Czas dialogu z biskupami minął

Ostatnie miesiące zmieniły polskie społeczeństwo. Kobiety i ich sojusznicy wyszli na ulice. Walka o prawo do bezpiecznego przerywania ciąży, o prawo do wyboru, jest doświadczeniem pokoleniowym. Jego skutki będą zapewne odłożone w czasie. Ale całe pokolenie złapało bakcyla wolności. I jednocześnie zostało zaszczepione przeciwko klerykalizmowi, obskurantyzmowi i konserwatyzmowi.

Przyczyn protestu jest wiele. Sam uczestniczyłem w wielu protestach przeciwko piekłu kobiet i z doświadczenia mogę powiedzieć, że niezwykle dobrze odbierany jest argument dotyczący godności Polek. Brzmi on mniej więcej tak: Dlaczego Polki nie mają takich praw jak inne Europejki. Wszystkie Europejki [poza Maltankami] mogą dokonywać wyboru, a Polki nie. Dlaczego?

Odrzucić niepisaną konstytucję

Odpowiedź na to pytanie jest prosta. I mieści się w dwóch słowach: Kościół Rzymskokatolicki.

To uprzywilejowana pozycja Kościoła w polskim systemie politycznym decyduje o pozbawieniu Polek praw, które są oczywiste dla innych Europejek. Prawa do wyboru, którym – przypomnijmy – cieszyły się od 1956 do 1993 roku. Prawo wyboru jest doświadczeniem milionów Polek z pokolenia powojennego wyżu. Wtedy jednak pozycja Kościoła w Polsce była inna. Transformacja ustrojowa była głębsza, niż na pierwszy rzut oka widać. Doskonale opisała to na łamach Oko.press Agnieszka Graff, wskazując że obok pisanej Konstytucji – zgodnej z ideami oświecenia i praw człowieka – uformowała się również konstytucja niepisana, przyznająca Kościołowi nieformalny, ale respektowany przez elity, wpływ na różne sfery życia społecznego. Na nieszczęście polskich kobiet, jedną z takich sfer była kontrola nad seksualnością i rozrodczością kobiet.

Każda umowa trwa jednak tak długo jak stosunki społeczne, które ją wytworzyły. Na scenę wkroczyło nowe pokolenie, które niepisanej Konstytucji nie uznaje. Nie akceptuje uprzywilejowanej pozycji Kościoła w państwie. Jest ona dla nich czymś dziwacznym, odbiegającym od Zachodniej normy, ograniczającym ich wolność. Dla młodych Kościół ma twarz szkolnego katechety. I nie jest to twarz zbyt zachęcająca. Katecheta nie prowadzi otwartej dyskusji, lecz wykłada niepodważalne prawdy wiary. Jeśli jakiś uczeń chciał z nauczaniem Kościoła dyskutować w oparciu o rozumowe czy empiryczne argumenty to był ośmieszany. Taki obraz Kościoła ma w głowach młode pokolenie. Powiedzmy szczerze, jest to dobra metafora pozycji Kościoła w Polsce.

Kościół już przegrał

Dni uprzywilejowanej pozycji Kościoła Rzymskokatolickiego w Polsce są już policzone. Z kilku powodów. Po pierwsze, młode pokolenie uznaje ten stan za nienormalny. Po drugie, spora część średniego i starszego pokolenia nie wybaczy Kościołowi sojuszu z PiS. Jeśli PiS straci kiedyś władzę, to pójdzie na dno razem ze swoim sojusznikiem.

Polska potrzebuje więc nowego ułożenia stosunków z Kościołem. Na zasadach, które zgodne są z XXI-wieczną praktyką rozdziału Kościoła od Państwa. Jak wypracować te nowe zasady? Drogi są z grubsza dwie. Dialog albo siła prawa. Albo Państwo się z Kościołem dogada polubownie, albo narzuci mu swoje propozycje.

Nie ma partnera do dialogu

Większość z nas instynktownie czuje, że dialog jest czymś lepszym, a rozwiązania wykute w dialogu są trwalsze. Na tym przekonaniu swoją pozycję buduje Szymon Hołownia, którego upodobanie do kojącej mocy dialogu stało się już tematem wielu internetowych memów. Mógłbym nawet przyznać Hołowni rację. Problem polega na tym, że do dialogu potrzeba dwóch stron. Nie widzę po stronie kościelnej chętnych do prowadzanie dialogu na temat nowego ułożenia relacji Państwo-Kościół. Szczególnie, że za kilka lat będzie to – z punktu widzenia Kościoła Rzymskokatolickiego – negocjowanie warunku kapitulacji. Rzeczywistość społeczna się zmienia. I za kilka lat Kościół w Polsce nie będzie negocjował dla siebie nowych przywilejów, lecz warunki na których je utraci. Czy ktoś wyobraża sobie obecnych członków Episkopatu w takiej roli? Polski Kościół jest w swojej masie Kościołem przedsoborowym. Nie w sensie liturgii i symboliki, ale w sensie postrzegania własnej roli społecznej, własnej roli w państwie i społeczeństwie. Księża nie uznają siebie za jednych z uczestników pluralistycznego społeczeństwa obywatelskiego, roszczą sobie prawo do pozycji uprzywilejowanej, jak – powiedzmy – w XIX wieku. Księdza wierni mają słuchać w każdym temacie, na który się wypowie i łożyć na jego utrzymanie. A państwu wara od tego.

Tak to wygląda i Szymon Hołownia doskonale o tym wie. Kto jak kto, ale katolicki publicysta zna tę instytucję od podszewki. To nie jest Kościół „Tygodnika Powszechnego”. To jest Kościół, który wyrzuca „Tygodnik Powszechny” z redakcji, bo naprzykrza się miejscowemu hierarsze. Jak Kościół ma negocjować swoją rolę w demokratycznym państwie i pluralistycznym społeczeństwie, skoro biskupi nie tolerują nawet pluralizmu we własnej instytucji.

Dlatego ustalenie nowej pozycji Kościoła w Państwie nie odbędzie się w porozumieniu z biskupami. Opozycja po wygranych wyborach musi mieć siłę, aby zawalczyć o świeckie państwo. Niektórzy samorządowcy już teraz odnajdują w sobie tę siłę.

Dwa fundamenty władzy Kościoła

Władza Kościoła opiera się na dwóch fundamentach: ideologicznym i finansowym. Fundament ideologiczny to odbywająca się w szkołach katechizacja. Co rusz słyszymy, że szkoła ma być wolna od polityki. Działacze na rzecz praw osób LGBT, czy aktywiści klimatyczni w szkołach bardzo drażnią prawicę. Ale zupełnie nie przeszkadza im, że w radzie pedagogicznej zasiadają osoby, które przez 12 lat edukacji, dwa dni w tygodniu prowadzą ideologiczną indoktrynację. Mówią dzieciom, że aborcja to morderstwo, homoseksualizm to zboczenie a prezerwatywa to grzech. Młodzi się przeciwko temu buntują. Wypisują masowo z katechezy. W dużych miastach to masowy trend. Ale w mniejszych ośrodkach wypisanie się z katechezy jest aktem odwagi. Kilka pokoleń dzieciaków niechodzących na religię doświadczyło w Polsce prześladowań przez grupę rówieśniczą, katechetów, nauczycieli. Czas z tym skończyć. Nie chodzi o zmniejszenie liczby godzin katechezy. To będzie zmiana ilościowa. Polska szkoła potrzebuje zmiany jakościowej, przywrócenia jej świeckiego charakteru. Bez lekcji religii i księży w radzie pedagogicznej.

Szkoła powinna – jak wszystkie inne publiczne instytucje – być wolna od symboli religijnych. Księża nie powinni uczestniczyć w uroczystościach państwowych. Żadnych. Chyba, że w charakterze gości.

Rozmontować potęgę Kościoła

Szczególnie, że katecheza w szkołach łączy się z drugim fundamentem władzy Kościoła: finansami.

Musimy przerwać pępowinę łączącą Państwo z Kościołem. PiS z Kościołem. Jedną i drugą stronę łączy relacja handlowa. PiS płaci gotówką. Kościół odwdzięcza się poparciem. PiS zapewnia bezkarność. Księża odwdzięczają się dobrym słowem z ambony. W dniu wyborów.

Mój przekaz jest jasny. Należy znieść przywileje Kościoła. Księża powinni być takimi samymi obywatelami jak osoby świeckie. Powinni płacić takie same podatki, składki, cła i inne daniny. Nie ma żadnego uzasadnienia dla rozlicznych przywilejów, wyjątków, ulg i bonifikat dla Kościoła.

Za katechizację płaci państwo. Z naszych podatków finansujemy armię prawie 22 tys. katechetów, co kosztuje na wszystkich 1,5 mld zł rocznie. Niewiele mniej niż inne propagandowe narzędzie władzy, czyli media publiczne w obecnym wydaniu. Tę pozycję należy wykreślić z budżetu państwa. Zero godzin religii w szkole. Zero złotych na pensje dla katechetów. Szymon Hołownia ma pomysł, aby lekcje religii zredukować o połowę. Ja żądam, aby zredukować je do zera.

