Koniec Rożawy?

Po wielogodzinnych rozmowach w Soczi Turcja i Rosja zawarły porozumienie w sprawie Rożawy: zdecydowały, że kurdyjskie Ludowe Jednostki Obrony (YPG) zostaną zmuszone do odejścia z wyznaczonej strefy przygranicznej. O losie Kurdów znowu zdecydowano ponad ich głowami, w ramach geopolitycznej gry mocarstw. Tymczasem z obszarów już kontrolowanych przez Turcję napływają alarmujące doniesienia.

ecep Tayyip Erdogan dostał, czego chciał. Wojska amerykańskie w większości wycofały się z północno-wschodniej Syrii, zasilając garnizon w Iraku (pozostała tylko grupa, która „zabezpiecza” syryjskie pola naftowe), a Rosja zgodziła się na to, by pod kontrolą turecką pozostał pas teoretycznie syryjskiego terytorium, o długości 120 km i głębokości 32 km, między miastami Ras al-Ajn (Sere Kanije) i Tal Abjad (Gire Spi). Oba te ośrodki są już faktycznie kontrolowane przez Turków i fundamentalistyczne bojówki na ich żołdzie.
Porozumienie zakłada również, że dziś w południe rozpocznie się usuwanie kurdyjskich Ludowych Jednostek Obrony (YPG) z wyznaczonego terytorium. Zadania tego podjęły się, na mocy porozumienia Erdogan-Putin, jednostki rosyjskiej policji wojskowej oraz syryjska straż graniczna. Bojownicy YPG mają również ostatecznie opuścić Manbidż oraz Tall Rifat; do obydwu tych miast wkroczyły już oddziały syryjskie i rosyjskie po tym, gdy Kurdowie, chcąc ratować się przed turecką agresją, zawarli porozumienie wojskowe z rządem w Damaszku.
Turcja może być zadowolona z porozumienia, bo dostała niemal wszystko, czego chciała: Erdogan żądał wprawdzie kontroli nad znacznie większym obszarem pogranicznym (444 km długości), ale kluczowe dla niego jest rozbrojenie i usunięcie oddziałów YPG, uniemożliwienie im kontaktów z Kurdami tureckimi. Również w Moskwie panuje przekonanie, że wynegocjowano bardzo wiele: wzmocniono pozycję rządu Baszszara al-Asada, zapewniono mu kontrolę nad nowymi terytoriami, zablokowano aspiracje niepodległościowe Kurdów (w porozumieniu mowa i o walce z terroryzmem, i o „przeciwdziałaniu separatyzmowi”), a Stany Zjednoczone same ograniczyły swoją rolę w Syrii.
Co w takiej sytuacji z wielkim projektem politycznym, jakim była równościowa i demokratyczna Rożawa? Porozumienie wojskowe Kurdów z al-Asadem zakładało, że władze syryjskiego Kurdystanu zachowają autonomię wewnętrzną, nawet gdy wojska syryjskie i rosyjskie podejmą się patrolowania jego granicy. W zaistniałej sytuacji najbardziej prawdopodobnym wydaje się jednak, że rząd w Damaszku będzie dążył do pełnego odzyskania kontroli nad swoim terytorium, niezależnie od kurdyjskich aspiracji i raczej nie będzie zainteresowany utrzymaniem wolnościowych form ustrojowych, jakie tworzono w Rożawie.
Na terytorium okupowanym przez Turcję perspektywy Kurdów są jeszcze gorsze. Ras al-Ajn, bombardowane z terytorium Turcji, leży częściowo w gruzach. Jak informuje portal Hawar News, w zajętym Tall Abjad islamistyczni bojówkarze już wprowadzili obowiązek noszenia zasłon przez kobiety i powszechny zakaz palenia tytoniu, uzasadniony religijnie. To powtórka z tego, co działo się pod zajęciu w 2018 r. prowincji Afrin; następne w kolejce są grabieże oraz czystki etniczne: zmuszanie kurdyjskich mieszkańców do wyjazdu i zastępowanie ich Arabami, którzy uciekli z Syrii do Turcji przed wojną domową w swojej ojczyźnie. Erdogan wcale nie kryje się z tym, że takie są jego zamiary.

