o Norwidzie, wśród inicjatorów której było sporo posłów z Konfederacji (być może dlatego, że jeden z nich jest synem znanego inscenizatora, komentatora i popularyzatora twórczości poety, Kazimierza Brauna) skropiona została oczywiście wodą święconą: skwapliwie głosiła, że Norwid był „świadomym oraz głęboko wierzącym katolikiem” (jakby na tym właśnie zasadzała się jego wielkość) i nie zaniedbywała przywołania opinii „Świętego Jana Pawła II” (którego polska katoprawica zwykła cytować częściej niż w ZSRR cytowano Lenina, choć akurat w tym wypadku ze względu na szczególny stosunek Wojtyły do Norwida można jej to wybaczyć).
Do tego sejmowa uchwała zawierała oczywistą dezinformację, komunikując, jakoby Norwid „w 1855 r. uznany przez zaborcze władze rosyjskie za politycznego wygnańca do Polski nie mógł już powrócić”; rzecz miała się całkiem inaczej – to sam Norwid, dobrowolnie opuściwszy kraj, nie chciał do Królestwa Polskiego wracać, ani – choć otrzymywał urzędowe wezwania – przed rokiem 1855, ani później, gdy jak jego brat Ksawery mógł skorzystać z ogłoszonej przez Aleksandra II w roku 1856 amnestii (w jednym z listów uznał ją za „przebaczenie… tak jakby zbiegłym niewolnikom jako rzecz należącym do panów”).
Dość kuriozalny był też komunikat o Norwidowskiej sejmowej uchwale opublikowany przez pisowską PAP: zamiast po przytoczeniu fragmentów dokumentu podać choćby parę konkretów o planowanych przedsięwzięciach, koncentrował się na obronie zakonnic prowadzących paryski przytułek, gdzie Norwid zmarł, przed „niezasłużonym cieniem”, jaki przez lata rzucał na nie zarzut spalenia pozostałych po poecie, a uznanych za bluźniercze papierów; można było odnieść wrażenie, że dla PAP w przeddzień Roku Norwida ważniejsza aniżeli sam twórca i jego dzieło jest reputacja przytułkowych sióstr szarytek…
Skądinąd jednak być może na szczeblu centralnym takiego planu jubileuszowych działań wciąż nie ma – do podobnego podejrzenia upoważnia choćby indolencja okazana podczas niedawnych ważnych rocznic Sienkiewicza i Moniuszki; mało też prawdopodobne, by twórczość autora „Promethidiona” mogła budzić szczere uznanie i entuzjazm u decydentów pokroju Glińskiego czy Czarnka. Na szczęście są też samorządy – jeszcze przed uchwałami obu izb parlamentu list intencyjny w sprawie obchodów 200-lecia Norwida podpisały trzy mazowieckie powiaty (Wyszków, Wołomin i Węgrów) oraz cztery gminy (Zabrodzie, Wyszków, Dąbrówka i Strachówka) z okolic, gdzie Norwid przyszedł na świat i spędził dzieciństwo. Ufać też trzeba, że nie osłabnie oddanie i energia zespołu badaczy, od lat przygotowujących siedemnastotomowe krytyczne wydanie dzieł poety.
Bo takiego krytycznego wydania Norwid wciąż nie ma – podobnie jak nie ma na przykład własnego muzeum. Ma parę pomników i popiersi – aż dwa w Wyszkowie, najokazalszy w Lublinie. Ale na godny pomnik dla Norwida (bo ma tu tylko niewielką statuę w Łazienkach) powinno się przecież wreszcie zdobyć miasto, z którym w Polsce był związany najsilniej – Warszawa; opinia publiczna domaga się tego od lat. Na kolejny monit w tej sprawie, jaki niedawno wystosował Związek Literatów Polskich, biuro kultury stołecznego magistratu zareagowało informacją, że jakoby kilkanaście lat temu ustalono już (zresztą, jak można sądzić, bardzo niefortunną i wymagającą korekty) lokalizację takiego monumentu, nie wyjaśniło wszakże, dlaczego od tamtej chwili niczego więcej nie uczyniono.
Pomnik wielkiego polskiego twórcy, którego wysokie przesłanie pozostaje wciąż wyjątkowo aktualne, którego poetyckie słowo wciąż poraża siłą swej nowatorskiej inwencji, od którego cała polska kultura tak wiele zaczerpnęła, powinien stanąć w punkcie naprawdę reprezentacyjnym („bo nie jest światło, by pod korcem stało”), a zarazem mocno związanym z jego biografią – dla mnie takim wydaje się zbieg ulic Andersa i Solidarności koło placu Bankowego, ściślej skwer przy kinie Muranów w bezpośrednim pobliżu miejsca, w którym w 1836 roku zamieszkał, skąd mógłby spoglądać w kierunku swego równie wielkiego kolegi Juliusza Słowackiego.
Oby w nadchodzącym Roku Norwidowskim coś naprawdę w tej sprawie zrobiono!