Katechizacja i pensje dla katechetów to niejedyne elementy finansowej potęgi Kościoła. Są też inne. Księża nie płacą podatku dochodowego jak zwykli obywatele. Księży obowiązuje podatek dochodowy (PIT) w formie niewielkiego ryczałtu, w zależności od funkcji w Kościele i wielkości parafii – od 131 zł kwartalnie dla wikariuszy do półtora tysiąca dla proboszczów największych parafii. To kwoty nieporównywalnie mniejsze, niż gdyby PIT był płacony na zasadach ogólnych. Dlaczego księża nie mogą płacić podatku dochodowego od tacy? Od ofiar pobieranych za chrzest, ślub i pogrzeb?

Przecież to dochód księdza i jego parafii!

Dzisiaj ZUS księży i zakonnic jest opłacany przez w 80% przez Państwo z Funduszu Kościelnego. Dlaczego księża nie opłacają w 100% swojego ZUS-u? Jak wszyscy inni pracujący Polacy. Tak powinno być. A Fundusz Kościelny po prostu powinien zostać zlikwidowany.

Kościół korzysta z bonifikat przy zakupie nieruchomości (zwłaszcza gruntów) od samorządów. Często są to ulgi w wysokości 90–99 proc. wartości nieruchomości. Hołownia chce te bonifikaty ograniczyć. Jego krakowscy zwolennicy mówią, że ograniczenie ma sięgać AŻ 50 proc. Przelicytuję was. Bonifikaty mają być ograniczone do zera. Żadnych bonifikat dla kleru. To na nich bowiem zbudowano małe imperia księdza Dymera i innych kościelnych oligarchów, którzy na koniec dnia byli „zbyt duzi by upaść”. Nawet jeśli jednocześnie krzywdzili dzieci.

Od 1992 roku do dziś Kościół dostaje na tzw. Ziemiach Odzyskanych za darmo grunty rolne. Po 15ha dla parafii.

Łącznie ponad 76 tys. ha, czyli prawie tyle, ile zwróciła niesławna Komisja Majątkowa. Komisje Regulacyjne powinny zakończyć swoje działanie. I ani jeden hektar na Ziemiach Zachodnich i Północnych nie powinien już trafić w ręce kleru. Lewica w Sejmie wykonuje swoją pracę. Składamy projekty ustaw odbierające Kościołowi jego przywileje, jak ten o nadziałach ziemi na ziemiach Zachodnich i Północnych. Nie mamy wątpliwości, ze PiS tego nie przegłosuje. Ale projekty już są. I zostaną zgłoszone ponownie, kiedy większości już miał nie będzie.

Roczny koszt utrzymania samego Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego to ponad 15 mln zł, a kolejne 10 mln zł wynosi rachunek od kapelanów więziennych, szpitalnych oraz zatrudnionych w służbach mundurowych. Moim zdaniem jedynym miejscem, gdzie powinni pozostać kapelani są szpitale. W obliczu śmierci każda osoba wierząca ma prawo wezwać księdza. Tylko niekoniecznie musi być to ksiądz na etacie szpitala. Wystarczy proboszcz, czy wikary z najbliższej parafii.

NIE dla Podatku Kościelnego

Zadaniem opozycji jest rozmontowanie, cegiełka po cegiełce tego fundamentu finansowej potęgi Kościoła. Nie chodzi o to, aby zmienić system finansowania Kościoła przez Państwo, ale aby go rozmontować. Należy postawić tamę przepływom finansowym na linii Państwo-Kościół. Również na linii Spółki Skarbu Państwa – Kościół. Proponuję tutaj opcję zero. Zero złotych dla Kościoła.

Szymon Hołownia proponuje Polakom specjalny Podatek Kościelny. Pomysł to nie nowy. Pojawiał się już w kręgach Platformy Obywatelskiej. Pomysł to nie polski, ale niemiecki. Zasługuje więc na poważne rozważenie.
W mojej ocenie Podatek Kościelny należy jednak odrzucić. Z dwóch powodów.

Po pierwsze, to będzie tylko zmiana formy finansowania Kościoła przez Państwo. W sytuacji, gdy postulatem powinna być likwidacja przepływów Państwo-Kościół.

Po drugie, wiara i przynależność wyznaniowa powinna być prywatną sprawą każdego człowieka. I należy się tej zasady trzymać w Polsce w sposób ortodoksyjny. Boję się sytuacji, w które Państwo Polskie będzie gromadzić dane o przynależności wyznaniowej (lub jej braku) obywatelek i obywateli. Napiszę wprost: w Polsce wierna lub wierny Gminy Wyznaniowej Żydowskiej dwa razy się zastanowi zanim wpisze do swojego PIT-a, że chce aby procent jej podatku trafiał na rzecz lokalnej wspólnoty żydowskiej. Każdemu przedstawicielowi mniejszości wyznaniowej w Polsce zapali się w takiej sytuacji w głowie lampka ostrzegawcza. A wraz z nią przychodzi refleksja, co będzie jeśli do władzy dojdzie, dajmy na to, Konfederacja i zyska dostęp do spisu polskich żydów, prawosławnych, protestantów, osób bezwyznaniowych? Przy takiej władzy, lepiej nie być na takiej liście. Tego uczy wielowiekowe doświadczenie mniejszości wyznaniowych.

Dlatego ja za Podatek Kościelny panu Hołowni dziękuję. Może intencje są szczytne, ale skutki mogą być groźne. W Polsce trzymajmy się modelu Państwa, które NIE pyta swoich obywatelek i obywateli o wiarę. I nie gromadzi nigdzie odpowiedzi na to pytanie. Wiara to sprawa prywatna każdej obywatelki i każdego obywatela.

Niestety nie każdy element władzy Kościoła można rozmontować za pomocą zwykłych ustaw. Część zapisano w umowie międzynarodowej jaką jest Konkordat. Przypomnę tutaj, że SLD w Sejmie głosowało przeciwko ratyfikacji konkordatu podpisanego w ostatnich dniach premierostwa Hanny Suchockiej. Zostawmy jednak historię i spójrzmy w przyszłość. Co zrobić z Konkordatem? Państwo powinno uczciwie zaproponować Watykanowi renegocjację tej umowy. Jeśli spotka się z odmową należy rozważyć inne kroki z wypowiedzeniem tej umowy międzynarodowej włącznie. A przy najbliższej nowelizacji Konstytucji należy z ustawy zasadniczej wykreślić Konkordat. Umowa z Watykanem może zostać zawarta. Ale Konstytucja nie powinna nadawać jej wyjątkowego charakteru.

Prokuratorzy wejdą do kurii

Inne wielkie zadanie dla Państwa to rozliczenie pedofilii w Kościele. I nie chodzi tylko o łapanie pojedynczych seksualnych drapieżników. Celem państwowej Komisji powinno być pokazanie systemu ochrony pedofilów przez instytucje Kościoła. I doprowadzenie do postawienia zarzutów każdemu hierarsze, który w tym procederze brał udział. Prawica mówi, że pedofile są wszędzie, a podobno statystyki pokazują, że najwięcej ich wśród budowlańców. Tylko jak jakiś murarz jest pedofilem to firma budowlana nie przenosi go z budowy na budowę, tylko zawiadamia prokuraturę.
Napiszę wprost, aby nie było, że nikt księży nie ostrzegał. Pierwszego dnia rządów dzisiejszej opozycji, do kurii biskupich w całej Polsce wejdzie prokuratura i zabezpieczy dowody dotyczące tuszowania pedofilii wśród księży. Przenoszenia z parafii do parafii. Blokowania procesów kościelnych podejrzanych księży. Zaniechań w informowaniu prokuratury o popełnionych przestępstwach. Państwowa komisja ds. Pedofilii to rozsądny pomysł. Ale może taka komisja nie będzie potrzebna. Wystarczy niezależna prokuratura. I solidna prasówka. Bo opisów afer pedofilskich jest aż nadto w materiałach prasowych. W tych opublikowanych. I tych zablokowanych przez różnych redaktorów Lisickich.

Albo klerykalizm, albo modernizacja

Polki na ulicach walczą z piekłem kobiet. Pamiętajmy jednak, kto to piekło zbudował. I nie zrobił tego w ciągu ostatnich 30 lat. Sam termin pochodzi przecież od Boya-Żeleńskiego, który opisywał pozycję kobiet w II RP. I kto za międzywojenne piekło kobiet odpowiadał? Przywołajmy tytuł innej słynnej książki Boya „Nasi okupanci”.

Postawmy sprawę jasno: jeśli potęga Kościoła w Polsce nie zostanie złamana, to w Polsce nigdy nie będzie normalnie. Przynajmniej, jeśli przez normalność rozumiemy rzeczywistość zachodnich demokracji. Polki i Polacy nie będą mogli cieszyć się pełnią praw człowieka, które są oczywiste dla mieszkańców Europy Zachodniej. Będzie obywatelkami i obywatelami Unii Europejskiej, ale niestety obywatelkami i obywatelami gorszego sortu.
Rozdział Kościoła od Państwa nie oznacza walki z religią. Wiara jest prywatną sprawą każdego człowieka. Podobnie jak brak wiary. Szanuję osoby wierzące i w pełni popieram wolność religijną. Nie akceptuję jednak sytuacji, w której jedna z instytucji mówi innym ludziom, w tym również nie należącym do tej instytucji, jak mają żyć, jak mają się kochać, jak mają wychowywać swoje dzieci. I czy rodzić dzieci z bezmózgowiem, czy nie.