Rosjanie w Mandżibie

Porozumienie wojskowe między Kurdami a rządem syryjskim, a przede wszystkim jego konsekwencje w postaci wejścia oddziałów rosyjskich na terytoria Syrii opuszczone przez żołnierzy amerykańskich, wywołało reakcję Białego Domu.

Do Ankary przybył doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego, a jutro dojdzie do spotkania między prezydentem Turcji a wiceprezydentem i sekretarzem stanu Stanów Zjednoczonych.
Jak informuje Agencja Reutera, silna delegacja administracji Trumpa ma przekonać prezydenta Turcji do zatrzymania ofensywy w północnej Syrii. Wcześniej Erdogan dostał zielone światło od samego prezydenta USA, który w ubiegłym tygodniu zapowiedział koniec pomocy dla Kurdów, walczących niegdyś przy amerykańskim wsparciu z Państwem Islamskim i odwołał z północno-wschodniej Syrii amerykański kontyngent. Kurdowie z Rożawy, nie widząc innego ratunku, zawarli wojskowe porozumienie z rządem w Damaszku. To armia syryjska i jej sojusznicy zabezpieczą granicę syryjsko-turecką, podczas gdy terytorium autonomicznego syryjskiego Kurdystanu nadal będzie zarządzane przez lokalny rząd. Wczoraj internet obiegały zdjęcia żołnierzy rosyjskich wjeżdżających do Manbidżu, z którego równocześnie wyjeżdżali Amerykanie. W dawnych bazach USA są już wojska syryjskie. Oddziały rosyjskie i syryjskie są już również na przedmieściach słynnego miasta Kobane na granicy Syrii i Turcji.
Wejście Rosjan do Manbidżu oznaczało zahamowanie ofensywy islamskich fundamentalistów z opłacanej przez Turcję Narodowej Armii Syrii (są w niej m.in. dawni dżihadyści z IS). Podczas ostatniej wizyty w Moskwie Erdogan powiedział Władimirowi Putinowi (dziś sam opowiadał o tym mediom), że jeśli to Rosjanie przejmą faktyczną kontrolę nad Manbidżem, on nie będzie oponował – najważniejsze dla niego jest usunięcie z miasta „terrorystów” (czyli kurdyjskich Syryjskich Sił Demokratycznych zdominowanych przez oddziały YPG). Rzecznik prasowy Erdogana powtórzył dziś ten warunek: stwierdził, że Turcja nie chce zwykłej „zmiany flagi” nad miastem i zachowania YPG w dotychczasowej postaci. Jednostki islamistów na tureckim żołdzie wciąż napływają na tereny na północ od Manbidżu. Być może Erdogan liczy na zawarcie z Moskwą porozumienia dzielącego wpływy w Syrii. Tak czy inaczej, autonomia Kurdów w takich warunkach nie przetrwa. Donald Trump tymczasem znowu powtórzył dziś, że powrót Amerykanów na ten teren jest wykluczony, a konflikt turecko-kurdyjski go nie obchodzi.
Inwazja na Rożawę i bitwa o przygraniczne Ras al-Ajn (Sere Kanije) już doprowadziła do ucieczki 160 tys. osób z terenów ogarniętych konfliktem. Obecny w Rożawie polski korespondent Witold Repetowicz kreśli przerażający obraz działań Turków. – W mieście Turcy zbombardowali szpital, dwa ambulanse Kurdyjskiego Czerwonego Półksiężyca zostały porwane przez siły tureckie, a załogi ambulansów prawdopodobnie zostały zamordowane przez tych bandytów – relacjonował dla portalu Wnet.pl. – Turcja łamie wszelkie standardy prawa międzynarodowego – podsumował. Recep Tayyip Erdogan zapowiada, że Turcja będzie kontynuować ofensywę do zwycięskiego końca. Co on oznacza dla Kurdów i całej ludności cywilnej, wiadomo już po ofensywie na Afrin w ubiegłym roku: w zdobytej prowincji doszło do masowych morderstw, grabieży, czystek etnicznych. Również do Rożawy po tureckim zwycięstwie mają zostać sprowadzeni arabscy uchodźcy z Syrii, którzy uciekli do Turcji przed wojną – miejsca dla Kurdów turecki prezydent nie przewiduje.
Erdogan już określił zachowanie Amerykanów jako „bardzo wielki afront” i zasugerował, że odwoła wizytę w USA zaplanowaną na przyszły miesiąc. Oburzyła go nie tyle zapowiedź przyjazdu Mike’a Pence’a, Mike’a Pompeo i Roberta O’Briena, który dopiero miesiąc sprawuje obowiązki doradcy ds. bezpieczeństwa, co pogróżki Trumpa o możliwym wprowadzeniu sankcji przeciwko Turcji, a w szczególności przeciwko państwowemu bankowi Halkbank – pod pretekstem łamania sankcji nałożonych na Iran. Erdogan początkowo zamierzał w ogóle nie spotykać się z Pence’em, a także później, gdy potwierdził spotkanie, oznajmił, że jego kraj nie ugnie się przed sankcjami.

