Widmo inflacji

Rosnące z dnia na dzień ceny stały się faktem. Komu sprzyja, a komu szkodzi inflacja?

Trudno jest zrozumieć destrukcyjny charakter deflacji, czyli ujemnej inflacji. Systematycznie spadających cen. Wydawać by się mogło, że im taniej, tym lepiej. Nie do końca tak jest. Rozwój gospodarczy państwa związany jest z rosnącym popytem wewnętrznym, czyli chęcią nabywców do kupowania towarów i usług. Tymczasem deflacja do kupowania zniechęca. Po co kupować w tym roku nowy samochód (lodówkę, meble, buty), po co zabierać się za remont mieszkania – skoro za rok będzie taniej. Klasycznym przykładem, jeśli chodzi o problemy z deflacją, jest oczywiście Japonia. Deflacja jest zmorą gospodarki Japonii od dziesięcioleci. To między innymi za sprawą deflacji wzrost PKB tego kraju, również od dziesięcioleci, oscyluje w granicach od -1 proc. do +1 proc.

Po 1989 roku deflacja w rocznym wymiarze pojawiła się w Polsce dwukrotnie: w roku 2015 odnotowano ujemną inflację wynoszącą -0,9 proc., a w 2016 -0,6 proc. Ale to już głęboka historia. Po rzuceniu przez rząd PiS na rynek dodatkowych kilkudziesięciu miliardów złotych, głównie za sprawą programu 500+, wzrost inflacji był tylko kwestią czasu. Żeby była jasność, pomijam aspekt społeczny transferów. Potem było dodatkowe 9 mld zł z trzynastej emerytury. A na dniach rusza kolejna wielomiliardowa transza wypłat 500+ na pierwsze dziecko.
Inflacja będzie rosła. Nie ukrywa tego nawet premier Morawiecki. A my widzimy to przy każdych zakupach, szczególnie na straganie z warzywami i owocami. Komu ta rosnąca inflacja jest na rękę? A dla kogo stanowi zagrożenie?

Więcej podatków

W krótkim horyzoncie czasowym z rosnącej inflacji najbardziej cieszy się minister finansów. Wyjaśnijmy to na przykładzie zwykłej pietruszki. Gdy jej cena wahała się w okolicach 2 złotych za kilogram (Tesco, październik 2011r.: pietruszka korzeń luz – 1,79 zł/kg), z 5-procentowego VAT-u do budżetu wpływało zaledwie 10 groszy. Przy aktualnej cenie 15 złotych, każdy kilogram sprzedanej pietruszki zasila budżet państwa 75 groszami z VAT-u.
W 2018 roku wpływy z podatku VAT wyniosły 174 mld zł. Narodowy Bank Polski w swoich „Założeniach polityki pieniężnej na rok 2019” określił cel inflacyjny na poziomie 2,5 proc. z możliwym odchyleniem +/- 1 pkt proc. A więc inflacja na koniec tego roku może wynieść nawet 3,5 proc. To oczywiście pewne uproszczenie, ale gdy przeliczmy te 3,5 proc. na zwiększone wpływy z VAT-u, to otrzymamy kwotę ponad 6 mld zł.

Rosną też wpływy z innych podatków. A więc akcyza, na przykład od paliw, których cena (oprócz gazu) chyba już na stałe przekroczyła barierę 5 zł. Wraz ze wzrostem inflacji z reguły rosną płace, a więc i podatki od dochodów osobistych. W przyszłym roku rekordowy będzie wzrost składek ZUS dla przedsiębiorców. I tak dalej…
Ale inflacyjne eldorado budżetu państwa ma bardzo krótkie nóżki.

1000000000000

Jak podało niedawno ministerstwo finansów, na koniec I kwartału 2019 roku dług sektora rządowego i samorządowego przekroczył 1 bilion złotych (jedynka i dwanaście zer). A w ciągu dwóch lat rządów PiS 2016-2018 wzrósł o 110 mld zł. Takie duże liczby niekoniecznie działają na wyobraźnię. Więc powiedzmy inaczej: gdy po 15 minutach skończycie Państwo czytać ten tekst, zadłużenie naszego kraju wzrośnie w tym czasie o 1 milion złotych!
Bilion bilionem, ale ci co pożyczyli takie pieniądze muszą zarabiać. W obecnej chwili koszty obsługi długu publicznego są na rekordowo niskim poziomie. Budżet państwa przeznacza na ten cel około 30 mld zł. Niski poziom kosztów obsługi długu ma oczywisty związek z niską inflacją lub wręcz deflacją w latach ubiegłych i tym samym rekordowo niskimi stopami procentowymi. Gdyby inflacja przekraczająca 3 proc. stała się w najbliższych latach regułą, koszty obsługi długu muszą wzrosnąć. A jeśli wzrost inflacji zbiegnie się w czasie z okresem ogólnej dekoniunktury, budżet może mieć dodatkowe kłopoty z obsługą wszystkich zobowiązań. I będzie musiał pożyczać więcej. Zawsze znajdą się tacy co pożyczą. Tylko więcej ryzykując, będą żądać większej zapłaty. I okaże się, że wzrost wpływów do budżetu spowodowany inflacją zostanie w całości skonsumowany zwiększonymi kosztami obsługi długu publicznego.
Koniec o problemach rządzących. Teraz my. Co rosnąca inflacja oznacza dla pracowników, emerytów, rodzin z dziećmi?

Na etacie

Najmniej mogą się obawiać rosnącej inflacji pracujący w sektorze gospodarki prywatnej. Dramatyczny brak rąk do pracy powoduje, że mamy dzisiaj klasyczny rynek pracownika. Można się spodziewać, że wywalczenie podwyżek przynajmniej rekompensującej wzrastające koszty życia będzie w zasięgu niemal wszystkich grup pracowniczych.
Tak łatwo nie przyjdzie to już pracownikom sfery budżetowej. Przez lata rządów koalicji PO-PSL jednym z ważnych elementów łatania dziury budżetowej było zamrożenie płac w budżetówce. Dramatyczny protest nauczycieli wiosną tego roku był w dużej mierze skutkiem tamtej „zamrażarki”, Ale rządzący PiS pokazał, że wcale nie jest skory do zaspokajania słusznych postulatów płacowych sfery budżetowej. Obawiam się, że już od jesieni protesty płacowe i strajki różnych grup pracowników budżetówki mogą stać się codziennością. Pomoc tym pracownikom, to moim zdaniem, najważniejsze zadanie związków zawodowych w najbliższym czasie.

Emeryci i renciści

Co do zasady, emeryci i renciści mają zapewnioną waloryzację swoich świadczeń wraz z rosnącą inflacją. Problem w tym, że przysłowiową pietruszkę po 15 złotych za kilogram trzeba kupić dziś, a wyższa emerytura trafi na konto dopiero w marcu 2020 roku. Drugi problem, to skala tych podwyżek.

W jednej z gazet przeczytałem tytuł: „Rekordowe podwyżki emerytur w 2020 roku”. Ileż ten „rekord” wyniesie? Najniższa emerytura i renta, najniższa renta rodzinna oraz renta z tytułu całkowitej niezdolności do pracy oraz renta rolnicza wzrosną o 35,64 zł. Super. Ponad 1 złoty na codzienne wydatki. Obawiam się, że taki „rekordowy” wzrost świadczeń nie pokryje nawet rosnących kosztów mediów: prądu, gazu, wody.