Tylko Robert Biedroń

– Tylko on jako prezydent zrobi to, czego nie zrobiłby żaden z jego rywali – realnie rozdzieli Kościół i Państwo
– z Andrzejem Bychowskim, aktorem, lewicowym działaczem społecznym rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Dlaczego zawiesił Pan na swoim ogrodzeniu domowym hasła wzywające do głosowania na kandydata Lewicy Roberta Biedronia?

Bo uważam, że Robert Biedroń jest najlepszym kandydatem na prezydenta Polski. Jest wykształcony, ukończył studia z zakresu nauk politycznych. Poza tym, co bardzo ważne, był już prezydentem Słupska, gdzie bardzo dobrze się sprawdził i mieszkańcy tego miasta bardzo dobrze go wspominają, a nawet żałują, że nadal nie zarządza ich miastem. Dzięki temu Biedroń zdobył duże doświadczenie, w mikroskali co prawda, ale jednak w zarządzaniu dużym organizmem miejskim, w różnych aspektach życia społecznego i gospodarczego. Nie ma takiego doświadczenia żaden z jego rywali do stanowiska prezydenta, łącznie z panem Dudą, który wyspecjalizował się jedynie w posłusznym podpisywaniu ustaw podsuwanych mu przez władzę PiS oraz w picerskim „gospodarskim” objeżdżaniu kraju i wygłaszaniu nadętych przemówień.

Co Pan ceni w Robercie Biedroniu poza wspomnianym doświadczeniem?

Cenię wiele jego walorów, ideowych, intelektualnych, emocjonalnych ale zaakcentuję kwestię, którą spośród wszystkich kandydatów może rozwiązać akurat tylko Robert Biedroń. Otóż tylko on jako prezydent zrobi to, czego nie zrobiłby żaden z jego rywali – realnie rozdzieli Kościół i Państwo. Średniowieczny model tych relacji, który czyni z Polski historyczny skansen w skali Europy, a nawet świata, powinien zostać wreszcie zastąpiony rozwiązaniem nowoczesnym. Kler katolicki głosi, że w Polsce jest 95 procent wierzących. To jest nieprawda. W Polsce jest 95 procent ochrzczonych, to znaczy mechanicznie, w niemowlęctwie, bez ich woli wcielonych na wniosek rodziców, do organizacji, jaką jest Kościół katolicki. Tymczasem artykuł 290 konstytucji, który mówi o obywatelskim prawie do zrzeszania się, zabrania wcielania kogokolwiek wbrew jego woli do jakiejkolwiek organizacji czy innego zrzeszenia. Wiem, że ludzie się do tego przez wieki przyzwyczaili i traktują to niemal jak oddychanie, ale jak się nad tym chwilę zastanowić, to mamy do czynienia z jedynym takim przypadkiem w życiu społecznym, w którym człowiek jest bez jego świadomości i woli wcielany automatycznie do jakiejś zorganizowanej struktury, a ponadto, gdy chce z niej już jako człowiek dorosły wystąpić, co się coraz częściej zdarza, stawiane mu są trudne do pokonania bariery biurokratyczne, formalne. To jest kuriozalne, że człowiek, który w okresie dorosłości uświadamia sobie, że jest ateistą, uświadamia sobie jednocześnie, że został już dawno bez jego woli wcielony do organizacji, której nie akceptuje i z której nie chcą go wypuścić, jak to powinno być, za zwykłym oświadczeniem woli. Kościół katolicki jest ogromnym, uprzywilejowanym zrzeszeniem przymusowo wcielonych. Co gorsza, to wcielanie jest tym obrzydliwsze, że dokonywane przy wykorzystaniu osób nieświadomych i bezbronnych, jakimi są małe dzieci i przy wciąganiu w ten proceder rodziców. Apeluję do pana Ziobry, żeby zajął się nielegalnymi działaniami tych werbowników, którzy mają zresztą na koncie walkę z wolnością, z ustaleniami nauki, którzy wciskali ludziom ciemnotę że Ziemia jest płaska a Słońce obraca się wokół niej, a na rękach mają krew takich ludzi jak polski myśliciel-ateista Kazimierz Łyszczyński, torturowany i stracony z nakazu polskiego oddziału inkwizycji. Inna kwestia, którą może rozwiązać także jedynie Robert Biedroń jako prezydent. Tylko on podpisze przygotowaną przez posłów Lewicy ustawę o prawie do przerywania ciąży do 12 tygodnia. Tych rzeczy nie zrobi nie tylko pan Duda, ale także pan Kosiniak-Kamysz, Hołownia, pani Kidawa-Błońska, którzy mówią o jakimś rzekomym „kompromisie”, a tym bardziej pan Bosak, katolicki radykał. Krótko mówiąc, wszyscy pozostali kandydaci w mniejszym czy większym stopniu, mniej czy bardziej ostentacyjnie, sprzyjają interesom i władzy politycznej Kościoła katolickiego. Dodam jeszcze jeden wielki walor Roberta Biedronia – jest znakomitym mówcą, i to mówcą – na temat. Podkreślam – na temat. Mówi piękną polszczyzną, logicznie, z sensem, trafia w samo sedno podejmowanych zagadnień. Pan Duda mówi dużo i nieznośnie głośno, ale wypowiada same frazesy. Pan Kosiniak – niestety podobnie. O innych nie wspomnę. Pół żartem pół serio dodam, że Robert jest najprzystojniejszy z męskich kandydatów, co w epoce przewagi przekazu wizualnego też nie jest bez znaczenia. Dlatego apeluję – wywieszajcie, jeśli możecie hasła zachęcające do głosowania na Roberta Biedronia.

Proszę przypomnieć, jak brzmią hasła, które Pan wywiesił na ogrodzeniu swojego domu w Warszawie?

„Prezydent Polski Robert Biedroń”, „Nie głosuj na bezprawie i sprawiedliwość”.

Czy wzywając do głosowania na Biedronia nie obawia się Pan zarzutu, że tym samym niejako automatycznie wspiera Pan PiS w jego tak krytykowanym ostrym dążeniu do szybkich wyborów, niebezpiecznych w fazie wzrostu epidemii?

To jest osobne zagadnienie, ale fakt, że mamy takie czy inne zdanie w tej kwestii nie może skutkować zapomnieniem o naszym lewicowym kandydacie, tym bardziej, że pan Duda jest cały czas lansowany przez pisowskie media z TVPiS na czele. W końcu kiedyś te wybory się odbędą i musimy być na ten moment przygotowani.

W zeszłym roku opiekował się Pan cokołem zniszczonego pomnika generała Zygmunta Berlinga w Warszawie. Relacjonowaliśmy to w „Dzienniku Trybuna”, udzielił nam Pan wywiadu. Pod koniec roku cokół został ostatecznie zdemontowany, a wcześniejsze postępowanie policyjne umorzono, uzasadniając to formalnie brakiem wykrycia sprawców…

Choć policja jest w posiadaniu danych osób, które mogą być sprawcami tego czynu. To, kto dokonał tego czynu jest tajemnicą Poliszynela. Napisałem do redakcji „Trybuny” krótki list, w którym odniosłem się do waszego artykułu na ten temat. Skorzystam z okazji, żeby przedstawić tu jego treść. Otóż tego barbarzyńskiego aktu dokonano w grudniu na podstawie uchwały Rady Miasta Stołecznego Warszawy, która podjęła tę decyzję na podstawie ustawy tzw. „dekomunizacyjnej”. Ręce opadają i cisną się na usta najgorsze przekleństwa… Jak ocenić tych radnych? Co za niemądrzy ludzie siedzą w tej radzie? Ludzie, kogo wybraliście? Ten pomnik zbudowano nie dlatego, że generał Berling był komunistą, bo nim nie był, i powiedział to nawet w oczy Stalinowi, tylko dlatego, że dowodzone przez niego oddziały wojskowe dywizji kościuszkowskiej dokonały, kosztem ciężkich ofiar, prawobrzeżną Warszawę, Pragę. W ten sposób uratował od niechybnej śmierci około miliona mieszkańców stolicy. Nam, warszawiakom było obojętne, kto nas wyzwoli, komunista, anarchista, statysta czy turysta. Dla nas było ważne, że przestaliśmy się bać, że w każdej chwili może nas zabić na ulicy, pod murem lub w domu niemiecki bandyta z hasłem „Gott mit uns” („Bóg z nami”) na pasku. Kochana Polska Ludowa zbudowała ten pomnik z wdzięczności dla Generała Berlinga – Bohatera. Dlaczego pan prezydent Trzaskowski, który wydaje się rozsądnym człowiekiem i w wielu przypadkach staje PiS-owi okoniem, nie wyrzucił na zbitą twarz tych, którzy formalnie dokończyli zniszczenia pomnika, tym samym niejako przyznając rację tym, którzy dokonali jego pierwszego, skrytego, bandyckiego zniszczenia latem zeszłego roku. I dlaczego posłusznie pozwolił zrealizować szaloną ustawę „dekomunizacyjną” Kaczyńskiego i jego przybocznych, których tak krytykuje? A jednocześnie wznosi się pomniki takim bandytom jak Kuraś – „Ogień”, który zabijał Żydów tylko dlatego, że byli Żydami, nie mówiąc już o innych zbrodniach, a także czci się oficjalnie takich zbrodniarzy jak „Bury” Romuald Rajs, który zamordował kilkudziesięciu Polaków tylko dlatego, że nie przeżegnali się po katolicku. A zniszczono pomnik generała Berlinga, który uratował milion Polaków od niechybnej śmierci z rąk hitlerowskiego okupanta.

