Lewica potrzebuje ruchów miejskich

Poniedziałkowe ogłoszenie sztabu wyborczego lewicy wywołało dość emocjonalną reakcję ze strony szeroko pojętych ruchów miejskich. Wszystko za sprawą widocznego w tle liderów lewicy Jacka Wojciechowicza, wieloletniego zastępcy Hanny Gronkiewicz-Waltz, człowieka Platformy Obywatelskiej, usuniętego z ratusza ze względu na wizerunkowe związanie z tzw. aferą reprywatyzacyjną. Aferą na której zjedli zęby aktywiści ze stolicy, z Jankiem Śpiewakiem na czele. Dyskusja o Wojciechowiczu pobuzuje i zniknie, jak wszystkie podobne newsy. Kwestia wykorzystania know-how ruchów miejskich pozostaje otwarta. Aktywiści miejscy niewątpliwe są poobijani po kolejnych zawodzie wyborczym, ale ich analizy, programy i konkretne osobowości mogą stanowić solidne wzmocnienie lewicowych list. W sytuacji walki o każdy procent poparcia, nie należy odrzucać szansy na współpracę.
Jesienne wybory samorządowe w dużych miastach pokazały, że twarda prawica spod znaku PiS nie ma czego szukać wśród wielkomiejskiego elektoratu, a dominacja Koalicji Obywatelskiej pozostaje niezagrożona. Jednocześnie walec polaryzacji rozjechał mniejsze ugrupowania, naturalnych pretendentów to tytułu trzeciej siły. Przekaz miejski nie przebił się do świadomości i nawet ruchy prezydencko-(niby)społeczne musiały wpisywać swe przekazy w opowieść ogólnopolską. Przykładem Wszystko dla Gdańska prezydenta Adamowicza, które oparło całość swej kampanii na centralnym temacie zatrzymania PiS. Inni również musieli wybierać – z PiS-em lub przeciwko. Tam, gdzie nie dało się zmarginalizować strony aktywistycznej za pomocą powyższego przekazu, Koalicja Obywatelska wykorzystała atuty ruchów do końca. Przede wszystkim za sprawą kradzieży elementów programowych, niekiedy również na poziomie personalnym. Teraz nie będzie inaczej inaczej, widzimy to w transferach z lewicy. Mimo wszystko, pomimo jesiennego walca, to właśnie ruchy miejskie (sensu stricto, oznacza to organizacje współpracujące z Kongresem Ruchów Miejskich), a nie lewica, wchodziły w rolę tych trzecich. Zerknijmy na liczby:
W Warszawie Miasto jest Nasze (5.72 proc.) zrównało się z osadzonym w samorządzie Sojuszem Lewicy Demokratycznej (5.73 proc.). Jeżeli dodamy do tego poparcie 3.92 proc. dla skleconego na szybko przez Janka Śpiewaka komitetu Wygra Warszawa, okazuje się że nawet na głęboko upolitycznonej scenie politycznej stolicy, to właśnie aktywiści miejscy stanowią jako-taką alternatywę – nie zaś tradycyjna partia lewicy. Gdyby połączyć potencjał trzech powyższych ugrupowań, pakiet mandatów w radzie miasta Warszawy, stałby się faktem.
W Gdańsku ruch społeczny Lepszy Gdańsk (5.18 proc.) swobodnie przeskoczył komitet SLD-Lewica Razem (3.06 proc.). Na kilka miesięcy przed wyborami, miejski Sojusz postanowił uczestniczyć w wyborach samodzielnie. Żaden z komitetów nie otrzymał mandatów, wspólnie miałyby szansę na co najmniej jedno miejsce w gdańskiej radzie.
W sąsiedniej Gdyni przepaść wyglądała/rysowała się jeszcze bardziej dojmująco. Wspólna Gdynia (9.06 proc.) całkowicie zdystansowała SLD (3.46 proc.), pomimo aktywnej i ciekawej kampanii kandydata na prezydenta Marcina Strzelczyka.
W Krakowie i Wrocławiu wyborcy nie mieli możliwości oddania głosów na komitet lewicowy. Za to w mieście prezydenta Jacka Majchrowskiego (dawno temu w SLD), socjal-liberalny komitet Łukasza Gibały zdobył aż 12.73 proc..