Gdy byłem posłem, opowiadała mi jedna z mieszkanek małego miasta. Panie Pośle, ja nigdy nie wylewam wody z wanny po kąpieli. Trzymam wiaderko wypełniane wodą z kąpieli w toalecie. Oszczędzam dzięki temu miesięcznie 15 złotych. Żadne sztuczki z przedwyborczą trzynastą emeryturą tej chorej sytuacji najgorzej sytuowanych emerytów i rencistów nie uzdrowią. Konieczna jest systemowa radykalna podwyżka takich świadczeń. Na którą rząd nie ma pieniędzy. Dlatego pobierający niskie świadczenia społeczne będą pierwszymi ofiarami wysokiej inflacji.

Dzieci

Rząd PiS najhojniej obdarował rodziny z dziećmi. Ale, ale. Któraś z gazet policzyła, że wypłacane od 2016 roku 500 zł na drugie i następne dzieci ma już realną wartość tylko 270 zł. Mocno pan redaktor przesadził, bo nie samą pietruszką po 15 złotych człowiek żyje. Ale rosnące koszty żywności (mający dzieci wiedzą, ile dziecko potrafi zjeść) uderzają w budżety rodzin z dziećmi szczególnie dotkliwie. Bez bawienia się w szczegółowe wyliczenia szacowałbym, że pierwotne 500+ to dzisiaj tak naprawdę 400+.
Być może jest to celowy zabieg Jarosława Kaczyńskiego – brak mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Dzięki temu programowi zamierza wygrać drugie z kolei wybory. A po kilku kolejnych latach wysokiej inflacji (inflację liczy się wg zasad procentu składanego) zostanie realnie z tego tylko połowa. Albo i mniej.
Adrian Zandberg apelował w tym tygodniu o wprowadzenie mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Przyłączam się do tego apelu. Tylko w ten sposób zapewnić możemy trwałą realną wartość wypłacanych kwot. Inaczej program 500+ przejdzie do historii jako trick służący wygrywaniu wyborów.

Kredytobiorcy

Historia pokazała, że kredyty frankowe były metodą na obniżenie comiesięcznych rat tylko przez krótki czas. Dzisiaj kilkaset tysięcy rodzin boryka się z horrendalnie wysokimi ratami tych kredytów. A nowi kredytobiorcy kupujący mieszkania biorą kredyty w złotówkach. Mając przy tym nadzieję, że nie spotka ich los frankowiczów. Tylko czy na pewno? Z pewnością nie zmieni się kurs złotówki do złotówki, tak jak to miało miejsce w przypadku kursu złotego do franka. Ale jeśli wzrosną stopy procentowe?

Z cennika banku Millenium: oprocentowanie kredytu hipotecznego sięga 4,52 proc. rocznie. Składa się na to 2,8 proc. marży banku plus aktualna stopa referencyjna WIBOR3M wynosząca 1,72 proc. Bardzo niska! Ale jeszcze nie tak dawno, do końca roku 2012 WIBOR przekraczał 4 proc. Przy wzroście inflacji ówczesne poziomy stóp referencyjnych mogą powrócić. Co to oznacza? Wzrost oprocentowania kredytu hipotecznego do poziomu 7-8 proc. w skali roku. I wzrost miesięcznej raty z na przykład 2000 złotych do blisko 3000 złotych.

Kongres PiS

Na odbywającym się w ubiegłą sobotę w Katowicach kongresie programowym Prawa i Sprawiedliwości wiele mówiono o świetlanej przyszłości czekającej Polki i Polaków pod rządami Jarosława Kaczyńskiego. Nie odnotowałem, by ktoś z uczestników krytykował galopujące w górę ceny – szczególnie żywności. By ktoś martwił się rosnącą inflacją.
Tymczasem wysoka inflacja jest ogromnym zagrożeniem dla gorzej sytuowanych ludzi starszych. Rencistów i emerytów. Ale również dla ludzi młodych. Tych mających dzieci. I cieszących się z nowego mieszkania. Kupionego na kredyt. Rządzący nie mówią nic o tych zagrożeniach w przedwyborczej debacie. Ale opozycja, a szczególnie lewica – powinny!

Głos lewicy

Niedobrze

Tymoteusz Kochan o tym, że nauczyciele postanowili jednak zawiesić strajk:
Decyzja o zawieszeniu strajku zła i głupia.
Taka mobilizacja zdarza się raz na wiele lat, zawiesić strajk nawet bez zmuszenia rządu do rozmów to przegrać wszystko.
Strajk to nie przyjęcie urodzinowe, że da się zwołać znowu na dowolną datę. Energię setek tysięcy ludzi i działaczy właśnie zmarnowano i oddano walkę walkowerem, a rząd kosztowało to tylko specustawę i trzy tygodnie szczucia na nauczycieli w mediach i przy pomocy trolli.
Nauczyciele i edukacja z pustymi rękoma. Najbardziej dotkliwa porażka ruchu związkowego po 89 roku. Kierownictwo jak zwykle zresztą zadecydowało bez konsultacji z oddolnymi oddziałami, które poniosły największe koszty.

Kasa, misiu, kasa

Łukasz Moll o tym, na co rząd nie ma pieniędzy:
Nie ma pieniędzy dla nauczycieli, pracownic MOPS, pielęgniarek, opiekunek niepełnosprawnych i dla czystego powietrza. A wiecie gdzie są? Zostały przejedzone.
Pensje nauczycieli poszły na luksusowe fury.
Kasa dla pracownik MOPS na dobre roczniki win i markowe zegarki.
Podwyżki dla pielęgniarek to urlop na Malediwach zamiast we Włoszech.
Świadczeniami dla pracownic socjalnych wyłożono willę 300m2 dla dwóch osób i legwana plamistego.
Czyste powietrze jest w klimatyzowanych halach sportowych – poza tymi rzadkimi momentami, kiedy gra tam jakiś Thomas Anders.
Z takim rozdawnictwem dla bogaczy ten kraj nie może się rozwijać.

Socjalizm jeszcze powróci, zobaczycie

Krzepiące słowo na Facebooku rzucił Piotr Ikonowicz:
Socjalizmu jeszcze nie było, ale będzie. Koło też nie od razu wynaleziono.

Bigos tygodniowy

Nauczyciele rozpoczęli strajk generalny. Na jego czele stanął głównie Związek Nauczycielstwa Polskiego. Natomiast oświatowa „Solidarność” okazała, jak można się było tego spodziewać, solidarność z pisowskim rządem. Przeciw łamistrajkowi Proksie wystąpiła nawet część członków „S”.

Jako były wieloletni (17 lat) pedagog i uczestnik strajku w 1993 roku, za rządów Hanny Suchockiej, mam prawo powiedzieć nauczycielom, którzy w poniedziałek rozpoczęli strajk: nie dajcie się zaszantażować rozmaitymi okrzykami, że macie, owszem, prawo do protestu, ale akurat nie podczas egzaminów i nie kosztem młodzieży szkolnej. Otóż przyjęcie takiej logiki prowadziłoby prostą drogą do uczynienia każdego nauczycielskiego protestu nieskutecznym. Nauczyciele już strajkowali bez dolegliwości dla kogokolwiek i skończyło się to niczym. Dlatego stanowisko ZNP nie jest żadnym radykalizmem, ale wyciągnięciem wreszcie, wniosków z przeszłości. Strajkować w wakacje to mogą ratownicy wodni i marynarze floty turystycznej.