Dziękuję za rozmowę.

Rozwód kościołów z państwem

W Sejmie RP zamierzamy przeprowadzić rozwód kościołów z państwem.

Nikt już nie wątpi, że parlamentarzyści Lewicy będą rozdzielać państwo polskie od działających na jego terenie kościołów. Zwłaszcza od biskupów polskiego kościoła katolickiego, uważających się za „książąt kościoła” i traktujących nasze państwo jak swój folwark.
Aby uniknąć wszelkich nieporozumień od razu warto przypomnieć, że przyszły klub parlamentarny Lewicy nie będzie zajmował się kwestiami wiary i jej dogmatów. Nie będzie walczył z ludźmi wierzącymi. Udowadniał, że boga nie ma lub, że istnieje w ograniczonej formie.
Religia to sprawa prywatna każdego obywatela naszego kraju.
Za to państwo polskie powinno być instytucją świecką.
To oznacza, że stanowione przez parlament prawo powinno mieć świecki charakter.
Nie ma zatem zgody na lansowaną obecnie i wprowadzaną w życie przez elity PiS zasadę „Cuius regio, eius religio”. Czyli „Czyj rząd tego religia”. Cofającej nasze państwo do średniowiecznych sporów o prymat papieża nad cesarzem.
W efekcie rządów pana prezesa Kaczyńskiego mamy obecnie w Polsce sojusz „Tronu i Ołtarza”. Sojusz elit PiS z książętami polskiego kościoła katolickiego należącymi do „kościoła toruńskiego”. Czyli tego najbardziej konserwatywnego, nacjonalistycznego i pazernego finansowo. I jednocześnie kościoła najbardziej ubogiego intelektualnie.
Dlatego w przyszłym Sejmie parlamentarzyści polskiej Lewicy zamierzają doprowadzić do finansowego rozwodu państwa z kościołami, przede wszystkim z katolickim. Symbolem takiego rozwodu będą kasy fiskalne dla księży.
W programie Lewicy czytamy:
„Wprowadzimy kasy fiskalne dla księży. Sprawiedliwie opodatkujemy kościoły. Zobowiążemy kościoły do ujawniania przychodów na takich samych zasadach jakie dotyczą organizacji pozarządowych. Docelowo zlikwidujemy przywileje podatkowe wszystkich kościołów i związków wyznaniowych”.
Zapewne wielu uczciwych ludzi wierzących poprze te postulaty, bo doprowadzą one do likwidacji patologii i przestępstw dokonywanych przez księży i zakonników z działających w Polsce kościołów.
Lewica zamierza też zlikwidować Fundusz Kościelny. W 2018 roku dotacje państwa polskiego do tego Funduszu sięgnęły poziomu 156 milionów złotych. A przecież polski kościół katolicki jest największym instytucjonalnym właścicielem majątków ziemskich i silnym graczem na rynkach finansowych.
Nie ma powodów aby był dodatkowo jeszcze dotowany przez polskich podatników.
Parlamentarzyści Lewicy zamierzają też zaprzestać finansowania lekcji religii katolickiej z budżetu państwa polskiego. Wszelkie koszty takich lekcji, traktowanych jako przedmiot dodatkowy, powinien ponosić kościół katolicki.
W programie Lewicy mówi się też o przeniesieniu lekcji religii do kościelnych sal katechetycznych. To może być rozwiązanie na przyszłość.
Obecnie dzieci i rodzice ponoszą liczne trudy „deformy” edukacji narodowej dokonanej przez elity PiS. Dlatego uważam, że Lewica nie powinna ich dodatkowo karać. Jeśli rodzice uznają, że wygodniej będzie im posyłać dzieci na lekcje religii do szkół, to szkoły mogą takie zajęcia pozalekcyjne organizować. Parlamentarzyści Lewicy zamierzają również zlikwidować „klauzulę sumienia” na którą obecnie powołują się niektórzy lekarze i farmaceuci. Należy przyjąć zasadę, że pracownicy publicznej służby zdrowia nie mogą ograniczać swych usług ze względu na dogmaty wyznawanych przez siebie religii.
Mam też nadzieję, że przyszli parlamentarzyści Lewicy będą dbali aby wszelkie uroczystości państwowe i samorządowe miały świecki charakter. Aby były tak zorganizowane, żeby dodatkowe uroczystości religijne nie stanowiły nierozerwalnych punktów ich programu. Aby nie było organizacyjnego przymusu do uczestnictwa w nich.