Nadzieje i niespodzianki

Gracze giełdowi jak co roku mieli do czynienia z przepowiedniami, które się nie sprawdzają. Co naturalnie nie zakłóca dobrego samopoczucia ekspertów, przygotowujących prognozy na 2020 r.

Rok 2019 przyniósł szereg zaskoczeń w porównaniu do prognoz, które można było stawiać pod koniec 2018 r.
Przypomnijmy, że koniec ubiegłego roku był okresem silnych spadków na niemal wszystkich rynkach, co wpływało na stawiane tezy. Należy jednak przeanalizować prognozy na 2019 rok, by móc zweryfikować ich słuszność – i na tej podstawie spróbować przewidzieć, co przyniesie na rynkach rok 2020.

Umiarkowana sprawdzalność

Pierwsza prognoza na 2019 r. mówiła: „Ostatni rok hossy na rynku amerykańskim”. Konkretną odpowiedź na tę prognozę przyniesie dopiero rok 2020. Uczciwie trzeba jednak stwierdzić, że obecnie nic na to nie wskazuje, co jednak każe być również ostrożnym.
Druga prognoza: „Utrzymanie wysokiej zmienności na giełdach”. Teza wydawała się dość bezpieczna – i chyba w żadnym innym przypadku tak mocno się nie pomylono.
Zakładano, że rok 2019 będzie przeplatany okresem wzrostów i spadków, co jednak nie miało miejsca, w szczególności w przypadku rynków rozwiniętych. Podwyższona ostrożność w mijającym roku nie popłacała (jakkolwiek ta prognoza pozostaje aktualna na 2020 r.).
Trzecia prognoza „Europa Zachodnia – dobra na drugą połowę roku”, sprawdziła się w 50 proc. gdyż zarówno pierwsza, jak i druga część 2019 roku była korzystna dla giełd na Starym Kontynencie.
Czwarta prognoza: „Możliwe wzrosty na rynku złota”. Jeśli chodzi o sprawdzalność, była to najlepsza teza na ten rok.
Notowania złota przeniosły się z poziomu 1300 dolarów za uncję na poziom 1500 dol., można więc było sporo zyskać. Zakładając brak gwałtownych zdarzeń w przyszłym roku, cena złotego kruszcu poruszać się będzie w okolicach obecnego przedziału. Rok 2019 był przede wszystkim okresem silnych wzrostów na rynku amerykańskim i kolejnych historycznych rekordów indeksów S&P 500 i Nasdaq (ok. 8 proc. powyżej szczytowych poziomów z 2018 r.).
Tegoroczne stopy zwrotu robią wrażenie, oscylując w okolicach 30 proc., warto jednak pamiętać, z jakich poziomów startowały te indeksy na początku roku.
W ślad za rynkiem amerykańskim podążyły indeksy w Europie Zachodniej, co było o tyle zaskakujące, że dość silnym wzrostom towarzyszyło stopniowe pogarszanie się odczytów gospodarczych oraz rosnące zamieszanie wokół Brexitu. Koniec roku przyniósł jednak nieznaczną poprawę wyników ekonomicznych, dając szanse na poprawę w 2020 r.