Kurdowie z Assadem

Kurdowie nie mieli wyjścia – zostawieni przez Amerykanów na pastwę losu, wobec trwającej tureckiej inwazji na Rożawę zawarli porozumienie z rządem w Damaszku. Nie oznacza ono jednak, że całe terytorium dotąd autonomicznie zarządzane przez Kurdów przejdzie pod całkowitą kontrolę Baszszara al-Asada. Tymczasem rozpoczęła się ofensywa tureckich najemników na Manbidż –miasto wyzwolone w 2016 r. przez Kurdów z rąk Państwa Islamskiego.

Jak informują media z Rożawy, porozumienie na charakter czysto wojskowy, dotyczy ochrony granicy państwowej Syrii i nie oznacza zmiany władzy w syryjskim Kurdystanie.
Syryjska Armia Arabska ma zająć stanowiska na granicy wyłącznie między Ras al-Ajn (kurd. Sere Kanije) i Al-Malikijją (Dajrik) oraz między Kamiszlo a Tall Abjad (kurd. Gire Spi), natomiast nie będzie obecna w głębi syryjskiego Kurdystanu, gdzie sprawami bezpieczeństwa, obronności i porządku nadal mają zajmować się sami Kurdowie. Umową nie objęto Ras al-Ajn oraz Tall Abjad, gdyż trwają tam walki; Turcja twierdzi, że całe Ras al-Ajn ma już pod swoją kontrolą. W porozumieniu z al-Asadem podkreślono również, że Kurdowie domagają się, by terroryści z Państwa Islamskiego, którzy obecnie znajdują się w aresztach i więzieniach w Rożawie zostali wysłani z powrotem do krajów pochodzenia (państwa europejskie nie chcą przyjmować swoich obywateli-terrorystów) lub osądzeni przez trybunał międzynarodowy. Kurdowie chcieliby również, by Rożawa została ogłoszona strefą zakazu lotów. Gdyby faktycznie uniemożliwić Turcji przeprowadzanie nalotów i bombardowań z powietrza, zdaniem kurdyjskich dowódców wynik walk na lądzie mógłby być korzystny dla obrońców Rożawy.
Już w niedzielę wojska syryjskie pojawiły się w Tall Tamar, 35 km na południowy wschód od Ras al-Ajn, przy autostradzie M4, która była celem ataku opłacanych przez Erdogana skrajnie fundamentalistycznych islamskich bojówkarzy. To właśnie na tej drodze doszło do głośnego mordu na kurdyjskiej polityczce Herwin Chalaf, którą w sobotę islamscy fanatycy wyciągnęli z samochodu, a następnie ukamienowali.
W poniedziałek tymczasem rozpoczęła się ofensywa w kierunku Manbidżu – miasta, które w 2016 r. Kurdowie wyrwali z rąk Państwa Islamskiego, wtedy jeszcze wspierani przez Amerykanów. Działania prowadzi Syryjska Armia Narodowa, czyli zbiór mniejszych zbrojnych formacji, w większości o ekstremistycznym profilu, na żołdzie tureckim. W Manbidżu znajduje się kilkuset bojowników Syryjskich Sił Demokratycznych, od 2018 r. na peryferiach miasta znajdują się jednostki armii syryjskiej, które obecnie, w związku z porozumieniem Kurdów z Damaszkiem, miałyby do niego wkroczyć. Jak jednak donosi „Al-Dżazira”, dotąd uniemożliwiała im to obecność w Manbidżu oddziałów amerykańskich. Tymczasem turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan zapowiedział, że żadne międzynarodowe naciski nie skłonią go do przerwania operacji przeciwko Rożawie.
Dowództwo Syryjskich Sił Demokratycznych nazywa porozumienie z al-Asadem (a więc także z jego protektorem, Rosją) „bolesnym”. Wie jednak, że w obecnej sytuacji nie ma wielkiego pola manewru. – Jeśli musimy wybrać między kompromisem a ludobójstwem naszego ludu, z pewnością wybierzemy życie naszego ludu – powiedział dowódca SDF Mazlum Kobani.