W obliczu zagrożenia

Kongres Świeckości w wyborach parlamentarnych

W obliczu realnego zagrożenia umocnieniem i kontynuacją rządów narodowo-wyznaniowej, populistycznej partii polskiej prawicy i wobec sukcesywnej dewastacji instytucji demokracji parlamentarnej w naszym kraju oraz nasilającego sie antagonizmu różnych grup społeczeństwa wszystkie wolnościowe i postępowe ugrupowania polityczne, organizacje społeczne i inicjatywy obywatelskie powinny dążyć do utworzenia jednolitego frontu walki z partią rządzącą i jej faktycznym, chociaż nieformalnym koalicjantem jakim jest Kościół katolicki . Kwestią dyskusyjną była natomiast konkretna decyzja czy front wyborczy powinien mieć formę koalicji łączącej odległe od siebie światopoglądy i wizje państwa demokratycznego czy raczej bardziej właściwe będzie utworzenie bloków obejmujących partie i organizacje obywatelskie o podobnym profilu ideowym ? Dzięki postawie PSL ,odmawiającego startu w wyborach razem z partiami lewicowymi, a także decyzją lidera PO o ograniczeniu koalicji do wypróbowanych partnerów, którzy w przeciwieństwie do SLD zadowolą się ograniczona reprezentacja na listach wyborczych, z nadzieją i rozbudzonymi oczekiwaniami powitaliśmy narodziny przedsięwzięcia wyborczego o roboczej nazwie „Lewica” , a sprowadzającego się do umieszczenia na listach SLD kandydatów partii Razem i Wiosna Roberta Biedronia.
Uznając, że w Polsce doszło do faktycznego zniszczenia demokracji parlamentarnej i rządów prawa, zlikwidowania trójpodziału władz i porządku konstytucyjnego ukształtowanego obowiązującą formalnie w dalszym ciągu Konstytucją RP z 1997 roku, organizacje tworzące porozumienie wyborcze SLD wezwane są do połączenia wysiłków nie tylko w ramach wspólnego przedsięwzięcia wyborczego, ale także do pełnej współpracy z innymi koalicjami, uznającymi demokrację liberalną za obowiązujący porządek organizacji państwa jako najlepiej odpowiadający konkurencyjnym różnicom ideowym istniejącym pomiędzy konserwatywnymi, a modernistycznymi wizjami współczesnego świata i Polski. Tylko poprzez współpracę, której znaczenie podkreślać będzie program lewicy utworzone koalicje wyborcze o różnej proweniencji maja szanse uzyskać poparcie społeczne na poziomie umożliwiającym ewentualne odsunięcie od władzy partii rządzącej. Jednocześnie warto zauważyć, że tylko lewica priorytetowo traktuje konieczność przeciwdziałania klerykalizacji państwa i polityzacji obowiązującej w Polsce wersji religii katolickiej, poprzez głoszony postulat świeckości państwa – zakładający przeprowadzenie rozdziału państwa oraz kościołów i związków wyznaniowych. Tylko takie stanowisko odpowiada rzeczywistemu stanowi spraw w Polsce, w której władza – przy aktywnym poparciu Kościoła katolickiego i stanowiących jej zaplecze związków zawodowych „Solidarność” – dąży do zainstalowania autorytarnego państwa klerykalnego. W wypadku wygrania wyborów parlamentarnych przez dotychczas rządzącą partię narodowo-wyznaniową możemy spodziewać się próby zmiany obowiązującej Konstytucji RP, albo też ustaw zwykłych gdyby nie zdołano zebrać odpowiedniej konstytucyjnej większości (2/3 głosów przy obecności połowy ustawowej liczby 460 posłów), która zagwarantuje Kościołowi katolickiemu panowanie ideologiczne, a realnie pozycję prawną i ekonomiczną tj. stałe finansowanie uniezależniającą od zmniejszającej się liczby wiernych w wyniku nieuchronnej sekularyzacji.
Wobec ukształtowania się bloku lewicowego pod szyldem SLD, nie tylko partie polityczne lecz także organizacje obywatelskie reprezentujące postępowe, pro-demokratyczne i pro-społeczne przekonania otrzymały wdzięczne pole do współdziałania . Zachowując swoją odrębność organizacyjno-ideową i program , z pełną świadomością podporządkowania się celowi nadrzędnemu jakim jest odsuniecie od władzy i pociągnięcie do odpowiedzialności konstytucyjnej i karnej reprezentantów obecnej władzy, którzy dopuścili się łamania prawa, mogłyby wnieść do Sejmu ożywcze i wolne od partyjnej retoryki nawyków, świeże spojrzenie na bieg spraw w Polsce, aktywność wyniesioną z uczestniczenia w ulicznej opozycji ubiegłych lat oraz zdolność do organizowania przedsięwzięć i kampanii społecznych
ponad podziałami.
Celem nadrzędnym bowiem wszystkich postępowych bloków i koalicji wyborczych poza przywróceniem ładu demokratycznego w państwie i miejsca Polski w strukturach Unii Europejskiej powinno stać się uwolnienie państwa z gorsetu dotychczasowych przywilejów Kościoła tj. świecki i praworządny charakter państwa. W zasadniczym stopniu decyduje on o możliwości usprawnienia życie obywateli, realizacji zasady równości i sprawiedliwości społecznej, a nawet ochronie klimatu. Nie ulega wątpliwości, że potrzebna jest natychmiastowa interwencja w zakresie organizacji i warunków funkcjonowania służby zdrowia, kwestii budownictwa mieszkaniowego, edukacji powszechnej i ochrony środowiska. a w dalszej kolejności kwestie związane ze równością praw, sprawami ekonomicznymi, wymiarem sprawiedliwości, jednakże w każdej z tych kwestii w mniejszym lub większym stopniu będą wymagały stanowczych działań nienormalne bo zaryglowane konstytucyjno-konkordatowym układem relacje z instytucja kościoła.
Ogromną rolę w uporządkowaniu systemu zabezpieczeń socjalnych byłoby znalezienie możliwego do zaakceptowania przez wszystkie organizacje tworzące lewicowe porozumienie wyborcze takiego sposobu polepszenia sytuacji ekonomicznej obywateli naszego kraju, która stanowiąc alternatywę dla populistycznego, chaotycznego rozdawnictwa jednocześnie realizowałaby spójne cele społeczne i gospodarcze. W odczuciu znacznej części społeczeństwa żyjącego z pracy najemnej jest zupełnie nieakceptowana sytuacja, w której nawet najniższe wynagrodzenia opodatkowane są podatkiem dochodowym, natomiast nawet największe transfery socjalne podatkowi temu nie podlegają. Zasadne i pilne jest powiększenie kwoty wolnej od opodatkowania skorelowanej z aktualnym minimum socjalnym, które stanowić powinno ej minimum kwoty wolnej od opodatkowania podatkiem dochodowym zapobiegając postępującemu ubożeniu najniżej zarabiających. W przyszłości kwota minimum socjalnego jako wolna od opodatkowania mogłaby stanowić punkt wyjścia do wprowadzenia obywatelskiego, gwarantowanego dochodu podstawowego jako alternatywa dla transferów socjalnych władzy.
Wiodąca dla znacznej części lewicowego elektoratu idea świeckiego państwa zakładającego przede wszystkim przeprowadzenie takich zmian prawnych, które stworzą tamę dla bezpośredniego instytucjonalnego dostępu Kościoła do rządów ułatwiłaby w przyszłości realizację zmian społecznych i ekonomicznych. Należy jednak przy tym pamiętać, że ustępstwa polityczne kreujące instytucjonalny dostęp kościoła do władzy uzyskane były już w okresie komunizmu w zamian za stabilizowanie sytuacji politycznej. Po jego upadku, poprzedzonym prawnym zawarowaniem w ustawach z 1989 roku pozycji kościoła i kleru, a także dzięki ukształtowanej przez lata zdolności Kościoła do prowadzenia działań zakulisowych, a także w obliczu trudności związanych z transformacją gospodarczą i kształtowaniem się systemu demokratycznego, politycy zdecydowali się na podzielenie się z kościołem suwerennością państwa. Przyjmując fikcję istnienia tzw. „przyjaznego rozdziału” zwaną też „separacją skoordynowaną” ustanowili w konstytucyjnym uregulowaniu art. 25 ust.3 i 4 zasadę bilateralizmu tj. współdziałania państwa z instytucją kościoła „dla dobra człowieka i dobra wspólnego”. Z uwagi na fakt, że stosownie do art.1 Konstytucji RP dobrem wspólnym jest Rzeczpospolita, to oznaczałoby że we wszystkich sprawach dotyczących naszego kraju wymagane jest współdziałanie rządu z kościołem na zasadach ustalonych w konkordacie. Stworzony w ten sposób rygiel konstytucyjno-konkordatowy wyłączałby możliwość wprowadzania zmian w relacjach państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi i na trwale przesądzał o wpływie Kościoła katolickiego na sprawy publiczne i społeczeństwo. Taki punkt widzenia, podzielany przez polityków legitymujących się solidarnościowym rodowodem byłby zasadny, gdyby nie konstytucyjne doprecyzowanie dotyczące autonomii i niezależności wzajemnej państwa i kościołów oraz związków wyznaniowych. W sposób wyraźny rozgranicza ono spektrum działalności instytucji religijnych od aktywności państwa. Właśnie w tej sferze poza religijnej aktywności państwa leżą główne, a dostępne legislacyjnie możliwości kształtowania pozycji kościołów. Właśnie w niezależności i autonomii suwerennego państwa należy poszukiwać możliwości realizacji postulatu rozdziału z kościołami i związkami wyznaniowymi wykorzystując przy tym faktyczne przymierze Kościoła katolickiego z partią rządzącą. Trzeba przy tym zwróć uwagę, że zakończony został decyzją hierarchii kościelnej etap tzw. „przyjaznego rozdziału” państwa i Kościoła, wobec zadeklarowania przyjaźni tylko z jedną, a mianowicie rządzącą obecnie opcją polityczną. Przesądza to o możliwości poszerzenia sfery działania państwa w wypadku powodzenia wyborczego, które doprowadziłoby do zmiany władzy . Zasadnicza redukcja pozycji Kościoła katolickiego, który nie może być już traktowany jako wiarygodny partner innej niż obecna władzy ani nie zagwarantuje przyszłej władzy wartościowego wsparcia leży w jej żywotnym interesie. Tym bardziej, że proces odchodzenia od kościołów i związków wyznaniowych dużej liczby wiernych będzie postępował.
Nawet jeżeli opozycja polityczna nie wygra nadchodzących wyborów to utworzone bloki wyborcze będą miały niepowtarzalną okazje do konsolidacji i poprzez zaistnienie w organach władzy ustawodawczej będą mogły wykonać niezbędną pracę w zakresie edukacji społecznej, propagowania swoich programów i ofert politycznych koncentrując się podobnie jak obecnie rządząca partia, gdy była w opozycji, nad pracą ze społeczeństwem. Kongres Świeckości oczekuje włączenia jego postulatów i dorobku do oferty politycznej jak też stworzenia warunków i zapewnienia udziału w pracach podejmowanych dla uporządkowania relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi licząc że jego aktywiści będą uwzględnieni na listach wyborczych do Sejmu i Senatu.

Nowy mit założycielski

Po co mamy renegocjować konkordat, skoro jest on nieprawomocny. Poddanie Polski wpływom obcego państwa Watykan i płacenie dziesiątków miliardów na utrzymanie jego funkcjonariuszy bez referendum i wymaganej konstytucyjnej większości głosów w Sejmie przekreśla zgodność tej umowy z wolą społeczeństwa. Kiedy politycy wrócą do tego tematu? Kto ma rozpocząć
rozmowy w tej sprawie? Brak opodatkowania kościoła katolickiego to strata miliardów w budżecie państwa.

Frédéric Mercel w swojej nowej książce „W szafie Watykanu” informuje, że z wywiadów, które przeprowadził wynika, iż 80 proc. kleru pracującego w Watykanie to aktywni homoseksualiści. To znaczy, że są w związkach lub korzystają z męskich prostytutek. Dlaczego w takim razie Watykan robi tyle krzyku na temat tego, że homoseksualizm i związki homoseksualne są przeciwne naturze? Dlaczego katolicy udają, że tego nie widzą? Przecież to widać!

Ano dlatego, że pierwszą nauką jaką wynoszą z kościoła jest hipokryzja.

Kiedy Polacy przestaną szukać autorytetów pośród bankrutów moralnych?

Od półtora roku nie ma dnia, żeby media nie mówiły o aferach pedofilsko-złodziejskich dotyczących kk. Jego chciwość i cynizm znów stały się przysłowiowe. Pan Kosiniak-Kamysz zdaje się nie być zainteresowany przekrętami watykańskiej sekty, gdyż uważa, że stała się ona ofiarą manipulacji polityków. Historia pokazuje, że kk nie da się zmanipulować, ponieważ on tę sztukę opanował równie dobrze jak sztukę wypierania faktów i wybielania się.

Człowiek jest wzrokowcem, a przepych kościołów skłania go do milczącego podziwu na klęczkach, zamiast pytania, ilu ludzi okradziono by je zbudować? Ilu ludzi zostało pozbawionych domostw, kultury, własnej wiary i życia, żeby budynki zwane świątyniami mogły być dowodem na wyższość katolickiego boga nad bogami innych religii. Takiej agresywnej i głupiej bajki dzieci są uczone na lekcjach religii. Lekcje religii od przedszkola są potrzebne po to, żeby auta ze zdjęciami płodów uszkodzonych na skutek aborcji mogły bezkarnie przecinać miasta bez protestu mieszkańców. I żeby chciwi księża, często homoseksualiści i pedofile mogli mówić Polakom o wartościach rodzinnych i ochronie życia.

Po ostatniej „wpadce” w Rwandzie, hierarchowie mówili do księży: „udawajcie, że niczego nie wiecie”. Żeby takie „udawajcie” zaakceptowała opinia publiczna, a społeczeństwo stało się obojętne na sprawę ludobójstwa, muszą mieć miejsce jakieś niezwykłe okoliczności. Najważniejszą jest powoływanie się na boga. Potem pojawiają się magiczne rytuały penetrujące podświadomość i podprogowe wciskanie strachu, poczucia grzechu i bezsilności w wobec struktury pretendującej do związku z bogiem.