Po rocznej przerwie – powtórka z rozrywki. Dziś, 10 kwietnia znów odbędą się uroczystości smoleńskie, msze, przemarsz pod Pałac Prezydencki, przemówienie Prezesa i tym podobne szopki. Z tej okazji TVPiS nadał sławetny „Smoleńsk” Antoniego Krauzego, utalentowanego i doświadczonego reżysera, który na finał kariery zrobił kicz polityczny i film tak nieporadny warsztatowo, jakby nakręcił go mało zdolny student reżyserii.

W minioną niedzielę odbyły się dwie konkurencyjne konwencje wyborcze. Kontrast w wizualnym i akustycznym efekcie aż karykaturalny i kiczowaty zarazem. Na jednej konwencji styl współczesny, „europejski”, na drugiej „cepelia” i kurpiowskie wycinanki, sentymenty do dachów strzechą krytych, folklor tak stężony, tak ociekający kiczem, że aż ocierający się o karykaturę. Wiadomo, że nie można przywiązywać przesadnej wagi do form i mód, że nie można zbyt serio przeciwstawiać strojów i przyśpiewek ludowych garniturom i europejskiemu sznytowi. Rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana, nie ma nic złego w folklorze, a nie wszyscy Europejczycy lubią garnitury i krawaty i nie one świadczą o europejskości, bo ta jest w głowie. A jednak było coś uderzającego w tym dwoistym obrazie, jakiś „duch czasu” współczesnej Polski, jakiś refleks odwiecznego sporu między Swojszczyzną a Cudzoziemszczyzną. I Henryk Rzewuski („Listopad”) i Julian Ursyn („Powrót posła”) i Gombrowicz („Transatlantyk”) się kłaniają.

W „Gazecie Polskiej” (nr 14/2019) Robert Tekieli w cotygodniowym felietonie napisał: „Panie Broniarz, jest pan terrorystą i jeśli wprowadzi pan te zapowiedzi w życie, będzie pan potraktowany jak terrorysta”. To jawnie kłamliwe i sprzeczne z elementarnym zdrowym rozsądkiem określenie jest podstawą do podania go do sądu i sprawa jest z góry wygrana. To nie jest zwykły epitet, nawet najgorszy epitet. Nie można nikogo bezpodstawnie nazywać „terrorystą”. Ja bym nie odpuścił.

Sprawa dymisji ministry finansów Teresy Czerwińskiej przypomina już przenoszoną ciążę. Miało się coś urodzić, a nadal się nie rodzi. Ciężarna podobno czuje się dobrze, ale niepokojący sygnał poszedł w eter. Sygnał, oszalałe rozdawnictwo PiS, które omija jednak nauczycieli, mogą doprowadzić do wariantu greckiego. Na razie jedna sprawę przykrył strajk w oświacie.

Na ścianie sali, w której obraduje komisja Jakiego do spraw reprywatyzacji, obok godła państwowego wisi krzyż, wielki jak cep. Czy to jest komisja państwowa, czy kościelna, ja się pytam? I dlaczego Jaki tak bezczelnie łamie art. 25 Konstytucji RP?

Po 50 twarzach Greya i 50 tysiącach złotych Kaczyńskiego pojawiło się 900 miliardów (dolarów amerykańskich) odszkodowania, o które rząd PiS wystąpi do Niemiec, jeśli będą mu bruździć, Już widzę te pieniądze.

Minister (łech, łech) kultury Gliński przegrał proces z Malta Festival Poznań, któremu nie przekazał przyznanej dotacji w odwecie za to, że w jury festiwalu był Oliver Frljic, twórca „Klątwy”. Malcie sąd przyznał 300 tysięcy złotych odszkodowania.

Na jednym ze spotkań z dziećmi, minister Anna Zalewska zapytana o to, kim chciała kiedyś być, odpowiedziała, że „baletnicą”. I kto wie czy to nie byłby najlepszy wybór.

Na fasadzie kamienicy przy Alei Szucha 16 w Warszawie pisowcy uroczyście odsłonili tablicę pamięci Walerego Sławka, który tu mieszkał. Sławek, uważany za sukcesora Piłsudskiego, popełnił tu 2 kwietnia 1939 roku samobójstwo. Jednak zakłamania nie dało się uniknąć. „Wiadomości” TVPiS wspomniały o „tragicznej” śmierci Sławka, ale nawet nie zająknęły się o samobójstwie. Przemówili też milczący zazwyczaj marszałek Sejmu Kuchciński i p.o. szefa Urzędu do spraw Kombatantów Kasprzyk, ale i im przez usta nie przeszło słowo „samobójstwo”. Ano dlatego, że ambitny Sławek odebrał sobie życie w reakcji na brutalne odsunięcie go od władzy i wpływów po śmierci Piłsudskiego przez tzw. „klikę sanacyjną” z marszałkiem Rydzem oraz pułkownikami Beckiem, Kocem i innymi na czele. Zwyczajne to obyczaje na szczytach władzy, ale jak tu jednocześnie uprawiać liryczny kult Piłsudskiego, jego towarzyszy czynu legionowego i tej cudownej, niepodległej II Rzeczypospolitej, jednocześnie mówiąc prawdę o jego sukcesorach i o losie jego następcy?

W Lublinie wielki kilkumetrowy krzyż stojący pod kościołem zwalił się na zaparkowane w pobliżu auto i poważnie je uszkodził. Nie wiadomo, czy było to auto proboszcza czy wiernego. Czyżby był to palce boży wskazujący na stan tegoż Kościoła?

W Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie ostatnie dwa tygodnie wystawy „Strachy” Daniela Rycharskiego. Składa się z bardzo interesujących konceptów dotykających istotnych polskich zagadnień społecznych. Są także dwa obrazoburcze: kostium członka Ku-Klux-Klanu, z kapturem, wykonany z szat katolickiego kapłana-celebransa, a także różnobarwne stroje pochodzące od osób LGBT, zawieszone na krzyżach katolickich niczym strachy na wróble, czyli owe tytułowe „Strachy”. Ministrze Gliński, do ulubionego przez Pana dzieła – cenzorskiego!

Głos lewicy

Góra wie lepiej

Refleksja Czesława Cyrula na Facebooku:
Dolny Śląsk i Opolszczyzna są bardzo politycznie gościnne. Liderzy list do Europarlamentu to przede wszystkim tzw. spadochroniarze. I tak. Liderką listy Koalicji Obywatelskiej będzie Janina Ochojska. Wiosenną listę Biedronia otworzy Krzysztof Śmiszek – partner życiowy Roberta (nepotyzm?!). Listę Lewicy Razem poprowadzi do boju Marcelina Zawisza z Warszawy. Kukiz wystawił do boju w regionie Agnieszkę Ścigaj, także nietutejszą. Narodowcy stawiają na Korwina-Mikke z Warszawy. Będzie na liście ostatni, ale można go spokojnie uznawać za zdecydowanego lidera.
Tylko PiS postawił za swojaków: minister Zalewską i Beatę Kempę.
To się lokalnym organizacjom partyjnym i ich liderom nie podoba, ale listy układa się w Warszawie. I nie za wiele w tym demokracji. Więcej politycznych szachów i chłodnej kalkulacji. Robert Biedroń także poszedł tą drogą czym dowiódł, że swojskość, wsłuchiwanie się w głosy wyborców, itp. to wszystko przysłowiowy pic na wodę… Góra wie lepiej i Biedroń też.

Rozdawnictwo? Co to takiego?