Rożawa się broni

Obrońcy Rożawy – autonomii kurdyjskiej w północnej Syrii – meldują, że odparli turecki atak lądowy, który nastąpił po kilku godzinach od rozpoczęcia lotniczych bombardowań i ostrzału artyleryjskiego, gdy zapadła noc. Turcy ogłaszają z kolei, że „wszystko idzie zgodnie z planem” – zbombardowali wczoraj ponad 180 miejsc i mieli jednak wedrzeć się na terytorium syryjskie. Rząd syryjski, jako jedyny, ma zamiar Kurdom pomóc w obronie.

Niemal wszyscy potępili Turcję – od Unii Europejskiej po Iran, lecz nikt nie chce aktywnie interweniować na nowym froncie syryjskiej wojny. Krytyka spada też na amerykańską administrację i szczególnie prezydenta Donalda Trumpa, który musiał zgodzić się na turecki atak. Trump podkreślił, że „kocha Kurdów”, ale zwracał uwagę, że nie pomogli oni Amerykanom w czasie drugiej wojny światowej i nie wzięli udziału w lądowaniu w Normandii, co wzbudza śmiech lub zgrzytanie zębów w internecie. Trump ma jednak żywych obrońców, jak Dan Caldwell z lobby Concerned Veterans For America, który argumentuje, że konflikt turecko-kurdyjski jest starszy od Państwa Islamskiego (PI) i wojny w Syrii, więc Ameryka „dobrze robi”, że się weń nie miesza.
Kurdowie, którzy służyli Stanom Zjednoczonym we wschodniej Syrii, ponieśli duże straty w czasie wojny przeciw PI: 11 tys. zabitych, podczas gdy zginęło tylko sześciu Amerykanów. Teraz ściągają na północ, do Rożawy, by wziąć udział w obronie. Mijają się na drogach z cywilami uciekającymi na południe, gdyż bombardowania tureckie są bardzo intensywne.
Kurdowie nie zostali całkiem sami, bo chce im pomóc rząd syryjski oburzony „turecką agresją”. Armia jest jednak mocno zaangażowana w Idlibie, prowincji na północnym wschodzie, gdzie walczy z dżihadystami Al-Kaidy, popieranymi przez Turcję i niektóre państwa zachodnie. Póki co, mimo kurdyjskich zapewnień o udanej obronie, tureckie ministerstwo obrony afiszuje satysfakcję i mówi wyłącznie o „sukcesach” swej ofensywy. Bombardowania trwają.

Turcja idzie po Kurdów

Armia turecka od kilku dni gromadzi coraz większe siły przy granicy z Syrią. Wczoraj turecki prezydent Recep Erdoğan zapowiedział ofensywę w północnej Syrii, którą zajmuje kurdyjska autonomia (Rożawa).