A więc wojna

Inaczej wyglądała sytuacja na krajowym rynku. Duże spółki znajdowały się pod presją inwestorów zagranicznych oraz problemów wewnętrznych, związanych z wyrokami Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (w przypadku banków) oraz różnych inicjatyw i projektów (w przypadku spółek z wysokim zaangażowaniem Skarbu Państwa).
Relatywnie dobry okres mają natomiast za sobą małe spółki w Polsce. Trzeba jednak pamiętać, że część wzrostów była odreagowaniem po wcześniejszych, silnych spadkach.
Rok 2019, podobnie zresztą jak 2018, upłynął pod znakiem wojny handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami, a de facto pomiędzy USA a resztą świata. Na przestrzeni całego roku napięcie na przemian narastało i łagodniało, gdy obie strony wracały do rozmów. Rok zakończył się zawarciem wstępnego porozumienia, które jednak nie rozwiązuje żadnych istotnych problemów leżących u podstaw sporu. Sytuacji, związanej z napięciem na linii Waszyngton – Pekin nie pomagały protesty w Hongkongu, które trwały przez dużą część mijającego roku.
Istotne znaczenie w 2019 r. miała również polityka amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Fed dokonał wolty w ciągu roku, z polityki zaostrzania oraz podwyżki stóp procentowych, do krótkiej serii obniżek stóp i otwarcia nieformalnego programu skupu aktywów. Wpłynęło to w oczywisty sposób na rynki, dostarczając im płynności i dalszego paliwa do wzrostów.

Wróżenie z fusów

Co czeka nas w 2020 roku? Podobnie jak w 2019, wiodącą role na rynkach akcji odgrywać będą Stany Zjednoczone. Trudno jednak oczekiwać powtórki wyników z mijającego roku.
Można szacować, że stopa zwrotu na przestrzeni całego 2020 r. wyniesie około 10 proc. (w przypadku indeksu S&P 500). W przypadku spółek technologicznych, części z nich rynek w nadchodzącym roku powie „sprawdzam”. Oczekujemy lepszego zachowania się spółek z tak zwanej starej gospodarki.
Biorąc pod uwagę rekordowe poziomy indeksów i dalsze etapy negocjacji handlowych pomiędzy USA a Chinami, czy sprawę impeachmentu Donalda Trumpa, można oczekiwać, że zmienność powróci.
2020 r. jest rokiem wyborczym w USA, mającym swoją specyfikę. Nie można zapominać o istniejącej ciągle groźbie recesji w USA (nie nastąpiła od rekordowo długiego czasu). Ostatnie odczyty wskaźników wyprzedzających mogą wzbudzać niepokój.
Prawdopodobnie w dalszym ciągu dobry okres będą mieć przed sobą spółki europejskie. Zagrożeniem może być jednak eskalacja konfliktu handlowego na linii USA – Unia Europejska. Ewentualne złagodzenie taryf celnych, połączone ze sprzyjającym momentem cyklu koniunkturalnego i monetarnego może w 2020 r. wspierać rynki wschodzące.

U nas wciąż kiepsko

Polska giełda papierów wartościowych zapewne tradycyjnie będzie odstawać od swoich zagranicznych odpowiedników.
Z drugiej jednak strony, historycznie niski poziom wycen może w końcu powiększyć napływ kapitału. Tutaj rolę stabilizatora mogą pełnić Pracownicze Plany Kapitałowe, chociaż opublikowana w grudniu stopa uczestnictwa w tym programie jest daleka od zadowalającej.
Inwestorzy powinni wybierać w w Polsce spółki, które wygrywają na trwających obecnie trendach takich jak wzrost kosztów pracy. W dalszym ciągu atrakcyjne mogą okazać się nieruchomości, ale z uwagi na dynamiczny wzrost cen w ostatnich dwóch latach, efektywne inwestowanie staje się coraz bardziej ryzykowne.

Rząd PiS opróżnia portfele Polaków

Coraz większy obszar biedy, coraz gorsza jakość życia mieszkańców – takie są ponure efekty działalności ludzi, którzy od czterech lat sprawują władzę w naszym kraju. Zostało to już obliczone.

Okazuje się, że jak najbardziej prawdziwe jest powszechne przeświadczenie Polaków o szybkim i bolesnym wzroście cen.
Wreszcie to się potwierdziło statystycznie, w wyliczeniach GUS – choć wszyscy wolelibyśmy, aby nasza cenowa rzeczywistość nie okazała się aż tak ponura.