Każda religia ma te same słabości i ten sam mechanizm wyparcia. Dlatego do nas należy przejrzenie na wylot tych, których bóg jest lepszy i potężniejszy od innych bogów. To zaprzecza idei, którą głosi każda religia. Idei jedności boga i człowieka. Każda religia wyklucza inne i dzieli ludzi na wierzących i niewierzących. Zatem każda religia zadaje kłam tej podstawowej zasadzie. Tak jak katolicka kłamie na temat katedr, które stały się miejscem dla ich biskupów, a przecież były budowane by czcić boginię, czyli matkę-rodzicielkę wszechświata i jego wielowymiarowej głębi, wciąż niepoznanych przez nas.

Kryzys, który narasta w Polsce i na świecie jest kryzysem egzystencjalnym z bardzo silnym kompleksem utraty tożsamości. To znaczy, że mniej czy bardziej świadomie poszukujemy nowych wartości, nowej tożsamości, która by bardziej łączyła niż dzieliła. Potrzebujemy nowego Mitu Założycielskiego, który odpowie na naszą potrzebę budowania nowej cywilizacji, nowej Ziemi.

To nie są słowa na wyrost. Stary porządek musi odejść, gdyż przyniósł całkowite bankructwo mitu patriarchalnego wywodzącego się z patriarchalnej religii. Religie muszą odejść, gdyż ludzkość potrzebuje intymnego związku z boskością. Bez dogmatów i zbrodni w imię boga, lukrowanych ewangelizacją. Dosyć, basta! Człowiek jest zagadką i tajemnicą sam dla siebie i jego potrzeba poznania choćby części tej tajemnicy, jest potężna i stanowi o postępie.

Świat jeszcze długo nie stanie się ateistyczny, ale musi uwolnić się od religii, bo one nas dzielą i budują mur stojący na drodze do poznania. Ludzie chodzący do kościoła muszą zrozumieć, że za każdym razem gdy do niego wchodzą, oddają mu swoją siłę energię wiarę i nadzieję. Podczas gdy to „spotkanie” na które liczą, tak ważne dla wielu, może mieć miejsce tylko we własnym wnętrzu. Do tego kościół jest niepotrzebny, gdyż dużo więcej zabiera niż daje. Nie zapominajmy o tym, że jest to toksyczny związek, w którym wciąż tkwi większość ludzkiej populacji.

Mit założycielski Polaka nie jest mitem katolickim. Polak jest najpierw człowiekiem. W nowym micie widzę: Jestem człowiekiem, jestem świadomy, mam wolny wybór. Moim niezbywalnym prawem jest prawo do poszukiwania prawdy o sobie i świecie. Świadomość daje mi narzędzia do tego, by być twórczym. Jako twórca korzystam z natchnienia. To jest mój kontakt z tajemnicą.

Państwo wspiera kreatywność i inicjatywę. Pomaga słabszym lecz tępi lenistwo. Dopóki dzisiejszy system istnieje, prawo musi stać po stronie słabszego, w walce z korporacjami i nieludzkim traktowaniem, jak również wykorzystywaniem ludzkiej naiwności przez cwaniaków od sprzedaży czegokolwiek i wszystkiego. Jeżeli człowiek nie ma z kim dzielić swoich radości i smutków, pozostaje mu niechęć do życia lub religia. Jednak nic nie zastąpi człowiekowi bliskości drugiego człowieka.

Powinniśmy o tym pamiętać w naszym Micie Założycielskim, gdyż uwikłani w politykę i religię, prawa i definicje, zapominamy o rzeczach, bez których życie staje się cierpieniem ponad miarę. Tak przemożnym, że można zabić, bo nie znajduje się żadnego sensu, by cierpliwe dawać świadectwo piękna człowieka i świata.

Kościół katolicki w Polsce – tysiąc lat i wystarczy

Z prof. JANEM HARTMANEM, filozofem i bioetykiem, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Na kilka dni przed ogłoszeniem przez Barbarę Nowacką projektu ustawy o rozdziale Kościoła od Państwa napisał Pan na swojej stronie „Loose Blues” tekst „Rozdział Kościoła od Państwa – jakaś kpina”, krytyczny wobec tej inicjatywy. Po wystąpieniu Nowackiej 6 stycznia podtrzymuje Pan tę krytyczną opinię?
Tak, bo to jest przykład arogancji i nielojalności polityków wobec swoich kolegów, obojętnych na to co oni robią i gotowych na wszystko, aby promować swoją osobę. Inicjatywa Polska Barbary Nowackiej jest jednym ze stowarzyszeń i partii politycznych, które przed rokiem, 29 stycznia 2018 roku, podpisały deklarację o świeckości państwa. Zgodnie z tą deklaracją ruszyły prace zespołu nad projektem ustawy o świeckości państwa. I gdy projekt jest już jest na ukończeniu i niebawem zaczniemy zbierać podpisy, Barbara Nowacka wcięła się ze swoją inicjatywą. To jest z jej strony nielojalność, a nawet rodzaj dywersji. W jakiej sytuacji postawiła ona te organizacje, które finalizują projekt i przymierzają się do zbierania podpisów? Przecież wychodzimy na idiotów, skoro dwie sojusznicze organizacje przygotowują dwa projekty i dwie akcje zbierania podpisów. Obawiam się jednak, że jest jeszcze gorzej, że Barbara Nowacka ma to w nosie. W ciągu kilkunastu lat mojej działalności na tej niwie nie widziałem jej na spotkaniach, manifestacjach poświęconych walce o świeckość państwa polskiego. To nie jest jej działka. Ponadto Barbara zignorowała zaproszenie na spotkanie ze środowiskami laickimi i racjonalistycznymi, jakie skierowano do niej, gdy zapowiedziała swoje wystąpienie na 6 stycznia. Niestety, polska polityka opiera się na prawie dżungli. Co prawda jest to tylko zabawa w dżunglę, ale czasami ta zabawa prowadzi do całkiem realnych szkód. Polska polityka jest infantylna, jest jak gra komputerowa, w którą grają niefrasobliwe dzieciaki. Każde trzyma wirtualny nóż za plecami i wszystkich to bawi. Niestety, dramat w Gdańsku pokazał, że gdy jakość życia publicznego jest niska, może też pojawić się nóż prawdziwy.

Powróćmy do punktu wyjścia, do kwestii „rozdziału”…
Samo deklarowanie formuły rozdziału Kościoła od państwa jest niebezpieczne, bo legitymizuje pozycję Kościoła katolickiego jako równorzędnego partnera państwa polskiego, a dla niego równorzędnym partnerem są tylko inne państwa. Nie można mówić takim językiem, bo to umacnia tylko feudalną pozycję Kościoła. Ponadto ograniczenie nielicznych, wybranych przywilejów tym bardziej utrwali i legitymizuje pozostałe, a sam rozdział siłą rzeczy będzie oznaczał rozgraniczenie kompetencji władzy administracyjnej dwóch równoważnych podmiotów. Tymczasem Kościół nominalnie nie jest segmentem władzy i nie ma prawa nią być, choć sobie to w praktyce uzurpuje. Sposób myślenia polegający na tym, że Kościół ma w państwie swój zakres władzy, oddzielony od zakresu władzy świeckiej, pochodzi z czasów feudalizmu, nawiązuje do epoki wojen okresu Reformacji i pokoju augsburskiego, będąc formą myślenia postfeudalnego. Dziś mówienie o „rozdziale Kościoła od państwa” jest niczym nieusprawiedliwionym gloryfikowaniem i legitymizowaniem Kościoła jako jednego z ośrodków władzy. Podejrzewam, że Barbara Nowacka się nad takimi problemami nie zastanawia. Ponadto problem relacji państwo-Kościół jest w Polsce stawiany w sposób infantylny i obłudny. W Europie Zachodniej już od XVII wieku kwestia tych relacji stawiana była zgodnie z ówczesnymi realiami, wynikającymi z konfliktu między interesami suwerennego państwa narodowego i Kościoła. Wtedy można było mówić o rozdziale tych dwóch realnych władz politycznych. W Polsce kwestia Kościoła nigdy nie stanęła jako kwestia niepodległościowa. Tymczasem jeśli państwo polskie jest suwerenem, a powinno, to zewnętrzne czynniki państwowe (a biskupi polscy, którzy są zobowiązani do lojalności wobec Watykanu, są urzędnikami obcego państwa) nie mogą wpływać na prawo i rządy państwa polskiego. A tak się przecież w Polsce dzieje. Lojalności biskupów wobec państwa polskiego i wobec Watykanu niejednokrotnie wchodzą ze sobą w konflikt. Obce państwo nie może mieć szczególnych praw na terenie Rzeczypospolitej. Tymczasem Kościół zasłaniając się pozorem, że jest wewnętrzną polską instytucją, korzysta z wszelkich praw obcego na terenie innego państwa, wobec czego jest de facto eksterytorialny. Każdy budynek kościelny jest w zasadzie wyłączony spod jurysdykcji polskiej, na podobieństwo obcej ambasady. Ta haniebna dla państwa polskiego sytuacja jest usankcjonowana w konstytucji, bo jest w niej wymienione z nazwy obce państwo, Stolica Apostolska, jako strona konkordatu. Polska zobowiązała się w konstytucji, że zawrze z nim nierównoważną, niesymetryczną umowę, uprzywilejowującą obce państwo, jakim jest Stolica Apostolska. Konkordat nie jest umową równych stron, lecz aktem hołdu, składając się prawie wyłącznie ze zobowiązań strony państwa polskiego i tylko z jednego zobowiązania Watykanu wobec Polski, które jest tak sprzeczne z jego interesem, że nikt nie mógł brać tego na serio – że mianowicie Kościół nie będzie wtrącać się w sprawy wewnętrzne Polski. Miesza się na każdym kroku. Pod dokumentem podpisał się Jan Paweł II, któremu, zgodnie z preambułą konkordatu, składa się go w hołdzie. To żenujące. Niestety nadal duża część polskiego społeczeństwa tę wasalność państwa wobec Watykanu traktuje jako coś oczywistego, a na ogół w ogóle tego nie zauważa. Podobnie jak w czasach zaborów tylko kilkunastoprocentowa społeczność patriotów polskich zdawała sobie w pełni sprawę z opresji. Większość chłopów pod zaborami biernie akceptowała władzę Petersburga, Berlina czy Wiednia i oburzała się na tych, którzy tę władzę próbowali podważyć. Obecne polskie społeczeństwo także nie dojrzało jeszcze do suwerenności, Polska nie jest całkiem niepodległym państwem, a ta niepodległość w stosunku do Watykanu zaczyna się rodzić, gdy ta kwestia przestaje być tabu. Najpierw zacznie się o tym mówić, a potem coś z tym robić. Nie ma jednak nadziei, że szerokie kręgi społeczeństwa włączą się w walkę o niepodległość Polski. Patriotyzm zawsze był i jest przywilejem mniejszości. O niepodległość najpierw walczy mniejszość. Pokazuje to choćby przypadek legionistów Piłsudskiego w 1918 roku, których wielu ludzi traktowało jak wichrzycieli. Upłynie sporo czasu, zanim większość uświadomi sobie, że Polska jest haniebnie niesuwerenna wobec obcego państwa zwanego Stolicą Apostolską. A poza wszystkim, wbrew szumnej deklaracji Barbary Nowackiej o „rozdziale”, jej inicjatywa nie zawiera nic więcej poza niewielkimi korektami w zakresie finansowania Kościoła.