W Toruniu, w dawnych czasach mieście przychylnym partiom lewicy, komitet wyborców My Toruń zdystansował lokalne SLD 9.80 proc. do 4.23 proc..
Z kolei w niezbyt progresywnym Białymstoku kandydat na prezydenta z ramienia SLD zrezygnował zanim jego kampania nabrała rozpędu. Chwilę potem Wojciech Koronkiewicz poparł kandydatkę lewicowego ruchu Inicjatywa dla Białegostoku. W wyniku tego zamieszania Inicjatywa uzyskała 8.14 proc. (SLD zaledwie 3.83 proc.). W efekcie żadne ugrupowanie nie uzyskało mandatów.
Nieco inaczej potoczyła się sytuacja w Poznaniu, gdzie ugrupowania lewicowe doszły do porozumienia, wystawiając jeden komitet o nazwie Lewica. Stary i szanowany ruch miejski Prawo do Miasta poszedł własną drogą. Tym razem to koalicja lewicowa była górą (10.05 proc. do 8.86 proc.), ale w efekcie podziału komitety zyskały zaledwie po dwa mandaty.
Te i inne wyniki prowadzą do kilku prostych wniosków:
Po pierwsze i dość banalne, podziały zbliżonych do siebie elektoratów powodują, że żadne z ugrupowań nie jest w stanie stworzyć realnej alternatywy dla dominujących partii prawicowych i lokalnych obozów prezydenckich. W wyniku tego stanu rzeczy, w 2018 roku ruchy progresywne musiały zadowalać się pojedynczymi mandatami radnych albo, co częstsze, nie uzyskiwały ich wcale.
Po drugie, tradycyjne ugrupowanie lewicy jakim jest SLD, przeżywa poważny kryzys na poziomie struktur miejskich. Specyfika wyborów w miastach, z systemem D’Hondta premiującym duże ugrupowania (jeszcze bardziej podkręconym przez małe okręgi), niesie za sobą wysokie prawdopodobieństwo przegranej. Każde kolejne wybory dobijają morale w niegdyś potężnych strukturach Sojuszu. W rezultacie, robi się coraz trudniej i nie widać żadnej szansy na zmianę sytuacji. Z drugiej strony, ruchy miejskie nie posiadają logistyczno-organizacyjnych zdolności do podniesienia się na poziom wybieralności. Nie wystarczy mieć rację, potrzebne są również środki finansowe, dostęp do mediów i – to najważniejsze – minimum wiary w możliwość przekroczenia niemożliwie/ absurdalnie wysokich progów. Razem można więcej.
Po trzecie, połączenie potencjału sił progresywnych dałoby szansę na stworzenie poważnej alternatywy wobec dwóch głównych graczy. Fakt ten wynika wprost z sumowania wyników maluchów, nawet z zaznaczeniem że każda taka koalicja spowodowałaby pewien odpływ wyborców.
Tylko najwięksi optymiści nie kwalifikują jesiennych wyborów parlamentarnych jako poważnego wyzwania dla raczkującej koalicji SLD-Wiosna-Razem. Dotychczasowe sondaże są przychylne, ale chyba każdy aktywista miejski pamięta sytuację sprzed roku. Im bliżej wrzucenia kartki do urny, tym silniejszy efekt polaryzacji. Pomimo zaistnienia dobrych warunków do sukcesu, lewica musi walczyć o każdy kawałek elektoratu. Konieczność skorzystania z dorobku programowego, osobowego i strategicznego ruchów miejskich wydaje się oczywistością. Współpraca, jeżeli tylko będzie oparta na uczciwej partycypacji, może przynieść efekt w postaci przechylenia szali w okręgach trudnych (Gdańsk) lub doprowadzenia do większego uzysku, tam gdzie już teraz potencjał jest spory (Warszawa).
Jeżeli lewica ma przetrwać, nie może sobie pozwolić na słabych kandydatów, przypadkowe programy i chaotyczną strategię w miastach. W wielu z nich to właśnie lokalni aktywiści dzierżą atuty, których poobijana lewica nie posiada – dobrych kandydatów, gotowe programy i doświadczenie małych sukcesów w walce z dwoma partyjnymi gigantami.
Czas, aby potraktować te atuty poważnie.