Biedniejszym zabierają więcej

Mogliśmy się jednak spodziewać, że liczby potwierdzą nasze odczucia – bo przecież od paru lat czuliśmy wyraźnie, że pod rządami PiS jesteśmy coraz dotkliwiej bici po kieszeni – a pędzące ceny „zjadają” zyski wynikające z programu Rodzina 500 plus. Odczuwają to zwłaszcza rodziny słabiej zarabiające.
Dużego, wyraźnego wzrostu cen przez wiele miesięcy nie potwierdzały badania Głównego Urzędu Statystycznego, oparte niestety na nie całkiem precyzyjnych i wiarygodnych przesłankach.
Władze GUS mają zresztą świadomość, że dokonywane przez nich badania cen mogą być obarczone sporą dozą niedokładności. Dlatego na stronie GUS widnieje oświadczenie, tłumaczące, dlaczego polskie ustalenia statystyczne dotyczące cen, nie pokrywają się z powszechnymi odczuciami o ich wysokości.
„Wynik pomiaru wzrostu cen konsumpcyjnych wyrażony wskaźnikiem nigdy nie będzie odpowiadał społecznemu odczuciu. Składa się na to wiele przyczyn, zarówno obiektywnych, jak i subiektywnych. Najważniejszą z nich jest przeciętny charakter wskaźnika, pomiar odnoszący się do dużych zbiorowości, różniący się od sytuacji poszczególnych gospodarstw domowych czy rodzin” – stwierdza Główny Urząd Statystyczny.
Inną przyczyną tego, że społeczne odczucia mogą się kłócić ze statystyką, jest nasza zróżnicowana wrażliwość na ruch cen.
„Na ogół występuje większa wrażliwość społeczna na zmiany cen artykułów i usług podstawowych, a mniejsza na zmiany cen artykułów i usług zaspokajających mniej istotne potrzeby lub kupowanych rzadziej. To wywołuje skłonność utożsamiania wzrostu cen artykułów podstawowych z ogólnym wzrostem cen. Skłonność ta jest tym wyraźniejsza, im większa część budżetu rodziny przeznaczana jest na artykuły pierwszej potrzeby” – podkreśla GUS.

PiS lawinowo podnosi ceny

Stały ruch cen w górę, który jest efektem rządów PiS zaczął się w 2016 r. Warto przypomnieć, że we wcześniejszych latach mieliśmy nawet lekką deflację (ogólny spadek cen). Niestety, ruch cen dotknął szczególnie właśnie te rodziny, które, jak zaznaczył GUS, większą część swego budżetu przeznaczają na artykuły pierwszej potrzeby – bo te artykuły obecnie drożeją u nas najszybciej.
Inna sprawa, że takie rodziny stanowią około dwie trzecie wszystkich gospodarstw domowych w Polsce. Nie należą one do zamożnych warstw naszego społeczeństwa i są szczególnie dotkliwie bite po kieszeni przez ceny, nabierające coraz większego rozpędu pod rządami obecnej ekipy.
Dziś ceny rosną tak powszechnie i tak szybko, że jest to bardzo dobrze widoczne w statystyce. Gdyby nawet Główny Urząd Statystyczny, przejęty w 2016 r. przez PiS, chciał to ukrywać (o co oczywiście nikt go nie podejrzewa), to nie byłby w stanie.

Najdrożej prawie od ćwierćwiecza

Najnowszy komunikat GUS pokazuje, jak zmieniały się ceny w okresie od stycznia do listopada 2019 r. – i porównuje je z tym samym okresem ubiegłego roku. Wynik jest więcej niż niepokojący. W bieżącym roku były w Polsce miesiące, w których ceny rosły najszybciej od niemal ćwierćwiecza!.
Okazuje się, że w porównaniu z jedenastoma miesiącami ubiegłego roku najbardziej podrożały warzywa – aż o 20,6 proc. To zaprzecza kłamliwej propagandzie, uprawianej w rządowej telewizji, przekonującej, że ceny warzyw przestały rosnąć.
Niewiele ustępuje im skok cen za wywóz śmieci, który wyniósł średnio 20,4 proc. Trzecie miejsce na cenowym podium zajmuje cukier – w porównaniu z 2018 r. zdrożał o 16,5 proc. W ślad za cukrem zdrożały zaś naturalnie wszelkie produkty, które go zawierają. Pokazuje to przykład pieczywa – podrożało o 8,9 proc., co było nieuchronnym wynikiem wzrostu cen mąki o 8,1 proc.
A co oprócz chleba? Na przykład wieprzowina, najpowszechniej konsumowane mięso w Polsce: zdrożała o 8,3 proc. – czyli szybciej niż cała żywność, której ceny zwiększyły się średnio o 5,1 proc.
Jeśli jednak będziemy porównywać ze sobą nie jedenastomiesięczne okresy lat 2018 i 2019, lecz listopad 2018 z listopadem 2019, to wzrost cen żywności wyniósł aż 7 proc.
To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, bo znaczący wzrost cen objął niemal wszystkie dziedziny naszego życia.
Przykładowo, usługi fryzjerskie, kosmetyczne i pielęgnacyjne zdrożały średnio o 5 proc. Usługi lekarskie – o 5,2 proc. Wszelkie usługi związane z prowadzeniem domu – o 5 proc. Czynsze – o 4,9 proc. Gazety i czasopisma – o 5,7 proc. Cała turystyka zorganizowana – o 5,6 proc (ale jeśli ktoś wyjeżdżał w tym roku za granicę z biurem podróży to zapłacił średnio o 7 proc. więcej). Tak wymieniać można długo.