Pyta Tymoteusz Kochan:
W ogóle nie ma czegoś takiego jak rozdawnictwo, bo to pracownicy wytwarzają całą wartość, którą potem posługują się i kapitał, i państwo. Jeśli więc cząstka z tego, co wcześniej wyzyskano z pracownika trafia później do niego z powrotem to jest to tylko i wyłącznie element klasowej i systemowej sprawiedliwości.
Jest natomiast kwestia dobrej lub z złej redystrybucji i polityki podatkowej. I tutaj PiS nie sięga dalej niż do staromodnej, chadeckiej polityki. Pracownik dostaje tylko trochę, a socjal ma podtrzymać odpowiednie warunki pod jeszcze większy wyzysk. Dlatego podatki dla najbogatszych i firm stoją w miejscu, a małe firmy, które inaczej zgodnie z logiką rynku by umarły dostają kolejne prezenty.
Biedni dzielą się z biednymi by dłużej służyć swoim Panom.

Ograniczyć 500+

Podwyżki dla nauczycieli nie muszą być przyznane kosztem programu 500 plus. Jeżeli rząd twierdzi, iż jest tak świetnie, że łatanie luki VAT umożliwia wygenerowanie 40 mld złotych, to pieniądze dla nauczycieli również powinny się znaleźć.
Opowiadaliśmy się od dawna za przyznaniem świadczenia 500 plus na pierwsze dziecko, ale jednocześnie twierdzimy, iż to świadczenie nie powinno przysługiwać osobom, które są odpowiednio zamożne, aby obyć się bez takiego wsparcia. Do programu 500 plus należy wprowadzić progi dochodowe.
Tak stwierdziła Anna Maria Żukowska, cytowana przez sld.org.pl.

Będą wiedzieli,  że jestem z SLD

– Ugrupowania wchodzące w skład Koalicji Europejskiej połączy minimum programowe dotyczące dalszych losów Unii Europejskiej i roli Polski w tych przemianach – powiedział Leszek Miller w programie „Rozmowa Piaseckiego”.
– Koalicja Europejska nie zagraża tożsamości Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Na liście wyborczej będzie 10 nazwisk. Wyborcy będą wiedzieli, jakie jest ich nazwisko – kogo wybierają – podkreślił były premier.
– Jeżeli będą głosowali na mnie, to przecież będą wiedzieli, że jestem z SLD – wskazywał Miller.
Info z sld.org.pl

Megauwłaszczenie

Trzydziesty rok transformacji ustrojowej minie niezadługo. Szykowane są różne fety, uroczystości oficjalne i półoficjalne. Niewątpliwie sprzyja to refleksjom nad czasem minionym i chwilą obecną.

Przez całe trzydzieści lat, niemal codziennie, albo i kilka razy dziennie karmieni byliśmy opowieściami o „uwłaszczającej się nomenklaturze komunistycznej”. To właśnie ona i jej niecny proceder miał być praprzyczyną wielu problemów zwykłego i niezwykłego Polaka. W tą trąbkę dmuchała cała postsolidarnościowa elita polityczna nowej Polski: Unia Wolności, AWS, PC, PO, PiS i inni. Dzień w dzień, noc w noc. Ale wszystkie te ugrupowania miały i dalej mają wszelką moc sprawczą, aby tych niegodziwców, którzy podstępem zawładnęli publicznym majątkiem wytropić i publicznie pokazać. Mają do dyspozycji prokuraturę, część sądów, różnego rodzaju agencje, policję. Jednakowoż nic takiego się nie stało, nikt nigdy nie opisał tego zjawiska w sposób rzetelny, nie wskazał imiennie beneficjentów transformacji ustrojowej, którzy zawładnęli publicznym do czerwca 1989 r. majątkiem. Znam dwie takie osoby. Jedna nosiła podobno pseudonim „Rycerz” i uwłaszczyła się na popularnym tytule prasowym. Druga osoba dyrektorowała zjednoczeniu przedsiębiorstw branży rozrywkowej i wykupiła od zatrudnionych w nich udziały tych przedsiębiorstw, przekształconych w nowej Polsce w spółki pracownicze. Obecnie jest wielce szanowanym przedsiębiorcą, ważną postacią polskiego rynku medialnego. Być może są jeszcze inni.
Może więc warto by było dać wreszcie społeczeństwu jakiś godziwy prezent z okazji 30-lecia transformacji ustrojowej i opublikować oficjalny, imienny wykaz „komunistycznej nomenklatury, która uwłaszczyła się na mieniu publicznym”. Po to, aby raz na zawsze uciąć plotki, spekulacje, oskarżenia. Chyba, że chodzi o to, aby każdy dorosły Polak tą bajkę o żelaznym wilku słuchał codziennie, aby ciągle gonić króliczka i broń Boże go nie złapać.
Ma przecież „uwłaszczanie się na państwowym” w Polsce swoją niekomunistyczną kartę. Mistrzem takiego procederu okazuje się grupa osób skupiona wokół najpierw braci Kaczyńskich, a obecnie wokół Jarosława Kaczyńskiego. To ta grupa szybciutko uwłaszczyła się na mieniu publicznym wykupując za marne grosze tytuł „Express Wieczorny” i prawa do kilku działek z czterema nieruchomościami w centrum Warszawy. Zapłaciła oczywiście nie swoimi pieniędzmi. Wynajmowała bowiem od gminy pomieszczenia, które z kolei podnajmowała jednemu z banków, który okazał się tak łaskawy, że zapłacił czynsz z góry za 12 lat. Ukoronowaniem tego uwłaszczenia miały być dwa wysokościowce w centrum stolicy, prawdopodobnie jeden o nazwie „Lech”, a drugi „Jarosław”.
Casus spółki Telegraf, Porozumienia Centrum i PiS musi jednak skłaniać do refleksji, czy to przypadek, wyjątek w kryształowo czystej historii gospodarczej postsolidarnościowych elit, czy raczej wierzchołek góry lodowej. Niewątpliwie losy narodowego majątku, z trudem wypracowanego przez miliony Polaków w okresie niemal półwiecza zasługują na rzetelne opracowanie. O ile bowiem dość dobrze znane są losy średnich i dużych zakładów przemysłowych, dzięki między innymi kapitalnym monografiom pod redakcją prof. Karpińskiego: „Jak powstawały i upadały zakłady przemysłowe w Polsce”, czy „Prawda i kłamstwa o przemyśle”, o tyle ziemią nadal nieodkrytą jest likwidacja tysięcy (ile?) zakładów zatrudniających poniżej 100 osób (nie objęte badaniami prof. Karpińskiego), likwidowanych, przekształcanych, sprzedawanych bez żadnego nadzoru społecznego przez administracje wojewódzkie. To jednak również uwłaszczanie się na innych aktywach jak grunty i pieniądze. Archiwa Najwyższej Izby Kontroli pełne są informacji o tych zjawiskach. Tutaj wspomnę tylko trzy: skandaliczny sposób znoszenia, a właściwie likwidacji Funduszu Rozwoju Eksportu, historię Narodowych Funduszy Inwestycyjnych, czy też historię pewnego banku, którego misją miało być tworzenie miejsc pracy (wczesna lata 90-te), który powstał dzięki specjalnej pomocy rządu T. Mazowieckiego ze środków Funduszu Daru Narodowego i który bardzo szybko, po otrzymaniu dotacji się skomercjalizował. Dzięki temu bankowi nie powstało żadne nowe miejsce pracy, poza samym bankiem rzecz jasna.
Nie chodzi więc tylko o gonienie króliczka. Chodzi o to, aby w cieniu nieustającej ekscytacji społeczeństwa mityczną uwłaszczającą się „nomenklaturą komunistyczną”, ukryć różne sposoby uwłaszczania się postsolidarnościowych elit politycznych. Do bólu szczerzy Michnik i Bielecki publicznie głosili hasło, że „pierwszy milion trzeba ukraść”. Nie dodawali tylko komu.
Wydawać by się mogło, że proceder uwłaszczania się elit w naturalny sposób dobiega końca. O naiwności! Nie doceniamy prawicowych polityków. Na naszych oczach dokonuje się oto kulminacja procesu uwłaszczania. Nie chodzi o uwłaszczanie się na majątku przedsiębiorstwa, jakiejś nieruchomości czy jakimś banku. W minioną sobotę poseł Jarosław Kaczyński przystąpił do Wielkiego Finału: do uwłaszczenia siebie i swojej grupy na całym kraju.
Kaczyński nie ukrywa, że jego celem jest zdobycie w jesiennych wyborach parlamentarnych konstytucyjnej większości w Sejmie i w Senacie. To dla niego i dla jego otoczenia jest sprawą życia i śmierci. Nie ukrywa więc, że gotów jest za to zapłacić każdą cenę, zwłaszcza, że nie ze swojej – jak zwykle – kieszeni. Ogłoszone przez Kaczyńskiego wyborcze obietnice, nazywane w publicznym wystąpieniu urzędującego wicepremiera „podarunkiem Jarosława Kaczyńskiego dla społeczeństwa” są bezczelne i skandaliczne. Bezczelne, gdyż zawarta w nich jest forma szantażu, skandaliczne, gdyż godzą w porządek prawny RP. Szacowany koszt obietnic Kaczyńskiego tylko na ten rok to około 40 mld złotych. Oczywiście nie ma ich w podpisanym niedawno przez Prezydenta budżecie na ten rok. Ale kto by się tam tym przejmował. Już zapowiedziano, że rząd właśnie się zbiera, aby te środki „znaleźć”. Co to znaczy znaleźć środki finansowe w budżecie ? To znaczy albo wygenerować nowe, nieznane źródło dochodów, albo się zadłużyć, albo komuś zabrać. W pośpiechu wymyślono propagandową formułę, że środki pochodzić będą ze zwiększenia efektywności administracji. Rozdawnictwo sięgnęło dna. Tzw. „trzynastki” dla emerytów nie są żadnymi trzynastkami. Te bowiem są dodatkową pensją w pełnej wysokości. Dlaczego każdy emeryt ma dostać jednorazowo 1100 zł? Nie po to bynajmniej, aby systemowo ulżyć najuboższym. Po to, aby zapłacić za głosy, za jak największą liczbę głosów. Kaczyński obiecuje jednakowy dla wszystkich prezent (łapówkę?) w tym roku, zaznaczając, że w przyszłym roku się postara – jeśli, co każdy rozumie – obdarowani odpowiednio zagłosują. Poza systemowe rozdawnictwo publicznych pieniędzy, usankcjonowane autorytetem rządu, to oficjalna korupcja polityczna na mega skalę, a groźba: nie dostaniecie w następnych latach jak na mnie nie zagłosujecie nosi wszelkie cechy szantażu.
Jarosław Kaczyński, wzorem managerów z początków lat dziewięćdziesiątych, którzy skupywali od pracowników akcje ich własnych przedsiębiorstw, odkupić chce dzisiaj od „suwerena” całe państwo. Chce kupić za marne 40 miliardów zł, płaconych z kieszeni tegoż „suwerena”. Jeżeli ten diabelski plan się powiedzie, to w przyszłości gospodarki kraju nie uratuje nawet koncern produkujący znaczki „Ja nie głosowałem na PiS”.
Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Diabeł w szczegółach