Taką argumentację jak Pana, Kościół katolicki zwykł określać jako walkę z nim…
My, zwolennicy niepodległości Polski, nie chcemy walczyć z Kościołem katolickim, chcemy go potraktować po chrześcijańsku. Nie chcemy by był dyskryminowany, za to chcemy, żeby był traktowany dokładnie tak, jak inne instytucje społeczne. Równość jest wartością, z którą Kościół walczył przez stulecia, ale udało się stworzyć świat oparty na wartościach konstytucyjnych, mających zakorzenienie także w ideach chrześcijańskich. Nie chcemy więc, by był upokarzany nadanymi mu nieuprawionymi przywilejami. Jeśli Kościół chce być mocny, niech będzie mocny wiarą swoich członków, a nie mocą państwowego przymusu prawnego, zapisanego w konstytucji i ustawach. My, to znaczy liberałowie i patrioci domagamy się suwerenności i niepodległości państwa polskiego. Jesteśmy wrogami kościelnej tradycji mordowania i eliminowania przeciwników. Jesteśmy zwolennikami prawnej ochrony Kościoła i chrześcijańskiej tradycji niedyskryminowania, od której Kościół odszedł już u swojego zarania. Wracając do wystąpienia Barbary Nowackiej – każdy kto występuje z takimi inicjatywami, a nie staje na gruncie suwerenności i niepodległości Polski w jej relacjach z monarchią watykańską, tak naprawdę świadomie działa na rzecz potęgi Kościoła. Bowiem działa on tak właśnie, że gotów jest oddać niektóre mniej ważne przywileje w zamian za zachowanie statusu postfeudalnego. Nie ma rozdziału Kościoła od państwa, tak jak nie ma rozdziału państwa od Inicjatywy Polskiej. Państwo polskie może rozdzielać się co najwyżej od innych państw. Niech się więc w ten sam sposób oddzieli od Stolicy Apostolskiej, a nie jej hołduje w traktacie międzynarodowym zwanym konkordatem, na kolanach, z całowaniem biskupich pierścieni. Tak się dzieje od tysiąca lat i to się wreszcie musi zmienić, jeśli Polska ma odzyskać, a raczej uzyskać godność.

Wspomniał Pan o problemie dojrzałości polskiego społeczeństwa do suwerenności i niepodległości także w stosunku do Stolicy Apostolskiej i Kościoła katolickiego. Chyba jest do tego niestety jeszcze daleko, bo przecież to tenże Kościół był szafarzem uroczystości pogrzebowej zamordowanego Pawła Adamowicza. Siła symbolicznego oddziaływania Kościoła na obyczaje w Polsce, niezależnie od napięć między nim a obozem opozycyjnym, liberalno-lewicowym, jest nadal wielka. Czy jest w Polsce szansa uchylenia się od rytualnej dyktatury katolickiej?
Prezydent Adamowicz był przedstawicielem chadecji, czyli umiarkowanego, demokratycznego, oświeconego nurtu chrześcijaństwa, człowiekiem nowoczesnej prawicy. Taka też jest formacja polityczna, z której się wywodził. Nic więc dziwnego, że odwołano się do katolickiego rytuału, bo takimi jak Adamowicz, Schetyna czy Tusk jest wielu Polaków. W Gdańsku dobrze zaznacza się podział w polskim Kościele, bo z kolei arcybiskup gdański jest fundamentalistą i to skompromitowanym. Jednak w takich okolicznościach trudno było nie dopuścić Głódzia czy Andrzeja Dudy do udziału w pogrzebie, choć rodzina wolała, żeby homilię wygłosił któryś z liberalnych księży. Całe szczęście, że nie było Kaczyńskiego. Ta uroczystość i mobilizacja społeczna wokół tragicznej śmierci Adamowicza pokazała jeszcze jedno. Pokazała, że Polacy bardzo potrzebują emocjonalnego uniesienia, moralnego wzmożenia, że potrzebują bohaterów, potrzebują ofiary krwi, wokół której mogliby się gromadzić…

…bo Polacy są narodem sentymentalnym, na co już dawno zwracał uwagę choćby Stanisław Brzozowski…
To prawda. Jednak ta emocjonalna mobilizacja jest pozytywna, byle tylko poszła za nią jakaś aktywność. By z tego gniewu i troski coś dobrego wyrosło. By politycy różnych odłamów opozycji znaleźli w sobie na tyle siły, mądrości odpowiedzialności, aby zjednoczyć swoje siły w walce z reżimem, a nie wrócili do partyjnego egoizmu. Odpowiedź na to da kilka najbliższych tygodni. Bardzo wiele zależy od stanu ducha kilku konkretnych osób, w tym Grzegorza Schetyny, od tego czy będzie on w stanie wznieść się ponad animozje, także we własnym obozie, ponad chłód jaki dzieli go od Donalda Tuska, z którym nie rozmawia. To prawdziwe nieszczęście, bo czy nam się to podoba czy nie, od tych dwóch polityków w przeważającym stopniu zależy uratowanie polskiej demokracji. Mam nadzieję, że dojdzie do konsolidacji opozycji, będą wspólne listy wyborcze, Schetyna będzie temu patronował, a Donald Tusk powróci jako kandydat na prezydenta. A co do Pawła Adamowicza, to choć nie należy robić z niego świętego, to właśnie jako polityk może dobrze pełnić rolę symbolicznego patrona jednoczenia opozycji. Musimy się po tych wszystkich strasznych wydarzeniach zebrać w sobie i odpowiedzialnie stworzyć skuteczną koalicję, także oczywiście z udziałem lewicy.

W moim odczuciu mord na Adamowiczu, jako nieprzewidziany czynnik „epsilon” w biegu politycznych zdarzeń przesunął PiS z pozycji – jednak – faworyta tegorocznych wyborów parlamentarnych, na krawędź tej szansy. A co Pan o tym sądzi?
Zgadzam się, zwłaszcza, że to osłabia personalnie Kaczyńskiego, który przegrywa kolejne kampanie, po porażce z ustawą o IPN, z sądami, po rejteradzie w sprawie próby całkowitego zakazu aborcji. Kaczyński przegrywa na wielu frontach, nie jest w stanie pozbyć się Ziobry, który mu ewidentnie szkodzi i ma spory zakres władzy w obozie rządzącym. Kaczyński wyraźnie słabnie, jest chory, mało aktywny, prawie nieobecny. To będzie powodowało nasilenie walki o przejęcie po nim steru PiS, co w roku wyborczym będzie dla nich szczególnie niekorzystne. PiS jest już teraz w głębokiej defensywie, rozbite, wewnętrznie zdezorientowane, jest na etapie oczekiwania na odejście przywódcy, na moment, kiedy będzie można ostatecznie się go pozbyć. Jest to utrudnione przez utrwalony w PiS mit o jego geniuszu strategicznym, wiarę w jego zdolność do przeprowadzenia partii przez wszystkie trudności, choć jednocześnie działacze widzą, że to już nie jest ten sam Kaczyński co trzy lata temu. W PiS silna jest frakcja radykalna, chętna do przejęcia przywództwa, ale fakt że na jej czele jest kilku „charyzmatycznych”, konkurujących liderów, nie ułatwia przejęcia przez nią inicjatywy.