Miasta przyjazne mieszkańcom są możliwe

Z JOLANTĄ BANACH rozmawia Krzysztof Lubczyński

 

Od lat jest Pani nieobecna w polityce krajowej, ale już wiadomo, że będzie Pani kandydowała do Rady Miejskiej w Gdańsku…

Tak, na prośbę grupy młodych ludzi o socjaldemokratycznych poglądach, którzy zwrócili się do mnie, bym ich wsparła i firmowała swoim nazwiskiem komitet obywatelski „Lepszy Gdańsk”, działający już od dwóch lat. To grupa młodych przedstawicieli zawodów medycznych, inżynieryjnych, prawniczych, o dobrym profilu moralnym. I to oni nie pozwolili mi przejść na emeryturę. Ponadto na ulicy czy w tramwaju ludzie mnie rozpoznają i zwracają się do mnie z różnymi problemami, nie zważając, że nie jestem od lat w czynnej polityce. Lepszy Gdańsk jest aktywnym ruchem miejskim. Zebraliśmy m.in. podpisy pod uchwałą o bezpłatnych przejazdach uczniów, choć naszą inicjatywę przejął na swoje konto prezydent z Platformy Obywatelskiej. Nie mamy jednak o to pretensji, przeciwnie, cieszymy się, że od lipca b.r. uczniowie gdańskich szkół jeżdżą gratis komunikacją miejską. Zebraliśmy też około trzech tysięcy podpisów na rzecz zmniejszenia kosztów usług opiekuńczych świadczonych w domach mieszkańców i liczymy, że projekt zostanie uchwalony przed zbliżającymi się wyborami. Co ciekawe, po proteście niepełnosprawnych, problemy społeczne nagle znalazły się w orbicie zainteresowania większości grup samorządowych, włącznie z PO, które z tym wiążą sprawy rozwoju miasta. Do tej pory głównie inwestowano w wylewanie betonu, dzielnie budowano stadiony, hale widowiskowe, galerie, czy nikomu jak widać niepotrzebne, bo niewykorzystywane obiekty kultury, w których nic się nie dzieje. Trzydziestolatkowie i czterdziestolatkowie z komitetu „Lepszy Gdańsk” mają zupełnie inne wyobrażenie o mieście.

 

Polityka społeczna jak zawsze jest w centrum Pani zainteresowania….

Tak, moje założenie podstawowe jest takie, że ład społeczny budują: po pierwsze, godne dochody z pracy, po drugie, dobra, wszechstronna polityka społeczna w przypadku różnego rodzaju ryzyk życiowych i okoliczności utrudniających zarobkowanie. Politycy dzielą się na tych, którzy są specjalistami i ekspertami w jakiejś dziedzinie i tych o „profilu ogólnym”. Tymi ostatnimi ostatnio obrodziło, to specjaliści od bon motów, tweetów, trzydziestosekundówek w telewizji, hasztagów. Nazywam ich trumpowcami i marketingowcami. Ja w tym rodzaju uprawiania polityki się nie odnajduję i trwam przy polityce społecznej. Właśnie dlatego obszar samorządowy jest dla mnie tak fascynujący. Zwrócono się do mnie także z propozycją kandydowania na urząd prezydenta Gdańska, ale nie przyjęłam jej m.in. z powodów osobistych. Poza tym uważam, że trzeba przygotowywać dobrą zmianę pokoleniową, a starsi mają do odegrania rolę w przygotowaniu do niej młodych ludzi i wsparciu ich na tej drodze.

 

Czy „Lepszy Gdańsk” współpracuje z Sojuszem Lewicy Demokratycznej?

Rozmawialiśmy o możliwości wspólnego startu, ale uważam, że sukces programów socjaldemokratycznych, przynajmniej w Gdańsku, jest bardziej realny w formule komitetu obywatelskiego niż partyjnej, bo od wielu lat Sojusz osiąga poparcie wyborcze na poziomie 4-5 procent i trzeba w końcu wyciągnąć z tego wnioski. Zresztą Sojusz wybrał opcję z szyldem partyjnymi wysunął swojego kandydata na prezydenta Gdańska, profesora Ceynowę. Formuła partyjna jest dość oczywista w wyborach do Sejmiku Wojewódzkiego, do parlamentu, ale w mieście, w tym w szczególności tu, w Gdańsku, gdzie idzie walec: z jednej strony PO z drugiej PiS, sukces sił progresywnych mógłby mieć miejsce tylko pod szyldem komitetu obywatelskiego.

 

Mówi się, że dla lewicy szczególnie trudna jest Polska wschodnia, ale jak widać, Gdańsk także jest dla niej bardzo trudny. Dlaczego?