Przepraszamy, że źle zrozumieliście umieszczoną przez nas grafikę. Ale z was matołki – tak mniej więcej brzmią moim zdaniem przeprosiny „Gazety Wyborczej”. I jeszcze ten prztyczek w nos: „Wspieramy żądania płacowe. Wie o tym każdy, kto czyta nas regularnie”. Czyli: ha! – nie czytacie, a się wypowiadacie. Ale z was matołki.

Ja czytałam. I pamiętam, jak Dominika Wielowieyska rok temu oburzała się protestem młodych lekarzy i udowadniała, że „głodówka powinna być zarezerwowana do obrony wartości fundamentalnych” (bo przecież lekarze walczyli tylko o swoje podwyżki, nie o zwiększenie nakładów na służbę zdrowia i poprawę losu ludzi umierających w kolejkach i czekających latami na rehabilitację). Pamiętam, jak ta sama autorka udowadniała, że Kartę Nauczyciela trzeba wyrzucić do kosza, że to w ogóle grupa ociekająca przywilejami. „Ile realnie pracują nauczyciele? Tego nie wie nikt” – wywodziła. Szereg nowszych, życzliwszych tekstów Justyny Sucheckiej tego nie wymazuje. Pomijam już fakt, że na nieszczęsnej infografice nie zostały przedstawione realne wartości nauczycielskich podwyżek, o czym grzmią już od wczoraj sami pedagodzy. Mitycznych 16,1 proc. więcej na koncie w tym roku nikt nie zobaczy. Co najwyżej w rządowych komunikatach pani Zalewskiej i – jak się okazuje – na okładce „Wyborczej”.
Jak już decydujemy się na publikację oficjalnego oświadczenia, które ma złagodzić skutki oburzenia wywołane naszym wcześniejszym działaniem, to nie róbmy przynajmniej z odbiorcy kretyna.
„Tytuł o hojnym rozdawaniu naszych pieniędzy odnosi się do sobotniej konwencji”. Tere fere, gazeto. Nagłówek „Szczodra sobota” i trzy „główki” symbolizujące roszczeniowych beneficjentów rozdawnictwa znalazły się nawet na tej samej błękitnej tincie. Tworzyły więc graficzną całość. Skojarzenie zostało zbudowane i świadomie utrwalone (jakby ktoś sam z siebie tego nie powiązał, to dodano łopatologiczne podsumowanie: „Partia rządząca uległa naciskowi zarówno grup społecznych, jak i kalendarza wyborczego”). A to wszystko za „nasze pieniądze”. Wybaczcie państwo, ale to nie jest do obrony. Pozostaje bowiem jeszcze tak zwany drobny druczek. A tam pod trzema symbolami wojska, nauczycieli i pielęgniarek widniało „…a także: mundurowi, urzędnicy, pracownicy cywilni wojska, emeryci, ratownicy medyczni, skarbówka, pracownicy sądów”.
Czyli co, chcą nam państwo wmówić, że to wszystko również odnosiło się do mitycznej soboty, kiedy to na mitycznej konwencji PiS dał tym mitycznym grupom mityczne podwyżki? To absurd. Zarówno trzy zilustrowane, jak i reszta wymienionych maleńkimi literkami grup, walczy o „swoje” od miesięcy. Zestawianie tego na jednym tle z rzeczywistymi nowościami wyborczymi PiS BYŁO nie fair.
W opublikowanych przeprosinach nie padło żadne wyjaśnienie przyczyn, dla których to wszystko zmieszano jak bigos w jednym garnku i dlaczego ta ilustracja w ogóle poszła do druku. Ok, mogę jeszcze zrozumieć, że redakcja nie chciała wywlekać na wierzch swoich flaków, sypać nazwiskami odpowiedzialnych i zapraszać do swojej kuchni wszystkich oburzonych na grillowanie. Wtedy jednak należy zapewnić, że szybko naprawimy błąd, przeprosić za nieuważność, najszybciej jak się da skorygować informacje. Tymczasem co robi „GW”? Usiłuje nadbudowywać swoje intencje – to wy coś pokręciliście, my podwyżki w budżetówce popieramy, nie popieramy tylko sobotnich rewelacji. A „źle opisana grafika” wprowadziła „zamieszanie”. Tylko że niestety, drodzy państwo, zdradziło was to jedno małe słówko: „zarówno” (przysłowiowy diabeł tkwi w szczegółach). No więc nie, to nie my źle zrozumieliśmy. To wy źle zrozumieliście.
Płace w budżetówce w modelowym systemie są niższe niż w sektorze prywatnym, jednak gwarantują zatrudnionym przejrzystą drogę awansu zawodowego oraz stabilność zatrudnienia, której próżno szukać na prywatnym rynku. Tymczasem w polskich realiach nierzadko praca w budżetówce postrzegana jest jak wyrok – pensje zamrożone na kuriozalnych poziomach sprzed lat, chroniczne niedofinansowanie, które, jak ktoś zgrabnie napisał na Facebooku „kojarzy się z utknięciem w jakimś biednym urzędzie z Windowsem XP na komputerze”. Te podwyżki to nie jest rozdawnictwo, to nie jest roszczeniowość, to nie jest „naszym kosztem”.
Ps. W waszym zestawieniu zabrakło pracowników pomocy społecznej.
Ps 2. Beata Szydło już zdążyła zrobić z wtorkową okładką tour de TV. Echo korków szampana strzelających na Nowogrodzkiej słychać jeszcze dziś.