Kogo przede wszystkim ma Pan na myśli?
Ziobrę i Macierewicza, ale też Mateusza Morawieckiego. Jednak ten ostatni, ulubieniec prezesa, choć jest uważany za naturalnego następcę, jest tak bardzo słaby intelektualnie, że oni sami by się go bali.

W PiS nie wiedzą, czy mogą już zaprowadzić Kaczyńskiego na „skałę tarpejską”…
Ale widać, że słabnie, fizycznie i psychicznie, że jest chory, choć tak naprawdę nie wiemy co mu jest. On się do tego stopnia zapada w sobie, że chyba nie będzie już w pełni kontrolować procesu ustalania list wyborczych. Żyje w świecie swoich wyobrażeń, urazów, bardzo odklejony od rzeczywistości. Minęło już nieco czasu od mordu na Adamowiczu, a Kaczyński nadal nie zabrał głosu w tej sprawie. Jeśli faktyczny przywódca państwa nie zabiera głosu w sprawie tak dramatycznej, wręcz historycznej, która jest cezurą, o której zapewne będą wzmianki w podręcznikach do historii jako o „krwawym chrzcie” polskiej polityki po roku 1989, to owo milczenie podważa jego władzę. Nic istotnego nie powiedzieli co prawda także Duda i Morawiecki, ale oni nie są poważnymi ludźmi i politykami, nie mają żadnego autorytetu. Natomiast Kaczyński stracił okazję, by powiedzieć, że zdarzyła się rzecz straszna, wskazać na mowę nienawiści jako na jej źródło i pojednawczo wezwać wszystkich do pomiarkowania się, no i oczywiście uderzyć się także we własne piersi. Takie słowa, choć konwencjonalne, w ustach Kaczyńskiego nabrałyby niezwykłego znaczenia. A jednak nie potrafił się na to zdobyć, choć ma podaną na talerzu okazję do poprawienia swojego fatalnego wizerunku w większości społeczeństwa.

Dlaczego tego nie robi?
Dlatego, że choć wie, że to by mu się politycznie opłacało, to on nie chce tego powiedzieć. On tak bardzo nienawidzi swoich wrogów, że tego z siebie nie wykrztusi. Jego własna nienawiść jest silniejsza od niego. I choć na taką jego pojednawczą deklarację czekają miliony sentymentalnych Polaków, to on nie jest w stanie się przełamać, nie jest w stanie wyjść poza swoje negatywne emocje, odblokować się. Ta sytuacja go przerosła.

Wróćmy do kwestii roli Kościoła kat. w Polsce. Po 1989 roku wiele osób, w tym ja, liczyło na szybki proces laicyzacji, sekularyzacji Polski. Pojawiło się też wiele inicjatyw laickich, pojawił się jawny antyklerykalizm, tygodnik „Nie” odniósł ogromny sukces. Mimo to laicyzacja, przebiegała bardzo powoli, a Kościół kat. zagarniał kolejne obszary wpływów politycznych, wpływał na stanowione prawo, bogacił się kosztem państwa i obywateli. W ostatnim czasie, na tle afer pedofilskich wśród kleru, po pojawieniu się filmu „Kler” nastrój się zmienił i wydaje się, że wzmocniły się przesłanki do przyspieszenia procesu laicyzacji. A co Pan o tym sądzi?
To rzeczywiście przez pierwsze trzy dekady szło wolno. Nie mogło być inaczej, dopóki żył papież Karol Wojtyła. Po 2005 roku, po jego śmierci, przyszło kilka lat jego posthumalnego, żałobnego kultu, który już w zasadzie się wypalił. To wypalanie się zostało zatrzymane przez sprawę smoleńską, która dodała paliwa także Kościołowi. Na tym paliwie Kościół dojechał do „drugiego” PiS w 2015 i dopiero teraz, gdy zaczyna zapadać się po ciężarem własnych win i niegodziwości i wewnętrznego zepsucia, które staje się wiadome i społeczeństwu i samemu klerowi. Wielu ludzi do tej pory nie zdawało sobie sprawy, jak przerażająca jest instytucja Kościoła. Na dodatek Kościół nie bardzo może dalej iść tą drogą, bo już nie bardzo może jeszcze głębiej sięgać do kasy państwa, a granica wytrzymałości społecznej została osiągnięta. Społeczeństwo jest zdegustowane i rozczarowane złodziejstwem i pychą kleru. Kościół zaczyna też mieć problemy ze strawieniem tego co połknął, bo utrzymanie tych wszystkich nieruchomości wymaga ogromnych pieniędzy. Partia, która go osłania i karmi ma bardzo poważne problemy i być może już zaczęła z wolna schodzić ze sceny politycznej. Kościół nie ma też jednolitego przywództwa, nie ma twarzy, nie ma ludzi dużego formatu, jak kiedyś Wojtyła czy Wyszyński, lecz jest konfederacją udzielnych biskupstw, a groteskowy i przerażający zarazem kierownik Rydzyk nie ma formatu duchownego, lecz format szefa patologicznego biznesu. Nie znaczy to, że Kościół odda władzę bez walki. Jego choroba będzie bardzo hałaśliwa i hałaśliwe będzie oddawanie kolejnych pól, np. wychodzenie religii ze szkół. Pewne przywileje Kościoła będą trwały jeszcze przez dziesięciolecia. Jednak ograniczenie jego władzy nastąpi w ciągu kilku najbliższych lat, a poza tym zmieni się przywództwo. Sami zrozumieją, że w ich interesie jest, by z państwem i społeczeństwem kontaktowali się hierarchowie kulturalni, grzeczni, umiarkowani, jak to jest na Zachodzie. Myślę, że zbliży się do zachodnich standardów w ciągu 20-25 lat. Koniunktura przed nimi rysuje się słabo, a czyściec pedofilski Kościoła jest dopiero przed nim. Gdy ludzie dowiedzą się, że można uzyskać odszkodowania, pójdą gremialnie do sądów, a już był precedens z Towarzystwem Chrystusowym. Kościół będzie chciał przerzucić ten finansowy ciężar na państwo i jeśli by rządzili ludzie pokroju Ziobry, to dokonywaliby transferów finansowych na rzecz Kościoła, by mu to zrekompensować, ale i to do czasu. Jeśli natomiast będzie liberalna władza, to tylko patrzeć jako pojawią się jacyś prokuratorzy i sędziowie, którzy doprowadzą do głośnych, spektakularnych procesów księży, nie takich pokątnych i rzadkich jak to obecnie zdarza się na prowincji typu Tylawa. Mogą być też procesy o nadużycia w Komisji Majątkowej, na przykład w kwestiach zaniżonych wycen majątków służących za rekompensatę majątków utraconych, będących jednym z instrumentów bogacenia się Kościoła. Natomiast politycy, którzy stworzyli Komisję Majątkową, od której decyzji ustawa nie przewidywała odwołania, powinni stanąć przed Trybunałem Stanu. Na pewno nie wszystko, ale kilka afer da się ujawnić, a winnych ukarać. Powtórzę, jeszcze 20-25 lat i Kościół katolicki w Polsce znajdzie się na należnym sobie miejscu.

Czyżby nasze generacje miały to szczęście, by być tego świadkami, tak jak nie mieli takiej szansy tacy ludzie jak Kazimierz Łyszczyński, ścięty tylko za deklarację ateizmu w 1689 roku na Rynku w Warszawie?
Takim ludziom jak Łyszczyński też coś zawdzięczamy, bo dziś bycie antyklerykałem nie stwarza – na ogół – fizycznego zagrożenia, a dla nich było śmiertelne. Nawiasem mówiąc, najwięksi antyklerykałowie z jakimi się spotkałem, to eks-księża albo księża na wylocie. Podejrzewam, że popularny ksiądz Kaczkowski też by odszedł z firmy, gdyby przedwcześnie nie zmarł na raka. Mnie by przez usta nie przeszło to, co on mówił o swoim Kościele. Największymi antyklerykałami są ci, którzy znają tę instytucję od wewnątrz, n.p. XVIII-wieczny francuski ksiądz Jean Meslier, którego „Testament” jest sugestywnym i po kilku wiekach przerażająco aktualnym obrazem Kościoła katolickiego…

…czy choćby premier Francji Emil Combes, który przeforsował rozdział Kościoła od Państwa w 1905 roku, ekszakonnik. Co do Łyszczyńskiego, to w 1989 roku pojawił się pomysł uhonorowania jego pamięci tablicą w miejscu stracenia, w 300-rocznicę tego zdarzenia, ale to się rozmyło. Nie sądzi Pan, że warto by do tego pomysłu powrócić, a nawet tym razem pomyśleć o pomniku Łyszczyńskiego?
Tak uważam, ale trzeba poczekać na odpowiedni moment. Trzeba by przekonać do tego prezydenta Rafała Trzaskowskiego, a Platforma Obywatelska jest do tego jeszcze nieprzygotowana. W Rzymie, kilka kilometrów od Watykanu, na Campo di Fiori, stoi pomnik Giordano Bruno, a my mamy Kazimierza Łyszczyńskiego, który – paradoksalnie – jest ceniony na Białorusi, ale nie w swojej ojczyźnie. Jego postać także mnie jest bliska, choćby dlatego, że zagrałem go w ulicznym widowisku rekonstrukcyjnym jego egzekucji. Jednak jestem przekonany, że już niedługo możemy spodziewać się wiatru historii, który umożliwi godne uczczenie tej postaci.

Dziękuję za rozmowę.