Dyskretny obiektywizm statystyk?

Ten szybki wzrost niemal wszystkich cen bardzo dobrze widać w sporządzanych przez GUS notowaniach, dotyczących konkretnych produktów i usług.
Trudniej go natomiast uchwycić w jednolitym, ogólnym wskaźniku wzrostu cen wszelkich towarów i usług. Zdaniem GUS, od listopada 2018 r. wszystkie te ceny zwiększyły się średnio zaledwie o 2,6 proc.
Nie wątpiąc w obiektywizm statystyk, wydaje się, że widocznie uwzględniane są tu również takie towary i usługi, które dość trudno zauważyć w codziennym koszyku dóbr, najczęściej konsumowanych przez Polaków.
Jak podaje GUS, w samym listopadzie bieżącego roku, w porównaniu z październikiem, największy wpływ na ogólny wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych miały wyższe ceny żywności, rekreacji i kultury oraz napojów alkoholowych i wyrobów tytoniowych. Wszystkie te dobra zdrożały w ciągu miesiąca o 0,4 proc.

Rząd się wyżywi

Niestety, przyszły rok będzie wyraźnie droższy od upływającego. I tradycyjnie, tak jak dotychczas pod rządami PiS, najbardziej stracą mniej zamożni Polacy.
W kolejce czekają już podwyżki cen energii elektrycznej. W tym roku zostały wstrzymane przez rządzących, aby nie zmniejszać szans wyborczych Prawa i Sprawiedliwości. W 2020 ceny prądu wzrosną co najmniej o 20 proc., zarówno dla przedsiębiorstw jak i dla gospodarstw domowych (choć dokładne ceny energii poznamy po Nowym Roku). Prąd jest używany do wszystkiego, więc mówiąc najkrócej, wszystko podrożeje.
Rząd chce ratować trzeszczący budżet, więc o 10 proc. zwiększy się akcyza na alkohol i papierosy. Od połowy 2020 r. podrożeją również papierosy elektroniczne, na razie jeszcze objęte zerową akcyzą.
Innym podatkiem, który wzrośnie w przyszłym roku, będzie opłata paliwowa, nakładana na benzynę, olej napędowy i gaz. Uiszczają ją producenci i importerzy paliw, ale oczywiście jest ona przenoszona na ceny płacone na stacjach benzynowych. Stawka opłaty paliwowej za 1000 litrów benzyn zwiększy się o 5,28 zł, a za 1000 l oleju napędowego o 8,73 zł.
Rosnące ceny paliw oznaczają naturalnie wyższe koszty transportu i wszelkich przewozów, co spowoduje wzrost cen ogromnej większości towarów i usług.
W ślad za paliwami podrożeją też i samochody, na co wpływ będą mieć nowe, zaostrzone normy bezpieczeństwa pojazdów oraz kolejne ograniczenia emisji dwutlenku węgla.
Ściśle biorąc, wszystkie te nowe obostrzenia nie zaczną obowiązywać już w przyszłym roku, ale producenci aut muszą się przygotować do ich spełnienia. To zaś będzie wymagać wielu skomplikowanych działań w przemyśle samochodowym. Ich koszt z pewnością zostanie już z wyprzedzeniem doliczony do cen pojazdów i części.
Tak więc, po trudnym dla naszych kieszeniu roku 2019, czeka nas zapewne jeszcze trudniejszy 2020. Strefa skrajnego ubóstwa w Polsce, która pod rządami PiS rozszerzyła się po wieloletnim spadku, prawdopodobnie wzrośnie jeszcze bardziej.
Wszystko to jednak nie spędza snu z oczu prominentom obozu rządzącego Oni się wyżywią, a propagandyści sukcesu w rządowych mediach (tzw. „publicznych”) będą dzień w dzień wmawiać, że wszystkim nam żyje im się coraz lepiej.