„Wyborcza” dała do pieca

Na lewicy są dwa typy odpowiedzi na blamaże „Wyborczej” i liberałów w ogóle – takie jak niedawna okładka nazywająca podwyżkę 100 zł brutto dla pielęgniarek „rozdawnictwem”:

1) Porąbało Was? Co wy robicie, chcecie pomóc PiS? Może to pomyłka? Może co innego mieliście na myśli? Ach tak, tu na pewno jakaś głębsza myśl za tym stoi! Na przykład: neoliberalny red. Gadomski, jako spec od ekonomii, wykrył zbliżający się światowy kryzys gospodarczy, na co lewicowy ponoć red. Danielewski wymyślił: to niech PiS dalej rządzi, niech ten kryzys spadnie na ich konto… Ale wtem, gdy rozum docierał już do granic fantazji, grom z jasnego nieba: o, patrzcie, jest sprostowanie! SPROSTOWANIE! Adam Michnik is my daddy!
Ci, którzy tak piszą, nie przecięli jeszcze pępowiny z Czerską. Ciągle ich boli to oddzielenie, chcieliby je jakoś przepracować, wejść w dialog, wystąpić w roli ogona, który zacznie sterować psem. Załagodzić rodzinne spiny. Nadaremnie.
2) Nie mój cyrk, nie moje małpy. Gnidami byliście, jesteście, będziecie. Sprzedaliście Polskę i dlatego teraz sami się tak słabo sprzedajecie. Taśmy na Was mamy kurwa co rano w kiosku od 30 lat. Kurski, przeproś za brata.
Ta druga grupa nie musi stawiać na złość kloca w salonie inteligenckiej ciotki Halinki, bo nigdy jej nie miała. Czas teraz przeciąć pępowinę z tymi z pierwszej grupy. Nie mamy z Wami wspólnych przodków.

Rozdawnictwo i przykrycie afer

PiS miał zawsze świetne konwencje, dobrze przygotowane marketingowo, a teraz widzieliśmy średnio udaną próbę skoku w przód i przykrycia wszystkich afer i problemów, o których nawet się zresztą nie zająknięto – mówi dr Anna Materska-Sosnowska.

Kaczyński: Musimy kontynuować dobrą zmianę, czyli rozdawnictwa ciąg dalszy

500 Plus od pierwszego dziecka już w lipcu tego roku, brak podatku PIT dla pracowników przed ukończeniem 26. roku życia, obniżenie kosztów pracy przez co najmniej dwukrotne podniesienie kosztów uzyskania przychodu oraz obniżenie PIT-u dla wszystkich osób pracujących, odbudowanie połączeń autobusowych, a od maja „trzynastka” dla emerytów w postaci najniższej emerytury – 1100 zł – to propozycje, które Jarosław Kaczyński przedstawił na sobotniej konwencji PiS-u w Warszawie pod hasłem „Nowa arena programowa”.
Prezes PiS wskazał też na dwie najważniejsze wartości: równość i wolność. Zdaniem Kaczyńskiego wolność jest kwestionowana. – Są tacy, którzy chcą nam odebrać wolność poglądów, wolność słowa, wolność sumienia, wolność religii – wyliczał.
Kaczyński przedstawił też swoje przemyślenia na temat równości. – Równość to przede wszystkim równość wobec prawa. Po drugie, to równość szans na awans, na to, by godnie żyć. Równość to prawa do godnego życia wszystkich Polaków – mówił lider PiS, dodając, że „ciągle trwa zaciekła obrona różnego rodzaju przywilejów grup, kast i dlatego ten problem jest tak ważny”.
– Jestem rozczarowana, bo trzeba przyznać, że PiS miał zawsze świetne konwencje, dobrze przygotowane marketingowo, a teraz widzieliśmy średnio udaną próbę skoku w przód i przykrycia wszystkich afer i problemów, o których nawet się zresztą nie zająknięto – komentuje dla nas konwencję PiS-u dr Anna Materska-Sosnowska.
– Przemówienie prezesa było bardzo konserwatywne, muszę przyznać, że jestem zdziwiona, bo to było jedno z jego gorszych wystąpień, czysto narodowe, konserwatywne, w którym nie było słowa o Europie – dodaje.

Kiełbasa wyborcza

Większość obietnic PiS-u ma zostać zrealizowana jeszcze przed wyborami parlamentarnymi. W lipcu tego roku popłynąć mają pieniądze na pierwsze dziecko, połączenia autobusowe rząd przywróci już w kwietniu. W tym roku do emerytów ma popłynąć też „trzynastka”, czyli dodatkowe 1100 złotych rocznie.
– To, co zaprezentował PiS, to pełne rozdawnictwo, jeszcze większe niż było, plus sięganie do programów opozycji, nie ma znaczenia, ile to będzie kosztowało i skąd na to pieniądze – uważa dr Anna Materska-Sosnowska.
Analityk Rafał Mundry wyliczył, że 500 Plus na każde dziecko to dodatkowe 20 mld zł, zatem roczny koszt programu 500 Plus podniósłby się wtedy z 23 do 43 mld zł. Jak podaje analityk, za te pieniądze można by wybudować 1000 km autostrad każdego roku, o 9 lat skrócić kolejki do specjalistów lub o 17 lat skrócić kolejkę na rehabilitację. Za kwotę 43 mld można by też zlikwidować CIT (34 mld) i jeszcze by zostało 10 mld.
– To też pokazuje, do kogo jest skierowany ten komunikat. Tam nie było nic do elektoratu z wielkich miast, gdzie PiS przegrali wybory samorządowe. To był przekaz dla powiatów, słabszych – uważa dr Materska-Sosnowska.

PO: Dlaczego PiS głosowało przeciw 500 Plus na pierwsze dziecko?