Celem mają być tereny syryjskie po wschodniej stronie Eufratu, tej nielegalnie okupowanej przez Stany Zjednoczone. Minister spraw zagranicznych Turcji Mevlüt Çavuşoğlu wezwał Amerykanów do zerwania sojuszu z kurdyjskimi oddziałami YPG (Ludowe Jednostki Ochrony), które Turcy uważają za „terrorystyczne”.
Prezydent Erdoğan już w zeszłym roku, po zdobyciu przez turecką armię Afrinu – jednego z kantonów kurdyjskiej autonomii w Syrii, zapowiadał rozbicie całej Rożawy. Główny problem polegał na tym, że pozostałe dwa kantony autonomii znajdują się w amerykańskiej strefie okupacyjnej po wschodniej stronie Eufratu, czyli pod pieczą najważniejszego członka NATO, do którego Turcja należy. Turcja jest więc sojusznikiem USA, tak jak syryjscy Kurdowie, którzy jednak do żadnego podobnej organizacji nie należą.
Mimo powiązań sojuszniczych, Turcja nie może się pogodzić z obecnością kurdyjskich oddziałów zbrojnych przy swojej granicy, gdyż – nie bez podstaw – uważa Rożawę za emanację PKK (Partii Pracujących Kurdystanu) – kurdyjskiej organizacji zbrojnej w Turcji, oficjalnie uznanej przez USA i Unię Europejską za „terrorystyczną”. Tym niemniej Stany Zjednoczone, od 2014 r. (tj. od momentu zmiany celu syryjskiej wojny z obalenia syryjskiego rządu na obalenie Państwa Islamskiego) współpracują we wschodniej Syrii z władzami kurdyjskimi. Kurdowie m.in. pilnują wiezień z dżihadystami i syryjskich instalacji naftowych eksploatowanych przez Amerykanów.
Turcja i USA długo negocjowały w sprawie tzw. pasa bezpieczeństwa wzdłuż granicy tureckiej, ale rokowania nie zakończyły się żadnymi wiążącymi ustaleniami. Amerykanie spodziewali się tureckiej reakcji i w ciągu ostatnich dni dostarczyli oddziałom kurdyjskim masę broni. Erdoğan nie wyjawił, kiedy miałaby zacząć się turecka ofensywa, ale wiele wskazuje, że może do niej dojść już wkrótce. Turcy uprzedzili już Rosjan i Amerykanów, że są na nią zdecydowani. To będzie już trzecia ich wyprawa na Syrię (po tych z 2016 r. i 2018 r.). Syryjska wojna przyniesie kolejne ofiary.

Wyszli z tuneli

Bojownicy Państwa Islamskiego (PI) wychodzili z tuneli, by się poddać po bitwie pod Baghuz nad Eufratem, ostatnim punkcie oporu dżihadystów po wschodniej stronie rzeki. Bombardowania amerykańskie, które pomogły Kurdom zdobyć miejscowość, zabiły setki cywilów, w tym kobiet i dzieci. Od stycznia ok. 66 tys. osób z regionu przeszło na „wolną” stronę, w tym ok. 5 tys. bojowników PI i 24 tys. członków ich rodzin. Wielu skończy w więzieniach.

Zakurzeni, brodaci dżihadyści z tuneli szli gęsiego w asyście Kurdów z YPG, zbrojnego ramienia Rożawy, występujących tu jako SDF (Syryjskie Siły Demokratyczne). Sojusznicy Stanów Zjednoczonych zdobyli Baghuz wielkim kosztem – zginęło ich ok. 750, są tysiące rannych. Bojowników PI trzymają w więzieniach, a ich rodziny w zamkniętych obozach. Chodzi o osoby pochodzące z 54 krajów, nie licząc Irakijczyków i Syryjczyków.
Władze kurdyjskie ostrzegają przed pozostawieniem swemu losowi tysięcy dzieci, które „wychowywały się w atmosferze propagandy PI”. Ocalałe dzieci dżihadystów (ponad 3,5 tys.) reprezentują 30 różnych narodowości. „Jeśli nie przejdą reedukacji i nie zintegrują się w swych społeczeństwach, zostaną terrorystami” – mówi Abdel Karim Omar, „minister spraw zagranicznych” Rożawy.
Baghuz było ostatnim kawałkiem „kalifatu” PI we wschodniej części Syrii, kontrolowanej przez koalicję amerykańsko-kurdyjską. Kurdowie obawiają się teraz, że USA pozwolą Turcji rozbić Rożawę. Prezydent Erdoğan zapowiada „rychłą” ofensywę, gdyż kurdyjska federacja jest jego zdaniem „siedliskiem terrorystów” związanym z turecką PKK, co stanowi „witalne zagrożenie” dla Turcji.