Społeczność gdańska buduje swoją tożsamość na wartościach mieszczańskich, w duchu umiarkowanie liberalno-konserwatywnym. Dla socjaldemokracji nie ma tu więc dużo miejsca, a już na pewno nie pod szyldami stricte partyjnymi. W „Lepszym Gdańsku” są przedstawiciele Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, Zieloni, ludzie z różnych partii i stowarzyszeń. Mamy nadzieję, że Sojusz dojrzeje do ściślejszej współpracy z nami.

 

Nie można wykluczyć, że wieloletnia prezydentura Pawła Adamowicza dobiega końca. Ostatnimi czasy pokazał się jako polityk ostro antypisowski, choć zaczynał jako prezydent o zdecydowanie prawicowym, konserwatywnym profilu. Jak go Pani ocenia jako gospodarza Gdańska i w aspekcie spraw społecznych?

Po pierwsze, ta głośna antypisowskość prezydenta Adamowicza jest uprawiana z rozmysłem, bowiem polaryzacja polityczna bardzo mu służy, tym bardziej, że w Gdańsku PiS, jako klub w Radzie Miasta, jest wyjątkowo liberalny. Tu nie ma drapieżników pisowskich z pierwszych stron gazet. Ta strategia pozwala Adamowiczowi wyjść z roli prezydenta Gdańska i stanąć ponad nią, bo w tej roli ma wiele za uszami i gdyby koncentrował się na kwestiach samorządowych, to natychmiast ostra reakcja opozycji byłaby bardzo słyszalna, m.in. w kwestii niejasnych źródeł jego majątku osobistego, chaosu urbanistycznego w mieście, który powoduje, że Gdańsk jest coraz częściej wystawiany na klęski żywiołowe, na zalania dolnych partii miasta, w kwestii braków w infrastrukturze komunikacyjnej, nadmiernie silnej pozycji deweloperów, itd. Mamy także za sobą zatrucie Motławy ściekami no i niestety, także w kwestiach społecznych prezydent nie wywiązał się z wielu powinności. Politykę społeczną kojarzymy obecnie zazwyczaj z rządem PiS, który przedstawia się jako najbardziej socjalny po 1989 roku, tymczasem prawda jest taka, że miażdżąca większość kompetencji i środków w tej dziedzinie jest w rękach samorządów, np. polityka pielęgnacyjna, na rzecz ludzi starszych, niepełnosprawnych; ich rehabilitacja społeczna i zawodowa to zadanie własne samorządów, od sprzętu rehabilitacyjnego po domy pomocy społecznej. W Gdańsku mamy na przykład problem „uwięzienia” starych ludzi w niskich blokach bez wind. Są pieniądze na stadiony, ale na te windy już nie. Problem polega na tym, że nie ma standardów w tej dziedzinie, np. ile i jakich ośrodków wsparcia potrzeba na grupę osób o znacznym stopniu niepełnosprawności.W związku z tym gmina może, ale nie musi i mamy postępujący proces prywatyzacji odpowiedzialności ludzi, którzy sami sobie nie poradzą. Rozmaite problemy rodzi też prywatyzacja usług społecznych. W Gdańsku aż 40 procent szkół podstawowych nie prowadzi samorząd. To się za kilka, kilkanaście lat odbije negatywnie w przestrzeni społecznej, bo szkoły prywatne biorą dotacje, biorą pieniądze od rodziców i jeszcze tną koszty pracy. To się musi odbić na jakości kształcenia i wychowania z jednej strony i nierówności szans z drugiej. Tak więc gmina nie rozwiązuje, ale tworzy problemy społeczne, na teraz i na przyszłość. Kluczem do serc Polaków jest polityka samorządowa i społeczna. W tej dziedzinie Polacy są socjaldemokratyczni, ale nie populistyczni, mimo że mówi się, iż PiS populizmem pozyskuje masy. Każdy autokrata i dyktator będzie wprost oferował świadczenia pieniężne, przekupywał grupy społeczne, tak było zawsze. Ale już mechanizmu stałej podwyżki płac w sferze usług społecznych PiS nie wprowadziło, co uważam za skandal. Dlaczego pracownicy tej sfery nadal muszą protestami i strajkami wyszarpywać dla siebie podwyżki płac, mimo że mamy wysoki wzrost gospodarczy? Dlaczego jest 23-procentowy podatek VAT na ciepło i energię elektryczną? W Gdańsku i w reszcie kraju emeryt otrzymujący 1200 złotych połowę tego wydaje na 50-metrowe mieszkanie! PiS-owi nie spadł dotąd z tego powodu włos z głowy. Gdzie jest kolejna stawka podatku dochodowego? Przecież także bogaci dostali 500 plus a podatków im nie podniesiono. Gdzie w związku z tym jest oferta lewicy? Przecież trzeba powiedzieć Polakom: my się za to wszystko weźmiemy. Sojusz n.p. ma w tym względzie dobre tradycje, doświadczenie Anny Bańkowskiej, działalność Wita Majewskiego, nawet Leszka Millera przed zmianą poglądów, dorobek profesora Tadeusza Kowalika i Wandy Zagawy z działu społecznego „Trybuny”, która była wybitną specjalistką w zakresie ubezpieczeń społecznych. Był w SLD ośrodek myśli społecznej. To się zagubiło po części z powodów metrykalnych, bo pojawili się działacze, dla których polityka była przepustką do materialnego sukcesu , a poza tym po objęciu przez Sojusz rządów w 2001 roku wygrała tam fascynacja liberalizmem, light, ale jednak, oraz chęć uwiarygodniania się w modnych kręgach biznesowych. Dziś natomiast do polityki przychodzą młodzi ludzie tworzący zjawisko, które nazywam awansem po politologii. Wydaje im się, że po studiach politologicznych jedyna dla nich droga, to bycie politykiem. Kończy się to brakiem zainteresowania dla wszystkiego, co nie jest czystą grą polityczną, marketingiem. Polityka przestała natomiast przyciągać ekspertów z konkretnych dziedzin i zanikła instytucja autonomicznych parlamentarzystów-fachowców. Aleksander Kwaśniewski nie bał się skupiać wokół siebie intelektualistów, lepszych od siebie i to także tworzyło siłę dawnego Sojuszu.