Do propozycji rzuconych na konwencji przez Jarosława Kaczyńskiego odniosła się opozycja. Poprawkę przyznającą pieniądze na pierwsze dziecko zgłosiła wcześniej Platforma Obywatelska, PiS ją odrzucił.
– To, co dziś powiedział Jarosław Kaczyński, to realizacja postulatów PO. W 2016 r. PO złożyło projekt ustawy mówiący o 500 Plus na pierwsze dziecko, później zgłosiliśmy poprawki dotyczące 500 Plus dla samotnych rodziców. Kilkanaście miesięcy temu Grzegorz Schetyna mówił o 13. emeryturze – skomentował konwencję PiS-u Jan Grabiec, rzecznik PO.
– Jarosław Kaczyński próbuje mamić Polaków nowymi obietnicami socjalnymi. Wierzę, że Polacy nie dadzą się nabrać na tani populizm. Te propozycje, o których mówi Kaczyński i Morawiecki, mają obowiązywać tylko w 2019 r. To jest totalna korupcja polityczna – dodaje Sławomir Neumann, szef klubu PO.
Pomysły PiS-u skomentował też Władysław Kosiniak-Kamysz. – Przez trzy lata nie udało się wprowadzić 500 złotych na pierwsze dziecko, a jak powstał rywal bardzo silny, to od razu prezes Kaczyński zmienił zdanie – powiedział lider ludowców.
Jednocześnie dziś sprzed siedziby PiS-u na Nowogrodzkiej ruszył kolejny tzw. Konwój wstydu.
– My dzisiaj w imieniu milionów Polaków apelujemy do prezesa, aby powiedział prawdę o tej tajemniczej kopercie, aby wyjaśnił, dlaczego zamiast zajmować się sprawami Polski tak naprawdę zajmował się inwestycjami w dwie wieże – tłumaczył Arkadiusz Myrcha z PO.
Jeszcze zanim z Nowogrodzkiej konwój ruszył wezwana na miejsce została policja, która skontrolowała, czy konwój na pewno może pojechać w miasto.

Europa wg PiS

Ci, którzy spodziewali się planu, z jakim PiS chce iść do PE, srodze się rozczarowali. Niby na jednym z ekranów widniał slogan „Polska sercem Europy”, ale na tym w zasadzie koniec. Premier Morawiecki w kontekście wyborów do PE skomentował powstałą właśnie Koalicję Europejską, tworzoną przez ugrupowania opozycyjne. Dziś do KE oficjalnie dołączyło PSL. – Ja myślę, że to dobrze, bo to przynajmniej pokazuje, że są w Polsce dwie partie, partia, która chce zmiany władzy, i partia, która chce zmienić Polskę na lepsze – stwierdził Morawiecki.
– Powiedzenie, że jesteśmy sercem Europy, nic nie mówi. Zatem po co ta ekipa idzie do PE? Dla mnie ten przekaz był wyraźny, musimy wygrać wybory do PE, bo to jest wstęp do wygrania następnych wyborów do Sejmu – uważa Anna Materska-Sosnowska i dodaje: – Powiedzenie, że to najlepsza ekipa walcząca o nasze sprawy w Europie, wygląda jak żart, jeśli wysyła się do Brukseli Beatę Szydło i Annę Zalewską.

PiS z zadyszką

Zdaniem pani doktor twardy elektorat PiS oczywiście kupi kolejne obietnice partii rządzącej, podobnie jak ci, którzy zostali kupieni już wcześniej. Teraz PiS będzie przekonywał, że jeżeli nie wygra w wyborach, to te wszystkie socjalne bonusy zostaną zabrane. Jednak ta konwencja pokazała, że PiS nie potrafi poradzić sobie z sytuacją, w jakiej się znalazł
– Co najmniej od wyborów samorządowych PiS jest w zadyszce, przestał narzucać narracje i tematy, o których się rozmawia. Oczywiście jest to próba narzucenia narracji, podobnie jak w przypadku list do PE, ale to są sprawy chwilowe, które mają przykryć problemy, w których PiS się znalazł – mówi Anna Materska-Sosnowska i dodaje: – Z czysto marketingowego punktu widzenia to Biedroń miał perfekcyjnie przeprowadzoną konwencję. Tutaj widzieliśmy powtórkę z czasów zjazdów jedynej słusznej partii, gdzie przemawiał Gomułka, a reszta klaskała bez specjalnego entuzjazmu.

PSL w Koalicji Europejskiej

Polskie Stronnictwo Ludowe dołączyło do Koalicji Europejskiej, co oznacza, że w KE znalazły się wszystkie ugrupowania oprócz partii Roberta Biedronia. W piątek do współtworzonej przez PO Koalicji Europejskiej dołączyła Nowoczesna, wcześniej SLD, Zieloni i Teraz! Ryszarda Petru.
– Jesteśmy formacją demokratyczną, przeprowadziliśmy poważną dyskusję. Rada Naczelna PSL, dbając o jak najlepszą przyszłość Rzeczypospolitej, pomyślność jej obywateli, podjęła decyzję o budowaniu wielkiej koalicji propolskiej i proeuropejskiej – powiedział ogłaszając decyzję rady Władysław Kosiniak-Kamysz, przewodniczący PSL.
– Przyznam, że jestem zaskoczona, bo do wczoraj jeszcze te głosy były podzielone. To zdecydowanie dobry ruch – uważa Anna Materska-Sosnowska.
– Koalicja Europejska mówi wyraźnie, że to, co nas jednoczy, to twarde stanowisko Polski w Europie – nie dajemy się wyprowadzić. W moim przekonaniu dzisiaj PiS swoją konwencją i wypowiedziami to potwierdził, a słowa premiera Morawieckiego tak należy czytać: oni są koalicją europejską, a my (PiS) polską, czyli znowu mamy dzielenie na lepszych i gorszych – dodaje.
– Tworzy się koalicja antyeuropejska skupiona wokół PiS, które proponuje Polakom polexit. Wybory w maju zdecydują, czy Polska będzie w UE poważnym partnerem i będzie mogła realizować swoje interesy, czy będzie to Polska rządzona przez ludzi wyprowadzających ją z UE – skomentował przystąpienie do KE Sławomir Neumann, szef klubu PO.

Lewica, liberalizm, prawica

…czyli o sensowności pewnych działań.

 

Środowiska liberalno-lewicowe

Ulubioną obelgą (bądź też stwierdzeniem faktu) jest epitet czy jak kto woli pojęcie: „liberalno-lewicowy”, szeroko stosowane przez prawicowe media, Tak jest określana duża grupa ludzi, ale również mediów i dziennikarzy, których w jakiś sposób można identyfikować z sympatykami SLD, UP, PO i Nowoczesnej, ale też wiele osób, które nie identyfikują się z tymi partiami, ale mają pewien zbliżony system wartości. Choć czasem bardzo różny, ale który wyraźnie odbiega od wartości drugiej strony sceny politycznej. Generalnie wyróżnikiem tego bloku jest jego wręcz atawistyczna antyPiSowość. Jak czasem czytam i słucham ludzi tej formacji myślowej to zastanawiam się skąd to im się bierze? W najbardziej agresywnej postaci to jest oczywiście KOD i Obywatele RP – brak dyskusji merytorycznej, tylko krzyk „zniszczyć PiS!” Do tego bardzo silnie jest deklarowane przywiązanie do klasycznych zasad demokracji – trójpodziału władz, parlamentaryzmu, decentralizacji państwa i samorządności lokalnej, autonomii sądownictwa i prokuratury.Wyraźnie w całej tej formacji intelektualnej, oprócz wspomnianej nienawiści do PiS, na pewno jest inne, bardziej zdystansowane podejście do religii i Kościoła – począwszy od radykalnych postaw ateistycznych, na spokojnych katolikach deklarujących dążenie do państwa neutralnego światopoglądowego. Z tym związany jest znacznie większy „luz” w sprawach obyczajowych, poparcie dla środowisk kobiecych i feministycznych, środowisk LGTB.
W tej formacji również podejście do gospodarki i polityki społecznej jest liberalne (w znaczeniu ekonomicznym), choć ma różne odcienie. Własność prywatna, reprywatyzacja i minimalny udział państwa w gospodarce to dominujący pogląd. Zróżnicowany jest stosunek do związków zawodowych – od werbalnego poparcia ze strony SLD, po bardziej czy mniej wrogi ze strony PO i Nowoczesnej. Zdaniem tej formacji ingerencja państwa w politykę społeczną nie powinna być zbyt duża. Nie interwencje w życie społeczne, ale raczej tylko ograniczona pomoc społeczna dla szczególnie poszkodowanych w obecnym systemie. Ta formacja jest ideową, intelektualną i w dużym stopniu kadrową kontynuacją obu stron okrągłego stołu, stąd w polityce historycznej jest pochwała reform i dorobku Polski po 1989 roku. Występuje niechęć do zbytniego odwoływania się i celebrowania tradycji narodowych i jednocześnie obawa i niechęć do ruchów nacjonalistycznych.

 

Socjalna prawica

Po drugiej stronie sceny politycznej – Zjednoczonej Prawicy, czyli praktycznie PiS, na dobrą sprawę, wszystko jest na odwrót.
Czyli bardzo silne przywiązanie do Kościoła, wprowadzanie Kościoła do wszelkich przejawów życia publicznego – partyjnego, państwowego czy samorządowego. W ślad za tym idzie propagowanie wartości rodzinnych, krytyka organizacji kobiecych i feministycznych oraz całkowity brak tolerancji dla postaw LGBT.
Eksponowanie w życiu społeczno-politycznym w Polsce bardzo silnie tradycji narodowej – celebracja różnego typu rocznic historycznych, codzienna pielęgnacja „mitu założycielskiego” PiS czyli tragedii smoleńskiej, przygotowywane zmiany w programach edukacyjnych i szkolnictwie. Konsekwentne niszczenie i wymazywanie ze świadomości społecznej tradycji i działalności komunistycznej w Polsce. W skrajnych przypadkach przybiera to postać walki z wszelkimi przejawami lewicowości, lewicy niepodległościowej czy nawet piłsudczyków. To celebrowanie tradycji narodowych przekłada się chyba również na politykę dozbrojenia Polski, zwiększenia ilościowego i jakościowego armii. Zdecydowana jest w tym środowisku negacja porozumienia przy okrągłym stole, jako utrzymującego w uprzywilejowanej pozycji ludzi zarządzających w PRL i dających im szansę na uwłaszczenie się na majątku państwowym. W ślad za tym szły m.in. ograniczenie praw emerytalnych dla byłych funkcjonariuszy MO i SB. Prawica ma znacznie większe przywiązanie do etatyzmu w gospodarce, ingerencji państwa w gospodarkę czego przykładem mogą być plany rozwoju energetyki, przemysłu stoczniowego czy infrastrukturę kolejowej i drogowej. Prywatyzacja nie jest mile widziana, wielokrotnie przedstawiana jest jako szkodliwa wyprzedaż majątku narodowego. Mówi się wręcz o konieczności odwrócenia niektórych procesów prywatyzacyjnych czy reprywatyzacyjnych – co widać choćby na przykładzie walki Patryka Jakiego z dziką reprywatyzacj paaą w Warszawie (co w gruncie rzeczy jest rekomunalizacją), czy wykupienia w lipcu tego roku akcji Stoczni Gdańskiej od ukraińskiego inwestora przez Agencję Rozwoju Przemysłu.
Prawica jest raczej zwolennikiem scentralizowanej, silnej władzy państwowej, choć nie zawsze rozumie, że to nie jest równoznaczne ze sprawnością.
Stosunek do związków zawodowych jest zróżnicowany, ale prawica ma swojego sojusznika politycznego – NSZZ „Solidarność” i traktuje go niewątpliwie lepiej niż w okresie swoich rządów SLD traktowało OPZZ.
A w sprawach polityki społecznej to już zupełne przeciwieństwo „lewicowo-liberalnych”. Choć zapewne można by tu mówić nie tyle o polityce społecznej co o polityce pronatalistycznej. Prawica uważa, że Polsce grozi kryzys demograficzny, co oprócz religijnego stanowi kolejny powód do prowadzenia aktywnej polityki prorodzinnej. Stąd programy 500+, 300+, Mieszkanie+ itp. Jednak te programy pomocowe kierowane są do wszystkich uprawnionych niezależnie od poziomu dochodów dlatego właśnie trzeba mówić o polityce pronatalistycznej. Z drugiej zaś strony, obiektywnie rzecz biorąc, te działania prawicy są jednak formą redystrybucji dochodu narodowego i to na rzecz słabszych ekonomicznie grup społecznych, a nie najbogatszych, jak to miało miejsce w okresie rządów koalicji PO-PSL. Niewątpliwie te programy, niezależnie od skutków demograficznych, prowadzą do wyrównywania nierówności społecznych w Polsce, do bardziej sprawiedliwej struktury społecznej. Dlatego można mówić o „socjalnej prawicy” czy też „konserwatystach społecznych”.

 

Tragedia lewicy, klęska SLD

Tak więc socjalna prawica w zakresie polityki gospodarczej i polityki społecznej realizuje cele, które znajdują się w programach wielu ugrupowań lewicy. To powoduje, że ugrupowania lewicowe są w jakimś stopniu bezbronne wobec PiS, bo trudno krytykować coś, o co się wiele lat walczyło. W zasadzie nie mają recepty, nie mają programowej odpowiedzi na działania PiS. Na dodatek w wypadku ugrupowań lewicowych, które uczestniczyły w sprawowaniu władzy po 1989 roku, czyli SLD i UP, można wręcz mówić o grzechu zaniechania czyli de facto kontynuowaniu liberalnej polityki w sferze gospodarczej i społecznej, a nawet nie wypracowaniu przynajmniej propozycji takich rozwiązań, jakie dziś proponuje PiS. To chyba powoduje, że znakomita większość lewicy bezkrytycznie znalazła się wśród radykałów antypisowskiego bloku liberalno-lewicowego.
Czyli logika myślenia jest taka: jak już nie możemy ich krytykować za gospodarkę i sprawy społeczne, to przynajmniej krzyczmy o obronie demokracji, Sądu Najwyższego, neutralności światopoglądowej państwa, praw kobiet.
Czyli to jest tak, jakby lewica z całej bogatej oferty programowej połowę oddała bez walki prawicy. A zatem w wieloletnim sporze o to – czy lewica ma być socjalna czy obyczajowa, zdecydowanie wygrała lewica obyczajowa.
Ale wepchnięcie lewicy do bloku liberalno-lewicowego może się skończyć tak, że lewica zostanie tylko przybudówką do liberałów, albo w ogóle przestanie istnieć, co zresztą od pewnego czasu prorokuje kilku publicystów.
Jest co prawda kilku polityków lewicy, którzy mówią żeby się nie obrażać na PiS i widzieć w równym stopniu wady i zalety zarówno PiS, jak i PO. Ale takie postawy chyba nie mają poparcia na lewicy, a tacy politycy nie są mile widziani.

 

* * *

Tak więc lewica, jeśli jeszcze chce istnieć i odgrywać jakąś rolę w Polsce, powinna przemyśleć swoje miejsce na scenie politycznej i przygotować własny program atrakcyjny dla ludzi.