 

A jak w Gdańsku kształtuje się kwestia praw społecznych z zakresu praw kobiet, dostępności do in vitro, itd.?

Tu wracamy do prezydenta Adamowicza. Szybko zorientował się, że w takim mieście jak Gdańsk musi wyjść tym kwestiom naprzeciw. A pamiętam czasy, gdy prezydent Adamowicz nie życzył sobie udziału prezydenta Kwaśniewskiego w różnych eventach gdańskich a jego poglądy były zdecydowanie prawicowe, także światopoglądowo. To nie oznacza, że kwestionuję szczerość jego ewolucji, ale ona musi się przełożyć na konkrety, a z tym jest marnie. Deklaratywne strategie na papierze dalece nie wystarczają. Do diabła z nimi. Dofinansowanie in vitro – znakomicie, ale jeśli prezydent Adamowicz traktuje swoje deklaracje poważnie, to musi się n.p. zmienić choćby sytuacja kobiet, które porzucają pracę, żeby zaopiekować się starymi rodzicami, bo nie ma należycie zorganizowanej opieki dziennej i geriatrycznej, rehabilitacji osób starszych i niepełnosprawnych. In vitro bywa przez PO traktowany jako forma walki politycznej z PiS, a ja się na taką politykę nie godzę.

 

Co jest specyfiką Gdańska i jaka z tego wynika wizja jego przyszłości?

Stary Gdańsk dzielił się na odrębne, niemal samowystarczalne dzielnice: Oliwę, Wrzeszcz, Orunię, Nowy Port. To były właściwie odrębne miasteczka. Miasto skrojone na miarę człowieka, do którego powraca nowoczesna urbanistyka. Tymczasem polski samorząd wielkomiejski podąża za XIX-wieczną wizją rozwoju miasta na modłę Nowego Jorku, czy innej podobnej metropolii. Ze sprzeciwu wobec tej wizji miasta narodziła się idea ruchów miejskich. Idea budowy miasta małych odległości. Spolaryzowane politycznie media, rządowe i antyrządowe o tych problemach nie mówią, ale one są rzeczywistością. Miasta przyjazne mieszkańcom zajmują się najróżniejszymi sprawami, choćby potrzebami w zakresie mieszkalnictwa dla osób niezamożnych, n.p. poprzez umawianie się z deweloperem na regulowane czynsze. W Polsce ta dziedzina drastycznie odstaje od standardów Unii Europejskiej. A jednak wierzę, że także w Polsce inne myślenie o mieście jest możliwe.

 

Dziękuję za rozmowę.